Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Uganda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Uganda. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2026

Essenzo Cacao Semuliki Uganda 80 % ciemna z Ugandy

Mam słabość do czekolad z wysoką zawartością kakao z Ugandy, bo jego naturalna słodycz przy tej ilości wciąż wiąże się z mocną wytrawnością. Stąd, przy wybieraniu czekolady nieznanej mi hiszpańskiej marki Essenzo, mój wzrok zatrzymał się właśnie na takiej. Tworzą oni w hiszpańskiej Galicji od 2018. Zaczęło się, jak sami piszą "trochę z przypadku", kiedy Guillermo Villafáñez z ciekawości kupił specjalny młyn i zaczął robić czekoladę w domu. Efekt, tak odmienny od tego, co jest w sklepach, zaskoczył go i zależało mu, by pokazać to światu. Po paru latach udało się i stworzył markę, która od 2022 jest doceniana i nagradzana przez International Chocolate Awards. Dziś przedstawianą tabliczkę zrobiono z kakao z lasu Semuliki w zachodniej Ugandzie, gdzie uprawia je 1002 małych rolników. Ogólnie 52% tamtejszych pracowników to kobiety. Działają pod egidą Latitude Trade Co, przedsiębiorstwa zajmującego się poprawą warunków życia rolników i zajmującego się całym procesem po zbiorach. Wszystko oczywiście w pełni ekologicznie. Essenzo docenia takie podejście i działa tylko na kakao z małych plantacji.

Essenzo Cacao Semuliki Uganda 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao z Ugandy, z dystryktu Bundibugyo, z lasu Semuliki.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach o słodkim charakterze, który tworzyły głównie suszone figi, kwiaty i miód. Miód leśny, a więc ciemniejszy i charakterniejszy, wiążący się z motywem drzew i lasu ogólnie. Wyobraziłam sobie jesienny las mieszany, a do głowy przyszły mi też kompozycje zapachowe jesienno-piżmowe (np. perfum, świec) w przytulnych klimatach. Dokładały się do niego też róże i jaśmin (bardzo jednoznaczne). Do słodyczy dołożyły się także łagodne, lekko podprażone nerkowce i... krówki? Jakby jakaś masa krówkowa z nerkowcami. Dopiero za tym wszystkim na końcu, pokazał się akcent czerwonych owoców: w wydaniu słodkiego syropu z.... żurawiny i granatu? 

Twarda, gruba tabliczka o żywym przebłysku przy łamaniu trzaskała głośno i masywnie.
W ustach rozpływała się w tempie średnim, szczycąc się początkową gęstością i kremowością. Była tłusta, a zarazem soczysta. Gęstość szybko odpuszczała, mimo że czekolada przez pewien czas pozostawała zbita. Potem jednak zmieniała się w lepkawo-mazistą, plastyczną masę pozbawioną gęstego konkretu o idealnej, wręcz śliskawej gładkości. Znikała wręcz wodniście (choć wciąż dość tłusto), zostawiając cierpkawe wrażenie.

W smaku pierwszy obecność zaznaczył miód, wynosząc słodycz na średni poziom. Miód niemal... pikantny? Po chwili okazał się miodowym syropem z czerwonych owoców, a za nim przemknął gorzki, gęsty dym.

To jednak syrop przyciągał większość uwagi. Pomyślałam o żurawinie i granacie, ale wkomponowanych w wyrazistą słodycz syropu. Cierpkawa kwaśność zawisła jako jedynie sugestia.

Do słodyczy dołączył wątek kwiatów. Świeżych, żywych kwiatów, choć przez moment myślałam, że pojawią się też suszone. Za nimi bowiem wychwyciłam pewne ciepło. Ciepło... czegoś palącego się? Na pewno zaznaczył się gorzkawy dym, a kwiaty jednak zostały przy świeższym wydźwięku. Do głowy przyszedł mi rześki jaśmin i odrobinka jasnych róż.

Słodycz miodu - pikantniejszego miodu leśnego - podchwyciła ciepło jako jakaś ciepła kasza z miodem, a potem przywołując ciepły jesienny dzień w leśnej scenerii. Miód miał charakter, był ciemny i cierpkawy, a gdy tylko nakierował myśli na las, trochę kwaskawy ze względu na iglastość, przybyły też drzewa jako kontrapunkt dla słodyczy. Gorzkość zaczęła przybierać na sile, pokazując, że słodycz odtąd nie ma prawa już rosnąć. Miód jakby nie zniósł tego i zaczął zanikać... słodycz jednak przechwyciły - nie wiadomo skąd wyskakujące - suszone figi. To one, nie kwiaty, okazały się suszone. Podtrzymały w pokrętny sposób echo czerwonych owoców, które od początku do tego momentu niemal zaniknęło.

Ciepło-suszony motyw odnalazł się też w leśności. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyobraziłam sobie suche, złote liście opadające na ziemię. Wśród coraz silniejszej drzewnej nuty właśnie pojawiło się trochę czarnej, chłodnej z kolei ziemi. Na moment zawitała nawet ostro-chłodna lukrecja. Ziemia jednak nie dała rady wydostać się przed cieplejszy, gorzki motyw dymu.

Przy lukrecji zebrało się jeszcze trochę cierpko-goryczowatych ziół, ale te z kolei przysłoniły kwiaty (teraz w odwróconych proporcjach: róże i jaśmin?).

Zanim na dobre zrobiło się bardziej gorzko i poważnie, do gorzkości i lasu dołączyły orzechy nerkowca. Lekko podprażone, więc też w pewnym sensie wpisujące się w "ciepło". Zdecydowanie załagodziły kompozycję i dopuściły do głosu maślaność.

Odnotowałam więcej czerwonych owoców w słodkim wydaniu. Przez kompozycję przemykał syrop z owoców granatu i żurawiny, może z odrobinką wiśni. Kwaskawy bardzo subtelnie, acz niepodważalnie. Raz po raz mignęła mi myśl o kwaskawych różowych winogronach (o długim kształcie i chrupkiej strukturze). Kwiaty pomogły im na parę chwil roztoczyć trochę świeżości-soczystości. Po pewnym czasie do owocowego motywu wróciły suszone figi, trochę osłabiając potencjał kwasku. Słodycz znowu dała radę trochę wzrosnąć.

Kwiaty zmieniły się w różane krówki.

Przez moment maślaność rozpędziła się i wyszła przed nerkowce, otarła się o trochę dziwny duet masła i miodu, po czym nerkowce nie dały za wygraną i to one prawie zajęły pierwszy plan. Pomogła im słodycz, przechodząca w miodową krówkę. Masę krówkową z nerkowcami?

Las i ziemia zmieniły się w przytulną kompozycję jesienno-piżmową (jak z perfum i świec?), a dosłownie w ostatniej sekundzie odnotowałam w niej skryty niemal grzybowy, wytrawniejszy akcent.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkiego, miodowego syropu z czerwonych owoców, miodu samego w sobie, takiego cierpkawo-leśnego raczej oraz lukrecji, przy asyście jesiennego lasu. Czułam w nim cierpkawość, akcent grzybów, ale jakby skrytych w cierpkości dymu. Z dymem ochoczo mieszała się lukrecja i chyba jeszcze coś ziołowego. Wszystko mocno załagodził maślano-nerkowcowy motyw.

Czekolada smakowała mi, acz trochę zawiodłam się na tym, że aż taki udział w kompozycji miały słodkie nuty. Miód leśny i figi, syrop z czerwonych owoców, trochę kwiaty, nerkowce i krówki przeplatał wprawdzie leśno-jesienny, trochę ziemisty, lukrecjowo-ziołowy i dymny splot, ale gorzkość nawet nie zrównała się ze słodyczą. Była jej jakby podległa. Kwasku, też podległego słodyczy, pojawiło się niewiele... To bardzo smaczna czekolada, ale w ciemno dałabym jej 70%, a nie 80%. Długo byłam sceptyczna i skłaniałam się raczej ku wystawieniu 8, ale pomyślałam, że była na tyle pełna ciekawych zwrotów akcji i "rozwiązań", że może mieć i trochę naciągane 9.
Nuty bardziej przypominały Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao (właśnie np. tymi krówkami), niż Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 80 % Kakao o nutach cynamonowej chałwy, raw barów, która daktyle i kwiaty przeplotła "ziemistą jesienią".
Syrop z czerwonych owoców przypomniał mi troszeczkę przecudowną Rózsavolgyi Csokolade Birds of Uganda 80%  m.in. z nutką syropu wiśniowego.
Nie do końca chwyciła mnie też ta idealnie gładka, tłusto-rzednąca konsystencja. Mogłaby być bardziej gęsta i wolno znikająca.


ocena: 9/10
cena: €8 (za 80g; około 34 zł)
kaloryczność: 588,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy

wtorek, 21 kwietnia 2026

Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 80 % Kakao ciemna z Ugandy

Na wspomnienie Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao uśmiechałam się. Z nią związałam się bardzo emocjonalnie nie tylko ze względu na boski smak. Otóż z jej recenzją miałam małe kłopoty. Przypadkiem ją usunęłam po kilku dniach od zjedzenia. A zdecydowanie wolę pisać na świeżo, w dniu zjedzenia, nie zaś z samych notatek. Kupiłam kolejną, by okazało się, że... jednak jej już nie ma. Przeżyłam prawdziwy dramat. Aż podskoczyłam, gdy zobaczyłam tę nowość. Wyższa zawartość kakao wyglądała jeszcze bardziej obiecująco. I tym razem. Użyto lokalną odmianę forastero, nazywaną tam Koko. Uprawia je ponad 3 400 drobnych rolników ekologicznych w regionie, z których 52% to kobiety. Sprzedaż umożliwia Latitude Trade Co. (LTC), która prowadzi szeroką sieć wiejskich punktów skupu, w których kupuje wysokiej jakości mokre kakao, płacąc co najmniej 20% więcej producentom niż inni nabywcy w Ugandzie.


Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 80 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao forastero z Ugandy, z dystryktu  Bundibugyo, z regionu Semuliki.

Po otwarciu poczułam bardzo złożony, intensywny zapach, w którym dominowały suszone owoce, a dokładniej figi. Im towarzyszyły inne, na pewno daktyle, rodzynki, ale nie tylko. Może żurawina i wiśnie? Do głowy przyszły mi naturalnie słodkie raw bary: batony z bakalii, suszonych owoców - zmiksowanych i zmielonych wraz z pestkami słonecznika i dyni. Słodycz fig mieszała się z miodem i syropem daktylowym, a rodzynki wpisywały się z słodko-gorzkie kakaowe cynamonki. Takie o wytrawnie kakaowym i ciepło cynamonowym smaku. Wszystko to przeplotły świeższe owoce: sok z wiśni i niemal miodowo słodki - ale w świeższy sposób  - melon.

Tabliczka ze względu na twardość, podczas łamania głośno trzaskała. Wydawała się masywnie skalista. 
W ustach wciąż była masywna, ale nie twarda. Rozpływała się powoli i bardzo kremowo, opływając nieco lepkawymi falami, w których nasilała się soczystość, by całość końcowo rzadko zniknęła. 

W smaku najpierw poczułam słodycz, ale nie od razu dookreśloną. To był ni karmel, ni suszone owoce... Chwilę trwał jakby w zawieszeniu, po czym do przodu wyrwały się słodkie suszone figi. Złociste i niemal miodowo słodkie, ale w które wkradała się pewna cierpkość (takich brązowo-szarawych sztuk?).

Przemknęła ostrość...  A może to słodycz zrobiła się taka piekąca? Pomyślałam o daktylach, ale ze względu na karmelowe wtrącenia raczej w wydaniu syropu daktylowego. Ogólna słodycz odważnie rosła, choć pamiętała, że na za wiele pozwolić sobie nie może.

Ostrość poszła w ciepłym kierunku pikantnego cynamonu. Z ciepła wyłoniła się też gorzkość, cierpkość. Początkowo myślałam, że też należała do przypraw, ale niekoniecznie... Przynajmniej nie tylko.

Gorzkość okazała się palona. Średnio mocno, ale wyraźnie. Do niej raz po raz podkradała się ziemia.

W tym czasie słodycz cały czas rosła. Szła konsekwentnie w suszono owocowy klimat. Podchwyciła jednak trochę goryczki, serwując mi raw bary ze zmielonych bakalii. Suszone owoce mieszały się za ich sprawą z pestkami słonecznika, może też dyni i akcentem orzechów. Cierpkość sugerowała kakaowe warianty.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zawitały jeszcze kakaowo-czekoladowe cynamonki z rodzynkami. Odnotowałam pewną maślaność, wydawały się zawierać jakąś cynamonowo-karmelową masę, ale nie zasładzały. Trzymały się wytrawniejszego klimatu.
A ta maślaność... raz i drugi zrobiła aluzje do kremów 100% z orzechów i/lub blanszowanych migdałów.

Rodzynki podszepnęły leciutką kwaśność i to wydobyło owoce cierpko-kwaskawe właśnie. Przemknęły mi przez myśl suszone wiśnie, ale zaraz na te suszone wydały mi się za soczyste. Toż to właśnie sok z wiśni przepłynął! Może nawet same wiśnie? I... trochę zatraciły się w słodyczy. Tę cierpkość jednak raz po raz podkreślały ostre korzenne przypraw, głównie cynamon.

Przy wiśniach raz po raz przemknęła nutka cytrusowa, nutka cierpkiej skórki... chyba też osiadającej w bakaliowych batonach. Soczystość ogólnie próbowała wpleść trochę świeżości i tak na chwilkę nawet melon miodowy przyszedł mi do głowy...

Chyba tylko by o miodzie przypomnieć. Zaraz bowiem wróciły wyrazistsze suszone owoce pod przywództwem fig. Fig niemal miodowych. Miodowa nuta jednak w jedno mieszała się z kakao, serwując mi kakaowy miód i może domieszkę syropu daktylowego.

Ostre przyprawy i ta słodycz wciągnęły do gry też pestki słonecznika, przekładając się na wizję chałwy słonecznikowej z cynamonem, miodem i kakao.

Po zjedzeniu został posmak kakaowo-cynamonowej chałwy pestkowej z nieco przeprażonych do goryczki słonecznika z dynią oraz wiśni, mocno przysłoniętych słodyczą suszonych owoców. Głównie fig, ale też trochę daktyli, zgrywających się z ostrością, pieczeniem przypraw korzennych. Cynamonu na czele nieco ostrzejszych, ale nie jednoznacznych.

Czekolada zachwyciła mnie. Przypominała Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao, ale w wydaniu mniej krówkowo słodkim i mniej soczyście owocowym. Dziś przedstawiana skupiła się na suszonych owocach: figach, daktylach i rodzynkami, wkomponowując je w bakaliowe batony z owoców i pestek. Pestki słonecznika jako batony, chałwa słonecznikowa świetnie zgrywały się z ostrym cynamonem. To na pewno były kakaowe warianty, podkreslane palono-ziemistymi akcentami. Czułam też miód, karmel, ale wcale nie było ogólnie za słodko. Akcent wiśni, cytrusów i melonów wniosły lekką świeżość, ale nie zburzyły ogólnie ciepło-korzennego, idealnego na jesień i zimę klimatu.


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

środa, 25 lutego 2026

Chapon Cacao Rare Ouganda Semuliki 90 % ciemna z Ugandy

Chapon ma niewiele czekolad z zawartością wyższą niż 75%. A ja dobrze pamiętałam, jak obłędna była Chapon Cacao Rare Venezuela 90 %, więc i ta wydała mi się obiecująca. Ekscytację wzmacniał fakt, że z Ugandy miałam jeszcze inne czekolady Chapon, o innych zawartościach kakao. Ach, jak ja uwielbiam takie porównania! A zacząć postanowiłam od potencjalnie najlepszej. I najbardziej dla marki nietypowej, bo, jak wspomniałam, niewiele mają czekolad o tak wysokiej zawartości kakao. Ciekawe, co przesądziło o tym, że akurat Ugandę zrobili też w takim wydaniu. Z tego, co poczytałam, także obróbka nie była zbyt typowa, bo kakao fermentowało w skrzyniach z drewna eukaliptusowego (nigdy nie słyszałam, by jakiś producent właśnie w takich to robił!), a potem suszone. Zakupione zostało od małych rolników, zrzeszonych w ramach Latitude, którzy pracują w strefie tropikalnej Rwenzururu.
Na marginesie: czekolada nie tylko smakuje, ale też uczy! Spodobały mi się ptaki na opakowaniu i zainteresowałam się, nimi. Znalazłam, że to koronnik szary, który ten widnieje na fladze i w godle Ugandy.

Chapon Cacao Rare Ouganda Semuliki 90 % to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao z Ugandy, z regionu lasu Semuliki.

Po otwarciu poczułam wyraźny zapach suszonych fig, daktyli i trochę śliwek. Mieszały się z rześkim pieprzem, który zdawał się wpisywać w całą jakąś pieprzną mieszankę, kompozycję przyprawową z ziołami. I podrzucił myśl o pieprznym drewnie. Obok prezentowała się dość wysoka - jak na 90% - słodycz jasnego miodu z echem maślanego toffi.

Tabliczka była bardzo twarda, więc podczas łamania trzaskała głośno i, zwłaszcza tam, gdzie tabliczka była grubsza, kojarzyła się ze skałą. Tam, gdzie cieńsza, brzmiała bardziej skaliście-chrupko. A bo właśnie... z jednej strony tabliczka była gruba, z drugiej cienka (co dla Chapon się zdarza).
Choć dotyk sugerował pylistość, w ustach okazała się kremowa i gładka. Rozpływała się powoli, pokazując się z gęsto-mazistej strony. Tłustość stała na średnim poziomie. Połączyła maślaność z drobną oleistością, ale obie wpisała w kremowość. Końcowo oleistość trochę rosła, ale i skąpa soczystość do niej dołączyła. Ta jednak zostawiała cierpkawo-ściągające wrażenie. Końcowo w ustach ostała się też pewna suchość.

W smaku pierwszą poczułam łagodną, średnio wysoką słodycz maślanego toffi. Trwała przez moment, spoglądając ku pierwszemu planowi i leciutko wzrosła.

Nagle, zmotywowana słodyczą, przemknęła nutka jakiś słodkich, ale jednocześnie kwaskawych czerwonych owoców. Były trudne do uchwycenia i zaraz mi umknęły. Zagłuszył je miód, zmieniający wydźwięk słodyczy. Okazał się bardziej zdecydowany od toffi, przerabiając je najpierw na toffi miodowe, a potem skupił na sobie większość uwagi. Kryło się w nim jednak coś kwaskawego, niemiodowego.

Pod słodycz- jeszcze tę przejściową toffi-miodową- podkradł się pieprz. Delikatny, ale ze specyficzną ciężkawością, która... zaczęła się rozmywać w jakby pieprznej mieszance przypraw i ziół. Toffi zrobiło się poważniejsze, bardziej palone i nagle... do siebie niepodobne, a bardziej... daktylowe?

Gorzkość powoli wkroczyła i rosła, nie zważając na nic innego. Ze spokojem objęła prowadzenie, jakby była to najnaturalniejsza rzecz na świecie. Wydała mi się lekko palona, pieprzna, ale nie w taki czysty, oczywisty sposób. Połączyła pieprz z drewnem.

Miód trochę się wycofał, a ja nagle poczułam suszone owoce. Niezwykle jednoznaczne suszone figi wśród nich dominowały. Miały nieco zasładzające zapędy, ale ogólna słodycz nie była zbyt wysoka. Dołączyło do nich trochę śliwek suszonych i... znów zaczął przemykać motyw czerwonych owoców. Teraz wyraźniejszy, ewidentnie owoców suszonych, ale wciąż nieoczywisty. Chodziła mi po głowie kwaskawa żurawina, ale to nie była zupełnie ona. Na samym końcu czułam też bardzo słodkie, twarde suszone daktyle.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drewno zaczęło odgrywać coraz ważniejszą rolę. Wciąż miało pieprzne echo, ale pieprz trochę odpuścił. Wyobraziłam sobie drewno, a ze względu na paloność, kominek. Dokładniej drewniany, elegancki salon z trzaskającym w nim ogniem oraz... kwaskawym drzewkiem iglastym, choinką. Stworzyło to przytulnie zimowy klimat.

Część słodyczy też podchwyciła ten zimowo-ciepły wydźwięk. Przez myśl przemknęły mi ciastka korzenne z miodem o bardzo pieprznym charakterze. Za ich sprawą pieprz wszedł też w słodką strefę, wyciszając miód.

Miód pobrzmiewał już tylko w oddali, a do słodkich suszonych owoców dołączył silniejszy kwasek. Pomyślałam o suszonych plastrach pomarańczy, być może wiszących w formie ozdób, na drzewku. Pomarańcze sprawiły, że figi i śliwki jeszcze się umocniły.

Gorzkość zaczęła serwować mi więcej nut palonych: dymu, sadzy, popiołu, po czym... nagle doleciała do niej maślaność.

Maślaność lekko załagodziła gorzkość, co wykorzystał miód i wrócił wyraźniej. Wyobraziłam sobie jakiś keks z miodem, możliwe, że nie tylko na maśle, ale mieszance masła z olejem, na pewno z bakaliami. Głównie figami i śliwkami. Wokół musiał rozchodzić się aromat pomarańczy (z choinki?), jakby trochę obok nich. Ciasto to przybrało zimowy wydźwięk: chyba i ono leciutko doprawiono pieprzem, ale jakimś świeższym, lżejszym.

Po zjedzeniu został posmak suszonej pomarańczy i suszonych, słodkich fig, mieszających się z drewnem i pieprzem. O ile drewno wyszło tu ciężkawo i poważnie, tak pieprz wykazywał rześkość, przechodził nawet w ziołowość. W głowie miałam też wizję choinki przy kominku.

Czekolada była nie dość, że pyszna, to jeszcze intrygująca. Ta jednoznaczna wizja drewnianych mebli, kominka i choinki oraz wyraziste suszone figi i śliwki, mieszały się z subtelniejszymi akcentami suszonych pomarańczy, jakiś czerwonych owoców oraz dość wysoką jak na 90% słodyczą. Ta połączyła toffi z miodem, czasem bardziej wpisywała się w owoce. Pieprz w tej kompozycji wyszedł bardzo ciekawie, bo nie był to zwykły, dosadny pieprz. Ten jakby ukrywał się w ziołowej mieszance i drewnie. W pierwszej chwili pomyślałam, że wystawię jej 9, ale potem zaczęłam się wahać, czy nie zasłużyła na 10. Była blisko, ale jednak silna słodycz jak na 90% mogłaby być trochę niższa, bardziej wycofana. Obwiniam o to cukier biały (ach, jakbym chciała, by Chapon wróciło do trzcinowego!).


ocena: 9,5/10
cena: € 11 (za 75g; około 46 zł)
kaloryczność: 592 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier

czwartek, 20 lutego 2025

Honeymoon Chocolates 77 % Semuliki Forest Dark Chocolate ciemna z Ugandy z miodem

Gdy stanęłam przed okazją wybrania do kupienia czekolad z amerykańskiej strony internetowej, celowałam w te niedostępne i/lub nieznane w Europie, kierując się opisami nut, wypisanymi przez producentów. Układając czekolady do komody, na nazwę tę firmy uśmiechnęłam się, ale jeszcze niczego nie podejrzewałam. Dopiero przygotowując posta pod recenzję zobaczyłam skład i rozjaśniło mi się, że nie chodzi o miesiąc miodowy, czas potencjalnie przyjemny, intymny... a miód po prostu. Władowałam się w degustacyjną czekoladę z miodem?! A przecież wystarczyło wejść na stronę producenta... Dlaczego tego nie zrobiłam?! Żeby nie było: miód uważam za zacną, szlachetną rzecz, ale już parę razy przekonałam się, że jest zbyt intensywny do czekolady i potrafi zagłuszać jej nuty, sam też nie prezentując się tak, jak mógłby. Acz czy z tą będzie tak samo, było tylko moimi domysłami. Co wiedziałam na pewno? Honeymoon powstało w 2016 roku w akademikowej kuchni w Stanach. Cam i Haley bardzo rozwinęli swoje hobby, obecnie mają całą fabrykę i wspierają małe, rodzinne gospodarstwa oraz lokalnych pszczelarzy (kupują od nich, ale także łożą pieniądze na badania nad pszczołami). Cenią sobie walory smakowe, ale też zdrowotne, dlatego używają surowego miodu, nie cukru. Ich hasło to: "Honey, Meet Chocolate". Ich pomysł na siebie mi się podoba, ale... czy czekolada z miodem nie będzie mi za bardzo miodowa, a za mało bogata w nuty kakao? 

Honeymoon Chocolates 77% Semuliki Forest Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao z Ugandy, z lasu Semuliki, słodzona surowym miodem.

Po otwarciu poczułam bardzo intensywny zapach pikantnego miodu na ciemnym chlebie, być może chlebie zrobionym na miodzie oraz piernika ze śliwką. Śliwka trochę wymykała się z niego, sugerując też wątek świeżo owocowy. Czułam mnóstwo kwiatów w różnych wydaniach: ciężkawe, cmentarne, którym towarzyszyła ziemia połączyły się z niemal kwiatowym, rześkim melonem miodowym. Do tego pojawiły się migdały w miodzie. Słodycz nie była wysoka, ale wydawała się wszechobecna. Kompozycja wyszła poważnie, gorzkawo, i szlachetnie niczym mousse czekoladowy.

Tabliczka wydała mi się średnio masywna i trochę lepkawa w dotyku. Przy łamaniu okazała się... ani twarda, ani zupełnie nietwarda, trochę krucha. Robieniu kęsa za to już towarzyszyło poczucie zawilgocenia i pewnej prawie miękkości. Wydawała z siebie niezbyt głośne chrupnięcia. W przekroju pokazały się jakieś białe drobinki.
W ustach potrzebowała chwili by zacząć się rozpływać, a potem robiła to w miarę łatwo, przyspieszając do tempa średniego. Choć zbita, brakowało jej czekoladowej gęstości. Była trochę maziście i niby tłusta niczym masło, ale z przełamaniem, na które przełożyła się piaszczystość, ziarnistość. Do tego doszła lekka lepkość miodu. Mimo to, jakby próbowała zdobyć się na trochę bazowej kremowości. Drobinki rozpuszczały się wraz z nią integralnie i w zasadzie nie czuć ich. Początkowo myślałam, że to scukrzony miód, ale zachowywały się jak niewymieszany tłuszcz. Końcowo czekolada znikała wręcz wodniście.

W smaku pierwszą poczułam lekką goryczkę oraz pikanterię miodu, początkowo jedynie z nieśmiało zaznaczoną słodyczą. Ta zaraz wzrosła, acz w sam miód wkradła się wtedy lekka goryczka właśnie jakby miodowa. Zaraz gorzkość ogólna ją wchłonęła, dając się poznać jako dosadna niczym woń skórzanej odzieży.

Miód zaskoczył na słodszy tor i zapewnił lekki wzrost słodyczy oraz wizję piernika przyprawionego do ostrości i wilgotnie-lepkawego od miodu. Pomyślałam o dzikim, leśno-kwiatowym, ostrym miodzie. Niby był drapiący, ale nie zasładzający.

Miód i piernik mieszały się z ziemią. Pomyślałam o czarnej, na skraju lasu, gdzie padają promienie słońca i rozgrzewają ją. Ziemię urozmaiciły migdały z zaznaczonymi, gorzkawymi skórkami. Gorzkość wydała mi się wiodącym motywem. Cały czas trwała na pierwszym planie.

Słodycz zaserwowała odrobinkę soczystości, ale zero kwasku. Pojawiły się wielkie, słodkie śliwki o jasnofioletowym kolorze. Dołączyły do nich idealnie dojrzałe, słodkie i w pewien sposób kwiatowe melony miodowe i bardzo dojrzałe gruszki. A jednak takie, które... lekką aluzję do kwasku potrafią jeszcze zrobić?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owocowość przycichła, zmieniając się w miodowy chleb ze śliwką. I piernik z odrobinkę kwaskawą śliwkową warstwą? Owocowy wątek zaczął cichnąć.

Gorzkość osłodziła się. Nie osłabła, ale dopuściła do siebie słodycz. W pewnym sensie miodowość wydawała się sama w sobie lekko goryczkowata. Ta jednak gorzkość ogólna ułożyła się w mousse czekoladowy. Słodki, ale niekoniecznie miodowy. Miód bowiem stał się nieoczywisty, wręcz ukryty.

Owoce pouciekały, ostało się ich tylko cichuteńkie, ledwo uchwytne echo.

Po moussie czekoladowym w gorzkości właśnie wzrosła palona nuta. Piernik zupełnie ustąpił ciemnemu chlebowi. Ten zawarł leciutki kwasek. Może... właśnie i miód poszedł w kwaskawym kierunku? Na końcówce wyłonił się wyraźniej wraz z... pikanterią?

Po zjedzeniu został posmak piernikowo-chlebowy i lekko śliwkowo-melonowy. Niby rześki i słodki, ale jednocześnie ciężki. Czułam motyw mousse'u czekoladowego oraz dzikiego, pikantnego miodu.

Całość wyszła bardzo ciekawie i zaskakująco czekoladowo. Wizja mousse'u była bardzo jednoznaczna i zarysowana na porządnie gorzkiej bazie. Skórzana odzież, ziemia i ciemny chleb mieszały się ze słodszym piernikiem. Słodyczy towarzyszyła miodowo-piernikowa pikanteria, co nadało mu szlachetności. Mimo że słodycz cały czas miała wiele do przekazania, nie było bardzo słodko, a już na pewno nie słodziaśnie. Kwaśność nie wystąpiła, ale nie pasowałaby tu, więc nie narzekam. Akcenty śliwek oraz melonów i gruszek ciekawie urozmaiciły bardzo czekoladową bazę, acz ogół był owocowy w minimalnym stopniu. Miód niewątpliwie czuć, ale nie przeszkadzał czekoladowości.
Zastrzeżenia mam tylko do takiej... nietwardej, piaszczystej i dziwnej struktury. Smakowo było zacnie, ale cały czas miałam wrażenie, że mimo iż nie przesadzona, słodycz, a w zasadzie nawet nie sama słodycz, co motyw miodu za bardzo się rządził.

Melona, miodowe przebłyski czułam w Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao, ale też wiele czerwonych owoców. Takie kompozycje wychodzą cudnie, gdy miód jest tylko nutą, przebłyskami. W dziś przedstawianej miał za wiele do powiedzenia jak dla mnie, acz nie znaczy to, że to było złe.


ocena: 8/10
kupiłam: barandcocoa.com (za czyimś pośrednictwem)
cena: $12.00 (za 62g; około 46 zł; wyszło, że nie ja płaciłam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, surowy miód, tłuszcz kakaowy

niedziela, 20 października 2024

Zoto Duo Fermentation Box Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72 % ciemna z Ugandy fermentowana w drewnianych skrzyniach

Niektórzy producenci na opakowaniach podają sporo szczegółów odnośnie swoich czekolad. Czasem pojawia się informacja o tym, jak fermentowały ziarna. Na podstawie tych opisów wysnułam, że gdy kakao fermentowało w drewnianych skrzyniach, jest to coś, czym warto się pochwalić. Gdy trochę nad tym pomyślałam, mając w komodzie dwie tabliczki do porównania z różnym sposeb fermentacji, doszłam do wniosku, że prawdopodobnie mogłoby to... wydobyć z czekolady bardziej drzewne nuty? A jako że takie lubię, stworzoną z kakao fermentowanego w drewnianych skrzyniach, zostawiłam na kolejny dzień.

Zoto Duo Fermentation Box Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72% to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao Mwena (67% miazga + 5% tłuszcz) fermentującego w drewnianych skrzyniach z Ugandy, z regionu Bundibugyo.

Po otwarciu poczułam słodkie, bardzo leciutkie czerwone wino, przechodzące w jeszcze słodszy, w dodatku dziwnie delikatnie alkoholowy, miód pitny. A także wino o nutach... truskawek? Truskawkowego Wina? Pojawiła się w nich szczypta korzennych, raczej ciepłych niż ostrych przypraw. Wśród nich wystąpiła wanilia i trochę ziół. Słodycz ogólnie w dużej mierze przybrała miodowy profil, a mi do głowy przyszedł miód z miętą. Mowa o miodzie kwiatowym, jako że i same kwiaty się zaznaczyły. Zarysowały się też łagodne, lekko prażone orzechy, a hen, w oddali soczystość truskawek i uroczo słodkich... poziomek?

Tabliczka była masywna i twarda. Przy łamaniu trzaskała głośno i krucho.
W ustach rozpływała się ochoczo, ale bardzo powoli. Była kremowa i miękko-zbita. Mimo to, nie wyszła specjalnie gęsto, a gęsto przeciętnie. Jej tłustość wyszła maślano, ciężkawo, ale z czasem pojawiała się soczystość i ciężkość znikała. Czułam za to lekko ziarnisty element, który ze względu na nuty smakowe, kojarzył się trochę ze skrystalizowaniem się miodu. Pod koniec robiło się za to trochę suchawo.

W smaku przywitała mnie słodycz miodu. Miodu wielokwiatowego, wzmocnionego słodkimi, jasnymi kwiatami. Mimo że słodycz miała zapędy imperatywne i ciężkawe, wręcz dotkliwe, kwiaty zadbały o pewną lekkość... "żywość". 

Zaraz do kwiatów podkradło się trochę świeżych ziół, a za miodem wychwyciłam owocowe przebłyski bardzo słodkich, suszonych owoców. Mimo wręcz esencjonalnej słodyczy, było w nich coś z soczystości. Przez myśl przemknęły mi truskawki - liofilizowane?

M.in. poprzez ziołowość, ale nie tylko, wkroczyła gorzkość. Niby przedstawiła się jako łagodna, ale swoje pokazała. Obok niej płynęła orzechowa nuta. Ta już była znacznie łagodniejsza. Pomyślałam o lekko podprażonych orzechach pekan. Przewijały się też inne, ale pekany dominowały swym naturalnie maślanym smakiem. Zioła przy tej orzechowości poszły w trochę drzewnym kierunku.

Zioła także przemyciły do słodyczy odrobinę przypraw, w tym cynamonu. Zrobiło się ciepło. Także do orzechów podkradło się więcej raczej ciepłej słodyczy i przełożyło się to na myśl o karmelizowanych pekanach.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przyprawy pokazały mi się jako korzenne, ale jedynie ciepłe, nie ostre. Zaraz zniknęły, pozwalając, by ciepły wątek pociągnęło... bardzo słodkie wino czerwone? Takie, co to niby zrobiło chwilową aluzję do kwasku owoców, ale na kwaśność sobie nie pozwoliło. Jego słodycz uwypukliła wanilia. Przypomniała o kwiatach. To było jakbym wypiła wino truskawkowe lub o nutach truskawek, które pod natłokiem waniliowych i kwiatowych akcentów na moment aż zapomniało o alkoholowości...

O tym jednak przypomniał miód pitny. Też z odrobinką ciepłych przypraw, które z czasem prawie zupełnie wyeliminowały alkoholowość. Ogólnie wróciła wyrazista miodowość miodu wielokwiatowego.

Kwiaty czmychnęły przed rosnącym ziołowym bukietem. Wymknął się spośród drzew. W ziołach czułam sporo goryczki, ale też rześkość, niemal chłód. Pomyślałam o mięcie pieprzowej. Na chwilę pokazała pazurki, po czym trochę się uspokoiła, mieszając się z miodem. A ten wlał się się w inne zioła, wśród których przemknął lekki kwasek. Słodko-kwasek.

W oddali odnotowałam jeszcze lekką soczystość dojrzałych truskawek i... wina poziomkowego? Zaraz jednak zniknęło w słodszym splocie ciepłego cynamonu i wanilii, do których dołączyły orzechy pekan. Tych trzymały się drzewa i lekkie napary, drobna gorzkawość. Napary z miodem? Echo mięty pieprzowej i ziół ułożyły się w specyficzną goryczkowatą świeżość, a coś zahaczało o sugestię kwasku.

Po zjedzeniu został posmak wanilii, a w zasadzie mocno waniliowo-kwiatowego, słodkiego wina i miodu z kwiatami; miodu wielokwiatowego. Ostało się także echo truskawek. Pojawiła się cierpkość ziół z naciskiem na miętę pieprzową, ziołowa świeżość, rześkość i echo łagodnych orzechów.

Całość wyszła interesująco i smacznie, choć ryzykownie słodko. To, jak cały czas przeplatał się miód z kwiatami, miód kwiatowy, a potem dołączyła do tego wanilia było zacne, szlachetne, ale wolałabym, by obok stanęła o wiele mocniejsza gorzkość. Ta ogólnie wyszła łagodnie. Trochę drzew, orzechy pekan i sporo ziół stanowiły kontrapunkt do cały czas narastającej słodyczy. Nawet przebłyski soczystości wyszły słodko jako słodkie, przyprawione na słodko (głównie cynamonem), wino i poziomki, trochę truskawek. Przyprawy uderzyły w słodycz i korzenne ciepło. Mimo to, rześkość kwiatów i ziół, zwłaszcza mięty, też miały sporo do powiedzenia. A jednak koniec końców czułam trochę przesyt miodowymi nutami.

W zasadzie Zoto Duo Fermentation Heap Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72 % była podobna, ale o wiele w niej więcej kwasku. Wyszła... dosadniej? Miała ostrzejsze pazurki, że tak powiem. To przyprawy, goryczka przypraw i koniak, wiśniowy alkohol, suszone figi jakoś bardziej mnie chwyciły. Dzisiaj przedstawiana wydała mi się nieco za mało gorzka do takiej słodyczy. Potwierdziło by się więc, że fermentacja na stercie pozostawia pewną dzikość, bliżej takiemu kakao do surowości, a ze skrzynek było ugłaskane (a nie drzewne jak obstawiałam). Obie jednak były pyszne i interesujące, a takie porównanie to w ogóle coś wspaniałego.


ocena: 9/10
cena: €13,95 (około 60 zł za zestaw 2 tabliczek po 45g)
kaloryczność: 309 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao 67%, tłuszcz kakaowy 5%, cukier

sobota, 19 października 2024

Zoto Duo Fermentation Heap Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72 % ciemna z Ugandy fermentowana na starcie

Kocham różnego rodzaju porównania, więc gdy dostrzegłam na stronie sklepu duet tabliczek marki Zoto, która już porządnie zapisała się w moim sercu i pamięci, musiałam kupić. Zaintrygowały mnie nieziemsko, bo jeszcze takiego porównania nie miałam okazji zrobić. Regiony to najoczywistsze porównywanie, temperatura prażenia czy sposób konszowania to kolejne możliwe opcje, ale... sposób fermentowania ziaren? A przecież to właśnie fermentacja ma kolosalny wpływ na końcowy efekt. Poprzez ten proces można wydobyć pewne nuty, inne zaś wyciszyć - jak zamarzy się czekoladnikowi! Właśnie tym pobawiła się marka Zoto, obrabiając ugandyjskie kakao na 2 sposoby. Jej twórcy postanowili pokazać różnicę, jak smakuje czekolada z kakao, które fermentowało w skrzyniach (w sumie 350 kg), a jak luzem bez skrzyń, na dużej stercie (ważącej 120 kg). Użyli kakao producenta Chocolatoa. I jedne ziarna, i drugie fermentowały przez 7 dni i były 3 razy przewracane / mieszane. Suszenie wstępne trwało 24 godziny, suszenie na słońcu 6 dni pod filtrem przeciwsłonecznym, a pieczenie 25 minut w 120 stopniach. Jako że nigdy nie spotkałam się z opisami, że kakao fermentowało na wielkiej stercie bez pudeł, uznałam, że może być mniej cenione. A jednocześnie... ingerencja człowieka była mniejsza, więc może zachowało więcej nut i klimatu regionu? Idąc tym tropem, uznałam, że to właśnie czekolada z kakao fermentowanego na wielkiej stercie bez pudełek, pójdzie jako pierwsza. Z tego, co poczytałam, Mwena to chyba nazwa własna tego konkretnego kakao od eksportera Semcu

Zoto Duo Fermentation Heap Mwena Semcu - Bundibugyo Uganda 72% to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao Mwena (67% miazga + 5% tłuszcz) fermentującego na dużej stercie z Ugandy, z regionu Bundibugyo.

Po otwarciu poczułam zapach kwaśno-słodkich, bardzo ciemnych wiśni, zestawionych ze słodkimi kwiatami i suszonymi figami. Złociste figi także wiśniom podszepnęły lekką suszoność. Część słodyczy odleciała w karmelowym, ale dziwnie ciężkim, wręcz alkoholowym kierunku. Obok pojawiła się wyrazista skoszona trawa, wprowadzająca rześkość i wręcz wilgoć. Pewien chłód? W tle pojawiły się spokojne orzechy, które wszystko to zgrały. Czułam brazylijskie i fistaszki - raczej prażone - oraz młodziutkie, świeże włoskie.

Twarda tabliczki podczas łamania wydawała głośne, jakby nieco kruche trzaski. Przekrój sugerował ziarnistość.
W ustach rozpływała się średnio i średnio powoli. Utrzymywała zbitość niemal do końca, ale dała się poznać jako miękka. Usta oblepiała w stopniu minimalnym, choć pokrywała podniebienie lekką, soczystą mazią. Była maślano-kremowa i aksamitna, a także coraz bardziej soczysta. Pod koniec zrobiła się lekko pylista i znikała bardzo rzadko, zostawiając lekką suchość.

W smaku pierwsze wystrzeliły słodkie, suszone, miękkie figi o złotym kolorze oraz kwiaty. Pomyślałam o delikatnych, białych i... przechodzących bardziej w ziołowe klimaty? Figi miały wręcz miodowy charakter, acz i przebłysku marginalnej soczystości się w nich doszukałam.

Przy słodkich, delikatnych kwiatach pojawił się rumianek, który wprowadził lekką goryczkę (mimo że sam też był trochę słodki), a część słodyczy przejął nieśmiały karmel.

Figi w tym czasie... zrobiły się jeszcze esencjonalniej słodkie. Suszone i... duszone w miodzie? Miodzie pitnym z odrobiną korzenności? W słodycz wkradła się ciężko słodka alkoholowość. Początkowo jeszcze niedookreślona, ale coraz wyraźniejsza i niewątpliwie trochę rozgrzewająca. Pomogła jej odrobina przypraw korzennych.

Na zasadzie kontrastu, do kompozycji dołączyła skoszona trawa i młode, zielone listeczki na drzewach wiosną. Rośliny naniosły jakby wilgoć - rosę? Wiosenną mżawkę? W motywie trawy przemknął delikatny kwasek, który zapowiedział soczystość czerwonych owoców.

Goryczka przybrała na sile. Po ustach rozeszła się gorzkość jakby trochę hamowana prażeniem. Poprzez nie, a także poprzez duszono-alkoholowe ciepło wkroczyły orzechy. Pomyślałam o pieczono-prażonych orzechach brazylijskich i arachidowych. Za nimi narosła gorzkość, prezentując się z dość mocnej (ale nie dominującej), zdecydowanej strony. Pojawiło się też trochę orzechów włoskich, ale z kolei kontrastowo świeżych surowych i młodziutkich, a więc słodkich. Choć w charakterniejszy sposób.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwasek nasilił się, idąc w zdecydowanie soczystym kierunku. Błysnęły poziomki, a tuż za nimi czereśnie. Czereśnie utrzymały się nieco dłużej. Pomyślałam o charakternej, niemal winnej odmianie kordia, po czym zmieniły się w wiśnie. Wiśnie... słodkie i miejscami podsuszone?

Słodycz w tym czasie niby próbowała uderzać na karmelową nutę, acz ciepło sugerowało jej raczej przyprawy. Czułam rozgrzewanie - kontrastowo do rześkości i świeżości coraz mocniejsze. Przewinął się niemal karmelowo słodki, ciężki alkohol - koniak? Whisky?

Owoce doleciały do alkoholu i to było to - wiśniowy koniak! Po chwili zaczął zmieniać się w lekko bądź w ogóle złudnie alkoholowy syrop wiśniowy z kwiatami. Najpierw piekł nieco alkohol, potem taka wręcz skondensowana słodycz, ale była zrozumiała, a nie męcząca.

Z orzechów ostały się świeże włoskie. Stanęły na czele wątku właśnie świeżego. Wyobraziłam sobie kwitnące drzewka wiśniowe i czereśniowe, a także wczesnowiosenny wietrzyk. Wręcz chłód? Drzewka jakby wystraszyły się lekkich przymrozków, które wprowadziły eukaliptusową nutę.

Po zjedzeniu został posmak wiśniowego... mało alkoholowego koniaku? Syropu o alkoholowym charakterze, ale bez alkoholu? I suszonych fig o niemal miodowym charakterze. O kwasek zawalczyły nie tylko wiśnie, ale też wielkie, bardzo ciemne czereśnie. Pomógł im chłodno-słodki eukaliptus i mnóstwo kwiatów. Wyszły ciężkawo-słodko, jak by chodziło o syrop z nich, jednak ogół nie był taki jednoznacznie ciężki. Tu pomogła roślinna wilgoć, kwitnące drzewka i neutralniejszy rumianek.

Całość była bardzo intrygująca i smaczna. Połączenie ciężko-rozgrzewających, słodkich nut z rześkimi i jakby wręcz wilgotnymi wyszło genialnie. Słodkie figi, niemal miód i kwiaty, trochę ich cierpkości, goryczki dopuściły do głosu kwasek czerwonych owoców, ale i on wpisał się w słodycz. Alkoholu - koniaku? miodu pitnego? - i syropu. Czułam głównie wiśnie, ale też poziomki i czereśnie. Orzechy prażone, potem świeższe włoskie, dobiegający karmel i eukaliptus ze skoszoną trawą i młodymi drzewkami, wczesna wiosna - ach, jaki to miało cudowny klimat! Urzekający w sposób poważniejszy, uwodzicielski, ale z dozą figlarności. Gdyby nie przytłoczyła mnie trochę słodyczą, bez trudu zdobyłaby maksymalną ocenę.

Sok wiśniowy i suszone wiśnie, poziomki, figi, końcowe rozgrzewanie, ogólna rześkość Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao w zasadzie były podobne. 
Pikantny miód, trochę drzew, rześkość, lekki kwasek wiśni, ale przede wszystkim lukrecjowość / anyżowość Prime chocolate bean-to-bar Uganda Semuliki Forest 70 % zgrywały się z nutami Zoto - ta alkoholowość i rozgrzewanie, a potem chłód eukaliptusa dały w sumie podobny klimat.


ocena: 9,5/10
cena: €13,95 (około 60 zł za zestaw 2 tabliczek po 45g)
kaloryczność: 309 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarna kakao 67%, tłuszcz kakaowy 5%, cukier

czwartek, 12 września 2024

Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna z Ugandy

Ten post nie tak miał wyglądać, a ten wstęp piszę wściekła. Wściekła na siebie, bo jakiś miesiąc po sprawdzeniu i zaplanowaniu recenzji, przewijałam zaplanowane posty i ten przypadkiem zwyczajnie usunęłam. Na nic zdało się przeszukiwanie historii w przeglądarce, próba cofnięcia skrótami klawiszowymi - nic. Od razu postanowiłam czekoladę zamówić, bo wiedziałam, że jej wszystkich detali z pamięci nie przytoczę, ale w tym momencie powiało grozą. Była już niedostępna na stronie Beskidu. Przerażona zaczęłam przeszukiwać internet i myślałam, że chyba cudem znalazłam gdzieś ostatnią sztukę. Niestety, po zakupie dostałam zwrot, bo jednak czekolady już nie mieli. Zadzwoniłam do Beskidu, przeczuwając, co usłyszę - niestety, czekolada nie miała prędko wrócić do sklepu. Usłyszałam, że "Uganda na pewno kiedyś wróci, ale nie wiadomo, czy w tej ciemnej wersji, czy w mlecznej". Stąd, rozgoryczona i zrozpaczona odszukałam swoje bazgroły (notatkę z degustacji) i na ich podstawie, po miesiącu od samej degustacji, recenzję napisałam. Zdecydowanie wolę pisać je na świeżo, w dniu degustacji, ale cóż... Żałuję, że recenzja tak genialnej czekolady nie mogła być dopieszczona jak lubię.
Czekolada bowiem - przez Beskid - wydawała się dopieszczona w każdym calu. Zrobiono ją z kakao z lasu Semuliki w zachodniej Ugandzie, zakupionego od Latitude Trade Co. (LTC), które skupuje kakao w wielu wiejskich punktach skupu, płacąc rolnikom co najmniej 20% więcej niż inni nabywcy w regionie. Tym konkretnie kakao forastero, lokalnie zwanej Koko, zajmuje się ponad 3400 drobnych, lokalnych rolników, trzymających się zasad ekologicznej uprawy. Ciekawostką jest, że 52% to kobiety.
Opakowanie zaś zdobi goryl górski w bukiecie barw, który jest zwierzęciem charakterystycznym dla Ugandy.


Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao forastero z Ugandy, z dystryktu  Bundibugyo, z regionu Semuliki.
 
Po otwarciu poczułam słodkie, suszone owoce z miękkimi, jasnymi figami na czele, przeplatające się z kwaskiem i świeżością. Wśród tych na pewno rozbrzmiała cytryna i naturalny sok wiśniowy. Wyrównanie ich zapewniły chyba migdały i pestki, ziarna m.in. słonecznika i dyni. Wplotły goryczkę, za którą wkroczyła pikanteria cynamonu.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz suszonych fig. Dominowały miękkie i złociste, acz zaplątało się wśród nich parę ciemniejszych. Cierpkawych?

Słodycz tych jaśniejszych rosła jednak odważnie, częściowo przechodząc w krówkę i zahaczając o kajmak. Odnotowałam marginalną mleczność i maślaność. Po chwili jednak figi zaprotestowały i zdominowały słodycz.

Cierpkość pomknęła w gorzki wątek. Ten przyniósł też ciepło - zupełnie, jakbym właśnie wypiła gorące kakao z cynamonem. W którym to cynamonu nie żałowano.

Figi, po tym jak już wyszły na przód w kwestii słodyczy, wydały mi się nieco miodowe. Nie był to jednak sam, czysty miód, bo soczystość była za wysoka. Po chwili dołączyły do nich różne suszone owoce.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jakby w opozycji do ciepła i słodyczy stanęła rześkość. Melon? Też lekko wręcz miodowy, ale wprowadzający specyficzną lekkość. 

Gorzkość choć przedstawiła się jako silna i wyrazista, wydała mi się nieco... łagodzona? Odnotowałam migdały z lekką goryczką skórki, a po chwili trochę neutralniejszych pestek. Przewinął się słonecznik, dynia, ale i cała mieszanka ziarenek. Zaskoczyły na gorzki tor jako zboże i goryczka palonego zboża.

W rześkości pojawiały się kwaskawe przebłyski. Przemknęła niezdecydowana wiśnia... Może też cytryna? Na pewno jednak nie była to wyraźna, jednoznaczna kwaśność.
Doskoczyły do niej słodsze i łagodniejsze... poziomki!

Za ich sprawą wiśnie zmieniły się w sok wiśniowy i wiśnie suszone, w których na znaczeniu przybrała słodycz.

Gorzkość końcowo poszła w bardziej ziemistym kierunku, a ziarna i pestki zmieniły się w spokojniejszą i wręcz słodkawą orzechowość. Orzechów laskowych?

Po zjedzeniu został posmak ziaren oraz soku wiśniowego z dziwnie podwyższoną słodyczą. Do tej dołożyły się suszone, niemal miodowe figi, ale nie była za ciężko ze względu na ogólną rześkość, za którą stanął melon i poziomki.

Czekolada była przepyszna. Choć figi przechodzące w miód były bardzo słodkie, a nuty kremów orzechowych starały się nieco złagodzić gorzkość, tej oraz ogólnie charakteru, głębi nie brakowało. Już samą słodycz ciekawie urozmaiciły poziomki i chyba melon. Interesujące nuty ziaren, pestek i zboża, uzupełniały się z cynamonem i kwaskawymi przebłyskami wiśni suszonych i soku wiśniowego. Rozgrzewanie ciekawie igrało z ogólną rześkością. Do tej czekolady po prostu muszę wrócić! Toteż będę czyhać na to, gdy się pojawi.

Czekolada niespecjalnie przypominała znaną mi Latitude Craft Chocolate Semuliki 70 % o nutach karmelu, cieście blondie i fig, przeplecionych z suszonymi wiśniami, bananami i orzechami, odrobinką zimie. Wspólne da się znaleźć, ale wspomniana przegięła ze słodyczą przez co ogólny odbiór był gorszy.
Bliżej jej już do Prime Uganda Semuliki Forest 70 % o nutach pikantnego miodu, korzennych, migdałów i orzechów, drewna, ciastek i kruszonki z niską kwaśnością, ale obecnymi owocowymi akcentami melona i dżemu wiśniowego. Podobieństwo widzę głównie w tych ostatnich, wyrazie.


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 25 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 439 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

czwartek, 15 lutego 2024

Kankel Cacao Craft Chocolate Uganda 80 % ciemna z Ugandy

Kankel to kolejna zupełnie nieznana mi marka (tym razem z Hiszpanii), którą poznać postanowiłam za sprawą większych jesiennych czekoladowych zakupów. Jak sami o sobie piszą, "jest oknem, przez które można zbliżyć się do wszechświata kakao", a "zrodziła się z chęci stworzenia osobistego, delikatnego, wyrafinowanego i prawdziwego doświadczenia poprzez kakao". Założył ją mający 30 letnie doświadczenie zdobywca mnóstwa kulinarnych nagród, Juan Ángel Rodrigálvarez. Ukończył on szkołę bean-to-bar w Madrycie. Ciekawa byłam, co z tego kunsztu poczuję w tabliczce. Wątpliwości budził biały cukier, z którego obecności zdałam sobie sprawę dopiero po zakupie, jednak perspektywa przyjemnej degustacji jeszcze mimo wszystko nie uciekła.


Kankel Cacao Craft Chocolate Uganda 80% to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao (blend równo po połowie trinitario i forastero) z Ugandy, z lasu Semuliki, z okolic miasta Bundibugyo.

Po otwarciu poczułam średnio mocny zapach duszono-suszonych wiśni i truskawek o dość wysokiej słodyczy, ale też lekkiej kwaśności. Wyobraziłam sobie masę sowicie zasypaną cukrem i czekoladki "wiśnie w likierze" z warstwą z cukrowego "szkła". Czułam też bardzo słodkie suszone daktyle, zestawione z kolei z kwaskiem jasnożółtych rodzynek Golden. Wyłapałam, obok kwasku rodzynek, jakby skwaśniałe wino. Sporo w tej kompozycji było jednak też paloności, oddającej piernikowe ciasto z bakaliami. I miodem? Też słodko-kwaskawym? Wyłapałam również niedookreśloną, orzechową nutę, przechodzącą w migdałowy nugat.

Wyglądająca na kremową tabliczka była masywna, a przy łamaniu trzaskała w krucho-chrupki sposób, średnio głośno. Gdy odgryzałam kawałek, wydawała się nieco miękkawo-krucha, lekko się kruszyła. Przekrój wydał mi się nieco kryształkowy - wystraszyłam się, że widoczne białe kropeczki przełożą się na cukrowy efekt kryształków, ale nie.
W ustach rozpływała się bardzo kremowo, acz jedynie gęstawo. Dała się poznać jako aksamitna i nieco pylista podczas umiarkowanie powolnego rozpływania się. Zalepiała usta, zmieniając się w tłustawy, maślano-śmietankowo miękki budyń. Z czasem zawarła w sobie lekką, rzadką soczystość. I właśnie łatwo, rzadko znikała, trochę wysuszając. Pozostawiała lekki, pylisty efekt.

W smaku pierwsza zaszarżowała wysoka słodycz, przywodząca na myśl scukrzone owoce suszone. Porządnie scukrzone, twarde rodzynki smakujące cukrem, acz z owocowym echem.

Przemknęła mi pudrowa słodycz czerwonych owoców z lekkim kwaskiem. Choć w pierwszej chwili wydały mi się wręcz słodziuteńkie, zaraz zaczęły się zmieniać. W wyobraźni zobaczyłam masę duszonych owoców... chyba głównie z wiśni (?)... zasypaną cukrem. Wiśnie i truskawki były w tym słodkie, ale niewątpliwie z nieco soczystym kwaskiem. Truskawki... chyba łączyły nuty duszone z liofilizowanymi.

Przez kwasek weszły jakby kiepsko ususzone, skwaśniałe figi. Mimo kwaśności podniosły także słodycz, która wydała mi się ryzykownie silna. Suszone figi przeciągnęły wiśnie na suszony tor. Potem jednak na dłuższy czas czerwone owoce prawie się zgubiły. Ostało się kwaskawo-soczyste echo.

Wkroczyła za to gorzkość. Oddawała dym, powoli odsłaniający piernik. Był to piernik suchy, trochę czekoladowy, acz niewątpliwie z migdałami i bakaliami, w tym daktylami. Takimi, które właśnie szły trochę w stronę złudnej czekoladowości. Chyba też z jakimiś niedookreślonymi orzechami. Goryczkę umocniła kolendra i kardamon, wnoszące ostro-poważną korzenność.

Palona nuta porządnie wyeksponowała się mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa. Migdały zrobiły się pod jej wpływem także gorzkawo-palone. Piernikowe ciasto w obliczu palonej gorzkości popisało się jednak również słodyczą. Pomyślałam o daktylowym cieście... Czyżby ze zmielonymi daktylami...? Ale na pewno też siekanymi, jako jedne z dodanych bakalii. Wśród tych musiało znaleźć się trochę suszonych wiśni, przypominających o kwasku. A jednak i tak jawiło się jako cukrowo-miodowo słodkie... Niczym jasne, trochę scukrzone figi?

Ciasto zaczęło trochę łagodnieć. Zmieszało się z bardziej maślanym wątkiem migdałowo-maślanego nugatu. Z czasem bazowo kompozycja zrobiła się bardzo maślana.

Wykorzystały to suszone owoce. Poczułam scukrzone, dosłownie pokryte naturalnym owocowym cukrem rodzynki. Wraz z daktylami aż lekko zadrapały. Z maślano-piernikowego ciasta dopływała jeszcze nuta niemal miodowa... Nie miodu jednak, a fig. Suszonych, słodkich, acz miejscami... skwaśniałych? Jakby słodycz była tak wysoka, że aż szła w pewną kwasowość? Czerwone owoce temu kibicowały.

Pomyślałam o jasnożółtych rodzynkach Golden o słodko-kwaśnym charakterze. Wróciły też wyraźnie nuty czerwonych owoców, przechodzących w jakby skwaśniałe, czerwono owocowe wino. Być może jako grzaniec? Tchnęło trochę ostrości, za sprawą której sprawą wróciła myśl o przyprawionym, wręcz pikantnym pierniku.

Rodzynki i słodkie figi, też wręcz scukrzone, na koniec niemożliwie podniosły słodycz, co kontrastowo podkreśliło goryczkę dymi. Było w nim wręcz coś gryzącego i wręcz kwaskawego.

Po zjedzeniu został posmak gorzkiego dymu, gorzkawo-suchego, ostrego piernika z migdałami. Ostrość tonował maślano-nugatowy, migdałowy wątek, ale i tak ją czułam. Kojarzyła się trochę z pikantnie-skwaśniałym winem czerwonym, też nieco dymnym. Do tego czułam przesadzoną, cukrową słodycz jakby scukrzonych owoców suszonych i podobnie scukrzono-miodowych fig, w których krył się skwaśniały akcent.

Całość była ciekawa i w zasadzie smaczna, ale mnie nie porwała. Za dużo było mi tu takich za intensywnie słodkich, scukrzonych nut. Duszone czerwone owoce zasypane cukrem, scukrzone rodzynki i figi, mimo też lekkiego kwasku przesłodziły kompozycję. Bardzo obrazowe, jednoznaczne rodzynki Golden i figi intrygowały. Słodycz wydała mi się też bardzo ciastowo-daktylowa - bez scukrzonych elementów mogłaby zachwycić. Kwasek z kolei w dużej mierze wydawał się skwaśniało figowy i winny. Wysoka gorzkość była prosta - oddawała dym i piernik. Ten zawarł w sobie dużo bakalii i migdałów, też migdałowego nugatu, który potem pomógł maślanej nucie to wszystko złagodzić. Gdyby tabliczka tak końcowo łatwo nie rzedła, o 8 nie musiałaby walczyć - być może nawet bym zastanawiała się nad czymś wyżej.

Duszono-skwaśniałe nuty wina, czerwonych owoców, porządnie przyprawiony piernik z orzechami, wręcz wytrawniejszy motyw chleba z pestkami i kontrastowa kwiatowa, syropowa słodycz  Rózsavolgyi Csokolade Birds of Uganda 80%  była bardzo podobna do tego, co zaoferowała Kankel. Podlinkowana jednak była bardziej gorzka, a jej słodycz przybrała lekki charakter, nie męczyła za bardzo.


ocena: 8/10
cena: 6,50 € (za 75g; około 29 zł)
kaloryczność: 615 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy