Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarotti. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarotti. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 czerwca 2021

Sarotti Feine Edelbitter Marzipan ciemna 60 % z kremem marcepanowym

Ta czekolada... nie trafiła do mnie w głupi sposób. O nie. Z dziwnego powodu przyszło mi ją zjeść bardzo szybko. Dosłownie 3 dni po zakupie, czego prawie nigdy nie robię. Czy miałam aż tak ogromną ochotę na czekoladę z marcepanem? Czy szykowała się jakaś seria? Otóż nie. W Kauflandzie były po prostu promocje na pewne czekolady, których postanowiłam zrobić zapas. Wszystkie miały daty od 8 miesięcy do około roku. Jako że w miarę polubiłam się z ciemnymi Sarotti, postanowiłam dać szansę nadziewanej. Marcepan wprawdzie mnie nudzi, ale nadzienie marcepanowe? Liczyłam na migdałowo-marcepanowawy krem. I mimo że obecnie nieszczególnie mi po drodze z nadziewanymi, doszłam do wniosku, że do przyszłego roku na pewno mnie w końcu na taką najdzie. W domu okazało się, że... ta jedna jedyna datę miała nie roczną, a dosłownie kilkudniową. Tak, o ile wszystkie były do jakiś miesięcy na przestrzeni 2021, tak ta do 2020 (spokojnie, to tylko kolejka wpisów taka długo - jadłam ją przeterminowaną raptem o dzień i niestety i tak nie jestem przekonana, czy w takim razie ta recenzja w ogóle ma sens).


Sarotti Feine Edelbitter Marzipan 4 Tafelchen to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewana kremem marcepanowym (36%).
W formie 4 mini tabliczek (po 26,5 g każda).

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam wyrazisty zapach marcepanu, a więc charakternie migdałowy, z leciutką goryczką, podkreśloną kakao i nutą likieru, jak również słodycz. Ta jednak nie była zbyt wysoka - wiązała się ze skojarzeniem z likierem. Czekolada wydała mi się zachowawcza i wycofana, ale zadowalająco gorzkawa, mimo że i "deserowo" słodka.

W dotyku tabliczki wydały mi się ulepkowato-miękkie, ale przy łamaniu ładnie pykały. Czekolada ogółem jednak nie była bardzo twarda. Marcepanowy krem wyglądał na zbity, ale to tylko pozór.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, raczej szybkawo. Robiła to łatwo, dość tłusto i rzadkawo.
Znikała, odsłaniając grudkowaty krem, którego struktura była pomieszaniem tłustego, mlecznego kremu z marcepanem ze średnio przemielonych migdałów. Nie był idealnie gładki czy bardzo tłusty, ale przyjemnie wilgotnie-tłustawy, kierujący się ku drożdżowości. Rozpływał się wolniej od czekolady, ale łatwo. Wydał mi się lekko pylisty i spójny (dzięki kremowości) z czekoladą. Marcepanowe, skrzypiące wiórki zostawały jeszcze na sam koniec po czekoladzie, ale na krótko. Wyważona tabliczka.

W smaku jako pierwszą poczułam gorzkość. Należała do dymu i mocno, ale nie za mocno palonej kawy sowicie dosłodzonej... likierem migdałowo-marcepanowym? Musiała przesiąknąć wnętrzem. Była bardzo słodka, a jednocześnie nie cukrowa. Trochę owocowa? Pomyślałam o wędzonych, kwaskawych śliwkach.

Już po paru chwilach do głosu dochodziło wyraziste wnętrze, by mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa chwilowo zdominować kompozycję (ale nie zabić czekolady całkowicie). Marcepan sam w sobie okazał się przede wszystkim migdałowy w kontekście bardzo słodkiego marcepanu, przy czym migdały podkreślała przyjemna, niemal cierpkawa goryczka i alkohol. Ilość jedynie do podkreślenia, trochę ocieplająca. Idealnie zeszło się to z czekoladą, która w tym czasie zdążyła zrobić się nieco bardziej dymnie piernikowa.

Czekolada, która z kolei dominowała ilościowo z czasem upuściła więcej cierpkości swoją "kawą" zalewając... piernik z powidlaną warstwą owocową. Taki dość odważnie doprawiony pieprzem i lukrecją... korzennie chłodnawy? Przyprawy te wpisały się w alkoholowość.

Ta, i jej ciepło w gardle, bliżej końca w bardzo zgrany sposób zamieniły się miejscami ze słodyczą. Ta jakby oblała piernik lukrem, do kawy z likierowym syropem dolała mleka... Zrobiło się mleczniej, leciutko nugatowo-migdałowo, by na koniec jakby na zasadzie kontrastu znów to marcepan i goryczkowato-palona czekolada ciemna wyszły na przód.

W posmaku została cierpkość gorzkawego, ale łagodnego kakao i marcepanowa nuta z odrobiną "ciepełka" (piernikowo-alkoholowego) oraz owocową mgiełką. Wyłapałam leciutki kwasek, albo raczej jego sugestię... Cukierkowość? Po zjedzeniu zostałam z wyobrażeniem o kostce piernikowej: z marcepanem, owocową częścią i w polewie kakaowej.
Niestety już w połowie jednej minitabliczki czułam lekką oleistość na ustach.

Całość okazała się smaczna i... interesująca. Krem był dużym i pozytywnym zaskoczeniem, jak i nuty wyczuwalne w czekoladzie. Idealnie się zgrały! Śliwkowo-kawowy piernik i marcepan to już miłe połączenie, a tu w dodatku idealnie trafiona kropelka alkoholi i przystępna struktura. Niby krem, ale i zacny marcepan zarazem.
Zdecydowanie wolałabym, by rozpływało się to wolniej, a także by ogólna słodycz była niższa, ale to naprawdę propozycja warta spróbowania. W momencie robienia zdjęć zastanawiałam się, czy zjem jedną-dwie minitabliczki, a resztę oddam dla ojca przez daty (przez nieapetyczny wygląd założyłam, że czekolada zgodnie z groźbą producenta się zestarzała), ale całość została u mnie. Stąd i recenzję postanowiłam dodać.


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 3,99 zł (promocja za 106g)
kaloryczność: 525 kcal / 100 g; 1 mini tabliczka (26,5g) - 139 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz roślinny (palmowy, shea), migdały 6,5%, substancja utrzymująca wilgoć: syrop sorbitolowy, inwertaza; tłuszcz kakaowy, woda, słodka serwatka w proszku, mleko pełne w proszku, alkohol, syrop cukru inwertowanego, lecytyna sojowa, naturalny aromat, naturalny aromat waniliowy, kwas cytrynowy

poniedziałek, 3 maja 2021

Sarotti No.1 Edelbitter 72 % ciemna z Ekwadoru

Sarroti kupiło mnie swoją prostotą, ale nie mogę powiedzieć, by marka zapamiętała mi się jako szczególnie warta uwagi. Raczej przyjemna, żeby zjeść sobie zwyklejszą czekoladę i tyle. Te najlepsze, prawdziwie obłędne czekolady ciemne lubię sobie właśnie takimi przepleść. Na szczęście przekłada się to na to, że to tamte doceniam bardziej, a nie te zwyklejsze odbieram gorzej. Uwielbiam to w sobie!

Sarotti No.1 Edelbitter 72 % Ecuador to ciemna czekolada o zawartości 72 % z Ekwadoru

Po rozerwaniu sreberka poczułam mocno palony zapach paleniska, węgla i drzew oraz po prostu wyraziście drzewny, co z kolei mieszało się z ziołowo-kwiatowymi akcentami. To za ich sprawą weszła niska, acz złożona słodycz wanilii i jakby słonawego karmelu, która kwiatów w żaden sposób nie zruszyła. Wyszło to dość drapiąco, co na myśl przywiodło miód. Paloność z nim zaobfitowała w poprzypalane po brzegach, a mokre i lepkie wewnątrz ciasto kawowe. To też trochę prażonych migdałów - w karmelu? Cynamonie? Także wpisanych w pewne "drapanie".

To już kolejna nierówna tabliczka, na jaką trafiłam w ciągu ostatnich miesięcy. Kilka kostek było o połowę cieńszych od innych (wprawdzie nie aż tak jak w przypadku Manufaktury Czekolady MANU Orzech Nerkowca 70 % Kakao, ale różnica była nie do przeoczenia i wystąpiła w obu tabliczkach z jakimi miałam do czynienia - bo raz już do niej wróciłam). Niemal czarna czekolada każdorazowo jednak trzaskała głośno, ale bardziej niż twarda pasowałoby mi do niej określenie "pełna"; twarda to w zależności od grubości. Wydawane przez nią dźwięki nieco przypominały łamane cienkie gałązki.
Przy robieniu kęsa odebrałam ją jako esencjonalnie chrupką. Przekrój wydał mi się zbito-gładki, mimo że dostrzegłam w nim trochę połyskujących kryształków (a przy niektórych kęsach je nawet słychać).
W ustach rozpływała się powoli, zalepiając. Miękła jak sucha, a dopiero gnieciona plastelina. Zachowała przy tym aksamitność, a mimo idealnej gładkości, nie wydawała się zbyt tłusta (mimo iż realnie była). Mazista owszem. O wiele bardziej pasowało mi określenie: lepko-mazista, zostawiająca smugi. Pomimo suchwego elementu wydawała się mulista i nasączona jak ciasto. W ustach trwała dość długo, aż znikała nagle.

Zaraz po włożeniu kawałka do ust przywitała się słodycz, za którą ukazała się palona goryczka w pełnej okazałości, podkreślona cierpkością.
Gorzkawość dominowała, jednak to słodycz okazała się dynamiczniejsza. Również chwilowo cierpkawa, a zaraz raczej drapiąca, rozeszła się po ustach. Wzrosła szybko, ale nie do przesady. Należała do wanilii: kwiatów i laski, jako naturalna i... ciężka? Oleista? Poczułam kwiaty, właśnie słodko-ciężkie, zawilgocone, ale i drapiące polne, dość w tym ostre. Chwilami zahaczały o drapiący miód, chwilami - z racji palonego klimatu - o karmel.

Gorzkość ruszyła, rozpościerając wachlarz drobniejszych goryczek. Nie była więc siekierą, ale okazała się złożona i jakby wszechobecna. Zaserwowała mi przypalone ciasto kawowo-kakaowe, z mocno przypalonymi brzegami. Spalenizna wydała się aż cierpko-kwaśna. Odnotowałam przy tym aż węgielne tony, po czym zaczęłam zwracać na wilgotne, esencjonalne wnętrze.

Ciasto mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa chwilowo łagodniało, robiło się bardziej tłuste, maślane. Jakby czekolada robiła sobie przerwę od mocniejszych tonów, pozwoliła wzrosnąć słodyczy kwiatów i wanilii, a jednak wciąż mieściły się w kawowym cieście. We wszystkim tym było coś oleistego.

Ciasto kawowe z czasem przechodziło do nuty palonej kawy, która zaczęła je wyprzedzać. Ziarna kawy wypalono tak mocno, że trąciły o węgiel. Lekki cierpki kwasek zasugerował jakąś cytrusową nutę, kryjącą się w nich. Trzymał się właśnie goryczki (do słodyczy się nie mieszał). Zarówno kawę, jak i ciasto, musiano doprawić jakimiś ostrzejszymi przyprawami, w które wszedł i ukrył się też kwasek. Wtedy udało mi się go uchwycić. Przecież to nieco kwaskawy kokos i olej kokosowy!

Przyprawy aż zaczęły drapać. Z palono-węgielnego mułu wyłoniły się drzewa. Takie z paleniska, ale potem drzewa ogólnie. Ziołowo-roślinne nuty dodawały im i słodyczy, i cierpkości. Przewijał się wśród nich kokos: wiórkowo-oleisty. Pomyślałam też o oleistych migdałach w cynamonie, także dość mocno prażonych. Słodycz tego drapała w najlepsze, tyle że już nie tak waniliowo-miodowo, a bardziej kwiatowo-ziołowo. Czyżbym łapnęła słodko-ostrą lukrecję? Kwasek świetnie się obok tego odnalazł, reprezentując rześkość (nie tyle soczystość) i równoważąc słodycz.

Pod koniec zrobiło się bardziej słodko i cierpkawo. Cierpkie, poprzypalane ciasto ukryto kwiatami, potem jeszcze przywołano kokosa do pomocy, jednak ogólnie mocna paloność wyszła i na zakończenie. Inne nuty zasłoniły z kolei drzewa.

Po zjedzeniu został posmak cierpkawo-kakaowy i cierpkawo-kwiatowy. Coś tam niby czuć (kawę, przyprawy, w tym wanilię), ale to palenisko i cierpkość prostego, palonego kakao dominowało. A za nim jakby węgiel roślinny, co utrzymywało się długo i było neutralne, nie zaś przyjemne czy nie.

Zaskoczyła mnie waniliowość tej tabliczki bez wanilii w składzie, choć czuć, że to bardzo taka "kwiatowa" wanilia, jako nuta. Całość wyszła bardzo palona, aż lekko przypalona, przez co wiele nut Ekwadoru chyba po prostu uciekło, ale że kawa się obroniła i miała godne towarzystwo, mi to nie przeszkadzało. Wyszła podobnie kokosowo-ziołowo i miodowo do (Vanini) Tesco finest Ecuadorian 74 %, acz mniej cierpko-goryczkowato. W Tesco było więcej nut: suszonych owoców, "orzechowego kokosa" i ziołowych herbat, zlepionych miodem. Sarotti wydała mi się bardziej gorzkawo-cierpka w przypalonym sensie - jakby poszczególne dodać do ciasta i przypalić. Zupełnie nie była owocowa, a jej słodycz była bardziej znacząca. Zdecydowanie to Tesco mnie w sobie rozkochała, ta była namiastką odlegle podobną.
Smakowała mi, nie ukrywam, ale jako prosta, niezajmująca czekolada gorzkawa. O ile konsystencję miała znacznie lepszą niż Sarotti 85 % (raczącą za to splotem migdałów i ziemi osłodzonych miodem), tak smak był już słodszy w wydźwięku (ciasto), przez co trudno wybrać, którą faworyzuję - zależy od dnia. W obu jednak czuć specyfikę marki - palonością nieco przygłusza nuty, ale to przyjemna paloność.


 ocena: 9/10
kupiłam: Kaufland
cena: 4,79 zł (chyba promocja)
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym (np. jak trafię na długie daty)

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyna sojowa

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Sarotti No. 1 Edelbitter 85 % ciemna z Dominikany

Bardzo pozytywnie zaskoczona Sarotti Feine Edelbitter 72 % szybko nabrałam ochoty na kolejne. A że ostatnio nazbierałam parę czekolad o zawartości kakao 85 %, uznałam, że to właśnie tę sprawdzę. I... to już dziecinne, ale po prostu zakochałam się w jej opakowaniu: oszczędne, a eleganckie. W dodatku łączące uwielbiane przeze mnie kolory: fiolet i złoto.
Tym razem uzupełnienie do wstępu pozwoliłam sobie dopisać po napisaniu recenzji, bo naszła mnie pewna myśl: spotkałam się z krytycznymi opiniami o tej czekoladzie, że jest zbyt zwyczajna, np. na uznawanym blogu chclt.net (czasem z ciekawości przeczytam, co autor czuł w danej czekoladzie, ale fanką nie jestem). Faktycznie, Akademii Czekolady pewnie by nie podbiła, ale doszło do mnie, że na szczęście wciąż umiem czerpać radość także ze zwyklejszych czekolad. I nie ukrywam, że trochę mnie denerwuje, jak ktoś zachwyca się tylko tymi drogimi, choćby miały nie być ani gorzkie, ani kwaśne, ani słodkie, a żadne, że są takie "creamy", przy czym nawet nie wiadomo, czy chodzi o konsystencję, smak czy o co.

Sarotti No.1 Edelbitter 85 % Santo Domingo to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao z Republiki Dominikany, z okolic miasta Santo Domingo.

Po otwarciu poczułam bardzo intensywny słodko-kwaśny zapach daktyli i rodzynek. Wraz z subtelnym, miodowym zacięciem odpowiadały za niską słodycz i lekką soczystość. Nawet gdy o miodzie mowa - nie był jedynie słodki, a... wielokwiatowy aż w abstrakcyjnym stopniu, ze wskazaniem na kwiatowość. Kwaskawość tychże suszonych owoców była z kolei mocno związana z cierpkim kakao, poprzez które do kompozycji wchodziła ziemistość. Kryły się w niej migdały, raczej gorzkawo-świeże, jakieś skóry (oczami wyobraźni widziałam skórzane paski). Jedno z drugim wiązało się spójnie, nad czym czuwała znacząca palona nuta.

Tabliczka, mimo iż twarda, trzaski wydawała raczej liche. Nie przypisałabym tego jednak tłustości wyczuwalnej już na dotyk, bo mimo wszystko zachowywała zwartość i konkret. To pewnie ze względu na to, jak cienka była. Tłustość czuć też przy odgryzaniu kęsa, przy czym to aż trzeszczała / skrzypiała.
W ustach rozpływała się bezproblemowo, umiarkowanie powoli. Od początku czuć jej tłustość, która potem nieco rozrzedzała się, stając się i tak bardzo gęstym, mulistym, wysoce lepkim kremem z oleiście-emaliowym poślizgiem. Raz i drugi upuściło to lekką soczystość, by mniej więcej od połowy rozpływania się kęsa wykazać silną pylistość, proszkowość. Wszystkim tym zupełnie zalepiała usta i nawet gardziel. Na koniec nieco wysuszała i ściągała.

W smaku od samego początku czułam leciuteńką słodycz. Pomyślałam o dosłownie odrobinie jasnego miodu (np. wielokwiatowego) i drobnych kwiatach... a raczej porannej rosie, jaka się na nich zebrała? Słodycz miała bardzo delikatny wydźwięk.

Już po chwili dołączyła do niej kwaśność. Okazała się o wiele dynamiczniejsza i żywa. Poczułam, jak rośnie kwasowość... miodu (jakby zmieniał się w jakiś np. ze spadzi iglastej - kwaskawy właśnie). Szybko odnotowałam soczyście owocowy motyw, a zaraz potem zwykłe, proste (ale smakowite) kwaśno-gorzkie kakao. Mieszając się z delikatną słodyczą, poszło to w kierunku kwaskawych rodzynek i daktyli, które oprócz słodyczy, zawierają podkwaszoną nutę. W mej wyobraźni powstał obraz owoców suszonych w kakao, może też ciemnej czekoladzie, ale niewątpliwie oprószonych gorzkawo-palonym kakao. Jakby... próbowało ukryć, jakie to owoce.

Konsekwentnie w tle malowała się gorzkość. Niczym obraz, warstwowo. Pierwsze warstwy były mało jednoznaczne. Zbudował się palony klimat, uchwyciłam poprzypiekane nuty... migdałów? Mignęła mi pewna oleistość, tłuszczowość... Kwasek i cierpkość dodały ziemię, co było aż chwilowo mało "spożywcze". To pomogło migdałom się umocnić, a mnie nazwać oleistość - jakby kokosową. Podkreśliła ją nieco pikantna ziemia. Gorzkość wydawała się leniwą bazą. Kwasowość wzrosła i...

Znów odbiła ku owocom, w drugiej połowie żywszym i świeższym, choć niejednoznacznych. Pomyślałam o egzotycznych... mango, podkreślonych cytrusem (cytryną?). Zawinęła się do nich ta lekkość kwiatów, rosy z początku.
Pomyślałam o białych kwiatkach truskawek, po czym też o rozmytych samych truskawkach... Jakby jeść takie z krzaków: trafiają się różne, a więc słodkie mniej czy bardziej, kwaskawe... Szybko jednak zniknęły na rzecz bardziej cierpkawych nut.

Im bliżej końca, tym bardziej niesiekierowo, ale przewodnio gorzka robiła się ta czekolada. Ziemia, migdały i lekko skórzany akcent, podkreślone dosadną palonością, na koniec odcięły się od owoców, ale nie od lekkiego kwasku. Pod koniec skojarzył mi się z kwaskiem kokosa. Nuty te przywołały leciutką słodycz miodu.

W posmaku została więc słodka cierpkawość i dużo kwaskawo-cierpkich jedynie przebłysków, gorzkich nut migdałów, skór... miały nieco ziemiste, ściągające podszycie, jak również pewny kręcący aspekt... jak miód? Co więcej, czułam kokosa, ale nie jako kokos, a jego kwasek i niemal nieuchwytna oleistość. Czuć, że do wszystkiego pchało się kakao, takie zwykły.

Całość odebrałam pozytywnie, lecz bez zachwytu. Pomyślałam o niej jako o wyższej półkowo wersji Eti 70% - też tłustej i właśnie takiej... czysto-zwyczajnie kakaowej. Sarotti cieszy niską słodyczą, jednak jej smak był dość toporny, ciężki i prosty. Palony motyw oraz ziemia i migdały wydawały się bazowe, a jednak to żywsza kwaśność była bardziej... wszechobecna. Tykała różne owoce: od suszonych rodzynek i daktyli po świeższe egzotyczne i truskawki - choć żadne z nich nie było nutą jednoznaczną. Była wszechobecna, chwilami za silna, ale jednocześnie nie odpychająca.
Nie sposób nie pomyśleć przy niej o Tesco finest Dominican Republic 85 % - też była cierpko owocowa (chociaż to raczej ogólnie leśne, głównie czerwone porzeczki) i rześka (kwiatowo-bananowa). Nuty miały do pewnego stopnia podobny wydźwięk, ale czekolady różniły się bardzo: Tesco była o wiele bardziej waniliowa (Sarotti miodowa) i mniej tłusta; pobrzmiewała suchym kakao w proszku, w momencie gdy Sarotti to kakao "trochę bardziej ogólne, abstrakcyjne").
Mało podobna była do Beskid Republika Dominikany 70 %, ALE! Pewna ostrość, daktyle i cytrusy (także ogółem to, jak owoce dołączały do pozostałych nut) były w bardzo podobnym stylu.

Moim największym zarzutem jest struktura, bo mnie męczyła wysoka tłustość i poczucie takiej pylistości, że aż jakby źle wymieszanej - z nie do końca rozpuszczonym. Co do smaku... podobała mi się niska słodycz owoców i miodu, podobało mi się mocne palenie, ale nie przypalenie*, ale... kwaśność chwilami wydawała mi się zbyt kąśliwa, a za mało jednoznaczna (np. wszystkie owoce były wręcz sugestywne*). Spokojna gorzkość i cierpkość jak najbardziej na plus, ale tylko, gdy akurat nie liczy się na żadną głębię, a ma się ochotę na mało słodką czekoladę. Nie zajeżdżała odtłuszczonym kakao w proszku, tylko smakowała zwykłym kakao. Lubię kakao, więc cieszę się, że skoro twórcy tej czekolady nie potrafią lepiej wydobyć jego nut, to przynajmniej go nie zepsuli*. Efekt? Kompozycja prosta i smaczna, nieambitna.
*Lubię przypalone nuty, ale tu by nie pasowały. Poszczególne smaki tej czekolady widzą mi się tak: nie jak truskawki, a jak jedzenie truskawek. Mimo że zwyczajnie kakaowa, wciąż smaczna. I teraz wstęp może wyda Wam się bardziej zrozumiały.


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 4,79 zł (chyba promocja)
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy kupię znów: od biedy mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, substancja przeciwzbrylająca: węglan wapnia; naturalny aromat waniliowy

piątek, 2 kwietnia 2021

Sarotti Feine Edelbitter 72 % ciemna

Dawno, dawno temu w Kauflandzie był rzut zupełnie nieznanych mi czekolad. Z ogromnym zainteresowaniem zaczęłam przeglądać kartony na półkach, ale... w trakcie tego naszedł mnie ogromny smutek. Przecież jeszcze parę lat temu szczęśliwa kupiłabym wszystkie: z marcepanem, kawową łączoną z białą, mleczną, ciemną. Smaki fajne, a już nie dla mnie, ale co tam. Wzięłam jedną i to z umiarkowaną radością, bo zauważyłam dopisek "4 małe tabliczki". A tak się składa, że nie lubię takiego drobienia. Wolę jedną, całą tabliczkę. Wylądowała w szafce z czekoladami, czekała długo... aż w Kaufie znalazłam pojedyncze sztuki czystych, całych tabliczek ciemnych tej marki, dołożonych do Sarotti z kandyzowaną pomarańczą, która to akurat ani trochę mnie nie ciekawiła. Skąd się tam wzięły? Dlaczego nigdy wcześniej ich nie widziałam? To znalezisko przypomniało mi jednak o kupionej dawniej i to od niej postanowiłam zacząć. Sarotti to niemiecka marka istniejąca od 1998, jednak jej historia wydaje się dłuższa. Obecny właściciel, duża manufaktura Stollwerck, założona w 1839 roku (!) należy od 2011 do belgijskiej firmy Baronie Group, przez co z kolei aż mnie zmroziło z przerażenia. To ci od paskud Ambiente: Panache i Pistache! Wdech, wydech... przecież też od smacznej Biedronka Belgijska Czekolada Gorzka 72 %. Ta miała w sumie tylko jedną wadę: tak gruba i twarda, że aż skaleczyłam się w rękę, łamiąc ją. Nagle okazało się, że podział na cztery małe i cienkie tabliczki nie musi być wadą.


Sarotti Feine Edelbitter 72 % 4 Tafelchen to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao.
W formie 4 mini tabliczek (po 25 g każda).

Gdy tylko rozchyliłam opakowanie, poczułam delikatny, acz wyraźny zapach mocnego palenia przejawiającego się jako drzewa i orzechy. Obok tego, niemal na równi, stała wysoka słodycz "waniliowata" - jakby nieco przerysowana, nie waniliowa, ale też nie sztuczna. Mieszała się z odrobiną chłodnej śmietanki. Między nimi plątał się dziwny, nieokreślony zbożowo-drewniany wątek... sklepu zoologicznego z klatkami z ptakami, ziarenkami dla nich itp.

Ciemne tabliczki łamały się z głośnym, pełnym trzaskiem, popisując się przy tym twardością. Miały kreseczki ułatwiające podział jakby na 4 długie kostki, ale nie trzymały się go. Przy odgryzaniu kawałka wydała mi się trochę ziarniście-cukrowa.
W ustach jednak rozpływała się gładko i łatwo, w raczej wolnym tempie. Miękła, zachowując kształt i roztaczając wokół siebie gęstawą zawiesinę; potem przytaczała lekką pylistość. Nie zalepiała, nie pozostawiała zbytnio smug. Raz po raz miałam wrażenie, że niezbyt dokładnie ją zmielono / przemieszano i że trzeszczałaby, gdybym gryzła. Miękka gęstwina, jaka utrzymywała się w ustach, znikała trochę nazbyt wodniście, pozostawiając lekkie ściągnięcie i suchawość, mimo że była dość tłusta.

W smaku na początku jakby się zawahała, po czym upuściła i słodycz, i gorzkość.

Słodycz nieco prowadziła dynamiką, ale nie natężeniem. Wskoczyła na dość wysoki pułap, ale potem już nie rosła. Roztoczyła waniliowy smaczek, który z czasem zaczął się robić coraz bardziej "waniliowaty", nie waniliowy. Taki... trochę ostrzejszy, z aromatu, ale nie sztuczny. Maskował (a przynajmniej starał się) zwykłą słodycz białego cukru.

Jednocześnie rozchodziła się leniwa gorzkość kakao. To w niej była palona nuta. Goryczka szybko wstrzeliła w to wszystko zbożowo-orzechową nutkę. Czy zoologika? Nie wiem, bo z jednej strony było to też... dość ciepło-pikantniejsze. W wyobraźni przewijały mi się jakieś klatki z ziarenkami, różnymi patykami, ale myślałam też o czymś zapleśniałym... Zapleśniałe drewno? Może zioła albo pieprz? Był też jednak element łagodzący, maślany i... z czasem zrobiło się bardziej orzechowo. Jak palone, gorzkawe orzechy włoskie, acz nie wyjątkowo wyraziste. Pikanteria pieprzu ziołowego tylko czekała, gdzie się wkręcić.

Po występie goryczki, mniej więcej w drugiej połowie rozpływania się kęsa, aromatowość waniliowej nuty wydała mi się też lekko ostrawa, zmieszana z cierpką goryczką i... coraz chłodniejsza - może jak lukrecja? Pomyślałam o słodziku, aż nagle zrobiło się go zaskakująco dużo i... zniknął. W chłód wstrzeliła się śmietanka, przywracając waniliową nutkę. Pojawiły się nadgniłe i goryczkowate, słodko-wodniste czereśnie (chodzi o takie "wczesno czerwcowe" ciemne i miękkawe, wodniste - to chyba węgierskie - nie przepadam za nimi, bo są nijakie). Nie były to owoce pierwszej klasy, a jedynie zaleciałość, która potem znów utonęła w palono-orzechowej części.

Gorzkawość pod koniec właśnie znów zrobiła się prostsza, mocno palona i orzechowa. Starcie chłodniejszych nut i paloności zaowocowało jako zaskakująco wyraźna ostrość. Otaczała ją osłabiona słodycz i pewna łagodząca nuta - maślana? Maślano-orzechowa... że jak nugat? Albo pieprzny, ale ogólnie delikatny piernik?

Po zjedzeniu został palony posmak w wydaniu palonego drewna, może poczucie lekko śmietankowej tłustości i jednocześnie suchawy efekt kakao. Było też słodko, ale nie pierwszoplanowo - o to już zadbała wręcz ostrość (powiedziałabym, że pieprzu ziołowego, trochę korzenna) i owocowa rześka sugestia w tle.

Całość zaskoczyła mnie swoją ostrością i gorzkością. W pierwszej chwili bałam się, że będzie słodko, tłusto i nudno. Czekolada okazała się jednak owszem, dość tłusta, a co za to idzie nieco złagodzona chwilami, ale pokazała charakter orzechów, drewna i pieprzu / ziół, a więc pikanterii i mocniejszych, ciemniejszych nut. Wszystko to jednak nie było bardzo wyeksponowane, a trochę właśnie uładzone. Słodycz... dobrze sobie radziła. Najpierw bałam się, że okaże się męcząca, ale na szczęście podłapała ogólny klimat.
To propozycja satysfakcjonująco gorzka, z ciekawymi elementami, choć bez głębi, w której można by utonąć na wieki. Wolałabym inną strukturę, ale na nią w sumie dość łatwo przymknąć oko, gdy się bardziej skupić na wyłapywaniu poszczególnych elementów. To niezła konkurencja dla np. ekwadorskiego Grossa 70 % - chyba najbardziej zbliżonego cenowo-jakościowo (bo smak zupełnie inny - Gross to "kawa łagodzona śmietanką").
Wspomniana biedronkowa też była znacząco palona, ale bardziej laskowo orzechowa, w momencie gdy Sarotti orzechowa (jak włoskie) wydawała się dopiero z czasem. Całościowo wyszła pikantniej i charakterniej (piernik Sarotti vs biedronkowy murzynek). Smakowo to jeden poziom - tylko że nuty inne, że aż bym ich ze sobą nie skojarzyła, gdyby nie producent.


ocena: 9/10
kupiłam: Kaufland
cena: 4,99 zł
kaloryczność: 560 kcal / 100 g; 1 mini tabliczka (25g) - 140 kcal
czy kupię znów: mogłabym (i tak, zrobiłam to już nawet)

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy