Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: likier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: likier. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lipca 2026

Zotter Brains & Eggs / Hirn mit Ei mleczna 50 % z kremem z białej czekolady i nugatu migdałowego z ajerkoniakiem i móżdżkiem wieprzowym oraz nugatem z orzechów laskowych z kawałkami orzechów nerkowca, laskowych i migdałów

Kontrowersyjne połączenia czy nazwy dań jednych intrygują, drugich odrzucają. Przy czytaniu opisu tej czekolady przypomniało mi się danie Oyakodon, , które niektórych bulwersuje nazwą, wg nich jest upiorna, bo oznacza "rodzic" (oya) i "dziecko" (ko), odnosząc się do kury i jajka. Ciekawe, co też by powiedzieli o dziś przedstawianej czekoladzie... Chcąc na szybko znaleźć w internecie opis tej czekolady, wpisałam jej nazwę i trafiłam na informację, że Eggs 'n' brains to śniadaniowe danie cenione w Portugalii (omolete de mioleira) i Austrii: jajecznica z móżdżkiem wieprzowym. W tej drugiej znane właśnie jako Hirn mit Ei. To wydaje się... zwyczajne, pewnie nawet smaczne, ale że skwarki z móżdżku w czekoladzie z ajerkoniakiem? Druga warstwa z kolei miała się tak do tego, że... no, jej "pasowanie" oparto na powiedzeniu "jedzenie dla mózgu", bo orzechy są znane ze swoich właściwości zdrowotnych. Czytając opis z wnętrza papierka, trafiłam na jeszcze jedną grę słowną: "hirn in der birn ist", czyli "mózg jest w gruszce", co oczywiście odnosi się do dodanej gruszkowej brandy.
Co nie zmienia faktu, że umieszczenie móżdżkowych skwarek w tabliczce czekolady do mnie nie przemawiało. Uznałam, że wolę mieć ją za sobą szybciej, niż później, więc nie będę jej odkładać za bardzo w czasie.


Zotter Brains & Eggs / Hirn mit Ei to czekolada mleczna o zawartości 50% kakao nadziewana (30%) kremem "ganache" na bazie białej czekolady i nugatu migdałowego z likierem jajecznym (ajerkoniakiem), gruszkową brandy, wanilią i karmelizowanym w maśle móżdżkiem wieprzowym oraz (30%) kremem orzechowym na bazie praliny / nugatu z orzechów laskowych z kawałkami orzechów nerkowca, orzechów laskowych i migdałów. 

Po otwarciu rozszedł się uderzył zapach alkoholu. Kompozycję zdominowała soczyście gruszkowo-jabłkowa, a jednocześnie karmelowo-cukrowo słodka brandy, choć i ajerkoniak czuć wyraźnie. Trochę przesłodziły kompozycję. Dopiero jednak za brandy, w towarzystwie mleczno-waniliowego, wręcz śmietankowego splotu. W nim przewinął się też niedookreślony nugat. Taki ogólnie orzechowo-migdałowy - o, migdały czuć nieco wyraźniej. Sama czekolada wydawała mi się bardzo mleczna i bardzo słodka w sposób lekko karmelowy - powiedziałabym, że ma 40%, a nie 50%. Po przełamaniu piekąco słodka alkoholowość jeszcze się nasiliła.

Tabliczka wydawała się konkretna, ale jakby plątała się w niej pewna delikatność. Gruba warstwa czekolady choć twarda, nie trzaskała przy łamaniu, odsłaniając dwie warstwy nadzienia. Górna, orzechowa, mimo że nieco plastyczna, wykazywała kruchość ze względu na mnóstwo drobinek orzechów, jakie w niej zatopiono. Gołym okiem widać ich niewiele, więc potem czekała mnie niespodzianka. Grubsza jasna też była tłusta, ale o wiele bardziej. Ta dała się poznać jako maślano zbita, niczym chłodne masło. Na oko wydawała się gładka.
W ustach czekolada rozpływała się gładko i tłusto-kremowo. Czuć w niej pełnię mleka i maślaność. Swymi smugami pokrywała podniebienie i odsłaniała powoli również maziste nadzienia.
Warstwy ze środka zgrały się tłustością i kremowością, a także lekką pylistością. Obie były dość masywne, a także gęste w nieco biało czekoladowo-nugatowy sposób.
Spójniej z czekoladą rozpływał się krem orzechowy. Wydawało się, że gdyby nie kawałki orzechów, byłby bardziej zbity i może wręcz twardy. Kawałki jednak go poganiały. Mimo ich obecności, wydał mi się za tłusty niczym chłodne, zbite masło. Niezależnie od tego, kiedy gryzłam kawałki, były takie same. 
Krem jasny rozpływał się najwolniej, wykazując wysoką tłustość. Jego zwartość przełożyła się na pewną gibkość, ale nie gęstość. Miękką maślaność i gumowość?
Warstwa zaskoczyła mnie tym, jak połączyła gładkość z pylistością. Nie uświadczyłam w niej żadnych kawałków.
Kawałki gryzione na koniec były niechrupiące, delikatne, dość często wręcz sprężyście miękkie. Wśród tych bardziej sprężystych czasem miałam wrażenie, że chyba dwa czy trzy razy trafiłam na coś bardziej żujnego, może mięsnego, ale możliwe, że to autosugestia.

W smaku czekolada od początku łączyła ogrom pełnego mleka i maślaność z karmelową słodyczą. Lekko przesiąkła alkoholem - głównie brandy - i wydała mi się zaskakująco słodka, niegorzka jak na 50%.

Nadzienia bardzo szybko odzywały się za sprawą alkoholu i słodyczy. Nugat przesiąkł alkoholami z jasnej części, to pewne.
Po paru chwilach nadzienia odciągały uwagę od czekolady. Jasny krem okazał się bardziej jaskrawy smakowo ze względu na dominujący alkohol, ciemny orzechowy spokojniejszy i bardziej zgrany z czekoladą.

Krem orzechowy wkroczył poprzez mleczno-orzechowy motyw. Czuć w nim nugat laskowy, laskowo-migdałowy o średnio wysokiej słodyczy i lekką maślaność. Kolejne fale maślaności i pewne ciepło trochę rozmywały orzechowość, a wyłaniające się kawałki niezbyt pomagały, prawie nic nie wnosiły. Nawet pogryzienie orzechów wcześniej, obok czekolady, nie pomagało im z przebiciem się. Ta warstwa przegrywała z imperatywnymi alkoholami drugiego kremu.
Nugat spróbowany osobno wydawał się wyraźniej laskowy, a w dodatku wyraźnie poczułam w nim cynamon.

Nadzienie ajerkoniakowe przebijało się z łatwością alkoholem, który wydał mi się zasładzający i zarazem soczysty. Najpierw powiedziałabym, że dodano tam brandy gruszkowo-jabłkową, jednak po chwili została tylko gruszkowa. Soczyste gruszki były bardzo jednoznaczne przez pewien czas, choć mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączył do nich ajerkoniak. Owocowy wątek trochę ustąpił na rzecz jeszcze słodszego alkoholu oraz waniliowo słodkiej białej czekolady i śmietanki. W białoczekoladowym splocie, w oddali za alkoholami odnotowałam lekko nugatowe echo. 
Jasny krem spróbowany osobno okazał się leciutko migdałowo-nugatowy, co z czasem nieco podkręcało orzechowość nugatu. Do tego krem jasny, pod tym całym alkoholem, wydawał się wyraźniej waniliowy i nieco niepalono karmelowy / karmelowo-krówkowy.

Z czasem zrobiło się nieco bardziej orzechowo, ale nie jednoznacznie. Pomyślałam o likierze orzechowym / nugatowym. Słodycz i alkohole, które już się bardziej przemieszały, aż piekły w język, ale... w tej mieszaninie raz po raz przemknęło mi coś prażono-wytrawniejszego (nie jednak mięsnego).

Ukryły się jednak w cały czas narastającej słodyczy. Ta z nugatowej, białoczekoladowej końcowo robiła się bardziej karmelowa, karmelowo-cukrowa. Może brandy to narzuciła? Po tym uderzeniu i kolejnych falach alkoholowości, całość wydawała się nieco bardziej ciepło-korzenna.

Gdy z ciekawości pogryzłam kawałki wcześniej, obok czekolady, całość wydawała się jeszcze bardziej chaotycznie słodka i alkoholowa, a orzechy wydawały się nijakie.

Na koniec, gdy wszystko zniknęło, kawałki smakowały bardziej przejrzyście. Nie bardzo, ale bardziej niż wcześniej. Ogólnie były to delikatne orzechy, trochę onieśmielone mocnym alkoholem i słodyczą. Czuć tam głównie podprażone orzechy laskowe i migdały, ale też odrobinę trochę nerkowców. Czasem wśród kawałków zaplątało się coś nieco... słonawego? Prażonego w sposób, że powiedziałabym, że to mogło być coś mięsnego.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkiej gruszkowej brandy, chyba też echo likieru jajecznego i słodycz białej czekolady, nugatu i łagodnego karmelu. Czekolada mleczna też wydawała się bardzo słodka w sposób karmelowy. Czułam też sporo masła i nugat orzechowy z korzennym ciepłem, prawie pikanterią.

Czekolada zaskoczyła mnie, i pozytywnie, i niepozytywnie zarazem. Okazała się całkiem smaczna, ale zupełnie nie smakująca tym, czym powinna. Mleczna czekolada z mlecznym, lekko orzechowym nadzieniem z gruszkową brandy, słodko-soczyście gruszkowa i z subtelnymi orzechami do gryzienia. Trochę zbyt zasładzająca, ale robiąca to w sposób zrozumiały. Nijak miało się to do obiecywanego ajerkoniaku i kawałków karmelizowanego móżdżku. Niezbyt podobała mi się zbita tłustość nadzień, ale tragedii nie było.
Nadzienie ajerkoniakowe Zottera zawsze było mało ajerkoniakowe i kiepskie. Tym razem wyszło też niezbyt ajerkoniakowe, ale lepsze. Zawsze robił je za bardzo jabłkowo-octowe, tym razem wyszło bardzo brandy-gruszkowo. To w sumie było smaczne, ale jak ma być ajerkoniakowo, to tak... mam mieszane uczucia niezbyt. Mięsność zupełnie się schowała pod natłokiem alkoholu i słodyczy. Orzechowość nugatu nie była szczególnie intensywna, ale czuć ją w asyście korzennego ciepła. Sama czekolada wydawała się nieco za słodka, jak i cała kompozycja. Alkohole nieco za bardzo jej orzechowy charakter i ukryły. Nie wyszła więc kontrowersyjnie, ale po prostu całkiem smacznie. Nie jakoś wyjątkowo, ale tak całkiem przyjemnie do zjedzenia. Dużo w niej wszystkiego, ale efekt... raczej prosty.

W poszukiwaniu kawałków móżdżku, czy choćby mięsnej nuty, zjadłam 30g i to w zasadzie nawet z przyjemnością. Każdy kolejny gram jednak już by męczył słodyczą i trochę tłustością nadzień, niedookreślonym smakiem kawałków. 

Zjadłam połowę, choć w sumie 1/3 by wystarczyła. Potem słodycz i tłustość trochę nadto już męczyły. Zależało mi jednak na znalezieniu choć kawałka móżdżku. Niestety, nici z tego. Mama jednak też nie trafiła. Może dodano sproszkowane mięso? Stąd ta pylista struktura? Nie wiemy, nie czułyśmy niczego, co by mogło być móżdżkiem. Inna sprawa, że żadna z nas nie chciałaby go czuć... 
Dopiero z czasem tknęło mnie... że może ta czekolada miała strukturą udawać takie danie? W sensie że w tłustej, wręcz kremowej "jajecznicy" (kremach) znalazły się żujne kawałki "skwarki" (z orzechów)? Coś jak Zotter Pink Coconut and Fish Marshmallow udająca rybę, rybie mięso, a nie mocno smakująca rybą.

Mamie, której przypadła druga połowa czekolada ogólnie bardzo smakowała: "Od razu, jak tylko włożyłam kawałek do ust, uderzył alkohol. Taki mocny, ale dobry i szlachetny. Jakiś koniak czy coś. Najpierw takie mi się to trochę dziwne wydało, że sama czekolada z wierzchu nie zdążyła zacząć się rozpuszczać, a już ten alkohol, ale potem i reszta elementów się odezwała. Ajerkoniaku nie czułam, a szkoda, bo go uwielbiam. Słodka, taka naprawdę dobra mleczna z nadzieniem... Jakby właśnie głównie mlecznym i mocno alkoholowym. Takim mlecznym, porządnie mlecznym, kremem. Czułam w nim jednak coś jeszcze, na pewno coś smacznego, szlachetnego, miałam problemy z uchwyceniem tego. Z czasem mi się udało. Maślaność! Taka szlachetna, pyszna. Może to ten nugat? Ogólnie to wnętrze kojarzyło mi się trochę z takimi dobrymi, naprawdę dobrymi truflami. No i na koniec orzechy zostawały. Nie czuć dokładnie, jakie to, ale nie przeszkadzały. Dokładniej jednak nie umiem jej opisać. Smaczna, że gdybym miała sam smak oceniać, mogłaby mieć naprawdę wysoką ocenę. Z 9? Ale że jest zupełnie nie tym, czym miała być, to chyba te 6 to dobra ocena. No gdzie tam ten ajerkoniak? No i móżdżku nie czułam, ale to dobrze. Nie chciałabym go czuć". 


ocena: 6/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 71g)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, orzechy laskowe 11%, pełne mleko w proszku, migdały 5%, mleko, odtłuszczone mleko w proszku, orzechy nerkowca 3%, brandy gruszkowa 2%, syrop z cukru inwertowanego, syrop skrobiowy, żółtko jaja 1%, substancja słodząca: erytrytol; masło, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), móżdżek  wieprzowy 0,1%, emulgator: lecytyna sojowa; pełny cukier trzcinowy, sproszkowana wanilia, sól, emulgator: lecytyna słonecznikowa; sok gruszkowy, cynamon, sproszkowany imbir, kardamon, anyż gwiazdkowy

poniedziałek, 10 lutego 2025

Henry Lambertz Cream Liqueur Dark Chocolate with cream liqueur with Irish whiskey ciemna 50 % z kremem truflowym z likierem śmietankowym z whiskey

Kiedyś lubiłam dobre czekolady z alkoholowymi nadzieniami - do takich przyzwyczaił mnie Zotter, ale też nigdy nie gardziłam Lindtami z kostkami, wyglądającymi jak kapsułko-beczułki. Tabliczki Lambertz, gdy moją uwagę na nie zwrócił ojciec, skojarzyły mi się z połączeniem tego. Fakt, gdy doszedł głos rozsądku i wspomnienie kiepskawych Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter; + Henry Lambertz Zimtsterne Vollmilch i to, że obecnie tak mi się gust pozmieniał, poczułam, że te nowe mogą być zwyczajnie nie dla mnie. A jednak pomyślałam, że najwyżej Mama zje - może okażą się dla niej? Ona ciągle ma słabość do alkoholowych słodyczy, mimo że słabość nie łączy się z częstym jedzeniem - też bowiem zauważa pogarszanie się wszystkiego, a sama robi się o wiele bardziej wymagająca. Dziś prezentowana czekolada wydawała mi się bardziej w jej guście, niż moim. Czym jest irish cream, w zasadzie ciągle zapominam i muszę na nowo szukać w Google. Samo irish cream to likier na bazie śmietanki i whisky. Dopiero po dodaniu go do kawy powstaje irish coffee. Hm, no, wciąż to było bardziej w Mamy typie niż moim (choć gdy czekoladę dostałam, myślałam, że wnętrze będzie kawowo-alkoholowe - mój błąd).

Henry Lambertz Cream Liqueur Zartbitter Schokolade mit Sahnelikor mit Irischem Whiskey / Dark Chocolate with cream liqueur with Irish whiskey to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (35%) kremem truflowym z likierem śmietankowym, "uszlachetnionym" irlandzką whiskey.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach likieru śmietankowo-cappuccinowego z nieco poważniejszym echem mocnego alkoholu. Po podziale i w trakcie jedzenia whisky rzeczywiście przychodziła do głowy. Alkohol wpisał się w ciężką, cukrową słodycz. Istotny element stanowiła jednak też sama czekolada o palono-kawowym i nieco likierowo-syropowym wydźwięku oraz palonej gorzkości. Jej splot wraz ze śmietanką robił też pojedyncze aluzje do kawy i kokosa. Ogół jawił się dość czekoladkowo.

Polewowa tabliczka była twarda, acz przy łamaniu trzaskała średnio głośno w chrupki, właśnie w polewowy sposób. Czekolada stanowiła grubą warstwę i przy podziale wgniatała się w znacznie delikatniejsze nadzienie. Każdą kostkę wypełniała średnia ilość kremu o tłusto-mazistej, plastycznej strukturze. Był lepki i zbito-rzadkawy.
W ustach czekolada rozpływała się w średnio-szybkim tempie, wykazując maślaną tłustość i mazistość. Wydała mi się ulepkowata, mimo że kremowa i gęsta.
Nadzienie szybko wyłaniało się spod niej i cały czas wydawało się trochę przytoczone grubą czekoladą. Cechowała je miękkość i rzadkawość, a do tego wysoka, maślano-śmietankowa tłustość i zawiesinowość. Było mazisto-maziające się i wręcz śliskawo gładkie. Łatwo rzedło jeszcze bardziej i znikało znacznie szybciej od masywnej czekolady, która zostawała na koniec.

Występ zaczynała czekolada. W smaku od początku była bardzo słodka i już sama w sobie nieco likierowo-syropowa. Co więcej, ewidentnie przesiąkła nadzieniem, nawet gdy chodzi o części kostek, które go nie dotykały. Ogólnie kryła w sobie śmietankowe echo. Po chwili w ustach rozeszła się też palona gorzkość. Rosła dosadnie, pomagając sobie cierpkością. Nic sobie nie robiła ze słodyczy, która szybko też dosłownie podskoczyła, eksponując cukrowy charakter.

Nadzienie szybko się odezwało jako śmietankowy likier o wysokiej słodyczy. Bardzo śmietankowy. Gdy wycisnęło się spod czekolady, skupiło na sobie sporo uwagi, ale czekolada cały czas miała bardzo dużo do powiedzenia. Na pewien czas jednak oddała spore pole do popisu środka - jakby stojąc na straży tego, co się wyrabia.
Słodycz środka zahaczyła o cukrowość, co wzmocniło echo mocnego alkoholu. Dzięki temu jednak mimo że było bardzo słodko, nie męczyło to przesłodzeniem. Whisky raz po raz faktycznie przychodziła do głowy, acz w moim umyśle powstał obraz likieru śmietankowo-cappuccinowego. Przy czym kawę to raczej sugerowała czekolada z wierzchu. Słodycz czekolady nakręcała się ze środkiem wnętrza.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa alkoholowość wraz ze słodyczą aż nieco rozgrzewała, mimo że alkohol nie był straszliwie mocny. Po prostu miał dosadny charakter. Powaga whisky mieszała się jednak ze słodziutkim likierem coraz bardziej śmietankowym, co wyszło aż mdło-tłusto. Czekolada przy tym kremie robiła aluzje do niewyrazistej kawy.

Wraz z  tym, jak nadzienie znikało, czekolada bardziej wracała do gry aż w końcu dominowała. Mimo to, jego smak pobrzmiewał dość długo. Po jednak tak intensywnym, słodko-alkoholowym kremie, wydawała się spłycona i bardziej polewowa. Obok cukrowej i wysokiej, że końcowo już trochę męczącej słodyczy jednak, na zasadzie kontrastu do bardzo śmietankowego nadzienia, bardziej zaakcentowała się palona gorzkość. Miała jednak bardziej tandetno-czekoladkowy ton. Podszepnęło go echo whisky. 

Po zjedzeniu został posmak słodkiego likieru śmietankowego z aluzją do cappuccino, a na pewno z tłustą śmietanką, wzmocnionego odrobiną whisky oraz palono-cukrowej, polewowej czekolady. Słodycz i mocny alkohol aż zaznaczyły się na języku.

Całość była zrobiona tak sobie, bo dużo grubej czekolady przytłaczało nadzienie, a przez jego intensywny charakter, końcowo czekolada wydawała się gorsza. Sama w sobie była przeciętna i bazowa, więc taka jej ilość to trochę za dużo. Od czekolady z nadzieniem oczekuje się raczej dużo nadzienia. A to... było w sumie oddające tytuł - czuć śmietankowy likier, dużo śmietanki i poważniejszy alkohol, a jednocześnie nic chamskiego i zbyt zacukrzającego, mimo wysokiej słodyczy. Smak nadzienia był dobrze wyważony. Ogół więc wyszedł pozytywnie, ale nie porywająco, bo z wieloma kwestiami do poprawy. A jednak no to zwyczajnie nie moja bajka. Zjadłam połowę, ale potem słodycz, tłusta śmietanka, alkoholowość i forma przestały sprawiać mi jakąkolwiek przyjemność, ale rozumiem, że czekolada komuś może smakować bardziej. Dziś opisywana jednak była nudno-niezła, w momencie gdy Henry Lambertz Piña Colada Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling wygrała z nią tym, że była niespotykana.

Połowę oddałam już Mamie, ale jej w ogóle nie podeszła i resztka trafiła do ojca. Opisała ją: "Sama czekolada okropna, taka jak polewa z czekoladek, której nie chce się jeść, co środkowi tylko przeszkadza. Tu jednak i środek mi nie podszedł. W ogóle to go jakoś mało, że aż się gubił. A efekt... jakby takie lekko alkoholowe masło".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 525 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa,17,5% likier śmietankowy z 0,1% irlandzkiej whiskey ( zawiera mleko), tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone, emulgator: lecytyny z soi; substancja żelująca: agar; naturalny aromat

środa, 15 stycznia 2025

Henry Lambertz Piña Colada Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling mleczna z kremem Pina Colada

Przy Fin Carre Limited Edition Enjoy Chilled Type Mango Passion Fruit Hola Amigos wspomniałam, że ojciec raz przywiózł mi całe mnóstwo czekolad. Jedną od razu mu wcisnęłam z powrotem, nawet nie otwierając, ale... coś tam wzięłam nawet lekko zaciekawiona. Z marką dziś przedstawianej tabliczki miałam już do czynienia - kojarzyłam, że Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter i Zimtsterne Vollmilch mi i Mamie niezbyt przypadły do gustu, ale pomyślałam, że nadziewanych alkoholowych ciemnych mogę spróbować, bo dawno żadnych tego typu nie jadłam. Z tym że... wpadła mi też mleczna. Co prawda w nielubianym wariancie pina colada, ale z kolei... o tyle ciekawa, że mleczna, a nie biała (dalej nie rozumiem, dlaczego wszyscy uparli się łączyć kokosa z ananasem właśnie w białej czekoladzie). 

Henry Lambertz Piña Colada Vollmilch Schokolade mit Pina Colada Truffelfullung / Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao nadziewana (35%) kremem truflowym z likierem o smaku Pina Colada.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach pina colady: ananas i kokos splatały się na likierowej scenie. Alkohol zaznaczył się wyraźnie, lecz choć miał dość ciężkawy charakter, nie napastliwie, a wręcz subtelnie. Mieszał się ze sporą ilością cukru i mleczną czekoladą. Czuć ją bardzo dobrze zza drinka, z którym to poprzez śmietankowo-mleczny ton i słodycz bardzo spójnie się połączyła. Był to przyjemny, mimo że przesłodzony, zapach.

W dotyku czekolada była dość tłusta i już sugestywnie lepkawa. Nie topiła się, ale ciągle miałam wrażenie, że zaraz zacznie. Nie była specjalnie masywna, ale delikatna w sumie też nie. Przy łamaniu wykazywała kruchość, ale nie trzaskała.
Nadzienie wyglądające jak grudkowaty, lepki i dość gęsty żel całkiem porządnie wypełniało wszystkie beczółko-kapsułki. Czekolada jednak stanowiła większość, to pewne, bo robiła za bardzo grubą warstwę.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, trochę lepiąco i miękko. Początkowo próbowała zachować kształt, ale zaraz odpuszczała. Była tłusta w śmietankowo-maślany sposób, a także niegładko-chropowata ze względu na proszkowość.
Nadzienie wyłaniało się z niej po pewnym czasie. Wyszło lekko grudkowato, trochę jak połączenie budyniu z kisielem. Jednocześnie robiła słabe aluzje do marcepanu, ale z kolei bez realnych grudek czy drobinek. Wnętrze cały czas wykazywało pewną lepkość. Było średnio gęste i zupełnie nie zbite, ale też nie rzadkie. To gęstawy, trochę śmietankowy żel. Chwilami było w nim coś śliskawego. Znikał szybciej niż czekolada. Ta na koniec niby traciła gęstość i znikała rzadko, ale do końca czuć jej masywność. 
Rzednące i znikające nadzienie wydawało się trochę przytłoczone czekoladą, acz w zasadzie zgrane z nią. Gdy tak miękły razem, trochę przytykały.

W smaku czekolada przywitała cukrową słodyczą, do której szybko doleciało intensywne mleko. I tak jednak wydawało się nieco spłycone... Prze słodycz i przez echo nadzienia, którym znacząco przesiąkła. Mleczność poszła w śmietankowym kierunku, ale nie pomogło to ogółowi przez wątek aromatu kokosowego, za którym jak cień pobrzmiewał aromat ananasa. Przez to czekolada chyliła się ku tandecie, ale jeszcze udało jej się jakoś obronić. Była wyczuwalna w zasadzie cały czas, choć w punkcie kulminacyjnym, gdy nadzienie rozbrzmiało pełnią smaku, bardzo w tle.

Nadzienie samo w sobie dało o sobie znać prędko. Krem także był bardzo słodki, ale nie w tak czysto cukrowy sposób, a bardziej likierowo. Pierwszy pokazał się lekko soczysty ananas, a zaraz potem mocno likierowy, słodki kokos. Bardzo łatwo o myśl o pina coladzie. Ananas próbował pokazać się z naturalniejszej strony jako sok anansowy, ale czuć wyraźnie, że jego likierowy charakter podkręcono aromatem (choć to nie była napastliwa sztuczność). Owocowość nadzienia trochę rozmyła śmietanka, a alkohol dodał temu nieco powagi, nawet ciężkości, ale nie narzucał się. Ananas i kokos były bardzo wyważone.
Czekolada trzymała się z tyłu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz - kumulacja czekolady i wnętrza - drapała w gardle. Ananas poszedł w nieco cukierkowym kierunku - przy tym poziomie cukrowości, krem robił się troszeczkę bardziej sztuczny, ale wciąż nie jakoś rażąco. Tu wszedł kokosowy likier, raz czy drugi wychylający się nawet przed ananasa, przygłuszając jego cukierkowość.
Alkohol choć nie był chamski, wydał mi się dosadny, a przez to jak rozgrzewał gardło, słodycz wydawała się jeszcze bardziej mocarna.

Z czasem nadzienie zaczęło tonąć w cukrowo-mlecznej, czekoladowej toni. Echo likieru ananasowo-kokosowego i pewna cukierkowość ostały się, ale dopiero za cukrowo-plastikowawą czekoladą. Końcowo czekolada jawiła się jako dosłownie czysty cukier z mlekiem. Zrobiła się plastikowa - chyba alkohol ją tak trochę spłycił.

Po zjedzeniu został posmak cukrowo słodkiej czekolady wraz z drapaniem w gardle i cukierkowość związana z nadzieniem. Dołożył się do tego alkohol - ewidentnie likier. To za jego sprawą czuć i ananasa, i kokosa. Były czysto likierowe. Za likierem pojawiły się aromaty, cukierkowość.

Czekoladę uważam za w miarę dobrze zrobioną, mimo że nie była zbyt w moim typie. 4 kostki jako ciekawostkę zjadłam (przy 4 poczułam, że jeszcze trochę, a to już zmęczy, bo i tak czułam się trochę zbyt przysłodzona). Połączenie mlecznej czekolady i pina colady pasowało - mleczność czekolady dobrze współgrała ze śmietankowym wnętrzem. Kokos i ananas były dobrze wyczuwalne, procenty też się odnalazły - a jednocześnie nic z tego nie było zbyt napastliwe. Pochwalić muszę to, jak zgrane i harmonijne wyszły. Niestety, wszystko było okrutnie słodkie. I z wkradającą się sztucznawą cukierkowością. Kolejnym moim zarzutem jest to, że jednak czekolada - ciężka i gruba - przytłoczyła jedynie gęstawe nadzienie. Jak się robi czekoladę nadziewaną, to co jak co, ale nadzienia żałować nie można (tym bardziej, że czekolada była cukrowa i dodatkowo spłycona przez alkohol, to nie było to coś, co chciało by się czuć na 1. planie).

Resztę oddałam Mamie, która powiedziała: "No, ta czekolada jest dokładne tym, czym ma być! Co prawda nadzienia w niej mało, ale w sumie nie wiem, czy było aż tak pyszne, bym pragnęła go więcej. Z drugiej strony sama czekolada też taka po prostu ok. Na pewno jednak właśnie mleczna bardzo pasuje do kremu pina colada. Faktycznie, można zjeść jako ciekawostkę, bo już samo to, że jest, czym ma być i niezły skład, to w dzisiejszych czasach rzadkość".


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, 17,5% likier śmietankowy o smaku Piña Colada (zawiera mleko), mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, mleko w proszku odtłuszczone, emulgator: lecytyny z soi; substancja żelująca: agar; naturalny aromat

czwartek, 18 listopada 2021

Stuhmer Csokolade Epres Fehércsokoládé biała z nadzieniem truskawkowym z alkoholem

Po trzech (mleczna, ciemna malinowa, ciemna z bzem) czekoladach tej marki, w których były elementy po prostu odpychające i męczące mnie w zasadzie wiedziałam, że ostatnia nabyta lepsza nie będzie. Kupiłam ją trochę bez przekonania, z myślą, że "pewnie raczej dla Mamy", ale zależało mi na pięknym opakowaniu (a Mama i tak codziennie coś słodkiego je) i... wspominając pysznego Zottera White Chocolate with Strawberries. Dopiero jednak w domu dotarło do mnie, że podlinkowana robiła o tyle większe wrażenie, że zachwycała niecodziennym doprawieniem białej czekolady i truskawek - kto by pomyślał, że cynamon tak zacnie to ukoronuje? A co do dzisiaj przedstawianej - byłam już choćby ciekawa, czy i ta będzie tak niespójna i rozwalająca się, gdy chodzi o konsystencję, czy np. całkowicie zmięknie i będzie to degustacja w miarę czysta. Niestety jednak doszło do tego, że w końcu o ostatnim posiadanym wariancie nawet nie chciało mi się myśleć. Zwłaszcza, że przy Kaufland Classic Schokolade Weisse Kokos Flakes upewniłam się, że białe już za nic nie są dla mnie, a po Magnum Double Chocolate & Strawberry Tub zniechęciłam się na dłuższy czas do wątpliwych truskawkowych rzeczy. Niemniej, opakowanie chciałam wciąż (zbieram tylko tych, których choć spróbowałam sama) i... ciekawiło mnie, czy nawet ta będzie tak straszliwie niespójna (bo jednak biała sugeruje miękkość?). Zdecydowałam się więc na formę niecodzienną, a więc nie tyle moją recenzję, co wpis informacyjny, że coś takiego jest - krótki opis na podstawie zerknięcia, co to za dziwo i opinia Mamy.
Sama dosłownie odrobinkę spróbowałam, odkrajając nożem, bo już zapach nie był dla mnie. Wszystko wskazywało na to, że to czekolada, z którą w żaden sposób obcować nie chcę i wiedząc, jak to wyjdzie, czym naprawdę jest (co to Triple Sec, występujące w składzie, ale nie w tytule / opisie czekolady, dowiedziałam się dopiero po otwarciu; to słodko-gorzkie likiery pomarańczowe zawierające 40% alkoholu) za nic w świecie bym jej nie kupiła (nawet dla opakowania).

Stühmer Csokolade Epres krémmel töltött fehércsokoládé to biała czekolada o zawartości 28,3% tłuszczu kakaowego w 35 % nadziewana kremem truskawkowym z likierem cytrusowym Triple sec.

Przywitał mnie zapach mocno maślany, ciężki, ale białoczekoladowy i nie straszliwie cukrowy. Wyraźnie czuć słodko-przecierową, naturalną truskawkę i nutkę alkoholu.

Tabliczka już w dotyku okazała się tłusto-pylista, konkretna i lepkawo-miękkawa. Jednocześnie nie mogłam odpędzić wrażenia, że jest jakaś... licha, że zaraz się rozłamie czy coś. Gruba warstwa skrywała skąpą ilość gęstego, lekko ciągnącego i "grzecznego" (nielepiącego się, przystępnego) nadzienia.
Czekolada rozpływała się powoli, bo była gęsto maślana i proszkowa, pełna, ciężka. Nadzienie zaś mięciutkie, szybko się wyciskało i soczyście znikało. Najspójniejsza ze wszystkich tabliczek z serii, ale jednocześnie i tak wydała mi się niespójna. Duużo ciężkiej czekolady i delikatniusie nadzienie nie współgrały.

Czekolada w smaku, jak i w zapachu, okazała się mocno-mocno maślana, słodka.
Nadzienie zaś naturalne, wyraźnie truskawkowe i oprócz tego, że bardzo słodkie, to kwaśne. I była to kwaśność truskawkowo-cytrusowa, mocno podbita kwaśno-goryczowatym alkoholem / likierem. Powiedziałabym, że cytrusowym. Oczywiście razem jakoś to tam gra, bo słodycz czekolady równoważy kwasowość, ale... nie do końca. Efekt był taki, że czekolada uderzyła sobą, nadzienie w sekundę-dwie przeszyło kwasowością, gdy się spod niej wycisnęło i zniknęło, a potem zostawała ciężko-słodka czekolada. Kontrast źle tu wyszedł. Oki, piszę to na podstawie odrobinki, więc to mogłoby nic nie znaczyć, ale... ekhem. W zasadzie chciałam się tylko upewnić, że na pewno nie chcę nawet próbować i jeszcze na tym etapie (zdjęcia robiłam bez przekonania, właściwie za namową Mamy: "a jak jednak ci posmakuje?") nie byłam pewna, czy cokolwiek o niej napiszę. Obstawiam, że jak już, to raczej jakieś "informacyjne, że taka tabliczka istnieje" PS pod np. malinową.
Całość poszła do Mamy, i pozwolę sobie dodać, co ona sądzi

Mama... podzieliła moje zdanie i wyszło to, gdy przedstawiła mi zrobione notatki, jeszcze zanim ja cokolwiek zdążyłam powiedzieć (!).
Otóż najpierw zjadła dwa paski i jej smakowała, potem próbowała drugie podejście zrobić i już nie. Stwierdziła, że sama biała czekolada dobra, i samo nadzienie dobre, ale osobno. Razem bowiem: "już dziwnie, już mniej, niefajnie tak". Białą podsumowała jako "zwykłą, dobrą białą, nie ma co jej zarzucić", nadzienie opisała: "Truskawek to ja tam nie czułam. Prawie albo chyba zupełnie wcale. Za to cytrusową kwaśność tak, ogólnie cytrusową. Wyraziste, osobno smakowało dobrze. Tak jak i czekolada osobno dobrze, ale razem jakoś nie pasowały. Jadłam sobie, jadłam i potem każdorazowo nagle wychodziła dziwna gorycz z nadzienia. Jakby od tych cytrusów tak kwaśno-gorzko się robiło.".
Za drugim razem już jej to nie chwyciło, bo "to już nudzić zaczęło" i postanowiła wepchnąć dla ojca do kawy.
Według ojca dobra czekolada to po prostu słodka, a on pogryzie prawie każdą. I co on sądzi? Migał się i migał; tej zjadł tylko kostkę - jak widać też mu nie podeszła.

Pozostawiam bez oceny, ponieważ zjadłam za mało (nawet nie pół kostki, więc w sumie prawie nic). Po prostu nie mam ochoty takiego czegoś jeść, ale... przynajmniej sprawdziłam, jak ze spójnością itp. Może i jakoś przemyślana, ale cytrusowo-alkoholowo przerysowana. I po co? Ciężka, czym mnie trochę zaskoczyła. Niby wszystko dobrze, a wyszło źle. Uważam więc, że taki wpis może się przydać. Jako coś informacyjnie-ostrzegawczego? Kupić czy nie - warto uzależnić od tego, na co ma się ochotę, czym to ma być, a czym realnie jest. Gdyby napisali, że to biała z alkoholowo-cytrusowym nadzieniem - nie byłabym aż tak kąśliwa, ale jednak "biała z nadzieniem truskawkowym"? Ludzie...

Mama nieśmiało pokusiła się, biorąc pod uwagę cenę, skład i tytuł, o wystawienie niepewnego 5/10 "ze znakiem zapytania". Być może i się zgadzam, ale... czekolada jednocześnie była zrobiona z lepszych niż przeciętnie części, a jednocześnie była zła i niezjadliwa. Jak dla mnie producent, nazywając ją białą z nadzieniem truskawkowym, wiele zataił, bo morderczy cytrusowy alkohol grał właściwie pierwsze skrzypce. A przecież nadziewaną białą każdy może chcieć kupić: i dorosły, i dziecko (!). Kupując białą truskawkową raczej nikt nie liczy na kwaśno-gorzkie, alkoholowe nadzienie cytrusowe. Nie każdy dokładnie wczytuje się w skład. A nawet ja, czytająca składy w sklepie, nie wiedząc, co to Triple Sec, kupiłam. Nie każdy więc będzie szukał w internecie na telefonie w sklepie.
No i kwestia niespójności...
Bardzo personalnie to w moich oczach 0, bo za nic bym jej nie chciała jeść. A jednocześnie takiej oceny nie wystawię, bo... częściowo była, czym miała być (wszak skład nie kłamał, a oddzielnie każda część jakoś tam smakowała, czym miała). Częściowo. Strasznie dziwna tabliczka.


ocena: -
kupiłam: Aldi
cena: 8,99 zł
kaloryczność: 517 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 82 % biała czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), 8% koncentrat truskawkowy, woda, cukier, masło, 0,7% likier Triple Sec (cukier, spirytus, woda, aromat, kwas: kwas cytrynowy), tłuszcz kakaowy, substancja konserwująca: sorbinian potasu

niedziela, 29 sierpnia 2021

Zotter Pine Nut Marzipan + Orange ciemna mleczna 50 % z marcepanem z orzeszkami piniowymi i kremem pomarańczowym z alkoholem oraz z warstwami białej czekolady

Trochę mi było smutno, gdy sobie pomyślałam, jak mało nadziewanych nowości w moim guście zawitało na jesień / zimę 2020 do oferty Zottera. Słodycz, konsystencja, zamysł... w wielu coś mi nie grało. Ta jednak autentycznie wydała mi się smakowita i zapragnęłam jej od razu, gdy tylko ją dostrzegłam. I to mimo że ostatnio zrobiłam się jakaś małomarcepanowa. Fakt jednak, że ten zrobiono z orzeszków piniowych sprawił, że wydał mi się kuszący. Lubię, ale... mało je znam, bo jadłam może ze dwa razy w życiu. Wydały mi się wtedy ciekawe i cudowne, tylko że za drobne, więc chętnie zjadłabym je właśnie jako nadzienie czekolady. Co więcej, bardzo lubię nadzienia pomarańczowe, a takie połączenie wydało mi się arcypyszne. Miałam małe zastrzeżenia do mikroelementów, ale liczyłam, że zejdą na dalszy plan. Wydawało mi się też, że zaszły jakieś błędy przy pisaniu składu, więc napisałam do producenta, na co odpowiedzieli dziękując, za czujność. Wszystko się wyjaśniło, niestety w moich oczach trochę na niekorzyść czekolady (marcepan mieszany, a nie tylko z piniowych).


Zotter Pine Nut Marzipan + Orange / PinienkernMarzipan + Orange to ciemna mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana (30%) marcepanem z migdałów i orzeszków piniowych i (30%) maślanym kremem pomarańczowym z pomarańczowym likierem, pomarańczówką oraz z cienkimi warstwami białej czekolady.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam wyrazisty zapach zwykłego marcepanu, podkręcony alkoholem. Zwłaszcza spód wydał mi się dobitnie alkoholowy, choć kompozycja ogółem (zwłaszcza, gdy wąchałam wierzch) była jednocześnie karmelowo słodka i ewidentnie mleczna. Może... leciutko korzenna i słodko-orzechowa w tym kontekście? Pomarańcza leciuteńko pobrzmiewała w tle. Po podziale i w trakcie jedzenia przodował wyraźnie alkoholowy marcepan.  Dałabym się nabrać, że migdałowy.

Tabliczka wydała mi się konkretna...wa. Same grube warstwy czekolad lekko trzaskały. Mleczna wyglądała na cienką, a biała zwłaszcza na spodzie zdecydowanie za gruba (nawet przebijała miejscami). Nadzienia z kolei cechowała już pewna miękkawość i plastyczność, choć i krem pomarańczowy wydał mi się czekoladowo dość zbity. Marcepan również cechowała zwartość, acz ten już ochoczo kulkował się.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i gęsto-kremowo, tłusto w mleczno-maślany sposób.
Biała podpięła się pod to, choć wydała mi się nieco bardziej pyliście-wodnista. Były spójne, acz przy pomocy noża dało się je rozdzielić
Nadzienia w zasadzie rozpływały się równocześnie, jednak krem spokojniej i raczej trzymając się czekolady; marcepan wyciskał się szybciej, po czym zalegał, zostawał na sam koniec razem ze skórkami z pomarańczowego.
Otóż marcepan był miękki i i aż kulkujący się. Okazał się jedynie wilgotnawy i zwarty, trochę soczyście-tłusty. Trzeszczał pyliście - powiedziałabym, że jest głównie migdałowy, ale jakby w wersji... z dodanym soczystym pyłkiem; jak się wczułam, wyłapywałam różnicę: taki mięciutko-"kawałkowy" element.
Nadzienie pomarańczowe okazało się za to rzadsze, niż myślałam: kremowe, tłuste w śmietankowo-maślany sposób, a jednocześnie wodniste. Przejawiało lekką proszkowość. Tworzyło przez to zawiesinę. Wydało mi się mało soczyste, acz znikało bezproblemowo. Od jego wad odciągały uwagę drobinki skórek pomarańczy, niektóre aż przezroczyste. Jędrne jednak, gdy zabrałam się za gryzienie ich na koniec.

W smaku czekolada przywitała się słodyczą palonego karmelu, podkręconego nieco orzechowym charakterem. Łagodna, niegorzka, szła w kierunku maślano-mlecznym. 
Mleczność i wręcz śmietankowość podniosła wyraźnie biała czekolada. Za jej sprawą wzrosła także słodycz, choć ona sama nie była bardzo słodka. Raczej łagodna i maślana.

Czekolady nieco nasiąkły alkoholową nutą (co czuć zarówno przy próbowaniu osobno, jak i przez większość czasu, czyli gdy przegryzałam się przez całość).

Ta z kolei umożliwiła wejście nadzieniu owocowemu, które właśnie podwyższało ogólną aż cukrową i likierową słodycz. Skojarzyło mi się z delikatniusimi, alkoholowymi czekoladkami pomarańczowymi. Szybko poczułam alkohol, który ogrzał nieco gardło.

Alkohol jakby dał kopa marcepanowi. Zaserwował specyficzny smak marcepanu, ale jakby migdały częściowo wymieszać z orzechami. Każdorazowo, gdy zaczynał się rozpływać i nasiąkać od śliny, serwował przedelikatny smak, bardzo czysty. Wydał mi się więc orzechowo-złagodzony, niemal neutralny i wręcz maślany (co do tego i orzechowości upewniłam się, gdy spróbowałam go osobno). Potem wysuwał się... mały pazurek. Wyłapałam odrobinkę kwasku, co czułam też przy próbowaniu osobno. Był taki... leciutko ostrzejszy? Trochę też przesiąkł alkoholem, co podkreślało zwyczajnie marcepanowy charakter.

Za ostrością w dużej mierze zdecydowanie stał alkohol, bo procenty wyraźnie czuć na języku. Zabarwił nieco marcepan, ale w większości emanował z kremu pomarańczowego. Neutralność czy "orzechowawość" idące w maślanym kierunku w kompozycji dokładał krem pomarańczowy. Był bardzo słodki i w tym sensie aż mdławy, maślano-czekoladowy. Nuta pomarańczy wyszła słodko-goryczkowato, kojarząc się z kandyzowanymi skórkami oraz sokiem pomarańczowym (nie takim świeżo wyciśniętym z owocu). Pomarańcza wydawała mi się czekoladkowa, nieco wręcz rozmyta, a dodatkowo zalana słodko-cukrowym alkoholem. Był wyraźny, ale nie uderzający. Mimo to, chwilami aż przygłuszał resztę smaczków w połowie rozpływania się kęsa. Biała czekolada znajdująca się na spodzie nie pomogła mu, dokładając mleczności.

Z czasem cała ta słodycz i maślaność zmieszały się z czekoladą, która pod koniec wydała mi się jeszcze bardziej maślano-karmelowa i łagodna. Leciutka czekoladowość mieszała się z marcepanowo-ciepłym motywem. Tak złagodziła całe wnętrze, że wydało mi się ogólnie maślano-mleczne. Pomyślałam o jakimś... kremie grzańcowo-korzennym... Niestety przesłodzonym. W tle walczyła lekka rześkość, ogólna cytrusowość, ale zza tego wszystkiego nie udało jej się przebić. Bliżej końca za to wyraźniej przy cukrowości czułam likier pomarańczowy.

Dopiero trafiając na drobinki skórek pomarańczy wyraźnie wzrastał smak naturalnego owocu w kontekście słodko-gorzkich skórek. Nieco większe upuszczały trochę soczystości.

Przy nich zostawało też takiej "miazgi orzechowomarcepanowej". Jak się na niej skupić, czuć, że to nie migdały, a orzechy (albo raczej mieszanka i to z bliżej nieokreślonymi).

Po zjedzeniu w ustach został słodki, marcepanowo-alkoholowy posmak, podkręcony sokiem pomarańczowym. Nie było jednak bardzo soczyście przez słodycz i maślaność, mleczność. 

Całość była bardzo słodka. Owszem, intensywna, ale właśnie w słodkim kontekście. Wydała mi się dość... czekoladkowa. Zdecydowanie marcepanowa, to fakt. Likier pomarańczowy wyszedł tu słodziaśnie, jak i całość w sumie, a mimo to był tu wyczuwalny jako alkohol. Mimo że to kompozycja poważniejsza, nie dla dzieci, odrobinka charakteru aż się zatracała. Pomarańcza słodyczowa, ogrom maślaności i delikatna czekolada odciągały uwagę od specyfiki marcepanu. Czuć ją... trochę. Orzeszki piniowe może i czuć... by było, gdyby otoczenie ich nie tłamsiło. O ile rozumiałabym podkręcenie ich nuty pomarańczą, tak alkoholem już nie. On tak... uzwyczajnił marcepan. Niby większych zarzutów brak, ale i nie ma elementów do chwalenia.
Tabliczka z jednej strony jest ciekawa i pomysłowa, ale raczej teoretycznie. To nie zwykły "pomarańczowy marcepan", jednak wyszła właśnie tak (jeden punkt właśnie za to odjęłam, bo gdyby to miał być zwykły marcepan, spokojnie dostałaby 8). Tak samo jak i zwykły, taki we mnie nie budzi większych emocji czy zachwytu. W dodatku nie odpowiadały mi słodkie czekolady, z których biała zdawała się dominować. Zbyt dużo w tej tabliczce niedociągnięć. Mniejsza połowa (około 30g) powędrowała do Mamy, bo mnie znudziła.
Mamie smakowała, ale podsumowała: "Dla mnie ona chyba za skomplikowana, nie umiem tego wszystkiego, co tam ma w niej być, połapać. Czułam po prostu zwykły marcepan lekko pomarańczowy i trochę alkoholu. Czekolada słodka, bo mleczna dzięki tej białej pewnie i... po co to tam bardziej na czynniki rozbierać? Smaczna!".

PS Najpierw czekolada była opisana jako: "z marcepanem z orzeszków piniowych" - dlatego jedząc ją myślałam, że marcepan jest tylko z nich i nie wiedziałam, o co chodzi. Napisałam jednak do producenta i wyjaśniono mi, że pierwotny plan zakładał, że taki zrobią; skończyło się na tym, że zrobili mieszany, a opis poszedł tamten. Podziękowano mi za zwrócenie uwagi i teraz już jest prawidłowy: marcepan jest migdałowo-piniowy.


ocena: 7/10
kupiłam: FoodieShop24
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 533 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: marcepan (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, masło, orzeszki piniowe, likier pomarańczowy, syrop skrobiowy, odtłuszczone mleko w proszku, sok pomarańczowy, wódka pomarańczowa, koncentrat soku pomarańczowego, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, sól, sproszkowana wanilia, lecytyna sojowa, cynamon

czwartek, 15 października 2020

J.D. Gross Winter Edition Mousse au Chocolat Eggnog ciemna 56 % z musem czekoladowo-truflowym i nadzieniem ajerkoniakowym

Zimowa linia nadziewanych Grossów bardzo mi się spodobała. Gdy tylko wypatrzyłam je w gazetce, ruszyłam na łowy. Objechałam 5 marketów - w żadnym nie było. Kolejny dzień, kolejna rundka. Prawie dostałam zawału słysząc w jednym, że "pewnie już zeszły", do innego nie dojechały, w jednym pracownicy pojęcia nie mieli, o czym mówię, mimo że pokazywałam gazetkę. Ileż ja się za nimi nalatałam... Aż w końcu zdobyłam! Można by pomyśleć, że żaden smak w sumie nie jest do końca mój, ale... w sumie wręcz przeciwnie. Wszystkie trzy, dobrze zrobione, są jak najbardziej moje. Ok, za smakiem zabajone nie przepadam (od wszelkich likierów jajecznych, kogli-mogli trzymam się z daleka), ale akurat ta czekolada mi się podobała. Do tego stopnia, że w pierwszym odruchu chciałam zostawić ją na koniec, ale przy planowaniu degustacji doszłam do wniosku, że chcę ją (z racji formy) zjeść świeżutką, by płynne nadzienie i mousse były, jakie miały być.

J.D.Gross Winter Edition Mousse au Chocolat Eggnog to ciemna czekolada o zawartości 56 % kakao z 25% musem czekoladowo-truflowym i 16% likierem jajecznym; edycja limitowana na zimę 2019/20.

Zabrawszy się za sreberko poczułam intensywną woń palono-cierpkawej, lekko kawowej czekolady ciemnej o wysokiej słodyczy, podkreślonej mocną, alkoholowo-słodką nutą. Bez problemu mogłam określić, że to likier jajeczny. Po podziale na kostki zrównał się z czekoladą.

Tabliczka w dotyku wydała mi się tłustawa, ale konkretna. Przy łamaniu ładnie trzaskała, a kostki trzymały się w całości. Przy bardziej szczegółowym podziale okazało się, iż moja tabliczka uległa przedwczesnemu zestarzeniu. Miejscami, ale jednak.
Gruba warstwa twardej czekolady skrywała spore i wyrównane ilości nadzień: mazistego i gęstego kremu czekoladowego oraz lepkiego i gęstego sosu. Ten drugi rozszedł się nieco po bokach, nie jak na obrazku na opakowaniu (na środku wierzchu było go mało).
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, zalepiając przy tym, jak zmieniała się w tłusty krem. Cechowała ją gładkość oraz lekka pylistość występująca dopiero pod koniec.
Szybciej spod niej wypływało nadzienie górne, acz całość rozpływała się równocześnie, zgranie mięknąc.
Nadzienie to było znacznie rzadsze, raczej gładkie w glutkowatym kontekście, miejscami trochę skrystalizowane. Wydało mi się dość śmietankowo tłuste, dość szybko przez to znikające. W dwóch-trzech miejscach... przypominało "alkoholowe szkiełko" (skrystalizowany, scukrzony alkoholu). Grudki cukru, jakie w nim były (gdzie czekolada się zestarzała) były okropne, ale te części przypominające szkiełko wydały mi się spoko. Na całą tabliczkę moje dwie kostki miały takie coś (Mama trafiła też na dwie, a otrzymała rządzik, czyli trzy). Niewątpliwie jednak to świeża wersja była najlepsza, ale ogółem tragedii nie było.
Również śmietankowo-tłusty był dół, czyli niby mousse. Okazał się miękki i mazisty. Trochę przypominał czekoladę z wodnistym efektem, jednak nie znikał szybko. Wyszedł rzadszy od czekolady, także jakby bardziej śliski, a jednocześnie z trzeszcząco-pylistym efektem ujawniającym się pod koniec. Bliżej mu do kremu czekoladowego niż do mousse'u.

W smaku czekolada przywitała się palonym smakiem gorzkawej kawy i mnóstwa słodyczy. Odebrałam ją jako nieco karmelową, trochę zahaczającą o miód i podkręconą... w likierowy sposób? Jakby te dwa słodzidła były podrasowane alkoholem. Musiała trochę przesiąknąć wnętrzem.

Tu szybciej odzywało się jasne, jajeczne. Zaczynało od roztoczenia alkoholowości. Zaraz niewątpliwie właśnie jajeczny smak wprowadziło, także śmietankę, ale drastycznie podnosiło słodycz. Nie byle jaką, bo ze sporą ilością procentów, piekących w język i grzejących nieco gardziel, w asyście cukru oczywiście. Mimo że mocne, nie uderzało do głowy, nie wydało się też wyprane ze smaku. Spełniło moje wyobrażenia o koglu-moglu w wersji dla dorosłych (z alkoholem). Wydało mi się lekko waniliowe, mimo że na pierwszym miejscu stał cukier.

I właśnie też śmietankowe, odrobinę alkoholowe odebrałam nadzienie dolne. Na pewno czuć w nim lekką gorzkawość i cierpkość kakao, ale w wydaniu bardziej truflowo-alkoholowym. Było trochę maślane, co nieco rozbiło zasadniczą ciemnoczekoladowość, ale całościowo stanowiło dobre przejście do ajerkoniakowego zasładzacza. Mousse bowiem podpiął się zarówno pod czekoladę, jak i pod nie.

Czekolada pod koniec, gdy alkoholowe nadzienie nieco już zniknęło, wróciła z nową mocą. Najpierw jeszcze mieszała się z maślano-truflowym kremem, potem wydała mi się bardziej gorzkawa, cierpkawa, choć ogólne poczucie słodyczy już nie osłabło.

Po zjedzeniu zostałam z posmakiem bardzo słodkiego, waniliowo-jajecznego likiero-budyniu oraz palono-cukrowej czekolady. Trzymała się jej lekka maślaność, ale i cierpkość kakao. Alkohol wraz z cukrem zajął się z kolei gardłem, ale wcale nie było to przytłaczające. Nie wiem dlaczego skojarzyło mi się to z miodem. W ustach czułam podsuszenie wywołane procentami, a na ustach trochę tłuszczu.

Całość uważam za przesłodzoną, ale jednocześnie dość logiczną w tym i poważniejszą. Kawowo-palone nuty, maślana truflowość - wszystko to pasowało do ajerkoniakowego waniliowo-śmietankowego kremu, który był odpowiednio alkoholowy. Wyraźnie, ale nie przytłaczająco czy zabijająco inne smaki.
Sama żałuję tylko, że konsystencja była, jaka była. Dla mnie za miękko-tłusto-maziste to. Miejscowego zeszkiełkowania jednak aż tak nie żałuję. W sumie spoko efekt wyszedł.
Jak na ten smak u mnie w ogóle ta czekolada odniosła sukces. Uważam ją za sto razy lepszą niż Zottera Egg Liqueur / Egg Dance czy Lindta Truffel Eierlikor.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 7,99 zł (za 188g)
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, 16% likier jajeczny, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, mleko w proszku odtłuszczone, śmietanka w proszku, laktoza, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii, naturalny aromat, sól

czwartek, 4 czerwca 2020

Zotter Champagne + Redcurrant / Kir Royale 2019 ciemna 70 % z czekoladowym kremem z alkoholem i kremem z czerwonych porzeczek i nugatu migdałowego z likierem z czerwonych porzeczek oraz warstwą białej czekolady

Nie rozumiem, czym Zotter kieruje się zmieniając ofertę. Wprowadzanie nowości to jedno, ale zastępowanie jednych innymi czasem w jego przypadku jest dla mnie kompletnie bez sensu. Na przykład swego czasu wywalił z oferty czekoladę Blackcurrants in&out (czarno porzeczkową) na rzecz Redcurrants (czerwono porzeczkowej) - a przecież smakowo to dwa różne owoce! Albo Chocolate and Mint (miętowa z nutą truskawek) zamiast Chocolate Mint - miętowej do potęgi z najnaturalniejszą miętową galaretką. No też kompletnie co innego! Malinowych kompozycji z kolei ma strasznie dużo i niektóre wydają się bardzo podobne. No nie rozumiem. I właśnie zostawiając Champagne + Raspberries, wprowadził dzisiaj opisywaną. Mimo że nie przepadam za szampanem i czerwonymi porzeczkami, zakupiłam. Dlaczego? Otóż Marc z szampanii to nie szampan, a winiak w zasadzie. Dowiedziałam się o tym przy Champagne + Raspberries, która zszokowała mnie tym, jak mi posmakowała. Nic nie stało więc na przeszkodzie, by i ta okazała się zacnym kąskiem.
Ten tu Marc z Szampanii został wytworzony przez najlepszego producenta szampanów z certyfikatem Demeter (udaję, że mam jakąkolwiek wiedzę w temacie).
ALE!
Po spróbowaniu zaledwie gryza-dwóch już wiedziałam, że znam tę czekoladę bardzo dobrze. Okazało się, że to przecież... Kir Royale! Nawet opakowanie to samo, ale nie od razu skojarzyłam, bo np. nowa Labooko 70 % Uganda ma opakowanie dawnej  Labooko Congo 70 % . Myślałam, że to też po prostu, że np. podobało się Zotterowi czy coś.


Zotter Champagne + Redcurrant to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana (30%) porzeczkowym kremem na bazie porzeczek, białej czekolady i nugatu migdałowego z likierem z czerwonych porzeczek oraz (30%) czekoladowym kremem na bazie ciemnej i mlecznej czekolady z Marc de Champagne oraz z cienką warstwą białej czekolady.

Po otwarciu poczułam smakowitą woń, natychmiast kojarzącą się z czekoladowo-alkoholowymi truflami. Czekolada o palonym, nieco chlebowo-orzechowym charakterze, odważnie podkreślona mocnym alkoholem mieszała się z delikatniejszą nutką czerwonych owoców.
Wąchając wierzch, kompozycję odebrałam bardziej jak delikatny, owocowy alkohol - jakiś szampan czy likier - bo tu zapach robił się bardziej pudrowo-owocowy i orzechowy / migdałowy.
Po przełamaniu wszystko to się przemieszało, na prowadzenie wylał się słodki likier, podbudowany pudrowo-paloną ekipą.

Tabliczka wydała mi się dość konkretna - czekolada na wierzchu trzaskała przyzwoicie, nic się nie rozwarstwiało ani nie uginało, mimo że nadzienia cechowała pewna plastyczność.
Większa na pewno ciemne, gdyż okazało się nieco maziste i tłusto-gładkie. Odebrałam je jako bardzo wilgotne i zbite.
Z kolei nadzienie owocowe wydało mi się bardziej "rozlazłe w kontakcie", mimo że też zbito-zwarte, jak gęsty krem z suchawą konfiturą - ono bardziej się "rwało" niż maziało.
W ustach czekolada rozpływała się w tłustawo-kremowy sposób, powoli zalepiając za sprawą gładkich smug, które odsłaniały najpierw również gładką, kremowo-tłustą czekoladę białą, a potem nadzienia. Zaczęły rozpuszczać się równocześnie, acz czekoladowe szybciej i spójniej z czekoladą. Owocowe wyciskało się, a potem zalegało. Upuszczało soczystość, a potem dodawało zbitej tłustości, zagęszczonej jak zbity przecier, zalegając tym samym. Gładki ciemny krem nie miał tego problemu, gdyż przypominał mokre, tłusto-wilgotne i zakalcowe brownie.

W smaku ciemna czekolada przywitała mnie szlachetnie gorzkim smakiem o wydźwięku palonym, orzechowo-chlebowym i wymieszanym z również paloną i szlachetną słodyczą karmelu.
Ta dość szybko wzrosła za sprawą czekolady białej, która dodała mleczną nutkę, otwierającą drogę nadzieniom.

Pierwsze zadebiutowało owocowe, przekradając się wraz z mlecznością. Pomogło sobie soczystym kwaskiem cytryny i słodkim likierem - też owocowym. Poczułam owocową nutę niewątpliwie należącą do czerwonych i/lub leśnych. Pojawił się słodko-pudrowy wątek. Poczułam sporo śmietanki i migdały w słodko-delikatnym wydaniu, które dodatkowo nakręcał słodki, rozgrzewający alkohol. Kwasek splótł się ze słodyczą, reprezentując bardzo soczyste, a zarazem pudrowe porzeczki czerwone. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czerwone porzeczki podkreślone cytryną dominowały. Zrobiło się znacząco owocowo-kwaśno, w gardle zaś poczułam ciepło likieru porzeczkowego.

Ten mieszał się z alkoholem zdecydowanie mocniejszym. Płynął z czekoladowego kremu, który również podbił słodycz i kwaśność, ale też ogólną czekoladowość. Cierpkie kakao mieszało się z odległą, łagodniejszą maślano-orzechową nutką. Także ono, samo w sobie, wydało mi się nieco owocowo-kwaśne, ale jakby za sprawą alkoholu - skojarzyło mi się z wytrawnym czerwonym winem oraz wiśniami. Doszukałam się tu niemal cierpko-owocowej rześkości, przy czym język cały czas był rozgrzewany. Klimat tej warstwy był mocniejszy i palony... Niczym przypieczone brownie nasączone alkoholem.

Wszystko to zamykała czekoladowa oprawka o zdecydowanie poważniejszym charakterze, w którym jednak potencjalną głębię zalał alkohol. Czuć i słodko-soczysty likier porzeczkowy, i alkohol mocniejszy. Cierpkość alkoholu i porzeczek z czasem pozostawiała jedynie kakaową, która ostała się jako pylisty efekt.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych czerwonych porzeczek oraz silne poczucie słodyczy i alkoholu - niemal cukrowo słodkiego, jakby osadzonego na ustach. Czułam też karmelowo-orzechową, dość słodką czekoladę, a także cierpkość kakao i owocową. Owoce na koniec sprawiały wrażenie pudrowych i podkreślonych kwaskiem cytryny.

Całość uważam za dobrą, ale przeciążoną, zbyt namieszaną intensywnymi smakami. Wyszło dość mocno owocowo-cierpko, co w dużej mierze było zasługą czerwonych porzeczek i likieru z nich, ale... w czekoladowym kremie ewidentnie czuć, że i sam Marc smakuje cierpko-owocowo... właśnie może porzeczkowo? Wymieszanie dwóch alkoholi sprawia, że nie da się stwierdzić. Szkoda. Zaskoczyło mnie jednak, jak smacznie wyszły tu wyraziste czerwone porzeczki i jak bardzo sprawdziła się tu biała warstwa, dodająca ciemnej, cierpkiej czekoladzie nuty mleka, ażeby wpleść wnętrze do gry. Nie podbiła słodyczy czy mleczności - to kompozycja bardziej wytrawna jak czerwone wino, a więc dość kwaśna, cierpka i obłędnie owocowa (tak, porzeczkowa). Gorzkie nuty czekolady dobrze się tu odnalazły, ale chwilami aż żal mi było, że alkohol przytępiał smak.
Ta czekoladowa warstwa była o wiele lepsza niż w Champagne + Raspberries i nie ukrywam, że wolałabym, by odegrała (wraz z winiakiem Marc, który się w niej znalazł) większą rolę niż likier porzeczkowy.

I właśnie! Nazwa zmieniona, opakowanie nie, tak jak i niektóre wady Kir Royale - jak były, tak są, choć muszę przyznać, że nieco mniej. Nowa wersja była mniej pudrowa i mniej przyprawiona (choćby cynamonu prawie nie czuć). Nie wiem, czy jest tak w każdej nowej, ale u mnie warstwa białej była tylko pod nadzieniem czekoladowym, w starej zaś z dwóch stron - to pewnie przełożyło się na to, że nowa jest nieco wytrawniejsza. Na stronie Zottera warstewka białej jest jednak i z wierzchu, i na dole, ale... mógł po prostu przerzucić stare zdjęcia. Wydaje mi się też, że trochę zmieniono rozmieszczenie składników... A może to wynika z tego, jak niepowtarzalna jest każda tabliczka?


 ocena: 8,5/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70g)
kaloryczność: 506 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, syrop ryżowy, mleko, likier z czerwonych porzeczek, pełne mleko w proszku, Marc de Champagne, odtłuszczone mleko w proszku, suszone czarne porzeczki, koncentrat z czerwonych porzeczek, masło, migdały, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)

czwartek, 30 stycznia 2020

Magnetic Czekolada deserowa nadziewana lubeckim marcepanem o smaku pomarańczowym

Nie lubię kandyzowanych skórek pomarańczy (ogólnie kandyzowanie to zło) i nie mogę się pogodzić z tym, że w czekoladach praktycznie nie występują skórki niekandyzowane. A szkoda, bo właśnie same gorzkie skórki bardzo lubię. Spośród pomarańczowych czekolad jakoś nie mogę sobie "tej mojej znaleźć" (co innego nuty pomarańczy w ciemnej - te w 99 % przypadkach mi smakują), zauważyłam jednak, że o wiele lepiej sprawdzają się nadzienia. Ostatnio parę właśnie takich jadłam i dzisiaj prezentowana idealnie się wpisuje w tę "serię". Niestety jednak, po kokosowej i z marcepanem nie obstawiałam, by ta mnie zachwyciła. Obie były mi zdecydowanie za cukrowe. A może pomarańcza miała to przełamać?

Magnetic Czekolada deserowa nadziewana lubeckim marcepanem o smaku pomarańczowym to "czekolada ciemna o zawartości 53 % kakao nadziewana lubeckim marcepanem o smaku pomarańczowym (53%)" z likierem pomarańczowym, wyprodukowana przez Erasmi & Castens Lubecker Marzipan dla Biedronki na zlecenie Horst Schluckwerder OHG.

Już w chwili otwierania poczułam intensywny zapach bardziej świeżych niż marcepanowych migdałów i ogrom soczystości. Należała do słodko-kwaśnej, nieco tylko goryczkowatej pomarańczy, co okazało się idealnie spójne z również soczystym marcepanem (co oczywiście nabrało mocy po przełamaniu). Lekka cierpkawość i cukrowość zaznaczyły się w tle bliżej czekolady, zwracającej uwagę na motyw likieru / galaretek.

Tablica była konkretna, trzaskała - głównie z racji grubych warstw czekolady. Marcepan, mimo że zwarty, wyglądał na nieco rwący, ponieważ tworzyły go nieidealnie zmielone grudki.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo, nie za tłusto, ale nieco maślanie. Mimo to, pozostawiała bardziej wodniste, acz lepiące, smugi.
Marcepan mimo że nie mocno gęsty, a rozrzedzono-grudkowy i bardzo wilgotny wyciskał się spod niej szybko, ale wcale się tak chyżo nie rozpuszczał / nie rozłaził. Był zwarto-mięsisty, lekko gumiasty. Odrobinę trzeszczał / skrzypiał dzięki świeżości migdałów. Wydawało się, że leje się z niego sok. Co więcej, z racji tego, jak trzeszczał (i dzięki smakowi), miałam wrażenie, że zawiera włókna pomarańczy i świeże, zmielone skórki owoców.

W smaku sama czekolada była wręcz cukrowo słodka, acz przywitała mnie palonym, trochę węgielnym smakiem. Cierpkość dała o sobie znać, by zaraz wejść wraz z cukrem w klimat likieru. Może trochę piernikowego, orzechowego...

Migdałowego. Oto smak migdałów z marcepanu szybko do niej dołączał. Goniła go pomarańcza, idealnie wpisana w klimat powyższych. Słodko-kwaśna, kojarząca się "zimowo".

Smak migdałów nie dał się zagłuszyć, mimo że wyszedł bardzo czysto-świeżo. Przez maślaność i aromat pomarańczy wydał mi się łagodny i nieco wręcz upudrowany, ale smakowity. Trochę tłumiła go słodycz, która ciągle rosła. Mieszała się ze słodyczą soczystych pomarańczy, a właściwie soku pomarańczowego. Leciutkie rozgrzanie wraz ze słodyczą aż drapało w gardle, a ja pomyślałam o pomarańczowo-migdałowym grzańcu lub... nasączonym cukrowym likierem pierniku pomarańczowym. Było to do bólu słodkie, cieplusie, a jednak nieco przełamane poprzez iluzję, że gdzieś tam wisi kwasek.

Bliżej końca wyłaniała się też lekka goryczka i cierpkość. Te pomarańczowe mieszały się z tanio-polewową cierpkością cukrowo-maślanej, przypalonej czekolady.

Po wszystkim pozostał posmak przypalonej, przesłodzonej, a i tak łagodnie maślanej czekolady ciemnej oraz soczystej, trochę zalatującej goryczkowato-likierowym aromatem, pomarańczy. Wspomnienie marcepana było odległe, całość jednak miała przyjemnie "zimowy", rozgrzewająco... piernikowy? wydźwięk.

Czekolada wyszła z jednej strony ciekawie i nieźle, ale... Sama nie wiem, coś mi nie grało. Cukrowo-polewowa czekolada mi nie odpowiadała, a marcepan... o tak, ten był smakowity, bo jak słodko-kwaśny i z lekką goryczką sok pomarańczowy z bardzo czystymi migdałami, odrobinką alkoholu, ale... Przeszkadzała mi słodycz. Mimo że nieco silniejsza, wydała mi się bardziej uzasadniona niż taka wyeksponowana w wersji z klasycznym marcepanem (tamta wydała mi się aż nudno-nijaka przez mieszankę cukru i delikatnych migdałów), a i na pewno niższa niż w kokosowym.
Mimo że obecnie marcepany mnie nie kręcą (pewnie dlatego klasyczna, pomijając słodycz, aż tak mnie nudziła), mimo przecukrzenia, trochę podjadłam z ochotą. Resztę oddałam Mamie, uwielbiającej marcepany i likiery, ale czekolada była jej za gorzka i "weź przestań, wcale nie taka słodka".)


ocena: 7/10
kupiłam: Biedronka
cena: 6,99 zł (za 140g)
kaloryczność: 498 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, mielone migdały (25%), likier pomarańczowy (4%), tłuszcz kakaowy, woda, naturalny aromat pomarańczowy, emulgator: lecytyny; regulator kwasowości: kwas cytrynowy; substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza