Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: owoce leśne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: owoce leśne. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 sierpnia 2022

Zotter Berry Marzipan / Beeren Marzipan mleczna 40 % z marcepanem z owocami leśnymi i sokiem z cytryny oraz nugatem migdałowym

Na koniec nowości 2021/22 została właśnie ta tabliczka, ale bez żadnego konkretnego powodu... W zasadzie. A może...? Jakoś ciągle nie po drodze było mi do marcepanu. Od dawna czułam, że jako twór zupełnie mi przeszedł, a jednocześnie nie dopuszczałam tak tego w pełni do siebie. Marcepany Zottera i tak są specyficzne, ale... Cóż, co do tej jego specyfiki, to w tym sezonie, odczułam smutek. Niewiele z tych, które wybrałam uznałam za warte zjedzenia w całości - spora część trafiła do Mamy, bo mnie już po prostu nie chwytały. Chyba tak mało czekoladowe tabliczki mi jednak przeszły; wyjątkami są te naprawdę dobre i ciekawe. A niewiele za takie uznaję. Ta, choć w chwili wyboru wydawała mi się ciekawa, gdy się za nią zabierałam jakoś... była mi obojętna?


Zotter Berry Marzipan / Beeren Marzipan to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao nadziewana (40%) migdałowym marcepanem z owocami leśnymi (malinami, truskawkami, jagodami, borówkami amerykańskimi i czerwonymi porzeczkami) i sokiem z cytryny oraz (18%) praliną / nugatem migdałowym z płatkami róż.

Po rozchyleniu papierka poczułam marcepan i mocno mleczną, nieprzesadnie, ale znacząco słodką czekoladę. Były zrównane ze sobą. Całość wydała mi się bardzo naturalna, orzechowo-migdałowa. Zaciągając się uważnie, doszukałam się delikatniejszej, śmietankowo-migdałowej nutki; może nawet róży. Do tego soczyście owocowy, acz lichy akcent. Niejednoznaczny, niemal ukryty. Jagód udało mi się doszukać. Jednak nawet po przełamaniu mocno się nie nasilił. Acz muszę przyznać, że w trakcie jedzenia czułam i trochę jagód, i truskawek. Marcepan za to cały czas wyraźnie.

W dłoniach tabliczka wydawała się średnio masywna. Nie trzaskała, mimo że nie była miękka. Jej wnętrze odebrałam jako minimalnie rwące się. Cechowała ją pewna delikatność, bo czekolada miejscami - choć sama zachowywała twardość - wciskała się w średnio miękkawe nadzienia.
Nugatu prawie nie uświadczyłam, co bardzo mnie zaskoczyło. Nie było go w sporej części tabliczki, tak w około 2/3. Częściowo stanowił cieniuteńką warstewkę na spodzie; tylko w mniej niż 1/3 warstwy były mniej więcej równe. Okazał się trochę miękki i tłusto-kremowy.
Marcepan z kolei wydał mi się bardzo gęsty, zaskakująco mało soczysty (jak na owocowy marcepan), choć wilgotny i lekko plastyczny. W zasadzie wyszedł dziwnie suchawo-wilgotnie. Wyciskał się z reszty tylko trochę. Był lepkawy i już w dotyku kojarzył się z naturalną żelką.
Co ciekawe, na stronie Zottera nugat znalazł się na górze, marcepan na dole - u mnie zaś odwrotnie.

W ustach czekolada rozpływała się kremowo i tłusto w sposób śmietankowo-maślany. Robiła to powoli, trochę zalepiając i odsłaniając niezbyt spójne z nią nadzienia.
Marcepan, jako twór plastyczny i "przemielony", szybciej się częściowo wyciskał, ale ze znikaniem wcale mu się nie spieszyło. Chwilami wydawał się oporny. Rolował się w grudki, i wyginał się jak miękka, chropowata żelka z konfitury (?). Zaskoczył mnie, jak zwarty był. Początkowo sprawiał wrażenie dziwnie suchawo-pudrowego, a jednocześnie niewątpliwie był wilgotny. Soczystość dopiero się rozkręcała, acz wcale nie bardzo. Udawał dziwną, żelko-galaretkę, wzbogacając ją o ewidentnie marcepanowy efekt włókno-grudek. Sporo w nim różnych pestek i skórek... właściwie był marcepanem z nich.
Nugat połączył żelkowy marcepan z czekoladą, jakoś to wyważył, gdzie był, ale w zasadzie i tak stanowił dodatek marginalny; zanikał. Dodał trochę kremowej, miękkiej, śmietankowej tłustości. Gdzie go nie było, zgrzyt między grudkowo-żelkową konsystencją środka a czekoladą doskwierał mi bardziej. 
Czekolada i nugat znikały, a marcepan rozpływał się najwolniej, wręcz opornie. Całość trochę zlepiała się i zalepiała wspólnie. Dzięki marcepanowi i soczystości w końcu płynącej z niego, nie wyszło za tłusto czy ciężko, ale z kolei przez niego było osobliwie. Na koniec w ustach została miazga z owoców: drobinki, skórki, pestki, zagęszczone trzeszczącymi wiórkami (?) migdałowego marcepanu. Trochę jednak nie bardzo w końcu było wiadomo, co z nim robić. Ssałam więc i zaczynałam gryźć. Pestki przyjemnie strzelały / trzaskały (obstawiam, że głównie truskawkowo-jagodowe).

Czekolada od początku okazała się karmelowo słodka i maślana, sama w sobie orzechowa. Wydała mi się trochę ciepła, palona, z czasem bardziej mleczna. Czuć w niej mleko naturalne i wyraziste.

Również mleczny, śmietankowy okazał się nugat, ale on w zasadzie (gdzie był), głównie jedynie jakby wzmacniał wątki czekolady. Dołączył trochę migdałowej łagodności, kremowości... dobrze podkreślając z kolei migdałowość marcepanu. Sam wnosił słodką, delikatną migdałowość; niby niewiele, ale to części, w których było go czuć smakowały lepiej (bardziej harmonijnie). Spróbowany osobno w zasadzie bardziej niż tak dogłębnie migdałowo, to słodko-śmietankowo się przedstawił.

Marcepan szybciej się przebijał, uderzał, po czym rozchodził się spokojnie, dominując. Po paru sekundach wypuścił z siebie kwasek porzeczek - wskazałabym raczej czerwone, co podkręciła soczysta cytryna. Otworzyły drogę owocom kwaśnym, leśnym. Była to cała mieszanka jagódkowatej, leśnej drobnicy i owoców czerwonych. Raz po raz wyraźniej wylegały jagody kwaskawo-słodkie, by ukryć się w niezbyt jednoznacznej mieszance.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączył do nich ciężkawo-migdałowy motyw. Marcepanowość doskoczyła na to z opóźnieniem. Czuć go w kompozycji przez długi czas bardzo wyraźnie, jednak nie pchał się na pierwszy plan i nie wychodził przed owoce. Smaki były bardzo wyrównane.

Choć w dużej mierze prezentował się czysto migdałowo, trzymała się go nieco ciężkawa nuta. Kontrastowo chwilami wychylała się przez kwaśną owocowość. 

Nugat chwilami właśnie o tą słodycz i mleczność się dopominał, ale niewiele zdziałał. Migdały przedstawiały się raczej marcepanowo i... czyżby podkreślały paloną konfiturowość? Zasugerowały coś cięższego, np. nalewkę w wersji bezalkoholowej? W końcu jednak zatonęły w owocach. Mleczność (nugatu, ale i samej czekolady miała w tym udział) wydobyła skojarzenie z jakimś mlekiem / koktajlem truskawkowym, z dodatkiem innych owoców... znów kwaśniejszych.

Owocowość zaczęła z czasem przybierać na słodyczy typu pudrowego. Jeszcze na kwaśność pozwoliły sobie truskawki, po czym odnotowałam słodkie maliny. Te czerwone owoce trochę wyszły dżemowato-konfiturowo albo jak dziwny, "żelkowaty", ale naturalny, sprasowany z owoców twór... Słodziutka nuta wzrosła, mimo kwaśności cytryny i porzeczek.

Bliżej końca wyraźniej na język wylegały poszczególne pesteczki i skórki, na które to rozchodziła się marcepanowa masa. Z tych najwyraźniej czułam słodko-kwaśne, drobne jagody i jakby trochę borówki amerykańskie. 

Pod koniec czekolada umocniła swój orzechowo-migdałowy charakter i wydała mi się słodsza (kontrastowo po owocach?). Wciąż dużo w niej mleka, tonującego całość.

Kwaśność znowu wygrała, gdy czekolady było już coraz mniej. Ciamkane już na koniec trzeszczące drobinki marcepanu i jagódek oraz pestki wciąż były wyważone, gdy chodzi o proporcje, a jednak to owoce bardziej zwracały na siebie uwagę. "Resztki" były bowiem zaskakująco delikatnie marcepanowe, a także zaskakująco wyraziście słodkie, gdy o jagódki. Kwaśność porzeczek i cytryn z kolei... rozchodziła się jakby swoją drogą.

Po zjedzeniu został posmak różnych owoców -  jagodowo-porzeczkowych, całej mieszanki podsyconej cytryną. Poczucie słodyczy nie było zbyt wysokie, ale nie do pominięcia. Do tego wyraziście migdałowy motyw, łączący łagodność i charakterek marcepanu.

Całość wyszła ciekawie, ale choć smacznie, to w moim odczuciu mało przyjemnie, gdy chodzi o jedzenie. Nie podobała mi się struktura wnętrza: sucho-wilgotna i marcepanowo-żelkowa. A także to, że nugatu pożałowano. Przez to wprowadził miejscami dziwną nutę - było go chyba za mało, by mógł wyjść wyraźniej. W 1/3 tabliczki nadzienia były równe - ta właśnie część była najbardziej wyważona i według mnie najlepsza. Reszta nie była zbyt zgrana - czekolada znikała i w ustach zostawał sam dziwny marcepan i... i był, zalegał na języku. Ogół trochę mało przejrzysty. Owoce czuć, ale cytrynowość mi zagłuszała te tytułowe; migdały, maślaność i mleczność zlewały się. Słodko-kwaśno i rześko, acz z poważniejszym tonem, zapewnionym przez marcepan. Brzmi nieźle, ale doszłam do wniosku, że owoce leśne nie bardzo pasują mi do marcepanu; na pewno nie pasowało podkręcenie cytryną.
I taak, ani marcepanowe, ani takie za mało czekoladowe czekolady mi już nie podchodzą, nudzą mnie; 2/3 trafiło do Mamy (przy czym była to część głównie z samym owocowym marcepanem i jedynie "gryz" z obiema warstwami). Jej bardzo smakowała. Pozwolę sobie zacytować, co powiedziała: "Mnie już chyba też marcepan przeszedł, a tu jego smak w większości niby czułam, ale migdały tak w tle. Przede wszystkim kwaśne owoce, a ja lubię ostatnio takie kwaśne, cytrynowe słodycze. Jakbyś mnie jednak zapytała, jakie tu czułam owoce, nic bym nie umiała wymienić. Po prostu owoce. I właśnie ten kawałek z nugatem mniej mi smakował, bo to w nim migdały, marcepan właśnie było mocno czuć, a ten z kolei mi do kwaśnych owoców nie pasuje chyba. Całość smaczna po prostu, a co to tam jest, to mniejsza. Rozumiem jednak, że dla kogoś, kto kupił czekoladę migdałową, a więc z marcepanem z owocami leśnymi, to rozczarowanie wielkie."

Za ogromną wadę uważam rozlokowanie i ilość nugatu - albo się go daje, albo nie.
I mam problem z oceną, bo części bez nugatu to 6, z nugatem 7; za pomysł, wariant chciałabym przyznać dodatkowy punkt, ale z kolei za nieudane nadzianie muszę punkt odjąć (bo mnie to wkurzyło).


ocena: 6,5/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 491 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: marcepan (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego), surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, migdały, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, borówki amerykańskie, koncentrat z czerwonych porzeczek, suszone truskawki, suszone jagody, sproszkowane maliny, koncentrat malinowy, koncentrat truskawkowy, odtłuszczone mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, masło, cukier trzcinowy pełny, sok z cytryny, koncentrat soku z cytryny, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, płatki róży, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon

wtorek, 29 września 2020

Vosges Fromage Blanc and Berries biała malinowa z twarożkiem i jagodami / borówkami amerykańskimi

Kiedy poszukując informacji do tej recenzji odkryłam, że "fromage" znaczy po prostu "ser" po francusku, runęła spora część moich poglądów na pewne smaki i część produktów. Zawsze mi się wydawało, że fromage to "jakiś tam twór a'la nasz twarożek - biały ser ze śmietaną" czy coś w tym stylu. Jako że śmietany nie lubię, serków do smarowania nie jem, nigdy też nie widziałam niczego z moich produktów o tym smaku, uznałam, że to kompletnie nie dla mnie. W sumie najbardziej to mi się z tym kojarzyły Lay'sy Fromage, czyli... (wygooglałam) "śmietanowo-cebulowe"? Nie brzmiało to dobrze. Jednak z tego, co wywnioskowałam, fromage i tak w ogólnie sklepowo-konsumenckim pojęciu to takie właśnie "twarożkowe cuś". W odniesieniu do dzisiaj prezentowanej czekolady  rzeczywiście chodzi o jakby twarożek, biały ser ze śmietaną. Dokładnie o tradycyjny francuski Fromage Blanc od mleczarni artystycznej (wow, że w Stanach mają takie rzeczy) Cowgirl Creamery. Ponoć podaje się go zamiennie z jogurtem w różnych owocowych deserach, dodaje się do serników.
Przez wcześniejsze doświadczenia z serowymi tabliczkami Vosges zupełnie nie wpadłam na to, że... czekolada ta ma udawać sernik! A właśnie to zdradziła właścicielka, Katrina, na opakowaniu.
I tu kolejna ciekawa rzecz. Miała to być moja pierwsza biała Vosges. Mimo że z białymi mi nie po drodze, muszę przyznać, że do wariantu smakowego chyba pasuje. Ja wprawdzie nigdy nie lubiłam owoców leśnych / z działki ze śmietaną i cukrem oraz owocowych serników, kochałam je same, ale wiem, że wielu kojarzy się to z dzieciństwem, a i serniki z owocami cieszą się popularnością.

Vosges Fromage Blanc and Berries 36 % Cacao to biała czekolada malinowa z serem białym Fromage Blanc (jako posypka) z owocami leśnymi: jagodami / borówkami amerykańskimi (w kawałkach oraz sproszkowanymi malinami).

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, uderzyła mnie wysoka słodycz i śmietanka. Zaraz po nich sunęła lekka owocowa rześkość, wpisująca się w słodycz i jednocześnie podsycająca kwasek. Wydało mi się to lekko duszne: za sprawą mleka w proszku i naturalnie-pudrowych owoców. Maliny dominowały. Kiedy wąchałam spód z posypką z kolei... wyraźnie czułam śmietankowy twarożek. Po poprzełamywaniu i w trakcie jedzenia było bardziej soczyście: owocowo i twarożkowo (taka specyficzna "soczystość" nabiału) właśnie.

To, że ser dodano pod postacią posypki, wprawiło mnie w osłupienie. Szok, pierwsza taka Vosges właściwie w każdej kwestii!
Niestety posypka strasznie się osypywała. Wprawdzie było jej dużo, a kawałki na tyle spore, że nie stanowiło to wielkiego problemu, ale wolałabym lepiej wtopione.
Tabliczka w dotyku wydała mi się tłusto-suchawa i proszkowa.
Przy łamaniu lekko pyknęła ujawniając przekrój pełen drobnych kawałeczków owoców: głównie jagód (obstawiam, że maliny sproszkowano).
W ustach rozpływała się bez ociągania, zmieniając się w gęstawy, miękki krem. Jej tłustość wyszła taka... mleczna, nieprzytłaczająca. Oblepiała usta, choć i wodnistość, w zasadzie bardziej soczystość, przejawiała. Nie była idealnie gładka, a lekko proszkowa.
Grudki twarogowej posypki wykazywały pewną tłustość, ale odebrałam je raczej jako pozytywnie suche. Były twardawe w kontekście zwarto-jędrnym, nie kamiennym. Nasiąkając w ustach, gryzione bliżej końca robiły się trochę sprężyste.
Wyłaniające się kawałki owoców były małe, średnie i drobniutkie, przy czym zdarzyło się sporo porządnych, chrupiąco-trzeszczących (gdy zaczęłam gryźć szybciej), ale też zwartych skórko-farfocli, które przyjemnie nasiąknęły. To głównie jagody, malin chyba wcale. Pestek na pewno nie uświadczyłam (na szczęście). Dodatki zostawiałam bliżej końca i wtedy wszystko grało całkiem fajnie.

W smaku przodowała słodycz i mleko. Ta pierwsza, mimo że od początku wysoka, nie wydała mi się przesadzona. Mignęło mi mleko w proszku, po czym popłynęła bezkresna, słodka mleczność.

Słodka, malinowo-jagodowa nuta szybko zaznaczyła swoją obecność jako delikatna mgiełka w tle. Po chwili owoce zawiązały spółkę ze śmietanką. Maliny zaserwowały minimalnie kwaskawy, soczysty posmak, choć i słodyczy (ich i jagód) nie brakowało. Nie zagłuszyły jednak mlecznej bazy.

Ta okazała się... pełna, niemal śmietankowa. Zaraz zmieniła się w śmietankowy, łagodny serniczek / gęsty, śmietankowy deser czy krem. Dużo w tym mleka i jego łagodności, ale odnotowałam też leciutką sugestię twarogu.
Mieszało się to z maślanością, która też całość wygładzała. Nuty sera, które płynęły od posypki, podczepiły się pod to. To był kwaskawy ser biały... serek śmietankowy albo wręcz śmietanowy. Sernikowo-jogurtowy? Oczywiście w zależności od ułożenia kęsa smak śmietanowego sera pojawiał się albo szybciej i wyraźniej (gdy posypką do dołu), albo bliżej końca, również wyraźnie, ale wtedy już zestawiony ze słodkimi jagodami (posypką do góry).

Owoce pobrzmiewające od początku, w pełni roztoczyły swój smak gdy zaczęły wyłaniać się spod czekolady. Maliny uprzyjemniły słodycz, bo zdawała się w dużej mierze od nich pochodzić. Chwilowo jednak wprowadziły pewien zaduch, jakby miały zrobić się pudrowe. Na szczęście jednak nie zdecydowały się na żaden konkretniejszy krok w tym kierunku, a podsycały twarożkowość, po czym wymieszały się z borówkami amerykańskimi. W nich znalazła się zaskakująco wyraźna odrobinka kwasku. Wyszły zachwycająco autentycznie.

Owoce dominowały zwłaszcza, kiedy wzięłam się za ciamkanie dodatków bliżej końca. Jagody zaserwowały mi 101% swojego słodkiego, wyrazistego smaku. Niektóre smakowały bardziej jak kwaskawo-liofilizowane, inne zaskoczyły, bo... czułam się, jakbym trafiła na świeże owoce. Wtedy też także ser zacnie nasiąkł i rozkręcił się smakowo. Dodał kwasek, ale taki... cudownie twarożkowo-sernikowy, nabiałowy. Kojarzył się z jogurtem, a całościowo - z jogurtem z owocami.

Bliżej końca słodycz troszeczkę zadrapała w gardle, ale nie była aż tak mocno odczuwalna w trakcie jedzenia. Końcówka w kwestii owoców należała do jagód.

Posmak z kolei należał do słodziuteńkiej śmietanki, serko-twarożku i owoców leśnych. Te ostatnie wydały mi się rozmyte i wmieszane w... skojarzenie z sernikiem. Ser pozostawiał dość kwaśny motyw jogurtu / śmietany - nienachalny i w tle, ale sprawiający, że nie ma mowy o przesłodzeniu.

Intrygująca czekolada. Zaskoczyła mnie i formą, i wyglądem, i... w sumie smakiem. Nie przepadam za czekoladami białymi owocowymi, tabliczek z posypką też nie kupuję, jednak ta była ciekawa i uważam ją za wartą uwagi. Była smaczna, co najważniejsze. Oprócz tego cudownie rześka, zarówno dzięki owocom, jak i nabiałowi. Ani trochę nie była ciężka, tłusta, a jej lekką pudrowość da się znieść. W dodatku forma dodatku wyszła nieźle (a taka mogła być tragedią!). Żadnych pestek, wszystko rozpuszczało się i nasiąkało jak trzeba.
Z dużą przyjemnością zjadłam ok. 3 kostki, uprzednio już zobaczywszy tabliczkę po otwarciu odłamując dwie Oldze z livingonmyown (uznałam, że musi spróbować, bo ta wyszła fajnie, w momencie gdy jej trafiło się jakieś baronowe paskudztwo jagodowe z Biedry), a około 3 oddając Mamie ("ogryzki", czyli fragmenty, gdzie twarogu było najmniej - nie miała nic przeciwko śladom zębów). Gdybym nie chciała tego dziwa pokazać bliskim, mogłabym zjeść sama, choć ze wszystkich Vosges jest najmniej moja - to raczej ciekawostka niż czekolada. I podobne zdanie miała Mama: "Dziwna ciekawostka, w sumie fajna, ale... wolałabym nadzienie, a tak? Nie mam jej zupełnie nic do zarzucenia, ale... dziwna, taka nie jak czekolada".


ocena: 8/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 8 $ (za 85g)
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: biała czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa), ser Fromage Blanc, jagody / borówki amerykańskie, liofilizowane maliny

czwartek, 30 lipca 2020

Cachet Bio Organic 57 % Dark Chocolate Forest Fruits ciemna z Tanzanii z owocami leśnymi: malinami, czarnymi porzeczkami, borówkami / jagodami i jeżynami

Lubię czekolady z ciekawymi dodatkami, ale jednocześnie... czekolada z kawałkami czego nie jest moją ulubioną formą. Dziwne? Przyznaję, jestem dziwadłem. To tak, jak to, że lubię fajne nadzienia, a jednocześnie nadziewane czekolady są mi za mało... czekoladowe. Pod to można też podciągnąć to, że uwielbiam owoce leśne, jednak w kwestii czekolad zawsze boję się, że wyjdą kiepsko, np. będą samymi pestkami czy coś. Z racji tego, jak bardzo lubię Cacheta, tę musiałam mieć.

Cachet Bio Organic 57 % Dark Chocolate Forest Fruits to ciemna czekolada o zawartości 57 % kakao z Tanzanii z owocami leśnymi: malinami, czarnymi porzeczkami, borówkami / jagodami i nutą jeżyn.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam bukiet słodkich owoców leśnych spleciony z palonym zapachem orzechów, w których przewiała się delikatna gorzkość. Z owoców wyraźnie czułam dominujące jeżyny i słodkie truskawko-maliny, trochę ogólnie drobnych ciemnych. Na przód wychylała się trochę cukierkowa jeżyna. Ogólnie jednak wydało mi się to cierpko-słodkie i apetyczne.

Tabliczka w dotyku sprawiała wrażenie dość suchej. Przy łamaniu ładnie trzaskała, ujawniając w przekroju ziarnistość i całkiem sporo drobnych kawałków owoców. Niektóre dziwnie połyskiwały, dostrzegłam wiele pestek.
W ustach rozpływała się powoli, ale nie opornie. Odrobinę miękła, po czym zmieniała się w lepki, gęsty i rozlazły krem, zachowujący formę oraz zostawiający leciutko pylisty efekt. Była dość tłusta, raczej gładka i bardzo w tym wszystkim w porządku. Mimo że miałam wrażenie, iż kryje mnóstwo dodatków, nie zrobił się z niej bezsensownie najeżony zlepek.
Spod czekolady wyłaniały się drobinki owoców w ilości ogromnej, ale niestety niezbyt pozytywnie rozumianej, bo ze sporą ilością pestek. Nie były to na szczęście same pestki, a też trochę farfocli.

W smaku od samego początku przywitała mnie cierpkość, należąca do gorzko-palonych orzechów i czarnej, rozgrzanej ziemi oraz trochę przearomatyzowany motyw słodkich owoców leśnych.

Do obu szybko dołączyła palona słodycz, odlegle przywodząca na myśl likier. Likier wręcz cukierkowo-jeżynowy i likier palono-karmelowy. Alkoholowość jednak odchodziła na tło, gdy na języku pojawiały się dodatki.

Ten pierwszy, a więc niemal cukierkowo-jeżynowy mieszał się ze słodkimi owocami: malinami, budzącymi skojarzenie z truskawkami. Było słodziutko, ale nie sztucznie. Nutka ta wydawała się na stałe zmieszana z czekoladą. Oczami wyobraźni widziałam jasne, tłustawe kremy owocowe. Wywołał to lekko pudrowy charakter jeżyn, oraz zgaszony karmel.

Kawałki wchodziły poprzez zaznaczenie swojego kwasku. Oto przodowały kwaskawo-suszone maliny, z czasem przybierające na słodyczy i soczystości. Zaraz pojawiły się słodko-podfermentowane nuty ogólnie owoców leśnych. W pewnym momencie wyraźnie poczułam cierpko-kwaśne czarne porzeczki. Jagódkowo-porzeczkowy miks przewijał się na tle orzechów i ziemi, by następnie kompozycja złagodniała. Wydawało mi się, że w całości pobrzmiewa też truskawka.

Po owocach sama baza wydała mi się bardziej maślana. Wciąż jak orzechy... więc może trochę nugatowa? A że powagi nie odtrąciła, pomyślałam o karmelowym nugacie z orzechów laskowych, który osnuwa gęstym dym. Myślę, że to taki spory udział pestek podkreślił wszelkie goryczki.

Po wszystkim pozostał posmak troszeczkę landrynkowych, ale i naturalnych jeżyn, wzmocniony jagódkowato-truskawkowym, naturalnym miksem owoców. Nie dała o sobie zapomnieć palono-orzechowa, nie za gorzka, nie za słodka czekoladowość. Wyraźnie pobrzmiewał także kwasek owoców.

Całość wyszła pozytywnie. To, że owoce podkręcono, nie ukryło się, ale było tak zrobione, że nie widzę w tym nic złego. Mało tego, uznałam to za przyjemne. Jednocześnie pestki trochę męczyły. To ciekawe, bo mimo wyraźnie wyczuwalnych, kwaskawych owoców, czekolada wcale taka mocno owocowa nie była. Ogólnie uważam ją za wyważoną w każdej kwestii, przystępną i odpowiednio mało słodką.

Może nie powinnam porównywać (bo kompletnie inne warianty, znaczy się: już sam zamysł), ale z jeżynowych Cachetów wolę Blackberry and Ginger.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,79 zł
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy , tłuszcz kakaowy, kawałki owoców leśnych 1,50% (malina, czarna porzeczka, borówka czarna), lecytyna sojowa, naturalny aromat jeżyny

czwartek, 22 sierpnia 2019

Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Blackberry ciemna z Ekwadoru z nibsami i jeżynami

Uwielbiam owoce leśne, jednak przeszkadzają mi ich pestki. W przypadku świeżych, surowych owoców, o ile są dojrzałe i słodkie, wybaczam im to i zajadam, ile się da, ale w przypadku np. czekolad zawsze wcześniej liczę, że nie będzie pestko-porażenia. Że może akurat... Jeśli o czekolady Hachez chodzi, zdążyłam już sobie wyrobić opinię: są dla mnie za łagodne. Delikatność i maślaność nie pasuje mi ani do zawartości 77 %, ani do mango i chili. A do jeżyn? Tutaj idealne będzie chyba stwierdzenie: "zależy" - no tak, bo to, jak dana tabliczka wychodzi, zależy od tylu szczegółów... Najprostszym sposobem na przekonanie się, było wreszcie sięgnięcie po nią. Niestety, dopiero w dniu otwarcia zorientowałam się, że moim największym problemem mogą nie być pestki, a drugi dodatek, czyli nibsy... Stronię od tabliczek z nimi, a te - jak na złość! - głupio mnie prześladują.

Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Blackberry to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao z Ekwadoru z nibsami i jeżynami.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach cukierkowych jeżyn. Za owocową słodziuteńkowością stała delikatna, maślana i dość mocno palona czekolada bez kwasków czy gorzkości, za to z nutą kwiatów. Wpasowały się trochę w cukierkowość i sprawiły, że wyszła całkiem w porządku.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się twarda w sucho-kruchy sposób. Trochę się rozlatywała z racji w zasadzie dobrze wtopionych na gęsto dodatków. Na oko przeważały nibsy.
W ustach czekolada rozpływała się niczym kremowo-zbita grudka masła, a więc oczywiście tłusto, ale nie gładko. Cechowała ją pylistość i pozorna proszkowość.
Nibsy okazały się raczej drobne i twarde; drapały podniebienie. Nieliczne zachowały minimalną soczystość. Wśród nich kryły się drobinki jeżyn. Właściwie... w ciemno nie powiedziałabym, że jakieś drobinki owoców tam w ogóle są (tak mało, i tak drobnych). Całkiem spory udział (biorąc pod uwagę proporcje) miały pestki, które łatwo pomylić z nibsami. Niestety, odniosłam wrażenie, jakby było ich więcej niż samych owocowych farfocli. Na taką ilość to pestki naprawdę mogli sobie darować (wolałabym jakieś kawałki jeżynowe np. ze sproszkowanego soku).

W smaku, ku mojemu zaskoczeniu, czekolada przywitała mnie gorzkością. Nie była bardzo mocna, ale dość intensywna. Z dymu przeszła przez nieco spalone orzechy i osadziła się w bardziej zwęglono-ziemistej, niby zawilgoconej, bazie. Nieco osłabła, a w jej miejsce na pierwszym planie, jakby wykorzystując orzechy (laskowe?), wsunęła się maślaność.

Przy dymno-węgielkowej nucie pojawiła się cierpkość. Najpierw bardziej kakaowa, po chwili soczyście jeżynowa... tonęła w słodyczy. Ogólnie smak samych jeżyn rozczarowywał ulotnością. Szkoda, że bardziej się nie rozwinął. Pozornie zanosiło się na cierpkawy kwasek, ale nie - słodycz to zastopowała. Co prawda nie narzucała się zbytnio, pozostała jakby w pewien sposób ulotna, kwiatowa. Doszukałam się nie tylko akcentu jeżyn, ale i słodkich, soczystych śliwek.

Mniej więcej w połowie słodycz zaczęła znacząco rosnąć, przybierając cukierkową postać. Trochę cukrowopudrowa, znacząco landrynkowa i... nie da się ukryć, że jeżynowa. Wciąż dobiegał do niej motyw ciężkawych kwiatów, zapewniających spójność dodatku z samą czekoladą. Jaka by nie była, łącząc się z masłem nie odpowiadała mi. Nie była chemiczna, acz sztuczności odmówić jej nie można. Jakby zestawienie nut czekolady próbowano podkreślić cukierkowym aromatem.

Wraz z odsłaniającymi się dodatkami, pojawiło się trochę soczystości: zarówno owocowej, jak i takiej... ziemistej? Nibsy podkreśliły goryczkę i ziemistość właśnie. Przy nich myślałam o węglu i spaleniźnie. Kilka było "żadnych", bo suchych, trochę gorzko przypalonych, trochę specyficznie soczystych, nibsowych... podkreśliły jeżyny i tym razem goryczkowate suszone / wędzone śliwki, ale i na zasadzie kontrastu pudrowocukrową słodycz czekolady, a także jej maślaność. Lekko kwaskowate śliwki nadały temu trochę wilgoci / delikatnej owocowej rześkości.

W posmaku pozostały nibsy właśnie, ogólnie dymno-węgielna spalenizna i posmak jeżyn... wtłoczonych w cukierkowe przesłodzenie. Maślaność, która była bazą, osadziła się jako tłuszcz na ustach, co z poczuciem suchości wyszło dziwnie.

Całość niezbyt mi podeszła. Zdecydowanie za cukierkowo, mimo że czekolada aromatem nie waliła na kilometr. Za maślanie, za spalono. Niby goryczkowato, ale w towarzystwie masła i cukierkowości, efekt był wyjątkowo kiepski. Naturalnie jeżynowo-śliwkowo-kwiatowe nuty utemperowane maślanością próbowano chyba podrasować dodatkami. Aromat spłycił według mnie niezłą kompozycję, mimo że nie był strasznie napastliwy (ale jednak przy takiej cukierkowości trudno mówić o szlachetnej ciemnej czekoladzie), jeżyn pożałowano (gdybym nie wiedziała, że jakieś są, mogłabym nabrać się, że to tylko nibsy, a w kwestii jeżyn - że to tylko aromat), nibsy... niby ogólnie w porządku, ale według mnie za gęsto tych strasznie malutkich było, które tylko odbierały komfort jedzenia. Mogliby chociaż odwrócić proporcje jeżyn i nibsów.
Daleko jej do cudownej Cachet Blackberry & Ginger, w której może samych jeżyn też tak dużo nie było, ale były dobrze wyczuwalne, a całość cechowała spójność. W Cachet, dzięki wyrazistemu ogółowi, cukierkowość schodziła na dalszy plan, a Hachez... ogólnie miał problem z wyrazistością. Porównanie jednak nie ma sensu, bo wiadomo, że to inne zestawienia i w ogóle.


ocena: 6/10
kupiłam: internet
cena: 13 zł (za 100g)
kaloryczność: 570 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki ziaren kakao 5%, jeżyny 0,5%, naturalne aromaty, kwas: kwas cytrynowy, ekstrakt z wanilii bourbon, laska wanilii bourbon

niedziela, 23 grudnia 2018

Lindt Hello Frozen Yoghurt mleczna z nadzieniem jogurtowym i kremem z owocami leśnymi

Lindt Hello Frozen Yoghurt Caramel & Cookies zjadłam w tym samym dniu, co spróbowałam i stwierdziłam, że jeść nie będę Tesco Finest Swiss Milk Chocolate with Cherry & Vanilla Flavour Filling, o czym pisałam we wstępie Lindta. Tutaj jeszcze dodam, że tamtego dnia miałam chwilę wahania: którego jogurtowego Lindta otworzyć? Zdecydowałam się na karmelowego, bo bałam się, że owoce leśne wyjdą zbyt podobnie do wspomnianej z Tesco - cukrowo i niesatysfakcjonująco owocowo, a wtedy chciałam wreszcie zjeść smaczną czekoladę (a nie kolejnej nie skończyć). Do owocowego Lindta nastawiłam się negatywnie, ale po paru dniach pomyślałam, że może właśnie nadzienie jogurtowe (a nie mleczne) jest w takich cukrowo-owocowych tabliczkach kluczem do sukcesu.

Lindt Hello, Nice to Sweet You Frozen Yoghurt to mleczna czekolada nadziewana kremem jogurtowym i z owocami leśnymi (malinami, truskawkami, jagodami i wiśniami).

Po otwarciu poczułam intensywny zapach bardzo słodkiej i wyraziście mlecznej czekolady wymieszany z wonią owoców leśnych. Przewodziła w nich truskawka, ale także jagoda wyraźnie się zaznaczyła. Miały słodki (taki "słodyczowy"), ale w gruncie rzeczy naturalny wydźwięk. Po przełamaniu i w trakcie degustacji doszukałam się też lekkiej jogurtowości, a owoce chwilami kojarzyły mi się z cukierkami / gumą balonową.

Tabliczka łamała się łatwo, lecz mimo namacalnej tłustości, nie topiła się, zachowując pewną twardość za sprawą grubej warstwy czekolady. Skrywała nadzienia: nieco mniej owocowego o plastycznej, rzadkawej i odrobinę lepiącej strukturze oraz więcej jogurtowego - o wiele bardziej zwartego, nieplastycznego. Przy robieniu kęsa kostka nieco uginała się, więc poczucie twardości zniknęło (to już sprawka nadzień).
W ustach czekolada rozpływała się bardzo kremowo, tworząc tłuste bagienko i zalepiając usta. Wierzch uginał się, gdyż gładkie nadzienie owocowe wypływało spod czekolady rozpływając się szybko i racząc lekką soczystością (odebrałam je jako bardziej owocowo-śliskie, niż np. obłędnie soczyste). Nadzienie jogurtowe rozpływało się wolniej i bardziej spójnie z czekoladą, lecz było od niej wyraźnie mniej tłuste (choć wciąż tłustawe w mleczny sposób) i mniej gęsto-zbite.

Wyraziste, pełne mleko i silna słodycz czekolady uderzyły już w chwili robienia kęsa. Czekoladowość rozeszła się po ustach i przez parę chwil skupiała na sobie całą uwagę, po czym dopuściła do głosu nadzienie owocowe.

Słodycz wzrosła, niosąc cukierkowy smak truskawki. Zaraz jednak dołączyły do niej jagody i zrobiło się ogólnie leśnoowocowo. Pojawiła się odrobinka kwasku, dzięki któremu nasiliło się poczucie naturalności (raz i drugi wyłapałam, że podrasowano go cytryną). Lekka soczystość nie przełamała wprawdzie słodyczy, ale pomogła ją uprzyjemnić.

Kwasek chwilami zanikał na rzecz czekoladowej słodyczy, ale w drugiej połowie rozpływania się kęsa znów nabierał pewności siebie. Wyraźnie łączył się z mlekiem; pojawił się smak jogurtu. Był delikatny i przesłodzony, ale nie do pomylenia z czymkolwiek innym.
Smakowało to niczym kupny, przesłodzony jogurt z owocami leśnymi.

Pod koniec słodycz wydała mi się bardzo przesadzona (kwasek nie dał rady jej przełamać) i znów bardziej słodkojogurtowo-cukierkowa. Nasilał się mleczny smak, po czym słodka, choć z zaznaczonym w oddali kakao, czekolada zamykała kompozycję.

Pozostał posmak cukierkowo-cukrowej słodyczy, słodyczy owoców leśnych z jedynie sugestią jogurtu i kwasku oraz mocny posmak smakowicie mlecznej czekolady. Niestety, złożyło się to na przesłodzenie. Nie było nieprzyjemne, ale specjalnie pożądane też nie.

Tabliczka mi smakowała, ale nie tak bardzo-bardzo, jak mogłaby, gdyby odjąć jej lwią część cukru. Nadzienie wyszło adekwatnie, choć właśnie cukrowo. Kwasek nie był nachalny, a naturalny. Całość wyszła nieco zbyt ciężko smakowo jak na ten smak, ale na szczęście konsystencja nie była ciężko-tłusta. Świetny pomysł na czekoladę, wykonanie takie sobie.


ocena: 7/10
kupiłam: ktoś kupił na moją prośbę w Niemczech
cena: 6 zł
kaloryczność: 532 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, olej palmowy, miazga kakaowa, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka 2,6%, cukier inwertowany, syrop glukozowo-fruktozowy, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, śmietanka, mleko skondensowane, sok truskawkowy 0,5%, lecytyna sojowa, puree z malin 0,4%, naturalne aromaty, koncentrat soku cytrynowego, koncentrat soku truskawkowego 0,2%, koncentrat soku wiśniowego, jagody 0,1%, koncentrat soku jagodowego 0,1%, pektyna, aromat: wanilina

środa, 7 września 2016

Mount momami / Exquisit Duet Chocolate biała jogurtowa i owocowa z owocami leśnymi posypana czerwonymi porzeczkami i malinami

Po wzmocnieniu się Ragusą na Rakoniu, wreszcie ruszyłyśmy dalej. Nie widziałyśmy nic oprócz kamieni, po których szłyśmy i.... pięknych "kryształowych" roślinek po bokach. Woda osadziła się na nich w taki sposób, że wyglądały bajkowo, magicznie. Nie mogłam się nimi nacieszyć i tak sobie pomyślałam, że cóż... gdy człowiek nie ma możliwości napawać się pięknem majestatycznych widoków górskich, na szlaku zawsze coś sobie znajdzie. Choćby taki szczegół, który w innych warunkach mógłby być kompletnie pominięty. Nawet nie zauważyłyśmy, kiedy Wołowiec został przez nas zdobyty. "TO JUŻ?!" - usłyszałyśmy własne pytanie widząc kolejną uroczą słowacką tabliczkę. Zaczęłyśmy obchodzić ją dookoła szukając nazwy szczytu i w końcu znalazłyśmy - napis ledwo widoczny, wyryty w drewnie, zamiast na tabliczkach, tak, jak rozpisano kierunki. Tak, to było już. Zero widoków na panoramę, ale przynajmniej satysfakcja zdobycia i... możliwość sięgnięcia po kolejną czekoladę.

Mount momami / Exquisit Duet Chocolate white with yogurt & forest fruits to biała czekolada z jogurtem (1,6%) oraz owocami leśnymi w proszku (4%), posypana czerwonymi porzeczkami (1,4%) i kawałkami malin (0,9%).

Dlaczego wzięłam tę czekoladę? Bałam się, że będzie o wiele za słodka w normalnych warunkach, a w górach bardzo lubię przegryzać suszone / liofilizowane warzywa i owoce, więc pomyślałam, że dobrze wpasuje się w klimaty. W tym wypadku miała okazję nawet podkolorować nam ten mglisty dzień - popatrzcie tylko, jak ta tabliczka wygląda!

Gdy wyjęłam ją z folii oprócz nasycenia barw zaskoczył mnie jej silny, ale w pełni naturalny i smakowity, zapach. Przede wszystkim poczułam tu owoce leśne i świeże owoce czerwone: porzeczki, maliny z przewagą tych pierwszych. Dopiero potem coś słodko waniliowego i trochę jogurtowego.

Ugryzłam zaskakująco twardą tabliczkę, by już po chwili zaczęła się rozpuszczać w przyjemnie tłusty (znaczy się nie za mocno tłusty za sprawą składników mlecznych i tłuszczu kakaowego) sposób, w którym po chwili zaczęła ujawniać się proszkowość pochodząca najprawdopodobniej od owoców i jogurtu w proszku, a więc również całkiem pozytywna.

Zaczęłam od części, w której przeważała ta nakropkowana owocowa część.
Od razu zwróciłam uwagę na to, że zupełnie nie wydała mi się słodka. Pierwszym wyczuwalnym smakiem był raczej soczysty kwasek owoców, dopiero po chwili dołączyła do niego słodycz, jednak również owocowa. Słodycz typowa dla białej czekolady była hen daleko, daleko za jagodami i czarnymi porzeczkami, które najsilniej się tu odzywały, a ogólnie przyjemnie wychodziły z całego bukietu owoców leśnych. Maliny były tu podkręcane przez kawałki z pesteczkami, które tworzyły posypkę-kwasidło. Przyznaję, że ta część była bardzo orzeźwiająca.
Kiedy trafiałam na całą suszoną czerwoną porzeczkę, to już w ogóle... bo były one oczywiście kwaśno-słodkie, jędrne i soczyste, aż dziwne, że taki efekt mogą dać suszone owoce.

Potem zabrałam się za część głównie białą (były one tak złączone, że właściwie osobno prawie nie występowały). Tutaj od razu uderzyła mnie silna słodycz. Wyraźnie czułam tu wanilię, ale to i tak smak słodki. Trochę i jogurtowej nuty się doszukałam, ale pozbawionej charakterystycznego jogurtowego kwasku, przez co ta część kojarzyła mi się z przesłodzonym waniliowym serkiem homogenizowanym.
W połączeniu z posypką na szczęście nie było mdląco słodko, a podczas jedzenia całej czekolady w ogóle fajnie się ta słodycz przeplatała z kwaskiem owoców. Dzięki właśnie dużej ilości owoców, czekolada mimo wszystko nie sprawiała wrażenia za słodkiej. Owszem, była słodka, ale to o dziwo nieprzesłodzona biała tabliczka o soczystym charakterze.

Bardzo żałuję tylko, że nie była bardziej jogurtowa, więc po prostu muszę odjąć za to punkt...


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 6.99 zł (za 90 g)
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy (28 %), pełne mleko w proszku, owoce leśne w proszku (syrop glukozowy, puree malinowe, puree z jeżyn, koncentrat soku z czarnej porzeczki, koncentrat soku z czarnych jagód), jogurt z mleka w proszku odtłuszczonego, czerwone porzeczki, kawałki malin, lecytyna sojowa, naturalny aromat, olejek cytrynowy

czwartek, 21 stycznia 2016

Zotter Pink Coconut and Fish Marshmallow biała kokosowo-malinowa z kremem i wiórkami kokosowymi oraz galaretką z pstrąga z jagodami, cebulą, koprem włoskim, pieprzem, chili, liściem laurowym i miętą

Przeglądając mojego bloga łatwo jest dojść do wniosku, że lubię niekonwencjonalne czekolady. Nie raz już próbowałam czekolad z mięsem i... ze zdziwieniem (ale nie aż tak dużym), odkryłam, że bardzo mi to połączenie pasuje. Łosoś z Alaski w czekoladzie też zrobił na mnie niemałe wrażenie, więc teraz już naprawdę coraz trudniej znaleźć dodatek, który wywołałby u mnie jakiś szok. Zainteresowanie - owszem, ale nie wiem, czego by trzeba było, żeby mnie zszokować. 
Tak też, od wymyślnych dodatków, jeszcze bardziej zaciekawiła mnie ciekawa forma tej czekolady, o którą naprawdę umiejętnie opisała Basia na swoim blogu Sex, Coffee & Chocolate.


Zotter Pink Coconut and Fish Marshmallow to czekolada kokosowo-malinowa z kokosowo-malinowym kremem i wiórkami kokosowymi oraz galaretką z pstrąga z małą ilością ciekawych dodatków takich jak: jagody, cebula, koper włoski, mięta, pieprz, chili, liść laurowy. 
Jesteście na to gotowi? 

Szybko rozchyliłam złoty papierek i moim oczom ukazała się czekolada, która wydała mi się dziwnie twarda, jak na białą tabliczkę. Nazwanie jej "białą" jest jednak małym minięciem się z prawdą, bo, jak widzicie na zdjęciach, ma ona bardziej beżowo-"pudroworóżowawy" kolor. 
Zapach jest przede wszystkim kokosowy, można w nim wyróżnić nawet np. mleko kokosowe, ale także typowy dla białej czekolady, czyli maślano-słodki, taki lekko waniliowy. Malinę czułam dopiero, jak się porządnie skupiłam i prawie dotykałam czekolady nosem.

Przy przełamywaniu czekolady poczułam, że zaczyna się lekko nadtapiać w palcach, a środek (galaretka) jest... dość ciężka do rozdzielenia: rozciąga się, ale w końcu ulega i się urywa. 
Środek ma "beżowawy" kolor o naprawdę lekkim, niewyraźnym różowym zabarwieniu. Nie jest to tak różnobarwne, jak na stronie Zottera, ale kojarzy mi się z... filetem z wędzonej ryby. 

Przy pierwszym kęsie poczułam bardzo silną słodycz czekolady o kokosowo-mlecznych nutach. Zaczęła się bardzo szybko rozpuszczać za sprawą tłustości, która jednak nie była zbyt ciężka, co często się zdarza w białych czekoladach. Ta była bardziej mleczna i taka kokosowa; powiedziałabym, że nieco rzadka. Po pewnym czasie pojawiał się i lekko owocowy kwasek malin oraz jagód.

Przejście od czekolady do kremu było tak spójne, że można by je przeoczyć. W pewnym momencie zrobiło się po prostu bardziej malinowo, wydaje mi się, że słodycz jeszcze bardziej się nasiliła, a tłustość już w ogóle przybrała na sile. Konsystencja była dość kremowa, ale nie całkiem gładka, bo tu już zaczęły pojawiać się soczyste wiórki z nieco twardawą konsystencją. Przy nich nasilił się kokosowy smak.

W pewnym momencie maliny stały się jakby mdłe i wymuszone, co skojarzyło mi się z Lindt'em Pink Explosion, co jednak miłym skojarzeniem nie było. Tutaj pojawiła się nowa nuta... jakby jakiś przypraw, taka nieco ostrzejsza... czego jednak nie byłam w stanie bliżej określić ze względu na słodycz, która tu już prawie wszystko zdominowała. Doszło do tego, że przy jednej trzeciej tej czekolady, było mi za słodko, ale... zjadłam ją do końca - już wyjaśniam dlaczego.

Te wiórki skojarzyły mi się z takimi twardszymi kawałkami rybiego mięsa w momencie gdy mój język natrafił na coś twardego i gumowatego... kojarzącego się z obślizgłym kawałkiem tłuszczu, który znajduje się przy rybich ościach.
Tu nasilił się "obcy" smak przypraw. Pokusiłabym się o wyróżnienie cebuli, chili albo kopru włoskiego, a wtedy... w ustach została tylko ta galaretka, słodycz zelżała, mimo że pozostała taka kojarząca się z piankami i... taki akcent lekko rybny dał się we znaki. Nie wiem, czy potrafiłabym stwierdzić, że to smak ryby (to samo tyczy się tych konkretnych przypraw), gdybym nie wiedziała, co jem.

Galaretka jest pełna małych kropek, które na pierwszy rzut oka mogłyby być wzięta za wanilię - nic bardziej mylnego. Spróbowana osobno ma o wiele intensywniejszy smak; mimo wciąż silnej słodyczy i motywu pianki czuć tu przyprawy i nutę... rybną.

Wtedy całość zaczyna grać: wierzchnia warstwa to względnie chude rybie mięso, przejście do kremu - mięso nieco tłustsze, a reszta tak, jak pisałam wcześniej. Nie ma tu jasno wyczuwalnego smaku ryby, ale jest zagranie na skojarzeniach i... oczywiście subtelny posmak.

Całości postanowiłam nie oceniać, bo... nie pasowała mi ta mdła nuta malinowa, nadmierna słodycz w ogóle trochę mnie zmęczyła, ale... ta czekolada dostarczyła mi niewyobrażalnie dużo zabawy, uśmiechu i humoru na cały dzień.
To nie czekolada: to granie na skojarzeniach i zabawa.


ocena: -
kupiłam: zamówiłam u dystrybutora
cena: 16 zł
kaloryczność: 466 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, masło kakaowe, syrop fruktozowo-glukozowy, wiórki kokosowe (8%), proszek ryżowy (ryż, woda, olej słonecznikowy, sól), pstrąg (4%), śmietanka z pełnego mleka w proszku, mleko, koncentrat ananasowy, proszek kokosowy (mleko kokosowe, maltodektryna), mleko kokosowe (2%), odtłuszczone mleko w proszku, suszone maliny (1%), cebula, słodka serwatka w proszku, koncentrat cytrynowy, żelatyna, suszone jagody, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, sól, proszek cytrynowy (cytryna, skrobia kukurydziana) lecytyna słonecznikowa, koper włoski, mięta, pieprz, cynamon, chili Bird's eye, liść laurowy

poniedziałek, 16 listopada 2015

Peter's Pecare Cassis Marc de Champagne biała z kremem z porzeczek, winem i szampanem

Zawsze, jak kupię jakąś serię czekolad i pierwsza spróbowana jest rewelacyjna, to kolejne są otwierane jak najszybciej, nieważne, czy lepsze, czy gorsze od tej pierwszej. Gorzej, kiedy pierwszy wariant zupełnie mi nie posmakuje. Wtedy reszta (bądź na szczęśćie tylko druga sztuka, tak jak w tym przypadku) może leżeć miesiącami w szufladzie ze słodyczami i choćby nie wiem, jak dobrze się prezentowała, to nie mam na nią ochoty. Tak właśnie stało się z tymi czekoladkami, które w dodatku miały być czekoladą, na co narzekałam już przy okazji pierwszego spróbowanego smaku wiśnia-chili Peters Pecare.

Dziś wreszcie przyszła kolej na Peter's Pecare Pecarée Cassis - Marc de Champagne, czyli białą czekoladę (w końcu uznałam, że to czekolada, tylko z podziałek na kostki, jak np. Schogetten) z kremem z wina, czarnych porzeczek i szampana. Jest ona podzielona na 6 kostek, o uroczych zdobieniach: winogrona od razu kojarzą mi się z czymś dobrym, a bąbelki... hm, czyżby zapowiadało się bardzo alkoholowo?

Otworzyłam eleganckie, metalowe opakowanie, by poczuć... zatęchłą woń mleka w proszku. Ładne kostki waliły tym, i cukrem, na kilometr. Już sam zapach przytłoczył mnie zupełnie. 
Zniechęcona, wzięłam pierwszą kostkę i pocieszyłam się, że przynajmniej nie rozpuszcza się w palcach, a jest normalnie twarda, i odgryzłam kawałek samej czekolady. Kiedy znalazła się w ustach, natychmiast zmieniła konsystencję. Zmieniła się w tłustą, miękką, plastelinową grudkę. Całe szczęście, że chociaż ta tłustość była nieco maślana, a nie margarynowa. Smakowała tak, jak śmierdziała, czyli starym mlekiem w proszku i cukrem. Sprawiła, że przypomniałam sobie, jak jako dziecko, takie nieco starsze, władowałam całą łyżkę białego cukru do buzi i myślałam, że zwymiotuję (od tego momentu niczego nie słodzę, nie używam cukru w ogóle - nie lubię go; słodycze, które nim nie walą to inna sprawa). 

Wyłuskałam trochę samego nadzienia i... ono przynajmniej nie waliło zatęchłym mlekiem, ale, oprócz cukrowości, było po prostu tłuste. Takie wręcz ślisko-rzadkie. 
Na określenie smaku nie potrafię znaleźć lepszego słowa, jak mdłe. Czułam tu posmak owocowy, łączący się z czymś... ja wiem? Buraczanym? A może to miało być wino? Szampan? Niee... Coś tam się przebijało, ale w natężeniu równie silnym, jak barwa tego, jakże czarno porzeczkowego, nadzienia. 

Włożyłam całą kostkę do ust i... zamuliło mnie totalnie. Ten przytłaczający, mdlący smak mleka w proszku i starego cukru, mieszający się z obleśnie tłustym nadzieniem i posmakiem... nie wiadomo czego. Nie czułam tu żadnego alkoholu, a porzeczki... w stopniu naprawdę minimalnym, ale gdybym nie czytała opisu czekolady, nie umiałabym stwierdzić, że to właśnie te owoce. Lekka owocowość równie dobrze mogła pochodzić od wina. O szampanie nawet nie ma co mówić. I tak nie jest to nic równie silnego jak np. wódka czy whisky, więc w ilości, jaką dodano do czekolady jest zupełnie nie wyczuwalny. 

Całość jest słodko-mdląco paskudna. Po dwóch kostkach nie miałam siły nawet patrzeć na resztę. Obiecany smak nadzienia zawiódł zupełnie. Nic, z podanych składników, nie było tu nawet "nieźle" wyczuwalne. Sama biała czekolada, mimo, że nie wali margaryną, i tak jest okropna. Nie ma tu za grosz smaku śmietanki. 
Takie coś w tej cenie? To jest skandal... Widzę, że zapłaciłam tylko za wygląd tej czekolady, ale... liczyłam na chociaż przyzwoity smak, a nie na coś, po czego dwóch kostkach, tak mnie mdliło, że resztę bez skrupułów wyrzuciłam. 


ocena: 2/10
kupiłam: frisco.pl
cena: 19.99 zł (za 63 g)
kaloryczność: 540 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy 29%, pełne mleko w proszku, śmietanka, syrop glukozowy, substancja utrzymująca wilgoć: syrop sorbitolowy; wino, Marc de Champagne 0,5%; koncentrat soku owocowego z: czarnej porzeczki 0,8%, buraków; lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy, regulator kwasowości: kwas cytrynowy

piątek, 31 lipca 2015

Lindt Hello, My name is Berry Affair biała z nadzieniem wiśniowo-jeżynowo-jogurtowym

O białej czekoladzie na pewno zdarzyło mi się już pisać na blogu. Niczym nie zrażona, powtórzę raz jeszcze, że mimo iż przez wielu w ogóle nie jest uważana za czekoladę, ja ją lubię. Nielicznym firmom udaje się stworzyć ją wysokiej jakości, więc jadam dość rzadko. 

Lindt ma w swojej ofercie czekolady, które zdecydowanie mogę uznać za wyborne. 
Lindt'owskie białe specjały, edycje limitowane... To jest to! A właśnie, skoro już o nich mowa... 

Bohaterką dzisiejszej recenzji jest Lindt Hello, my name is Berry Affair, czyli czekolada biała z wiśniowo-jeżynowo-jogurtowym nadzieniem z letniej edycji, mówiąca: "Take me. Taste me. Love me." Tryb rozkazujący, jak widzę, więc czy zostaje mi jakiś wybór? 

Otworzyłam tekturową kopertę, która skrywała... różowe (czy tam fioletowe) sreberko. Nie powiem, zaskoczyło mnie to trochę, ale bardzo pasowało do eleganckiego, biało-fioletowego opakowania z wypukłymi elementami. 
W końcu i sreberko rozerwałam. Wokół mnie uniósł się smakowity, owocowy zapach. Owoce leśne i jogurt - to było właśnie to, co czułam. W końcu ujrzałam i samą tabliczkę. Spore, białe kostki, z małymi obrazeczkami każda, podbiły moje serce! Czy ta czekolada może być niesmaczna? 

Pierwsza kostka powędrowała do ust. Czekolada uwolniła wyraziście słodki, śmietankowy smak. Biała czekolada Lindt'a jest właśnie śmietankowo-mleczna, co w żadnym wypadku nie jest zakłócone przez nadmiar cukru, chociaż jest naprawdę silnie słodka. Nie sposób zasładzający, czy mulący jednak.

Tłustawa w dość przyjemny sposób, rozpuszcza się naprawdę gładko. Już w tym momencie poczułam smak także jeżyn. Czekolada była nimi nieco przesiąknięta. Jej gruba warstwa w końcu zaczęła znikać i pojawiła się kwaskowatość wiśni. Po chwili mieszała się ona z kwaśnym jogurtem naturalnym, a potem owoce leśne, jeżyny konkretnie (bo to je było tutaj wyraźnie czuć i nie potrzebne mi było czytanie napisów z opakowania), zdominowały wszystko. 
Gdy czekolada, jak i jogurtowe nadzienie, odsłoniły wreszcie kawałki owoców, byłam mile zaskoczona. Jak na takiej wielkości kostki, owoce były naprawdę spore. Wiśnie, lekko gumowate i twardawe, były lekko kwaśne, z soczystym, słodkim akcentem. One miały nawet skórki! Jeżyny z kolei... słodko-kwaśne, pełno tu było ich pestek, chrupiących pod naciskiem zębów, za których dodatkiem (czy to w jogurtach, czy to w czymkolwiek) nie przepadam. Mimo wszystko, muszę przyznać, że ich obecność dała efekt czegoś o wiele bardziej naturalnego. 

Kwaśny smak owoców rewelacyjnie równoważył słodkość białej czekolady, która już z definicji jest bardzo, bardzo słodka.
Z każdą kolejną kostką miałam wrażenie, że jem czekoladę z najprawdziwszym jogurtem z owocami leśnymi. 
Przypominała w sumie większość jogurtów sklepowych, jednak o tyle, o ile takie jogurty mnie nie pociągają, tak czekolada z takim nadzieniem - jak najbardziej. 
Była orzeźwiająca, kwaśno-słodka i niepowtarzalna. Długo broniłam się przed czekoladami owocowymi, ale takie tabliczki sprawiają, że moja ochota na nie, robi się coraz silniejsza.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam na "specjalne zamówienie"
cena: nie wiem
kaloryczność: 557 kcal / 100 g
czy znów kupię: z chęcią bym ją sobie kiedyś przypomniała

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka (5%), tłuszcz mleczny, olej palmowy, laktoza, częściowo odtłuszczone mleko w proszku, kawałki owoców (1,6%:jeżyny, wiśnie), śmietanka w proszku, lecytyna sojowa, naturalne aromaty, syrop glukozowy, koncentrat soku cytrynowego