Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marou. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marou. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 kwietnia 2021

Marou Saigon 100 % ciemna z Wietnamu

Obecnie rzadko kupuję setki, bo nie sprawiają mi tyle przyjemności co czekolady o wysokiej zawartości kakao, ale jednak z cukrem. Są jednak takie marki, których smakuje mi i kusi dosłownie wszystko, co tylko wyjdzie spod ich skrzydeł. Marou obudziło we mnie miłość, a na pewno zaintrygowanie wietnamskim kakao. Postrzegam je jako samo w sobie wytrawne, więc setka z tego regionu bardzo mnie ciekawiła.

Marou Saigon 100 % Single Origin / Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao (blend ziaren) z Wietnamu z regionu rzeki Sajgon.

Gdy tylko uwolniłam tabliczkę ze złotego papierka, poczułam intensywny zapach ziemi: niezbyt czystej, a więc średnio przyjemny. Była gorzka, przywodziła na myśl bulwy jakiś roślin i... gorzkie, ciemne piwo. Dzięki niemu ewoluował w nieco smakowitszym kierunku. Mieszało się z kwaśnym koncentratem pomidorowym z chili i jakimś czerwonym curry z mnóstwem ciepłych przypraw. Curry z gorzkimi orzechami (które zaproszone zostały przez piwo)? Z czasem orzechy zrównały się z ziemią. Wśród korzennych przypraw pojawiła się rześkość trawy cytrynowej, podkreślającej soczystość. Ta zaś... była bardzo roślinna, trochę słodkawo-ziołowa i wręcz kwiatowa, a trochę warzywna. To znów uwypukliło orzechy. Słodycz kompozycji była minimalna. Nie ukrywam, że wyszło średnio kusząco. Przyzwoicie zrobiło się dopiero, gdy aromat się rozszedł i rozłożył wachlarz, czyli w trakcie jedzenia, bo orzechy wywalczyły sobie miejsce na przodzie.

Twarda tabliczka łamała się z trzaskiem suchych, średnio grubych gałązek łamanych podczas wędrówki przez las.
W ustach rozpływała się powoli jak przeciętna ciemna czekolada (nie jak setka) i jedynie gęstawo, z oleistym efektem. Była skora do współpracy, zostawiając na podniebieniu mnóstwo smug, kojarzących się ze smarem. Między coraz to kolejnymi, były też bardziej esencjonalnie soczyste fale, dzięki którym mimo iż tłusta, nie wyszła ciężko.

W smaku od samego początku zarejestrowałam wyrazistą gorzkość, gonioną przez kwaśność pomidorów, koncentratu pomidorowego i cytrusów, głównie cytryn.

Gorzkość rozeszła się po ustach fundując mi smak dymu, odrobinę ziemi i orzechów, mieszających się z nią. Może to lekko skwaśniałe orzechy? Sprawiały wrażenie lekko pikantnych, co podkreśliła trawa cytrynowa. Splatała gorzkość z kwaśnością, odpowiadając za harmonijny przeskok. Dym najpierw ewidentnie dominował, potem bardziej czuwał nad poszczególnymi nutami. Acz był wyczuwalny cały czas. Uwagę od niego odwracały wyraziste ziarna i pestki, w tym pestki słonecznika jedzone prosto ze "słonecznikowej głowy".

Oto pojawiły się rześkie zioła i ogólnie żywe, zielone rośliny. Rozprowadziły szlachetną, ziołowo-kwiatową słodycz. (Prawdziwie słodka wydawała się tak naprawdę po paru kęsach; jakby trzeba było się do niej dokopać, odnaleźć ją.) Kontynuowała ostrość, nadając jej ciepłego, korzennego charakteru. Pomyślałam o słodko-kwaśnych pomidorach i papryce (chili?) albo raczej kremowym czerwonym curry na ich bazie (na pewno z ziarnami, orzechami i... i z jakimiś ziemistymi bulwami?). Po chwili pojawiły się czerwone owoce. Kręciły się wśród nich przejrzałe wiśnie i porzeczki oraz jakieś twarde czerwone "kulki jagódkowate" -zupełnie mi nieznane, ale... nie wiem... Goryczka podszepnęła nagle grejpfruta. Rósł w siłę, zachwycając dojrzałym sobą. Jakoś w połowie rozpływania się kęsa rośliny napierały dosłownie z każdej strony zarówno jako warzywa, owoce i kwiaty, jak i po prostu żywe rośliny. Zielone łodygi, wilgotne paprocie, konary porastające ziemię. Tę nasączyła cytrusowa kwaśność.

Po chwili owocowa goryczka znów zaskoczyła na tor po prostu gorzki. Wyraźnie wrócił mocniejszy dym. Grejpfrut zmienił się w ciemne piwo, a to otworzyło drogę słodowo-ziemistym tonom. Dym snuł się leniwie i trochę bez celu, a może nawet nie on, a raczej jego kwaskawa cierpkość. W drugiej połowie rozpływania się o wiele wyraźniej zagrały gorzkie orzechy. Starawe, trochę czarne orzechy włoskie? Na pewno w towarzystwie ziaren i pestek, takich prosto z łupinek. Podkreśliły je zioła, cała gama roślin i pikanteria.

Bliżej końca ostrość przypraw korzennych, w tym soczystego chili, znalazła się niemal na pierwszym planie, podkręcana na zasadzie kontrastu kwaśnością cytrusów. Łączyła je rześka ziołowa nuta, wydająca się zaskakująco, wręcz paradoksalnie słodka.
Dosłownie na sam koniec mignęła mi łagodność kremowego curry i nawet pewna czekoladowa oleista maślaność, a potem zalała ją "czerwona tanina".

W posmaku jednak został kwasek cytrusów (grejpfruta, cytryny) i czerwonych owoców, piwa, ziół oraz warzyw - dziwnie wytrawny, a także zestawiony z goryczką ziemi i przypraw oraz roślinnością. Ostrość? Trochę słodkawa, ale na pewno bardzo, bardzo rozgrzewająca w orientalnym stylu.

Całość wyszła dziwnie. Bardzo roślinna, wytrawna oraz kwaśna. Jej gorzkość wydawała się nie aż tak znacząca, mimo że dość wysoka. Lekka słodycz wyczuwalna, a jednak kompletnie nieważna w ogólnym wydźwięku. Gdyby nie korzenność, w ogóle można by nie zwrócić na nią uwagi. Podobała mi się za to nuta orzechów i pestek (głównie słonecznika). Ziemiście-roślinny duet koniec końców na plus, choć wolałabym więcej jednoznacznych owoców, niż warzyw. Rześkie zioła za to bardzo na plus. Sprawiły, że kompozycja nie przytłaczała.
To jedna z tych czekolad, która była bardziej dziwna-i-dziwne-że-smaczna niż po prostu smaczna czy dziwna. Wciągnęłam się w nią, a gdybym miała polecać, to tylko jako ciekawostkę jednorazową.

Zaskoczyła mnie, jak podobna do Marou Tien Giang Vietnam 80 % była. Orzechowe curry, korzenno-orientalne przyprawy z trawą cytrynową, słonecznik, soczysta pikanteria i chili - te nuty były niemal identyczne. A jednak tamta była cudownie owocowa (morele, winogrona, jabłka), w momencie gdy dzisiaj prezentowana w tej kwestii była dość skąpa. To mieszanina czerwonych (niezbyt jednoznacznych) owoców i warzyw. Jej roślinność bardzo z kolei przypominała tę z Dak Lak 70 %, ale ogółem nie były do siebie podobne.


ocena: 9/10
kupiłam: Cocoa Runners
cena: £7.95
kaloryczność: 625 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao

czwartek, 10 grudnia 2020

Marou Tien Giang Vietnam 80 % ciemna z Wietnamu

Tę czekoladę planowałam zdobyć właściwie odkąd poznałam markę Marou. Lubię zawartość kakao 80 %, a niestety ten wietnamski producent trzyma się raczej 70 (jak na złość!). Jednak to Tien Giang 70 % zawładnęła mym sercem. Pamiętałam dobrze, jak z każdym kęsem zakochiwałam się coraz bardziej. Nie dziwi więc fakt, że perspektywą - wreszcie! - zjedzenia potencjalnie jeszcze bogatszej w sadystyczną moc tego kakao, byłam wręcz niezdrowo podniecona.

Marou Tien Giang Vietnam 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao (miazga + tłuszcz) trinitario z Wietnamu z regionu Tien Giang (położonego w delcie Mekongu).

Już w trakcie rozchylania złotka uderzyły mnie rozgrzane słońcem i ciepłymi przyprawami drzewa. Wyraźnie poczułam soczyście-ostre chili, ale także podsuszone zioła, w których obecna była pewna rześkość. Rześkość, soczystość... a jednak o wytrawnym charakterze. Niepewnie snuł mi się po głowie podwędzany ser, przyszły prażone orzechy... zmielone na miazgę? Miazgom nie było końca, ponieważ drugą składową były lżejsze nuty: dżem morelowy (gęsty i jędrny) oraz... suszone jabłka? W otoczeniu wielu innych suszonych owoców, jakby miodowo słodkich fig i... w ogóle bakalii.

Ciemna, lśniąca tabliczka okazała się twarda i głośno trzaskająca. Odebrałam ją jako bardzo pełną.
W ustach rozpływała się w pełny sposób z racji gładko-kremowej tłustości. Zalepiała i pozostawiała jeszcze bardziej zalepiające smugi, z czasem przerzedzające się soczystością. Też jednak specyficznie gęstą jak jakieś masy / miazgi / dżemy.

Gdy tylko kawałek znalazł się w ustach, rozbrzmiały w nich drzewa i soczystość. Były to drzewa żywe, rozgrzane słońcem i przyprawami. Drzewa... z młodymi liśćmi, częściowo ukwiecone. Zaraz rozeszła się od nich lekka ziołowość i pikanteria chili. Graniczyło między przyprawą, a świeżą papryczką. Tak samo było z innymi. Pomyślałam o podsuszonej, kwaskawo-soczystej trawie cytrusowej i innych "orientalnościach".

Przez to do głowy przyszło mi jakieś orzechowe curry, masło orzechowe i orzechy prażone. Wniosły wyraźniejszą, wręcz lekko podwędzoną gorzkość. Masło orzechowe... nie było jednak tym popularnym, amerykańskim smarowidłem, a zmielonymi orzechami... może też jakimiś pestkami (dynia / słonecznik?). Snuł się w tym dym i "podwędzony ser", który z kolei w istocie był jedynie... maślano-soczystym wątkiem? Na pewno wytrawnym i smakowitym. Wiązało się to z drzewami i stanowiło przejście do bakalii. Płynęło jednak z wolna, jako baza.

W tym czasie w kompozycję wstrzeliła się kwaśna wiśnia, igrając z soczystością chili. Kwaśność owoców mniej więcej w połowie na dłuższą chwilę przybrała postać cytryny, zarówno soku jak i skórki, a następnie... jakbym rozgryzła winogrono i zajęła się jego grubą, kwaśną skórką. Po chwili zaś jak gryz chrupkiego, zielonego jabłko. Jabłko jednak uległo otoczeniu. Czy było suszone? A może to coś innego słodko-gęstego? Bakaliowa masa albo po prostu bakalie?

Te już odpowiadały za słodycz, która w drugiej połowie rozpływania się kęsa przybrała na znaczeniu. Wydała mi się niemal miodowa, miodowo-pikantna i goryczkowata. Ogrom roślinności zasugerował figi i inne suszone owoce. Może trochę kwaśno-słodkich rodzynek, może jabłka. Ogólna ostra soczystość zasugerowała masę makowo-bakaliową z orzechami, a po chwili...

Tak, słodką, owocową masę - dżem morelowy. Skropiony cytrynką, w towarzystwie lekkiej wiśni i chili, dzięki któremu wróciły przyprawy i ich goryczka. Raz po raz odlegle mignęła ziemistość.

Smak na końcówce znowu zrobił się bardziej gorzki w sposób ciepły, drzewno-ziołowy i ostry. Tu już pikanteria rozgrzała język całkiem mocno. Znów pomyślałam o orzechowym curry-miazdze i masie makowej.

Orientalne przyprawy, orzechy i drzewa, wonne drewno, pozostały w posmaku wraz z ziołową rześkością, dziwnie ziołową cytrusowością i słodziutkimi bakaliami. Przy wszystkim stała soczystość, która jednak nie reprezentowała już niczego konkretnego. Poczucie to towarzyszyło mi jeszcze jakiś, średnio długi okres czasu.

Ta czekolada miała dla mnie wydźwięk "przyprawowo"-drzewnych kadzideł i słodko-gęsto-soczystych owoców. Zachwyciła mnie. Wytrawnie-podwędzone nuty cudownie zgrały się z orientalną pikanterią, serwując sporo soczystych, mimo że suszonych, owoców.

To w sumie zdarza się rzadziej, niż mogłoby się wydawać, ale okazała się po prostu wzmocnioną Tien Giang 70 %. Również czułam dym, drzewa, wytrawność i bukiet przypraw, a także tak dziwne rzeczy jak miazga z orzecho-pestek (słonecznik, dynia), masa makowa. Figi, rodzynki, miód, prażone orzechy - te same!
Z tą różnicą, że 80 % wyszła bardziej gorzko-kwaśno (więcej w niej drzew i pojawiły się cytrusy), roślinnie (w 80 % wiśnie, dżemy morelowe, a w 70 % alkoholowo-owocowe syropy, karmel z owocami), "przyprawowo"-wytrawnie niż korzennie słodka, bardziej miodowa i wręcz karmelowo-bananowa 70 %.
Lepszej nie wybiorę oczywiście, bo każda to mistrzostwo w swojej zawartości.


ocena: 10/10
kupiłam: Cocoa Runners
cena: £6.95
kaloryczność: 605 kcal / 100 g
czy znów kupię: chciałabym

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Marou Dong Nai 72% ciemna z Wietnamu

Nie mogę powiedzieć, bym jakoś specjalnie kierowała się sentymentem, ale do pewnych rzeczy go mam i koniec. Pewnie jak każdy. Lubię jednak taki sentyment mieć, np. do niektórych marek. Denerwuje mnie z kolei, gdy słyszę, że "a bo to z sentymentu", a że jestem sentymentalna jako zarzut. Tego nie rozumiem. Marou na ten przykład sobie na sentyment zasłużyło. Lubię sobie myśleć, że to marka, z którą przerobiłam, "zwiedziłam" Wietnam wzdłuż i wszerz (mam tak podobnie z Pacari i Ekwadorem). Tym razem, miała mnie przenieść do południowej prowincji Đồng Nai blisko parku narodowego Cat Tien, gdzie jej właściciele mają własną fermentownię kakao.

Marou Dong Nai 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Wietnamu z prowincji Dong Nai.

Gdy tylko rozchyliłam złoty papierek, poczułam intensywny zapach opalanego drewna... czy wręcz drzew, o grillowano-prażonym, niemal podwędzanym charakterze. Było to ciepłe i żywe, soczyste jednocześnie... Aż w pewnej chwili pomyślałam o jakimś serze koloru żółtego... w trakcie jedzenia wydało mi się to bardziej mleczne, acz wciąż z pazurkiem. Drugą wiodącą nutą okazały się owoce. Najpierw wpisane w otoczenie, aż z aspiracjami do wytrawności, że aż trudne do nazwania. Gdy jednak zapach nieco się rozszedł, bez dwóch zdań poczułam czarną porzeczkę. Soczysta i słodko-cierpka... może w towarzystwie "buraczanych" owoców czarnego bzu i trochę-troszeczkę jeżyn?

Lśniąca tabliczka była twarda i przy łamaniu trzaskała w sposób zapowiadający, że będzie bardzo zbito-kremowa.
W ustach rozpływała się rzeczywiście kremowo, ale... jak suchawy w pozytywnym sensie, nie za tłusty ser. Jak na czekoladę jednak była dość tłusta. Nieco zalepiała, acz pozostawała bardzo zwarta.

Przy robieniu kęsa uderzył ciepły, prażony motyw, który szybko zaczął rosnąć, rozrzucając po drodze rozgrzewające, ale nie bardzo ostre przyprawy (korzenno-indyjskie, w tym pieprz). Dużo w tym drzew / palonego drewna, które nie czekając, utworzyły stateczne, wykwintnie gorzkie tło. Jakby z tej gorzkawości przypraw brała swój początek słodycz.

Po paru chwilach kolejne uderzenie. Tym razem soczyście-charakterne owoce. Poprzez gorzkość i prażenie wkradły się lekką cierpkością. Czułam wyraźnie dojrzałe, słodko-cierpkie czarne porzeczki ze specyficznym kwaskiem... do którego dołączyła nuta ukwaszonych, może palono-konfiturowych innych owoców. Niejednoznaczne i trochę przyprawione, na pewno ciemne, ciemnoczerwone... Słodko-charakterne wiśnie? Takie aż miękkie... Jakby mniej cytrusowy grejpfrut...  i konfitura z czarnego bzu? To zalatywało mi aż wytrawnie, trochę burakami, a jednak owoce zdecydowanie trzymały się słodyczy, która rozgościła się jako element bazy.

Słodycz rosła leniwie, ale pewnie. Prażono-palone drewno łagodniało, aż w końcu jakoś w drugiej połowie rozpływania się kęsa, stało się mlekiem... lub nawet słodkawym serkiem (homogenizowanym?). Cierpko-kwaśno-wytrawne nuty prażenia i przypraw co i raz sugerowały a to ser jakiś żółty, a to ewidentnie ser wędzony, ale nic z tego w końcu jakoś wyraźnie się nie ustabilizowało.

Mleczność płynęła, mieszając się z silnie prażonym ciepłem oraz soczystymi, ciemnymi owocami, by z czasem wtłoczyć je w wytrawny smaczek marynowanych śliwek (śliwek ume?). Goryczkowato-kwaskawe, cierpkie owoce na koniec wzrosły, jednak zrobiły to jakby za pozwoleniem statecznej, gorzko-neutralnej i słodkiej bazy. Pod koniec słodycz kumulowała się w mleku i... miodzie? Jak mleko z miodem i przyprawami?

W posmaku pozostała słodkawa mleczność, jak i wytrawniejszy ser oraz cierpkość bardzo słodkich owoców z odrobiną kwasku. Postawiłabym na czarną porzeczkę, czarny bez i śliwko-wiśnie. Czułam też łagodną słodycz bliżej nieokreśloną (jak jasne, nijakie miody?).

Całość bardzo mi smakowała z racji tego, że pokazała, co potrafi i co miała pokazać, mimo łagodności. Ta łagodność... też taka "umowna" mi się wydała, ponieważ to raczej stateczność, niska dynamika. Bardzo wyrównana, bo i gorzka, i słodka, i z kwaśnością. Nawet wytrawności jej nie zabrakło. Intrygujące, niecodzienne nuty wkomponowały się w te w gruncie rzeczy zwyczajne. Splot drewna / drzew i przypraw z dodanym mleko-serem oraz owoce z wytrawnymi wybiegami (porzeczki, wiśnie, ale z buraczanym bzem i ume). W dodatku smaki odsłaniały się lub trwały jakby w wyjątkowo przemyślany sposób.

Czytałam, że jest podobna do Ba Ria 76 % z sąsiedniej prowincji i powiem tak: podlinkowana była charakterniejsza, dynamiczniejsza i smakowicie napastliwsza, nut bym mocno podobnymi nie nazwała, ale wiśnie, "niecytrusowe cytrusy", drewno i przyprawy (w dzisiaj opisywanej przyprawy delikatne, o wiele mniej jednoznaczne), "coś śliwkowego i niepolskiego" można połączyć. Może to nie powinno dziwić, bo nuty to dziwne, a więc... charakterystyczne dla regionu? Jestem ciekawa, jak by je nazwał ktoś miejscowy.
Mi już bardziej skojarzyła się z Ben Tre 78 % również o nutach drzew / drewna, "słodyczy czegoś jasnego", nieoczywistą w kwestii owoców, gorzko-przyprawioną i z kolei mięsistą. Te ostatnie - wiadomo, dzisiejsza łagodniejsza pewnie też poprzez %.
Owoce wydały mi się podobne do tych z Jordi's Chocolate Viet Nam Ben Tre 75 % (śliwki, porzeczki, jeżyny z sugestiami konfitury), ale Jordi's to pewne siebie orzechy, nie drzewa.
Spora ilość mleka i ser oraz aż takie wyrównanie między smakami do pewnego czasu zapowiadały 10, ale tak sobie myślę, że tej kompozycji większa zawartość miazgi wyszłaby na dobre.


ocena: 9/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: 27 zł (dostałam rabat; za 80 g)
kaloryczność:  592 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

poniedziałek, 9 lipca 2018

Marou Tien Giang 70 % ciemna z Wietnamu

Z degustacjami czekolad jest jak... nie, właściwie to nie ma "jak". Są to chwile wyjątkowe, nieporównywalne do niczego innego i niezwykle dla mnie ważne. Uczucia i emocje towarzyszące po sięgnięciu po daną tabliczkę bywają nie do opisania, zwłaszcza, gdy chodzi o np. ostatnią posiadaną marki, która w stosunkowo krótkim okresie czasu z łatwością zdobyła specjalne miejsce w moim sercu. Zmieniła też moje pierwsze skojarzenie z Wietnamem - o ile kiedyś zawsze kojarzył mi się z konfliktami zbrojnymi (przez słabnące już zainteresowanie wojskowymi klimatami), tak teraz z bombą smaków, pyszną czekoladą. I dobrze.

Marou Tien Giang 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Wietnamu, z prowincji Tien Giang.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach o wytrawnym charakterze. Przede wszystkim czułam ziemię spowitą dymem, co też mocno kojarzyło mi się z jakimiś pestkami (dyni?). Poważny wydźwięk podkreślała subtelna nutka... będąca jakby mieszaniną oliwek, octu i alkoholu. Owoce zaznaczały się subtelnie i tak spójnie z resztą, że nazwanie ich łatwe nie było. Suszone figi? A za nimi coś leśnego - owoce czarnego bzu? jeżyny?

Przy łamaniu ciepłobrązowa tabliczka trzaskała niczym żywe gałązki, a w ustach rozpływała się kremowo-lepko, jakby proszkowo chrzęszcząc. To soczysty, nietłusty krem, nawet trochę wysuszający pod koniec. Może nie brzmi dobrze, ale to było sadystycznie przyjemne, jakby czekolada miała plan zamęczyć pysznością.

Czekolada przedstawiła się jako uderzająca dosadnym, acz niezwykle wyważonym smakiem.
Zaczęło się słodko-gorzko. Wykwintna gorzkość zdawała się rozchodzić w nieskończoność. Sporo w niej prażenia i dymu, lecz nie odebrałam jej jako mocno palonej.

Dym kłębił się i wił niczym rozleniwiony dziki kot na nutach ziemistych i kojarzących się z pestkami, nasionami (dynia, słonecznik itd.). Wśród nich znalazło się też całkiem sporo bliżej nieokreślonych, ale na pewno prażonych orzechów. Chwilami robiło się naprawdę wytrawnie.

Przy tym wszystkim słodycz również się rozwijała. Początkowo trzymała się na uboczu, niosąc wiele owocowej rześkości. To jasne winogrona, powoli pokazujące pazurki, zmieniając się w kwaskowate rodzynki. Te zaś z czasem zaczęły kojarzyć mi się z figami.
Na scenie pojawiła się bowiem leciutka słodycz... karmelowo-bananowa? Esencjonalna i prosta w naturalny sposób, taka może miodowa (producent właśnie o miodzie pisze).

Dym, ziemię i pestki nagle podkreśliły jakieś mocniejsze przyprawy - pieprz? chili? jałowiec? Ten trzeci trzymał się dymu, a pikanteria ogólnie się wpasowała. Również słodycz skorzystała z podkreślenia, co przełożyło się na skojarzenia z - w pierwszej chwili czymś miodowo-octowo-alkoholowym - syropem z winogron i / lub owoców leśnych (jeżyny na pewno; może coś czerwonego?).
Raz i drugi klimat zrobił się niemal zadziorny, bo pikantnie korzenny i trochę miodowy (jak masa makowa?).

Po tym wracał dym, mniej słodka, a bardziej wytrawna korzenność i orzechy. Prażenie nabierało impetu przez wysuszający efekt.
Na długo pozostawał gorzkawy posmak dymu zwieńczony odrobinką szlachetnej, złożonej słodyczy.

Jedząc, mniej więcej w połowie tabliczki uznałam, że czekolada jest przepyszna, jak reszta Marou i że wystawię jej 9, ale im bliżej było końca... Cóż, nagle zorientowałam się, że utopiłam się w jej głębi, "sadystyczna" czekolada zalepiła mi nie tylko usta, ale i umysł, serce. Stateczna i wyważona, a jednocześnie dosadna, pewna siebie.
Jej charakter to drzemiący, ale nie chowający pazurów dziki kot. Szlachetna gorzkość. Cała ziemistość i dym, prażone pestki z odrobiną pikanterii i słodyczą pochodzącą głównie od uwielbianych przeze mnie słodkich tworów (figi, banan, charakterniejszy ni karmel, ni miód, jeżynowate sugestie).

Niektóre nuty były podobne co w innych Marou, mam jednak wrażenie, że Tien Giang była najbardziej zdecydowana i czekoladowa.


ocena: 10/10
kupiłam: Czekolady Świata
cena: 30 zł (dostałam rabat; za 80 g)
kaloryczność:  585 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy


------------
Aktualizacja z dnia: 16.10.2020 ...powiedzmy, że aktualizacja, bo tym razem to miniaturka (24g).

Właściwie nie zamierzałam pisać tej aktualizacji, chciałam wrócić dla siebie, a nie na bloga, ale jak zobaczyłam, że miniaturka wygląda inaczej, uznałam, że warto ją pokazać. A w trakcie jedzenia odkryłam coś jeszcze.

Czekolada i znów zapachniała mi intensywnie wytrawnie, a więc ziemiście-dymnie, różnymi pestkami, podkreślonymi głównie oliwkami i octem. Tym razem jednak w dymie doszukałam się jeszcze podwędzonego sera jakby... w towarzystwie drewnianych beczek. Wyraźna soczystość owoców dodała temu głębokiej, ale delikatnej słodyczy. 

Miniaturowa wersja rozpływała się szybciej i bardziej mięknąc, co uważam za minus. W moim odczuciu im tabliczka cieńsza, tym gorzej, bo smaki przewijają się szybciej.

Od początku była słodko-gorzka, acz tym razem jakoś bardziej zwróciłam uwagę na słodycz (bo rozchodziła się szybciej). Nie za mocna, ale szlachetnie karmelowo-bananowo-miodowa, przy czym jakby poprzez banana łączyła się z innymi nutą. Dzięki jego leciutkiej soczystości i cierpkawości. 

A to właśnie wszelkie inne nuty i tym razem odegrały ważniejszą rolę. To znów przecudowna gorzkość ziemi, dymu (aż lekko podwędzona jak zapach). Tym razem jednak czułam więcej drewna, od którego odchodziły ostro-wytrawne przyprawy, podkreślone octowo-alkoholowym motywem. Wiedząc, że sporo będzie tu pestek, bardzo się na nich skupiłam. Oprócz gorzkawych pestek dyni, to przede wszystkim słonecznik... taki... wilgotny niczym prosto z żytniego pełnoziarnistego chleba. Sam w sobie był taki... ziemisty. Nutka sera i oliwek zawracały do soczystości owoców.

Z czasem nie tylko bananów, ale znów leśnych i rodzynkowatych.

Czekolada pozostawiła pikantnie-wytrawny posmak oraz ogrom esencjonalnej, szlachetnej słodyczy.

Zaskoczyła mnie tym, że w zasadzie odebrałam ją prawie tak, jak zapamiętałam. Właściwie wiele zdań z aktualizacji usunęłam, bo były powieleniem tych z recenzji (do której wróciłam później). Pamiętając nuty, którymi zdobyła moje serce, bardziej się na nich skupiłam. To już nie było: "o! Czuję pestki! Jakie? Dynia, ...", a "ok, dynia, słonecznik - jakie dokładniej? przecież jak rodem z mojego chleba...". Zachwyciła mnie jak za pierwszym razem. Naszła mnie myśl, że gdybym miała okazję tak dokładnie wczuć się we wszystkie nuty zawsze już za pierwszym razem... moje recenzję ciągnęłyby się jak Kodeks Karny. Fajnie więc tak dopisywać kolejne paragrafy, ustępy i nowelizacje po jakimś czasie. ALE!
Pluję sobie w brodę (trochę*), że chcąc przypomnieć sobie ten boski smak, a jednocześnie zaoszczędzić ("bo już znam"), zdecydowałam się na miniaturkę. Nie spodziewałam się, że to będzie takie... rozprasowane, tzn. że tabliczka będzie tak cienka.
To trochę... jakby oglądać film w przyspieszonym tempie. Przyjemność była więc mniejsza, ale cóż. To i tak jedna z moich ulubionych czekolad.
*Przynajmniej już teraz wiem, że następnym razem TRZEBA brać pełnowymiarową.

sobota, 9 czerwca 2018

Marou Ba Ria 76 % ciemna z Wietnamu

W Marou zakochałam się od pierwszego dostrzeżenia w internecie, żeby później na długo zobojętnieć, aż do chwili gdy spróbowałam Lam Dong 74 %. Była boska, więc po kolejną tabliczkę sięgnęłam dosłownie kilka dni później, zmieniając nieco plany degustacji, czyli to, kiedy którą czekoladę zjem. A trzeba Wam wiedzieć, że zdarza się to bardzo rzadko.

Marou Ba Ria 76 % to ciemna czekolada o zawartości 76 % kakao trinitario z Wietnamu ze wzgórz prowincji Bia Ria.

Po otwarciu poczułam bardzo soczysty, kwaskowaty zapach wiśni i egzotycznych owoców. Jakieś niemal cytrusowe kwaski i kwaseczki podpowiadały wręcz zakwas, więc wyobraziłam sobie chleb żytni na takim z dżemem wiśniowym... Wilgotny i mocno wypieczony, bo i mnóstwo prażono-palonego klimatu w tym odnalazłam. Drzewa i ziemia bardzo zdecydowanie tu zagrały. Na myśl przyszły mi także beczki... Jakby drzewa wiśni i beczki z drewna wiśniowego. W tle była też jeszcze "nutka mniej smakowita", której nie udało mi się nazwać.

Tabliczka łamała się z ładnym trzaskiem, a rozpływała się dość szybko w kremowy i obłędnie soczysty sposób, nie zapominając o odrobince pylistości, która sprawiała, że miałam wrażenie, że jest w niej coś chrzęszczącego (potem to nakręcało skojarzenie z przyprawami).

Już w trakcie robienia kęsa przywitał mnie kwaśny, pikantnie-słodki smak. Kwasek to 100 % owoców z charakternymi, wyrazistymi wiśniami na czele.

Wiśnie te niosły także wiele cierpkości. Okazało się, że tej tu nie brak i że do jednoznacznych nie należała. Poniekąd była owocowa za sprawą wiśni, także innych czerwonych owoców (porzeczki? kwaskowate truskawki?) ale też jakby... czegoś podchodzącego pod cytrusy, ale niebędącego żadnym konkretnym cytrusem.

Pikanteria, dość wyraźnie zaznaczająca swoją obecność na początku chwilowo osłabła na rzecz bardziej palonych smaków, w których doszukałam się również niemal cierpkiej spalenizny... Było to takie nieco za długo pieczone, ale wciąż pyszne, brownie. Ciepluteńkie, w środku jeszcze mokre... co wraz z kwaskami kojarzyło mi się z ziemią. Oprócz tego dalej coś "beczkowego", takiego też drewniano-orzechowego czułam (może jakieś włoskie orzechy? migdały tak w trochę marcepanowo-maślanym kontekście?). Robiło się trochę wytrawniej, że nawet raz mignął mi ciemny chleb. Im bliżej końca, tym napływało coraz więcej smakowitej gorzkości.

Po tym jednak wracała wyrazistsza pikanteria kojarząca się z orientalnymi mieszkankami przypraw (a skojarzenie to napędzała struktura), w których nie żałowano cynamonu i papryczek chili. Cynamon... z ciepłym klimatem palonych drzew i ziemi (i nutką maślaną?) przywoływał też... jakby jakieś herbaty typu  chai latte - tylko mocne. Coś cierpkiego w herbacianym kontekście? Być może.
Jednak też i coś "mleczniejszego", przy czym chwilowo pomyślałam o słodyczy owocowych... jogurtów? No tak, bo cały czas czułam kwasek (głównie owocowy). Najpierw do głowy przyszły mi "rzeczy truskawkowe", ale potem... Coś morelowo-śliwkowego, niepolskiego.

No i po tych palono-przyprawionych falach wreszcie dotarło do mnie, czym były "niecytrusowe cytrusy". Wróciły bowiem, ale i z silniejszą słodyczą (jakby jakiś sos owocowy i karmelowy? albo... miód?). Toż to chrupiące jabłka.

Na końcu wzbierała słodycz, robiła się niemal miodowo-mleczna, jabłkowo... ostrocynamonowa? I jednak palona w pewnym stopniu z machającym z oddali cierpkim kwaskiem owoców.

Pikanteria przypraw, paloność i owocowo-jakaś cierpkość pozostawały w posmaku na dość długo.

Mimo że z opisu może nie wydawać się zbyt słodka, to jednak... słodka była. Z tym, że to słodycz kompletnie podporządkowana kwaskom. Oba te smaki były wpisane w owoce. Przede wszystkim czułam wiśnie, ale zarejestrowałam też mniej obrazowe "egzotyczne jabłka" i zbieraninę czerwonych, czegoś śliwkowego. Kwasek to czyste, soczyste owoce; co innego cierpkość - ta pochodziła z różnych źródeł. A tych, może niewyrazistych, ale jednak, było sporo. Przodowały pikantne przyprawy, ale i zdecydowane palenie / prażenie, co jednak nie przełożyło się na silną gorzkość. Wyszło bardzo orientalnie. Czekolada nie była specjalnie intrygująca, mimo że trudno uchwycić pewne smaczki; wyszła głęboko, smacznie, ale nie charakterystycznie. Przypadła mi do gustu, ale bez szału. Czytając o niej u innych odniosłam wrażenie, że każdy czuł co innego - rzeczywiście jej nuty zasnuwały się wzajemnie, ale... może właśnie taki jej urok.


ocena: 9/10
kupiłam: Czekolady Świata
cena: 28 zł (dostałam rabat; za 80 g)
kaloryczność:  599 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

środa, 30 maja 2018

Marou Lam Dong 74% ciemna z Wietnamu

Po właściwie samych wybitnych tabliczkach z wietnamskiego kakao aż prosiło się dalej odkrywać nuty poszczególnych tamtejszych regionów. Tym razem przy wyborze nie sugerowałam się niczym konkretnym. Marou po pysznej Ben Tre 78 % miałam bowiem jeszcze trzy tabliczki, wszystkie tak samo kuszące. Ta, na którą padło, została zrobiona z kakao z malutkiej farmy z prowincji Lam Dong, leżącej u podnóża Płaskowyżu Centralnego Gór Annamskich (jakie piękne!).

Marou Lam Dong 74% to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao z Wietnamu z prowincji Lam Dong.

Od razu po otwarciu poczułam silne prażenie. Zbliżywszy nos do czekolady na myśl przyszły mi "ziarenka czegoś", miks jak często w chlebach z ziarnami, jednak później wygrało skojarzenie, które przyszło dopiero po chwili: kawa. To była o wiele intensywniejsza nuta, podsycona iglastymi drzewami i ziemią. Obok tego znalazło się też sporo słodyczy. Pewne było, że to owoce "pełne", soczyste, o zwartym miąższu i cudownie dojrzałe. Gruszki? Śliwki?

Przy łamaniu czekolada zachęcająco trzaskała, a w ustach rozpływała się w tłustawy, lepiący sposób. Była bardzo kremowa, gładka, lecz ze ściągająco-wysuszającym efektem.

W smaku natychmiast odnotowałam prażenie i cierpkość oraz silną słodycz. Były idealnie zespojone; te pierwsze ani na moment nie opuściły słodyczy owoców z zapachu, a więc gruszek i śliwek. To była słodycz pełna, esencjonalna.

Cierpkość jednak okazała się o wiele bardziej dynamiczna i wyrazista, więc to na niej skupiła się moja uwaga. 
Otóż rozchodziła się na mocno prażony smak, w którym wyraźnie czułam drzewa i jakieś niezbyt wyraziste orzechy / migdały. Drzewa... miały w sobie i coś ziarnistego, kakaowego. Towarzyszyło temu poczucie suchości, ale i rześkość... znów na myśl przyszedł mi las iglasty i... może jakiś wilgotny chleb z ziarnami? Różne akcenty się przewijały, ale sam prażony smak był obecny od początku do końca.

Cierpkość była też w dużej mierze owocowa i wypuszczała nieco kwasku. Najpierw mało, potem coraz więcej. Cały czas pojawiały się kawowe przebłyski.
Najpierw jednak błądziłam w skojarzeniach między porzeczkami (i czerwonymi, i czarnymi) a aronią... ale w końcu się to ustabilizowało i poszło w kierunku wiśniowym. Na moment może zahaczyło o jogurt ze wsadem z takich owoców.

To tylko nakręcało ściągająco-cierpką soczystość. W połączeniu z całą resztą nut, otrzymałam wino w formie tabliczki. Wino o beczkowo-drewnianych nutach, owocowe... Wino, albo wręcz... ocet winny balsamiczny?

No i właśnie z tej cierpkości wychodził też kwasek, przy którym sama cierpkość schodziła na dalszy plan. On, wraz z cały czas utrzymującym się prażonym smakiem, przywiódł na myśl kawę. Kawa ta była konkretna, o ziemistym klimacie.
Wspomniany prażony smak, pewna suchość po złączeniu z kwaskiem chwilami podrzucił jakby... śliwko-rodzynki? Takie suszki, których nuty często można znaleźć w winach.

Nie angażująca się aż tak bardzo słodycz na końcu zmieniała swoją postać... śliwki "przetwarzały się", a gruszki... zmieniały w jakieś... gruszki w occie balsamicznym? pojawiał się przy nich też karmel (jakby trochę bardziej mleczny? ale nie toffi).

To właśnie słodycz, pewna rześkość, złagodzenie pozostawały w posmaku wraz z poczuciem cierpkości za sprawą porzeczek, wina, ale i drzew, ziemistej kawy. Właśnie te ostatnie utrzymywały się jeszcze długo, długo po degustacji.

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż takiej cierpkości. Jako jednak, że była to cierpkość smakołyków, które uwielbiam, zdobyła mnie zupełnie. Mocne, ale soczyście zawilgocone prażenie z mnóstwem porzeczek, wiśni, śliwek, a i takich wkomponowanych w wino (i ocet balsamiczny?) z wyrazistymi, ale nienachalnymi kawowymi motywami i równie nienachalną słodyczą. To pewne, że gdyby tej kawy i słodyczy było więcej, zaczęłyby mi się gryźć z bukietem i cierpkością (pamiętam, że właśnie tak coś mi nie pasowało w 2015 r. A. Morin Cuba noir 70 % w sumie o podobnym charakterze), a tak... pyszności! W dodatku skojarzyła mi się z uwielbianym Pralusem Tanzanie Forastero 75 %.


ocena: 10/10
kupiłam: Czekolady Świata
cena: 30 zł (dostałam rabat; za 80 g)
kaloryczność:  595 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

poniedziałek, 14 maja 2018

Marou Ben Tre 78 % ciemna z Wietnamu

Jakiś czas temu zobaczone w internecie czekolady Marou, z wietnamskiego kakao, wprawiły mnie w zachwyt i obiecałam sobie, że zrobię wszystko, by kiedyś je zdobyć. Pierwsza spróbowana miała niezwykle trafną nazwę (Marou Treasure Island 3/4), gdyż w istocie traktowałam ją jak skarb... aż do zjedzenia. Okazała się smaczna, ale nie aż tak oszałamiająca, jak sobie wyobrażałam. Marou wciąż znajdowały się na liście planowanych zakupów, ale podchodziłam już do nich spokojniej. W końcu zdobyłam cztery tabliczki i postanowiłam zacząć od najmniej tajemniczej, bo z regionu, z którego już co nieco jadłam.

Marou Ben Tre 78 % to ciemna czekolada o zawartości 78 % kakao z Wietnamu z prowincji Ben Tre, leżącej w delcie rzeki Mekong.

Po otwarciu zobaczyłam tabliczkę o głębokim, mahoniowo-cynamonowym kolorze, która zszokowała mnie zapachem.

Był intensywny, ale trudny do określenia. Wydał mi się tajemniczy i kuszący... czy smakowity? Pobudzający wyobraźnię i ślinianki, więc... chyba bardzo smakowity. W pierwszej chwili pomyślałam o drzewach, drewnie miejscami spalonym na węgiel (ale nie czułam paloności samej w sobie), na którym leżało... coś mięsnego, soczystego, podpieczonego i krwistego. To było szokujące, bo i sporo owocowej soczystości się przy tym zakręciło. Coś jakby czarna porzeczka i pomarańcza? A w tle jednak też "jasna słodycz"... wyobraziłam sobie jakieś melony miodowe, jaśniutki miód, białe kwiatuszki... I to przy ciągle drzewno-węglowo-mięsistej bazie!

Tabliczka trzaskała przy łamaniu zwyczajnie, wydając z siebie lekkie chrupnięcia, a rozpływała się... jakoś tak niezwykle przyjemnie, a jakby "ze średniej półki". Leniwie zmieniała się w krem, soczysty jak gęsty nektar i niegładki, bo wręcz z drobinkami i pylistym poczuciem.

W pierwszej chwili poczułam delikatną słodycz, szybko czmychającą przed smakiem drzew, drewna. Miało to ciepły i charakterny wydźwięk. W ustach rozpełzła się głęboka, przyjemna gorzkość. Wyobraziłam sobie jakieś stare meble, pergamin... potem przyszły skojarzenia ze skórą i węglem, które na scenę wpuściły wyraźny czarny pieprz. Fuzja gorzko-pikantnych przypraw znów zwróciła moje skojarzenia w jakieś mięsiste klimaty, ale słodycz, udanie zgrywająca się z gorzkością, nie pozwalała na przesadę.

Słodycz należała jakby do "lżejszego" owocu tropikalnego, żółtego. Najpierw myślałam o melonach, potem na myśl przyszły mi banany (może nawet jakby "karmel zrobiony z bananów i daktyli, miodu"), mango. One jakby niepewne krążyły po orbicie, a w wiodącą gorzkość wbiły się inne owoce.

Oto soczystość, lekki kwasek i cierpkawość soku z czarnych porzeczek (albo miazgi z nich zrobionej) lały się na... ziemię, węgiel i wszelkie te drewniano-pieprzne smaki. Wcześniej opisane owoce przywołały jakby i echo pomarańczy jako "egzotyczną, cytrusową słodycz" (o, tak powinna smakować Rococo Gingerbread!).

Drzewa, ziemia, pergaminy nie odpuszczały, a złączywszy się ze słodyczą przywiodły na myśl... nieprażone, wręcz "fasolowe" masło orzechowe i jakiś krem z migdałów. Drewno i pergamin stały się... biszkoptem? Stworzyło to w mojej głowie obraz zdrowych słodyczy jak np. z Legal Cakes - naturalne masła orzechowe, migdałowy biszkopt, owocowy "karmel" i... docierająca do tego gorzkość, która wraz z orzechami miała w sobie coś kokosowego, jak olej kokosowy. Też jakby po prostu sam niewyrazisty smak kokosa.

W posmaku pozostawała soczystość: ta słodka żółtych owoców egzotycznych, ale i czarnych porzeczek na ziemistym tle. Węglowa gorzkość trwała, ale już wplątana w bardziej masłoorzechowe, biszkoptowe, a więc stonowane klimaty.

Zaintrygował mnie ten złożony, dziwny zapach, a smak... kierował się tak pokrętnymi drogami, że pewna tajemniczość utrzymała się do końca. Zaczęłam szukać innych recenzji i na c-spocie trafiłam, że ktoś wyczuł jackfruita, który (co wygooglowałam) jest największym owocem na świecie i... przypomina w smaku mięso. A to stąd te mięsiste skojarzenia! Czekolada rzeczywiście gorzko-węglowa, drewniano-mięsna, jakby gorzko przyprawiona, a jednocześnie... delikatnie osłodzona.
Mi bardzo smakowała, a jeszcze bardziej intrygowała. Jedzenie jej i odkrywanie wszystkiego było satysfakcjonujące i wciągające.

Aż nie umiem jej do innych porównać. Wyszła z bardzo poważną bazą, ale i znacząco słodko; spójnie. Jordi's i Erithaj to bardziej czekoladowo "ciastowe" klimaty, La Naya wyszła czekoladowo "kawowo", wszystkie cztery owocowe (porzeczki / śliwki i egzotyczne), masłoorzechowe, ale właśnie Marou była dziwnie... wytrawna.


ocena: 9/10
kupiłam: Czekolady Świata
cena: 27 zł (dostałam rabat; za 80 g)
kaloryczność:  596 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Marou Treasure Island 3/4 Cacao ciemna 75 % z Tan Phu Dong z Wietnamu

Wietnam jest specyficznym krajem. Wciąż szukam o nim jakiś dobrych książek, kuchnia wietnamska mnie intryguje, mimo że na zbitek słów "kuchnia" i "Wietnam" wiele osób od razu powie "pies", a czekolady stamtąd... są rzadkością. Dla mnie, tutaj w Polsce. Marou to jedna z tych niedostępnych marek, której tabliczki bardzo mnie ciekawią i którą niewątpliwie można nazwać specyficzną, bowiem tabliczki spod jej logo są tylko z kakao z Wietnamu - z jego różnych rejonów.
Najchętniej przygarnęłabym wszystkie, ale że musiałam się ograniczyć (żeby jak najmniej zapłacić za przesyłkę), wybrałam limitkę.

Marou Treasure Island 3/4 Cacao to ciemna czekolada z zawartością 75 % kakao z Wietnamu z wyspy Tan Phu Dong leżącej w delcie rzeki Mekong.

Zakochałam się w opakowaniu tej czekolady. Mapa oraz zaznaczona na niej tytułowa "wyspa skarbów" wyróżnia je spośród innych całkiem ładnych, ale nie cudownych (jak właśnie to). Pod papierkiem znajduje się złoty, na wzór koperty. Ależ to wygląda!

Po otwarciu złotego papierka poczułam mocny zapach przypraw, perfum i kwiatów, z nieco "okopconym" drzewnym akcentem. Przyznam, że to połączenie było ciekawe, ale nie mogłam się zdecydować, czy do końca "moje", bo dominowała tu kakaowa słodycz. 

Na pewno w moim guście była sama tabliczka. Wyglądała po prostu pięknie, a jej soczysty, żywy kolor dopełniał tego. Oglądając potem zdjęcia w internecie nie mogłam się nadziwić, że u innych czekolada jest taka jasna - u mnie był to tak ciemny brąz, że aż miałam problem ze zrobieniem zdjęć.

Przełamałam, a ta niezbyt głośno trzasnęła, może raczej chrupnęła. Chrupnęłam kawałek i ja. 

Zaczął rozpuszczać się bardzo powoli, niby kremowo. Tłuszcz kakaowy odegrał w tym sporą rolę, ale nie odebrałam tej czekolady jako tłustej, ponieważ miała pewne lekko szorstkie "zacięcie". 

W pierwszej chwili poczułam mocno prażony, wręcz przypalony smak. Pierwsza myśl była taka, że był zupełnie pospolity, kojarzył mi się z budżetowym przypalonym ciastem lub jakimś blokiem czekoladowym (mimo że żadnego z nich nie jadłam), ale po chwili smak zaczął koncentrować się na brzegach ciasta, na papierze do pieczenia... a przy tym już w ogóle mignęła mi tabaka. Mimo "paloności", czekolada sprawiała wrażenie wilgotnej.

Dominowała tu gorzkość, chociaż słodycz także była obecna. Nie to, że odznaczała się jakąś siłą, po prostu kolejne nuty były głównie słodkie... "słodkie smaki", ale ogólnie nie było aż tak słodko - bardzo trudno to wytłumaczyć. Na pewno ani przez moment nie było tu choćby mgiełki kwasku.

Tabaka zaczęła przechodzić w cały ogrom przypraw. Najpierw w wydaniu bardzo przyprawionego kompotu śliwkowego, co nakręcało soczystą "wilgotność". Powiedziałabym, że czuć tu cynamon cejloński (bez ostrości, a raczej słodki) i... coś wytrawniejszego. 
Powrócił podpalany, teraz po prostu prażony smak. Wraz z poprzednim akcentem dało to coś na wzór "przypraw w kulkach" - ziele angielskie? Kardamon? Coś czego nie znam? Takie wiecie, poważniejsze.
Znowu nadeszło skojarzenie z przyprawionymi owocami, albo raczej jakimiś przecierami, dżemami. Na pewno czarne porzeczki mi się pokazały, jagód już nie byłam taka pewna, ale "coś tam było". 
Z czasem, gdy przyprawy zelżały, powrócił bardziej cynamonowy motyw, poczułam nutę ciasta, a dokładniej jednej warstwy jakiegoś, - warstwy z ananasów z puszki.
Przy nich poczucie wszechobecnej wilgotności osiągnęło apogeum.

Na koniec wyłoniła się nuta śmietankowa, może z odrobiną soli. "Prażoność" czekolady podpowiadała mi też orzechy, ale doszłam do wniosku, że to tylko iluzja. 
Został za to posmak ziarnisty, to znaczy... ziaren kakao. Myślę, że to one najpierw udawały orzechy.
Po zniknięciu kawałka czekolady, pozostawała pewna suchość.

Muszę przyznać, że to dobra czekolada. Ziarna musiały być naprawdę mocno prażone, jednak w umiejętny sposób, bo poszczególne nuty nie zostały tym zabite. Ja jednak nie odnalazłam tu moich nut, bo silne prażenie w towarzystwie ogromu przypraw (ale był to np. słodkawy cynamon, a nie cynamon z pikanterią, jaki lubię), porzeczek i ananasów z końcową śmietankowością po prostu mi do siebie nie pasowało. Porzeczki i ananasy widziałabym w innym towarzystwie - w mocno soczystej, "owocowej" tabliczce, nie zaś takiej prażono-śmietankowo-przyprawionej. Jej nuty mi się po prostu ze sobą gryzły.


ocena: 8/10
kupiłam: chocolatetradingco
cena: 5.35 £ (za 80 g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa i tłuszcz kakaowy (75 %), cukier trzcinowy (25 %)