Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Endangered Species. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Endangered Species. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2026

Endangered Species Salted Peanuts 60 % Cocoa Dark Chocolate ciemna z orzeszkami ziemnymi i solą

Gdy po latach wróciłam do amerykańskiej marki Endangered Species po zmianach, czekało mnie miłe zaskoczenie, bo tabliczki, które kolejno otwierałam, były bardzo dobre. Stąd, póki jeszcze internetowy sklep iHerb je oferował, zakupiłam kilka kolejnych. Dałam szansę także tym wariantom, które nie byłyby moim pierwszym wyborem, ale które wydawały się, że dobrze zrobione, mogą się udać. 
Tabliczkę wzięłam w wyjątkowe miejsce, bo na Szpiglasowy Wierch (jeden z moich najukochańszych szczytów), na który weszłam zimą od strony Doliny Pięciu Stawów. Z niego zaś zeszłam przez Morskie Oko. Pogoda dopisała! Słońce, nie za silny wiatr i... warunki wcale nie wydawały się takie zimowe. A trochę się ich obawiałam.

Endangered Species Salted Peanuts 60% Cocoa Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z fistaszkami i solą.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach prażonych orzeszków ziemnych częściowo wchodzących w motyw masła orzechowego typu amerykańskiego, a więc słodko-słonego. W zasadzie... mogło to być masło w wariancie czekoladowym. Sól wydała się znikoma, równie dobrze mogła to być tylko sugestia, nie dodatek.  Słodycz wykazała się większą odwagą, prezentując swój waniliowo-nugatowy charakter. Przemknęło więc nawet skojarzenie z wnętrzem Snickersa. W oddali zaś, związany z silna palonością, znalazł się delikatnie gorzki akcent, luźno nawiązujący do fistaszkowego cappuccino.

Tabliczka była twarda, toteż podczas łamania trzaskała bardzo głośno, jakby głucho. Przekrój ujawnił sporą ilość fistaszków. Łamały się wraz z czekoladą, choć i tak wystąpiły pod postacią mocno posiekanej. Były tam więc kawałki małe, średnie i bardzo małe.
Dało się zrobić kęsa bez arachidów, choć trafiły się w większości kęsów. Sól - czasem bardzo delikatna, ledwo wyraźna, czasem bardzo wyraźna, ale nigdy nachalna - wystąpiła może w połowie kęsów.
W ustach czekolada rozpływała się raczej wolno, niby chwaląc się kremowością, ale z szorstkością podążającą za nią jak cień. Kremowość połączyła trochę mazistą tłustość i leciutką pylistość. Z czasem robiła się gładsza, ale nie zupełnie gładka.
Konsystencję urozmaicało sporo kawałków orzeszków, które długo siedziały zatopione w czekoladowej gęstwinie. Kolejnymi mazistymi falami pokrywała podniebienie, a ja z czasem co jakiś czas, nie za często, trafiałam też na rozpuszczający się wraz z nią drobny kryształek soli. Większość soli rozpuszczała się jednak niezauważalnie.
Orzeszki tylko na próbę pogryzłam obok czekolady, by odkryć, że były takie same niezależnie od momentu gryzienia, a różnica tkwiła w czekoladzie, która wcześniej przy nich wydawała się bardziej tłusto -ulepkowata.
Czekolada znikała tłusto, zostawiając dodatki. Tylko fistaszki, bo sól na koniec nie zostawała.
Potwierdziło się, że orzeszków dodano sporo.
Fistaszki wystąpiły głównie w postaci kawałków średnich rozmiarów, ale było też trochę znacznie mniejszych. Chrupały aż miło.

W smaku przywitała mnie średnio silna, ale odważna słodycz o trochę dusznym charakterze, oddająca słodzone masło orzechowe. Amerykańskie "peanut butter", w którym nie żałowano wanilii. Masło w wariancie czekoladowym?

Czasem prawie od razu dawała o sobie znać sól, po czym cofała się i pobrzmiewała bardzo odlegle.

W tle przewinęła się nuta palona, która wprowadziła łagodną gorzkość. Miała ona charakter syropu kakaowego, który mimo cierpkości i gorzkości, dokładał się też do słodyczy. W tle odnotowałam nieśmiałe orzechowe cappuccino.

Dał też o sobie znać ogólnie orzechowy, przechodzący w konkretnie arachidowy motyw.
Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, uznałam, że płynął też z niej samej. Przesiąkła arachidami, ale sama w sobie musiała być orzechowa; bardziej ogólnie orzechowa, bo konkretnie masło orzechowe nie pojawiało się w wątku orzechowym bez kawałków orzeszków.
Gdy z ciekawości pogryzłam kawałki arachidów wcześniej, obok czekolady, smakowały średnio, niebyt satysfakcjonująco wyraźnie, a czekolada wydawała się słodsza. Wolałam więc zostawiać je n koniec.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa fistaszki wyłaniały się coraz bardziej i tym samym w smaku coraz więcej się udzielały. Nie trzeba było ich gryźć, by je poczuć. Wciąż kojarzyły się z masłem orzechowym, choć ze względu na rosnącą słodycz do głowy przyszedł mi masło orzechowy Snickers. Było wręcz trochę nugatowo w kwestii bazy.

Punktowo raz po raz pojawiała się sól, z różna siłą. Zawsze jednak podkreślała motyw masła orzechowego, a zagłuszała nugatowość. Parę razy sól wydała mi się wręcz kwaśna. Przebijała się przez wszystko, po czym znikała.

Słoność występowała często, przeważnie jednak była subtelna.

Niezależnie od słoności, z czasem rozchodził się soczysty kwasek. Im słabiej rozbrzmiewała sól, tym z jednej strony kwaśność wydawała się słabsza, ale z drugiej wyraźniej czuć w niej czerwone owoce. Z czasem kwaśność usuwała się, zostawiając te owoce słodkimi. Do głowy przyszły mi jakieś wiśnio-żurawiny. Może słodki sos-syrop z nich?

Słoność, czy to słabsza, czy silniejsza, na końcówce kierowała uwagę na prażone orzechy.

Gryzione na koniec kawałki fistaszki smakowały wyraźnie. Cechowała je średnio mocna, taka bardziej tylko podkreślająca, prażoność i subtelna słodycz.
Ze dwa razy jednak trafiłam na coś dziwnego: z rozgryzanego orzeszka wystrzeliwał smak kwaśny, ze słonawym echem. Może to jakoś sól się podczepiła pod orzeszki?

Po zjedzeniu przeważnie zostawał posmak prażonych, łagodnych, ale wyrazistych arachidów w akompaniamencie soczyście czerwono owocowej czekolady o dusznej, dość wysokiej słodyczy waniliowego masła orzechowego.

Tabliczka wyszła bardzo smacznie, mimo że z drobnymi wadami. Dla mnie przede wszystkim była nieco za słodka, a za mało gorzka. Gdyby producent dał 72% jak innym swoim czekoladom, byłoby świetnie. W obecnej formie może nie fundowała okrutnego przecukrzenia, ale słodycz robiła się ryzykowna. Fakt, że orzeszki bardzo ciekawie ją ograły, podpowiadając jej czekoladowo-waniliowe masło orzechowe i wnętrze Snickersa, ale myślę, że przy niższej słodyczy te nuty by nie uciekły. Akcent fistaszkowego cappuccino oraz czerwone owoce ciekawie ją urozmaiciły. Sól dodano bardzo z głową: wyczuwalnie, ale bez przesady. Co do orzeszków zaś... były bardzo dobre, smaczne i o przyjemnej strukturze, ale wolałabym większe kawałki.


ocena: 8/10
kupiłam: pl.iherb.com
cena: 16,45 zł (za 85g; promocja)
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada (miazga czekoladowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), orzeszki ziemne, sól himalajska

niedziela, 19 lipca 2026

Endangered Species Cherries 72 % Cocoa Dark Chocolate ciemna z suszonymi wiśniami

Amerykańską markę Endangered Species poznałam już dość dawno i nie polubiłam się z nią. Po latach natknęłam się w internecie na ich tabliczki, wyglądające zupełnie inaczej, że aż upewniłam się, czy to ta sama marka. Postanowiłam dać im szansę, bo przyciągały mój wzrok, a w góry i tak potrzebowałam jakiś nieznanych mi czekolad do testów. O nie było coraz trudniej. Szukałam bowiem nie za drogich, bo to na trasę, nie domowej degustacji, ale jednocześnie nie tanio smakujących, najlepiej nie za słodkich. Po Endangered Species Cranberry & Almonds 72 % Cocoa Dark Chocolate zaczęłam na tę amerykańską markę patrzeć bardzo przychylnym okiem. Dziś opisywaną czekoladę wzięłam więc na Giewont, licząc, że dane mi będzie w tym roku popodziwiać widoki stamtąd. Weszłam na niego z Kondrackiej Przełęczy, gdzie zaprowadził mnie żółty szlak przez Dolinę Małej Łąki, startujący z Gronika. W zasadzie aż do ostatniej chwili nie wiedziałam, po którą z dwóch zabranych ze sobą czekolad, sięgnę najpierw.

Endangered Species Cherries 72% Cocoa Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z suszonymi wiśniami.

Po otwarciu poczułam mocno palony, gorzki zapach czekoladowej czarnej kawy, którą trochę przesłodzono słodkim syropem. Jego obraz budowała mieszanka cukru i wanilii. W tle zaznaczyła się nieśmiała ziemia. Wiśnie czuć bardzo delikatnie, w tle. Na tyle, że nabrałabym się, iż to nie dodatek, a nuta czekolady.

Twarda tabliczka, na której spodzie zaznaczyło się parę ledwo widocznych wypukłości, przy łamaniu trzaskała bardzo głośno, trochę głucho i jakby była bardzo zbita. Przekrój ujawnił niewielką ilość średnich kawałków wiśni. Reszta bardzo dobrze się kamuflowała.
W ustach czekolada rozpływała się raczej powoli, dziwnie łącząc pewną pylistą suchość z w sumie gładką kremowością. Tłustość, choć wyczuwalna, nie zwracała na siebie uwagi. Podczas pokrywania podniebienia mazistymi smugami, bazowo zbity kawałek zachowywał masywność i kształt. Bardzo niechętnie wyłaniały się z niego kawałki wiśni. Trudno było je gryźć wcześniej tak, by nie gryźć czekolady. Na próbę to zrobiłam, by utwierdzić się, że wolę zostawiać je na koniec.
Kawałki wiśni gryzione wcześniej były twarde i suchsze. Nie mocno, ale na tyle, by były mniej przyjemne w odbiorze. Okazało się, że dodano ich o wiele więcej, niż się wydawało. Co chwila w kęsie trafiała się ćwiartka, połówka lub mały kawałek, czasem dosłownie sama skórka.
Czekolada w chwili znikania nagle robiła się jawnie tłusto rzadka.
Wiśnie gryzione na koniec wciąż były dość twarde, ale wyraźnie soczystsze i lepkie. Trochę skrzypiały za sprawą skórek.

W smaku od razu rozeszła się mocno palona gorzkość, której wtórowała waniliowa słodycz. Gorzkość jednak wyraźnie lekko ją wyprzedzała. Była średnio silna, ale cały czas wyrazista, stateczna.

Czasem, gdy akurat zahaczyłam zębem o wiśnię lub którąś przegryzłam, dawały o sobie znać już w tym momencie. Nie narzucały się jednak rozwojowi smaku czekolady. Nieruszane zaś dość długo starały się nie wychylać.

Słodycz popłynęła w kierunku waniliowego karmelu, podłapując palony klimat. Rosła lekko, osiągając średni poziom, ale nawet nie próbowała zawalczyć z gorzkością.

Mieszając się, skojarzyły mi się z czarną kawa z czekoladowym syropem. Gorzkość za ich sprawą nieco wzrosła, acz w sposób ledwo zauważalny. Pilnowała tego łagodząca maślaność. Przypominało to trochę ciasto kakaowe z odrobinką kawy, która ma tylko podkręcić kakaowość; ciasto z kakaowym sosem.

Czasem niegryzione, a większe wiśnie dość szybko dawały o sobie znać, podkręcając gorzkość właśnie. Stawały z nią w opozycji do słodyczy. Były wyczuwalne z różnym natężeniem. Ogólnie jednak znały swoje miejsce: były tylko dodatkiem.

Czekolada tuż obok samych wiśni trochę nimi przesiąkła. Gdy jednak spróbowałam jej trochę samej, z brzegu, gdzie w pobliżu nie było dodatku, nie zdradzała wiśniowego charakteru, ale... pewną soczystość czułam i wtedy. Na znaczeniu trochę przybierała wtedy ziemia.

Gdy z ciekawości raz czy drugi pogryzłam wiśnie obok czekolady, wydawała się słodsza w pospolity (bardziej cukrowy) sposób, a wiśnie... raz była o wiele mniej wyrazista, a raz bardziej - wreszcie wyraźnie, mocno wiśniowo! - kwaśna.
 
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość dzięki paloności umocniła swoją pozycję. Pokazało się nawet trochę ziemi i jakby... orzechowo-migdałowe, niemal nieuchwytne jednak, echo?
Jednoczenie wzrosła słodycz, która przez pewien czas trzymała się karmelu. Wyobraziłam sobie sos karmelowo-czekoladowy z wanilią i... Ściekający po kakaowo-maślanym cieście, w którym coraz istotniejsza rolę grają wiśnie. Cieście aż wilgotnym od nich. I do którego podano kawę, przypominającą o palonym motywie. Maślaność próbowała łagodzić gorzkość, ale ta i tak miała się nieźle. Choć wciąż wysoką za nic jej nie nazwę.

Smak dodatków nasilał się wraz z tym, jak się wyłaniały.
Im większe były, tym mocniej. Gdy zaś w ustach znalazł się jedynie kawałek, kawałeczek wiśni, czekolada końcowo wydawała się bardziej palono gorzka i jednocześnie słodka. Jednoznacznie przypominała waniliową kawę. Jakieś jej echo czasem występowało też w towarzystwie większych wiśni.

Wiśnie gryzione na koniec dały się poznać jako słodko-kwaśne, soczyste. Bardzo w tym wyważone. Tak bardzo, że ta ich słodycz i w sumie brak cierpkości aż trochę dziwiła (wszak wiśnie nie są zbyt słodkie). Smak suszonych wiśni był nie do pomylenia z czymkolwiek innym.

Po zjedzeniu został posmak słodko-kwaśnych wiśni, mieszkających się na równych prawach z wysoką słodyczą wanilii i karmelu oraz palonym wątkiem z echem kawy i ziemi.

Bardzo dobra tabliczka, choć nieco mniej twarde wiśnie i bardziej zgrana, może mniej waniliowa baza, dopiero by uczyniły ją przepyszna! 
Przez gorsze wiśnie wyszła gorzej niż Manufaktura Czekolady MANU Wiśnia 70 % Kakao, ale było blisko.
Czuć, że baza ta sama co w Endangered Species Cranberry & Almonds 72 % Cocoa Dark Chocolate, tylko dodatki inne.


ocena: 9/10
kupiłam: pl.iherb.com
cena: 20,72 zł (za 85g)
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), suszone wiśnie, cukier trzcinowy, celuloza w proszku, olej słonecznikowy

niedziela, 1 marca 2026

Endangered Species Cranberry & Almonds 72 % Cocoa Dark Chocolate ciemna z suszoną żurawiną i migdałami

Jadłam tylko jedną czekoladę amerykańskiej marki Endangered Species (Endangered Species 72 % Dark Chocolate with Hazelnut Toffee) i niezbyt mi odpowiadała, jednak nie w sposób, bym miała skreślić całą markę. Po prostu wariant był nie po mojemu. Gdy jakiś czas temu trafiłam na sporo tabliczek tej marki na polskie stronie, wyglądały zupełnie inaczej od tamtej. Jak ten czas leci! W sumie więc, biorąc pod uwagę, jak dawno jadłam podlinkowaną, to mogły być już zupełnie inne czekolady. Ileż to zmian marka i jej oferta mogły przejść. Niezrażona zamówiłam więc kilka, myśląc o nich głównie w kontekście gór. Uznałam, że jedzenie zacznę od tej, bo... jakoś tak w mojej głowie ten wariant zapisał się jako lubiany przez Amerykanów. Amerykańskie marki często łączą migdały z żurawiną. Mnie ten duet wydaje się smaczny, ale jak wiele takich, nie wyjątkowy. Gdy mam myśleć w kontekście dodatków do czekolady? Ot, może być, może nie być. A jednak kupiłam, bo z kolei u nas w Polsce nie należy do zbyt popularnych i nie jadłam za wielu takich czekolad. A w górach wiedziałam, że przejdzie. Wzięłam ją na Trzydniowiański Wierch, na który weszłam z Siwej Polany Doliną Chochołowską, przez Polanę Trzydniówkę.

Endangered Species Cranberry & Almonds 72% Cocoa Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z suszoną żurawiną i migdałami.

Po otwarciu rozszedł się palony, trochę gorzki zapach, kojarzący się ze słodką czekoladową kawą. Czarną, acz smakową; ze smakowym, nieco nadto słodkim syropem. Słodycz połączyła cukrowość ze sporą dawką wanilii. Tuż obok wystąpiła słodko-kwaśna żurawina, idąca trochę w kandyzowanym kierunku, acz dało się rozpoznać, że dodano owoce suszone. Migdały prawie zupełnie się ukryły. Po podziale i w trakcie jedzenia, wydawało mi się, że doszukałam się ich akcentu, skrytego w czekoladowej kawie.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała bardzo głośno i głucho. Była bardzo, bardzo twarda. Przekrój ujawnił, że dodano do niej średnią ilość średnich kawałków migdałów i małą ilość średnich i małych żurawin. Migdały łamały się idealnie wraz z czekoladą, żurawina zostawała w którejś z części.
W ustach czekolada rozpływała się dość powoli, wykazując kremowość i lekką suchość. Tłustość niby była, ale dobrze się chowała. Podobnie jak znikoma pylistość, więc ogół odebrałam jako względnie gładki. Czekolada długo zachowywała masywność, maziście pokrywając podniebienie i z wolna odsłaniając dodatki. Zdecydowanie wolałam gryźć je na koniec. O ile migdały były takie same niezależnie od czasu, tak żurawina gryziona wcześniej była twardsza i nieco suchsza, ale nie sucha. 
Czekolada znikając, wyszła już trochę tłusto rzadko i wtedy brałam się za dodatki. Potwierdziło się, że ogólnie dodano ich średnią ilość. Migdałów więcej niż żurawiny: na migdały trafiałam w większości kęsów, na żurawinę od czasu do czasu. Przeważały kawałki średniej wielkości, ale trafiłam też na trochę małych, gdy chodzi o migdały. Żurawiny wystąpiły w postaci malutkich całych owoców oraz chyba paru kawałków. Gryząc uważnie, dało się zrobić kęsa bez nich.
Migdały były chrupiące-delikatne, czasem wręcz trzeszczące.
Żurawina gryziona na koniec zdążyła już trochę nasiąknąć i przedstawiła się z nieco bardziej, acz też nie mocno, soczystej strony. Wciąż była konkretna i twardawa, acz nie bardzo twarda. Trzeszczała od skórek i jawiła się jako lepko-konkretna.

W smaku od początku czuć średnią, choć wyrazista, słodycz i średnią, paloną gorzkość. Słodycz nagle podskoczyła, podrzucając wizję czarnej kawy z czekoladowym sosem. Jego słodycz wyszła trochę dusznie, co umocniła wanilia, która zawarła sojusz z cukrem.

Palona nuta rosła, jednak nie przełożyła się na wysoką gorzkość. Ta była łagodna, czego pilnowała drobna maślaność.

Czasem, gdy któryś przegryzłam lub chociaż zahaczyłam zębem, dodatki dość szybko dawały o sobie znać. Migdały wpisywały się w czekoladowość, jakby próbując nieco poskromić słodycz, zaś żurawina bardziej się wyróżniała z racji słodkiej soczystości.

Gorzkość i intensywna słodycz po kawowym starcie zmieniły się w kawowe, kawowo-migdałowe brownie lub murzynka je udającego. To w nich miejsce znalazła sobie maślaność. Wyobraziłam sobie ciasto polane trochę przesłodzonym, kakaowym sosem /syropem.

Czekolada sama w sobie miejscami lekko przesiąkła dodatkami. Z czasem ich nuty leciuteńko się odzywały, jakby niezależnie od kawałków. Gdy z ciekawości próbowałam raz po raz samej czekolady, czasem miała w sobie coś z migdałów i żurawiny, acz mocno nimi nie smakowała. Czasami za to w ogóle ich nie czuć. Wtedy czekolada wydawała się nieco bardziej ziemista i mniej słodka (dodatki jakby to wyrównywały, lekko podkręcając ziemistość i mocno podkręcając słodycz?).

Żurawiny ogólnie łatwiej dawały o sobie znać, ale robiły to rzadziej (bo było ich mniej). W zestawieniu z migdałami, odciągały od nich uwagę. A jednak niegryzione dodatki, choć odzywały się, pozostawały daleko za smakiem bazy. Kiedy trafiłam na większą kulkę żurawiny, podczepiała się pod syropową słodycz, podrzucając wizję syropu / sosu żurawinowego.
Niegryzione migdały trochę łagodziły ziemistość i nieco delikatniej, słodycz.

Gdy z ciekawości parę razy pogryzłam dodatki obok czekolady, całkiem nieźle współpracowały jako migdałowe ciasto czekoladowe z bardzo słodką, niemal kandyzowaną żurawiną. Słodycz ogółu wtedy wydawała się silniejsza i trochę męcząca, drapiąca.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa palona nuta umocniła trochę gorzkość. Wyłoniła się subtelna ziemistość... Jakby niepewna, czy może sobie na coś pozwolić, aż w końcu faktycznie bardziej się wychyliła i... oddała pole do popisu gorzkości palonej. Łagodny wątek migdałów i słodka soczystość rozchodzące się od kawałków trochę podkreśliły ją... W zasadzie podkręcały się nawzajem.

Słodycz też jeszcze wzrosła. Wspięła się na wysoki poziom, a w obliczu nawet tej lekkiej soczystości, zrobiła się wyraźnie karmelowa. Jak karmelowo-czekoladowy sos...? Albo raczej Karmel czekoladowy! W dodatku podkręcony wanilią.

Gdy na koniec gryzłam dodatki, czasem któryś dominował, czasem występowały w duecie zgodzie.

Migdały były delikatnie, łagodnie słodkie w naturalny sposób i podprażone minimalnie. Chwilami jakby wcale.
Żurawina gryziona na koniec była głównie słodka. Wyraźnie suszona, acz robiąca aluzje do kandyzowanej. Kwasek jedynie się w niej przewijał.

Po zjedzeniu został posmak dodatków: łagodnych migdałów i słodko-soczystej żurawiny. Czekolada wystąpiła jako zakalcowe ciasto czekoladowe i kawa z litrami słodkich sosów - waniliowo-czekoladowego i karmelowego - też całkiem wyraźnie się zaznaczyła. Jej goryczka trzymała się paloności.

Czekolada była smaczna. Co prawda trochę ryzykownie słodka, ale nie bardzo męcząca i jednak gorzka na poziomie całkiem niezłym. Słodycz miała wydźwięk bardzo syropowo-sosowaty, trochę duszny, ale nie dominowała. Paloność, motyw ciasta czekoladowego i trochę ziemi mieszały się w niej z dodatkami: nienachalną żurawiną i delikatnymi migdałami. Migdałów dodano odpowiednią ilość, dzięki czemu czuć je dobrze i nie zostawiły niedosytu, żurawiny trochę poskąpiono, ale nie była na tyle zachwycająca, że bardzo by mi zależało, by takiej dodano więcej. Gdy chodzi o wielkość kawałków, wyszło uniwersalnie, bo nie była to ani drobnica, ani całe. To kompozycja spokojna, prosta, ale nie nudna.
Odebrałam ją lepiej niż Endangered Species 72 % Dark Chocolate with Hazelnut Toffee, w której chyba po prostu dodatek zrobili kiepsko i baza tym przesiąkła.


ocena: 8/10
kupiłam: pl.iherb.com
cena: 20,72 zł (za 85g)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), migdały, suszona żurawina, cukier trzcinowy, proszek celulozowy, olej słonecznikowy

wtorek, 26 grudnia 2017

Endangered Species 72 % Dark Chocolate with Hazelnut Toffee ciemna z Afryki z orzechami laskowymi i toffi

Nie lubię sytuacji, gdy ktoś, kto zna mój gust tylko częściowo i kupuje mi coś ciesząc się na starcie, że tak dobrze trafił. Takim prezentem była właśnie czekolada amerykańskiej firmy Endangered Species wspierającej różne organizacje chroniące środowisko, zwierzęta itd. Marka mnie zaintrygowała (niektóre tabliczki mają naprawdę ciekawe dodatki), ale akurat gdybym to ja wybierała, na pewno nie padłoby na ten wariant. Poniekąd czekolada wyglądała dobrze, ale miałam wątpliwości, czy dodatek nie okaże się specyficznym amerykańskim toffi, które mi nie podchodzi (myślę o takim twardym z posmakiem smażenia, np. Hershey's Nuggets Milk Chocolate with Toffee & Almonds).

Endangered Species 72 % Dark Chocolate with Hazelnut Toffee to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Afryki Zachodniej z kawałkami prażonych orzechów laskowych i toffi.

Po rozchyleniu papierka i sreberka poczułam mocno palony zapach podbudowany maślaną słodyczą. Gdy palony motyw nieco się rozszedł, ukazał ciepło i kawę. Było smakowicie, po przełamaniu trochę mniej, bo do palonej kawy doszedł wyraźniejszy zapach masła i toffi.

Przy łamaniu ciepło ciemnobrązowa tabliczka była twarda, trzaskała. Już w przekroju widać całkiem spore kawałki orzechów i toffi.

Rozpuszczała się tłustawo-kremowo, raczej gładko, ale z minimalnie suchawo-pylistym efektem neutralizującym ewentualne poczucie tłustości. Powoli odsłaniała dodatki, którymi były średniej wielkości kawałki orzechów i toffi (też orzechów w toffi). Laskowce miały strukturę świeżych (ale były prażone), czyli miękkawo-soczystych i lekko chrupiących. Toffi zaś skrzypiało, przy rozgryzaniu, było miękkawo-chrzęszczące i klejące, ale szybko miękło, rozpuszczało się. Kilka kawałków było co prawda twardszych, chrupiących, ale nie była to zła twardość.

Od pierwszego kęsa czuć równowagę między słodyczą a gorzkością. Oba smaki były wyważone i raczej proste.
Początkowo słodycz wydała mi się trochę tandetna. Silna, ale wcale nie tak bardzo... po prostu nie należała do tych bogatych i głębokich. Dzięki temu, że była jakby złączona z gorzkawością, zaraz zaczęła kojarzyć się z jakimś syropem do kawy (nie używam, a to skojarzenie było neutralne).

Ogólnie zrobiło się kawowo, słodycz robiła się zwyczajna (poczucie tandety znikało zupełnie), palony charakter nabrał pewności siebie, a mi do głowy przyszło przypalone, może nawet nieco piernikowe czekoladowe ciasto. Mimo wszystko nie mogę powiedzieć, że ta czekolada była mocno palona, bo zaraz nadeszły też skojarzenia ze słodkim i kakaowym zakalcowym murzynkiem, może brownie. W oddali odzywał się orzechowy posmak.

Mniej więcej od połowy słodycz robiła się bardziej toffi-opalana. Pojawiała się słodko maślana nuta otwierająca drogę dodatkom. Te bowiem przebijały się tu i ówdzie, a wyraźnie było je czuć dopiero, gdy już czekolada nieco je odsłoniła. Okazały się bardzo do niej pasujące.

Toffi nie było czystym cukrem, wyraźnie czuć w nim maślaność i minimalnie opalano-słonawy posmak. Orzechy laskowe cieszyły jakością, wyszły raczej wyraziście, ale też nie jakoś wyjątkowo. Ich smak został maksymalnie podkręcony ni to grillowaniem, ni podsmażeniem (nuta karmelizowania w maśle). Świetnie wpisały się w palony charakter czekolady.

Całość pozostawiała palono gorzkawy posmak, tylko trochę silniejszy niż również palona toffi-karmelowa słodycz.

Czekolada wyszła bardzo harmonijnie: nie za słodko, nie za gorzko. To bardzo przystępna propozycja, bo wszystko było... wyśrodkowane (i smaki, i konsystencja). Toffi zaserwowano takie, za jakim nie przepadam (ale mogło być jeszcze "takie, jakiego nie cierpię"), coś mi nie grało w słodyczy czekolady, ale muszę przyznać, że to dobra tabliczka, choć wyszła o wiele bardziej toffi niż orzechowo. Nie wyróżnia się niczym specjalnym (wolałam też nie do końca w moim stylu, ale smaczną Ghirardelli Intense Dark Toffee interlude).
Żałuję, że nie dostałam np. tabliczki z solonym karmelem, bo ta po prostu nie wpisała się w mój gust, a oprócz tego była zwyczajna (zwyczajnie całkiem w porządku).


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: dostałam
kaloryczność: 488 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), orzechowe toffee (masło: śmietana, sól; cukier trzcinowy, prażone orzechy laskowe, syrop z tapioki, lecytyna sojowa)