Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Haiti. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Haiti. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 maja 2026

Beskid Chocolate Haiti Pisa Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna

Czekolady z kakao z Haiti nie trafiają się za często. Po zjedzeniu paru wiem, że nie jest to mój ulubiony region, ale zwłaszcza w wykonaniu kochanego Beskidu, ciekawił. Swoją tabliczkę stworzyli z kakao uprawianego w ramach projektu PISA. zapewnia on transparentność cen, stabilność rynku i eliminuje ryzyko dla rolników, wspierając ich w dostępie do rynku wysokiej jakości. Uprawy te prowadzone są w „kreolskich ogrodach” w zgodzie z naturą, wspierając bioróżnorodność i reforestację Haiti.


Beskid Chocolate Haiti Pisa Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Haiti.

Po otwarciu rozszedł się dominujący zapach wanilii, która mieszała się z ciężkawo-słodkimi białymi kwiatami - liliami ogrodowymi? - oraz nieco bardziej soczystą nutką borówek amerykańskich. Dominowały właśnie te słodkie amerykańskie, acz podkradał się pod nie... nieco charaktaerniejszy owocowy motyw. Nie jednak zupełnie jakiś kwaśny czy cierpki - powiedziałabym, że wiśniowej tarty. Takiej sowicie dosłodzonej gdy chodzi o wiśnie, w której bardzo ważną  rolę odgrywa kruchy, niemal niesłodki dla odmiany, spód. Obok zaplątał się motyw drzew i trochę jakby wypieczono preclowo-obwarzankowy. Mimo to, to słodycz rządziła. Oprócz wanilii jako samej w sobie, miała w sobie też sporo z lodów waniliowo-ciasteczkowych.

Tabliczka w dotyku obiecywała masywność, a przy łamaniu była twarda, toteż głośno trzaskała. Trzaski również zapowiadały konkret.
W ustach czekolada rozpływała powoli, zachowując kształt bardzo długo. Wykazywała zawartość i konkret, ale nie twardość. Miękła i maziście-kremowo pokrywała podniebienie. Z czasem upuściła trochę soczystości.

W smaku pierwsza zagrzmiała intensywnie waniliowa słodycz. Nie oznacza to, że była bardzo wysoka, raczej średnia, a zbliżająca się do wysokiej, ale miała bardzo odważny, imperatywny wydźwięk. Zaraz pomyślałam o naturalnie, szlachetnie waniliowym budyniu.

W tle przemknęła lekka, niemal zwiewna soczystość... chyba borówek amerykańskich. Owoców słodkich i zmieszanych z... kwiatami? Po chwili zaczęły ulegać lodom borówkowym, ale na śmietance i chyba przesłodzonych wanilią.

Obok budyniu pojawiły się jeszcze lody waniliowe, może waniliowo-ciasteczkowe... Po chwili dołączyły do nich jeszcze precle, a ja wyobraziłam sobie właśnie lody waniliowe z preclami.

W tym czasie odezwała się też gorzkość, cierpkość. Nie mocna, ale wyraźna. Przełamała słodycz, a preclom podpowiedziała bardziej drzewny kierunek.

Borówki amerykańskie wzbogaciły się o lekką cierpkość i prawie kwasek. Pomyślałam o borówkach czerwonych, a także wiśniach, ale bardzo dosłodzonych. Owoce te musiały tworzyć farsz-masę tarty owocowej. Takiej koniecznie na kruchym spodzie. Do głowy przyszły mi jeszcze pieczone winogrona czerwone, których słodycz została podkręcona ciepłem, ale szybko zniknęły.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owoce nieco się wycofały, a właśnie ten trochę wytrawniejszy spód przybrał na znaczeniu. Odrobina drzew mu pomagała, a przez moment poczułam jeszcze cierpkawą ziołowość.

Raz i drugi precle dopraszały się o swoje, ale oto słodycz jednak zawładnęła kompozycją zupełnie. Jakby te wytrawniejsze motywy ją zmotywowały. Zmieniła więc precla i kruchy spód w co najwyżej bardziej bułkowato-słodkawy obwarzanek. Albo w ogóle... obwarzanek muśnięty czekoladą? Parę razy przemknęła mi też niewyrazista myśl o daktylach w czekoladzie, ale co do niej nie będę się upierać; nie mogłam jej uchwycić.

Wśród owoców cierpkość zniknęła zupełnie i na prowadzenie znów wyszły borówki amerykańskie. Może z lekkim akcentem pieczonych winogron? Ogólnie nie było bardzo owocowo, więc w zasadzie tylko lekko pobrzmiewały.

Kwiaty zrobiły się wyrazistsze i zagłuszyły ziołowe zapędy. Pomyślałam o liliach ogrodowych i jakiś ogólnie ciężkawych białych kwiatach. Zrobiło się trochę drapiąco. Kwiaty próbowały uciszyć owoce i w dużej mierze im się udało. Tak, że borówki amerykańskie końcowo stały się jedynie echem.

Wanilia postawiła kropkę nad i, łącząc się z kwiatami i zasładzając, a następnie pochłaniając i je, by zamknąć kompozycję naturalnie waniliową, szlachetną i ciężkawą słodyczą.

Po zjedzeniu został jednak posmak bardziej rześko borówkowy, borówkowo-waniliowy? Jak z lodów waniliowo-borówkowych albo naturalnego budyniu waniliowego z borówkami. Czułam też akcent słodkawego, lekko wypieczonego, obwarzanka i echo drzew.

Czekolada była bardzo smaczna, choć nie rozkochała mnie w sobie przez swój słodki charakter bez charakternego pazura. Wanilia, waniliowy budyń, kwiaty, lody ciasteczkowe z preclami, precle i kruchy spód tarty, potem słodkawy obwarzanek z akcentami borówek amerykańskich, borówkowo-wiśniowej tarty i echem pieczonych winogron ciekawie urozmaiciła odrobinka drzew i ziołowe zapędy, ale właśnie tych ostatnich z chęcią poczułabym więcej. Waniliowość całości uważam za intrygującą. Tak jednoznaczny smak bez wanilii nie trafia się bardzo często. Ta właśnie jednoznaczność prawie skłoniła mnie do wystawienia 9, ale jednak jak więcej zjadłam, było za słodko na 9.
Za nic nie przypominała np. Zotter Labooko Haiti 72 % Dark Chocolate czy Ajala Single Origin Haiti Pisa 70 %. Kto by pomyślał? Wszak Haiti to niewielki region, a jednak jak tak sobie o tych tabliczkach myślę, różnorodny. Fakt jednak, że czerwone winogrona i raczej słodki klimat wszystkie je łączył. Wiśnio-winogrona z Chapon Haiti trochę kojarzyły się z nutami dzisiejszej, ale ta podlinkowana była o wiele bardziej owocowa, jak i Zotter.


ocena: 8/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

poniedziałek, 7 lipca 2025

(miniaturka) Zotter Labooko Haiti 72 % ciemna

Z paroma miniaturkami Zottera miałam już styczność. Zauważyłam, że w zasadzie są świetnymi streszczeniami całych tabliczek, ale ich odbiór jest minimalnie inny. Są jednak marki, których całe tabliczki ważą tylko takie kilka gramów. Czy więc chodzi o ilość? Raz czy drugi miałam wrażenie, że konsystencja jest trochę inna... Ale mogło to być tylko wrażenie. Tak czy inaczej, uznałam, że na miniaturkę i tak przeznaczę osobnego posta. Nie chcę bowiem zmieniać, skoro dwie poprzednie miały dla siebie osobne wpisy, a nie np. aktualizację-dopisek pod recenzją pełnowymiarowej. Tym razem jako gratis do jednego z zamówień dostałam małą wersję Zotter Labooko Haiti 72 % Dark Chocolate.

Zotter Labooko Haiti 72% to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Haiti; czas konszowania to 8 godzin; wersja miniaturowa, czyli 8g.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach przypraw goryczkowato-korzennych, pod przewodnictwem gałki muszkatołowej, zaraz za którą znalazł się kardamon. Do tego pieprz, jakby przygotowujący grunt pod nutę piernika o mocno karmelowo słodkim charakterze. Czułam też soczystość, łączącą czerwone wino i śliwki - wino śliwkowe? - z czerwonymi winogronami i chyba czereśniami. Od wina odłączała się słodka nuta... kwiatów? Świeżo-roślinna, trudna do uchwycenia. Oprócz słodkiej, też świeżość wytrawniejsza. W oddali doszukałam się jeszcze łagodnej orzechowości - kremu fistaszkowego?
Zapach był bardzo podobny do wersji pełnowymiarowej, ale odrobinę delikatniejszy.

Mała tabliczka była dość twarda. W dotyku wydała mi się tłusto-śliskawa.
W ustach rozpływała się maziście, w tempie średnim. Była jedynie gęstawa, ale bardzo gładka i miękka, coraz bardziej upodabniała się do miękkiego awokado. Acz w formie... rozwodnionej pasty?
Różnica w rozpływaniu się między nią a pełnowymiarową była wyraźnie wyczuwalna.

W smaku pierwszą poczułam karmelową słodycz, którą szybko dopadł bardziej kwaśno-słodki motyw poziomek i ogólnie czerwonych owoców. Umocniła się soczystość za sprawą czereśni i czerwonych winogron, które to biły na kwaskawy i jednocześnie bardzo słodki akord.

Obecność zapowiedziała też gorzkość, acz na razie w tle.

Karmel w tym czasie nie próżnował i też się nasilał. Do jego palonego, ciepłego wydźwięku dołączyły przyprawy korzenne i... grzaniec? Słodko-kwaskawy, a do tego... wiśnie karmelizowano-kandyzowane?

Przyprawy umacniały się i dodały pewności siebie gorzkości. W dużej mirze był to dym. Nawet karmel pochylił się w lekko gorzkawym kierunku. Potem do głowy przyszła mi wręcz melasa. Ciężka, dosadna... Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przyprawy też zrobiły się ciężkie. Czułam pieprz i jakieś niedookreślone ostro-wytrawne przyprawy.

Słodycz z korzennością zaraz jednak naskoczyła na te przyprawy. Wyłoniła się gałka muszkatołowa, kardamon i kozieradka. Ostatnia jako i przyprawa, i świeże zioło? Ogólnie zrobiło się nagle, ni stąd ni zowąd jakoś rześko, roślinnie. Pomyślałam o ziołowym naparze i gotowanym groszku cukrowym?. Pikanteria rosła za sprawą... imbiru?

Kompozycja stała się bardziej ziołowa. Wciąż czułam też sporo dymu, w którym chyba kryła się ziemia. Kwasek w połączeniu z przyprawami zaobfitował w wizję jakiegoś piernika ze śliwkową warstwą. Śliwkowo-wiśniową? Wyobraziłam sobie piernik ozdobiony, podany z bitą śmietanką. Do tego podkradły się też chyba ciastka korzenne.

Ciastka końcowo wygładziły co mocniejsze nuty, jakoś zrównały goryczkę i ostrość przypraw ze słodyczą, by potem... dopuścić do głosu orzechowy element. Jakiś łagodny krem fistaszkowy 100%? Zgrał się ze śmietankowym echem.

Po zjedzeniu został posmak głównie ziołowy, ale też piernikowy, z mnóstwem goryczkowato-wytrawniejszych przypraw i motywem słodkich czerwonych owoców i śliwek. Myślałam o grzańcu i ziołach, ziołowym naparze.

Czekolada bardzo mi smakowała i spełniła swoje zadanie jako miniaturka - pokazała zacne urywki wątków, których można się spodziewać w większej wersji Zotter Labooko Haiti 72 % Dark Chocolate. Nuty czułam te same, acz jakby bez możliwości porządnego rozwoju. To taka przebieżka, w której wszystko czuć, a jednak tematu nie wyczerpuje, zostawiając sporo "chyba". Niczym dobry opis książki, zachęcający do natychmiastowej lektury.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od chocoladeverkopers.nl
cena: nie znam
kaloryczność: 584 kcal / 100g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 19 września 2024

Zotter Labooko Haiti 72 % Dark Chocolate ciemna

Zazwyczaj mniej popularne kraje uprawy kakao bardzo mnie ciekawią, jednak akurat Haiti stanowi wyjątek od tej reguły. Jadłam stamtąd parę czekolad, które zwyczajnie mnie nie porwały i kiedy trochę poczytałam, co się tam uprawia, jakoś doszłam do wniosku, że raczej mało prawdopodobnym jest, by jakaś haitańska tabliczka zaserwowała mi oszałamiające nuty. Samo Haiti, jak już, ciekawić by mnie mogło bardziej pod innym kątem, a mianowicie wierzeń i magicznych działań hoodoo. Nie o tym tu jednak, a o (względnej) nowości Zottera. Acz w sumie... w opisie i o tym wspomniano! Rzekomo bowiem można szczyptę magii i kreolskiego ducha w niej poczuć. Do jej zrobienia zakupił kakao od kooperatywy Pisa, która zrzesza ponad 1200 członków. Starają się pokazać, jak ważne jest fair trade, zwłaszcza w niestabilnych politycznie regionach. Do produkcji Zotter zastosował metodę FMR (Fine Mist Roasting), w której chodzi o dodanie przy prażeniu pary, w celu kontroli i obniżenia temperatury.

Zotter Labooko Haiti 72 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Haiti.
Czas konszowania to 8 godzin.

Po otwarciu poczułam poważny, stateczny zapach drzew, dymu i mnóstwa przypraw. Na pewno można wyróżnić pieprz, gałkę muszkatołową, kardamon i kozieradkę, ale też bukiet innych. Mieszały się z wytrawnością... groszku? Słodkiego groszku, splatającego się z orzechami, głównie arachidowymi. Też jednak tak słodkimi, że... jako krem 100%? Od dymu odchodziła słodycz karmelu. Nie brakowało też soczystości i kwaskawych akcentów. To były jednak tylko akcenty, wpisane w czerwoną słodycz. Jakbym wąchała słodkie, ale kwaskowate wino czerwone oraz niemal winne wiśnie, zestawione ze słodkimi czereśniami i czerwonymi, drobnymi, chrupkimi winogronami.

Tabliczka była twarda i przy łamaniu trzaskała niczym suche, cienkie, ale właśnie twarde gałązki.
W ustach rozpływała się kremowo, łatwo. Robiła to w tempie umiarkowanym, acz na samym początku nieco się ociągając. Wykazywała tłustość masła i drobną soczystość. Bliżej końca wyłoniła się lekka pylistość, hamująca soczystość. Znikała raczej rzadko za ich sprawą, a końcowo trochę ściągała.

W smaku na początku uderzyły wręcz słodziuteńkie czereśnie. Słodycz dała się poznać jako bardzo wysoka i jeszcze rosnąca. Pokazały się bardzo słodkie, czerwone winogrona, a za nimi w tle... poziomki?

Swoją obecność po chwili zgłosił pikantny piernik i gorzkość.

Słodycz owoców wzmocnił lekko zaznaczający się w tle karmel. Pomyślałam o liofilizowanych i karmelizowanych wiśniach i winie z przyprawami. Może to był grzaniec? Z subtelnym, ale coraz bardziej wpływowym kwaskiem. Na zasadzie kontrastu pikanteria piernika podsyciła wiśnie i w końcu zmieniły się w liofilizowane, chylące się w stronę świeższych; już na pewno nie karmelizowane. Kwaśność jednak trzymała się niskiego poziomu. Czerwone owoce pobrzmiewały już później cały czas na drugim planie.

Gorzkość pomagała sobie cierpkością przypraw. Te zmieniły karmel w melasę. Za sprawą słodyczy wemknęła się przypalona nuta, pewna ciężkość. 

Gorzkość rosła wraz z przyprawami. Wyeksponował się cały bukiet wytrawniejszych, ostrych. Najpierw dominował pieprz, ale później wmieszał się w gałkę muszkatołową, kozieradkę i kardamon. Pikanteria narastała i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiła się ciężka. Potem odnotowałam imbir.

Ostrość częściowo zaczęła przybierać bardziej... świeższy charakter? Kozieradka-przyprawa zmieniła się w kozieradkę-listki, odnotowałam jeszcze świeżą kolendrę. Akcent słodko-kwaskowatych czerwonych owoców umocnił ich świeżość. 

Zioło-przyprawy wyłuskały z oddali, jeszcze zza owoców, w których pojawiły się słodko-kwaskawe śliwki, z których leje się ogrom soku, pewną ogólną roślinność. Przemknął mi słodkawy, zielony groszek, a potem zaczął chować się wśród różnych orzechów. Orzechowość nagle szybko zaczęła rosnąć. Orzechom przewodziły fistaszki. Najpierw bardziej surowe, ale zmieniające się w prażone.

Palona słodycz, melasa kontrastowo do tej świeżości wyszła jeszcze bardziej słodko. Mieszając się z resztą ostrych przypraw ułożyła się w wizję mocno korzennych, melasowych ciastek. Korzenna pikanteria niemal piekła w język przyprawami (głównie imbirem), do których dołączył cynamon i słodyczą.

Przewinął się dym, przypominający o gorzkości. Paloność na chwilę i do niej dotarła. Cały czas jawiła się jako stateczna, zdecydowana, ale nie zapędzała się na prowadzenie. Sprawiła jednak, że orzechowa nuta wydała mi się jeszcze łagodniejsza.

Zupełnie, jakbym jadła krem orzechowy 100% z fistaszków o naturalnie słodkawym smaku. Pojawiła się obok śmietanka, po czym razem złagodziły gorzkość. Wyobraziłam sobie gorzkawo kawowy krem orzechowo-śmietankowy, lody na bazie śmietanki w wariancie orzechowo-kawowym. Jakby tak gałki dwóch smaków trwały obok siebie, a tylko trochę się ze sobą mieszały. I jakby... posypać je kwaskawymi, liofilizowano-świeższymi, wilgotniejącymi wiśniami! Dym zupełnie zmienił się w kawę i orzechy w formie deseru, w dodatku jeszcze ozdobionego wisienką. 

Po zjedzeniu został posmak kwaskowatego wina, mieszającego się ze słodziutkimi czereśniami, liofilizowanymi wiśniami i czerwonymi winogronami oraz silna pikanteria przypraw, w tym imbiru. Pomyślałam jeszcze o dużych, jasnofioletowych śliwkach, z których lał się sok i... w zetknięciu z imbirem podszepnął mu lekką mydlaność. Przyprawy były korzenne i suche, ale z paroma akcentami świeżych ziół. Te trochę przygłuszył dym i paloność melasy, karmelu. Pojawiły się też łagodzące arachidy jako krem orzechowy.

Czekolada była smaczna i bardzo, bardzo złożona. Działo się w niej tak wiele... ale wcale nie wyszła chaotycznie. Wszystko cudnie przechodziło jedno w drugie. Słodziutkie czereśnie, winogrona czerwone i liofilizowano-karmelizowane wiśnie, a potem wino i świeższo-liofilizowane wiśnie rozchodziły się obok pikanterii przypraw. Najpierw była wytrawniejsza, potem za sprawą słodyczy melasy coraz bardziej słodko-korzenna. Dobiegały do niej świeższe, ziołowe akcenty, które obudziły zielony groszek i orzechy, a końcowo orzechowy krem ze śmietankowym wątkiem. Paloność pojawiała się epizodycznie. Zaskoczyła mnie wysoka słodycz i niska kwaśność - myślałam, że to ta druga bardziej się rozwinie. Gorzkość była konsekwentna i odważna, ale w sumie też nie jakoś tak mocna, jak mogła by. Było za to pikantnie.

Pomyślałam o Chapon Haiti 75 %, w której czułam nuty fig suszonych, świeżych i kandyzowanych, a także sporo czerwonych owoców: wiśni, winogron, które były dziwnie słodkie jak kandyzowane. Było tam trochę kwasku, a także maślaność. Orzechy, herbata i rozgrzana ziemia sprawiły, że gorzkość wyszła zupełnie inaczej. Kwiaty Chapon dały podobnie świeży efekt co zioła Zottera. Obie końcowo przywodziły na myśl kremy orzechowe. Ogólnie Chapon wydała mi się bardziej prażono-rozgrzana, Zotter zaś jakby rozgrzewał przyprawami, a paloność ograniczyła się do słodyczy.
Smaczne na tym samym poziomie i podobnie w obu coś jednak odrobinę wolałabym, by poszło w innym kierunku.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 19,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 5 czerwca 2024

Zotter Labooko Opus 5 Cuvee 72% Dark Chocolate ciemna

W zasadzie można powiedzieć, że minął jakiś rok, odkąd jadłam nieznanego mi czystego Zottera - i właśnie była nim opcja limitowana na poprzedni (2023) rok, Opus. Na blogu pojawiły się nadziewane nowości, ja sobie do kilku czystych Labooko wróciłam, ale gdy chodzi o czyste ciemne... no właśnie, ciekawie z tymi Opusami to wyszło. Edycja na ten rok, czyli 2024/25, została zrobiona z innych regionów, ale także w tym roku ziarna do tego blendu zostały dokładnie wyselekcjonowane i wyprażone partiami: każdy region oddzielnie.

Zotter Labooko Opus 5 Cuvee 72% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao z Madagaskaru, Sao Tome, Republiki Dominikany, Haiti i Belize; blend na rok 2023/24.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach migdałów, za którymi podążał marcepanowy cień. Marcepanu z cytrusową nutą! Nie było kwaśno, ale soczyście-słodko. Pomyślałam o pomarańczowym marcepanie i kandyzowanych cytrusach. O słodkiej masie z migdałów z wymieszaną konfiturą cytrusową, z kawałkami owoców. Do głowy przyszedł mi też sok pomarańczowy. Migdały dominowały jednak jako one same, lekko prażone. Ta prażoność właśnie zaprosiła nutę pieczenia, która przedstawiła się jako ciastka. W tle przewinęło się trochę cierpkawo-goryczkowatych ziół, a mi przez myśl przemknęły rośliny doniczkowe z pojedynczymi kwiatami oraz... opony. Ostatnie mieszały się z soczystością, wydobywając odrobinę świeższych owoców (nie jako element marcepanu): czerwonych porzeczek i grejpfruta.

Tabliczka na dotyk sprawiała wrażenie tłustawej, ale była też po prostu masywna i twarda. Przy łamaniu trzaskała głośno i chrupko.
W ustach rozpływała się lepkawo i kremowo. Dała się poznać jako maślano-tłusta i zbita. Rozpływała się powoli i ochoczo. Powierzchownie miękła, jawiła się jako wręcz śmietankowo-rozlazła, acz jakby kryła zwarty rdzeń. Z czasem pojawiła się też dość wysoka soczystość, mieszająca się z tłustością, zamiast ją przełamać.

W smaku pierwsza polała się wysoka słodycz miodu, układająca się w mocno miodowy marcepan w cierpkawej czekoladzie.

Przemknęły mi kwiaty o słodko-ostrzejszym charakterze, który szybko zmieniły się w rośliny. Wyobraziłam sobie doniczkowe rośliny zielone, przy których ewidentnie zaznaczyła się lekka pikanteria. Ziemi? Przypraw na pewno.

Rześkość roślin nieco stonowała słodycz, a w oddali wskazała słodkie czerwone owoce. Jakby... malinowo-porzeczkowy puder? Niemal uroczo słodziutki.

Na marcepanowym tle pojawiły się migdały same w sobie. Lekko prażone i niezwykle intensywne. Ich smak umocnił się tak, że zajął zupełnie pierwszy plan. Marcepan stał się jedynie ich cieniem, cały czas będącym w pobliżu, ale już nie tak istotnym, ale ciągle podtrzymującym słodycz.

Za migdałami owocowa nuta pudru zmieniła się w śmietankowo-malinowy deser. Dołożył się do słodyczy, choć... zaczął też jakby przygotowywać grunt pod kwaśniejszy wątek.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w owocach pojawiło się trochę kwaśności - całej mieszanki, ale z limonką na pewno. Zgrała się z ostrymi wtrąceniami. Marcepan zaczął tracić na jednoznaczności... Na moment zanikł, acz wrócił jako echo. W dużej mierze wyparły go drzewa.

Drzewa rozgrzane słońcem podkręciły się z prażonymi migdałami. Ich duet zwieńczyły przyprawy. Nie było jednak bardzo pikantnie ze względu na swoistą rześkość... Wyobraziłam sobie zielone rośliny doniczkowe ogrzewane słońcem zza okna.

Prażony aspekt migdałów zaprosił pieczoną nutkę, która wywołała myśl o ciastkach korzennych. Jasnych, ale z przyprawami. Dominował słodko-ostry cynamon... który podkreślił miodową słodycz ciastek. Ciastek z migdałami! W oddali przemknęła dziwna nuta opony...

A mieszane owoce ograniczyły się do cytrusów. Kwaśność, która już nieźle się rozkręciła, zaobfitowała w pomarańczowy marcepan. Oto marcepan wrócił z nową siłą, acz już nie tak intensywny jak na początku. Wydawał się słodszy i soczystszy. Pojawiły się w nim jakieś inne kandyzowane cytrusy. Limonka i chyba jeszcze coś. Wspomnienie czerwonych owoców wydobyło grejpfruta.

Grejpfrut podkreślił z kolei drzewa i przyprawy. Wydały mi się bardziej goryczkowate. Rośliny dopowiedziały im świeże zioła - piołun? Z przypraw odnotowałam ziele angielskie, coś prawie gryzącego... imbir? W całej mieszance korzenności. Ogółem nie wyszło to więc mocno ostro-cierpko, bo tonęło w słodyczy.

Marcepan złagodniał. Zrobił się śmietankowy, a ja oczami wyobraźni zobaczyłam ni ciasto, ni tort z kremem śmietankowym i cienką warstwą marcepanu. Chyba cytrusowo-porzeczkowego. Ogólnie zrobiło się bardzo łagodnie, a migdały znów wyszły na przód.

Po zjedzeniu został posmak ogólnie cytrusowy, w tym konkretnie kandyzowanej limonki. Było kwaskawo, ale jednocześnie słodko wręcz nieco cukrowo. Wpisał się w to śmietankowy marcepan, migdały zatopione w śmietance. Słodkawe migdały lekko prażone też nieźle na koniec się zaznaczyły. A za nimi... delikatne ciastka? I jakby cierpkie drzewa. Czułam też pewną roślinność, świeże zioła, ogólną świeżość i jakby ciepło porannego, orzeźwiającego słońca. Rozgrzewało z ryzykowną słodyczą i imbirowym akcentem na języku.

Całość bardzo mi smakowała, acz mogłaby być mniej tłusta i nieco mniej słodka. Słodycz chwilami wydawała się lekko cukrowa, co czułam w kandyzowanych cytrusach. Marcepan, ogrom migdałów i ciastka, ciasto z marcepanowo-śmietankowymi warstwami z powagą drzew i sporą ilością ostrawych przypraw (cynamon, ziele angielski i imbir) i ziół (piołun?) to świetny splot. Echo czerwonych owoców wkomponowanych w coś słodkiego, potem więcej cytrusów (pomarańczowy marcepan, limonka, grejpfrut) wniosły soczystość, a doniczkowe rośliny rześkość. Pewne śmietankowe, łagodniejsze epizody nieco za bardzo to starały się wygłaskać, ale kompozycja i tak okazała się bardzo charakterna.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 19,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 2 listopada 2023

Ajala Single Origin Haiti Pisa 70 % ciemna z Haiti

Czeska marka Ajala (co w języku Majów znaczy "przebudzenie") nie zapisała mi się w pamięci w żaden szczególny sposób. Historia marki z Brna wydaje się... zwyczajna - grafik i lekarka rzucili swoje kariery i zajęli się czekoladą. Przypadek, pasja... co by to nie było, dobrze się stało, bo dzięki temu miałam, co odkrywać. Z paru zakupionych sięgnęłam po tabliczkę z kakao z Haiti, a więc region uprawy, który w moim odczuciu nie jest wyjątkowo smakowity, a samo środkowoamerykańskie państwo... hm, kojarzy mi się chyba tylko z wierzeniami hoodoo i... Tym, że jednak małą ilość czekolad stamtąd zjadłam - i nie zdobyły dziesiątek. Czy ta tabliczka miała to zmienić?

Ajala Single Origin Haiti Pisa 70 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Haiti, z regionu Grand Nord, od kooperatywy Pisa.

Po otwarciu poczułam się, jakbym wąchała gorący asfalt. Mignęła mi też nuta jakby... opony? Albo kiepsko ususzonej, zszarzałej figi? Mieszały się ze średnio mocno prażonymi orzechami, bliżej nieokreślonymi. Do głowy przyszły mi za to algi i rośliny ogółem. Były leciutko wytrawniejsze, choć całość cechowała słodycz. Kompozycję przesycały cytrusy, ale w wydaniu sorbetu. Z echem jakiejś... musującej oranżadki w proszku? W tle ukrywały się egzotyczne czerwone owoce. Pomyślałam też o jakby przydymionym karmelu, w konsekwencji czego wszystkie te owocowe ułożyły się w obraz daktylowego "miazgowego" batona (tzw. raw bar). Koniecznie z niejednoznacznymi, różnymi orzechami. Do tego było w tym wszystkim, zwłaszcza w cieple, coś słodko kwiatowego, roślinnego.

Podczas łamania tabliczka wydawała z siebie dźwięki kojarzące się z grubymi gałęziami. Była twarda i masywna, co też czuć.
W ustach rozpływała się bardzo gęsto, jakby esencjonalnie. Była gładko-kremowa i lekko tłustawa. Nieco soczysta niczym gęsty, mięsisty owoc. Taki... zmiksowany z pełną śmietanką. Cechowała ją masywność, a znikając leciutko ściągała, zostawiając lekko pyliste wrażenie.

W smaku pierwsza rozeszła się karmelowo-daktylowa słodycz. Była wysoka i jakby esencjonalna. Mimo że mowa o suszonych daktylach, cechowała je lekka soczystość. Wydźwięk słodyczy po chwili zaczęła łagodnieć za sprawą naturalnej słodyczy fistaszków.

Zagrały orzechy, znacznie więcej i różnych. Najwięcej czułam fistaszków, ale też trochę brazylijskich, laskowych... Na pewno były lekko pieczone i prażone. Fistaszki z czasem wtuliły się w gęsty, ciągnący karmel.

Odnotowałam dym. Przez moment jakby przygasił karmel, podkreślając też jego palony aspekt. Rozeszła się gorzkość. Pomyślałam o gorącym, parującym asfalcie. Gorzkość i jego ciepło w orzechach umocniło prażono-pieczony motyw.

Słodki karmel w tym czasie spoczął na słodkim, maślano-mlecznym nugacie. Ten zdawał się lekko łagodzić gorzkość. Zrobiło się trochę snickersowo (mowa o wyidealizowanym wnętrzu i jakby wariancie z ciemną czekoladą), a następnie słodycz się uspokoiła. Jednak w połowie rozpływania się kęsa nagle jakby wypłynęła z nową siłą i nieco zmienionym smakiem. Zaserwowała daktyle suszone i "miazgowego" batona typu raw bar z daktyli z orzechami, w tym w dużej mierze arachidowymi.

Goryczka i asfalt zasugerowały ciastka orzechowo-jaglane, sowicie przypieczone. Może nawet lekko przypalone po brzegach? 

W tle przemknęła soczystość. Owocom drogę otworzył cytrynowy sorbet, znacząco posłodzony, ale wciąż lekko kwaskawy. Cytryna otarła się chwilowo o jakby musującą oranżadkę w proszku, a potem dołączyły do niej mniej jednoznaczne nektarynki... Jakby suszone? Granat i czerwone winogrona? Coś czerwonego na pewno. Nie było jednak bardzo soczyście, o co zadbała lekko kwiatowa, kwiatowo-roślinna nuta. Jakby tak... zrobić jaglankę z wymienionymi owocami?

Suszone daktyle i te bardziej soczyście-egzotyczne wątki z czasem przełożyły się na obraz niedosuszonych fig. Albo takich kiepsko ususzonych, słodkich, a z kwaskiem o szarawym kolorze (ja akurat lubię, gdy na paczkę ze 2-3 takie się trafią). To, co błysnęło mi w zapachu i najpierw określiłam jako oponę, okazało się dziwacznymi figami suszonymi. Zaplątała się przy nich brudniejsza nutka... nawet trochę ziemi?

Goryczka ziemi, figi i daktyle orzechom podsunęły nutkę jakby... wytrawniejszo-słodkich prażonych alg. Goryczka wemknęła się do owoców na stałe, nieco je wyciszając, a zostawiając tylko skórkę cytryny i odrobinę daktyli i fig jako surowy bakaliowy baton z kakao i orzechami.

Po zjedzeniu został posmak nektarynkowo-cytrynowy, słodko-kwaskawy, ale wmieszany w wysoką słodycz karmelu i daktyli. Te osnuł dym, jakby unoszący się nad gorącym asfaltem. Były lekko goryczkowate.

Całość była smaczna i bardzo ciekawa. Karmel, niejasne początkowo orzechy, potem ten debiut nut rodem ze Snickersa, a w końcu debiut słodyczy daktyli i fig przełożyło się na smak bardzo słodki, jednak czekolada wcale taka tylko słodka nie była. Sporo w niej gorzkości pieczono-poprzypalanej, gorącego asfaltu. Podobały mi się wytrawniejsze, intrygujące roślinne wątki (algi) czy te raw-bary, ciastka jaglane - bardzo to niecodzienne. Odrobinka kwaśności cytrusów i żółto-czerwonej egzotyki też nieźle się sprawdziła, rozganiając przesłodzenie. I tak jednak w pewnym momencie słodycz robiła się ryzykowna.

Aż mi się przypomniała nieco ziemista, pełna fig, z nutami herbaty, orzechów i czerwonych owoców (wiśni, żurawiny) Chapon Haiti 75%. Miały w sobie coś podobnego - ten motyw suszonych owoców (w przypadku Ajali figi i daktyle), herbaciano-roślinny (w Chapon wyraźnie herbata, w Ajali rośliny, algi). Goryczka, mnóstwo słodyczy, a jednak jakieś kwaskawe przebłyski ułożyły się w dość podobny klimat.


ocena: 8/10
cena: cena półkowa to 39 zł (za 45 g; ja dostałam zniżkę)
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, syrop z surowego cukru trzcinowego

poniedziałek, 24 kwietnia 2023

Chapon Haiti ciemna 75 %

Na moje nieszczęście, im mniej zostawało mi czekolad Chapon, tym bardziej miałam na nie ochotę. Zwłaszcza, że jedną z nich była tabliczka z haitańskiego kakao, którego się zbyt często nie spotyka. Mimo że sam region nigdy szczególnie mnie nie zachwycił, tutaj sobie myślałam, że w wykonaniu Chapon... może to zrobić.

Chapon Haiti to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao z Haiti.

Po otwarciu poczułam orzechy laskowe, acz nie same w sobie a jako baza czekoladowo-orzechowego kremu-smarowidła (może w dodatku dosłodzonego miodem?), a także słodycz suszonych fig i maślanego karmelu. Wszystkie wydawały się słodziuteńkie. Miały w sobie także pewną łagodność, mieszającą się z ciepłem... Trochę palonym, trochę herbacianym. Do herbaty dołączyło sporo słodkich kwiatów (raczej suszonych), sugerujących dosłodzenie jej miodem. Nutka ziemi dbała o poważniejszy wydźwięk, a tu i tam pobrzmiewały czerwone owoce... Jakby zrobiono herbatę z nimi. Czułam soczysty kwasek... niby wiśniowy, ale wiśnie... były jakieś na maksa słodkie, jakby aż za słodkie jak na wiśnie. Wyłapałam też chyba pomarańcze.

Tabliczka była twarda i masywna, co przełożyło się na bardzo głośne trzaski podczas łamania. Kiedy kawałek uderzał - choćby leciuteńko - o drugi, stukał niczym gruba drewniana pałeczka pusta wewnątrz.
W ustach czekolada rozpływała się gęsto-kremowo. Częściowo zachowywała zbitość, wydając się jakby wręcz jędrną jak niektóre owoce, a częściowo pokrywała podniebienie mazistymi smugami. Przywodziły na myśl smar. Wszystko to robiła błogo powoli, coraz bardziej stając się po prostu gładkim i zbitym kremem, odlegle kojarzącym się z masłem.

W smaku od początku czułam wysoką słodycz suszonych fig. Rozeszły się śmiało, a zrobiły to na lekko kwaskawym tle.

Tło to składało się z początkowo niedookreślonego kwasku i suchej, rozgrzanej słońcem ziemi. Nadała poważnego charakteru całości, a potem tchnęła pewną suchość w kwasek, co zaobfitowało w kiepsko podsuszone, cierpkawe owoce. Między innymi figi, ale też czerwone... Suszone i kandyzowane? Prawie na pewno żurawina, ale w towarzystwie innych.

Gorzkość ruszyła szybko nie tylko rosnąć, ale też wkraczając wszędzie. Napływała z każdej strony, jednak mimo wszystko nie była smakiem wiodącym. W dużej mierze ziemista, zaserwowała też mnóstwo orzechów w skórkach... chyba głównie laskowych. Były delikatne (niemal maślane?) i słodkie (mimo że też gorzkie od skórek).

Do słodyczy suszonych fig dołączyła maślaność, po pewnym czasie stając się maślanym karmelem. Wydał mi się nieśmiały... delikatnie palony, ale jednak to było istotne. Myślałam o nim raczej jako o palonym cukrze. Kwasek go podkreślał - ten podkradający się do karmelu wydawał się bardziej kwiatowy, trochę figowy. Maślaność jak już się pojawiła, nie zamierzała odpuścić. Trochę więc trwała przy tym wątku, trochę zaglądała do innych.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa rozgrzana ziemia nieco odpuściła na rzecz herbaty. Gorzkawa, ciemna liściasta herbata musiała być zaparzona ze wspomnianymi już suszonymi i kandyzowanymi owocami. Jakimiś niedookreślonymi czerwonymi. Myślałam o wiśni, ale dziwnie słodkiej. Może to pod wpływem płatków kwiatów, jakie też znalazły się w naparze?

W pewnej chwili jednak orzechy, już mniej jednoznaczne z racji wszechobecnej maślaności, zaczęły przygłuszać herbatę, walczyć z nią. Uwypukliły za to cierpkość. Ta bezpośrednio z nimi związana przywołała myśl o mocno kakaowym kremie orzechowym z cierpkością kakao właśnie, a w owocach podkreśliła wiśnie.

Wiśnie i... niezbyt dojrzałe, kwaśne winogrona czerwone/różowe? Nagle wyłapałam też świeże figi. Wraz z nimi rozłożył się bukiet kwiatów. Oprócz wysokiej słodyczy, do której też się dołożyły, kryły lekki kwasek. Taki kwiatowo-roślinny... Możliwe jednak, że i jakiś cytrus się tam wkradł.

Herbata ostała się jedynie jako ciepło, w orzechach budząc prażoną nutkę. Znowu wyłoniły się wyraźnie laskowe. Rozgrzana ziemia z ochotą je przygarnęła i splotła z nimi. Czyżbym i dym wyłapała? Wszystkie wydawały się skąpane w słońcu. Do tego wyległa przy nich dość mocna maślaność, poniekąd przymilając się do orzechów (walcząc o wydźwięk orzechowego kremu?).

W oddali zamajaczyła wizja pomarańczy dojrzewających w słońcu i może właśnie kwiatów pomarańczy? Kompozycja nie szczędziła słodyczy kwiatów, zmieszanych z niezbyt jednoznacznymi owocami czerwonymi.

Posmak należał do rozgrzanej ziemi i prażonych orzechów (laskowych?), może wręcz dymu... ten łączył gorzkie nuty i owoce lekką cierpkością. Z owoców wyraźnie czułam kwaśne różowe winogrona i słodkie wiśnie, co na zasadzie kontrastu podkręciła silna maślaność. Całość wygładziły kwiaty i figi - jedne i drugie zarówno suszone i bardzo, bardzo słodkie, jak i świeższe, odrobinkę kwaskawe.

Całość bardzo, bardzo mi smakowała, ale dziesiątkowego szału nie zrobiła. Gorzkość rozgrzanej ziemi i orzechów, odrobina herbaty były cudowne, figi i suszone, i świeższe, ogrom kwiatów - także. Szkoda tylko, że słodycz nie kończyła się na nich. Karmel tu jakoś kiepsko wyszedł. Owoce czerwone, głównie wiśnie i czerwone winogrona, chwilami były... też jak nie one. A to aż nienaturalnie słodkie (jak kandyzowane), a to niedojrzałe czy, jak inne owoce, niedosuszone... A jednak dość poważny, ciepły wydźwięk sprawił, że wcale tak za słodko nie było. Lekki kwasek różnego pochodzenia był przyjemny, acz też nie zawsze dobrze wpasował się w resztę. Przeszkadzała mi wszędobylska maślaność. Na szczęście wszelkie minusy są małe.

Standout Chocolate Cap-Haitien Haiti 70 % była też herbaciana, ale o wiele bardziej. Do tego drzewna. Mimo to, Standout przegrała swoją "niegorzkością". Słodko-kwaskawe nuty czerwonych owoców i roślin (w przypadku Chapon nie było to oczywiste, Standout zaserwowała kwaskawe orzeszki piniowe) działały w podobny sposób. Czekolady niby inne, ale sporo je łączy.


ocena: 9/10
kupiłam: chapon.com
cena: 7,20 € (za 75g)
kaloryczność: 569 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 8 stycznia 2022

Fjak Sjokolade Nordic Collection 45% Melk Brunost / Milk & Brown Cheese mleczna 45 % z Haiti z kozim serem i solą morską

Jak najpierw zachwyciłam się marką Fjak za sprawą 68 % Mork India, tak później czekały mnie już same rozczarowania. Szkoda. I tak jednak mlecznych czy tych z dodatkaminie miałam zamiaru próbować. Skusiłam się na dzisiaj przedstawianą tylko dlatego, że ciekawią mnie regionalne smaki, a ta właśnie taka była. Pochodzi z nordyckiej linii, która właśnie prezentuje norweskie przysmaki. Lubię niecodzienne połączenie czekolady i sera (tylko jako tabliczki z serem - jedzenia tak nie łączę), ale właśnie też dość regionalna, acz polska oscypkowa Beskid mnie zawiodła. Liczyłam, że skandynawska opcja jakoś nasyci moją ochotę na czekoladę z serem. Dopiero parę dni przed degustacją poczytałam (a dokładniej przypominając sobie, bo jak się okazało, lata temu już o tym serze czytałam), że dodany ser to brązowy kozi Brunost - charakterystyczny dla Skandynawii. Do produkcji tej czekolady użyto wyrobu mleczarni Undredal Stølsysteri ze wsi Undredal (leży ona wzdłuż fiordu Aurlandsfjorde). W procesie wytwarzania tego sera dochodzi do krystalizacji laktozy, co odpowiada za to, iż ser przypomina karmel. Ponoć i z wyglądu, i smaku. Trochę szkoda, bo liczyłam na wytrawny ser (lubię wytrawne albo nasz biały, czysty twaróg), ale to już mój błąd... Poza tym - w sumie i tak chciałam poznać ten ser.
Kakao do tej czekolady zakupiono od kooperatywy PISA.

Fjak Sjokolade Nordic Collection 45% Melk Brunost / Milk & Brown Cheese to mleczna czekolada o zawartości 45% kakao z Haiti, z okolic miasta Cap-Haïtien z brązowym serem kozim Brunost i solą morską.

Po otwarciu poczułam delikatny, słodki zapach o głęboko mlecznej podstawie. Mieszały się w niej śmietankowe, niemal twarożkowe akcenty. Słodycz odebrałam jako należącą do śmietankowo-maślanego, łagodnego karmelu... wręcz toffi. Oblekało siankowo-orzechowy, bardzo naturalny wątek, który przybrał na znaczeniu po przełamaniu i w trakcie jedzenia. Wtedy też zdarzyło się pomyśleć o tej kompozycji jako o maślano-krówkowej.

W dotyku tabliczka zdradziła tłustość, acz łamała się z lekkim pykanio-trzaskaniem. Była twardawa, a jednocześnie krucha. W proszkowym przekroju widać beżowo-złoty ser w ilości niedużej, co jest złudne (zakamuflował się, w czym pomógł mu w istocie brązowy kolor - tak, wyjęłam z ust, by sprawdzić; wydaje mi się, że kawałki poprzybierały różne odcienie od złota do brązu - 50 twarzy sera normalnie!).
W ustach czekolada rozpływała się raczej powoli, ale z ochotą. Cechowała ją wysoka, śmietankowo-maślana tłustość. Miękła, udając aksamit i gęsto zalepiała usta. Powoli odsłaniała integralnie rozpływającą się sól oraz kawałki sera, którym została sowicie wypełniona. Były głównie mikroskopijne, choć i parę większych, też pojedynczych słupków się zdarzyło. Nie da się zrobić kęsa, by na drobniutkie grudki nie trafić. Odbiegając od nich, czekolada była chyba niemal idealnie gładko-maślana (choć przez nie nie mogę stwierdzić z całą pewnością; wydaje mi się też, że gdyby nie one, rozpływała by się szybciej, więc jestem bardzo z nich rada).
Zdarzyło mi się w trakcie rozpływania się czekolady nadgryźć któryś z jedynie początkowo twardawych kawałeczków sera, jednak wolałam większość zostawić, aż czekolada zniknęła. Dały się poznać jako dość kruche jak suchszo-kruche krówki. Podsysane rozpływały się jak to... fuzja kruchej, grudkowej krówki z domieszką suchawo-kremowego, średnio tłustawego sera (jak cheddary?). Trochę rozpływały się wraz z czekoladą, ale sporo jako przyjaźnie rzężące grudki zostało po niej. Rozgryzanie ich przypominało rozgryzanie grudek krówek lub takich kryształków z niektórych twardych serów. Jedząc... doszłam do wniosku, że tabliczka całościowo kojarzy się z serem gładko-tłustym, kremowo-maślanym, a wypełnionym rzężącymi grudko-kryształkami.

Czekolada przywitała się niebezpiecznie wysoką słodyczą delikatnego karmelu i jasnego miodu. Może to leciutko karmelizowany miód? Tak jednak minimalnie, że aż podchodzący pod toffi. Słodycz rosła bez kompromisów.

W tym czasie polała się maślano-mleczna fala. Była naturalna, niemal sielska i wiejska. Pełne mleko wydało mi się aż śmietankowe, trochę siankowe i... ze słonawą sugestią. Odnotowałam kozią nutę. Wydaje mi się, że czekolada stworzyła iluzję koziego mleka, co podkręcił dodatek, którym przesiąkła.

Baza przejawiała wysoką maślaność, chwilami wydając się maślano-orzechową jak bardzo słodki nugat z pudrową słodyczą (cukru pudru, ale jakby lekko karmelizowanego?). Słodycz cały czas rosła bez oporów. Prędko zaznaczyła swoją obecność w gardle, ale na szczęście także palenie się nasilało. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o solonym karmelu i... może orzechach karmelizowanych w miodzie i soli...? Maślano-karmelowym popcornie! Zdecydowanie słonym; to podkreśliła cierpkawość, wplatająca... kozi akcent? Zahaczający o krówkę? Tak! Nugat zmienił się w kruche, rozpadające się na grudki i zasładzające krówki.

Smaki słonawo-karmelowy i kozi z czasem wyszły niemal na przód. Czułam przy nich lekką cierpkość, podkreślającą kakao, choć była ewidentnie koziego pochodzenia. W splocie tym doszukałam się kwasku twarożkowego... aż soczystego? Soczystego sera? 

Bliżej końca czekolada wydała mi się jeszcze bardziej i bardziej słodka: toffi, miodowo-karmelowe sploty wciągnęły krówkę. Maślano-mleczna całość, serowo-śmietankowa nutka jakby podsyciły jej... cukrowy i trochę wilgotny element. Ten wątek poniekąd kontynuował ser. Wydaje mi się, że na zasadzie kontrastu chwilami wyraźnie pojawiająca się sól, podbiła słodycz całości.

Ser rozpuszczając się z czekoladą pod koniec zdradzał lekką, maślaną karmelowość i słoność. Przy nim kwaskawo-kozia mgiełka była łatwiejsza do wyłapania. Nie zapomniał o mleczności, w tym koziej. Gryziony wyszedł mniej słodko, a bardziej neutralnie. Właśnie łagodnie mlecznie kozi mi się wydał. Chwilami jednak wystąpił w towarzystwie dość mocnej słoności (pewnie zależy, jak się kawałki rozłożyły). Dopiero potem z nutką soczystszą, cierpkawą i... trochę serowo kozią.

Po zjedzeniu został posmak karmelowej, mocno maślanej czekolady z wyraźnym, acz nienachalnym kozim motywem. Czułam ser... zmieszany solą z karmelem, maślano-karmelowy popcorn; ser... twarogowo-cheddarowy, powiedziałabym. Przez kontrast było mi też po prostu za słodko. W zasadzie już dwie-trzy kostki bardzo mnie zasłodziły, acz zjadłam więcej, "bo droga i ciekawostkowa".

Całość wydała mi się w miarę ciekawa (trochę jak krówkowa tabliczka?) i "ostrożna", całkiem smaczna. "W miarę", bo jednak... idzie się z nią tak "obyć", że staje się nudna (a przynajmniej niewarta ceny), a bez rewelacji, ochów i achów. Kozia, ale dałabym sobie wmówić, że nic koziego w niej nie było, a że to tylko taka "naturalność ciemnych mlecznych". Przesadzona słodycz mimo że krówkowo-karmelowa, męczyła mnie. Motyw solonego karmelu idealnie tu pasował (więc za nic soli bym się nie pozbyła), ale jakoś jej nie zneutralizował. Cierpkawa, serowo-twarożkowa wydała mi się jednak zaskakująco łagodna jak na kozio-serową kompozycję. Żałuję też, że była aż tak maślana, jednak... Ta bazowa maślaność też w pewien sposób budowała sielsko-krówkowy klimat (ekhem... kozy, krowy - dobrze, że bydła nie narobiły). W sumie nie wiem, czy w ciemno powiedziałabym, że jest z serem - mooże bym nieśmiało myślała. Niby dla mnie za słodka i za tłusta, ale jako ciekawostka do zjedzenia... choć pod koniec już męcząc słodyczą (i nudą?), przez co pasek powędrował do Mamy (początkowo założyłam, że np. zostawię jej kostkę, bo chciałam nabrać, że to czekolada z krówką czy coś; słodycz jednak mnie zmogła i znudziła). Obstawiam, że ten ser już taki jest: słodko-karmelowy, więc pewnie nie miał szans wyjść inaczej, ale całość była zdecydowanie za słodka. Może lepiej by wyszła mniej słodka, a bardziej mleczna i z większą ilością kakao? Albo... z porządniejszymi kawałkami sera? By serowość aż tak nie ulatywała?
Mama orzekła: "Faktycznie słodka, w sumie nawet dla mnie. Chwilami tak coś czułam, ale nie mogłam złapać. Toffi, krówka? Chyba toffi jednak bardziej. Nie wiem jednak, co dziwnego zostawało na koniec. Jakby taka delikatniutka sól? Solony karmel? Niepotrzebna tam ta sól, bo tak to całość smaczna". Gdy jej powiedziałam, że to ser kozi, odpowiedziała, że za nic w świecie by nie zgadła. 


ocena: 6/10
cena: 49 zł (za 53 g - cena półkowa)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

 Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, brązowy ser kozi, sól morska

sobota, 27 listopada 2021

Standout Chocolate Cap-Haitien Haiti 70 % ciemna

Zawsze kiedy słyszę doniesienia o kataklizmach w krajach uprawy kakao, wyjątkowo mi smutno. Może to i dość samolubne, ale co ja na to poradzę? Haiti właśnie od kilku lat głównie z kataklizmami mi się kojarzy, z kakao za to... niekoniecznie. Wszak to obszar niewielki, więc i nie dziwne, że nie obfity w kakao. Ale... czy ciekawy w nuty? Hm... w sumie na ten moment chyba zjadłam za mało, by orzec, ale niczego stamtąd wyjątkowego nie kojarzę. Pamiętam, że jedzone były po prostu przyjemne, ale żeby się w tym regionie zakochać? To to nie. A jednak czułam, że Standout zmajstrowało coś smakowitego. Kakao zostało zakupiona od kooperatywy PISA, której to nazwa raz po raz mi się już przewijała przed oczami.

Standout Chocolate Cap-Haïtien Haiti 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Haiti, z regionu miasta Cap-Haitien; fermentacja ziaren trwała 6-7 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie na słońcu 5-7 dni.

Po otwarciu poczułam zapach delikatnego wina o podszyciu czerwonoowocowym; także właśnie samych czerwonych owoców i orzechów. Do głowy przyszły mi piniowe, zapraszające mnóstwo drzew iglastych. Oczami wyobraźni widziałam ich korę, przyzwyczajoną do surowych warunków i zaciągałam się rześkością, jakie niosły wiecznie zielone igiełki. Mieszały się z soczystością owoców, a w trakcje degustacji splot ten przeszedł częściowo w kwiaty: zwiewne, lekkie, acz wonne. Mignęły mi krzaczki truskawek... blisko ziemi, z roślinną nutką, ale i wytrawniejszym akcentem. Między tym wszystkim przewijał się dość dosadny, wytrawniejszy i poważniejszy dym, pilnując, by całość trzymała się szlachetnej ciemnoczekoladowości.

Twarda tabliczka przy łamaniu raczyła trzaskami, będącymi muzyką dla uszu. Wydawała się zbita, masywna.
Także w ustach okazała się masywna i konkretna. Rozpływała się długo i kremowo, eksponując swoją tłustość. Była gęsta i maziście-lepka, jakby wilgotna jak gładki sernik, którego jedyną wadą jest wysoka tłustość. Wydała mi się przy tym definicją gładkości. Na szczęście jednak nie brakowało jej też soczystości, nieco tłustość osłabiającej. Sprawiała jednak, że czekolada znikała nagle na soko-wodę, lekko ściągając.

W smaku pierwsze swoją obecność zgłosiły słodkie czerwone owoce. Zaraz wytoczyły też odrobinę kwasku - hibiskusa? Pomknął w stronę naparu / herbaty i tam rozgościł się na dobre.

W tym czasie słodycz podskoczyła. Mignęła pudrowym echem, a ja pomyślałam o słodkich, miękkawych truskawkach... i trochę niewydarzonych poziomkach? Chwilami wciąż mrugały do kwasku, bo na ich krzaczkach nie brakowało tych jeszcze niedojrzałych, ale ogólna słodycz zdawała się nie zwracać na nie uwagi. Wyłapałam chyba jeszcze czereśnie - te czerwone, słodkie i dojrzałe nieco mniej.

Słodycz z czasem wydała mi się lekko karmelowa, choć wciąż mocno związana z owocami. Jeśli karmel to... jakiś łagodny, maślany i doprawiony wanilią.

Owoce prędko częściowo stały się naparem. Hibiskus roztoczył przede mną obraz czegoś parującego, czerwonego... Herbaty bez dwóch zdań. Owocowej? Taak, ale nie tylko. Była raczej słodka... nieco waniliowa z kwiatową mgiełką? W połowie rozpływania się kęsa pomyślałam konkretnie o grzańcach herbacianych. Raczej bezalkoholowych i... o mieszankach herbat, a więc liściach z różnymi suszonymi owocami i kwiatami.

Za herbatą dość szybko zaznaczyły się drzewa. Pobrzmiewały w tle, jednak kiedy słodycz zaczęła robić wybiegi inne, niż owocowe, one się także poruszyły. Drzewa mieszały się z liśćmi herbaty, a w drugiej połowie rozpływania się kawałka podkreślił je dym. Nie była to jednak nuta stricte palona, raczej... niosąca ciepło... Może lekko korzenna? Ocieplająca te drzewa, nie paląc ich. Dym... raczej prześlizgiwał się wśród nich w poszukiwaniu... orzechów? Drzewa - raczej iglaste - zawarły w sobie świeżość i rześkość. Pomyślałam o krzewach z listeczkami i kolcami (akacji?)... orzeszkach piniowych... Wszystkie one dozowały mi po trochu kwasku. Wyobraziłam sobie dziwaczny, mało słodki sok z drzew... nalewkę? Rozgrzewającą...

I to rozgrzanie i kwaski zmieszały się z herbacianymi grzańcami, podbite poważniejszą nutą drzew, w końcu przedstawiając się jako wino różowe (moje wyobrażenie, bo chyba nigdy go nie piłam). Miało nuty czerwonych owoców, może i truskawek... ale także kwiatów. Rozmaitych, raczej lekkich. Podtrzymały swoistą zwiewność herbat. Napary / nalewki kwiatowe? Przybrały na słodyczy. Pod koniec wydała mi się wyraźnie waniliowa. Jasne kwiaty wanilii i jej czarne kropeczki były niemal drapiące w gardle i w nosie. Wprowadziły złagodzenie, że o gorzkości trudno nawet myśleć.

Drzewa i kwiaty podsyciły jednak w owocach cierpkość. Może trochę porzeczkowate... wciąż z podszyciem delikatnego wina (już raczej czerwonego niż różowego?) pod koniec zmieszały się z  drzewami i ich korą. Szyszkami? Prażonymi orzechami? Wszystko to wyszło lekko cierpko, ściągając pod koniec.

Tak, że po zjedzeniu został posmak delikatnych czerwonych owoców i nieco winno-grzańcowo-herbaciane echo. Czułam dużo drzew, orzechów, podrasowanych nieco dymem i niosących ciepło. Lekko prażony motyw nadał im korzennego akcentu.

Całość smakowała mi, mimo że nie była wyjątkowo dynamiczna czy głęboka. Niegorzka, głównie słodka i z drobnymi, soczystymi "słodko-kwaskami". W zasadzie jej nuty wydawały się aż zawoalowane, mało jednoznaczne, ale... bardzo przyjemne. Orzechy piniowe i drzewa oraz herbaty, kwiaty nasączone hibiskusem, czerwonymi i słodkimi owocami to splot lekki i rześki, mimo nieco za silnej słodyczy. Ta wydała mi się częściowo owocowa, mocno waniliowa, taka też... roślinna? Zwiewny wydźwięk - to ją ratowało.
Konsystencję też wolałabym nieco inną, acz tłustość i szybkie znikanie jakoś tam się wybroniły dzięki lekkości, soczystości i kremowości.

Wiśnie, drzewa, kwiaty, orzechy i dym, z czasem wino czułam także w obłędnej GR Haiti 80 %, która jednak była o wiele charakterniejsza (kwestia zawartości kakao). W tamtej słodycz kojarzyła mi się z miodem gryczanym, więc też nie była taka czysta; podobnie jak owoce - wyraziste wiśnie GR kontra hibiskus, truskawki i czereśnie Standout.
Nie wiem za to, gdzie tu wg producenta niby mają być czarne oliwki - cieszę się, że ich nie czułam (może te drzewa-kory?), bo nie pasowałyby.


ocena: 8/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

sobota, 3 października 2020

Georgia Ramon Haiti Trinitario & Criollo 58 % Milk Chocolate mleczna z Haiti

Im więcej różnych propozycji tej marki próbowałam, tym moja miłość do niej jakoś malała. Ok, czyste ciemne wciąż mnie zachwycały, ale mlecznym czy z dodatkami zawsze "czegoś" w moim odczuciu brak. Tak przynajmniej było do momentu, gdy to właśnie mleczna GR Shadow Milk Dominican Republic 75  % dosłownie rozkochała mnie w sobie. Już dawniej, gdy odkryłam, jak boska jest GR Haiti Trinitario & Criollo 80 %, uznałam, że muszę ją zestawić z mleczną. Teraz tylko nabrałam pewności co do tego. Bardzo cieszyło mnie, że marka nawet przy takich nie oszczędza na kakao. To o nie mi zawsze bowiem chodzi, gdy zasiadam do czekolady.

Georgia Ramon Haiti PISA Farmers Trinitario & Criollo 58 % Milk Chocolate to ciemna mleczna czekolada o zawartości 58 % kakao trinitario i criollo z Haiti.

Po otwarciu poczułam delikatny, acz wyrazisty w wydźwięku zapach mleka i żółto-czerwonych... chciałabym napisać: "owoców", ale właśnie raczej landrynek o ich smaku, a dopiero potem owoców autentycznych. Te trzymały się bowiem lekkiej pudrowości. Tak czy inaczej, do głowy przyszły mi słodkie brzoskwinie i cytryny. Cechowała je niemal kwiatowa lekkość. W tle zaznaczyła się subtelna wytrawność orzeszków ziemnych, raczej surowych. 

W dotyku tabliczkę odebrałam jako tłustą, choć przy łamaniu zachowywała się jak niezła ciemna. Trzaskała, była twarda i nawet przekrój miała ziarnisty jak niektóre ciemne czekolady.

W ustach potwierdziła się jej twardość; rozpływała się powoli i średnio chętnie. Była bowiem zwarta i zbita, istotnie tłusta w sposób pełny. Przypominała chłodne masło, powoli zmieniające się w zapychający budyń z pełnego, tłustego mleka. Pozbawiona była jednak jego gładkości. Wykazywała proszkowość w sposób, który skojarzył mi się z zamszem. Nabierając rzadkości nieznacznie miękła i zalepiała. Tworzyła jednak raczej zawiesinę wokół miękkiego, lecz do końca zwartego "rdzenia".

Już robiąc pierwszego kęsa poczułam, jak w ustach rozlewa się tsunami mleka. Z racji wyrazistości, swoistej pełności bez problemu znalazło się na pierwszym planie. Naturalne i tak tłuste, że aż w końcu udawało śmietankę.

Szybko jednak zaznaczył się za nią neutralniejszy wątek. Rozchodził się na dwa.

W zasadzie niemal równo z mlekiem odezwała się pudrowo-kwiatowa, lekka i rześka słodycz brzoskwiń. Owocowa nuta tchnęła soczystość. Po słodyczy tychże przyszła pora na sugestię kwasku cytryny. Pomyślałam też o jakiś czerwonych owocach, ale w kwestii owoców dominowały brzoskwinie. I to w końcu tak słodkie, że aż mało wyraziste w smak... może w jakiejś zalewie? Jasnym miodzie?

Neutralność z drugiej strony obudowała mleko orzechami. Wydały mi się lekko fasolowo-papierowe w wydźwięku, ale niezaprzeczalnie były to orzechy ziemne. Surowe fistaszki rozkręciły orzechową nutę tak, że mieszając się z mlekiem mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa stały się jednością. W pewnej chwili doszukałam się lekkiej goryczki, ale żadna z nut jej nie podłapała. Mieszanina mleka i orzechów przełożyła się na skojarzenie z serem, ponieważ maślaność też chciała coś ugrać.

Po orzechach i tych wytrawniejszych nutach część owoców zmieniła się w bardziej suszone, acz wciąż trochę kwaskawo-soczyste sztuki. Pomyślałam o słodkich rodzynkach, które wciąż z jakimiś kwiatami kręciły.

Po wszystkim pozostał posmak mleka i nijakich fistaszków, jak również owocowość... bardziej jednak jako rześkość kwiatowo-pudrowa niż coś konkretnego. Znów też jakieś czerwone mignęły, takie może lekko ściągająco-cierpkie. Do tego dołączyło poczucie tłustości śmietanki na ustach.

Mnóstwo orzechów i kwiatów czułam także w ciemnej GR Haiti 80 %, jednak mleczna ewidentnie oparła się... na mleku właśnie. Ciemna zaserwowała bowiem więcej wiśni i dymu, a jej słodycz wydawała się głębsza i goryczkowata niczym miód czy suszone figi (w mlecznej to bardziej rozmyte suszone rodzynki).

Mleczna wyszła... właśnie po prostu mlecznie, śmietankowo z drobnymi nutami (orzechy, brzoskwinie) i nudno. Jej słodycz odebrałam jako owocową, prostą i tak wymieszaną ze śmietanką, że owszem, bardzo niską, ale jednocześnie niegłęboką. Odebrałam ją jako niewyróżniającą się czekoladę. Jako wersję ciemnej z wyciętymi właśnie tymi nutami, którymi tamta mnie w sobie rozkochała.

Mnie osobiście bardzo szybko zaczęła nudzić. Kakao niewiele, smak nieciekawy... W konsekwencji podczas degustacjo-uczty zjadłam 1/4, liczyłam, że jakoś się wciągnę, ale nie (wolałam dojeść czymś smacznym)... Poczęstowałam Mamę, licząc, że mnie wybawi od problemu i będzie chciała przygarnąć... Nie chciała. Stwierdziła: "Nudna, powoli się rozpływa, nic tu w niej prawie nie czuć jak ty zawsze tak wyczuwasz. No, gorzka nie jest, ale słodka też nie bardzo. Raz to mi tylko jakiś kwasek, cytryny może, mignął, ale zaraz zniknął. Potem myślałam, że może w jakieś toffi to pójdzie, ale też jednak nie." Wspólnie stwierdziłyśmy, że ta czekolada upuszczała smaki jakby chciała, a nie mogła. No i zasreberkowałam - miałam ambitny plan skończyć na uczelni czy coś, ale się nie powiódł, bo przeszliśmy wtedy na tryb zdalna, a czekolada była po prostu męcząca.


ocena: 5/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 20,99 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy