Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolfin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolfin. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 lipca 2026

Dolfin Noir 73% Cacao Origines Papouasie Nouvelle Guinee Dark Chocolate ciemna z Papui-Nowej Gwinei

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę czekoladę, poczułam, jak przyspiesza mi serce. Mam sentyment do tej marki, bo przyłożyła się do zaciekawienia odkrywaniem ciekawych czekolad. Czyste czekolady jednak dotąd, np. Dolfin noir 88 % Cacao, niezbyt Dolfinowi wychodziły. Może wzięli się do roboty, nauczyli się? Pełna nadziei zamówiłam wszystkie czyste, które były dostępne w sklepie. Niestety razem z nimi kupiłam parę nowości z dodatkami i te już zdążyłam zjeść, a one mnie zwyczajnie rozczarować. Zaczęłam się więc bać, że i z tymi może być podobnie. Zaczęłam od bardziej obiecujacej.

Dolfin Noir 73 % Cacao Origines Papouasie Nouvelle Guinee Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 73% kakao z Papui Nowej Gwinei.

Po otwarciu poczułam mocno palony, gorzki zapach, kojarzący się z kakaowym, trochę murzynkowym ciastem kakaowym, w którym nie brakowało słodyczy i... orzechów laskowych? Słodycz i gorzkość wydały mi się bardzo zgrane, wyważone. Słodyczy dokładało sporo owoców suszonych: bardzo słodkich, niemal czysto słodkich moreli, śliwek i fig, bez choćby cienia kwasku. Mieszały się z kwiatami i wanilią, którą podkręciła subtelna maślaność. Gorzką kakaowość zaś chyba odrobinkę podbiało coś niemal pieprznego.

Czekoladę zapakowano zupełnie inaczej niż znane mi Dolfiny. Marka odeszła od opakowania, które przypomina elegancką kopertę, na rzecz zwykłego kartonika. Szkoda.
Tabliczka w dotyku wydała mi się pylista i zarazem tłusta. Przy łamaniu dała się poznać jako bardzo twarda i głośno trzaskająca. Jej brzmienie sugerowało pełnię i konkret. Gdy zaś robiłam kęsa, odnotowywałam w niej nieco pyliście-trzeszczący motyw.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, przedstawiając się jako kremowa, średnio tłusta w maślany sposób. Kryła w sobie nieco pylisty efekt, sprawiający, że nie była idealnie gładka. Trochę miękła, roztaczała smugi, a które czasem wkradła się marginalna wodnistość. Nie zaburzyła jednak kremowości. Nie zrobił tego też marginalny, pylisty efekt. Czekolada zostawiała suchawe wrażenie w ustach i nieco tłuste na ustach.

W smaku pierwszy rozszedł się wątek o łagodnym charakterze, maślano-bananowy, tworzący tło. Ustanowił średnio wysoką, wyraźną słodycz, która potem płynęła spokojnie, rosnąc tylko trochę.
 
Po chwili zaznaczyła się cierpkawa goryczka o palonym charakterze.

Nim się jednak bardziej rozeszła, w słodkiej strefie obecność zgłosiły... kwiaty? Kwiaty suszące się...? Suszone owoce! Przede wszystkim jasne, bardzo miękkie i słodkie suszone figi. Figi słodkie w niemal miodowy sposób, do których po chwili dołączyły też inne owoce suszone... A w każdym razie figi straciły trochę na jednoznaczności.

W tym czasie nasiliła się gorzkość. Zahaczała trochę o proste kakao w proszku, za sprawą którego motyw bananowo-maślany przeszedł w kakaowego murzynka, tylko że właśnie nieco "zdrowszego", bo bananowego. Ciastowy wydźwięk zwieńczyła wanilia.

Palona gorzkość umacniała paloność, jakby nie umacniając już poziomu gorzkości. Była raczej średnia i pilnowała się, by nie wyjść za dosadnie. W paloności rozgościły się palone ziarna kawy. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za ich sprawą maślaność zmieniła się w orzechy.

Posypały się głównie naturalnie słodkawe orzechy laskowe, trochę urozmaicone arachidami. Prażone, niektóre w skórkach, przypominających o goryczce, inne bez, a więc słodsze. Zrobiło się orzechowo-prażono.

Na falach raz po raz nieco rosnącej słodyczy do suszonych fig zakradło się trochę prawie zupełnie czysto słodkich suszonych śliwek. Śliwek, które... pretendują do lekkiego kwasku? Za waniliową słodyczą i paloną gorzkością kawy przewijała się nieśmiała soczystość. Na moment nawet nieco mniej nieśmiała. W tle kręciło się coś niepodważalnie soczyście owocowego... teraz już czerwono owocowego? Tak jednak delikatnego, że trudno było dookreślić, czy te czerwone owoce też są suszone (raczej tak?), czy niekoniecznie.

Orzechy zatonęły zaś w maślaności, która odzyskała wpływy, zgrywając się z wanilią. Stworzyły wizję biszkoptowego ciasta typu "chlebek", z którego jednak uciekł motyw bananowy. To raczej jakby maślany keks, ale z samymi orzechami, bez bakalii.

A bakalie... w sensie suszone owoce jakoś się chyba ewakuowały.
Suszone owoce stawały się coraz bardziej niedookreślone. Przeszły bardziej w po prostu słodką soczystość, tęsknie zerkającą na kwasek, jako że słodycz zaserwowała wanilię, która to zaczęła miarowo umacniać swe wpływy. Wanilia przysłaniała suszone owoce i kwiaty. Połączenie tego wszystkiego w pewnym momencie jakby jeszcze spróbowało poudawać miód, ale wanilia w końcu wygrała. Zrobiła się trochę męcząco drapiąca i za ciężka. Acz właśnie w tym drapaniu... próbował utrzymać się miód.

Cierpkość palonej kawy raz po raz wydawała się robić aluzje do kakao w proszku, acz po tej soczystszej chwili, zaczęła wydawać się trochę wręcz pieprzna, konkretniejsza.

Po zjedzeniu został posmak palonych, nie jednak mocno gorzkich ziaren kawy oraz maślano-ciastowy, jakby chlebko-keksu z orzechami głównie laskowymi, intensywna wanilia, zgrana z ciastowym motywem i delikatne soczyste echo. Łączyło czysto słodkie figi i i czerwone owoce. Cierpkość zaś błądziła od mocno kakaowego murzynka (bananowego?) do ziaren kawy.

Czekolada wyszła całkiem smacznie, jednak mam żal do producenta o ten ekstrakt z wanilii. Zagłuszył słodkie nuty, w których było sporo suszonych owoców. Miał pewnie uszlachetnić cukier - poniekąd mu się to udało, bo to, że dodano tu biały, nie dawało się we znaki, ale i na kakao miało to wpływ. Kwiatowo-bananowo-figowe nuty budowały raczej słodki obraz, a murzynkowo-bananowe ciasto, maślaność i orzechy głównie laskowe z ochotą na słodycz przystały. Jedynie palona kawa i ogólnie silna paloność zgłosiły coś mocniejszego dla przeciwwagi. Wyszło to smacznie, acz prosto przez nieco za mocne palenie. Żałuję też, że soczystsze motywy nie rozwinęły się bardziej.
Szkoda, że skoro Dolfin zabiera się za czekoladę z danego regionu, tak mocno praży kakao i dodaje tyle wanilii. Wanilia przesłodziła, gdyby nie ona, całość miałaby 8. A kto wie, czy z innym cukrem i mniej palonym kakao, nie zgarnęłaby 10.

Kwiaty, banany, "suszone nuty", trochę czerwonych owoców, czekoladowy deser z chili, corn flakesy z orzeszkami, maślano-bananowe ciasto  MORO Markham Papua-Nueva Guinea 75 % rozkochały mnie w sobie i w pewnym sensie podobne nuty wystąpiły w dziś prezentowanej. Trochę uproszczone, trochę inne, ale podobne. Kakaowe, trochę przypalone ciasto murzynek z owocami, wiśnie, śliwki i banany z Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Organic Belgian Chocolate także trochę się kojarzyły z dziś przedstawianą, ale i ta była smaczniejsza.


ocena: 7/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 592 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, naturalny aromat waniliowy

piątek, 24 kwietnia 2026

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Noisettes & Cafe ciemna 60 % z orzechami laskowymi i kawą

Połączenie dodatków w tej czekoladzie wydało mi się bardzo ciekawe i niecodzienne, mimo że w zasadzie w tej tabliczce spotkały się najzwyklejsze, często spotykane smaki. Zarówno orzechy laskowe, jak i kawa, często występują w czekoladach, ale razem? Oj, tu aż nie potrafię przypomnieć, kiedy coś takiego jadłam. Niestety, nim zabrałam się za dziś przedstawiana tabliczkę, przejadłam w tym roku tyle zwyczajnie w porządku - a nie zachwycających jak liczyłam - Dolfinów, że na tę tabliczkę zaczęłam patrzeć bez większych nadziei, a raczej dość obojętnie. Wzięłam ją w góry, na Czerwoną Ławkę, na którą tym razem weszłam niestandardowo, bo od strony Zbójnickiej Chaty (do którego oczywiście doszłam niebieskim szlakiem ze Starego Smokoveca przez Hrebienok). Swoją drogą, utwierdziłam się w przekonaniu, że ta pętla robiona w ten sposób jest łatwiejsza (po okrutnie stromym fragmencie pełnym sypkich kamieni i żwiru wolę wchodzić, a po łańcuchach schodzić). Nasiedziawszy się na czerwonej desce, nacieszywszy się widokami, ruszyłam do Rázcestie pod Sedielkom.

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Noisettes & Cafe to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z kawałkami orzechów laskowych i ziaren kawy.

Po otwarciu rozszedł się dominujący zapach kawy. Niewątpliwie była to kawa ziarnista, palona i gorzka, jednak ogół wcale mocno gorzki się nie wydawał. Kawę osłodził bowiem motyw syropu, likieru. Kawowego i/lub do kawy. Słodycz z palonością kawy sugerowała karmelizowanie. Bez trudu da się rozpoznać, że kawa wystąpiła jako dodatek, ale wydawała się też mieszać z kawową czekoladą. Orzechy nie zdradzały swej obecności.

Twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała średnio głośno, przeciętnie i zdradzała lekką kruchość. Ziarnisty przekrój zdradzał małą ilość drobnych kawałków orzechów. Z zaskoczeniem odkryłam, że trudno, odgryzając kawałek, nie zahaczyć o jakiś dodatek. Kawa bowiem też wystąpiła w postaci kawałków, tylko że w przekroju trudno ją dostrzec. Acz gryząc uważnie, da się odgryźć trochę samej czekolady.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo, powoli. Przedstawiła się jako gęsta i maślano tłusta, a dodatki starała się długo zachować dla siebie, jednak zaznaczały się na języku. Czekolada maziście pokrywała podniebienie, a kawałki orzechów i kawy powoli się z niej wyłaniały. Trochę przyspieszały jej rozpuszczanie się. Znikała nieco wodniście.
Ze względu na to, jak mocno osadzone w czekoladzie kawałki zostawały niemal do końca, wolałam zostawiać je na czas, gdy baza się rozpłynęła, zamiast gryźć wcześniej. Wcześniej spróbowałam tylko z ciekawości. Wtedy kawa i orzechy były twardsze w nieco szklisty sposób, a czekolada wydawała się ulepkowata.
Okazało się, że do czekolady dodano głównie małe i malutkie kawałki orzechów laskowych i ziaren kawy. Zdarzały się też średnie - częściej kawałki kawy. Ta wystąpiła też w postaci drobinek - wręcz punkcików - i twardych płatków. Niektóre wydawały się lekko karmelizowane, jakby otoczone odrobiną cukru.
Gdy gryzłam drobnicę na koniec, orzechy w większości upodobniały się do kawy, jednak różnice czuć, gdy się trochę skupić.
Orzechy gryzione na koniec, po zniknięciu czekolady były miękko-skrzypiące, delikatne. Kawałki ziaren kawy gryzione na koniec w większości były twarde i lekko chrupiące, tylko część (te naprawdę malutkie) łączyła chrupkość z lekkim trzeszczeniem.
Czasem zadawałam sobie trud, by porozganiać językiem, co twardsze i ostrzejsze - czyli kawę - i najpierw gryźć bardziej miękkie, zaokrąglone kawałki, czyli orzechy.

W smaku, w chwili robienia kęsa, palone ziarna kawy zaznaczały swoją obecność, po czym pozwalały popłynąć czekoladzie.

Ta przywitała się wyważonymi słodyczą i gorzkością. Akcent kawy podkreślił gorzkość, nakierowując ją na motyw czarnej kawy, zaparzonej na palonych ziarnach. Słodycz od siebie dodała do tego jakiś syrop. Trochę karmelowy?

Smak kawy nasilał się wraz z wyłanianiem kawałków, acz gdy spróbowałam trochę samej czekolady, okazało się, że przesiąkła kawą całościowo. Połączył się w niej motyw ziaren kawy z kawą zaparzoną, chyba z odrobinką śmietanki.
Gdy z ciekawości parę razy pogryzłam dodatki obok czekolady, wydawały się trochę karmelizowane, w porywach jakby ze szklistą, cieniutką warstewką, acz czekolada przy nich udawała tłusty ulepek, więc wolałam zostawiać je na koniec.

Motyw kawy wydawał się pochodzić od dodanych ziaren i spójnie mieszać z bazą. Kawa stała na straży, by nie zrobiło się za słodko. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jednak nasiliła się i tak, choć nie przesadnie. Do syropowo-karmelowego splotu dołączyła wanilia, zacieśniając ich związek.

Czasem w oddali zamajaczył akcent owoców, jednak był zbyt nieśmiały, by to sprecyzować (coś czerwonawego?). Do głowy przyszła mi cascara (określana suszem owocowym, "herbatką owocową" z owoców kawowca; w zasadzie moje wyobrażenie o tym).

Słodyczy spodobał się palony klimat. Czułam w niej sporo palonego karmelu, z czasem przechodzącego w motyw słodkiego, ciepłego alkoholu. Przemknęła myśl o whisky, likierze i to ten drugi został na dłużej.

Kawa nasilała się, jednak nie stłamsiła reszty... W sensie bazy, bo orzechy laskowe w zasadzie się chowały. Choć kawa miała wiele do powiedzenia, i niewątpliwe zapewniała gorzkość, ogólna słodycz też była wysoka. Na końcówce jednak to kawa-dodatek rozbrzmiewała, bo czekoladowa baza poszła w nieco maślanym, niema śmietankowym łagodniejszym kierunku. Na myśl sunęła się kawa ze śmietanką, a raz czy drugi nawet mi do głowy kawa Irish Cream.

Gdy gryzłam dodatki na koniec, czuć głównie palone ziarna kawy. Gorzkie i przysłaniające resztę. Orzechy laskowe przeważnie gubiły się wśród nich. Czasem coś orzechowego zaplątało się za kawą, ale można to było przeoczyć. Bardzo rzadko pojawiały się ich przebłyski. Jak już, były to delikatne, lekko prażone orzechy. Raz czy dwa zaplątała się w nich lekka goryczka. Laskowe do rozpoznania. 
Gdy bawiłam się w rozdzielanie językiem kawałków na koniec, całkiem nieźle najpierw czuć orzechy laskowe z echem kawy, a potem już tylko kawę.

Po zjedzeniu został posmak głównie ziaren kawy, mocno osłodzonych karmelowym motywem. Ten miał w sobie coś z karmelizowania i syropu, może likierowego. Raz czy dwa odnotowałam orzechy. Sama czekoladowa baza przemawiała się w tym osadzaniu kawy, acz końcowo wycofywała się.

Bardzo dobra kawowa czekolada, ale taki dodatek orzechów laskowych - tak mało, tak podrobionych - to kpina. Nic nie wnosiły. Co prawda, reszta bez nich radziła sobie bardzo dobrze, jednak gdy robi się czekoladę z kawą i laskowcami, chyba nie o to chodzi. Baza poprawnie bazowa, a więc nieprzesłodzona, słodka w nieco ambitniejszy sposób, lekko gorzka. Jej lekko kawowa gorzkość świetnie zgrywała się z kawą. No, tylko tych orzechów żal.


ocena: 8/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, orzechy laskowe 4%, tłuszcz kakaowy, kawa 1,25%, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

środa, 15 kwietnia 2026

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Cranberries & Graines grillees ciemna 60 % z żurawiną, sezamem, pestkami dyni i komosą ryżową

Ta tabliczka bardzo mnie zaintrygowała, bo rzadko spotyka się czekolady z ziarnami. A to wydaje się właśnie całkiem przyjemny sposób na pestki. Tych bowiem jakoś nie umiem jeść samych (a np. orzechy za to jak najbardziej). Kupując, myślałam, że może być naprawdę niespotykana i od razu pomyślałam, że musi wieńczyć wejście na jakieś wyższe miejsce w górach. Niestety, choć gdy tak szłam z Kopskego Sedla widoczność się poprawiła, kiedy wyszłam na Chata pri Zelenom plese, na niebie zaczęło zbierać się coraz więcej chmur, zasłaniających szczyty. Czekoladzie tej wymyśliłam sesję na Wielkiej Świstówce (w Polsce znanej jako Rakuska Czuba), ale zaczęłam obawiać się, że z widoków nici. Poniekąd miałam rację, bo nie było nic widać, a chmury odsłaniały widoki dosłownie na parę sekund co parę minut... Tak, uparłam się, by coś uchwycić i dość długo tam spędziłam. Czy tabliczka była tego warta? Potem zeszłam do parkingu Biela voda, mijając stację kolejki i Skalnaté pleso.

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Cranberries & Graines grillees to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z żurawiną i prażonymi pestkami: dynią, sezamem i komosą ryżową / quinoa.

Po otwarciu rozszedł się palono gorzki i słodki za sprawą karmelizowania zapach. Wyraźnie czułam niemal wytrawny, prażony sezam, niedookreślony motyw orzechów i pestek oraz lekką soczystość czerwonych owoców. Do głowy przyszedł mi likier... trochę palono kawowy? Kawowo-kokosowy? Po przełamaniu i w trakcie jedzenia nasilił się znacząco motyw owoców tak, że w sumie można rozpoznać żurawinę.

Tabliczka trzaskała średnio głośno podczas łamania, mimo że była bardzo twarda. Przekrój ujawnił sporo drobnych rozmaitości. Ogólnie dodatków znalazło się w niej tak wiele, że aż trudno zrobić kęsa bez nich - w domu, by się w nią wczuć, uważanie spiłowałam z brzegu trochę czekolady nożem.
W ustach czekolada rozpływała się wolno, jawiąc się jako maślano kremowa i gęsta. Odebrałam ją jako zbitą i uparcie zachowującą kształt. Mocno trzymała przy tym dodatki. Wydaje mi się, że miejscami wystąpiły w formie zlepko-grudek, ale w większości raczej osobno. Żadne z nich nie wydawało się specjalnie karmelizowane, acz z rzadka coś cukrowego się z nich nieco rozpuszczało. Gdy tak ją jadłam, raz po raz wracało wrażenie, że jest nazbyt mocno najeżona. Ze względu na to, jak dodatki trzymały się czekolady, wolałam zostawiać je na koniec. Gryzione wcześniej żurawina i komosa były nieco twardsze, acz nie mocno. Wszystkie okazały się bardzo małe. Sezam i dynia z kolei cały czas zachowywały się tak samo.
Ilość i wielkość dodatków jakby dopraszały się o gryzienie wcześniej, acz ja i tak głównie zostawiałam je już na koniec.
Dodatki gryzione na koniec były średnio wyrazistsze w kwestii tego, czym właściwie były. Pestki dyni mocno posiekano. One i sezam trochę się do siebie upodobniały. Były trzeszcząco-miękkawe, ale nie miękkie. Drobinki żurawiny to jędrno-soczyste kawałeczki, skórki i pojedyncze pesteczki o lepkawo-miękkiej, ale dość zwartej strukturze. Sezam trzeszczał. Malutkie kulki komosy ryżowej przeważnie były bardzo twarde i chrupiące, kojarzyły mi się z pełnymi chrupkami zbożowymi. Nieliczne nasiąkały i szły w papkowatym kierunku.
Dominowała komosa, potem żurawina. Sezamu było trochę, dyni miałam wrażenie, że mało.

W smaku pierwsza ruszyła odważna słodycz, w której wiele do powiedzenia miał karmel i konkretnie motyw karmelizowania.

Gorzkość snuła się za słodyczą i nawet nie próbowała jej dorównać. Miała nieco palony wydźwięk i zwłaszcza na początku kojarzyła się z kawą. Potem wiele zależało od układu dodatków i rozkładu sił wśród nich.

Czasem żurawina dość szybko zdradzała swoją obecność subtelnym splotem kwasku i słodyczy, czasem prawie nic się nie odzywało. Sporadycznie przewijał się mocniejszy akcent karmelizowana - obstawiam, że od nich.

Gorzkość, z nadrzędną słodyczą wszędzie wokół, zaserwowała nieco likierowy wydźwięk. Kawowo-jakiś, niedookreślony. Może kawowo-kokosowy? Na pewno palony, co żurawina pobrzmiewająca w tle jeszcze podkreślała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa obok gorzkawości stanął jeszcze motyw maślany. Czasem oleiście-wytrawniejszy, jakby oleju sezamowego? Rzadko jednak.

Gdy spróbowałam odrobinkę czekolady osobno z paru różnych miejsc, wydała mi się lekko przesiąknięta dodatkami, a dokładniej motywem karmelizowania i ziaren.

Ogólnie z czasem czuć w niej też motyw pestek, niezbyt konkretny, ale jednak. Czasem mocniej przemknął sezam, bardzo rzadko akcent zbożowo-kartonowy. Przy mieszaninie tego wszystkiego raz po raz odnotowywałam też aluzje do  kokosa w samej bazie.
Gdy z ciekawości gryzłam dodatki obok, czuć je. Sama baza starała się wtedy jawić jako bardziej gorzkawa-cierpka, palona, ale ogólnie wydawała się prostsza, bliska plastikowej. Dodatki zaś... Wychodziły różnie wyraziście. Sezam w miarę się przebijał, dynia niezbyt, komosa wydawała się nijaka. Żurawina przebijała wszystko kwaśnością.

Końcowo czekolada robiła się bardzo maślana, ale nie zapomniała o palonej, teraz już wręcz cierpkiej, nucie. Słodycz trochę za bardzo sobie pozwalała, ale nie czułam mocnego przesłodzenia.

Dodatki gryzione na koniec wyszły lepiej, bo smakowały sobą, a słodka baza im nie przeszkadzała. I tak jednak zazwyczaj czułam niedookreślony miks. Tylko co jakiś czas coś odzywało się wyraźnie. Przeważnie smak czy to dyni, czy sezamu czy komosy przemknął i mieszał się z resztą.
Niewątpliwie jednak żurawina trzymała się raczej kwaśności, ale i słodycz w niej czuć.
Pestki czasem smakowały sobą, czyli dynią, ale ogólnie były bardzo nieśmiałe. Zupełnie zapomniały o karmelizowaniu. Sezamowi lepiej szło wyskakiwanie z tego tłumu, ze względu na swój prażony, wyrazistszy i wytrawniejszy to. Najwyraźniej wyszedł właśnie wytrawny, prażony sezam, potem dynia, a tuż za nią końcu komosa ryżowa. Ta przypominała nijakie chrupki zbożowe, ryżowe - jakiekolwiek - o dość neutralnym smaku.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków w różnych układach, a także echo cierpkiej i jednocześnie przesłodzonej czekolady. W zestawieniu z dodatkami jawiła się jako trochę likierowa. Dodatki utrzymywały się czasem na równych prawach, czasem któryś dominował. Kwaskawa żurawina nie miała z tym problemu. Sezamowi czasem udawało się wyłonić, dyni rzadziej. Komosa odpuszczała. 

Czekolada mnie trochę rozczarowała, bo pestki dyni i sezam mogłyby wyjść naprawdę charakternie, gdyby dyni tak nie posiekano, a sezamu dodano więcej. Po prostu, tylko tyle i aż tyle. Żurawina była podrobiona tak bardzo, że dawno takiej nie widziałam. Też niepotrzebnie. Komosa to dodatek zbędny, nudny, bo nic nie wnosił. Wyszedł z tego śmietnik dodatków bez wyraźnego charakteru. Sama baza po prostu w porządku - właśnie przydałyby się jej lepsze dodatki. Dużo tu gryzienia, gryzienia, ciamkania, ciamkania i tyle... Można zjeść, ale kompletnie bez emocji.
Na podobną dolegliwość cierpiała Zdrowa Sowa Czekolada z Bakaliami 72 % Ekwador.


ocena: 7/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, żurawina 6%, mieszanka pestek 3% [karmelizowane pestki dyni i komosy ryżowej (pestki dyni, komosa ryżowa, cukier), sezam], tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

poniedziałek, 30 marca 2026

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Noix de Cajou Dark Chocolate & Cashew Nuts ciemna 60 % z karmelizowanymi orzechami nerkowca

Nie podoba mi się dodatek karmelizowanych orzechów. Nie mówię, że są złe lub że zawsze źle wychodzą, ale często czuć w nich bardziej karmelizowanie i cukier niż to, jakie orzechy się pod tym kryją. W przypadku dziś przedstawianej bardzo żałowałam, że dodane orzechy poddano temu procesowi. Uważam, że nerkowce są za delikatne, by im to robić. A jednocześnie za pyszne, bym mogła przewinąć obojętnie znalezioną w internecie czekoladę Dolfina z nimi.
Licząc, że dobra baza i nerkowce stworzą zachwycający duet, czekolada ta była moją celebracją wejścia na Rohatkę / Prielom. Na przełęcz weszłam niebieskim szlakiem z punktu Pod Poľským hrebeňom, do którego to wcześniej zeszłam z samego Polskiego Grzebienia (szlakiem zielonym). Na Rohatkę na szczęście prawie nikt nie szedł, więc znalazło się tam miejsce akurat dla mnie i czekolady. W porywach trochę wiało, ale tego gorącego letniego dnia to, i cień, w jakim siedziałam na przełęczy, przywitałam z ogromną radością. Czy radość miała zwieńczyć czekolada?

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Noix de Cajou Dark Chocolate & Cashew Nuts to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z kawałkami karmelizowanych orzechów nerkowca.

Po otwarciu poczułam słodko-gorzką, bardzo w tym wyważoną czekoladę. Trochę cukrowy likier karmelowo-kokosowy mieszał się z paloną, gorzką kawą. Za tym zaznaczył się orzechowy akcent, ale nie powiedziałabym, że to wyraźnie konkretnie nerkowce czuć... acz jakiś maślany kokosowo-nerkowcowy krem przyszedł mi do głowy. Była to jednak bardzo luźna myśl.

Tabliczka była dość twarda. Przy łamaniu trzaskała przeciętnie głośno, ujawniając w przekroju niewiele średniej wielkości kawałków orzechów.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i maślano kremowo. Była dość tłusta w maślany sposób i mazista, z czasem trochę zawiesinowa, ale gęsta. Pokrywała podniebienie smugami, z których to z czasem wyłaniały się kawałki orzechów. Przyspieszały rozpuszczanie się bazy, dodały trochę wodnistości, jako że niektóre posiadały cienką, szklista skorupkę, która także częściowo się rozpuszczała. Niektóre zaś były pozbawione tej otoczki. Okazało się też, że w czekoladzie pojawiły się nie tylko średnie, ale też sporo małych kawałków orzechów. Kęsy bez dodatku trafiały się, acz by zrobić taki kęs bez nich świadomie, musiałam gryźć uważnie.
Gdy z ciekawości parę kawałków nerkowców pogryzłam wcześniej, obok czekolady, były bardziej chrupiące w twardo-szklisty sposób.  Czekolada przy nich jednak szła w trochę ulepkowatym kierunku, więc wolałam zostawiać dodatek na koniec.
Orzechy gryzione po tym, jak czekolada już wodniście zniknęła, tylko częściowo miały jeszcze resztki karmelowej skorupki. Otoczka była subtelnie chrupiąca i szklista, ale delikatna. Orzechy na koniec dały się poznać jako typowo nerkowcowo miękkie. Trafiło mi się też trochę małych, cienkich kawałków jakby samego szkiełkowego, niesamowicie delikatnego, kruchego karmelu.

W smaku od początku czułam wyważone słodycz i gorzkość.

Gorzkość wydała mi się spokojniejsza, wyraźnie palona i lekko kawowa.

Słodyczy natomiast jakby trochę się spieszyło. Zaserwowała mi likier kakaowy, po chwili bardziej kakaowo-karmelowy. Zdawał się wlewać do łagodnej kawy i ją osładzać. A po chwili zaznaczyła się jeszcze wanilia.

Dodatki długo kryły się w bazie, lecz z czasem raz po raz podskakiwała za ich sprawa słodycz w nieco cukrowo-karmelowym kontekście.

Acz ogólnie słodycz nie potrzebowała tych podkręceń. Sama z siebie miarowo rosła. Wciąż trochę w likierowym kontekście, acz i wanilia coraz więcej miała do powiedzenia. Cukier czuć, acz na szczęście nie próbował dominować. Słodycz osiągnęła dość wysoki poziom, ale była do przyjęcia.

Kiedy spróbowałam trochę czekolady osobno, nie wydała mi się przesiąknięta dodatkiem. Jakby ze względu na wanilię, miała w sobie coś bardziej kokosowego niż orzechowego, a słodycz szła w kierunku likieru, który utrzymywał trochę karmelowy charakter. Niby karmelowy, ale nie tak łagodniusio karmelowy jak otoczka.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa paloną kawę załagodziła maślaność. Maślaność, która zasugerowała naturalny - i naturalnie słodki - krem kokosowo-orzechowy (pomyślałam o np. Orzechownia Miazga orzechowa o smaku Kokosowej Praliny). Może jednak... trochę dosłodzony wanilią? Choć sama nie rwała się na przód, to chyba ona podrzuciła skojarzenie z kokosem. Wizja ta nie od razu była wyrazista, bo przed nią wychodził znikomo palony karmel, bardziej jakby cukier karmelowy... Wręcz dziwnie cukierkowo słodziusi? Bardzo rzadko, ale jednak zdarzyło się, że przemknęła mi przy nim znikoma słoność. Jednak wraz z wyłanianiem się kawałków, wraz z tym, jak trochę znikała karmelowa otoczka, delikatnie przewijał się też akcent orzechów. Nerkowcowość jako taka jednak trochę się gubiła. Słodycz za to czasem aż lekko dawała o sobie znać w gardle, jednak nie można powiedzieć, by w nim drapała.

Gdy z ciekawości parę razy pogryzłam orzechy wcześniej, obok czekolady, podskakiwała słodycz leciutko karmelizowanego cukru, w zasadzie znikomo karmelowa, a po chwili dołączały do niej delikatne orzechy. Czasem nieokreślone, czasem lekko nerkowcowe. Czekolada wydawała się przy tym po prostu cukrowo-maślana, więc wolałam zostawiać je na koniec.

Palona kawa dosłownie na końcówce wydała mi się udawać jakąś wymyślną kawę z wanilią i orzechową nutką. Gorzko paloną, nawet trochę cierpką, a jednak z dodatkiem mleka. Słodycz likieru waniliowo-koksowo-karmelowego zrobiła mały krok w tył.

Gryzione na koniec nerkowce sporadycznie smakowały leciutko palonym karmelem, ale przede wszystkim bardzo wyraźnie sobą: naturalnie słodko-maślanymi orzechami nerkowca. Trafiły się jednak też takie, w których karmelizowanie czuć bardziej niż to, jaki orzech skarmelizowano, jednak tych było najmniej.

Po zjedzeniu został posmak palono cierpkawy, trochę kawowy i bardzo słodki. Tu czuć wanilię, lekko palony cukier, acz niekoniecznie mocny karmel. Cukier, który mieszał się z likierowością oraz naturalną słodyczą orzechów nerkowca. Te czasem utrzymywały się mocniej - wyraźnie, ale też bez rewelacji, czasem leciuteńko.

Czekolada była dobra, ale bez szału. Nerkowce okazały się subtelnym dodatkiem. Ja czułam ich ogromny niedosyt. Wolałabym więcej większych kawałków niż taką delikatną drobnicę. Dobrze, że nie były zbyt mocno karmelizowane. Tak cienka szklista otoczka ok, acz ten nieco cukrowy smak mi nie leżał. W ogóle bym z niej zrezygnowała. Sama baza zaś niezła, bo jak kawa ze słodkim likierem, trochę kokosowa, trochę jak maślano-orzechowy krem, ale trochę przesłodzona. Gdyby tak dodać do niej po prostu nerkowce, mogłoby to zachwycić...


ocena: 7/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 532 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, karmelizowane orzechy nerkowca 10% (orzechy nerkowca, cukier, karmel, sól), tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

wtorek, 3 marca 2026

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Sesame grille Dark Chocolate with roasted sesame ciemna 60 % z sezamem

Gdy przypadkiem natknęłam się w internecie na nowości marki Dolfin, oczy mi rozbłysły. Do marki mam ogromny sentyment. Wszak to z nią zaczynałam odkrywać lepsze czekolady i, opisując je, zaczęłam odkrywać, że ze słodyczy, to właśnie czekolada jest moim światem. Pech chciał, że był środek upalnego lata... I nagle przyszła luka pogodowa, ochłodzenie. Prawie, jakbym dostała znak od Wszechświata! Od razu zamówiłam, co ciekawsze tabliczki. Potem już tylko czekałam na powrót cieplejszych dni, by zabrać którąś w góry. Wybrałam jedyną z dość krótką datą, trochę żałując, że to akurat z sezamem. Wolałabym zostawić ją na koniec, bo chyba na nią nakręciłam się najbardziej. Wszak sezam bardzo lubię, a do czekolad dodają go niezwykle rzadko! Tabliczkę wzięłam ze sobą na Jarząbczy Wierch, na który weszłam z Trzydniowiańskiego Wierchu przez Kończysty Wierch. Kocham tamtejsze granie i widoki!

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Sesame grille Dark Chocolate with roasted sesame to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z prażonym sezamem.

Po otwarciu rozszedł się wyrazisty zapach oleju sezamowego, któremu wtórował prażony sezam o niemal wytrawnym charakterze. Wiązał się z pewną roślinnością i goryczką, która bardzo odlegle skojarzyła mi się z sałatką z glonów wakame z olejem sezamowym. Obok zaznaczyła się ziemia i mokre drewno, jak również paloność czekolady. Ta nie była w jakiś szczególny sposób konkretna, ale jeszcze podkreślająca prażony motyw sezamu. Gorzkość ogólna była dość silna, ale złożył się na nią i sezam, i czekolada. Słodycz zaś, o trochę karmelowo-cukrowym wydźwięku, wyszła bardzo wycofana.

Twarda tabliczka głośno i krucho trzaskała przy łamaniu. Sezam trzymał się jej dość porządnie. Dodano go nie za dużo, nie za mało. Ilość optymalna. A jednak bardzo rzadko zdarzały się kęsy - w zasadzie tylko, gdy robiłam kąski-kęsiki - bez niego.
W ustach czekolada rozpływała się dość wolno, dając się poznać jako gęsta i trochę maślana. Ogólnie jednak nie była bardzo tłusta. Kremowa i mazista za to owszem. Miękła bardzo łatwo. Gdy odgryzałam kawałek, wydawała się lekko pyliście trzeszcząca. Wyłaniający się dodatek chwilami podkreślił w niej jeszcze lekką wodnistość. Z ciekawości ze dwa czy trzy razy pogryzłam go na próbę wcześniej obok czekolady, ale ta wydawała się wówczas ulepkowata. Sezam był taki, jak i gryziony na koniec. 
Wolałam więc gryźć sezam, gdy czekolada zniknęła.
Sezam gryziony na koniec strzelał bardzo subtelnie. W większości raczej miękkawo trzeszczał. Chwilami udawał świeży.

W smaku od razu poczułam lekką gorzkość i wytrawność oleju sezamowego.

Gorzkość szybko okazała się palona, ale często - nie w każdym kęsie tak samo - trochę... ugodowa w stosunku do nutki oleju sezamowego? Ta nie była bardzo silna, ale nie dało się na nią nie zwracać uwagi. Przemknęła myśl o sałatce z glonów wakame z nim, po czym... Trochę się ten olej wycofał. Prażony sezam dość często też zgłaszał swą obecność.

Zaraz wkroczyła też słodycz. Zawarła w sobie leciutką, niedookreśloną orzechowość, ale i sporo cukru. Cukier wkomponowała zaraz w jakiś ciepło-rozgrzewający likier... dosłodzony wanilią?

Orzechowa nutka czasem wydawała się wzbogacona o pewną... roślinność? Jakby miksu pestek i ziarenek (nie tylko sezamu) do sałatek?

Czekolada spróbowana osobno, bez ziarenek, też smakowała trochę wytrawnym olejem sezamowym. Ziarenka wplatały ten wątek bez trudu, więc ogólnie nie musiałam ich gryźć, by je poczuć. 
Gdy na próbę pogryzłam sezam obok czekolady ta wydała mi się maślano-wodniście-oleista, a sezam średnio wyrazisty. Wolałam więc gryźć go na koniec.

Ogólna orzechowość z czasem zatonęła w palonej toni jako... palone orzechy? Orzechowe kakao? Do głowy przyszło mi gorące kakao, łączące gorzkość ze słodyczą, która wręcz rozgrzewała. I... Nibsy o nieco ziemistym zacięciu? A do tego sezam czarny, bardziej gorzkawy i wytrawniejszy od białego.

Słodycz jakby trochę bała się sezamowej wytrawności i trzymała się boków. Z jednej strony wydawała się oderwana od reszty i niedopasowana, z drugiej... chwilami dawała się we znaki. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączyła do niej maślaność i wzrosły razem. Pomyślałam o maślanym karmelu. Echo wanilii podkreślało jego łagodny, niepalony charakter. Nasilał się aż nagle prawie zupełnie pochłonął wytrawną goryczkę sezamu. 

W oddali doszukałam się jeszcze wątlej soczystości, a czasem jakby roślinnego motywu... Wilgotnego drewna? Zwłaszcza w kęsach z większą ilością sezamu pobrzmiewało drewno nasiąknięte wodą, zaś w kęsach gdzie trafiło się np. jedno ziarenko lub akurat mniej prażone, soczystość pozwalała sobie na odrobinkę więcej. Trzymała się słodyczy.

Wyłaniający się sezam wydawał się też podkreślać maślaność i oleistość - głównie, ale nie tylko sezamową - w czekoladzie. Końcowo słodycz maślanego, niezbyt palonego karmelu znów się go wystraszyła, acz dała radę jeszcze zaznaczyć się w gardle.

Sezam gryziony na koniec przeważnie był dość wytrawny. Prażony bardzo różnie. Raz mocno, raz średni, raz minimalnie. Czasem szedł w bardziej surowo-orzechowawym kierunku. Ze dwa czy trzy razy zdarzyło mu się zrobić aluzję do popcornu. Smakowo tonował słodycz. A gdy trafiło się więcej ziarenek, ogólnie zagłuszał czekoladowość.

Po zjedzeniu został posmak prażonego, wytrawnego sezamu z echem oleju sezamowego. Czułam też maślaność czekolady i akcent gorącego kakao na mleku. Obok stanął łagodny, słodki maślany karmel, wzmocniony wanilią, który jednak i tak wydał mi się trochę zagubiony. Za to w gardle słodycz na małe co nieco sobie pozwoliła.

Czekolada mnie rozczarowała. Była w porządku, jednak liczyłam na coś innego. Znając Dolfina, widząc zawartość kakao, myślałam, że kompozycja pójdzie albo w sezamkowym, albo w neutralnym kierunku. Za nic był nie zgadła, że wplecie motyw oleju sezamowego, z którym zbytnio się nie lubię (zależy w czym). Słodycz czekolady niby jawiła się jako niska, ale w gardle się zaznaczała. Wydawała się... trochę nie na miejscu. Gorzkość samej czekolady, ta kakaowa, nie popisała się. Palona, leciutko orzechowa i w porywach ziemista baza przypominała raczej gorzkawe gorące kakao niż porządnie gorzką ciemną czekoladę. Sezam dominował... głównie motywem oleju sezamowego dopiero potem jako prażone ziarenka. Pierwszy mocno zabarwił bazę, która końcowo zdecydowała się na maślaność. Szkoda. 

Lindt Excellence Roasted Sesame Dark była o wiele słodsza, jednak nawet przy mojej wrażliwości na słodycz, uważam, że akurat to sezamowi w czekoladzie pasuje.


ocena: 7/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, sezam 6%, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

poniedziałek, 20 stycznia 2025

Dolfin Chocolat Noi - Puur - Dark Noix de coco Dark Chocolate with coconut ciemna 60 % z karmelizowanym kokosem

Z polanko-przełęczy Medzirozsutce ruszyłam czerwonym szlakiem na Wielki Rozsutec. Było to dość ostre podejście, trochę łańcuchów, ale w zasadzie nie takie trudne. Wspinaczkę bardzo uprzyjemniły widoki! Radość ze zdobycia szczytu postanowiłam uhonorować czekoladą. Bardzo się na nią cieszyłam, bo Dolfina już lata nie jadłam, a większość czekolad tej marki bardzo mi smakowała. 

Dolfin Chocolat Noi - Puur - Dark Noix de coco Dark Chocolate with coconut to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z karmelizowanym kokosem.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach prażonych wiórków kokosowym, mieszających się z idealnie wyważonym, gorzko-słodkim zapachem ciemnej czekolady z palono karmelowym tłem. Wydawało się, że kokos chce dominować, ale jakoś jednak nie odważył się. Czekolada też była bowiem wyrazista. Pojawiła się też mgiełka palonych orzechów. Gorzkość przybrała wydźwięk likieru kakaowo-kokosowego, a w wyrazistej, palonej toni znalazła się też odrobina kawy. Z likierem kokosowym? 

Twarda tabliczka bardzo głośno trzaskała podczas łamania. Mimo że dodano do niej sporo wiórków dużych i posiekanych, nie wyszła krucho.
W ustach rozpływała się łatwo, ale bez pośpiechu. Była maślana i kremowa. Pokrywała podniebienie mazistymi smugami, wśród których szybko zaczął ujawniać się kokos.
Z części wiórków chyba rozpuszczała się lekka, karmelowa otoczka, acz karmelizowanie w dużej mierze się ukrywało. Gryzłam wiórki dopiero, gdy czekolada już zniknęła. Nim to jednak nastąpiło, ani przez chwilę czekolada nie robiła się ulepko-zlepkowata. A kokosa było  mnóstwo. Gdy więc czekolada zniknęła trochę wodniście, było co gryźć.
Kokos końcowo okazał się w porywach lekko kruchy, podprażony, a potem coraz bardziej trzeszcząco-miękki.

W smaku przywitała mnie idealna harmonia gorzkości i słodyczy. Słodycz wyszła trochę dynamiczniej, ale po tym, jak się zaprezentowała, pozwoliła gorzkości zaprezentować się w pełni. 

Ta pokazała swój mocno palony charakter, poprzez który polała się kawa. Kawa wyraźnie karmelowa, bo słodycz, choć nie napastliwie, rosła mocno właśnie w karmelowy sposób. 

Dobiegł mnie akcent kokosa - czekolada chyba troszeczkę nim nasiąkła, a i rozchodził się na pewno od powoli wyłaniających się wiórków. 

Za nimi baza mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zasugerowała delikatne, palone orzechy, a zaraz potem więcej kawy, lecz gorzkość już nie rosła. Tym razem była to bowiem kawa doprawiona likierem kokosowym. 

Zaczęło się robić coraz bardziej kokosowo. Spójność między palono-kawową gorzkością i słodyczą zapewnił przybierający na znaczeniu palono karmelowy motyw. Ten również rozchodził się wraz z dodatkami, ale z czasem powoli znów trochę się chował.

Gorzkość wygładziła się. Akcent palonych orzechów wydał mi się w niej nieco istotniejszy, a kawa... Kawa zrobiła się ryzykownie słodka od likieru kokosowego, acz jakby z wygaszaną alkoholowością. 

Za to odpowiadały rozkręcające się wiórki kokosowe. Skupiły na sobie uwagę nawet niegryzione. Były wyraziste i naturalnie słodkawe, co poskromiło słodycz bazy, trzymając ją w ryzach. Karmelowe echo jakby tylko je podkreśliło.

Gryzione wiórki tylko sporadycznie serwowały podskoki słodyczy za sprawą karmelowego echa, acz ogółem wydawały się lekko przesiąknięte karmelem. Znikało to jednak w dużej mierze w mocnym smaku kokosa. 

Po zjedzeniu został posmak karmelowo słodki i wyraźnie palony. Czułam mnóstwo kokosa, a za nim karmel, kawę z likierem i coś orzechowego, ale nie orzechy... Orzech kokosowy? Słodycz wydała mi się wysoka, ale dzięki wiórkom nieprzesadzona. 

Czekolada wyszła bardzo smacznie - ciemna czekolada mimo wysokiej słodyczy, nie zapomniała o gorzkości, a kokos był bardzo wyrazisty lecz nie przesadzony. Podobała mi się ilość: dodano dużo porządnych, dużych i posiekanych wiórków, ale nie przesadzono z tym (to wciąż czekolada z dodatkiem, nie zlep). Skarmelizowany tak leciuteńko, że to podkreśliło jego smak i połączyło wraz z bazą bardzo harmonijnie - żadnej zbędnej warstwy karmelu czy coś. Mi było co prawda ryzykownie słodko, ale w zasadzie do takiego dodatku i ta słodycz się sprawdziła. Dawno nie jadłam tak dobrej czekolady z kokosem.


ocena: 10/10
kupiłam: Piccantino
cena: 16,99 (za 70g)
kaloryczność: 543 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, 10% karmelizowany kokos (orzech kokosowy, cukier) tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat

wtorek, 26 maja 2020

Dolfin Noir Poivre rose ciemna 60 % z różowym pieprzem

Jednym z moich pierwszych Dolfinów był ciemny z różowym pieprzem w wersji mini. Jako że zmienia się gust, zmieniają się oczekiwania, ale i zmieniane są czekolady przez producentów, postanowiłam zrobić po latach drugie podejście. Tak mógłby brzmieć ten wstęp i nie minęłabym się z prawdą, acz całej bym nie ujawniła. Otóż zmyliły mnie opakowania i w ramach współpracy kupiłam ją, myśląc, że tej nie jadłam (coś mi się ubzdurało, że jedzony Dolfin był ze zwykłym pieprzem). Dopiero jakoś bliżej degustacji olśniło mnie, że przecież jadłam. Myślałam też, że może mają w ofercie ze zwykłym, różowym itd.... Jak się jednak okazuje, to ta sama tylko wersja pełnowymiarowa. I tu w sumie taki plus, bo wiadomo, czasem to ma znaczenie: proporcje, grubość tabliczki itd. Nie zawsze różnice są ogromne, ale co tam.

Dolfin Noir Poivre rose to ciemna czekolada o zawartości z 60 % kakao z różowym pieprzem.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim wyrazisty pieprz. Szybko załapałam, że miał niemal rześki, roślinnie-kwiatowy wydźwięk, mimo charakterystycznej, pikantnej ciężkości. Za nim dopiero znalazła się palona czekolada, na którą składała się bardzo wysoka słodycz karmelu i goryczka ziołowo-orzechowa.

Tabliczka okazała się bardzo twarda i głośno trzaskająca. Wewnątrz znalazłam parę większych kawałków, ale głównie zmielonego dodatku, który... przyjemnie strzelał / chrupał (jak pesteczki np. fig, truskawek, nie zaś pieprz). Nie wiem, czy to wprowadzona zmiana, czy kwestia proporcji, ale w miniaturce pieprz wystąpił pod postacią paru większych kawałków. Tu wydawał mi się bardziej wszechobecny, bo zmielony bardziej. Ku mojemu zdziwieniu, trafiłam też na parę miękkawych łodyżko-patyczków.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, w maślany sposób, acz nie za tłusto. Oblepiała usta i podniebienie smugami... łączącymi i tłustawą kremowość, i minimalną wodnistość. Nie miękła, a dość długo zachowywała formę. Wydawała się przy tym bardzo, bardzo gęsta. Strukturę uważam za w porządku.

W smaku od pierwszej chwili wystrzelił duet nieco przesadzonej słodyczy o cukrowo-palonym, a więc karmelowym wydźwięku oraz goryczka. Ta druga wydawała się należeć do palonego bukietu ziół, orzechów lub orzechowo-kakaowego sosu / syropu. Sosu, który wlano do gorzko-palonej kawy. Nadało to kompozycji wykwintności, pewnej wytrawności. Ogółem była bowiem gorzkawa, ale przede wszystkim słodka.

Po chwili wydała się wręcz kwiatowo-roślinnie rześka. Po paru chwilach odniosłam wrażenie, że to  "cisza przed burzą", bo nad tym motywem jakby zawisła ciężkość pieprzu. Mniej więcej w połowie uderzył... smakiem pieprzu, owszem, ale nie taką ostrą gorzkością a... ostro-rześką goryczką ziołową... Ziołową i może wręcz kwiatową? Zaraz pojawił się typowo pieprzny motyw, podkręciła się ogólna goryczka i paloność. Chwilowo pieprz leciutko rozgrzewał język, po czym rozszedł się w czekoladzie, sam w sobie przybierając na słodyczy. Przy niektórych kęsach nie ujawniał się prawie w ogóle. Jego smak nie był mocny, a jedynie podkreślający czekoladę.

Słodycz po debiucie dodatku wydała mi się... jeszcze bardziej czekoladowa, lekka i kwiatowo-waniliowa. Szlachetna? Przesłodzono-szlachetna, o tak... na pewno nie męcząca.

W posmaku pozostała palona, cierpkawo-szlachetna czekolada oraz sporo pieprznej lekkości i ostrości. Kontrastowo-harmonijne, dziwne wrażenie. Niestety i tak czułam się lekko przesłodzona.

Wspominając miniaturkę... moje wrażenie było niemal takie samo. Wprawdzie nie jestem pewna, co z tą wielkością pieprzu, ale taak... Dolfiny to wyraziste dodatki przy jednoczesnym wyeksponowaniu walorów samej czekolady.

Ten ziołowo-kwiatowy, rozgrzewający szlachetną ostrością i w gruncie rzeczy słodkawy smak pieprzu znam z Akesson's 75% Madagascar Trinitario Cocoa & Pink Pepper. Dolfin również świetnie sobie z nim poradził, choć był o wiele mniej pieprzny (pomijam już, że półka zupełnie inna). To nie krytyka; stwierdzam tylko fakt.


ocena: 8/10
kupiłam: Smacza Jama
cena: 6,95 (dostałam rabat -50%) za 70g
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, pieprz różowy 1%, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy