Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pralus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pralus. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 października 2025

neapolitanki Pralus Carré De Café Cafe au Lait; Noir "czekolada" kawowa mleczna; ciemna / "kawolada"

Dawno temu miałam okazję jeść Pralus Carre De Cafe Noir Arabica i Pralus Carre De Cafe au Lait Arabica. Były ciekawe, jednak to nie coś, z czym chciałabym mieć więcej do czynienia. Ostatnio jako gratis dostałam miniaturki i uznałam, że to chyba forma idealna dla takich wydziwianych tabliczek. A może właśnie ich specyfika uciekała przy tak małej gramaturę? 

(Mini Square Coffee Pyramid) Pralus Carré De Café Cafe au Lait a Croquer Pur Arabica Neapolitans to mleczna kawowa tabliczka - kawolada - czyli "czekolada" z ziaren kawy arabika w formie miniaturowej "neapolitanki" o wadze 6g (sprzedawana w zestawie "Kawowa Piramida").

Po otwarciu poczułam intensywny zapach mocnej, ale nie siekierowej, czarnej kawy ziarnistej z tłustym mlekiem. Stało jakby trochę obok niej i było bardzo, bardzo tłuste. Połączyć to próbowała średnio wysoka słodycz o karmelowym zabarwieniu, która trochę przechodziła w jakby kawowe mleko słodzone skondensowane (albo kawę z takowym?).
Zapach kojarzyłam z pełnowymiarowej, ale nie 1:1, bo w przypadku miniaturki słodycz wydawała się odgrywać istotniejszą rolę i bardziej nakręcać się z mlekiem - acz uwierzę, że po prostu ja zrobiłam się bardziej czuła na słodycz.

Czekoladka była w dotyku tłusta i twardawa, ale nie trzaskała przy przełamywaniu czy robieniu kęsa. Przypominała taflę z tłuszczu, która trochę się kruszyła.
W ustach okazała się jednak średnio tłusta i względnie aksamitna. Rozpływała się w szybko-średnim tempie. Początkowo jakby próbowała być gładką, ale jednak odpuściła i przez większość czasu raczyła mnie proszkowością. Końcowo robiła się jak ciepła plastelina, choć i kremowość jakąś tam czułam. 
Struktura charakterystyczna - jak dużej, choć ze względu na cienkość, rozpływała się szybciej.

W smaku od razu rozszedł się motyw tłustego mleka i masła z pobrzmiewającą gorzką kawą. Ta szybko podskoczyła ze względu na kontrast.

Słodycz choć zaznaczyła się szybko, porządnie ruszyła z lekkim opóźnieniem. Miała lekko palony, karmelowy wydźwięk i też wzrosła dopiero po chwili.

Kawa potrzebowała trochę czasu, by się nasilić, ale ani przez moment nie była mocarnie siekierowa. Przedstawiła się jako średnio palona, ziarnista. Pomyślałam o takiej, którą zaparzono na świeżo zmielonych ziarnach. I która... puszcza przodem słodycz i mleko?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mleko z kawą połączyły się w jedno. Musiało być to tłuste, mdławe mleko. Pomyślałam o małej czarnej, do której wlewa się słodzone mleko skondensowane. To miało o wiele bardziej władcze zapędy od kawy samej w sobie.

Z czasem swoim palonym wątkiem obudziła w słodyczy palony karmel, który zmienił się w kawowe karmelki. Karmelki, które zdradzały też mdławą tłuszczowość, a kawa zeszła do poziomu kawowego mleka skondensowanego. Słodycz przejęła pierwszy plan.

W oddali przemknęła leciutko kwaskawa soczystość jakiś nieokreślonych owoców. Bardziej jednak słodkich niż kwaśnych. Przez to łatwo zatonęły w słodyczy mleka skondensowanego z domieszką kawy.

W posmaku została kawa o niewysokiej gorzkości, ale jednak stojąca na pierwszym planie, nie zagłuszona słodyczą z tłem z tłustego mleka oraz wysokiej słodyczy karmelkowego karmelu. To był bardzo, bardzo silny posmak, utrzymujący się o wiele dłużej niż w przypadku czekolady z kakao.

Smak pamiętałam mniej więcej podobnie, jednak tym razem jeszcze gorzej odebrałam tłustość smakową i struktury, a na słodycz bardziej zwracałam uwagę. Wyszła silniej, bo całość ze względu na cienkość rozpływała się szybciej. Przez to też prawie zupełnie umknęły owoce. To akurat w zasadzie... pasowało. To ogólnie  jednak wciąż połączenie wyraźnie kawowe, mleczne w zbyt tłusty sposób i do tego słodkie... niby jakoś tam zgrane, ale nie prawdziwie harmonijne.
Efekt taki, że... ciekawostkowo można zjeść. W moim przypadku jednak i tak skończyło się na połowie - bo chciałam dziwo pokazać Mamie. To jedna z tych czekolad, które spokojnie można tylko troszeczkę spróbować.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, cukier, mleko w proszku, kawa 100 % arabika, lecytyna sojowa

---------------

(Mini Square Coffee Pyramid) Pralus Carré De Café Cafe Noir a Croquer Pur Arabica Neapolitans to ciemna kawowa tabliczka - kawolada - czyli "czekolada" z ziaren kawy arabika w formie miniaturowej "neapolitanki" o wadze 5g (sprzedawana w zestawie "Kawowa Piramida").

Po otwarciu poczułam intensywny zapach świeżo zmielonych, palonych ziaren kawy, mieszających się z niską, paloną, trochę karmelową słodyczą. W oddali przemykała cierpka rześkość owoców. 
Zapach wydał mi się identyczny co wersji pełnowymiarowej.

W dotyku czekoladka była tłusta i sucha zarazem.
Przy przełamaniu i odgryzaniu kawałka, okazała się twarda, jednak jej trzasko-chrupnięcie nie było zbyt głośne.
W ustach rozpływała się dość szybko, bardzo tłusto i wręcz ślisko. Udawała gładką, ale wyraźnie czuć w niej chropowatość. W dodatku wydawała się trochę oporna, mimo że w sumie nie miała problemów z upuszczaniem kremowo-tłustych fal siebie. Tę dziwną strukturę dobrze pamiętałam z pełnowymiarowej.

W smaku od razu czuć wyrazistą kawę. Kawę czarną, zrobioną z palonych i świeżo zmielonych ziaren. Była gorzka, lecz w żaden sposób nie siekierowa czy zbyt mocna.

Szybko dołączyła do niej delikatna słodycz o niemal karmelowym charakterze. W tle odnotowałam też soczystość. Najpierw nieokreśloną, potem ewidentnie słodko-owocową. Pokazały się czerwone i czarne porzeczki oraz cytrusy, wraz z lekkim kwaskiem. Potem przemknęły jeszcze chyba mirabelki, żółte śliwki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pojawiła się iluzja mleka. Mleka tłustego i aż przez swą tłustość mdłego? Z łatwością przemieszało się ze słodyczą, a zaraz też z kawą. Tłustość płynęła także z samej kawy i wydawała się dziwnie nie na miejscu. Słodycz nieco się odważyła i osiągnęła średni poziom. Kawy jednak nie doścignęła.

Kawa końcowo zdobyła się na lekką ziemistość, zrobiła się siekierowo-mocarna, acz słodycz próbowała dotrzymać jej kroku. Mieszając się, zasugerowały soczyście-ziemistą, gorzko paloną czekoladowość.

Po zjedzeniu został posmak bardzo mocnej, niemal ziemistej, bardzo palonej gorzkiej kawy z tłuszczowym echem oraz kwaskawo-owocowym, porzeczkowo-śliwkowym wątkiem. Czułam się trochę jakbym zjadła garść ziaren kawy. Posmak był mocarny i został na o wiele dłużej niż w przypadku czekolady z kakao.

Całość była dokładnie taka, jak zapamiętałam, a jednak moje postrzeganie się zmieniło. Jak w przypadku mlecznej, szybsze rozpływanie się jakoś skierowało uwagę na słodycz, ale też sprawiło, że kompozycja otarła się o czekoladowość - wszak wszystko znikało za szybko, by się porządnie wczuć. I... właśnie w tym widzę atut małej wersji. Z tym że jednocześnie wyszła bardziej kontrastowa, jaskrawa, że za nic nie umiem myśleć o niej - choćby względnie obiektywnie - jako o czymś na 9. Ostatniego kęsa nie dałam już rady. To było zbyt dosadnie kawowe (a choć obecnie kawy nie piję, jak już jem coś kawowego, to lubię, gdy jest naprawdę bardzo kawowo).


ocena: 8,5/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kawa 100 % arabika, tłuszcz kakaowy, cukier, lecytyna sojowa

Obie tabliczki miały taki smak i strukturę, były na tyle dziwne, że o wiele lepiej odbiera się je w malutkiej ilości. Jedząc pełnowymiarowe tabliczki łatwiej zwracać uwagę na wady, podczas gdy jedząc miniaturki, można skupić się na ciekawostkowości. A jednak... ze względu na szybsze rozpływanie się ze względu na cienkość, smaki szybciej uderzały i uciekały. Nie na tyle jednak, by zmieniać im oceny i ogólny odbiór.

Mama, która dostała po kawałku (mlecznej połowę, ciemnej trochę mniej), opisała je: "No, ciekawe, ale tylko jednorazowo jako ciekawostka, a nie, by częściej jeść. Smakowo to fajne, takie kawowe, a ja lubię kawowe rzeczy, ale strasznie nieprzyjemnie tłuste, jakbym masło lizała. Może cię zaskoczę, ale mimo że była kwaskawa, bardziej smakowała mi ta ciemna. Wyszła jak słodka kawa. Bardzo kawowa i z kwaskiem z granicy tych pozytywnych, owocowych kwaśności, które lubię, a tych nieprzyjemnych. Ta kwaśność potrafiła zalecieć taką tanią kawą z marketu, ale ogólnie też coś trochę owocowego w niej było. A ta mleczna to taka... słodko-mleczna i trochę tłusto mdła, mniej wyrazista. Ciekawostkowo świetna sprawa, ale jak mówisz, świetne na takie czekoladki, bo więcej - całych tabliczek - to by człowiek nie chciał".

wtorek, 10 czerwca 2025

Pralus La Javanaise Blend Dark 75 % ciemna z Indonezji i Ghany

Bardzo, bardzo zatęskniłam już za czekoladami marki Pralus, więc gdy tylko dostrzegłam nowość na stronie Chocoladeverkopers, zaczęłam szukać, co jeszcze zamówić i natychmiast zamówienie złożyłam.
Gdy przypomniałam sobie Pralus Indonesie Criollo 75 % i Pralus Ghana Forastero 75 % już w ogóle nie mogłam się doczekać zjedzenia dziś przedstawianej. Połączone kakao z dwóch czekolad, które są na liście moich najukochańszych 10/10? To musiało być coś! Jednak, gdy już się za nią wzięłam, tknęło mnie... że przecież właśnie to połączenie to nie nowość, a Pralus Djakarta Criollo - Trinitario 75 % ze zmienioną nazwą. Producent uznał, iż nazwa była zbyt myląca - "Djakarta" mogło błędnie sugerować, że ziarna pochodzą Dżakarty. Jest ona stolicą Indonezji, jednak to nie z jej regionu pochodzą ziarna. Kiedy opisywałam tamtą, były rozbieżności w kwestii tego, jakie odmiany połączono. Na chwilę obecną, czyli rok 2024 zarówno na stronie, jak i na opakowaniu jest mowa o Criollo i forastero. Zmieniono też używaną lecytynę.

Pralus La Javanaise Criollo - Forastero Blend Dark 75% to Pralus Djakarta Criollo - Trinitario 75 % ze zmienioną nazwą, czyli ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Criollo i forastero z Indonezji i Ghany.

Po otwarciu uderzył mnie złożony bukiet przypraw: gałka muszkatołowa dominująca nad cynamonem i kardamonem. Odnotowałam też imbir, który wplótł soczystość. Ta niby była nie za wysoka, a jednak wyraźna. Pomyślałam o czerwonych owocach (głównie chyba czereśniach?). I jagodach? Raczej słodkich i na pewno w tle. Soczystość tonęła w słodyczy karmelowo-daktylowej i... miodzie leśnym? Wszystko to stało za torfem, ziemią i słodkawym mchem; lasem pełnym dzikich kwiatów. Oznaczało to sporo drzew, które mieszały się z przyprawami w... piernikowym kontekście? Do głowy przyszedł mi śmietankowy mousse czekoladowo-piernikowy, chylący się w nieco grzybowym kierunku. Doszukałam się jeszcze czarnej herbaty (też z przyprawami?), przeważającej o gorzko-poważniejszym, nie słodkim wydźwięku.

Tabliczka była twarda i trzaskała głośno, obiecując, że jest pełna i konkretna.
W ustach rozpływała się powoli i bardzo kremowo. Była tłusta w nieco oleiście-maślany sposób, mazista i porządnie gęsta. Pokrywała podniebienie tłustymi smugami, a potem przełamywała to trochę soczystością. Nawet ta jednak wydawała się pełna i gęsta, że konkretnie wypełniała usta.

W smaku pierwsza polała się łagodna słodycz mleczno-maślanego karmelu. Karmelu niemal krówkowego. Maślaność zaraz się od niego trochę odłączyła i sama chciała się wybić, niosąc neutralniejszy motyw, ale zgłuszyły ją inne nuty.
Za nią mignęła niemal nieuchwytna gorzkość - kawy?

Przemknął kwasek. Jakby kwasek miodu? Zniknął. Jak już go jednak odnotowałam, nieustannie pomykał mi za to kwasek owoców. Najpierw pomyślałam o cytrusach, ale później złapałam wyraźnie czerwone owoce - wiśnie i niemal czarne czereśnie?

Słodycz w tym czasie bardzo wzrosła. Soczystość podszepnęła karmelowi daktyle. Wyszły niemal piekąco i bez trudu umocniły słodycz. Wprowadziły miód. Także piekący i charakterny, na pewno ciemny i wręcz ciężkawy. Miód leśny? Aromatyczny od dzikich kwiatów.

Gorzkość szybko dała o sobie znać. W zasadzie zaznaczyła się jako echo już w ciemnym miodzie, ale tu bardziej grała na siebie. Przedstawiła się jako za mocna herbata. Herbata z przyprawami korzennymi?

Przyprawy uderzyły nagle i bardzo mocno. Przewodziła gałka muszkatołowa, która wraz z kardamonem szła wręcz w gorzkość. Wraz z mocną herbatą także owocom dodały lekkiej cierpkości. W tle przemykać zaczęły różne porzeczki i jagody. Kwaskowi zdarzyło się spoglądać ku cytrusom.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w maślaności wychwyciłam pieczarki. Jako jakiś śmietankowo-maślany sos?

Korzenne przyprawy jednak odwracały od tego uwagę. Dołączył do nich cynamon i osłodził je nieco. Też w pikantnym stylu. Podsycił też ciemnomiodowo-daktylowe tony, acz nie tak bardzo. Soczystość piekła... i od słodyczy daktyli, i od... imbiru? Do głowy przyszła mi nawet jakaś jabłkowo-imbirowa masa (konfitura?). Słodycz ogólna rosła, ale nie pchała się na pierwszy plan.

Herbata zaczęła zmieniać się w kawę ze względu na mocniejszą paloną nutę, jaka wychynęła zza przypraw. A wśród nich... soczystość poszła we wręcz nieco... mięsnym kierunku? Grzybowy sos z pieprzem przybrał na znaczeniu. Sos... grzybowo-serowy?

Wychwyciłam twaróg, nieco wyprowadzający ten wątek z wytrawnych klimatów do neutralności. Wykorzystał to miód i trochę w ten twaróg wsiąkł. Wątek ten jednak nie utrzymał się za długo.

Przyprawy i ta wytrawność nagle jednak trochę zmieniły tor i pokazały mi obraz lasu. Ciemnego, wilgotnego, ale ze słodkawym mchem. Był w pewien sposób słodko-ostrawy, co świetnie zgrywało się z przyprawami korzennymi. Gorzkość i pikanteria zaś ułożyły się w czarną, aromatyczną i wilgotną ziemię.

Pieprz i gałka muszkatołowa końcowo zdecydowały się na coś słodszego - miodowy piernik o ciężkim charakterze, który nieco przełamało echo soczystej warstwy chyba z wiśni (i czarnych porzeczek?). Do tego nie za słodką, piernikową kawę. Przyprawy wróciły do goryczki. Słodycz jednak też nie odpuszczała. Przy pierniku czułam ciemny, piekący miód, ale już jakby obok prezentowały się równie piekące daktyle. 

Po zjedzeniu został posmak niby maślany i wręcz krówkowo-karmelowy, ale wcale nie łagodny. Te nuty na zasadzie kontrastu wystąpiły w opozycji do ogromu ziemi, herbaty i ostro-pieprznego piernika. Pobrzmiewały grzyby, ale też cierpkie, ciemne owoce, przeplecione z subtelnym niedookreślonym, soczystym kwaskiem (zahaczającym o cytrusy?). Do tego słodycz też częściowo wpisała się w ostrość jako piekące miód ciemny (leśny?) i daktyle.

Ta czekolada to prawdziwa uczta. Niezwykle bogata w intensywne nuty. Połączyła dwie boskie czekolady i wyszła także bosko. Łagodniejszy, niemal krówkowo-karmelowy początek, maślaność, a potem piekące daktyle i miód leśny, herbata zmieniająca się w kawę i ogrom przypraw z gałką muszkatołową i kardamonem na czele wyszły cudnie. Cynamonowe osłodzenie, przejście do pewnej grzybowej wytrawności, a potem las i drewniano-piernikowa końcówka przesądziły o wybitności kompozycji. Odrobinka wiśni, czereśni i porzeczko-jagód, cytrusów wprowadziła soczystość, ale nie silną owocowość. I dobrze, bo tylko taka ilość owoców idealnie pasowała.

Przy drugiej kostce byłam już pewna, że... skądś to znam. Zaczęłam szukać, wczytywać się w opis, przeszukiwać bloga. Przecież to Pralus Djakarta Criollo - Trinitario 75 % (2017)! Tak, dla mnie było to zaskoczeniem, bo przed degustacją nie wczytywałam się dokładnie w opis, stworzyłam wstęp dopiero później. Dobrze to znałam - wspomnienia wróciły, jakby to było tak niedawno. Tym razem byłam w stanie wyczuć o wiele, wiele więcej i trafnie to ponazywać, widzę więc swój rozwój. Czekolada sama w sobie nie zmieniła się jakoś znacząco - szczegóły wynikające z różnic między poszczególnymi zbiorami kakao.


ocena: 10/10
cena: 7.95 € (około 34 zł)
kaloryczność: 585 kcal / 100g
czy kupię znów: kto wie?

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

wtorek, 9 sierpnia 2022

Pralus Tobago Estate Chocolate W.I. Roxborough 70% ciemna

Rodzina Duane'a Dove'a miała małą farmę kakao, więc od dziecka interesował się kulinariami. Uczył się w tym kierunku, wydał książkę o czekoladzie i rumie, a po latach (w 2003) powrócił na rodzinną wyspę Tobago (na Oceanie Atlantyckim u wybrzeży Ameryki Południowej - tamtejsze wyspy uznawane są za ojczyznę ziaren trinitario) i założył własną plantację kakao. Postanowił stworzyć własną czekoladę. Nie zrobił tego jednak sam, a z Francoisem Pralusem, z którym zdążył się zaprzyjaźnić podczas lat spędzonych poza rodzinnymi stronami. I jest to właśnie moment, w którym chyba oczywiste stało się to, dlaczego po prostu musiałam zdobyć tę tabliczkę. "Taki inny Pralus" był w moich oczach niezwykle intrygujący.

F. Pralus Tobago Estate Chocolate W.I. Roxborough 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Tobago, z okolic miasta Roxborough.

Po otwarciu poczułam raczej zapach drzew, kwiatów i wanilii. Choć słodki, był świeży i lekki. Pomyślałam o odważnie przypieczonym cieście czekoladowo-orzechowym, wyłożonym na opalaną, drewnianą tacę (?). Wyraźnie swoją obecność zaznaczyły też słodkie owoce czerwone oraz bardziej rześko-słodko egzotyczne i... chyba w oddali też słodkie brzoskwinie? Wtórowały im jakieś cierpkawe... wiśnie / jeżyny? Zapach wydał mi się trochę roślinny. Pomyślałam o liściach tabaki, a potem też o zamszu i jego miękkości.

Tabliczka w dotyku wydawała się masywna, konkretna i twarda, ale też tłusto-kremowa. Przy łamaniu trzaskała bardzo głośno, potwierdzając swoją twardość. Chwilami naprawdę musiałam się namęczyć, by to zrobić. Brzmiała jak łamane o kolano grube, suche gałęzie. Przy odgryzaniu kęsa z kolei wykazywała skalistą kruchość (grubej warstwy lodu na jeziorze?).
Mimo ziarnistego przekroju, w ustach rozpływała się idealnie kremowo i bardzo gęsto. Chwilami może i pojawiała się sugestia proszkowości, ale ogół odebrałam raczej jako gładki. Częściowo długo zachowywała swój kształt, w mniejszej części zaś zmieniała się w tłusto-maziste, gęste smugi powlekające podniebienie. Wydawała się wypełniać nimi usta zupełnie. Wyszła bardzo maślanie, chwilami bardziej maślano-śmietankowo tłusto.

W smaku najpierw zagrzmiała słodycz wanilii. Rosła, wydając się przy tym trochę cukrową. 

Na szczęście szybko pojawiła się też nutka nieco palona, przywodząca na myśl częściowo spalone już drewno w ognisku / palenisku. Do tego trochę ziemi... jak sterta drewna, gałęzi leżąca obok ogniska (czekających na swoją kolej) właśnie na czarnej, cierpkiej i suchej ziemi. Gorzkość zaznaczyła się na tyłach, tworząc tło. Miała jednak stosunkowo lekki charakter. W dużym stopniu przemodelowała słodycz cukru na palony karmel.

Wraz z rosnącą słodyczą w miejscu wanilii pojawiła się pewna świeżość, rześkość. To nuta roślin, a więc zielonych liści i łodyg, słodkich kwiatów, ale też ukrytych między nimi owoców. Raczej egzotycznych, słodko-wodnistych i nawet chwilami mdławych. Pomyślałam o słodkiej pitai (smoczym owocu) i brzoskwiniach... W głowie pojawiła się też niedookreślona "egzotyczna truskawka"... "Raczej egzotycznych", a więc nie tylko. Jeżyny też gdzieś tam się przewinęły. Mimo to, słodycz raz po raz zahaczała o cukrowo-miodowo drapiącą (delikatnie, ale wyczuwalnie).

Z czasem ogniskowe drewno zaczęło zmieniać się w drzewa i orzechy. Trzymała się ich nieco palona nuta, ale to były też... drzewa i orzechy po prostu. Trochę gorzkawe, trochę... zapraszające łagodność? Otoczyła je bowiem maślaność. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkawo-cierpkie nuty, otulone słodyczą, zaczęły wypychać na pierwszy plan sowicie wypieczone ciasto czekoladowo-orzechowe. Sprężyście-tłuste od ogromu orzechów? Wyłożone na tacę z opalanego drewna.

Przez pewien czas maślana nuta wydawała się bardzo silna, łagodząca kompozycję. Trafiwszy na momentami aż cukrową słodycz, zaobfitowała w jakieś bardziej maślane ciasto (acz wciąż czekoladowe!) ze śmietankowym kremem (z owocami?). Zaraz śmietanka wybiła się przed to wszystko i w dużej mierze pochłonęła łagodzącą konkurencję. Śmietankowo-czekoladowy splot wyszedł na szczęście szlachetnie, wykwintnie. Gardło niby się trochę rozgrzało, ale nie jakoś męcząco.

Długo trzymająca się tyłów gorzkość wypłynęła w końcu na wierch jako orzechy włoskie. Wydały mi się niemal dominujące. Dołączyły do nich surowe, świeże orzechy laskowe w goryczkowatych skórkach. Podkreśliły mocniejsze nuty. Pomyślałam o orzechach, które spadły z drzewa na czarną ziemię, porośniętą trawą. Ziemistość cały czas pobrzmiewała. Choć nie była imperatywna, wiele wnosiła tu i ówdzie.

Paloność wróciła jako dym, zmieniając świeżo-roślinne akcenty w liście tabaki. Pomyślałam o skórzanej odzieży, nasiąkniętej dymem i... zamszu? W smaku była pewna "miękkość", ale też charakterek (chwilami chowający się, z czasem cudnie się prezentujący).

Słodkie owoce zmieszały się z tymi nutami i zaczęły zmieniać się w czerwone. Poczułam truskawki, jakieś inne... Czerwone owoce i czerwone wino? Wino o słodko truskawkowej nucie... Chwilami tak słodkiej, że aż "dżemikowej". Cierpkość, zmieszana ze słodyczą, dopowiadała nieśmiało jeżyny. Te jednak zaraz zatonęły w pikantnawej (?) ziemi, która nieco odwróciła uwagę od cukru w gardle.

Ziemista nuta zafundowała trochę swojej cierpkości ("brudnawej surowości?), której towarzyszyła słodka śmietanka.

Po zjedzeniu został posmak właśnie ziemiście cierpki, trochę orzechowo-drzewny oraz śmietankowy. Czułam słodycz wanilii i cukru, także jako drapanie w gardle (choć to może bardziej "miodocukier"). W ustach bowiem trochę neutralizowała ją maślaność (i ona jakby kontrastowo podkreśliła gorzkość?).

Całość smakowała mi, jednak nie aż tak, jak mogłaby smakować, gdyby była mniej słodka i mniej maślano-śmietankowa. Jej ziemistość, orzechy i drewno, roślinność wówczas mogłaby być naprawdę zacną siekierą. Owoców może było niewiele, ale były i wpasowały się doskonale, a jednak słodycz - choć płynęła też z nich - odstawała. Chwilami wydawała się cukrowa, co gryzło się ze szlachetnością reszty. Podobnie jej maślaność niezbyt mi odpowiadała (już w przypadku reszty Pralusów jest istotna; tu jeszcze bardziej).

Kwiatowa, rześko-roślinna była też Pralus Trinidad Trinitario 75 % (z sąsiedniej wyspy; obie są jednym państwem), ale w niej o wiele więcej gorzkości (goryczkowatych ziół), wyrazistej skórki chleba i przypraw korzennych. Owoce podlinkowanej to raczej brzoskwinie i cytrusy (ale niewiele ich), a dzisiaj opisywana to brzoskwinie i inne, sporo czerwonych. Obie jednak mało owocowe. Podlinkowana zdecydowanie charakterniejsza.

Przed spróbowaniem mojej uwadze umknął jeden "szczegół" - wszystkie Pralusy mają 75% kakao, ta czekolada zaś 70% - stąd i mniej mi smakowała: przez wyższą słodycz i łagodność. Szkoda. A jednak zakupu nie żałuję. Po prostu smutno mi, że nie dali o choćby 5% więcej miazgi (wtedy może i 10 by było?).


ocena: 8/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £6.95
kaloryczność: 618 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

niedziela, 15 maja 2022

Pralus Colombie Trinitario 75 % ciemna z Kolumbii

Z Pralusami mam jeden problem. Zawsze uważam, że posiadam ich za mało. Jak już kilka kupię, nie umiem się powstrzymać, by to właśnie po nie nie sięgać. Coś ta marka w sobie ma, że... że w zasadzie nawet nie próbuję się hamować. Tylko że smutno mi, gdy zmniejsza się ilość posiadanych, aż w końcu znów zostaję tylko z jedną. Ech, coś mi one szybko idą, jak zawsze. A jednocześnie... zorientowałam się, że ani trochę nie ciekawią mnie nowości marki, a więc z orzechami, nadziewane nugatowe etc. Ach, marzą mi się jakieś czyste ciemne nowości, ale na razie miałam taką nowość dla mnie, bo Kolumbię próbowałam tylko jako neapolitankę.

Pralus Colombie Trinitario 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario z Kolumbii.

Po rozchyleniu sreberka poczułam prażono-palony, ciepły zapach migdałów i orzechów arachidowych, może jeszcze jakiś innych. Fistaszki od razu przywołały myśli o gęstych masach czekoladowo-fistaszkowych jak z wyidealizowanych Pierrotów, migdały zaś jakby otuliły się cynamonem. Było w tym sporo korzenności, aż pikanterii zahaczającej o chili. Orzechy otaczała odrobina dymu, ciepło... i promienie słońca? Ocieplające także drzewa - zdecydowanie żywe, zielone, nawet kwitnące. Kwiaty, choć nie intensywne, całkiem istotną rolę odegrały. Daleko w tle wychwyciłam delikatną soczystość egzotycznego splotu ananasów i papai, które... nie były zbyt jednoznaczna, ale znalazły się pod pieczą znacznie wyrazistszej brzoskwini. Słodycz była delikatna, nieco karmelowa. Choć całość to dosadna kompozycja, w trakcie jedzenia doszukałam się w niej odrobinki śmietankowo-maślanych tonów.

Konkretna, lśniąca tabliczka wyglądała na tłustą i jednocześnie pylistą.
Podczas łamania dała się poznać jako bardzo twarda i pełna, jakby esencjonalna. Byłam pewna, że okaże się tłusta i kremowo-pełna.
Nie pomyliłam się. Była gęsto-tłusta i bardzo, bardzo kremowa. Cechowała ją gładkość i nieco lepka oleistość. Zostawiała na podniebieniu gęste smugi, które przybywały kolejnymi falami, niczym budyniowe tsunami, które choć ochoczo, rozpływało się bardzo powoli. Wydała mi się niesamowicie pełna i masywna. Tłustość przełamała lekka soczystość i ściągająco-wysuszający efekt końcowy.

W smaku pierwsza rozpłynęła się gorzkość kawy. To kawa wyraziście palona i już zaparzona, na której zrobiła się naturalna pianka. Nie była palona mocno-mocno, ale odważnie. Rozchodziło się od niej pewne ciepło, które podtrzymywał dym.

Lekka słodycz zaznaczyła się w oddali. Pomyślałam o delikatnym, maślanym karmelu, ale nie byłam go pewna w 100 %ach. W tle nieśmiało przewijała się maślaność, ale nie śmiała zbytnio złagodzić kompozycji.
W oddali zetknęła się natomiast z delikatną jak rosa, rześką odrobiną słodko-goryczkowatej pomarańczy, podsycającą inne nuty.

Gorzkawy dym otaczał kawę. Wyobraziłam sobie paloną jako kadzidło, dymiącą korę cynamonu... dym, z którego to wyłaniały się prażone i gorzkawe migdały, fistaszki. Może też orzechy włoskie? Goryczka na dobre wtuliła się w orzechy.

Słodycz nieco rosła, także zdecydowała się na prażono-palony klimat. Należała do palonego karmelu z domniemaniem słonawości. Z czasem zaczęła mieszać się z orzeszkami i migdałami... a że sama nie odżegnała się od maślanych nut, skojarzenie z czekoladowo-maślaną masą sowicie wypełnioną ich kawałkami było niezwykle jednoznaczne. To... wedlowski Pierrot marzeń, ale w wersji niebiańsko nierealistycznej. Fistaszki chwilami również podlegały gorzkości. Potem też uchwyciłam aż coś maślano-ciastowego i... z nutą śmietanki?

Ciepła przybywało jako drzewa - masywne, rosnące od wieków w dobrze nasłonecznionym miejscu. I tym razem ogrzewało je słońca. Było w nich, jak w przyprawach, coś orientalnego. Może to drewno sandałowca, wprowadzające ciepłą słodycz? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o suszonych liściach tabaki, tabace i liściach... jeszcze nie ususzonych, acz wyłożonych na ciepłe słońce? Może to też jakieś kwitnące, ukwiecone drzewa? Skumulowały się migdały, może orzechy włoskie. I w nich czuć gorzkość i sporo cierpkości. Pojawiła się nuta ziemi. Także takiej suchej, rozgrzanej słońcem. W pewnej chwili przyszła mi do głowy sawanna.

Drzewa wprowadziły nieco cienia, życia, co błyskawicznie wykorzystała soczystość owoców. Wemknęły się subtelne nuty brzoskwiń, moreli... może jako dżem? Trochę próbowała rozruszać je soczysta kwaskawość cytrusów - słodkiej pomarańczy? Takiej jednak z zaznaczoną goryczkowatą skórką. Pomyślałam o owocach dojrzewających w słońcu, ale... z czasem gubiła się. Podobnie akcent papai (?) i niedookreślonych. To była subtelna nutka, też lekko wpisana w ciepło (jak owoce dojrzałe na słońcu i wciąż na nim leżące?).

W owocach mignęła lekka cierpkość czy nawet ostrawość, a myśli wróciły do słodkiego dymu. Pachnącego (czułam "smak zapachu") orientalnie-korzennym miksem? M.in. z gorzkawym kardamonem.

Tu... czułam cierpkość, drzew, liści, przypraw i... jakiś owoców... mieszających się jednak w czekoladowości i kawie. Jakby tak... zatonęło to w gęstej, nieco maślanej masie czekoladowej / czekoladowym cieście, utopiło się w czarnej, nieprzeniknionej kawie. Cierpkość wzbogaciła się o taninę... domykając to wszystko w duecie czekolada&wino. Jakby to wino tym wszystkim smakowało, albo wszystko to miało jego nuty.

Po zjedzeniu, wraz z lekkim ściągnięciem / wysuszeniem (jak po winie?), został posmak rozgrzanych drzew i ziemi, migdałów, orzechów podkreślonych gorzkością kawy, lekko soczysta nuta (pomarańczy i nieokreślonych egzotycznych?) i słodycz masy czekoladowo-orzeszkowej; korzenna. Dym pilnował, by wszystko miało poważny wydźwięk. I on, i przyprawy korzenne pod przewodnictwem cynamonu trzymywały się chyba najdłużej. Wraz z... taninową cierpkością i cierpkością... liści (do suszenia?).

Całość wyszła cudownie. Dosadnie gorzko dzięki kawie, drzewom, migdałom i dymowi, ze słodyczą trzymającą się nieprzesadzonego poziomu. Należała do słodkich, orzechowo-czekoladowych mas i karmelu i choć wnosiła maślaność, nie łagodziła przesadnie kompozycji. By natomiast nie było za ciężko, pojawiła się nutka owoców (egzotyczne, pomarańcza). Nie podniosła jednak ani słodyczy, ani mocniejszej kwaśności nie wprowadziła. I dobrze, bo to nie pasowałoby do ciepłego wydźwięku słońca i przypraw korzennych. Orientalna, gorzka czekolada o cudnie kremowej, sytej konsystencji zachwyciła mnie.

Była bardzo podobna do gorzko-kawowej, karmelowo-orzechowej "rozgrzanej" neapolitanki. Obie były w pewien sposób proste - czekoladowość z nich aż krzyczała, ale... to pełnowymiarowa pokazała czekoladowość wielopłaszczyznową. Przy niej wszystkie nuty miały okazję w pełni się zaprezentować. Neapolitanka wydała mi się streszczeniem, czego najlepszym przykładem jest nuta karmelu - w neapolitance po prostu "palony karmel" i to, że jakby sugerowała jakąś nutę, a potem "domyśl się zjadaczu", a w pełnowymiarowej karmel wyszedł bardziej złożony, a paloność... wydawała się łączyć wiele, wiele motywów. Pełnowymiarowa nie kazała się domyślać, pozwalała utonąć w swej pyszności bogatej w proste, ale jakże wyraziste obrazy. Trochę smutne, że neapolitanka nie sugeruje, iż warto sięgnąć po pełnowymiarową - nawet ja zwlekałam tyle czasu!

Orzechowa, aż świeżo wyszła Domori Teyuna, też kawowa i subtelnie owocowa, ale jednak były inne... Domori wszystko zamknęła w słodzidłach z miodem, była bardziej jak masło orzechowe, niż jak orzechy i kremy z orzechami.


ocena: 10/10
cena: 29 zł (za 100 g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: jak będzie możliwość, to tak

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

niedziela, 10 kwietnia 2022

Pralus Papouasie Trinitario 75 % ciemna z Papui Nowej Gwinei

Moje czekoladowe nerwy, wytrzymałość w kwestii słodyczy została ostatnimi czasy wystawiona na próbę. Dosłownie czułam, że jak nie przerwę złej serii, to się przekręcę. Przy paskudnikach wpadło też parę (acz nie pod rząd; a to dwa, a to potem kolejne dwa) dni w ogóle bez i miałam ochotę, jak już na coś słodkiego, to koniecznie dobrego. Sprawdzona i uwielbiana marka wydawała się najlepszym wyborem. W dodatku z dziką przyjemnością chciałam w krótkim okresie zestawić cieniznę 100 Procent Czekolady, którą to markę znielubiłam, z cudnie grubą tablicą. Właśnie dlatego postawiłam na ten region. Jadłam go w wykonaniu Pralusa jedynie w formie neapolitanki (recenzja z 2016), co biorąc pod uwagę moje uwielbienie do marki, koniecznie było do zmiany.
I przy okazji czytania opisu tej, dowiedziałam się czegoś nowego (chyba) ogólnie o marce. Otóż pracuje na specyficznie suszonych ziarnach kakao. Są one bowiem jakby suszono-wędzone, co jest uwarunkowane klimatem Papui i ogólnie tamtejszym podejściem do wędzenia. A dokładniej "suszenia nad ogniem". To by pasowało do nut tabliczek tego producenta, aczkolwiek nie wiem, czy suszą tak do każdej-każdej tabliczki (inspirując się sposobem z Papui), czy dotyczy to tylko z określonych regionów.

Pralus Papouasie Trinitario 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario z Papui Nowej Gwinei.

Po rozchyleniu sreberka od razu poczułam zapach wilgotnej ziemi i wilgotnie ciastowy. Oczami wyobraźni patrzyłam na jasny i kruchy spód mocno zawilgocony jakąś czekoladową, wilgotną warstwą np. kremu kakaowego. Było to słodkie, ciastowo-waniliowe... W wyobraźni pojawiały się coraz to kolejne wypieki z kruszonkami lub typu cobbler (ciasto zamiast kruszonki na wierzchu). Wszystko to zasnuł wyrazisty, gęsty dym. Podkreślał pieczono-palone nuty, ale dodawał im poważnego charakteru. Wśród tego znalazło się sporo orzechów i trochę owoców. I to w wydaniu... np. mleka truskawkowego? Wplotło owocową słodycz, wzmocnioną wanilią i... dla kontrastu przełamaną kwaskiem cytryny? Owocowe, kwaskawe tony niewątpliwie wypływały spod wypieczonych wierzchów. W trakcie degustacji kwasek wydawał się istotniejszy, niemniej i tak prawie nieuchwytny. Zamiast o mleku czasem myślałam o... jogurcie? Mieszało się to z dymem tak, że zdarzyło się temu nawet zahaczyć o niemal siarkowe skojarzenie.

Masywna tabliczka już w dotyku wydała mi się tłusto-kremowa, acz było w niej coś (jak w przypadku neapolitanki) kredowego. Jakby naturalnie sama chciała trochę tłustość przełamać. 
Przy łamaniu mimo twardości trzaskała średnio głośno, kontynuując poczucie gęstości i sytości. Okazała się jednak dość krucha, realnie krusząca się.
W ustach od początku rozpływała się kremowo i gęsto. Choć zachowywała pierwotny kształt bardzo długo, miękła. Pozostawiała na podniebieniu gęste, tłuste smugi, a sama powoli zmieniała się w gładką, konkretną grudkę budyniu. Było w niej coś trochę oleistego, ale i soczystego. Jak budyń z czymś owocowym (sosem? przecierem?). 

W smaku pierwszy pojawił się nierozerwalny splot masła i śmietanki, który prędko zaczął układać się w słodkie wypieki, tworząc nimi bazę i tło. Rozwijały się cały czas, acz powoli i spokojnie...

Na pierwszym planie za to błyskawicznie smagnął lekki, ale dosadny kwasek, odwracając chwilowo uwagę od tamtych. Wydał mi się aż mało spożywczy, a taki... siarkowo-wulkaniczny. Wydobywający się z dymu, który wniósł cierpko-kwaskawe nuty. Szlachetna gorzkość zgłosiła swoją obecność i pełną gotowość do działania, po czym zawisła, jakby czekając na odpowiedni moment, by uderzyć w pełni.

Wspomniane już wypieki odpowiadały za słodycz... stonowaną jednak. Były mocno maślane, śmietankowe i niewątpliwie jasne. Wyobraziłam sobie takie z kruszonkami, ciastem na wierzchu (typu cobbler), których kruche, jasne spody mocno nasiąkły od bogatych wnętrz... Czekoladowych? Ogół rzeczywiście był bardzo czekoladowy, ale nie... Raczej owocowych (czekoladowo-owocowych?). W tym momencie była to jedynie leciutka soczystość.
Dosłownie definicyjnie ciemnoczekoladowy wątek, nakreślony nie za mocnym paleniem, też krył szlachetną, soczystą nutę (a'la czerwone wino?) i mimo rozwijania się słodko-wypiekowych, owocowych tonów, nie dawał zapomnieć o gorzkości.

Palona nuta, odrobinka dymu zaczęła słodycz i maślanośc "opalać". Słodycz rosła. Z racji śmietankowo-maślanego tła pomyślałam o karmelkach, może nawet toffi (miękkich)... podkręconych wanilią. Choć początkowo te nuty były niepewne siebie, w pewnym momencie toffi wyłaniało się ponad resztę bardzo wyraźnie. Lekka gorzkość podsunęła orzechy w toffi.

W połowie rozpływania się kęsa siarkowo-dymne, kwaskawe nuty dodały odwagi innemu kwaskowi. Kompozycję przeciął kwaśny jogurt. Wanilia i lekka śmietankowość połączyły go ze słodyczą, która powoli zaczęła zmieniać swój wydźwięk w owocowy. Oto jogurt truskawkowy przybył i wprowadził całe mnóstwo owoców. Głównie czerwonych, ale nieokreślonych (zbyt przemieszanych). Wnętrza ciast okazały się sowicie wypełnione masą truskawkową, słodką od dojrzałych owoców i wanilii, a jednak podsyconą kwaskiem... cytryny? Rabarbaru? Trzymała się ich śmietanka, jogurtowość, toteż aż tak bardzo-bardzo kwaśno nie było. Ciasta zrobiły się poważniejsze... pomyślałam, że w czerwieni tej i nutka wina się skryła.

Gorzkawość zaczęła szykować sobie trochę miejsca na pierwszym planie. Zaakcentowała wilgotnie-ziemiste, kakaowo-winne nuty, wciąż jednak pozwalając jeszcze porządnie wyszaleć się owocom.

Te, kwaśno-soczyste, zaczęły się trochę przepychać. Cytryna? Rabarbar? Słodkie truskawki pilnowały, by nie przegięły z kwaskiem. Odnotowałam kwaśne, zielone jabłka... te jednak tylko część ciast wypełniały. W dużej mierze pokazały się jako owoce świeże i surowe. 

Kwaśność na pewno jeszcze bardziej przyciągnęła uwagę jako rabarbar, coś ogrodowego... ale dogonił ją niemal siarkowy, dymny motyw. Trochę się uspokoiła i usłużnie zrobiła miejsce gorzkości. Na pierwszy plan wszedł dym. Sowicie podpiekł ciasta z tła. Pojawiła się nutka spalenizny (jeszcze takiej pozytywnej). Gorzkie... były orzechy - pieczone? Z orzechowych kruszonek? Takich... z motywem toffi. Pomyślałam o kawałkach orzechów, obklejonych toffi. Cały czas lekka maślaność się ich trzymała.

Gorzkość z czasem, nasączona kwaskiem różnego rodzaju, wytoczyła ziemię. Ziemia uderzyła i pod koniec długo dominowała. Nadała ciastom bardziej czekoladowo-kakaowego charakteru (jakby dodać do nich takie warstwy albo chociaż posypać kakao?), a owocom zafundowała kąpiel w herbatach. Oto ciemne, mocne i ziemiste herbaty czerwone, ale właśnie z wkrojonymi plastrami kwaskawych owoców.

Posmak należał do ziemi i dymu, a więc goryczki, ale nasyconej kwaśnością owoców. Wydał mi się za ich sprawą nieco... siarkowy? Metaliczny? Cytrynowo-rabarbarowe nuty poniekąd tonowały słodkie truskawki i maślana słodycz ciasto-kruszonek, toffi.

Całość bardzo mi smakowała. Maślano-śmietankowe nuty udało się Pralusowi osadzić w takie ciastowo-wilgotne klimaty, że odpowiadały mi. Nie za wysoka, ale jednak bardzo znacząca, słodycz należała głównie do owoców (truskawek), a toffi łączyło je z wypiekami i nie odstawało. Kwaśność jogurtu i owoców, niemal siarkowa zacnie te delikatniejsze twory połączyła z dymem i ziemią. Podobało mi się to, jak siekierowa gorzkość cały czas "czyhała", była wyczuwalna... jak broń widoczna na scenie podczas spektaklu - wiadomo, że musi wystrzelić. Gorzko-ziemista końcówka ukoronowała interesującą, obrazową kompozycję. Mimo że poszczególne nuty mogą wydawać się niepasujące, to duża tabliczka potwierdziła, że dziwne kontrasty mogą wyjść pysznie. Podoba mi się, że mimo delikatnych nut, miała pazurki podobne do dawnego Zottera Labooko Peru 100 % (recenzja z 2015/17).

Neapolitanka uderzała i kwaskiem, i słodyczą na raz. Słodko-kwaśne owoce mieszały się w niej, a mocniejsze nuty miały jakby mało czasu. Była taka... "w przyspieszonym tempie", przez co wielu aspektów pełnowymiarowej nie czuć. A... pełnowymiarowy zachwyt jest oczywiście m.in. dzięki nim. Może wolałabym mniej maślaności, ale to w sumie szczegół.

Ciasta, orzechy i niejednoznaczne masy orzechowe czułam w bardzo słodkim Morinie Papouasie Nouvelle Guinee Sido 70 %, ale Pralus skupił się na mocy owoców, wykańczając kompozycję ziemią, co wyszło lepiej.
Kwaskawy i ziemisty, dżemowy był także Zotter Labooko Papua New Guinea 75 %. Ten jednak i kawę zawarł. Co ciekawe, podobnie jak Zotter, Pralus uderzał, zwalniał i znowu uderzał.
A dosładzane twory z czerwono-różowych owoców, wilgotność to w sumie też Firetree - ta jednak była o wiele gorsza od wszystkich wspomnianych.
Pralus wydał mi się najbardziej czytelny, gdy chodzi o owoce. Wilgotny i świeży - choć też, owoce świeże i surowe w nim to tylko składowa. A już na pewno w tym wszystkim najdynamiczniejszy.


ocena: 10/10
cena: 29 zł (za 100 g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: jak będzie możliwość, to tak

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

wtorek, 22 marca 2022

Pralus Sao Tome & Principe Forastero 75 % ciemna z Wysp Świętego Tomasza i Książęcej

Ostatnio porządkując alfabetyczny spis czekolad na blogu zatrzymałam się przy Pralusie. Strzeliło mnie. Jak ja za nim zatęskniłam! Natychmiast zadbałam o to, by kupić czekolady, które jadłam tylko jako neapolitanki. Czas to wreszcie zmienić. I niedługo po tym, jak do mnie trafiły, postanowiłam po którąś sięgnąć. 

Pralus Sao Tome & Principe Forastero 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao forastero z Sao Tome, czyli z Wysp Świętego Tomasza i Książęcej.

Otwierając poczułam delikatny zapach soczystych, twardawo-jędrnych suszonych daktyli daglet noir, które jawiły mi się niemal jako czekoladowe. Zapach potrzebował czasu by rozejść się i nabrać na intensywności oraz głębi. W tej trafiłam na słodycz miodu, którym posłodzono sowicie przyprawiony, ostrawy piernik. Niewątpliwie był to piernik czekoladowy - wilgotny i mazisty z ciemnoczekoladową polewą. Skojarzył mi się też trochę z drzewami, a daktylowa soczystość podyktowała mu niemal roślinną nutkę. Razem zaobfitowało to w przyprawy-zioła, m.in. wyraźnie rozmaryn. Były ciepło-słodkie, która to słodycz... zawracała do suszono-soczystego motywu owoców. Odnotowałam lekko kwaskawe rodzynki. Niemal miodowych i ciemnozłotych, aż brązowych?

Już na dotyk tabliczka wydała mi się masywna, konkretna i pełna, a jednak niewątpliwie tłusta i kremowa. Przy łamaniu dała się poznać jako twarda i właśnie specyficznie pełna, gęsta. Trzaskała głośno.
Rozpływała się powoli i gęsto, bardzo kremowo. Lepkimi smugami zalepiała usta, obklejała podniebienie. Stawała się gęstym, aż nieco przytykającym i tłustym, gładkim budyniem. Chwilami jej smugi wydawały się aż nieco oleiste (jak rzadka i idealnie zmielona pasta z orzechów?).

W smaku jako pierwsze uderzyły słodycz miodu i gorzkość. Gorzkość jako kłęby dymu nieco się rozwiała, otaczając, ale nie narzucając się słodyczy. Odeszła nieco na tył.

Miód ruszył z pełną mocą. Od razu mignął mi słodki, ale jakiś ciemniejszy i lekko kwiatowo-ziołowo-ostrawy, np. wrzosowy. Było w tym coś... zwiewnie, choć charakternie roślinnego. Wrzos rozgościł się w mojej głowie... może jako kwiaty suszone? Zaraz pojawiły się też rodzynki - zasładzająco słodkie, a jednak wzbogacone o sugestię kwasku. Pomyślałam o wielkich i soczystych, bursztynowych Jumbo (np. "Królewskich"), po których przybyły daktyle. Tu zaś pomyślałam o suszonych, konkretnych i włóknistych, twardawo-jędrnych, a jednocześnie soczystych, daktylach daglet noir, które potrafią zahaczyć o czekoladowo-truflowe skojarzenia (na instagramie trochę się o nich rozpisałam). Daktyle te mieszały się z ciemnym miodem i pewną... soczystą roślinnością?

Dym na tyłach delikatnie otoczył trochę drzew. Drzewa, orzechy... Zmieniły gorzkość w gorzkawość, łagodząc kompozycję. Wprowadziły nieco pieczono-palone ciepło, czekoladowość kierując w bardziej piernikową strefę. Wyobraziłam sobie maślane, tłuste ciasto o ciemnobrązowym kolorze. W pewnym momencie kompozycja w ogóle wydała mi się nieco maślana, co potem przygłuszyły orzechy laskowe. Najpierw bardziej surowe, co wiązało się z chwilowym, maślanym wyciszeniem kompozycji, potem podprażone. To podkręciła nuta przypraw. To był... wilgotny czekoladowy piernik w polewie czekoladowej.

W połowie rozpływania się kęsa dołączyła do niego soczystsza nuta owoców wręcz złocistych ("miodowych", suszonych, ale właśnie nie tylko). Ich drobny kwasek zasugerował jakieś żółte "cosie"... pomyślałam o masie-dżemie z brzoskwiń, które również zawarły w sobie aż miodowy wątek. Za nimi natomiast mignęła niejednoznaczna nutka dżemu z ciemnych owoców (winogron podsyconych cytryną?), choć... jakiegoś zestawionego z czymś z suszonych (o miodowym charakterze). Przynajmniej ewidentnie czuć, że piernik posłodzono właśnie miodem. Za jego sprawą znów wyraźniej zagrały suszone owoce, ale pod wpływem gorzkawości wyszły charakterniej. Daktyle przybrały na... lekkiej goryczce, jakby sugestywnie podkwaszoną nutą z kolei przytaczając... czekoladowe ciasto z daktyli? Z rodzynkami? Daktylowe brownie z przyprawami korzennymi? Dym wkradł się do słodkiej strefy i rozgościł się. Kompozycja już zupełnie zrobiła się niedookreślona.

Kwaskawo-rodzynkowe, miodowe suszone owoce wyszły nieco kadzidlano, goryczkowato-zasładzająco, a to wprowadziło rozgrzewanie piernikowych, korzennych przypraw. Było tam trochę ciężko-gorzkawych, ale niejednoznacznych. Może kardamon i pieprz? Poczułam za to na pewno pikantnie słodki rozmaryn i cynamon. Zadbały o drzewno-roślinny wątek. Wyobraziłam sobie drzewa cynamonowe i gałązki-patyczki rozmarynu. Zrobiło się nieco ostrzej, co umiejętnie wykorzystał dym.

Przez dosłownie ułamek sekundy w dymie doszukałam się nutki kwaskawo-złudniesłonawej. Jakby podwędzone przyprawy, może sos sojowy, znów coś ziołowego i... tonącego jednak w soczyście-kwaskawej toni i gorzkości dymu. Albo... drewnie... wyrzuconym przez morskie fale i zawilgoconym takową wodą.

Na końcówce zrobiło się bardziej gorzko, pewne ciepło osiadło w czekoladowo-piernikowym cieście jako ogrom przypraw i niemal miodowych, suszonych owocach (wyobraziłam sobie też dopiero suszące się winogrona i brzoskwinie). Ciasto zahaczyło o mocno przypieczoną, też gorzkawą nutę. Gorzkość dymu otoczyła je i przeniknęła, mieszając się z lekką cierpkością kakao. Jakby tak... uraczyć się kakaową, ciepłą kawą? Tłustawą od mleka (?) i cierpką od kakao, acz w gruncie rzeczy łagodną.

Po zjedzeniu został właśnie cierpkawo-gorzkawy, ale jakże szlachetny, posmak kakaowego dymu i czekoladowych tworów: daktylowego ciasta, piernika z korzennymi przyprawami i miodem. Czułam też czekoladową kawę. Było słodko, ale w dobrym stylu. Za tym wszystkim ostało się też lekkie rozgrzanie języka jakby od pieprzu i ogólne poczucie orzecho-maślaności (nie myślę tu o maśle orzechowym "PB").

Dym, daktyle i miód rządziły jako idealnie wyważony, gorzko-słodki splot. Miód wrzosowy, rozmaryn, a także kadzidlane rodzynki, brzoskwinie, drzewa - były pomniejszymi elementami, ale... jakże istotnymi! Odrobina kwasku czy cierpkości uwypukliły głębię, przełamując ogrom ciastowości soczystością. Czekoladowa Incepcja - czekolada o nutach rzeczy, które mają nuty czekolady.
Podobało mi się, jak płynęły smaki: najpierw łagodniejszy przedsmak kolejno słodyczy i gorzkości, a potem cały wachlarz złożonej, głębokiej słodyczy i ambitnej, wielopłaszczyznowej gorzkości. Konsystencja choć tłusta, wyszła błogo kremowo, gęsto-budyniowo i nie przeszkadzała mi.
Do samego końca wahałam się, czy wystawić jej 9 czy 10, ale w końcu uznałam, że jednak ta słodycz i tłustość były na tyle ryzykownie wysokie, że w dziesiątkowy zachwyt mnie aż tak w pełni nie wprawiła (skoro aż się zastanawiałam nad tym).

O wiele bardziej złożona od neapolitanki, co oczywiste. Zupełnie jakby pieczołowicie rozwinęła każdy wątek małej wersji, wzbogacając ją o inne nuty. Co więcej, gruba tabliczka w pełni miała okazję zaprezentować swe walory, a neapolitanka to takie... bardzo skrótowe streszczenie.
Zioła i drewno, maślano-laskowy splot, kawowe i przyprawowe nuty czułam też w Michel Cluizel Vila Gracinda 67 %, ale podlinkowana była przesłodzona i za tłusta.


ocena: 9/10
cena: 29 zł (za 100 g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: chciałabym

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

niedziela, 4 kwietnia 2021

Pralus Ghana Forastero 75 % ciemna z Ghany

Ghana jako region pochodzenia kakao ponoć wielu osobom źle się kojarzy, bo większość "masówki" stamtąd pochodzi. Moje stanowisko w tym temacie to dosłownie wzruszenie ramionami i przeciągłe "łee". Mam raczej dobre doświadczenie z tabliczkami z Ghany, więc Pralus oczywiście bardzo mnie ciekawił. Tym bardziej, że miałam wrażenie, iż czekolad tej zacnej marki nie jadłam... wieki! A Ghanę w jej wykonaniu w dodatku tylko jako miniaturkę (recenzja neapolitanki z 2016 roku) i obiecałam sobie wrócić do niej (w wydaniu pełnowymiarowym).

Pralus Ghana Forastero 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao forastero z Ghany.

Po rozchyleniu sreberka poczułam wyrazisty zapach kory drzewa: lekko zawilgoconej i częściowo odpadającej na wilgotną, ciemną ziemię. Czarny torf i pobliskie drzewa porastały jakieś grzyby. Kompozycji nie brakowało jednak wręcz miodowej słodyczy. Wszystko to podkreśliła pikanteria cynamonu, częściowo też ich własna. W trakcie jedzenia cynamon wydał mi się nieco słodszy, a także zmieszany z kwiatowo-dymnymi kadzidełkami.

Tabliczka łamała się z głośnym trzaskiem, bo była bardzo twarda. To jednak twardość nie kamienia, a tworu tłustawego i już na dotyk zdradzającego kremowość.
W ustach rozpływała się powoli i kremowo-tłusto, mięsiście. Zachowywała swój kształt, choć miękła i roztaczała wokół siebie budyniową maź, by z czasem upuścić trochę soczystości jak jędrny, zwarty owoc i odrobinkę ściągnąć na koniec.

W chwili robienia kęsa uderzona zostałam karmelem, wanilią i ciemnym miodem (gryczanym?), a więc słodyczą szlachetną i lekko gorzkawą. Nie była wysoka, a po chwili przybrała na soczystości, wysuwając na prowadzenie daktyle. Chwilami aż minimalnie drapiące w gardle.

Początkowo leciutka goryczka przeszła w gorzkość, pokazując kolejno drzewa, drewno i dym. To las po deszczu; miejsce, gdzie poprzedniego dnia paliło się ognisko. Czuć jeszcze odrobinę dymu, a raczej jego cierpkość, ale wilgotno-ostrzejsze tony zwróciły uwagę... na to, że drzewa porastały ziemię. Może nieopodal lasu znajdowało się pole gryki? Która też porastała... Ziemię ciemną, wilgotną; torf podszyty pikanterią.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pokazywał się cynamon i jego korzenna, ostra goryczka. Łączył się też ze słodyczą, jeszcze bardziej ją uszlachetniając. Napotkał daktyle, wpasował się w ich soczystość. Ta mieszała się lekko z ziemistością, z czasem zrobiła się trochę podfermentowana... podkwaszona jak niektóre suszone owoce. Pomyślałam o suszonych brzoskwiniach (choć nigdy tnie jadłam), potem o suszonych wiśniach (albo innych czerwonych suszonych owocach). Jednak kwasek... był w zasadzie iluzoryczny, więc może to bardziej czereśnie (takie czasem goryczkowate; twarde i niema bordowo-fioletowo-czarne)?

Sama gorzkawa baza z czasem trochę łagodniała, przemyciła kawę i wydała mi się aż śmietankowa. Niczym... cynamonowo-miodowy krem (w jakimś czekoladowym cieście)? To też "grzybowo-kremowa" nutka występująca czasem w kakaowych kremach. Lżejsze nuty zasugerowały dymiące się kadzidełka, coś kwiatowego. A jednocześnie wciąż względnie ciężkiego i "być-może-zaraz-drapiącego".

To znów aż lekka cierpkość tych słodko-cięższych rzeczy. Na końcówce cierpkawość kakao, lekko osłodzona jakby podkarmelizowanym, charakternym miodem gryczanym i daktylami wyszła na przód, po czym zrobiła się prostsza. Do głowy przyszło mi wilgotne, obłędnie czekoladowe ciasto (brownie? z wymienianymi już dodatkami), może też obsypane kakao.

W posmaku zostało cierpkawo-kwaskawe kakao właśnie, które oprószyło wszystko niczym confetti wystrzelone dla zwycięzcy.

Całość była definicyjną czekoladową bombą. Gorzka i słodka jednocześnie, bardzo w tym wyważona i z charakterem, podkreślonym pikanterią. Jej leśno-drzewno-ziemiste tony cudnie zgrały się ze szlachetną słodyczą miodowo-kadzidlanych daktyli i odrobinką soczystości (wiśni?). Te ciastowe skojarzenia, które nawet konsystencja podkręcała... wryły mi się w pamięć aż zagłuszając neapolitankę. Podlinkowana była mocno czekoladowym, cynamonowo-wiśniowym, popielnym (chyba pierwszy raz w życiu użyłam tego słowa) skrótowcem - pysznym, ale dopiero, gdy nuty miały okazję trwać... Nie bez powodu napisałam o confetti dla zwycięzcy, bo wygrała nie tylko 10, ale i moje serducho.

Właśnie ciastowy był też Zotter Labooko Ghana, ale też o wiele bardziej orzechowo-owocowy; Manufaktura Czekolady Grand Cru Ghana 70 % to też przyprawione ciasto z orzechami i suszonymi owocami, ale... to Pralus wydał mi się wręcz esencjonalnie czekoladowy.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 27 zł (za 100 g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: możliwe

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

poniedziałek, 14 września 2020

Pralus Costa Rica Trinitario 75 % ciemna z Kostaryki

Przeważnie to, jak układam degustacje czy publikuję recenzje jest w jakiś sposób przemyślane. Zawsze wcześniej planuję i biorę rozmaite elementy pod uwagę. Tym razem motywacją do sięgnięcia po tę tabliczkę była najzwyklejsza na świecie tęsknota. Nie pamiętałam już, kiedy ostatnio jadłam jakiegoś Pralusa i... właściwie na ten dzień wybrałam bardziej markę niż konkretną czekoladę. Spośród posiadanych wzięłam więc tę z krótszą datą i traf chciał, że padło na region bardzo mi obcy. Niewiele czekolad stamtąd jadłam - każda bardzo zapadła mi w pamięć, więc poprzeczkę zawieszono wysoko.

Pralus Costa Rica Trinitario 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario z Kostaryki.

Gdy tylko rozchyliłam sreberko, pomyślałam o drzewach. Zaraz poczułam szlachetną słodycz laski wanilii i kory cynamonu oraz gorzką, czarną, acz nie siekierowatą kawę. Wszystko to osnuwał gęsty dym, nadający lekko podwędzanego klimatu. W tle zaś pobrzmiewała owocowa świeżość i leciutka nuta kwaśnej cytryny.

Ciemna tabliczka w dotyku wydawała się esencjonalna, tłusto-konkretna. Łamana, potwierdziła to hukiem. Trafiłam na kamienną twardość oraz na przekrój sugerujący masę gęstą, zwartą i pełną. Przy robieniu kęsa z kolei, twardość ta nie wydawała się aż taka straszliwa.
Po zdrowym chrupnięciu, kęs rozpływał się powoli, zalepiając usta lepkimi, mazistymi smugami. Miękło to, zmieniając się w kremową masę przypominającą tłusty, minimalnie rozwodniony (soczysty?) budyń, spływający ze zbitego, zwartego rdzenia.

W smaku już od pierwszej chwili poczułam wanilię i cynamon, jednak to nie słodycz, a pewne rozgrzane podwędzenie, odymienie przyciągnęło uwagę,

Gorzkawy dym nadał ciężkawego klimatu, acz nie przytłoczył. Odrobinka cynamonu wskoczyła do czarnej, nie za mocnej kawy. Po ustach rozeszła się gorzkość z odrobiną cierpkości. Poczułam nie za mocno prażony motyw... Zespojony był właśnie z dymem. To było jakbym pijąc kawę, czuła aromat palonych ziaren.

W tle odezwała się owocowa rześkość. Do charakternych nut najpierw dołączyła odrobina cytryny, wraz z gorzką skórką. Po chwili dopuściła delikatny kwasek żurawiny lub... niezbyt dojrzałej truskawki? Pomyślałam o truskawkach z odrobiną octu balsamicznego.

Ten podkreślił gorzkość i podwędzany motyw bazy. Kawa rozlała się, pochłaniając poszczególne nuty, w tym słodycz cynamonu i wanilii. Mniej więcej w połowie coraz istotniejsza zaczęła się robić ona właśnie. Wróciły truskawki, tym razem duszone z wanilią. Ona stanowiła bowiem jakby nośnik poszczególnych nut. Zaraz truskawki czmychnęły, a kompozycja zrobiła się odrobinę bardziej maślana. W pewnym momencie mignęła mi wręcz... soczystość / wędzoność jak sera / mięsa (ale nie że jego smak).
To ciepło... znów uwypukliło przyprawioną kawę; prażone nuty sprawiły, że myślałam o lasce wanilii i korze cynamonu. Od nich z kolei bardzo blisko było już do drzew. Starych, masywnych, grubych (niczym struktura tej czekolady). Na myśl przyszły mi również drewniano-skórzane meble.

Pod koniec kawa mieszała się z drzewami właśnie. Nabrała przy nich mocy, a lekka żurawinowo-cytrusowa cierpkość podkreśliła ich charakter. Dym cały czas kłębił się w ich pobliżu. Wyszło to tak... "kopcono", drzewa i drewno zawłaszczały coraz więcej.

W posmaku najpierw mignęła kawa waniliowa, delikatniejsza jako odczuwalny w ustach motyw, ale szybko zmieniła się w palone ziarna. Czułam też lekkie metaliczne ściągnięcie. To już nie kawa, a samo jej prażenie? Odymienie? Z wędzoną nutą było wręcz... krwiście.

Czekolada wyszła intrygująco i pysznie. Głównie gorzka, słodka, ale nieprzesadnie i z odrobinką kwasku. Ciężka i doskonała w swej ciężkości. Ogrom dymu, kawy i drzew, lekko podgrzane prażenio-wędzeniem, cynamonem i osłodzone również ciężką wanilią nie przytłoczyły dzięki rześko-owocowym (choć też w pewien sposób poważnym) przebłyskom. Jedyne co wprawiało mnie w lekkie zdezorientowanie była chwilowa maślaność i motyw skóry, ale... tak odległe i w sumie delikatne, że nie zburzyły klimatu i zacności.

Kawę i cynamon czułam również w Cachecie Costa Rica 71 %, zaś drzewa i żurawinę w Morinie Costa Rica noir 70 %. Palono-drzewna i kwaskawa w tym, w zasadzie pod względem "tematycznym" podobna była La Naya Costa Rica Maleku 72 %. Można więc powiedzieć, że Pralus wyszedł niczym miks tego wszystkiego, ale! To zdecydowanie najwytrawniejsza tabliczka, zwłaszcza gdy myślę o "wędzono-umami" sugestiach. Nic dziwnego - zawartość robi swoje.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 27 zł (za 100 g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym do niej wrócić

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa