Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tesco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tesco. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 czerwca 2021

Ms Molly's Dark Chocolate ciemna 50 %

Jakiś czas zastanawiałam się, po co w Tesco dwie czekolady 50 % marek własnych. Do żadnych konstruktywnych wniosków nie doszłam, ale że mi sklep zamykali, postanowiłam kupić i się przekonać. Naprawdę bowiem, nie widzę sensu. Nie było, że jedną wycofali i wprowadzili drugą. Odkąd pamiętam, były obie, obok siebie. Ms Molly's Cppuccino była całkiem spoko, więc pomyślałam, że może i ciemna wyjdzie ok. Wprawdzie po Tesco Dark Chocolate Smooth & Intense wiedziałam już, że czyste około 50 % są mi za cukrowe (z dodatkami zniosę), ale ciekawość, o co chodzi, była silniejsza. Potem jednak dotarło do mnie, że trochę różnią się zawartością kakao. I... składem, niestety nie tak trochę. Nie ukrywam więc, że tak na dzień-dwa przed degustacją zaczęłam się trochę bać.


Ms Molly's Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao, marki własnej Tesco.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam zapach czegoś spalonego na węgiel. Może kawy, może... orzechów? Szybko poczułam też słodycz, jednak nie była tak cukrowa, jak się spodziewałam, a bardziej wanilinowo-zgaszona, z "aromatu". Skojarzyła mi się z tanim, plastikowym lukrem-polewą. Wyraźnie na pierwszy plan próbował się też przebić polewo-plastikowy motyw, który kojarzył mi się z "olejem z plastiku". Zapach był odpychający.

W dotyku tabliczka wydała mi się ślisko-gładka jak plastik.
Przy łamaniu trzaskała... też jak twardy plastik. Bo i wysoką twardością się odznaczała. Robienie kęsa sprawiało przez to trud, mimo że np. kamienną nazwać jej nie mogę. Kojarzyła się z czymś skorym do mięknięcia, ale... taka nie była. Twarda i krusząca się - to tak. Nawet jej przekrój wydał mi się zbity i konkretny.
W ustach rozpływała się w średnim tempie, rzeczywiście długo twardość zachowując. Była to jednak twardość niechętnie rozpuszczającej się, ulepkowej polewy... Raczej zbitość. Z czasem pojawiła się wysoka tłustość i pozorna miękkość (może okazałaby się miękka, gdyby ją pogryźć?). Jakby zimne, plastikowe masło opływały oleiste smugi, rozrzedzana przez dodatek wody. Struktura zaskoczyła mnie pozorną kremowością i wyraźnie wyczuwalnym, chropowatym efektem. Podłe to i tanie.

W smaku dała się poznać jako wysoce słodka w sztucznie wanilinowy sposób, do czego szybko dołączyła nuta białego cukru. Rosła, rozkręcając nieprzyjemną tanią sztuczność z aromatu.

Baza sama w sobie okazała się głównie maślana / tłusta smakowo. W oddali poczułam lichą gorzkawość... jakby oleju, trochę fistaszkowo-orzechową i zdecydowanie spaloną. Spalenizna pobrzmiewała cierpkawością. Mocno związała się z tandetą.

W tle plątała się nieśmiała nutka bardzo, bardzo słodkiego, najtańszego "kakałka dla dzieci". Wszystko to szybko ułożyło się w smak gorzkawej, słodkiej i przearomatyzowanej polewy tłuszczowej o smaku kakaowym.

Takiej opartej na cukrze wanilinowym z małej torebeczki... z posmakiem tej torebeczki. I dziwnym, plastikowym wątkiem. Dawno nie trafiłam na coś tak... "sztucznie-jedzeniowego". Bez trudu przywoływała skojarzenia z plastikowymi polewami pseudolukrowymi, tanimi, lepkimi cukro-polewami i najtańszymi, michałkowymi cukierkami.

Pod koniec rozpływania się kęsa nawet mignął mi jakiś margarynowo-maślany motyw "czegoś o smaku masła orzechowego" - sztuczny i nieprzyjemny. Wtedy też robiło się nieco mdląco-słodko, acz o dziwo nie strasznie za słodko.
Cukier zaznaczał się także na poziomie gardła - lekko, bo lekko, ale przy drugiej kostce to już męczyło (do pary z posmakiem po zjedzeniu pierwszej).

Już po kęsie zostawał posmak... a raczej niesmak łączący oleistość / tłuszczowość, jakby margarynę ze słodyczą polew... zgaszoną, a wgryzającą się po cichu w język ze zwykłym, odtłuszczonym i mdławym kakao w proszku oraz całkiem wyraźnym kwaskiem - poniekąd płynącym z taniego kakao.

Całość zaskoczyła mnie... pozytywnie. Otóż okazała się zjadliwa i nie tak straszliwie cukrowa, jak się spodziewałam. Nieprzyjemność przejawiała się jako coś innego! To, czym odrzucała to sztuczność, aromaty i konsystencja. Uwierzę, że nie każdemu będzie to przeszkadzało aż tak, jak dla mnie. Ja odpadłam po jakieś 4 kostkach, ale np. ojciec (któremu wepchnęłam resztę) nie narzekał ani trochę.
"Taniochy z Tesco" różnią się więc ogromnie. Tesco Dark Chocolate Smooth & Intense była bardziej cukrowa jak "biały krem" z czegoś, z nutką wiśni... po prostu zasłodzona i tania, nie zaś tania i paskudnie sztuczna. Czekolady te różnią się jakością, składem. I... po ich porównaniu wciąż nie rozumiem, po co sklepowi obie. Molly's wydaje się tylko czyhać na zbłąkanych konsumentów.


ocena: 4/10
kupiłam: Tesco
cena: 2,19 zł
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyny sojowe, polirycynooleinian poliglicerolu; aromat, mączka z orzeszków ziemnych

niedziela, 9 maja 2021

Tesco Dark Chocolate Smooth & Intense ciemna 52 %

Jestem przeciwna dzieleniu czekolad na "gorzkie" i deserowe". Bardzo irytuje mnie ten podział. Przecież to nie tak, że im więcej kakao, tym tabliczka bardziej gorzka. Często są kwaśne, owocowe, albo... nie raz 80 % trafiła mi się słodsza od 60 %. I co? A "deserowe"? I co, jeden % kakao już sprawia, że czekolada jest gorzka lub deserowa? Gdzie ta granica? Kto miałby to ustalać? Wszystko to mnie po prostu denerwuje. Są czekolady białe, mleczne i ciemne. Koniec. Przy ciemnych, a więc z miazgą kakaową bez mleka, zaczyna się po prostu dodawanie % (w moim świecie). Sama szukam właśnie smaku kakao w tabliczkach, więc raczej sięgam po wyższą zawartość. Niższą znoszę z dodatkami. Kompozycje mleczne, gdzie kakao prawie nie czuć mnie nudzą. A co z tymi przecukrzonymi, a jednak gdzie kakao jest wyczuwalne? Ciekawa sprawa, bo mimo wszystko chyba wolę je od mlecznych / białych dobrych. Gdy dochodziłam do tego, do głowy przyszła mi jeszcze jedna myśl: że już nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam zwykłą czekoladę z niższej półki, którą to właśnie ludzie nazywają "deserową". Byłam autentycznie ciekawa (ciekawska?) jak też taką odbiorę. Trochę się bałam. Nałożył się na to czynnik, że zamykali moje Tesco, a więc miałam ostatnią szansę, by tę czekoladę kupić.
A teraz już po degustacji, przemyślenia na luźno: niestety producenta na opakowaniu nie ujawniono. Po znalezionym w internecie zdjęciu czekolady dla Biedronki wyprodukowanej przez Colian (od Goplany) - o tym - i podobieństwie wzoru na kostkach jakoś tak myślę, że może to być Goplana dla Tesco.


Tesco Dark Chocolate Smooth & Intense to ciemna czekolada o zawartości 52 % kakao marki własnej Tesco.

Po otwarciu opakowania poczułam cierpko-kakaowy zapach kojarzący się raczej z plastikowymi polewami, przypalonymi na gorzko kakaowymi ciastkami i mazistymi, tłustymi truflami w kakao o prostej słodyczy niż np. "typowo deserówkowy" czy po prostu czekoladowy. Słodycz była wyraźna, ale nie napastliwa. Reprezentowała biały cukier, a dokładniej "krem z białego cukru" i nutę owocowych, chyba wiśniowych czekoladek... albo galaretek w polewie.

W dotyku tabliczka przypominała suchą plastelinę, ale łamała się przyjemnie masywnie twardo, porządnie trzaskając.
Poczucie plastelinowości wracało dopiero w ustach. Rozpływała się bowiem trochę ulepkowato, tłusto i pozornie miękko, ale długo zachowując zwarty kształt. Szła w kierunku aksamitnej kremowości, ale nie udało jej się tego osiągnąć. Trwało to średnio-wolno, bardziej długawo niż długo. Opływała olejo-wodą i znikała, pozostawiając tłustość na ustach, mimo że sama w sobie tak mocno tłusta się nie wydawała.

Już w chwili robienia kęsa rozbłysła wysoka słodycz. Zaprezentowała się od cukrowej strony, przechodząc na coraz bardziej lukrową. Z czasem zaczęła mi się kojarzyć z białymi kremami z markiz (typu Oreo) czy kremami marshmallow (nigdy nie jadłam).

W tle szybko zaznaczyła się drobna cierpkość kakao. Nie odegrała jednak zbyt istotnej roli.

Baza sama w sobie była bowiem dość... śmietankowo-tłuszczowo-kremowa. Pomyślałam o białych kremach kakaowo-gorzkich markiz (typu Oreo, ale nawet nie chodzi mi o ten obrzydliwy smak konkretnie z nich). Zarejestrowałam też przypaloną nutkę - stąd myśl właśnie o takich ciastkach. Dołączyła do tego jakaś polewowość i nuta zakalca nakręcana przez drapiącą w gardle słodycz. To było aż ciężko-mdlące, a jednak... nie takie czysto cukrowe. Zasładzające, drapiące w gardle - tak, ale również zalatujące wanilią.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pojawił się mocno palony smak, który ośmielił cierpkość. Delikatna gorzkawość pokazała się od zaskakująco niezłej strony, przywodząc na myśl trufle z mazistym wnętrzem obtoczone kakao lub w polewie kakaowej. Właśnie w polewowej nucie przewijała się taniość i posmak "białego kremu", może nawet trochę mlecznawy. W udany sposób ukrywał się przez większość czasu, ale przeszkadzał mi. To on przekierowywał cukier na ten piankowo-lukrowy, kremowy tor.

Bliżej końca w cierpkości doszukałam się też lekkiego kwasku. W pewnym momencie smak okazał się zaskakująco wiśniowy, choć obudowany, oklejony cukrem. Pomyślałam o wiśniowej bombonierce, może wiśniowych galaretkach z drobną soczystością wiśni.

Pod koniec rozpływania się kęsa słodycz uderzyła ze zdwojoną siłą uderzając worem białego cukru, zalewając tanimi, podeschłymi już polewami i faszerując cukrowo-białymi kremami zupełnie. Drapanie w gardle robiło się nie do zniesienia.

Po zjedzeniu został posmak tej mdlącej słodyczy cukru-i-nie-tylko oraz lekko cierpkiego kakao z wiśniową naleciałością, ale też wrażenie, jak trochę po czekoladzie śmietankowej.

Całość wyszła delikatnie, minimalnie cierpkawo mimo wysokiej słodyczy. Palona i lekko cierpkawa nuta jakoś jednak nie zawiązały tego, więc czekolada nie miała wydźwięku "deserówki", ale też nie ciemnej czekolady. Nuta "białego kremu" była... dziwna, ale wcale nie jednoznacznie i bardzo nieprzyjemna. Ani śmietankowa, ani waniliowa, ale jakby słodycz próbowała pójść w kierunku... jakimś (a nie tylko cukru). Na pewno nikt o zdrowych zmysłach nie nazwał by jej gorzką - nawet w smaku po prostu. Wyszła taka "przytemperowana z ordynarności". Trochę jak... polewa - i to wcale nie w negatywnym rozumieniu; delikatnie - mogłaby być dobra na początek z ciemnymi.

Na pewno wyszła lepiej jakościowo niż Goplany Klasycznej Gorzkiej 60 %, ale to wciąż męcząca słodycz i delikatność. Biorąc pod uwagę cenę, skład (aromaty, dodane tłuszcze) uważam, że to lepszy wybór niż np. Wedel 50 % (Jedyna?). To już jednak piszę w ciemno (patrzę na składy, nie smak - nie kojarzę tego Wedla). I tak właśnie staram się ją ocenić - w miarę obiektywnie. Mimo że mnie męczyła słodycz i delikatność, da się zjeść... Dla mnie jednak nie więcej niż 2/3 tabliczki jednego dnia (i to rozłożone na dwa podejścia - bo za szybko drapało od słodyczy; drugiego to w ogóle jakoś poszła jako "jakaś tam czekolada po winie"). Jednak czysta czekolada o takiej słodyczy na dłuższą metę mnie męczy. Za mało kakao, za dużo drapania. Jednak z dodatkami odciągającymi od tego uwagę wychodzi to zupełnie inaczej.


 ocena: 6/10
kupiłam: Tesco
cena: 2,69 zł (Mama płaciła)
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, laktoza, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii

wtorek, 16 lutego 2021

pierniki w czekoladzie Tesco Gingerbread Dark Chocolate Covered Soft & Sweet

Zawsze powtarzam, że lubię precle. Rzeczywiście, z takich wszystkich "bułkowatych" wypieków, cienkie, dobrze wypieczone precle (z makiem lub sezamem i - to ważne - nie mylić ich z obwarzankami) zawsze darzyłam sympatią. Obecnie ich nie jem, ale ciepło o nich myślę, bo podoba mi się kształt, forma. Mimo że w swoim życiu pierników za wiele nie jadłam, to teoretycznie je też lubię. Najzwyklejsze w czekoladzie czy polewie... to już nawet nie potrafię przypomnieć, kiedy jadłam. Na pewno wiele lat temu, z czego pamiętam, że z gigantycznych paczek zawierających serca, gwiazdki i precle wybierałam zawsze te ostatnie. Gdy po smacznych norymberskich Wicklein Burggraf trafiłam w Kauflandzie na precle marki Krakuski, rozczuliły mnie. Dodatkowo skusiła mnie niska gramatura (w porównaniu do pak półkilogramowych). Krakuski są mi obojętne, mało znane, ale... gdy dowiedziałam się, że kryją dżem pod polewą, bez wahania oddałam Mamie. Podczas ostatniej wizyty w Tesco ona kupiła mi z kolei te, czując się trochę winną, że chodziły na mną pierniki-precle (bardziej forma), a wyszło, że tamtych nie zjadłam. Była to ostatnia okazja, by sprawdzić popis Tesco oraz... cóż, sama nigdy bym takiej paki nie kupiła. Nielubiąca ciemnej czekolady Mama pewnie brała pod uwagę ewentualność, że będzie musiała kończyć (albo oddamy dla Taty, bo obie wiedziałyśmy, że mnie interesuje tylko kształt precli).

Tesco Gingerbread Dark Chocolate Covered Soft & Sweet to pierniki w ciemnej czekoladzie, wyprodukowane dla Tesco.
Opakowanie zawiera "około 16 porcji", a w rzeczywistości 17 sztuk pierników.

Po otwarciu poczułam cierpkie kakao i zadziwiająco sporo wyrazistych przypraw korzennych o ostrych zapędach. Wydało mi się, że dominuje anyż, a słodycz odebrałam jako zaskakująco niską. W sumie nie pachniały ciemną czekoladą, a tworem dość tanim, ale też nie odpychały. Pod względem apetyczności aromat był neutralny.

W dotyku polewa wydała mi się tłusta i plastikowa, taka... jak właśnie typowa polewa, nie czekolada.
Pierniki ogółem były miękkawe, ale ani trochę wilgotne. Lekko się kruszyły. Mimo natłuszczenia, wyszły bardzo sucho.
Przy jedzeniu czekolada przez pewien czas pozostawała plastikiem, by potem nagle w większości zniknąć na tłustą wodę, Częściowo (fragmenty od środka, oblepione piernikiem) zalegała do końca, nie rozpuszczając się. Samo wnętrze zawarło w sobie proszkowo-zapychający element.
Pierniki rozpływały się na zalepiającą, mulistą masę, z której dziwnie jakby uchodziło powietrze. Jakby obok tego "czekolada" zatłuszczała, pozostawiając aż warstwę na ustach.
Ogólnie konsystencja wydała mi się poniżej średniej: sucholce z kiepską polewą. Miękkość została uzyskana pewnie tylko przez syrop glukozowo-fruktozowy.

W smaku sama czekolada smakowała mdło: cukrowo i gorzkawo, mniej więcej równo w tym. Niestety, obok kwaskawej cierpkości kakao pojawiała się tłuszczowo-maślana nuta, która skutecznie sprowadzała wszystko do taniego poziomu, z czasem wychodząc na przód. Niemniej, nie było to paskudne, a po prostu tanio-mdłe.

Piernik sam w sobie również był wysoce słodki, zdecydowanie za słodki, ale to nie jedyna wada. Był słodki w sposób irytujący, sztucznawy. Zaraz poczułam lekkie pieczenie w język. Jak się okazało, nie chemii, a przypraw. Wprawdzie nie wyjątkowo silne, ale po prostu wyczuwalne. Przewodził im cynamon, a potem schodziła się pikanteria całego korzennego bukietu. Zaskoczyła mnie swoją wyrazistością, lecz znów: nie mocą. Piekący w język anyż, goryczkowata kolendra i ostro-soczysty imbir wyróżniłam bez trudu.

Wszystkie one osiadały w cukrowości i pewnej bazowej pszenności piernika. Było w nim coś... suchego smakowo, na co naskakiwała tłustość polewy. Kakaowy smak mieszał się równocześnie z piernikowymi przyprawami, starając się odegnać nieprzyjemne nuty. Ja jednak w ich mieszaninie doszukałam się jakiegoś kwasku, a także "sztucznej słodyczy", wychodzącej bliżej końca niemal na pierwszy plan.

Kakao traciło na znaczeniu, choć wydźwięk polewy utrzymywał się dziwnie stabilnie. Było trochę cierpkawo, ale słodycz i tak drapała w gardle, gorsze nuty wylazły jako posmak, acz i kakałko, i przyprawy korzenne czuć. Jeść się da. Da, ale efekt był tak słodko-suchy, że tego się po prostu nie chce jeść. Zjadłam może z pół piernika i mi wystarczyło.

Całość uważam za "od biedy da się zjeść" produkt "familijny", którego nie polecam nikomu. Ale o którym mogę powiedzieć, że nie umrze się, gdy się już zje.
Mama dokończyła po mnie, zjadła jeszcze jednego, resztę zostawiając ojcu. Nie smakowała jej polewa, ale stwierdziła to bez obrzydzenia (co świadczy tylko o tym, że daleko jej do ciemnoczekoladowości - Mama nie cierpi ciemnej czekolady i gorzkości), bo "no przecież widzę, że ciemnawa jakaś", a o samych piernikach: "suche jakieś, a tak to słodkie i tyle, zwykłe takie". Zapytana o przyprawy, wzruszyła ramionami: "no, były, ale w miarę słabo wyczuwalne" (a nie lubi anyżu, kolendry itp., więc skoro ich nie czuła, to naprawdę, to nie mój wymysł, że nie były mocne). Mówiła, że mogłaby zjeść, gdyby był dżemik, bo "z ciemną polewą to nawet do mleka nie pasują".

Mdły smak polewy, wyczuwalne, ale za delikatne przyprawy i suchość - nic fajnego. A jednocześnie nie były to jakieś kamienne, chemiczne paskudztwa... Coś raczej do bólu nudnego.


ocena: 4/10
kupiłam: Tesco (Mama kupiła)
cena: około 5 zł ? (za 500g)
kaloryczność: 385 kcal / 100 g; sztuka ok. 30g - 113 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, syrop glukozowo-frutozowy, czekolada 17% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, emulgatory: lecytyny sojowe, polirycynooleinian poliglicerolu), cukier, olej słonecznikowy, substancje spulchniające (węglany amonu, węglany sodu), cynamon w proszku, barwnik (karmel amoniakalny), sól, kolendra, anyż, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, imbir, goździki

wtorek, 20 października 2020

Tesco Chałwa sezamowa z orzeszkami ziemnymi

Przy chałwie czekoladowej z pomarańczą Odry wyjaśniłam, dlaczego ją kupiłam, zdradzając, że pojawi się dzisiejsza recenzja (i tu zaginam czasoprzestrzeń, ponieważ podlinkowaną opublikowałam znacznie szybciej przez to, że to limitka; jadłam je w odstępie miesiąca-dwóch). Przymus kupienia spowodowany zamykaniem sklepu do najmilszych nie należy, samo zaś próbowanie produktu, którego pewnie nie będę miała możliwości znowu kupić jest trochę nielogiczne, ale cóż... Obiecałam sobie kiedyś chałwę tę spróbować, to po prostu musiałam to zrobić. Nie napaliłam się na nią jakoś specjalnie, bo i ostatnio czuję, że smak chałwy lubię tylko teoretycznie, ale też nie miałam żadnych większych powodów, by nastawiać się specjalnie negatywnie. Tym bardziej, że jedzona parę dni wcześniej Naive Molecules jakoś przypomniała mi batona Legal Cakes Chiacho, właśnie kojarzącego się trochę z chałwą z fistaszkami. I też stosunkowo niedawno znów jadłam wafelki Familijne chałwowe, więc takie smaki się mnie trzymały. Chociaż właśnie - czułam się trochę niepewnie, bo po wafelki te sięgam, gdy nachodzi mnie na coś chałwowego. Rzadko, bo rzadko, ale jednak, ponieważ stanowią "przyjaźniejszą" dla mnie formę chałwy - czyściej się to je, a i mniej słodkie. Sama bowiem mam z chałwą taki problem, że trochę mnie brzydzi. Jak sobie z tym radzę? Jem widelczykiem, i może akurat ta wiedza Wam do szczęścia potrzebna nie jest, służy mi potem za wykałaczkę, haha (taki fajny, malutki).


Tesco Chałwa sezamowa z orzeszkami ziemnymi to chałwa z sezamu z kawałkami fistaszków wyprodukowana dla Tesco w Polsce.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach chałwy, w którym lekko goryczkowaty sezam wyrównany był z silną słodyczą kojarzącą się z cukrem pudrem, a tym samym ciężko-duszną. W duszności doszukałam się też akcentu fistaszków.

Zdziwiłam się, trafiając na (jak na takie produkty) nie za wiele olejo-syropu. Tradycyjnie odsączyłam ręcznikiem papierowym, jednak nie zostało na nim specjalnie dużo plam. W dotyku chałwa była tylko trochę lepko-tłusta, nieco nawet suchawa i zwarta.
Sprawiała wrażenie mocno zmielonej, na gęsto-zbito; z drobnymi włóknami, a z sowitą, acz nieprzesadzoną ilością średniej i małej wielkości orzeszków. Łamało się i kroiło ją z łatwością, przy czym wykazywała kruchość i pewną miękkawość.
Kiedy jadłam widelczykiem, trochę się rozwalała, ale można ją uznać za zadowalająco zwartą, a jednocześnie nie przesadnie zbitą czy ciężką.
W trakcie jedzenia lepiła się do zębów, ale przyjemnie przy tym trzeszczała i skrzypiała, co brzmiało jak chodzenie po śniegu, który tylko co spadł. Była tłusta w typowy dla chałw sposób, owszem, acz jednocześnie dość sucha i krucha. Rozpuszczała się trochę w cukrowo-wodnisty sposób, znów przywodzący na myśl cukier puder. Potem jednak na zębach zostawały zbitki cukru, które trudno do czegoś porównać. Na szczęście jednak nie zostawały na długo, a uwagę od nich odciągał dodatek.
Orzeszki wyszły chrupiąco, dość świeżo - nie zawilgotniały od reszty.
Strukturę ogólnie uważam za niezłą.

W smaku od początku do końca dominowała słodycz. Uderzyła, rozeszła się po ustach jakby komuś rozerwała się torba cukru i wpadła do rzeki syropu glukozowego, zagęszczonej "błotkiem" z lukru. Takie skojarzenia (na szczęście dość wątłe) towarzyszyły mi cały czas, ponieważ nie był to czysty biały cukier, a "zabarwiony rozmaitościami". Na pewno czułam coś sztucznawego, ale w zasadzie uszło w tle.

Drugim po słodyczy, bardzo wyraźnym wątkiem na szczęście był już sezam, toteż mimo słodyczy, wraz z jedzeniem, chałwową gorzkawość uznałam za zaskakująco intensywną. Sezamowi udało się smakować sobą, takim raczej łagodnym, lekko podprażonym, z zaznaczoną przyjemną goryczką.

Prażoność i goryczkę podkreślił motyw orzeszków ziemnych, którymi trochę nasiąkła. Nie jestem pewna, czy dziwne skojarzenia co do słodyczy podkreśliły czy właśnie przygłuszyły je... Na pewno jednak mocny smak fistaszków nasilał się przy ich kawałkach, co dodatkowo obniżało poczucie słodyczy. Do samej sezamowości chałwy z kolei pasowało i nie zabiło jej.

Po zjedzeniu pozostało straszliwe przesłodzenie, także jako palenie w gardle, ale też smaczek chałwowo-orzeszkowy. Czuć sezam, tłuszczowość chałwy (tę to nawet na ustach jako warstwa). Orzeszki (nawet zostawione i rozgryzane na koniec) traciły szybko na znaczeniu.

Całość uważam za... niezłą. Trochę dziwną, gdy chodzi o suchawość, ale przynajmniej przyjemnie nietłustą. Orzeszki były, i choć może rewolucji nie przeprowadziły, to bez nich lepiej pewnie by nie wyszło. Smak samej chałwy... wydawał mi się bardzo słodki i po prostu chałwowy - o tyle interesujący, że właśnie nie waniliowy, a sezamowy. Sezamowo-słodko-jakiś. Nie było to złe, a całkiem ok.
Wprawdzie przeszkadzało mi przylepianie się do zębów, a także jakby sama chałwowa specyfika, ale i tak ta chałwa jest warta polecenia (a cechy typowo chałwowe... wiadomo).
Trochę zmęczyła mnie z czasem, toteż 1/4 dałam Mamie, by sobie przypomniała i powiedziała mi, co ona myśli. Dla niej była za gorzka, więc zdecydowanie woli "zwykle czyste waniliowe np. z Lidla czy Biedry".


ocena: 7/10
kupiłam: Tesco
cena: 0,99 zł (za 50g)
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie (ale chciałabym mieć możliwość kupienia)

miazga sezamowa 49%, syrop glukozowy, cukier, orzeszki ziemne 9%, olej rzepakowy, emulgator (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), białko jaja w proszku, ekstrakt z korzenia mydlnicy, aromat

sobota, 19 września 2020

Tesco Milk Chocolate with Strawberry Filling Smooth & Fruity mleczna z nadzieniem truskawkowym i mlecznym kremem

Po w sumie niezłej Luximo Premium Czekoladzie gorzkiej 70 % z granulatem truskawkowym, mając w pamięci paskudną czekoladę mleczną truskawkową Wedla, myślałam sobie, że zjadłabym prostą truskawkową czekoladę, jakby ich połączenie. Taką najzwyklejszą pod słońcem, ale smaczną. Nie chciałam jednak być aż taką pesymistką (jestem), a całkiem niezłe tescowe taniochy podsunęły mi myśl, że skoro już moje Tesco zamykają, co mi szkodzi kupić i spróbować? Prawdopodobnie nie nadarzy się już na to sposobność, więc... A też fajnie się złożyło, że jej dzień wypadł tydzień po dniu wykańczania Milki Strawberry Cheesecake.


Tesco Milk Chocolate with Strawberry Filling Smooth & Fruity to mleczna czekolada o zawartości 31 % kakao z nadzieniem mlecznym i truskawkowym.

Otwierając, poczułam zapach cukru zrównany ze słodką i uroczą, zaskakująco naturalną konfiturą / dżemem truskawkowym. Była to woń intensywna, ale nienachalna. Miała nieco mleczno-waniliowe, całkiem urocze zabarwienie.

W dotyku tabliczka wydała mi się dość konkretna, choć tłusta. Nie topiła się jednak, ani nie wgniatała. Przy łamaniu nawet lekko pykała-trzaskała jak polewa, a mimo to sprawiała wrażenie miękkawej.
Okazało się, że gruba warstwa czekolady skrywała sporą ilość nadzień: gęstego żelu truskawkowego, który trochę się lepił, jednak nie wylewał się (jedynie się wyciskał) oraz dolnego - mlecznego. To wyglądało na nieco zbite.
W ustach czekolada rozpływała się dość powoli z racji tłustej gęstości. Okazała się kremowa i zalepiająca, lekko tylko proszkowa.
Nadzienie mleczne okazało się zgrane z nią, bo również tłusto-gęste, nieco od niej rzadsze, zdecydowanie bardziej plastyczne i miękkie. Było trochę proszkowe, ale nie suche. Po zmieszaniu się z truskawkowym w ogóle przybierało dość gumiastą postać. częściowo wsiąkł w nie żel i tam robiło się jeszcze bardziej gumiasto-gumkowate. Kojarzyło mi się z gumami rozpuszczalnymi, co mi bardzo nie pasowało.
Dżem wydał mi się lekko przecierowo-zagęszczony i nieźle soczysty, mimo że lepiący. Nie znikał w sekundę, ani też nie wyciskał się spod czekolady nazbyt szybko. Był zwarto-miękki, plastyczny, minimalnie wręcz zżelkowany.
Nie przemówiła do mnie ta struktura - obstawiam, że czekolada po prostu przedwcześnie się zestarzała (część nie moich kostek była wręcz nieco wklęsła), ale to subiektywny odbiór. Paskudne to nie było.

W smaku sama czekolada zasunęła mi cukrowe uderzenie, które zaraz złagodziła mleczno-maślana fala. Miała w sobie posmak wanilii i jakiś inny, znajomy... Trochę orzechowy (?), trochę uroczy. Lekko przesiąkła też truskawkową nutką. Szybko zasładzała w sposób, jaki robią to czekoladki dla dzieci.

Mleczność i słodycz jeszcze wzmocniło białe nadzienie. Zaskoczyło mnie swoją mlecznością, stojącą na przyjemnym, wręcz śmietankowym poziomie. Zabijało słodyczą, że aż wydawało się w końcu coraz bardziej tłuszczowo-nijakie.

Żel truskawkowy przecinał sobie drogę leciuteńkim , soczystym kwaskiem truskawek. Wydał mi się trochę podkręcony, ale w sposób jedynie owocowy. Gdy tak przełamał trochę słodycz... sam się na nią zdecydował. Poczułam słodkie truskawkowe Mambo-cukierki i truskawkowy, zdecydowanie przesłodzony dżem. Łeb w łeb (szypułka w szypułkę?) szła tu truskawka naturalna ze sztuczną. Tej drugiej udało się nieco skryć, bo obie tonęły w cukrowo-mlecznej toni. Niestety smak truskawek był przez to jedynie nutą jedną z wielu.

Następnie cukrowy wir zagarnął sobie scenę, a bliżej końca nadzienie mleczne oprócz cukru upuściło też trochę mleka w proszku.

Po zjedzeniu raptem małej ilości został posmak przesłodzonej, mocno mlecznej czekolady i... truskawek z cukrem (torbą cukru) oraz śmietanką. Wyszło również cukierkowe echo, współgrające z drapaniem w gardle, które pojawiło się już przy pierwszym kęsie.

Całość uważam za względnie niezłą. Po tej półce, po takiej czekoladzie można by spodziewać się tragedii, a oprócz straszliwego przecukrzenia, w zasadzie była wolna od wielkich wad. Tania, znośna, bezpieczna i w dodatku smakująca tym, czym miała smakować, choć wolałabym zdecydowanie więcej truskawki. Cukrowość przyprawiła mnie wprawdzie o grymas na twarzy, ale większy problem miałam z tym miękko-gumiastym nadzieniem. Co więcej, mimo jeszcze obiecanych 5 miesięcy zdatności do spożycia, chyba uległa przedwczesnemu zestarzeniu, co o jakości nie świadczy.
Muszę przyznać, że jakoś trochę mi się z Milką Strawberry Cheesecake kojarzyła - to znaczy: powiedziałabym, że poziom zbliżony, aczkolwiek Milka wygrała uroczą, ale nie cukierkową truskawką i jednak lepszą strukturą.
Część oddałam Mamie, której bardzo smakowała, bo "właśnie taka zwyczajnie truskawkowa, smaczniutka!", ale której spodobała się głównie dzięki "temu miękkiemu i ciągnącemu, trochę gumiastemu nadzieniu, świetnie wyszło, ciekawe, czy to zamierzone?". Stwierdziła, że "skoro Olga lubi miękkie i słodkie nadzienia" to jej też powinna posmakować, więc swoją część (na Mamy odpowiedzialność!) wysłałam Oldze.


ocena: 6/10
kupiłam: Tesco
cena: 2,69 zł
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna 55% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, pasta z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii), nadzienie mleczne 25% (cukier, tłuszcz roślinny: olej palmowy, olej shea; lecytyna słonecznikowa; serwatka w proszku, mleko odtłuszczone w proszku 8%, lecytyna sojowa, polirycynoolenian poliglicerolu; aromat, ekstrakt z wanilii), nadzienie truskawkowe 20% (syrop glukozowy, przecier truskawkowy 26%, sok truskawkowy 19%, cukier, syrop cukru inwertowanego, aromat, regulator kwasowości: kwas cytrynowy)

piątek, 21 sierpnia 2020

Ms Molly's Czekolada mleczna nadziewana kremem o smaku cappuccino

Tę czekoladę Mama kupiła sobie. Codziennie je coś słodkiego, bardzo słodkiego i plebejskiego, więc akurat padło na czekoladę. Tę właśnie, bo zamykali nasze Tesco i po prostu kupiłyśmy sporo produktów ich marki własnej, których spróbowanie albo zawsze odkładałyśmy na "kiedyś tam" (jak Mama w przypadku tej czekolady) albo które po prostu lubimy. Ta mnie nie interesowała zupełnie. Gdy jednak po raz trzeci usłyszałam mamine: "Na pewno nie chcesz? Wiem, że nie w twoim guście, ale znając życie jak nie spróbujesz, a Tesco się zwinie, będziesz żałować. A może akurat smaczna?". Aż w końcu zawahałam się. To prawda - co mi szkodzi? Pomyślałam, że i tak pewnie będzie paskudna, więc po kostce wyjdzie na moje, że nie było sensu bym się za nią brała.


Ms Molly's Treat Store Milk Chocolate with Cappuccino Flavoured Filling to czekolada mleczna (zawierająca 30 % kakao) z 50 % nadzieniem o smaku cappuccino; produkt marki własnej Tesco.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam wyrazisty zapach kawy i cukru. Kawa zawarła w sobie gorzkość, choć całościowo było czuć, że niczego poważnego tu nie uświadczymy, za to zapowiedziało się mleko. Ogół był jednak w miarę przyjemny - jak prosta kawa rozpuszczalna.

Tabliczka w dotyku wydała mi się tłusto-lepka, ale przy łamaniu aż trzasnęła.
Nadzienie wyglądało na krucho-suchawe, ale gdy tylko je dotknęłam, okazało się wilgotne, mocno tłuste. Gdy odgryzałam kawałek kostki, czekolada najpierw lekko trzasnęła, a nadzienie ugięło się.
W ustach czekolada rozpływała się jak tłusta, trochę plastikowa polewa. Miękła i zatłuszczała błyskawicznie, po czym odsłaniała nadzienie.
Okazało się margarynowo-mlecznie mięciutkie i bardzo szybko rozpuszczające się, przy czym zdążyło jeszcze w tłusty sposób nieco zalepić. Zalepiało, maziając się ślisko. Było jednak także lekko pyliste.

W smaku, przy wgryzaniu się, poczułam cukier, posmak kawowy oraz... fistaszkowo-margarynowy.
Od razu po ustach rozszedł się smak cukru mocno zabarwiony posmakiem kawy rozpuszczalnej. W tle mignęła chemia, ale ukryła się. Czekolada okazała się też dość wyraźnie mleczna. Spod tony cukru, gdy spróbowałam trochę bez nadzienia, wychwyciłam tanio-oleisty posmak.

Za sprawą nadzienia słodycz jeszcze wzrosła, ale cała kompozycja zrobiła się bardziej mleczna. Kawa od początku rozwijała się, prezentując smak gorzkawej kawy rozpuszczalnej. Pylista rozpuszczałka ukryła w sobie fistaszkową nutę czekolady i zagłuszyła dość silny początkowo oleiście-margarynowy motyw. Wymieszała się z cukrem i mlecznością, tłuszczowością. Smakowała niczym przesłodzony, beżowy krem z jakiegoś wafelka. Ogólnie jakoś dziwnie wafelkowo się pod koniec zrobiło. Pomyślałam o słodyczach o smaku cappuccino, ale przez tłuszczowość, mignęło mi tu jeszcze tanie toffi.

Czekolada leciutko próbowała się w tym przebić, jednak była bardzo cukrowa i nasiąknięta kawą, więc kiepsko jej szło. Nadała jakiegoś tańszego posmaku, znów kojarzącego się z wafelkiem ni toffi, ni cappuccino.

Po zjedzeniu został posmak gorzkawej kawy i przesłodzenie jak po torbie cukru już raptem po kostce. Co więcej, czułam taki tani, oleiście-polewowy motyw, ale... bez jakiejś straszliwej chemii czy paskudztw. Nie wiem, czy cappuccinowo to to smakowało... w sumie esencjonalnie mlecznie nie było; bardziej kawowo i mlecznie-tłuszczowo, z naleciałością toffi-fistaszkową.
Ta czekolada miała... wydźwięk wafelka Lusette Cappuccino jedzonego w towarzystwie delikatnej, acz wyrazistej rozpuszczalnej kawy. Trochę tandetne, ale znośne.

Zupełnie nie spodziewałam się, że tak nieźle ją odbiorę. Możliwe, że przy większej ilości doszukałabym się więcej wad / coś zaczęłoby mi o wiele bardziej przeszkadzać, jednak... nie raz zdarzyło mi się trafić na kiepską czekoladę i po takiej ilości porzucić (tej dostałam kostkę). Czekolady zaskakują! Ta oferuje w pełni zadowalający kawowy smak nadzienia w cukrowym wydaniu, ale czego spodziewać się po tej cenie? Zobaczywszy jednak mączkę z fistaszków w składzie doznałam kolejnego szoku - czy to możliwe, że ją wyczułam?!
Zdecydowanie lepsza od Scholetty Iced Coffee, ale już gorsza (bardziej cukrowo-tania) od np. Terravity Tiramisu (bardziej podobał mi się ten truflowy wydźwięk).
To już tylko mój domysł, ale ta tandetna nutka tanich słodyczy jakoś odlegle skojarzyła mi się z jedzonymi dawno temu nadziewanymi Baronami Yummy.
Mama swoją część, czyli prawie 100 g, zjadła na raz (przy czym jej "raz" to kilkanaście minut, a nie jak moje "raz" idące w godziny). Była zachwycona: "Wyraźnie kawowa, a nie jak te rzeczy nibycappuccino. Może tylko ciut za słodka, ale naprawdę, przepyszna!".


ocena: 6/10
kupiłam: Tesco (Mama kupiła)
cena: 2,19 zł (za 100g, ale nie wiem, czy nie jakaś promocja)
kaloryczność: 559 kcal / 100 g; ciastko (16g) 84 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcze roślinne (palmowy, shea - w zmiennych proporcjach), mleko odtłuszczone w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko pełne w proszku, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, kawa 1%, lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu), aromat, mączka z orzeszków ziemnych

sobota, 4 lipca 2020

Tesco Milk Chocolate with Caramel Filling Smooth & Sticky mleczna z kremem karmelowym i płynnym karmelem

Nigdy nie przepadałam specjalnie za nadziewanymi karmelem czekoladami. Za to Mama uwielbia je za nas dwie. A już na punkcie czekolad z nadzieniem toffi w ogóle ma fioła. Ogólnie forma "jasny krem + rzadkawe nadzienie" to jej ulubiony typ czekolad. Gdy dowiedziałyśmy się, że likwidują nasze Tesco, zaczęłyśmy się tam rozglądać za wartymi uwagi produktami marki własnej. Jako że ludzie kupowali wszystko tonami, sobie jakoś nic nie mogłam znaleźć. Gdy jednak zobaczyłam tę czekoladę, wiedziałam, że MUSZĘ ją Mamie kupić. Mleczna i podwójnie karmelowa? Plebejska, jak się da? To musiało ją zachwycić. A że ja nigdy nie widziałam połączenia "nadzienie karmelowe lejące i krem karmelowy", bo przeważnie dają mleczny (lub po prostu biały, bliżej nieokreślony), rządzik przygarnęłam.


Tesco Milk Chocolate with Caramel Filling Smooth & Sticky to mleczna czekolada o zawartości 31 % kakao z nadzieniem karmelowym (25%) i płynnym karmelem (20%).

Przy otwieraniu uderzył mnie zapach toffi i cukru, właściwie częściowo będący jednym i tym samym, w akompaniamencie cukrowo-mlecznej, wyraźnie mlecznej, czekolady.

Przy łamaniu tabliczka okazała się dość twardawa, lekko pyknęła. Przy przekrajaniu czy wgryzaniu się jednak, kostki nieco się uginały. Nadzienie górne było bowiem rzadkie, lejące, ale nie bardzo ciągnące. Lepiło się, ale w normie.
Krem o jasnym kolorze na dole, sprawiał wrażenie lekko proszkowego, ale nie suchego czy twardego.
W ustach czekolada rozpływała się w bardzo gęsto-kremowy sposób. Miękła, tworząc lepiące bagienko i serwując sporo tłustości masła i pełnego mleka. Lepiszcza, pod koniec wydała mi się lekko proszkowa, co jednak nie było wadą.
Rozpływała się powoli (kontrastowo do nadzień), ale nie opornie.
Rzadka część wyciskała się szybciej. Cechowała ją gładkość i lepkość; oczywiście szybko znikała.
Krem dolny podczepiał się pod czekoladę swoją tłustą kremowością, ale mimo że również gęsty, przyjemnym nazwać go nie mogę. Miękł raczej w margarynowo-oleisty sposób.

W smaku sama czekolada uderzyła cukrem, ale też ogromem mleka i toffi, a więc cukrowo-maślanego duetu. Gdy tak bardzo, bardzo się na niej skupiłam, wydała mi się mieć jakiś znajomy posmak... milkowo-orzechowy? Jak rzeczy o smaku cappuccino? Cukier od dominacji zaczynał, więc czekolada zasładzała zanim na dobre odezwały się nadzienia.

A te właśnie też cukier i toffi podbijały. Oto górne wyciskało się szybciej. Do cukrowości doszedł smak mlecznego toffi. Przez całą swoją słodycz z trudem walczyło o przebicie się, ale właśnie smakowało ewidentnie mlekiem i słodziutkim toffi.

Nadzienie stałe też przedostało się - mimo kolejnej dawki słodyczy - jako mleczny wątek. Ono jednak przypominało skondensowane mleko karmelowe lub kajmak.

Całościowo, w cukrowości plątał się jakiś bardziej palony motyw, ale żadnego z nadzień nie nazwałabym czysto karmelowym. To raczej cukrowo-cukrowa, mleczno-maślana mieszanina słodzideł. Były zaskakująco przejrzyste w swoich nutach, bez nieprzyjemnych posmaków, ale z trudem przebijały się spod przesłodzonej czekolady.

W gardle drapało, zanim jeszcze najmniejszy kęs do końca się rozpuścił.

Po zjedzeniu kostki w ustach czułam palenie cukrowości. Poszczególne smaki aż się w tym rozmyły. Czułam cukier, cukier i "coś".

Mimo iż zaplanowałam zjedzenie trzech kostek, mimo że nadzienia były całkiem spoko, nie dałam rady (zupełnie nie miałam ochoty) więcej niż kostce. To przez tę cukroladę na wierzchu. Dawno tak słodkiej mlecznej nie jadłam. A szkoda, bo nadzienia próbowane osobno zaskoczyły mnie tym, że mimo że nie karmelowe, to ciekawe jak na tę półkę.
Potencjał... zmarnowany grubą, cukrową czekoladą, którą po prostu przecukrzono.
O tyle z większym smutkiem pozostałam, bo czuję, że wystarczyłoby zrobić mniej cukrową czekoladę... Ale z drugiej strony: może to cukrowość zamaskowała wady?
Od samego początku zastanawiał mnie znajomy wygląd tabliczki i to, że sama czekolada smakowała "jakoś znajomo". Czyżby stał za nią ukryty producent Scholetty?
Mama określiła ją jako "w porządku", dodając potem, że czuła "chyba w jednym z tych nadzień, takie maślane toffi" (u Mamy toffi zawsze już z założenia wygrywa z karmelem).


ocena: 5/10
kupiłam: Tesco
cena: 2,69 zł
kaloryczność: 506 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, pasta z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii), krem o smaku karmelowym 25% (cukier, tłuszcz roślinny: olej palmowy, olej shea, lecytyna słonecznikowa; serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, syrop karmelowy, emulgatory: lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu; aromat, ekstrakt z wanilii), płynne nadzienie o smaku karmelowym 20% (mleko słodzone zagęszczone, syrop glukozowo-fruktozowy, syrop cukru inwertowanego, tłuszcz kokosowy, woda, cukier, substancja utrzymująca wilgoć: glicerol; tłuszcz mleczny, całkowicie utwardzony olej rzepakowy, lecytyna sojowa, sól, barwnik: karmel; regulator kwasowości: fosforany sodu; aromaty, stabilizator: karagen

piątek, 29 listopada 2019

Tesco finest Swiss Dark Chocolate with Orange Pieces & Almonds ciemna 44 % z kawałkami pomarańczowym, migdałami i mielonymi orzechami laskowymi

Po wielu kiepskich czekoladach z pomarańczą doszłam do wniosku, że takich "po mojemu" chyba po prostu nie robią. Kandyzowanej pomarańczy nie cierpię, pomarańczowy cukier Barona to w ogóle jakaś pomyłka... postanowiłam więc więcej takowych nie kupować. I nie zrobiłam wyjątku nawet dla Tesco finest, które to czekolady uwielbiam. Wszystko zmieniła jednak recenzja Olgi z Livingonmyown, która zgrała się w czasie z tym, jak nawet nieźle odebrałam cytrusowe galaretki w ciemnym Wedlu Chrrrup! oraz jak doszłam do wniosku, że galaretki w Studentskich nie są takie straszne. Tesco finest z pomarańczowym tworem tego typu? To już brzmiało zachęcająco, toteż z kupnem tabliczki długo nie czekałam. Z otwarciem też nie, ale to już mi data podyktowała.

Tesco finest Swiss Dark Chocolate with Orange Pieces & Almonds to ciemna czekolada o zawartości 44 % kakao z cząstkami o smaku pomarańczowym, kawałkami migdałów i mielonymi orzechami laskowymi.

Gdy tylko zabrałam się za rozrywanie sreberka, poczułam intensywną, smakowicie pomarańczową woń, zawierającą w sobie mnóstwo goryczkowatości galaretek (głównie ich), jak i skórek, ale też ogrom ogólnie cytrusowej cukro-soczystości. Cukrowa, cierpkawo-ciemna czekolada zaznaczyła się delikatnie w tle.

Tabliczka nawet przebłysk miała pomarańczowy, kolor trochę jak mleczna. Wydała mi się tłusto-miękkawa; łamała się z łatwością, raczej pykając, niż trzaskając. Dodatki nie nadały jej kruchości, mimo że było ich mnóstwo.

W ustach rozpływała się szybko mięknąc, kremowo-tłusto. Zalepiała paszczę i powoli odsłaniała dodatki, nie wypuszczając ich tak znowu szybko. Przypominała tym samym czekolady mleczne. Kawałki pomarańczowe były większe niż i migdały (i orzechy?). Te to kawałki, ale i drobniuteńkie drobinki, dlatego nie jestem pewna, czy i laskowce nie występują pod postacią kawałków - może nie są tylko miazgą wtopioną w czekoladę? W zasadzie podczas jedzenia już zwątpiłam. Może trafiłam na parę nieplanowanych drobinek, a miały być po prostu wmielone w miazgę? Tak przypominała mleczną, że w sumie to możliwe. Migdały w większości wydawały się pozbawione skórek, acz i te się znalazły. Odznaczały się świeżością, dzięki czemu chrupały, jak trzeba.
Pomarańcza to zwarte kostki o miękkiej, dość jędrnej strukturze. Rozpuszczały się chętnie, trochę tylko oblepiały zęby. Nie były to typowe galaretki czy żelki, a twór bardziej... jak zagęszczono-podsuszony - jakby mąką? - sok z elementem galaretki. Dziwne to, ale całkiem przyjemne.
Całość była integralna, nie miałam poczucia przesytu ani niedosytu dodatków.

W smaku czekolada przywitała mnie wręcz cukrową słodyczą, zalatującą słodką pomarańczą. Wydała mi się nie tyle nasiąknięta dodatkiem, co podkoloryzowana aromatem, nienachalnym jednak. Cukrowość rosła wraz z łagodnym, maślanym smakiem czekolady o zaznaczonej palonej nucie, jakoby zastępującej gorzkość. O tej, czy nawet o gorzkawości, mówić raczej nie ma co. Kojarzyła się wręcz z mleczną, choć mleka w niej nie ma.

W tle za to szybko zaznaczyła się lekka goryczka galaretek pomarańczowo-cytrusowych. Mieszała się z cierpkawością tej palono-kakaowej nutki, jak również przemycała coraz bardziej pomarańczowe wątki.
Nadała cukrowej, acz "ciemnawej" czekoladzie wydźwięku sosu lub nawet (bezalkoholowego) likieru.

Wraz z odsłaniającymi się dodatkami słodycz sama w sobie nieco przełamywała się. Dalej było cukrowo, jednak coraz wyraźniejszy smak cytrusów nadał słodyczy innego kształtu.

Galaretki gdy się trochę rozpuszczały, a już w ogóle gdy je podsysałam czy podgryzałam "obok czekolady", zagłuszały wszystko smakiem soku pomarańczowego z mocną goryczką, łączącą w sobie galaretkowość i inne niż pomarańcza cytrusy. Zachowały wiele naturalności, mimo aromatu (nienapastliwego) i znaczącej słodyczy. Ta w ich przypadku wydała mi się naturalnie owocowa, a jednocześnie jakby sztucznie cukrowa. Nie porażająco silna, ale jednak. Kwaśność z kolei była niska, soczysta, ale nie aż tak, jak można by od cytrusów oczekiwać. Ogólnie bardzo czuć cytrusowość, nie tylko samą pomarańczę: cały splot i wręcz cytrynowy, i słodko-cytrusowy, jak i mocniej niż pomarańcza goryczkowaty.

Orzechowy wątek okazał się mało wyrazisty, nawet przy rozgryzaniu kawałków. Całościowo nawet słodyczy specjalnie nie minimalizował.
Migdały wyszły zbyt neutralnie, choć jak już na większą ilość trafiłam, wydawały się blanszowane, takie zupełnie czysto-nijakie. Orzechy laskowe... te zaskoczyły, że ogólnie w czekoladzie plątał się ich cień. Bez przełomu, ale raz i drugi wydaje mi się, że nawet na jakiś ich "drobiażdżek" trafiłam.

W posmaku pozostała pomarańcza i cytrusowość, głównie jako aromat i galaretki, ale też nieco soczysty owoc wkomponowany w przecukrzenie, jedynie z nutą czekolady "ciemnawej".

Całość bez dwóch zdań nie była niesmaczna. Nie brak jej również intrygującego elementu. Niestety,  wad też. Tabliczka ogólnie nie zacukrzała do stopnia, że jeść się nie da, ale czekolada była przesłodzona, pozbawiona wyrazistego smaku ciemnej. Wszelkie goryczki napędzały dodatki... do których mam dwojaki stosunek. Podobała mi się forma niegalaretkowatych, a definicyjnych cząstek owocowych, jednak mogłyby być o wiele bardziej soczyste, owocowe. Nie brak im naturlaności, ale smakowały przede wszystkim galaretkami... I tak, czuć sok pomarańczowy, ale też ogólnie cytrusy jako cytrusowy aromat. Ten pobrzmiewał w całości. Nie pobrzmiewały za to migdały. Chrupacze wydawały się wyprane ze smaku - pewnie dlatego, że za drobne.
Przeszkadzała mi miękkość niemal mlecznej, mimo że nie był to w 100%-ach tłusty ulepek. Miękka masa wypełniona dodatkami do gryzienia to coś nie w moim typie, acz można się wciągnąć. Czuję, że chodziło o kompromis między ciemną, a mleczną.
Nie jestem pewna, czy nie wolę Wedla Chrrrup! z grejpfrutem. Smakowo chyba tak, ale całościowo to nie wiem, bo w Wedlu galaretek poskąpiono, a dodano chrupki zbożowe, których nie lubię. Też przecukrzona, a jednak bardziej ciemnoczekoladowa. Wiem, że wolę Lindta Excellence Orange, który mimo że cukrowo-miękki, wyszedł o wiele bardziej wyraziście ciemnoczekoladowo.


ocena: 6/10
kupiłam: Tesco
cena: 6,99 zł
kaloryczność: 539 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, migdały 7%, cząstki o smaku pomarańczowym 7% (substancja utrzymująca wilgoć: glicerol; syrop fruktozowo-glukozowy, przecier jabłkowy, błonnik pszenny, zagęszczony sok pomarańczowy, cukier, olej palmowy, substancja zagęszczająca: pektyny; aromat, koncentrat dyniowy, koncentrat marchwiowy), tłuszcz mleczny, orzechy laskowe 2%, lecytyna sojowa, aromat

niedziela, 9 czerwca 2019

Tesco finest Swiss 72 % ciemna

Obecnie mam tak, że gdy tylko zobaczę ciemną czekoladę z logo Tesco finest, której jeszcze nie miałam, kupuję będąc pewna, że mi posmakuje. Uwielbiam takie pewniaki! Ostatnio robiąc sobie zapas "dla siebie" (tych, które już zrecenzowałam, są tak pyszne, że do nich wracam i np. nimi zagryzam / dojadam, gdy degustuję coś, co mi nie posmakuje albo coś małego). Do tej mi się nie spieszyło, bo jakoś powątpiewałam w ich szwajcarskie blendy ("kiedyś tam..."), ale po Tesco finest Swiss 85 % szybko zaopatrzyłam się i w dzisiaj przedstawianą.

Tesco finest Swiss 72 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao, wyprodukowana w Szwajcarii dla Tesco.


Po otwarciu poczułam mocny zapach palono-prażony, od razu przywodzący na myśl posypane kakao w proszku ciasto czekoladowe z brzegami wypieczonymi na chrupko i palonymi ziarnami kawy.
Za tymi pierwszoplanowymi gorzkimi nutami odnalazłam sporo ciemnych owoców leśnych, aronii i słodkich truskawek / malin. Te dodały rześkości i słodyczy, nie było więc zbyt ciężko.
Czyżby również pośrodku blachy krył się maślany zakalec, a na owych ziarnach zaparzono łagodną kawę z pianką?
Ciekawy zapach - wydawało się, że może należeć zarówno do czekolady mocnej, jak i łagodnej.

Przy łamaniu ciemna tabliczka była twarda, ale nie kamienna i trzaskała bardzo głośno, ale jakby była niecodziennie gruba i pełna.
W ustach rozpływała się powoli w dość tłusto-kremowy sposób. Długo zachowywała formę, pozostawiała smugi, ale zaskoczyła mnie swoją niegładkością. Czułam w niej pylisty, jakby wręcz trzeszczący, motyw (kakao w proszku?).

W pierwszej sekundzie poczułam prażone kakao, które wydało mi się wręcz trochę chamskie. Błyskawicznie zreflektowało się, przechodząc w gorzkawo-palony smak, który po chwili skupił się na paloności i prażeniu, i tak jednak eksponując zwykłe kakao. Nienachalna słodycz towarzyszyła mu już od początku. Nagle wydało mi się wręcz ordynarne, nieczekoladowe, a potem jak gorące kakao zrobione na mleku i posłodzone. Gorzkość była jednak delikatna, cierpkość niemal nieuchwytna.

Tonowały ją bowiem rozwijające się leniwie nuty maślano-orzechowe. Skojarzyły mi się trochę ze słodkim, kakaowym ciastem maślanym (czyżby z jakimś kremem śmietankowym? śmietankowo-orzechowym?), nerkowcami i młodziutkimi orzechami laskowymi. O ile paloność cały czas stanowiła bazę, tak orzechy wyszły świeżo i delikatniusieńko.

Palony klimat dopuszczał trochę cierpkawe akcenty, przy czym mniej więcej w połowie było wyraźniej kakaowo-kawowo (jedno i drugie ze śmietanką), a później coraz bardziej mniej czekoladowo, a po prostu kakaowo. Kakao oprószyło miks owoców. Cierpkość sugerowała aronię, może jeżyny ale ogólnie czułam mieszaninę leśnych. Wnosiły nieco soczystości i rześkiej słodyczy, ale były tak delikatne, jakby były nie surowymi owocami, a jakimś kremem owocowym.

Bliżej końca słodycz wzrosła, choć wydała mi się bardziej waniliowo-śmietankowa, na pewno rześka i nie za ciężka, mimo że znacząca. Owoce nieśmiało pobrzmiewały w  tle, a wszystko to już bardzo wyraźnie osnuł gorzkawo-palony smak.

W posmaku pozostało silne poczucie palenia / prażenia opierające się na smaku kakao, podrasowanego kawą i orzechową sugestią, do których dodano sporo śmietanki. Ujawniła się też silna cierpkość z pogranicza kakaowej, a jeżynowo-aroniowej. Czułam też słodycz o niepewnym, "waniliowatym" wydźwięku i pyliste wysuszenie.

Całość wyszła delikatnie gorzko i przyjemnie, mimo że o wiele bardziej jak kakao na mleku / ze śmietanką niż czekoladowo. Słodycz stonowana, kwasku brak. Mocne palenie tu akurat pasowało, nie przesadzili z nim, podobnie jak te tonujące maślano-śmietankowe nuty zbytnio się nie narzucały. Jednak przez to, jak silny był tu smak samego kakao, a słodycz prosta, brakowało mi głębi. Palone nuty kawowo-orzechowawe, kojarzące się z ciastem i kawą / kakao ze śmietanką to prostota, ale smaczna. Szkoda tylko że wszystko to znalazło się pod aż taką pierzynką kakao w proszku.
W 85 % też sporo tego kakao czuć, ale oprócz niego więcej ambitniejszych nutek. Tam na przykład słodycz zyskała bardziej miodowego charakteru, owoców było więcej.
O dziwo struktura wydała mi się w porządku - pylistość minimalizowała poczucie tłustości, choć powolne rozpływanie się przy jednostajnym smaku niektórych może męczyć (mnie na szczęście nie).

Mimo to, 72 % smakowała mi, ale jako czekolada do umilenia sobie popołudnia, na pewno nie na "pełnoprawną" degustację.


ocena: 8/10
kupiłam: Tesco
cena: 6,99 zł
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym w promocji

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, naturalny aromat waniliowy

piątek, 19 kwietnia 2019

Tesco finest Swiss 85 % ciemna

Tej czekolady nigdy nie zamierzałam kupić. Może brzmi to jak wstęp do jakiegoś tłumaczenia się, ale naprawdę, akurat ta mnie nie kusiła. Byłam sceptyczna do tych o pozornie wysokiej zawartości kakao (sztucznie podbitej kakao w proszku, a do tego nie wiedziałam, czy także nie tłuszczem), a i miałam wrażenie, że te "Swiss" to jednak trochę co innego (np. inny producent) niż same Tesco finest z konkretnych regionów. O tych opatrzonych szwajcarskością czytałam, że mają jakieś tam wady... Podczas jednych zakupów w Tesco wzięłam sobie przecudowną miętową - tylko jedną, bo krótka data i okazało się, że jest na nie wielka promocja. Jedyne 3,50? Wróciłam po kolejne (a co tam, mogę i po terminie kończyć!) i pomyślałam, że w takiej cenie to mogę dać szansę i tej skoro Uganda 78 % i Dominican Republic 85 % były smaczne. Przy kasie okazało się, że... ta objęta promocją nie jest. Mimo również tylko miesiąca czy dwóch do dnia ostatecznego... no ale niech im będzie. Tym samym czekoladę zjadłam już tydzień po zakupie, acz nie było to dla niej na plus, bo na pewno nie było motywowane pozytywnie np. "ojejku, jak bardzo mam na nią ochotę!", a raczej "chodź tu, droga cholero, i tylko spróbuj mi nie smakować!".

Tesco finest Swiss 85 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao, wyprodukowana w Szwajcarii dla Tesco.

Rozerwawszy sreberko, zdziwiłam się, gdy dobiegł mnie smakowity, żywy zapach lasu iglastego i słodko-kwaskowatego, jasnego miodu. Im dłużej wąchałam czekoladę, tym więcej ujawniała soczystości niż kwasku. W końcu wyłoniły się jeżyny, idealnie pasującego do ciemnego lasu.

Tabliczka wydawała się suchawa, ale nie jakoś bardzo. Określiłabym ją jako "w porządku". Była twarda, ale nie kamienna; przyjemnie trzaskała.
W ustach rozpływała się bardzo powoli z racji tego, że była bardzo zbita. Nieco się lepiła, miękła, ale do końca zachowała formę kawałka. Cechowała ją mazista tłustość, ale też pojawiająca się chwilami szorstkości (i niemal drobinki kakao, kojarzące się ze scukrzonym miodem). W tle pobrzmiewała się mączna proszkowość. Trochę to wysuszało tłustość, więc ogółem w tej kwestii wszystko wydawało się przystępne i wyważone.

W smaku w pierwszej chwili mignęła mi przyjemna gorzkość, goniona przez kakaową suchość. Gorzkość okazała się jednostajną bazą tej czekolady.

Suchość może i zaczęła ryzykownie, zachwiała się w lekko cierpkim kierunku, ale po paru chwilach przybrała paloną postać. Wyraźnie czułam proste, zwykłe kakao, ale w żadnym wypadku nie miało ordynarnego wydźwięku. Było po prostu... gorzkawo kakaowe, z czasem coraz bardziej palono-orzechowe.

Orzechowość zdawała się niczym magnes przyciągać waniliową słodycz. Zrobiło się zaskakująco słodko i łagodnie.

Mniej więcej w połowie wkradł się bardziej żywy motyw. Była to pewna soczystość, starająca się uwypuklić cierpkość... jeżyn? Pojawił się w tym wszystkim bardziej "roślinno-wilgotny" wątek, jednak niezbyt owocowy... Jeżyny podsunęły mi na myśl leśną ściółką, a w końcu las iglasty.
Smak "zapachu drzew z igiełkami" zagarnął orzechowo-palone tony.

Słodycz niezachwianie opływała wszelkie przewijające się nuty i waniliowością udanie przekradła się do leśnego klimatu. Nagle wyraźnie poczułam miód ze spadzi iglastej (które to skojarzenie dodatkowo podkreślała "scukrzona" struktura). Było to takie... słodko-drzewne i nibykwaskowate.

Stateczna gorzkawość płynęła niestrudzenie, waniliowo-miodowa słodycz oplotła ją, a ta nieco "podsuszyła" leśne klimaty bardziej palonym posmakiem (choć nie było to mocne palenie). Orzechy zrobiły się bardziej drzewne, wanilia wypłynęła na wierzch, a ja poczułam niemal maślaną sugestię.

Po wszystkim pozostał leciutko cierpki, łagodnie gorzkawy posmak ewidentnie kakao i palono-drzewno-orzechowy motyw w tonacji gorzkawej, ale delikatnie i słodkawej za sprawą wanilii.

Całość bardzo mi smakowała, choć wdziała mi się bardziej jako "zwykłe kakao w formie tabliczki", niż czekolada. Smak kakao był wyraźnie wyczuwalny, ale nie był nieprzyjemny. To dobre kakao (ja lubię kakao), ale takie najzwyklejsze na świecie. Dopiero obok niego znalazła się odrobinka ciemnoczekoladowej głębi. Nuty lasu iglastego, drzew i orzechów miały wydźwięk łagodny, a po połączeniu ze sporą (ale odpowiednią) ilością waniliowej słodyczy, zaserwowały miód ze spadzi iglastej. Waniliowo-miodowy smak trafił na odpowiedni stopień palenia całości - podobnie jak kakao był wyraźny, ale nie za mocny.
No i właśnie dochodzimy do puenty, bo... ogół nie był mocny. To przystępna, łagodna czekolada o gorzkawym smaku. Wciąż słodka, niekwaśna z minimalną, a przyjemną cierpkawością (kakao i jeżyn).
Podobało mi się, że jak już dodali kakao w proszku, to przynajmniej nie odtłuszczone; wyważenie też mi do gustu przypadło, a i choinki - fajna sprawa (jadłam ją akurat pod koniec grudnia, więc fajnie się wpasowała). Struktura... raz i drugi myślałam, że zacznie mnie męczyć, ale nie... całość była taka spokojna, że gdy się w taki leniwie-spokojny stan wprowadziłam, było w porządku.
Po prostu nie mogę nie odnieść się do próchnowatego Lindta 85% - proszę bardzo, Lindcie, ucz się - można zrobić czekoladę w tym przedziale cenowym o tej zawartości i nawet dodając zwykłe kakao, smacznie!


ocena: 9/10
kupiłam: Tesco
cena: 6,99 zł
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier, kakao w proszku, naturalny aromat waniliowy