Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tydzień amerykański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tydzień amerykański. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 marca 2025

(Lidl) McEnnedy American Way Crunchy Almond Butter

Nigdy nie kupuję wersji "crunchy" kremów orzechowych, w zasadzie długo było mi trudno sprecyzować, dlaczego. Gdy jadałam masło orzechowe amerykańskiego typu lata temu, właśnie po te z kawałkami orzechów sięgałam. W kremach... może zawsze za bardzo obawiam się, że wyjdzie masa do ciągłego ciamkania i gryzienia, zamiast błogo rozpływająca się, a po prostu urozmaicona kawałkami? Chyba tak. Gdy pojawiła się perspektywa dostania lidlowych kremów 100% od ojca, chciałam jednak nie tylko McEnnedy American Way Smooth Almond Butter, ale też właśnie chrupiący do porównania.

(Lidl) McEnnedy American Way Crunchy Almond Butter to krem 100% z prażonych migdałów, wersja chrupiąca; marki własnej Lidla.

Po odkręceniu poczułam zapach poprzypalanych, przeprażonych migdałów o wytrawno-goryczkowatym wydźwięku. Wyobraziłam sobie migdały przesmażone w oleju migdałowym, ale akurat to zniknęło po uporaniu się z olejem. Spalone migdały zahaczały ze względu na lekką słodycz o jakieś ciastka czy batony w formie migdałów zlepionych słodkim syropem, może nawet z miodem, w tym przypadku wysmażone w nim.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się dużo oleju - zlałam prawie 3,5 łyżeczki łyżeczek, a wymieszałam jakieś 2 łyżeczki.
Było to problematyczne z tego powodu, że spore i średnie kawałki orzechów znalazły się na wierzchu, pod olejem, a niżej krem wysechł znacząco (mimo długiej daty). Kawałki strasznie to utrudniały, musiałam więc zgarnąć je łyżką na talerzyk, wymieszać i dopiero z powrotem je dorzucić.
Jak się okazało, sporo kawałków było też niżej, ale większość na wierzchu - nie wiem, czy jakoś tak same wybiły, czy to celowy zabieg producenta. Tak czy inaczej, nie podobało mi się to.
Krem oprócz tego i tak było trudno mieszać, bo był sucho-zbity i masywny, a po przyjęciu oleju i tak jeszcze zostało uporanie się z grudkami, w które się pozbijał. Dał się poznać jako twardawy, choć także oleistość w nim czuć. W końcu udało mi się uzyskać na wpół jednolity efekt.
Podczas jedzenia krem zapewnił mnie o swojej masywności, zalepiając i rozpływając się wolno we wręcz przytykający sposób. Był gęsty i ciężki, lecz nie wydawał się mocno tłusty, mimo że czuć w nim splot tłustości masywnie orzechowej i oleistej. Pobrzmiewała w nim suchość, chyba nakręcana przez orzechowe skórki, a oprócz efektu miazgowego, wystąpiły w nim spore kawałki migdałów. W zasadzie chwilami odebrały mu kremowość, tworząc z tego jeden wielki zlep.
Drobinki napędzające miazgowość nie wymagały gryzienia, ale i o nie można raz po raz zahaczyć zębem. Co innego oczywiście kawałki większe. Były tam nawet ćwiartki, ale w większości drobno-średnie kawałki.
Migdały gryzłam w większości na koniec, gdy masa już zniknęła, acz... było ich tyle, a całość miała taką strukturę, że w sumie trochę wymuszały gryzienie wcześniejsze. Cały krem czasem wydawał się przeznaczony do gryzienia.
Kawałki cechowała chrupkość i krucha twardość. Nie wydały mi się ani trochę zawilgocone. Na części ostała się migdałowa skórka. Z niektórych w ustach schodziła.

W smaku od początku czuć mocne, przesadzone prażenie. Było w tym coś trochę ze spalonych migdałów, acz złagodzonych olejem migdałowym. Nuty te wydały mi się trochę rozjeżdżać, ale zaraz połączyła je wytrawność.

Do wytrawności doszła lekka goryczka chyba skórek migdałów, acz nie była zbyt jednoznaczna. Zwłaszcza w pierwszej chwili przypisałabym ją raczej do spalenia, ale właśnie jak się okazało w ciągu kolejnych chwil, niekoniecznie.

Migdały jako takie rozbrzmiały mocniej. Wciąż ich smak wydawał się przesycony przeprażeniem, ale starały się nieco jakby wygładzić i wytoczyć odrobinę naturalnej słodyczy. Odnotowałam drobną maślaność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach jednak migdały wróciły do przypalenia i goryczki, ale jako że wciąż i słodycz trwała na swoim miejscu, wyobraziłam sobie ni batony, ni ciastka "zlepki" zrobione z migdałów w słodkim lepiszczu, jakby wysmażone w jakiejś karmelowawej masie. Takiej palonej do goryczki.

Kawałki migdałów, zaznaczające się na języku, nakręcały przeprażony migdałowy motyw. Podobnie drobinki stanowiły jego kontynuację.

Gryzione obok masy kawałki wydawały się tonąć w jej smaku. Gryzione na koniec wydawały się wyrazistsze w migdałowość, mimo że w zasadzie miały bardzo podobny charakter. Były bowiem przeprażone. Niektóre trafiały mi się bardzo gorzko-palone. Ta przeprażona goryczka mieszała się z goryczką skórek, acz obie goryczki splotły się też z naturalną słodyczą.

Po zjedzeniu został posmak migdałów przeprażonych, wręcz przypalonych o wytrawnym charakterze z motywem goryczkowatych skórek. Zaznaczyła się też oleistość.

Krem wyszedł jeszcze gorzej niż McEnnedy American Way Smooth Almond Butter. Baza na pewno była ta sama, ale kawałki migdałów nie wniosły niczego dobrego, a tylko skomplikowały mieszanie, jedzenie itd. One, jak i baza, były przeprażone, więc to taki dodatek, aby sobie był. Można było go lepiej dodać. A forma, wymuszająca ciągłe gryzienie; zlep, a nie błoga kremowość to nie moja bajka.


ocena: 6/10
kupiłam: ojciec kupił w Lidlu
cena: 12,99 zł (za 170g; chyba, bo nie pamiętał na pewno)
kaloryczność: 631 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone migdały

czwartek, 19 grudnia 2024

(Lidl) McEnnedy American Way Smooth Almond Butter

Kremy migdałowe w zasadzie nie są tymi, w które celuję, gdy jednak usłyszałam, że ojciec chce mi kupić dwa, które pojawiły się w Lidlu, ucieszyłam się. Zdziwiło mnie, że kremy 100% z migdałów wydali w ramach tygodnia amerykańskiego, ale jak tam sobie chcą. Zacząć postanowiłam od wersji smooth nie dlatego, że takie wolę (bo spodziewanie lepszy normalnie zostawiłabym na koniec), ale dlatego, że jako pierwszy wolałam zjeść bardziej bazowy / wyjściowy.

(Lidl) McEnnedy American Way Smooth Almond Butter to krem 100% z prażonych migdałów, wersja gładka; marki własnej Lidla.

Po otwarciu uderzył zapach przerażonych, wręcz przypalonych migdałów. Poszły w wytrawność i nawet lekką goryczkę. Przeszły mi nawet przez myśl migdały przesmażone w oleju migdałowym, ale po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia, akurat to przycichło. Prawie spalenizna nie wyszła jednak zbyt apetycznie, mimo i słodszego wątku jakby jakiś migdałowych zlepko-ciastek ze zlepionych słodkim syropem, przeprażono-przesmażonych w nim migdałów.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się dużo oleju, a mimo długiej daty ważności krem mocno podsechł - na nakrętce w ogóle osadziła się sucho-sypiąca się warstwa. Zlałam prawie 5 łyżeczek, a wymieszałam około 3 łyżeczek.
Wymieszanie do najłatwiejszych nie należało ze względu na suchość i twardość kremu. Krem okazał się masą pozbijaną w grudki i ogólnie konkretną. Z czasem udało mi się uzyskać względnie kremowy efekt, acz była to kremowość umowna - w ciągnącej masie i tak pozostawało trochę grudek. Całość dała się poznać jako oleiście tłusta.
W trakcie jedzenia krem nie tracił na masywności i konkrecie. Przedstawił się jako bardzo gęsty i zalepiający. Rozpływał się powoli, trochę przytykając. Był ciężki. Czuć tłustość zarówno oleju, jak i taką konkretniejszą kremów orzechowych, acz nie wydawał się mocno tłusty ze względu na jakby suchawe - napędzane zmielonymi skórkami - echo. Efekt miazgowy był wyczuwalny, ale bardzo subtelny - na języku obecność zaznaczyło trochę malutkich drobinek i skórek migdałów, lecz to niepodważalnie gładki krem.
Drobinki nie wymagały gryzienia, ale po zniknięciu masy, było na czym zawiesić ząb, gdy się uparło. Kawałeczki skórek i migdałów dodały lekkiej chrupkości, ale nie były wymagające.

W smaku pierwsza rozeszła się nuta przeprażenia. Nasiliła się, budując wręcz spaloną bazę. Przemknęło mi echo przesmażenia oraz pewna smakowa tłustość - olej migdałowy. Miało to dość wytrawny ton.

Odnotowałam lekką goryczkę - nie była jakaś mocna czy sprecyzowana. Obstawiam przypalenie wzmocnione goryczkowatymi skórkami migdałów.

Poprzez oleistość rozbrzmiały migdały. Cały czas wydawały się nieco stłumione za mocnym prażeniem, acz dobrze je czuć. Zawarły w sobie nawet echo naturalnej słodyczy. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach oleistość na chwilę zmieniła się bardziej w maślaność. Migdały zawróciły przypaloną nutę na tor bardziej po prostu palono-prażony.

W pewnej chwili oczami wyobraźni zobaczyłam ciastko-zlepki z przesmażonych w słodkim, kleistym syropie migdałów, lecz przeprażona wytrawność nie dała się ruszyć. Dominowała, przejawiając goryczkowate skłonności, które podjudzały skórki migdałów.

Drobinki wyłaniające się na język kontynuowały przeprażony smak kremu. Ciamkano-gryzione na koniec również - niczym nie odstawały od bazy.

Po zjedzeniu został wytrawny posmak przypalonych migdałów z echem przesmażenia, migdałowej oleistości i goryczki. Czułam słodkawą nutkę migdałów, ale zagubioną w tym wszystkim.

Krem okazał się niesatysfakcjonujący, a po prostu do zjedzenia, skoro już był. Takie przypalenie migdałów zabijało aż ich smak sam w sobie co jest kompletnie bez sensu w kremie 100% z migdałów. Ta goryczkowato-przesmażona wytrawność nie wyszła zbyt dobrze. Krem miał oleiste powidoki i w smaku, i konsystencji. Ta była... gładka, leciutko miazgowa, ale nie przemówiło do mnie to, z jaką łatwością ta pasta się rozwarstwiła i jak trudno było ją rozmieszać. Acz akurat to jest dość charakterystyczne dla kremów migdałowych.


ocena: 7/10
kupiłam: ojciec kupił w Lidlu
cena: 12,99 zł (za 170g; chyba, bo nie pamiętał na pewno)
kaloryczność: 631 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone migdały

niedziela, 30 czerwca 2019

lody McEnnedy Chocolate Ice Cream with a Cookie Core & Choco Cookie Pieces

Wyjmując Gelatelli Choco Brownie z zamrażarki, już wiedziałam, po jakie pudło sięgnę następnym razem. Nie mogłam się doczekać skonfrontowania lodowych serii. Ile wniesie sos? (Tak, ubzdurało mi się, że ten rdzeń - "core" będzie gęstym sosem) Jak składy? Tak nieśmiało obstawiałam, że im bardziej czekoladowo / kakaowo, tym lepiej; na zasadzie stopniowania... Potrójna moc kakao / czekolady? Mniam! Zawsze mi brakowało takich do potęgi czekoladowych / kakaowych lodów w sklepach (bo te czyste za nudne, a z ciastkami / sosem zazwyczaj mają tragiczny skład), a tu proszę, jaka kumulacja. Czułam się, jakbym wygrała na loterii.

McEnnedy Chocolate Ice Cream with a Cookie Core & Choco Cookie Pieces to "lody czekoladowe z 13% wsadem / rdzeniem o smaku ciastek czekoladowych i 7% kawałkami ciastek czekoladowych"; powiedziałabym, że: z 13 % rdzeniem ze zmielonych kakaowych ciastek i 7 % kawałkami ciasta czekoladowego / kakaowego. Produkowane w Niemczech na tydzień amerykański.

Masa lodowa pachniała bardzo czekoladowo, z wyraźnie zaznaczonym kakao, również w kakaowo-ciasteczkowym klimacie. Intensywną śmietankę ewidentnie czułam, jednak nie ingerowała w kakaową ciemnoczekoladowość. To trochę jak... kakaowe ciastka / ciasto w towarzystwie pełnego mleka.

Masa była twarda, bo gęsta i zbita, ale prawdziwie twardy, wręcz kamienny był rdzeń. Musiałam go dosłownie "piłować" łyżką przy nakładaniu / jedzeniu. Trochę się łamał. Lody powoli topiły się wokół niego, on zaś pozostawał zwarty i twardy. Ciastek w całej masie znalazłam dużo, wszystkie jednakowej, średniej wielkości. Były miękkie, przyjemnie zawilgocone.
W ustach lody okazały się cudownie kremowo-gęste i tłuste w kontekście pełnośmietankowym. Pasowały do nich rozpływające się w ustach kawałki ciastek. Do złudzenia przypominały miękkie, tłustawe i wilgotne ciasto.
Rdzeń... potwierdził swoją dziwność. To taki gruby wałek ze zmielonych ciastek (z malutkimi ich kawałeczkami) biegnący w środku przez całe pudło lodów. Był twardo-chrupiąco-trzeszczący. Mnóstwo w nim lśniących i chrzęszczących kryształków cukru. Sam rozchodził się w ustach na piaszczysto-cukrową, zwartą masę, która... nie była idealnie gładka, a usiana drobnymi kawałkami ciastek. Rozpływało się to trochę, nasiąkając i zalepiając usta zupełnie. Mimo tej gęstości masy (kremu ciasteczkowego?), cały czas wydawał się chrupiąco-trzeszczący. To chyba... taki krem z herbatników a'la Oreo (zamrożony to i twardy).

Lody od pierwszej do ostatniej łyżeczki smakowały mocno czekoladowo. Typ nieokreślony jednoznacznie, bo zarówno gorzkawe kakao, jak i wyraziście śmietankowa baza znalazły w niej miejsce. Zespoiła je znacząca, acz nienarzucająca się słodycz. Wyraźnie czułam w niej waniliową nutę.

Wszelką czekoladowość, a już zwłaszcza smak kakao, podbijały ciastka. Okazały się słodkie, choć ich wiodącą cechą była kakaowa gorzkość, kojarząca się z kakaowym ciastem / biszkoptem.

Środek (rdzeń) to już przede wszystkim cukrowość, ale i silna gorzkość kakaowych, przypalonych ciastek. Miałam wrażenie, że to po prostu zmielone herbatniki typu Oreo z mnóstwem cukru. Kojarzyło się to, choć raczej ze względu na strukturę, z oreowatym zakalcem (jednak z posmakiem spalenizny, co mi odpowiadało ze wzgląd na cukier). Cukrowo-kakaowe połączenie podbijało i słodycz, i gorzkość całości. Wyszło dziwnie i interesująco, acz cukrowości wolałabym mniej.

Masa lodowa dodatkom nadała spójności, wciągając do siebie ich smak. Śmietanka genialnie wszystko wyrównała, wyważyła. Śmietankowo-kakaowe, a jednak wciąż czekoladowe (a nie kakaowe) połączenie pod koniec wyszło wyważone, wcale nie za słodkie, ale i nie za mocno gorzkie (a więc przystępne). Do czekoladowości nie dorzucono po prostu więcej kakao, a dodano ciastka kakaowe.

Posmak pozostał jak po czekoladowo-śmietankowych lodach i ciastkach / cieście o smaku gorzkich kakaowych herbatników typu Oreo. Był zaskakująco... ciasteczkowy. Ciasteczkowo-czekoladowy!

Całość trochę mnie rozczarowała, ale i smakowała. Wyszła bowiem dobrze, lecz... ja bym to wszystko widziała inaczej. Przede wszystkim ciasteczkowy korek + ciasteczko-ciasto aż się proszą o dodanie jakiegoś sosu. Korek... no właśnie w ogóle nie podoba mi się ta forma. Mogłam dokładnie przeczytać, co kupuję, a nie tylko spojrzeć na obrazek, ale... biegnący przez całe pudło twardy, dziwny twór z kryształkami cukru? Mogli tę masę jakoś posiekać i wmieszać w masę lodową. Żeby chociaż jeszcze wyjątkowo pyszny był, a to jakiś taki... Smacznie gorzko kakaowy, wręcz lekko przypalony, ale i cukrowy. Te kryształki zupełnie niepotrzebne.
próba uchwycenia kryształków
Ciastowe ciasteczka bardzo mi do gustu przypadły. Gorzko-oreowate brownie? Pycha! Świetnie pasowały do dobrych lodów. Te nie wyróżniały się niczym szczególnym. Zadowalająco czekoladowe, ewidentnie śmietankowe. Dobrze, że nie były mocno słodkie. Wytrawności też im brak, choć akurat tu to nie wada; nie przy takim amerykańskim zamyśle.
Całość okazała się bardzo sycąca, konkretna w każdym tego słowa znaczeniu. To oczywiście plus, bo tylko taka pełna, gęsta masa lodowa mogła wypaść dobrze przy tym ciasteczkowym korku.

Jadłam już coś z podobnym korkiem: Ben&Jerry's Boom Chocolatta! Cookie Core. Ogół nie był wprawdzie porywający, ale właśnie w B&J's ten środek wyszedł o wiele lepiej. Chrzęszcząco, ale cukrem nie smakował.

Warte spróbowania, bo dobre jakościowo oraz smakowo i w sumie... na tyle dziwne, że raz fajnie coś takiego zjeść. Z racji obecności kamiennego rdzenia z mnóstwem rzężącego cukru nie powtórzę, bo wolę lżejsze Gelatelli Choco Brownie.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 9,99 zł (za 409g / 500ml)
kaloryczność: 301 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 28% śmietanka, mleko odtłuszczone, cukier, syrop glukozowy, mleko zagęszczone odtłuszczone, mąka pszenna, 4% kakao w proszku, olej sojowy, żółtko jaja, tłuszcze roślinne (kokosowy, z palmy olejowej), kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma guar; sól, tłuszcz kakaowy, substancje spulchniające: węglany sodu, węglany amonu, węglany potasu; naturalny aromat waniliowy, ekstrakt z laski wanilii

piątek, 14 czerwca 2019

lody Gelatelli Choco Brownie

Uwielbiam brownie. Jest to jedno z nielicznych ciast, do których mam słabość i w przypadku którego niestraszne mi słodycz i tłustość - o ile tyle moc kakao będzie taka, jak trzeba. Do lodów z brownie chyba mam szczęście, bo nie przypominam sobie, bym na jakieś złe trafiła. Lody z Lidla, które mają dobry skład bardzo cenię (jestem jednak nieufna, toteż zawsze długo sterczę wśród zamrażarek dokładnie studiując, co napisano na opakowaniu), więc z ogromną radością przywitałam nowości (oczywiście na dzień zakupu, nie recenzji). Jednym ze smaków było bowiem brownie, czyli smak analogiczny do lodów Mucci Chocolate Brownie mit Brownie-Stuckchen z Aldi. Liczyłam, że i w lidlowych się zakocham (bo Lidle mam bliżej niż Aldi).

Gelatelli Choco Brownie to lody "czekoladowe z 13 % kawałkami ciastek czekoladowych"; według mnie kakaowe z kawałkami ciasta typu brownie; wyprodukowane w Holandii

Po otwarciu poczułam wyrazistą, słodko śmietankową bazę oraz kakao w nią wkomponowane, co skojarzyło mi się z kakao zrobionym na mleku / śmietance, tylko oczywiście w wersji lodowej.

Masa lodowa była twarda, gęsta i bardzo, bardzo zbita - dodatkowo za sprawą dodatku. Dosłownie jakby brownie wgryzło się w lody.
Topiło się to powoli i całościowo: ciasto miękło i rozpływało się zachowując jednak formę mokrego ciasta-papki, co wyszło zachwycająco, bo wcale nie zbyt tłusto. Całość była kremowa, ale nie aż tak mocno śmietankowa. Wydawała się lżejsza, ale nie rozwodniona.
Siedziałam z nimi ponad godzinę przy filmie i do końca tę gęstość zachowały.
W masie było pełno drobinek ciasta, że nawet trudno zgarnąć część bez nich. Małych i średnich kawałków również. Żałuję tylko, że trafiłam tylko na dwa na kawały-giganty (wolałabym ich więcej na rzecz części wielu małych).

Już pierwsza łyżeczka pokazała, co potrafi śmietanka. Miałam wrażenie, że to ona lub pełne mleko stanowi bazę, czemu pomogła stosunkowo niska słodycz.

Po ustach rozszedł się smak kakao, ujawniając lekką wodnistość. Zaraz pojawiła się lekka gorzkawość, a słodycz wzrosła. Smak zrobił się tylko trochę "śmietankowo-mlecznawy", co utrzymało tę drugą na odpowiednim poziomie, a także pozwoliło na wyraźniejsze wyeksponowanie kakao. Gorzkość była jednak stopowana. Efekt był więc wyraźnie kakaowy, ale przystępny. To jak nie za mocno słodkie kakao zrobione na mleku. Okazało się, że mieszanka śmietanki i wody wyszła trochę jak "mlecznawa" bita śmietanka - nie czuć rozwodnienia, ani też ciężkości tych pełnych składników.

Każdy, nawet najmniejszy kawałek ciasta, to kopniak kakao i ciemnej czekolady. Kojarzyło się wręcz trochę z bardzo słodkim, kakaowym likierem (bez alkoholu). Lekka cierpkość kakao wybijała się ponad wszystko, mimo że brownie wniosło również więcej słodyczy i maślano-ciastowy smak. Z racji tego, jak mokra była zawartość pudła, towarzyszyło temu poczucie zakalcowości (albo myślenie życzeniowe). Po kilku zagarniętych kawałkach ciasta, lody stały się jedynie tłem. W ustach i tak czułam silnie kakaowo-maślane, słodkie i obłędnie ciemnoczekoladowe ciasto.

Po wszystkim pozostał posmak słodko-kakaowy i jak po lodach mlecznych... jednoznaczne skojarzenie z niewymagającym zrobionym na mleku (może z odrobiną wody) kakao z bitą śmietanką i kakaowo-maślanym zakalcem.

Lody smakowały kakaowo, nie czekoladowo. Baza może niespecjalnie głęboka, ale przyjemnie śmietankowa (co przy tym składzie wcale nie było takie pewne) i nie ma złudzeń, że dodano właśnie brownie. Wszystko wyszło bardzo przejrzyście i zaskakująco mało słodko, lecz nie była to kakaowa bomba - śmietanka już tego dopilnowała. Tylko ciasto to tak napędzało. I właśnie trochę żałuję, że nie było tej całościowej kakaowej eksplozji, co jednak nie znaczy, że lody nie były pyszne.
Mam wrażenie, że gdyby w samej masie nie było tyle wody, byłoby bardziej czekoladowo niż kakaowo, ale... tutaj i ta kakaowość mi przypadła do gustu. Jako że nie wyszło tłusto-śmietankowo, nie było nazbyt sycąco, a w smaku tak bardzo rozwodnienia nie czuć, nie mam nic przeciwko. Myślę, że taka baza pozwoliła na lepsze wyeksponowanie kakaowego smaku (a w sumie odtłuszczone mleko to i tak woda zabarwiona na biało, więc na to samo by wyszło; a serio to chyba jeden z nielicznych przypadków, gdzie podoba mi się opcja wymieszania śmietanki i wody). Dzięki temu chyba smak ciasta tak wyraźnie się zaprezentował.
Nie jestem pewna, czy przekonuje mnie takie wgniecenie ciasta w lody i w końcu zupełna jego dominacja, ale nie narzekam.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl
cena: 8,99 zł (za 415g / 500ml)
kaloryczność: 258 kcal / 100 g
czy kupię znów: bardzo możliwe

Skład: woda, 22,4% śmietanka, cukier, mleko zagęszczone,, 4,3% kakao w proszku, cukier trzcinowy, mleko w proszku odtłuszczone, 2,9% miazga kakaowa, masło, żółtko jaja, jaja, skrobia pszenna, stabilizatory: karagen, guma guar; tłuszcz kakaowy, skrobia kukurydziana, sól, glukoza, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

piątek, 8 czerwca 2018

McEnnedy Mini Brownies with Hazelnuts

Bardzo lubię brownie i choć preferuję zajeżdżanie do miejsc, gdzie mogę kupić sprawdzony kawałek (sama nie robię, bo najzwyczajniej na świecie by się nie opłacało), to lidlowym gotowcom też udało się mnie zachwycić. Gdy nadarzyła się okazja, postanowiłam do nich wrócić (też żeby wymienić zdjęcia na ładniejsze, czyli te obecne), a że zakupy robiłam z Mamą, i ona zapragnęła "jakieś brownie znowu zjeść". Orzechowe wydały jej się ciekawsze ("a nie takie puste, tylko czekoladowe"), dzięki czemu miałam możliwość spróbowania tegoż wariantu. Zamieniłyśmy się bowiem po dwie sztuki (taki był plan, bo gdy zjadłyśmy po jednej doszłyśmy do wniosku, że ona bierze resztę orzechowych, ja zwykłych).

McEnnedy Mini Brownies with Hazelnuts to 8 malutkich kawałków brownie z kawałkami orzechów laskowych, produkowane dla Lidla.

Bardzo podoba mi się, że każdy kwadracik jest pakowany osobno.

Po otwarciu wygląd i zapach nie zdradzały obecności orzechów. Kawałek ciasta pachniał bowiem mocno czekoladowo-kakaowo, niemal mokro-truflowo. Czuć w tym odrobinkę chemii, ale ogół wyszedł kusząco.

Ciemny kawałek był mocno przypieczony po brzegach, ale i bardzo tłusty (zostawiający plamy). Ciacho okazało się mięciutkie, odrobinę tylko kruszące się i  kapciowate, a także mokre wewnątrz.
Znalazłam w nim mnóstwo kawałków orzechów. Mimo, że strukturą wpisały się w mokrą konwencję słodycza, mi przeszkadzały. Sprawiały, że trzeba było gryźć coś idealnego do rozpływania się w ustach. Orzechy były bowiem chrupiące mimo zawilgocenia. To w końcu pozytywne zawilgocwnie, takie nasączono-soczyste.

Już od pierwszego kęsa słodycz zniewoliła kubki smakowe, a głęboka czekoladowość jej wtórowała. Kakao przybrało niemal alkoholowo-truflowy wydźwięk, co sprawiło, że zasłodzenie było pozytywne. Wyszło bardzo podobnie do czekoladowej wersji, jednak bez kawałków czekolady.

Całość była przede wszystkim czekoladowa, nie nasiąkła orzechami, jak się spodziewałam. Te w ogóle czuć było tylko przy ich kawałkach. Albo nie: "tylko", bo kawałków było mnóstwo (wydaje się, że o wiele, wiele więcej, niż podano w składzie). To one nieco nasiąkły brownie (to takie "uciastowione orzechy") i smakowały wyraźnie orzechowo, świeżo. 

Ta wersja wyszła więc czekoladowo i z orzechami, ale właśnie dlatego o wiele mniej obłędnie, maksymalnie czekoladowo niż Chocolate Chips, a wcale nie aż tak bardzo orzechowo. Orzechy były, bo były - i tyle. Zaburzały mi tylko potęgę czekolady. Smaczne na jednorazowe podejście, ale do tych wracać bym nie chciała.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: około 7 zł (za 240 g)
kaloryczność: 444 kcal / 100 g; sztuka 30g - 135 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej rzepakowy, pasteryzowana masa jajowa, 12,4% czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, lecytyna sojowa, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, naturalny aromat), mąka pszenna, mleko zagęszczone słodzone, 4,5% siekane orzechy laskowe, mąka sojowa, syrop glukozowo-fruktozowy, białko jaja, stabilizator: glicerol; kakao w proszku, naturalny aromat, substancje spulchniające: difosforany, węglany sodu; sól, emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyna słonecznikowa, mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem cytrynowym; substancje żelujące: guma ksantanowa, pektyny; kwas cytrynowy, mąka ze słodu pszennego


PS Jutro przeprowadzam się, więc nie wiem, jak będzie z moim udzielaniem się, zatwierdzaniem dodanych komentarzy i odpowiadaniem na nie. Przez najbliższej kilka dni wpisy będą publikować się automatycznie.

wtorek, 30 czerwca 2015

lody Gelatelli Master of Taste Crunchy Almond

Czy amerykańskie = dobre? 
Według mnie nie. Trzeba im przyznać, że mają rewelacyjne masła orzechowe i parę innych rzeczy, ale ogólnie prawie wszystko zakrawa o kicz. W lipcu będę miała okazję przypomnieć sobie to i owo, ale raczej ciągnie mnie do miejsc bardziej oddalonych od cywilizacji (fala recenzji będzie dopiero na jesieni, albo i w sierpniu, zależy kiedy będę miała czas napisać to i owo). Co do produktów amerykańskich w Polsce. Są strasznie drogie, często niewarte swojej ceny (bo mimo, że smaczne... to bez przesady!), ale na szczęście Lidl umożliwia nam zrobienie zapasów rzeczy na amerykańską nutę. 
Pianki do pieczenia? Jogurt z popcornem? Ja dziękuję! Jednak znalazło się też kilka produktów, w które zaoptrzyć się musiałam. 

Były to lody Gelatelli Master of Taste czekoladowe, oraz nowość - Gelatelli Master of Taste Crunchy Almond, czyli "lody śmietankowe karmelowe z sosem karmelowym, karmelizowanymi migdałami 8% i kawałkami karmelowymi 2,5%". Sos karmelowy to 9 % całości, a migdały - jedynie 4,2%. Tak czy inaczej, karmelowe 426 g (500 ml) lodów zapowiada się naprawdę dobrze (i słodko). 


Otworzyłam pudełko, pociągnęłam nosem. Zapach nie był czysto karmelowy, jak opis, a zdecydowanie bardziej złożony. Pojawiły się tu bowiem bardziej karmelowo-maślane nuty z sugestią migdałów. 
Kiedy zanurzyłam łyżeczkę w złocisto-beżowej masie, ze zdziwieniem odkryłam, jak delikatna i miękka jest. Nie czekałam zalecanych 10 minut, tylko tyle, ile zajęła mi "sesja opakowania", więc nie wiem, co by było, gdybym poczekała więcej. Na szczęście lubię takie roztapiające się już lody. 

Spróbowałam najpierw samej masy. Była dość kremowa, gładka i mimo, że do zbitych nie należała, to wodnistą też bym jej nie nazwała, a zdecydowanie gęstą (gęsta, ale nie zbita - może brzmi wręcz paradoksalnie, ale taka była). W smaku na przód wysuwała się słodycz, bardzo silna. Nie czułam tu smaku śmietanki, ale taką śmietankową tłustawość. Czuć tu jeszcze jakby trochę masełka... Jeśli miałabym być szczera, to są tłustawe i na mój gust, odrobinę (ale dosłownie odrobinę), trochę za.
Maślany motyw także w smaku się pojawił, opiewał on wyraźnie karmelowy smak. Nie odnalazłam tu żadnej, nawet najmniejszej palonej nuty. To, co czułam to była silna słodycz, jednak nie cukrowa, a wpadająca w karmel. 

Sos karmelowy przeplatał całą masę i nie mogę narzekać, że było go mało. Miejscami więcej, miejscami mniej, ale odpowiadało mi to. Kiedy go spróbowałam, przekonałam się, że większa jego ilość mogłaby podziałać na niekorzyść. Dlaczego? Sos był bardzo, ale to bardzo słodki. Gęsto-lejący, czyli o konsystencji dziwnie podkręcającej odczuwanie słodyczy.
 Maślane nuty były tu silniejsze, niż w lodach, ale także tu słodycz była na pierwszym miejscu. Sos aż drapał w gardle. Ani soli, ani palonego posmaku tu nie wyczułam. Chyba, że minimalna nutka, pojawiająca się po jakiś czas, ale była tak słaba, że nawet posmakiem jej nie mogę nazwać. Karmelowy sos okazał się straszliwie słodkim dodatkiem, jednak mimo wszystko nie był cukrowy. W tej ilości, smakował mi. 
W lodach swoje miejsce znalazły także karmelizowane migdały i kawałki karmelu. Jakby je tu podsumować? Lody nie bez powodu nazywają się "crunchy" - migdały, ściślej mówiąc, to ich kawałki i cząsteczki, nie są rozmiękłe, czy zatęchłe, a przyjemnie chrupiące. Ich smak jest wydobyty za sprawą słodko-palonych nut wokół. Karmel, który się na nich znalazł i ten z samodzielnych karmelowych cząstek, uwydatnił walory tychże bakalii. Mają one lekko prażony smak i wyraźnie przebijają się przez słodycz lodów i sosu. 

Kawałki karmelu są bardzo słodkie, ale już z posmakiem słonawo-palonym. Niestety są strasznie malutkie i nie jest ich zbyt wiele. 
Dodają jednak przyjemnego, chrupiącego efektu.

Powiem tak: nie są to najlepsze lody, jakie w życiu jadłam, ale muszę przyznać, że bardzo mi smakowały. Fakt, tylu cukrów i syropów w składzie to dawno już nie widziałam, ale karmel to w końcu palony cukier, więc co się dziwić? 
Jak na mój gust są mimo wszystko za słodkie. Z racji tego, że są bardziej rzadkie, niż zbite i gęste, słodycz odebrałam jeszcze silniej. Migdałów z kolei jest trochę za mało, a dokładniej to kawałki są za małe. Po całych kostkach czekolady w wersji czekoladowej liczyłam na całe migdały, albo przynajmniej połówki, bo bez przesady - całych migdałów w lodach to jeszcze nigdy nie spotkałam. Palony posmak jest w znikomej ilości. 
Trochę skojarzyły mi się z Haagen-Dazs, ale Gelatelli są o wiele słodsze (aż za słodkie). Na korzyść lidlowych lodów działa jednak cena.
Dobre lody w stosunkowo niskiej cenie. Ja mam dość wysoką tolerancję na cukier w lodach, więc dla mnie to przesłodzenie nie było aż takie straszne, ale osoby wolące mniej słodkie lody ostrzegam. 


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl
cena: 7.77 zł
kaloryczność: 252 kcal / 100 g, 215 kcal / 100 ml
czy znów kupię: nie planuję


sobota, 27 czerwca 2015

McEnnedy American Star Nougatelli ciastka z kremem orzechowym i czekoladą

Wiecie, ostatnio dziwnie się czuję pisząc recenzje innych produktów, niż czekolady, czy lody. W nich się odnajduję, potrafię porównać, czy coś. Dzisiaj przede mną zadanie z pozoru łatwe, dla mnie jednak jest swego rodzaju wyzwaniem. Może najpierw spróbuję Wam trochę przybliżyć mój problem, bo mimo, że jest dość głupi, to wciąż pozostaje problemem. 
Podczas ostatniego tygodnia amerykańskiego w Lidlu kupiłam dwie paczki ciastek, na które w sklepie miałam ochotę, że byłam gotowa tego dnia otworzyć jedne i drugie. Przyjechałam do domu, rozpakowałam resztę zakupów, a dwie wielkie paczki (po 175 g każda) wrzuciłam do szuflady ze słodyczami, a ochota na nie prysnęła, niczym czar rzucony na kopciuszka po północy (widzicie? żyje prawie jak z bajki!). 
W tym tygodniu, będąc w Lidlu, znowu zobaczyłam te ciastka i znowu naszła mnie na nie ochota. Tym razem oczywiście ich nie kupiłam, ale po powrocie do domu otworzyłam pierwsze z brzegu - traf chciał, że były to orzechowe, a dokładniej "kruche ciastka z czekoladą deserową i kremem orzechowym" McEnnedy American Star Nougatelli.


Otworzyłam wielką pakę, wyjęłam "korytko" z ciastkami i wydało mi się, że jest ich jakoś... mało. 8 dużych ciastek, ważących łącznie 175 g, a wyglądają jakoś tak ubogo. Wyjęłam ze trzy i dopiero zauważyłam, że rzeczywiście swoje ważą - dziwne, bo wyglądają na dość lekkie, zwłaszcza, kiedy ma się świadomość, że w środku ukrywa się jeszcze krem. Mimo, że pierwsze wrażenie było raczej słabe, moją uwagę przykuła ilość kawałków czekolady. W każdym ciasteczku jest ich cała masa! Już wiedziałam, że musi być pysznie.

Ugryzłam pierwsze ciastko, a okruszki posypały się na wszystkie strony. Ciasteczko jest bowiem bardzo, ale to bardzo kruche i suche, nie w nim nic z twardości. Mimo tych wszędobylskich okruszków, muszę przyznać, że taki stan rzeczy w pełni mi odpowiada. Nie cierpię zbyt twardych ciastek, uwielbiam te wypieczone na sucho, ale łatwo ustępujące pod naciskiem zębów. A te suche były. Ani odrobiny wilgoci tu nie odkryłam. A czy w smaku były wybitnie dobrze wypieczone? Hm, użyłabym raczej słów: "całkiem nieźle" i tyle. Oprócz tego, smakowały jak najzwyklejsze pod słońcem ciastka, tak, że nie mam im nic szczególnego do zarzucenia. Całkowicie neutralne ciastka, odrobinę tylko maślane, nie okropnie mączne, aczkolwiek czuło się tu jakby minimalnie owsianą nutę. Nie były ani trochę słonawe, sodowego posmaku też nie ma. Czyli - zwykłe, pospolite (smaczne) ciasteczka.
Dodatkiem, który wprowadzał jakiś konkretniejszy smak były kawałki czekolady deserowej. Lekko twarde, rozpuszczające się raczej powoli i gorzko-słodkie. Oczywiście, nie ma tu co szukać głębi gorzkiej czekolady, to były po prostu smaczne czekoladowe kawałeczki. W dodatku w każdym ciastku jest ich sporo, chociaż fakt, że w jednym mniej, w drugim więcej. 
Ta czekolada nadała ciastkom fajnego, łatwego smaku. 

Jednak to nie koniec. W samym środku ciastka jest krem, od którego oczekiwałam znacznie więcej, niż od opisanej już części. "Krem orzechowy" z 3,6 % orzechów laskowych. Od razy wyobraziłam sobie jeszcze bardziej orzechową Nutellę, ogromną jej ilość, o konsystencji zbliżonej do smarowidła tego, zostawionego w ciepłym miejscu, czyli gęsto-ciągnącej. 
Pierwszy gryz ciasteczka - nic, drugi... o, coś słodkiego czuję! Tak, wreszcie poczułam silną słodycz. W zasadzie, nie mogę powiedzieć, że od razu coś mnie zasłodziło, bo to, co było takie słodkie, znalazło się w ciasteczku w znikomej ilości. Wtedy do mnie dotarło, że to pewnie ten krem orzechowy. Cieniutka warstwa była tłustawa, a przy tym odrobinę sucha w niektórych miejscach. W innych już bardziej przypominała krem, ale taki raczej zbity i miejscami zasuszony. 
W drugim ciastku, jakie schrupałam, kremu było już trochę więcej, ten przypominał już krem z moich wyobrażeń.
Co wnosił do ciastek? Na pewno element słodkości i czegoś trochę wilgotniejszego. Samymi suchymi ciastkami szło by się zapchać w dość krótkim czasie, nadzienie trochę poprawiło sytuacji.
A czy w smaku rzeczywiście było przyjemnie orzechowe? Smakowało to jak połączenie kremu z wafelków orzechowych i Nutelli. Orzechy laskowe było czuć i to całkiem wyraźnie, jednak były one trochę przysłonięte przez słodycz i czekoladowy smak. 
Tego neutralnego ciastka w niektórych ciastkach jest za dużo w stosunku do kremu. W innych natomiast, ilość nadzienia była naprawdę solidna. Po czterech ciastkach doszłam do wniosku, że to wszystko gra ze sobą w dziwny sposób i naprawdę bardzo mi smakowało. Krem wydobywa jeszcze bardziej tę delikatnie maślaną nutę.
W zasadzie, dopiero w połączeniu to wszystko zaczyna smakować naprawdę rewelacyjnie, zwłaszcza, gdy trafi się na większą ilość kremu.
Gdyby tak dać więcej tego kremu orzechowego, byłoby jeszcze lepiej, jednak wtedy mógłby być jeszcze troszeczkę mniej słodki i bardziej orzechowy. Wiecie czego mi tu brakowało? Na przykład kawałków orzechów. Gdyby te warunki były spełnione, byłabym skłonna dać 10.
Warto też zauważyć, że to spora paczka w bardzo przystępnej cenie.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl, tydzień amerykański
cena: 4.49 zł
kaloryczność: 513 kcal / 100 g
czy kupię znów: może

-----------

Chciałam tylko podmienić zdjęcia na ładniejsze i dopisać zdanie lub dwa aktualizacji, ale... Nie byłabym sobą, gdybym całej recenzji przypadkiem nie machnęła. :P

Aktualizacja z maja 2018:


McEnnedy American Star Nougatelli "kruche ciastka z nadzieniem orzechowo-kakaowym (28%) i kawałkami ciemnej czekolady (15%)"; dostępne w Lidlu w ramach tygodnia amerykańskiego.
Paczka waży 175 g i zawiera 8 ciastek; zostały wyprodukowane w Holandii.

Gdy wróciłam do nich jakoś zaraz po czekoladowych, potwierdziło się, że obecnie jestem nieciastkowa, ale też to, że nawet patrząc (względnie) obiektywnie, uznałam że orzechowe są lepsze.

Po otwarciu przywitał mnie smakowity, zaskakująco naturalny zapach orzechów laskowych, kojarzący się czekoladami typu gianduja.

Samo kruche, konkretne jasne ciastko okazało się za tłuste, ale nie można mu odmówić niezłej jakości. Było bardzo słodkie, ale wydawało się mieć do tego prawo.
Zarówno krem, jak i kawałki czekolady rozmieszczono nierówno: w jednych mniej, w drugich więcej. W niektórych kremu trochę poskąpili.
Tłuste kawałki czekolady wyróżniały się smakiem czekolady właśnie, mimo że były słodkie do tego stopnia, że ciężko stwierdzić, czy to ciemna, czy mleczna.
Krem był bardzo, bardzo tłusty - jak oleiste kremy typu Nutella, czym nakręcał tłustość całości (ale w sumie dzięki niemu ciastko nie wyszło nazbyt zapychająco). Smakował... właśnie jak wspomniane kremy (moje wyobrażenie), a więc niemal cukrowo słodko i czekoladowo-orzechowo, troszeczkę mlecznie (?). Orzech nie był tu bardzo mocnym smakiem i pozostawiał trochę sztucznie metaliczny posmak, ale całościowo ten czekoladowo-orzechowy smaczek bardzo dobrze wyszedł w ciastku. Podkreślił też chyba czekoladowość kawałków czekolady.

Kęsy przepijane herbatą zyskały na orzechowej wyrazistości, całość dobrze z nią współgrała. Osłabiała poczucie zacukrzenia i podkreślała smak, który i tak był dobrze dobrany. Do takich ciastek orzechowa nutka naprawdę dobrze pasuje, słodycz jasnego ciastka wydaje się usprawiedliwiona i... właśnie ten sztucznawy orzech chyba też poczucie cukrowości osłabiał.

Ciastka były mi i tak o wiele za słodkie, ale nie odebrałam ich jako czysto cukrowych. Zatłuściły mnie (poczucie tłuszczu na ustach), ale w sumie ze smakiem zjadłam trzy (bałam się, że więcej mnie zmęczy, a chciałam zostać z miłym wspomnieniem).
Resztę oddałam Mamie. Jej też smakowały bardziej niż czekoladowe, ale ona była wręcz wniebowzięta.
Stwierdziłyśmy, że ciastka wyszły bardziej przemyślane, wyważone od czekoladowych, ale nie ma między nimi aż tak kolosalnej różnicy (w sensie: które lepsze). Mimo że nie lubię ciastek tak ogółem, do tych większych zarzutów nie mam. Ocena jest taka "ciastkowa" i po to, żeby nie porównywać czekoladowych do oceny wystawionej lata temu orzechowym.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl, tydzień amerykański
cena: 4.49 zł
kaloryczność: 513 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, mąka pszenna, oleje roślinne (z palmy olejowej, słonecznikowy), miazga kakaowa, mąka owsiana, 3,6% orzechy laskowe, masło, mleko w proszku odtłuszczone, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, laktoza, białko jaja w proszku, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowy, substancje spulchniająceL difosforany, węglany sodu; sól, lecytyna sojowa, naturalny aromat

piątek, 26 czerwca 2015

lody Gelatelli Master of Taste Crunchy Chocolate

O tygodniach tematycznych w Lidlu chyba każdy słyszał, a czy każdy je lubi? Ja, owszem, zawsze, podczas każdego tygodnia, znajdę coś dla siebie, jednak uważam, że pomysł z "tygodniami" jest niezbyt dobry. Wolałabym, gdyby Lidl był sklepem z produktami międzynarodowymi, z poszczególnymi działami, czy coś takiego. Po prostu chciałabym, żeby wiele produktów było w stałej ofercie. Wiadomo także, że tak się nie stanie, bo ludzie wychodzili by z założenia "co masz kupić dziś, kup jutro", a tak wszyscy wszystko tonami kupują "na zapas". Kolejną irytującą mnie rzeczą jest zmienność asortymentu. Podczas jednego tygodnia są inne smaki lodów, podczas kolejnego - inne bądź zmienione. Ostatnio mieliśmy masę lodów McEnnedy (w tym bananowe, które bardzo chciałam kupić, bo ostatnio nie zdążyłam, a tym razem już ich chyba nie ma), a teraz wszystkie są pod szyldem Gelatelli.

Ostatnio opisywałam Pretty Peanut Butter i Cookie Dough, ale nie wiem, czy czegoś w nich nie zmieniono. Słyszałam, że w tych pierwszych teraz dodano całe orzeszki, ale to niepotwierdzone informacje - sama tym razem tych lodów nie kupiłam.
Mam za mało miejsca w zamrażarce, a bardzo chciałam spróbować nowy smak i...

...i Gelatelli Master of Taste Crunchy Chocolate, czyli lody czekoladowe z kawałkami białej czekolady (3%) i czekolady deserowej (3%), migdałami w czekoladzie (3%), orzechami włoskimi (2%) i orzechami pekan (2%),  z racji tego, że na lody czekoladowe czaiłam się już te parę miesięcy temu. Wydaje mi się, że kiedyś nazywały się inaczej, ale jeśli o ich zawartość chodzi, nie potrafię porównać różnic (o ile takie są), bo to moje pierwsze z nimi spotkanie.

Wystawiłam 438-gramowe pudełko z zamrażarki i poczekałam parę minut, nie chcąc połamać łyżki. (Później odkryłam, że nawet na opakowaniu jest informacja, żeby wystawić na 10 min wcześniej, ale ja zawsze i tak czekam, bo nie lubię siłować się z twardą jak kamień masą.)
W tym czasie miałam okazję, żeby dokładnie przyjrzeć się opakowaniu i uznałam, że po prostu jest urocze! Mało tego, skład także jest dość... uroczy. Nawet skład np. białej czekolady jest lepszy od większości popularnych białych czekolad. Kaloryczność podana, co jest rzadkością dla lidlowych słodyczy... jednym słowem: miodzio! (nie lubię tego powiedzenia)

W końcu otworzyłam, z nieskrywaną nadzieją na coś wybornego, i pociągnęłam nosem. Kakao jak nic! Ładny, intensywny brązowy kolor lodów i równie mocny zapach przypadły mi do gustu. Czas zabrać się za jedzenie. Wbiłam łyżkę, lecz w pewnym momencie zatrzymała się i nie mogłam wbić jej głębiej. Siłowałam się chwilę i spróbowałam trochę dalej. Co się okazało? Trafiłam na pierwszy "kawałek czekolady". Kawałek okazał się być całą, sporą, kostką! Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie. I tak przy każdej łyżeczce trafiałam a to na czekoladę, a to na orzechy.

Mimo wszystko, opis zacznę od samych lodów, bo i od nich zaczęłam próbowanie. Są gęste, naprawdę gęste, a także zbite, chociaż nie całkiem twarde. Pierwsze miejsce w składzie zajmuje śmietanka, co czuć. Nie powiedziałabym, że są rozwodnione, mimo, że woda także się w składzie znalazła. Pod względem konsystencji są świetne. Smak nie pozostaje w tyle! Ewidentnie czułam kakao, aczkolwiek bez kakaowej goryczki. Po prostu silny, kakaowy smak, który często w lodach "o smaku czekoladowym" jest pomijany. Poza tym, lody były dość słodkie, ale nie przesłodzone - to pewne. Kakao chyba udało się to w miarę stonować, tak, że wszystko było, jak należy.

Jeśli o bogactwo dodatków chodzi, to pozwolę sobie zacząć od tych najłatwiejszych do opisania, czyli orzechów. Włoskie, to chyba jedne z moich ulubionych, a pekan są do nich bardzo podobne, aczkolwiek nie były tak przemrożone, żebym nie odróżniła jednych od drugich. Mało tego, szło to zrobić nawet po kształcie, ponieważ raz, czy dwa trafiłam na cały orzech, a kilka razy na wielkie połówki. Lekko chrupiące, ale raczej miękkie, co było naprawdę przyjemne w odbiorze. Swój smak zachowały w pełni. Orzechy świetnie współgrały z czekoladowymi lodami, a włoskie raz i drugi dodały delikatnej goryczki. Bardzo trafiony dodatek. 
Kolejny to migdały w czekoladzie - również lekko chrupiące, ale nie zbyt twarde. Pokrywała je całkiem gruba warstwa czekolady ciemnej - bardzo słodkiej, ale niepozbawionej nutki kakao. Czuć było, że to migdały, ale migdałowego kopa już mi zabrakło. Mogły być podprażone, czy coś, albo pozbawione tej czekolady.

Na koniec zostawiłam sobie kawałki, a właściwie kostki, czekolady. Zacznę od ciemnych, bo od nich oczekiwałam więcej. Dwie kostki zostawiłam sobie na skonsumowanie już po lodach, a resztę zjadłam razem z lodami. Wniosek? Z lodami, przez zmrożenie, czekolada utraciła część swojego smaku i była straszliwie twarda. Póki zaczęła się rozpuszczać, mijało bardzo wiele czasu. Oddzielnie, w smaku była bardzo słodka i lekko gorzka, a także tłustawa w przyjemny sposób. Bez żadnej wykwintnej głębi, ale prosta i smaczna. Z lodami wypadała gorzej, bo gdy np. zaczęłam ją gryźć, wydawała się proszkowata. Dodawała goryczkowatego motywu, szczególnie, gdy chwilę potrzymało się ją w ustach, by się ociepliła i zaczęła normalnie rozpuszczać. Z białą czekoladą było już lepiej, bo od białej nie oczekiwałam zbyt wiele, a zaskoczyła mnie. Była śmietankowo-maślana, tłustawa w pozytywnym tego słowa znaczeniu i trochę przesłodzona, jednak skonsumowana w towarzystwie lodów, ta słodycz w niczym nie przeszkadzała. 
Dodatek czekolady jest dość ciekawy, ale taka zmrożona czekolada, jak dla mnie, średnio pasuje. Wiecie, jestem ogromną fanką degustacji czekolad i lubię im poświęcić o wiele więcej czasu, niż innym słodyczom. W lodach... nie zawsze ten dodatek wychodzi, a tutaj... sama nie wiem, niby nie było źle, ale wielkie, twarde kostki trochę ciężko się jadło, mimo, że właściwie były dobre. To w końcu czekolada, a nie jakieś grudki pozbawione smaku! Wolałabym jednak chyba, żeby te kawałki były nieco mniejsze. 

Ogólnie rzecz biorąc, patrząc na cenę, gramaturę (438 g / 500 ml) i oczywiście skład i smak, jestem usatysfakcjonowana. Pyszne lody, które pewnie kupiłabym jeszcze nie raz, gdyby nie fakt, że są tylko podczas tygodnia amerykańskiego. Są godne polecenia, zwłaszcza dla osób uwielbiających czekoladę i orzechy, a najlepiej ich połączenie.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl, tydzień amerykański
cena: 7.77 zł
kaloryczność: 283 kcal / 100 g, 248 kcal / 100 ml
czy kupię znów: tak

Skład: 29,2% śmietanka, woda, mleko zagęszczone, cukier, 4,4% czekolada mleczna (cukier, miazga kakaowa, kakao w proszku, naturalny aromat waniliowy), 4,4% kakao w proszku, żółtko jaja, kawałki czekolady deserowej 3% (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy), 3% kawałki białej czekolady (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, mleko, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), 3% migdały w czekoladzie (cukier, miazga kakaowa, 25% migdały w czekoladzie, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy), mleko w proszku odtłuszczone, orzechy włoskie 2%, orzechy pekan 2%, stabilizatory: guma guar, karagen