Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: kadzidło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: kadzidło. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 sierpnia 2022

Coco Gold, Frankincense & Myrrh Dark Chocolate 61 % ciemna z Kolumbii z mirrą, kadzidłem i złotem

To, że mam słabość do kadzideł, wosków, świec i tego typu rzeczy wiedzą nieliczni; ci którzy znają mnie przynajmniej nieźle i zapamiętują pomniejsze "durnoty", o których zdarza mi się (nieczęsto) nadmieniać. Gdy więc w jednej paczce od Piotra z Sekretów Czekolady znalazłam obiekt dzisiejszej recenzji, bardzo się ucieszyłam. Choć tak praktycznie tabliczka niezbyt mnie interesowała (nie kupiłabym jej), to jednak dodanie właśnie takiego gratisu, motywowane podejściem, że "kadzidlana czekolada" nie może mnie ominąć właśnie z racji zamiłowania do kadzideł, wprawiło mnie w dobry nastrój. Gdy chodzi o czekolady tego typu, to wbrew pozorom nie jest to dziwo, które się nie zdarza. Jadłam Rococo Gold Frankincense & Myrrh oraz Zotter Sacramental Wine and Frankincense i żadna z nich w zasadzie nie była jakoś nadzwyczaj pyszna czy aromatyczna. Pierwsza z podlinkowanych w ogóle nieszczególnie mi podeszła, co w tym przypadku działało na niekorzyść dzisiejszej, bo cień podejrzeń przez podobieństwo (nawet nazw) padł. Co z tego, że dwie różne marki - ale tak mi się skojarzyło i już. Pamiętałam też kiepskie Cocoloco... Coco to szkocka marka, która... ogólnie źle mi się kojarzyła. Wiedziałam też, że zdążyła mi czymś podpaść (jak się okazało Colombian Dark Chocolate 61 %).

Coco Chocolatier Gold, Frankincense & Myrrh Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 61 % kakao z Kolumbii z olejkiem z mirry, kadzidła (frankincense, czyli olibanum) i jadalnym złotem.

Otworzywszy, poczułam przesadnie, cukrowo słodkie kandyzowane pomarańcze i pomarańczowe, słodko-goryczkowate galaretki oraz soczyste czerwone owoce (maliny? porzeczki?). Całość była słodka, delikatna pod względem czekoladowości (taka dość "maślana"). Czułam lekką goryczkę w tle, przywodzącą na myśl dym i żywicę - właśnie może rzeczywiście w kadzidlanym sensie. Wydaje mi się, że byłabym w stanie określić nutę suchej mirry. A jednak kompozycja była aż cukrowa i duszna, ciężka. Wydawała się przearomatyzowana - i to w kwestii cytrusów.

To, co zobaczyłam po otwarciu, trochę mnie zaskoczyło. Tabliczka była jakby oprószona złotawym, lśniącym pyłkiem. "Jakby", bo nie tyle oprószona, co... on był raczej leciutko wtopiony, dzięki czemu przy dotykaniu nie zostawał w całości na dłoniach (dopiero po mocniejszym potarciu).
Choć tabliczka nie była bardzo twarda, łamała się z trzaskiem, w trochę kamienny sposób.
W ustach rozpływała się powoli, jakby nieco opornie, kryjąc w sobie coś ze smaru. Długo zachowywała zbity, zwarty kształt, wypuszczając z siebie nieco oleiste fale. Była raczej gładka i bardzo tłusta w sposób głównie maślany. Trochę śmietankowo, trochę oleiście... Na koniec znikała jak woda z olejem.

W smaku czekolada uderzyła cukrowo słodką, kandyzowaną pomarańczą. A dokładniej skórkami pomarańczy, bo także wyraźną goryczkę odnotowałam. Stąd też zaraz pomyślałam o galaretkach pomarańczowych i syropie pomarańczowym.

Niewątpliwie z olejkiem. Te twory zebrały w sobie więcej cytrusów ogółem. Mandarynki, może i cytryna, ale też zrobiona "jakoś na słodko". Wyłapałam również grejpfruta, a potem więcej czerwonych owoców. Również przesadnie zacukrzonych jak kiepski syrop malinowy lub z czerwonych porzeczek. 

Delikatna gorzkawość nieśmiało pobrzmiewała w tle, ale nie mogła się przebić. Wydała mi się nieokreślona.

Mniej więcej w połowie  rozpływania się kęsa słodycz nieco odcięła się od owoców, przytaczając wanilię. W tle pojawiła się przy niej nutka słodko-goryczkowata, może i trochę żywiczna, wrazz niemal mlecznym motywem (kadzidło olibanum właśnie tak trochę pachnie, ale nie powiedziałabym, że to konkretnie ten smak), ale... wszelkie nuty, które mogły należeć do dodanych olejków, tonęły w cukrowo-maślanej, łagodnej czekoladowej bazie. Choć od początku jedynie gorzkawa, z czasem dała się poznać jako bardzo maślano-śmietankowa.

A jednak lekka gorzkawość, goryczki cytrusów doprosiły się i właśnie o... trochę dymu, drzew. Palonego drewna? Rzeczywiście odrobinki kadzidlano-żywicznych akcentów wreszcie się doszukałam. Goryczka, pobrzmiewająca cały czas, wydawała się jednak nieprecyzyjna. W pewnym momencie drzewa, drewno pokazały się całkiem przyjemnie, by... następnie jednak zrezygnować i pozwolić działać maślaności oraz goryczce olejkowej.

Olejkowo wyszły bezlitosne pomarańcze, szczycące się irytującą słodyczą i drapiące w gardle. Dominowały i choć wciąż z goryczką galaretkowo-skórkową, wyszły przesłodzone do potęgi. Waniliowe echo, słodycz kadzidlana i po prostu cukier puder wsparły je w zasładzaniu.

Kontrastowo do przesadzonej słodyczy przy drewnie, żywicach doszukałam się echa goryczki... Dymu? Jednak też olejkowej. Chwilami wydawała się mocno pomarańczowa, chwilami olejkowa po prostu. Podrzuciła pomarańczy aż sztuczny wydźwięk.

Po zjedzeniu został posmak cukru, myśl o cukrze pudrze i kandyzowanych owocach, ale też jakby olejków goryczkowatego dymu... może i kadzideł żywicznych, a więc specyficzna drzewna goryczka, zmieszana z cierpkością "olejkową". 

Całość wyszła jeszcze gorzej, płasko niż czysta. Poziom cukrowości mnie wykańczał, olejkowo-napastliwe, przerysowane motywy pomarańczy irytowały i męczyły. Przez to brak jakiejkolwiek głębi. Dodane olejki podkreśliły sztuczny wydźwięk nut samej czekolady, a nie wniosły niczego wyrazistego, smakowitego od siebie. Goryczki mirry było niewiele, a słodkie kadzidło (olibanum) możliwe, że dołożyło się do słodyczy, jednak wcale nie tak wyraźnie wyczuwalne jako ono samo. Choć minimalnie więcej w niej gorzkawości, to jednak ta nijak miała się do poradzenia sobie ze słodyczą. Jadalne złoto to dodatek dla oka, wiadomo, ale... po co komu czekolada "dla oka", skoro reszta dodatków była prawie niewyczuwalna, a chyba tylko pogorszyła ogólny efekt?

Czekolada smakowała bardzo podobnie do Coco Colombian Dark Chocolate 61 %, która jednak była bogatsza w owoce, sporo było w niej też kwiatów, a gorzkawość była jak kawa z mlekiem. Także czysta wydawała mi się karykaturalnie olejkowo-sztuczna, ale dzisiaj opisywana wyraźnie olejkami jeszcze bardziej spłyciła bazę, zagłuszając w niej parę nut. A w ich miejsce dała niewiele w zamian. Na pewno jednak czułam w niej więcej goryczki (ale nie gorzkości).

Pomarańcza płynąca z kolumbijskiego kakao upodobniła tę czekoladę do Rococo Gold Frankincense & Myrrh. Kadzidła same w sobie mają cytrusowe nuty, tak jak i goryczkę czy waniliową mleczność, ale tu wyszło to tak, że nie da się zgadnąć, co płynie z kakao, a co z dodatków (a tylko znając czystą, uznałam, że dodatki niewiele wniosły).

Kostkę aż Mama spróbowała, ale uznała: "ja jej nie chcę; trudno się rozpuszcza. Ja nie powiedziałabym, że taka bardzo słodka, ale nudna jakaś". Jakieś 2/3 tabliczki trafiło do ojca.


ocena: 5/10
kupiłam: Sekrety Czekolady (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy, olejek z żywicy kadzidłowca frankincense (<1%), olejek z mirry (<1%), sproszkowane jadalne złoto (krzemian glinowo-potasowy; barwniki E171, E172)

poniedziałek, 31 lipca 2017

Rococo Gold Frankincense & Myrrh ciemna 65 % z pomarańczą, kadzidłem, mirrą i złotem

Zastanawialiście się kiedyś, co łączy olibanum i mirrę? Nie? Jakoś mnie to nie dziwi. Jedno i drugie to wonna żywica. To najpopularniejsze kadzidła używane przez religie monoteistyczne, i o ile mirra od razu kojarzy się z trzema królami i narodzeniem Jezusa (a przecież była także używana jako przyprawa, lekarstwo itp. - samo słowo "mirra" oznacza "gorzki"), tak pewnie zachodzicie w głowę, czym do jasnej Anielki jest olibanum. Prawdziwym kadzidłem, a czym! I to dosłownie, bo właśnie od słów "franc encens", czyli "prawdziwe kadzidło" wzięła się tego angielska nazwa - frankincense. To jest to kadzidło używane w kościołach. Taak, czekolada poszerza wiedzę we wszystkich kierunkach - jako ateistka dopiero przy tej tabliczce o tym wszystkim sobie poczytałam, jednak nawet ja mam tylko jedno skojarzenie, gdy do wspomnianych rzeczy dolatuje jest złoto. Dary trzech króli dla Jezusa ponad dwa tysiące lat temu obrosły w wiele mitów, podobne dary od Kimiko dla Kimiko... zaowocowały recenzją, ponieważ znalazły się w tabliczce niezwykłej czekolady.

Rococo Gold Frankincense & Myrrh Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z pomarańczą, kadzidłem, mirrą i złotem.

Po otwarciu pięknego opakowania poczułam przede wszystkim zapach pomarańczy (na granicy naturalnego, a takiego "galaretkowego") oraz słodkiej czekolady. Kadzidlano-kadzidełkowe nuty może gdzieś w tle nieśmiało się zaznaczały, ale ogólnie zapach wydał mi się zwyczajny, wręcz przeciętny.

Tabliczka bardzo spodobała mi się z wyglądu, zarówno jeśli chodzi o podział na rządki, jak i intensywny, głęboki ciemny kolor. Płatek jadalnego złota był mi jednak obojętny.

Przy łamaniu czekolada trochę trzaskała, ale mimo twardości była dość uległa. W ustach rozpływała się idealnie gładko, kremowo, raczej tłusto, ale i tak pozostawiała lekko wysuszający efekt.

W smaku czułam nieco bardziej rozwinięte nuty zapachu.
Zaraz po zrobieniu kęsa czułam bowiem silną słodycz i głównie pomarańczę. Ta pierwsza natychmiast kojarzyła mi się z wytrawnym, ciemnoczekoladowym sosem. Wraz z kolejnymi kęsami opisałabym to jako takowy sos zrobiony z dużą ilością miodu i kakao w proszku (nie chodzi mi o to przemysłowe, odtłuszczone).

Na szczęście wszystko to było podbudowane dość silną, lecz wciąż raczej o subtelnym charakterze, gorzkością. Łączyła w sobie kakao o orzechowym wyrazie, pewną korzenność i smaczek skórki pomarańczowej. Ta skórka nie była czystą skórką-skórką, bo ogólnie pomarańcza w tej czekoladzie wydała mi się bardziej galaretkowata. O dziwo nie był to minus, smaczek ten wyszedł w miarę naturalnie (jak na coś, co trochę przypomina).

Cały czas właśnie pomarańcza dominowała - do pary z przesadzoną słodyczą o nieco miodowym wydźwięku. Mimo przesłodzenia, gorzkość stała tu na dość wysokim poziomie - czyżby to zasługa mirry? Kadzidła jako takiego nie czułam, ewentualnie taką lekką korzenność, ale o "smaku zapachu kościoła" nie ma mowy. Jeśli jakiś był, skutecznie zagłuszyła go pomarańczowość.
Kadzidlana nuta o wiele lepiej wyszła w Zotter Sacramental Wine and Frankincense / Messwein und Weihrauch - tam, choć też za delikatnie, była wyczuwalna; w Rococo prawie w ogóle.

Dodatek jadalnego złota był oczywiście tylko dla oka, bo nawet nie zauważyłam, kiedy zniknęło - tak cieniutkie było (a tak swoją drogą, kiedyś widziałam wódkę z jadalnym złotem - ona to dopiero fajnie wyglądała, bo przez szkło te kawałki wyglądały na ogromne). Otrzymałam więc przesłodzoną pomarańczową czekoladę z nieśmiałymi, całkiem przyjemnymi nutkami. Nie żałuję, że spróbowałam, ale nie polecam.


ocena: 6/10
kupiłam: zamówienie przez e-mail
cena: 28,50 zł (za 70 g)
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, olejek ze słodkich pomarańczy (sweet orange oil), lecytyna sojowa, olejek kadzidłowy, olejek mirrowy, płatek 22-karatowego złota

niedziela, 19 kwietnia 2015

Zotter Sacramental Wine and Frankincense / Messwein und Weihrauch mleczna z winem i kadzidłem

Kiedyś ciekawiło mnie, jak smakuje wino mszalne. Co w tym takiego jest, że księża na całym świecie je tak popijają co mszę? Obecnie ciekawić mnie przestało, jak i wszystko, co z takimi obrzędami związane, ale Zotter Sacramental Wine and Frankincense Messwein und Weihrauch to już co innego. 
Na opakowaniu mamy rysunek kościelnego kielicha (sądząc po kropelce nad nim, coś w nim musi być, albo dopiero będzie) i złocistego kadzidła na czerwonym tle. No, no, to ciekawe. 
Czy to odpowiedź na modlitwy prawdziwych smakoszy? 


Messwein und Weihrauch to 40 % mleczna czekolada z nadzieniem z białej czekolady i kremem z czerwonego wina, porzeczek i kadzidła (tak, moi drodzy, kadzidło też jest w składzie, nie tylko w nazwie). 

Niecodziennie zdobiony papierek szybko został przeze mnie usunięty, zaraz potem poszedł kolejny, ten złocony, a ze środka wydobyłam grubą, 70-gramową tabliczkę. Dobiegł mnie zapach wysokiej jakości mlecznej czekolady. Zaraz... dlaczego nie kadzidła? Pierwsze, lekkie rozczarowanie. Przełamałam na pół. Trzask był minimalny. Co jest, Zotter? Czekolada dziwnie szybko się rozpuszcza (znaczy... nie tak szybko jak przeciętne, mleczne czekolady, ale i tak dość szybko) i jest, jak na mój gust, za miękka. Nie wiem, jak traktowali moją przesyłkę na poczcie i w czasie transportu, więc może to tego wina?

W przekroju zobaczyć można dwie, kontrastowe warstwy, w konsystencji przypominające przemielony krem - białą i fioletową, pokryte całkiem sporą ilością czekolady. Opis zacznę od początku, czyli od samej czekolady. Słodka i mleczna, jednak to kakao jest tutaj wiodącą nutą. Tłustawa, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Idzie się zakochać!

Dalej, nadzienie o fioletowym kolorze. Jest ono słodko-kwaśne. Na początku czuć smak porzeczek, dojrzałych i naprawdę dobrych, a potem dochodzi winny, dość charakterystyczny, lecz niestety za delikatny, posmak. Połączenie tego przywiodło mi na myśl porzeczkowe śliwki, przyrządzone w winie. Sama nie wiem, skąd takie skojarzenie, bo nigdy czegoś takiego nie jadłam.

Druga, czyli biała warstwa jest lżejsza i słodsza w smaku. Nie jest to czysta biała czekolada. Jest słodka (może nawet odrobinę za słodka), śmietankowa, nasiąknięta kwaskowatością wina i... czuć tutaj coś jeszcze. Lekki, ledwo wyczuwalny, lecz jakże inwazyjny posmak. Nuta, której w czekoladach (i w sumie w niczym innym) się nie spotyka. Kadzidło kościelne. Tak, tego nie da się pomylić z niczym innym. O tyle, o ile tego zapachu nie wyczułam, to w smaku już tak. Mało tego, kadzidlane nuty tak rozbudziły zmysły, że doszło do tego, jakbym zapach również poczuła.
Niestety, w całości ta "kadzidlaność" nieco zanikała w porzeczkowo-śmietankowo-słodkiej czekoladzie z akcentem wina. Spodziewałam się czegoś innego. Myślałam, że zapach i smak kadzidła i wina uderzy mnie już w momencie otwarcia, a tu nic takiego się nie wydarzyło. Tak czy inaczej, czekolada jest pyszna, ale fakt, że nie dostałam tego, czego oczekiwałam trochę obniżył końcową ocenę (chciałam znów wystawić Zotterowi 10, ale mówi się trudno).


ocena: 8.5/10
kupiłam: LeChocolat
cena: 18 zł
kaloryczność: 504 kcal / 100 g 
czy znów kupię: nie

(A na odwrocie czekolady... napisy "Zotter". Dopiero przy tej tabliczce to zauważyłam)

Skład: masa kakaowa, surowy cukier trzcinowy, masło kakaowe, daktyle (9%), pełna śmietanka w proszku, migdały, mleko, syrop fruktozowo-glukozowy, masło, słodka serwatka w proszku, brandy z cukru trzcinowego, pełny cukier trzcinowy, sól, lecytyna sojowa, odtłuszczone mleko w proszku, wanilia, olejek miętowy (0.01%), płatki róż, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), cynamon