środa, 30 listopada 2022

Michel Cluizel Los Ancones 73 % Repulique Dominicaine ciemna z Dominikany

Michel Cluizel nigdy nie był marką, którą specjalnie ceniłam. Jego tabliczki, choć z przyjemnie wyczuwalnymi nutami, zawsze były mi jednocześnie za - i to irytująco - słodkie oraz przesadnie tłuste. Wszystko to pewnie wynikało z lichej zawartości kakao. Tę ostatnimi czasy producent pozmieniał; cała marka się zmieniła, zmieniły się opakowania tabliczek. Zainteresowałam się, czy wraz z tym wszystkim wreszcie wspomniane wady... wyeliminowano? Niby nie chciałam robić sobie za wielkich nadziei, ale wszystkie nowe o wyższej od standardowej zawartości zakupiłam. Na początek jednak postanowiłam wziąć "tak jakby powrót", a mianowicie region, który już w wykonaniu Cluizela jadłam, ale go zmienili. To było Los Ancones 67 % Saint Dominque, przy której w 2016 pomyślałam, że może nawet mogłabym do niej wrócić. Przy dzisiejszych oczekiwaniach od dobrych czekolad bym tego nie zrobiła (poniżej 70% przy takich nie schodzę), więc podniesienie zawartości kakao było mi tu na rękę. I naprawdę ciekawił mnie efekt! Czy twórca dobrze sobie radzi z wyższą?

Michel Cluizel Los Anconès 73 % Repulique Dominicaine to ciemna czekolada o zawartości 73 % kakao trinitario z Republiki Dominikany, z okolicy miasta Santo Domingo, z plantacji Los Ancones.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach wiśni, osadzony w wytrawnie cierpkawej czekoladowości, że natychmiast pomyślałam o wiśniach w ciemnej czekoladzie (może suszono-soczystych?) oraz nutkę suszonych, słodkich moreli. Owoce wydały mi się ciężkie i nieco duszne, a mało soczyste. Do tego pojawił się słodki aż cukrowo-karmelowo likiero-koniak z echem winogron. Ten do moreli dołożył trochę rodzynek. Zaprosił coś wytrawniejszego i orzechy... Orzechy palone, że aż nieco gorzkawe? Ta wytrawność wydała mi się z kolei nieco soczysta (choć ta soczystość nie wiązała się z owocami), a jednocześnie palona... Może orzechowo-kawowa? I znów myśl o czymś w ciemnej czekoladzie, a dokładniej o ziarnach kawy w niej. Daleko w tle wychwyciłam sugestię kwasku (niepewnie raz niby zapisałam cytrusy, ale z kilkoma znakami zapytania), jakby coś marynowano-duszonego... ale nie kwaśnego.

Już w dotyku lśniąca tabliczka była kremowa, ale oczywiście twarda. Trzaskała / pykała lekko, wciąż utrzymując wrażenie kremowości. Brzmiała jak cienkie, suche gałązki.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, jak na ciemną wręcz szybko; łatwo. Była gładka i kremowo-tłusta, trochę jak masło rozpuszczające się w cieple, trochę śmietankowa. Roztaczała w ustach maziste, tłuste smugi po czym dość łatwo znikała.
Zostawiała po sobie lekko pyliste wrażenie.

W smaku pierwszy po ustach rozlał się soczysty, słodki sos wiśniowy. Zasugerował, że zaraz przytoczy odrobinkę kwasku - już zbierał się w sobie. Wzrosła słodycz w wydaniu karmelowym... wręcz cukrowym. Cukrowa słodycz trzymała się trochę owoców... i jednocześnie karmelu, wychodząc dzięki temu nieco poważniej i kojarząc się z... koniakiem? Takim, w którym doszukać się można winogronowej nutki. Sos wiśniowy częściowo zmienił się w wiśnie w likierze.

Owoce na pewno jednak nie były motywem wiodącym, bo szybko rozeszła się także nieco "sosowata" czekoladowość i orzechy laskowe, tworząc delikatną ramkę.

Owoce w tle przypominały o swojej obecności, acz były bardzo subtelne. Na pewno nie soczyste, a słodkie, scukrzone. Wciąż czułam wiśnie, może mieszające się z innymi czerwonymi owocami w wydaniu słodkim - właśnie jako jakiś sos lub czekoladki "wiśnie w likierze". Dołączyły do nich suszone, jakieś scukrzone morele i inne. Rodzynki? Z czasem traciły na jednoznaczności, upuściły trochę kwasku. Subtelnie podkreślonego cytrusem, np. deserową pomarańczą... suszoną? W głowie miałam sosy owocowe...

I sosy słodkie, acz nie owocowe. Orzechowe? Już od karmelu, cukrowo-palonego wątku z początku rozchodziła się palona nutka, obfitująca w orzechy laskowe. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o gorzkości palonych orzechów, co miało aż trochę kawowe zapędy. Orzechy trzymały się czekoladowości. Zaprosiły "coś w ciemnej czekoladzie". Jak się po chwili okazało: palone ziarna kawy w czekoladzie.

Gorzkość ogólnie była jednak łagodna. Wydała mi się dziwnie złamana, wygładzona pewnym chłodkiem... Chłodkiem, rześkością, który odciągał też nieco uwagi od owoców. Lukrecja zawinęła się delikatnie, otuliła gorzkość, musnęła orzechy i... zasugerowała kwasek / cierpkość? Wydobyła też ledwo uchwytną nutkę cytrusów. Raz po raz przemknęła lekka goryczka skórki pomarańczowej (suszonej?).

Wróciły myśli o cierpkawych, kakaowych sosach i polewach dobrej jakości. Ta rześkość z kolei przywróciła owoce, że tym razem czekolada / polewa kakaowa otulała soczyste, jędrne wiśnie. Pokusiły się o sugestię kwasku, ale bez realnej kwaśności.

Drobną, dziwnie soczyście-rześką wytrawność, przypisałabym do... ziemi? Wyobraziłam sobie korzenie drzew... jakby jakieś palone, zwęglone? I... zawilgocone? Bardzo odlegle przypomniała mi się ziemista Pacari z oliwkami. Motyw łagodzącego chłodu lukrecji słabł, a przez orzechowo laskowy wpływ wydał mi się nieco orzechowy (jak jakiś orzechowo-roślinny zamiennik masła, ale nie np. po prostu margaryna). Zawinęła się też łagodna nutka kawy.

Po zjedzeniu został posmak cukrowo-palony, taki.. karmelowy (ale nie do końca), posmak jakby owocowych sosów (raczej z czerwonych owoców, ale nie tylko). Było bardzo słodko, acz w palonym stylu. Do tego czuć sporo orzechów i jakby masła wege z orzechów; chłodek taki może bardziej gryzący (ale nie wyraźnie lukrecjowy). Ostała się także cierpkość jak po pyliście kakaowym sosie kakaowym.

Całość w zasadzie mi smakowała, ale nie porwała. Ciężkie owoce (sos wiśniowy, "winogronowawy" aspekt koniaku, suszone morele i pomarańcza) wyszły ciekawie, palone orzechy laskowe, "coś w czekoladzie ciemnej" również ciekawe i smaczne. Słodycz na szczęście wydawała się sosowato-palona, nie chamska, ale jednak i tak jakoś za bardzo mi się na przód pchała. Chyba przez to, że gorzkość była taka "wychłodzona", złagodzona. Lukrecję niby czuć, lekką wytrawność, ale bardzo delikatnie. Kwasku wcale, acz dobrze, bo by nie pasował. W zasadzie to jakość podobna do dawnej wersji, tylko że mniej słodka, co wyjaśnia zawartość i rodzaj cukru.
Także w dawnej czułam wiśnie i alkohol, ale ewidentnie "obok", w dzisiejszej chwilami były to wiśnie w likierze; też była palona, z nutami suszonych owoców i lukrecji; trochę ziemista. Dzisiaj opisywana wyszła po prostu... mniej czysto słodko. Co ciekawe, w obu producent pisał o nutach zielonych oliwek - te w dzisiaj przedstawianej czuć o wiele mniej - to chyba przez kontrast (przy słodyczy dawnej bardziej zwracałam na nie uwagę).

Herbato-kawa z orzechami Amano Macoris Dominican Republic 70 % trochę skojarzyła mi się z nutami kawy i korzeni drzew dzisiejszej, ale wspomniana była zupełnie inna.
Palona i wyraźnie smakująca orzechami laskowymi była też Definite 70 %, ale w niej znalazło się o wiele więcej kwasku (dokładnie cytrusów). Mimo to, Definite wyszła o wiele bardziej chamsko cukrowo niż karmelowo-sosowy Cluizel.


ocena: 8/10
cena: 40 zł (cena półkowa za 70g)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 29 listopada 2022

Trapa Intenso 70 % Noir Whole Hazelnuts ciemna z całymi orzechami laskowymi

Dwie tabliczki tej marki wzięłam trochę bez przekonania podczas zakupów z ojcem, acz... w pierwszej chwili oczy to mi się pewnie nawet zaświeciły. Chyba nigdy nie widziałam czekolad z całymi orzechami o tak wysokiej zawartości kakao, a przeważnie mleczne lub nędzne ciemne z ledwo 50%. Pomyślałam, że na dni konwersatoryjno-wykładowe sprawdzą się doskonale. Marki najpierw nie mogłam skojarzyć - myślałam, że jej nie znam, jednak po wpisaniu w internecie, już na potrzeby wstępu do recenzji, stało się jasne. Dotąd ją omijałam, bo ich oferta to głównie słodzone słodzikami, a więc zupełnie nie mój typ. Marka jest hiszpańska, i choć na swojej stronie sporo piszą o kakao, to raczej skupiają się na historii, że to odkrywający nieznane lądy Hiszpanie je spopularyzowali. Nie zdradzają natomiast pochodzenia tego, na którym pracują.

Trapa Intenso 70 % Noir Whole Hazelnuts to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z całymi orzechami laskowymi.

Po otwarciu poczułam wręcz nachalny zapach polewy kakaowej, przywodzącej na myśl lody na patyku... z zaznaczonym motywem samego drewnianego patyczka... takiego nasiąkniętego śmietankowo-kakaowym lodem. Było to cierpkawe od prostego kakao, lekko orzechowe, a także słodkie. Słodycz przedstawiła się jako dosłownie biały cukier w torbie - i znów zabawne: wyraźnie z wyczuwalną papierową torbą. Zapach był nieco tani i niezachęcający, ale też nie odstraszał. Nie zgadłabym jednak 70% kakao - wydawało się to kakaowo delikatniejsze. Po podziale i w trakcie jedzenia orzechy wciąż czuć było raczej delikatnie, acz niezaprzeczalnie. Doszukałam się za nimi jeszcze waniliny, ale wydała mi się marginalna.

Gruba tabliczka była twarda, ale jakby tylko z racji grubości. W dotyku zdradzała tłustą polewowość. Trzaskała krucho - słychać też trzaskanie orzechów, bo niektóre łamały się wraz z nią. W większości to jaśniutkie, pozbawione skórek całe sztuki. Zdarzyły się dosłownie pojedyncze w skórce i dosłownie jedna / dwie połówki. Orzechów nie pożałowano, ale też nie przegięto w drugą stronę. Powiedziałabym, że w sam raz. Przekrój odznaczał się zbitością i sugerował gładkość.
W ustach jednak czekolada szybko okazała się zbita, lecz z łatwością obchodząca falami-smugami tłustej masy. Była maślana, w pewien sposób polewowo śliska, ale też znacząco pylista, że aż (niegryziona! bo nigdy nie gryzę czekolady) trzeszczała - o, to słychać w sumie przy odgryzaniu kęsa.
Orzechy wyłaniały się z jej mazi powoli. Zostawiałam je na koniec.
Orzechy gryzione po czekoladzie okazały się krucho-chrupiące, wyprażone wyraźnie, ale nie mocno. Ze dwa w ogóle wydały mi się surowe (cudo!). Stanowiły największy atut tej tabliczki.
Sama baza pozostawiała lekką cierpkość suchego kakao i poczucie tłustości.

W smaku pierwsza rozbrzmiała goryczka o palonym pochodzeniu. Pomyślałam o palonym drewnie, miejscami aż zwęglonym na popiół. Drewno to jednak zaczęło z czasem łagodnieć. Mieszało się z gorzkawo-cierpkim kakao w proszku.

Oczami wyobraźni zobaczyłam jasny patyczek, nasiąknięty śmietankowo-kakaowym lodem. Bardzo słodkim, ale i całkiem nieźle kakaowym. Choć czuć kakao w proszku, nie było takie nędzne i tanie, a zaskakująco gorzkie. Do tego pojawiło się echo kakaowego sosu... kakaowo-orzechowego? Wnosił specyficzną słodycz, z odległą iluzją likieru.

Słodyczy nie brakowało już od samego początku również. Po paru chwilach właściwie zaczęła odciągać uwagę od gorzkości. Reprezentowała czysty, biały cukier. Pomyślałam o torbie cukru - tak, z wyczuwalną torbą, mdłym papierem. To było aż duszne. Pomyślałam o przesłodzonych, cukrowych polewach kakaowych. Były ciężkie, mulące. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przecukrzenie zaczęło mnie irytować.

Za nim zarysował się obraz ciasta czekoladowego właśnie z budżetową polewą (taką "z pudełka"?), a potem raczej orzechowo-czekoladowego. Pomyślałam o puszyście-tłustym, średniej jakości murzynku, za sprawą którego rosła maślaność. Drewniano-palony wątek i tu lekko podkreślił podpieczenie. Cierpkie kakao w proszku mieszało się z cierpkością aromatu orzechowego. Wydaje mi się, że pobrzmiewał w tym wszystkim. Ukryć go próbowały drzewa i kakaowo-sosowo-likierowy akcent. Znów pomyślałam o kakaowo-śmietankowych lodach, tym razem jeszcze z sosem kakaowo-likierowym, który się na ich tle rozlewa.

Cukier niestrudzenie szalał obok tego. A właściwie także w tym, bo przecież i sos był przecukrzony. Z tym, że cukier przygłuszał orzechowość, ale o dziwo podkreślał też cierpkość kakao. Orzechy nawet wylegając na język, niewiele wnosiły. Może trochę orzechowo laskowego smaczku... troszeczkę. Raz czy dwa nadgryzłam już wcześniej ostrożnie orzecha (omijając czekoladę; "obok"). Wtedy też jakoś tam lekko się zaznaczył, ale osadzony w cukrze.

Dopiero gdy czekolada zniknęła, a ja zaczęłam je powoli gryźć i podsysać, uderzyły smakiem. Okazały się naturalnie słodkawe, podprażone ewidentnie, ale lekko. Miały w sobie pewną tłustą soczystość. Im dłużej je gryzłam, tym bardziej zachwycały. W większości były pozbawione skórek, dzięki czemu wydawały się jeszcze słodszo-delikatniejsze. Ze dwa czy trzy były jednak w skórkach - te musiały być podprażone minimalnie, że sprawiały wrażenie surowych - te mnie w sobie dosłownie rozkochały. Orzechy to zdecydowanie największa zaleta tej czekolady.

Właśnie laskowce, podprażone i słodkawe, czuć w posmaku. Za nimi była jednak cierpkawa, kakaowa polewa i tłustość budżetowej polewy właśnie, czekoladowa ciastowość i mnóstwo cukru aż drapiącego w gardle, a także przekładającego się na przytłaczającą, słodką ciężkość. Orzechy jednak wydobyły też z samej czekolady maślaność.

Całość mnie rozczarowała. Choć orzechy dodano bardzo zacne, to jednak nie widzę sensu kupowania takiej tabliczki tylko dla nich. Ta bowiem... nie miała plusów. Choć nie paskudna, to wyszła tak bazowo-tanio-przeciętnie, że mi nie podeszła. Niby gorzka była, ale co z tego, jak w sposób proszkowo-kakaowy, łagodnie, gdy jednocześnie była ciężko cukrowa i tłusta? Dziwne drewniano-papierowe, tandetne wątki drażniły (aczkolwiek sosowata nuta - aromatu? - akurat nie przeszkadzała) i oddalały przy niej myślenie o czekoladzie 70%. Aczkolwiek, jakby nie spojrzeć - to wciąż 70%, więc trochę się wyróżnia. Zmarnowany potencjał orzechów. Za nie z kolei nie mam zamiaru przyznawać dodatkowych punktów, bo w końcu do czekolady powinno się dodawać orzechy dobre. To powinien być wyjściowy standard. W 3 podejściach na uczelni jakoś tam zjadłam. Bez szału, ale ot. Zdradzę już teraz, że ta właśnie jakoś mimo wszystko wyszła lepiej od wariantu z migdałami.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan (ojciec kupił)
cena: chyba 11,89 zł (za 175g)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, orzechy laskowe 20%, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromat

poniedziałek, 28 listopada 2022

A. Morin Java Arjuna noir 70 % ciemna z Jawy (Indonezji)

Po Beskidach (Ciemna 73% z Bali Miodowa z Truskawkami i Indonesia Java Criollo 80 %) oraz intrygującej Krakakoa 85% Pulukan Bali, która przypomniała mi się i żywo cały czas siedziała w głowie, w ogóle jakoś Indonezja jako region kakao mnie rozczochrało. Nie mówiąc już konkretnie o wulkanicznej wyspie Jawa, na którą to zawsze mam ogromną ochotę ze względu na Domori Cacao Criollo 70 % Javablond. Chciałam więcej. Już zacierałam ręce na obiekt dzisiejszej recenzji, bo kupiłam ją względnie niedawno, a... pasowała doskonale. Przecież to w dodatku moja ukochana marka.
Zaciekawiło mnie, czym jest "Arjuna". Obstawiałam region, ale nie. Po polsku Ardźuna, to niebiański łucznik z eposu Mahabharata (jednego z dwóch głównych hinduistycznych poematów epickich).

A.Morin Java Arjuna noir 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Jawy (wyspa w Indonezji).

Po otwarciu uderzył zapach drzew i dymu. Z oddali dolatywała do tego palona słodycz karmelizowanego miodu. Dym otaczał grube pnie, konary i zwalone drzewa, a także... migdały i orzechy. Całe mnóstwo! Na pewno prażone migdały i prażone orzechy brazylijskie, ale też trochę je tonujące gorzkawe i świeższe włoskie. Za nimi stały gorzko-ostrawe przyprawy. Pomyślałam o przesadzonej ilości cynamonu i gałce muszkatołowej. Przyprawy wiązały się jednak z kwiatami, którym charakteru też nie brakowało. Zaprosiły świeże zioła - oczami wyobraźni widziałam zieloniutką kozieradkę, kolendrę. Ich świeżość czy nawet rześkość podporządkowała się wyrazistym owocom. Wśród tych dominowały truskawki, potem były śliwki. Wydaje mi się, że trochę wiśni podkreśliło ich charakterek. Wyłapałam też zielone winogrona i... miałam wrażenie, że trafiłam w nich podsuszany motyw. Kompozycja nie była ogółem mocno owocowa, a owoce, które czułam... poniekąd mogły się suszyć.

Zaskakująco jasna tabliczka na dotyk wydała mi się kredowo-sucha, choć wyglądała też na potencjalnie w miarę kremową. Wykazała się masywną, jakby pełną twardością. Trzaskała głośno, jak grube, suche gałęzie-konary.
W ustach wciąż była twarda, ale... niczym nadzwyczajnie zbito-maślany budyń, w którym można by postawić łyżkę. Wciąż czułam kredowość, pylistość, jednak nie wydawała się sucha. Tłusta jednak też nie. Rozpływała się w umiarkowanym tempie, trochę maziście, pokrywając podniebienie soczystymi falami-smugami. Była masywna i konkretna, ale nie ciężka i bardziej gęstawa, niż gęsta.
Na koniec pozostawiała wyraźną kredowość, suchość-pylistosć, ale jakby pozostałą po kremie-budyniu.

W smaku pierwszy rozbłysnął karmel, który błyskawicznie zasnuł się dymem. Gorzki, ciężkawy dym go spowił i otulił. Otaczał także drzewa. Oczami wyobraźni widziałam grube, masywne pnie, porastające skaliste zbocza. To też powyginane gałęzie... Raczej suche i otoczone dymem. Czuć przy tym motyw palony, ale całość nie była mocno palona... Sam w sobie dym natomiast tak.

Palona słodycz rosła odważnie, acz imperatywna nie była. Odnotowałam jakby karmel zrobiony z miodu, a także powiązanie (płynące z karmelu) z ciepłem... Ciepłem orientalnych, korzennych przypraw. Raz po raz musnął w gardle, ale nie to, żeby drapał.

Prędko, acz subtelnie swoją obecność zaznaczyły owoce. Zaczęły kwaskawe wiśnie, jednak już w ciągu kolejnych sekund puściły przodem truskawki. Ogrom słodkich, dojrzałych truskawek. Niektórych może aż miękkich? I... z miodem? Z czasem dołączyły do nich też delikatne, chyba suszono-liofilizowane śliwki. Te nieco przyprawiły owocowy wątek, kładąc nacisk na miód i cynamon. Owoce przejawiały minimum kwasku-kwaseczku.

Cynamonu posypało się nieco więcej i... chyba aż za dużo, bo przejawiał gorzkość. Towarzyszyły mu inne, ciepło-gorzkie przyprawy, w tym gałka muszkatołowa, a także echo ziemi.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do przypraw odważnie dołączyły migdały i soczyście-tłuste orzechy brazylijskie. Nieco złagodziły gorzkość dymu, jednak ogólną gorzkość wciąż utrzymywały. Nie były mocno prażone... prażoność dopiero się intensyfikowała. Palona słodycz z ochotą jej w tym pomagała, bo i ona była w pewien sposób ciepła.

Wraz z przyprawami zaczęły pojawiać się też gorzko-słodkie, charakterne świeże zioła. W wyobraźni widziałam zielone listeczki słodko-gorzkich kozieradki i kolendry. Były rześkie i charakterne, wyrastające z czarnej ziemi. Do ich rześkości dołączyły owoce. Już o wiele mniej czerwonych, raczej... zielone winogrona? Też jednak niezbyt jednoznaczne. Przemykał przy nich, wśród listeczków, lekki, rześki kwasek cytrusów; chyba wyraźniej cytryn.

Przyprawy i prażona nutka wirowały, po czym nieco zwolniły. Migdały i orzechy rosły w siłę. 
Poczułam orzechy włoskie - łagodniejsze, jakby bardziej surowe, mimo że w skórkach. Przywołały dym i drzewa. Te osłabiły soczystość owoców i... rześkość w sumie też. 

Winogrona zaczęły zmieniać się w rodzynki, a truskawki ze śliwkami przybrały postać kostki... suszono-liofilizowanej? Raczej liofilizowanej, trochę sucho-pylistej... i dodatkowo doprawionej cynamonem. Ciepło-słodkim, już ilością trafioną. Jeszcze świeższa... albo przetworowa wiśnia chyba próbowała coś ugrać, mieszając się z cynamonem i przez ułamek sekundy zahaczając o korzenne wino, ale niezbyt jej wyszło. Wszystkie te owoce mieszały się jeszcze z miodem... palono-karmelowym? W tle wychwyciłam odrobinkę bardziej mleczno-jogurtowego akcentu - jakby szykowano jakieś owocowe lassi (pitny jogurt indyjski z przyprawami)? Mango lassi?

Liofilizowane owoce z miodem i cynamonem złagodziły na koniec całość. Dym wciąż się nad tym trochę unosił, ale... może zrobił się bardziej jak naturalne / eko perfumo-kadzidła... kwiatowe? Takie ręcznie robione, dobrej jakości... z kwiatów, z ziemistą nutką spalanego patyczka-kadzidła. A wreszcie i same kwiaty zwieńczyły kompozycję.

Czekolada bardzo mi smakowała. Choć słodycz miodowego karmelu była wysoka, wyszła tak palono-charakternie, że nie przeszkadzała. Zmodyfikowało ją orientalne ciepło. Subtelne owoce (truskawki, wiśnie, śliwki, rodzynki oraz liofilizowanie pierwszych) z ogromem dymu, drewna i migdałami, orzechami (brazylijskimi; plus trochę włoskich) wyszły bardzo spójnie. Całość miał intrygujące pazurki w postaci świeżych zielonych ziół (głównie kozieradka), wymieszanych z przyprawami, co już w ogóle uczyniło ją ciekawą.
Kupiła mnie! Aczkolwiek... za nieco niższą słodycz i gęstszą konsystencję bym się nie obraziła.

Dopiero w trakcie degustacji przypomniał mi się Morin Java noir 70 % z 2015. Marka wtedy miała inne efekty, czekolady w sumie się różniły bardzo, ale podobne motywy liofilizowania w kwestii owoców, drewna i pylistości rozpoznałam. Podlinkowana to jednak bardziej cytrusy i aż wędzenie (a nie tylko dym) - może wyszła kontrastowo przez to, że wtedy Morin słodził białym cukrem? Tamta wydawała się sucho-zawilgocona. Dzisiaj przedstawiana, choć sucho-świeża, to... w inny sposób.
Po tej tabliczce bardzo się zdziwiłam, jak podobna do bazy Beskid 73% z Bali Miodowej z Truskawkami była (dym, truskawki z miodem), a nie np. do Beskid Indonesia Java Criollo 80 %. Obstawiam więc, że pewne nuty kakao po prostu jakakolwiek słodycz (czy to miodu, czy cukru) tak wydobyła. Interesujące!
Dym i pył, śliwki, karmel, dobre perfumo-cygara - toż to odlegle przywodziło na myśl Domori Cacao Criollo 70 % Javablond
Winogrona i gałkę dobrze kojarzyłam w Pralus Indonesie Criollo 75 %, aczkolwiek reszta nie była tak podobna (podlinkowana to sporo kawy, wędzenie).
Piżmo zamiast "ciepła", śliwki i wiśnie, karmel czułam w Fossa Chocolate 70% Dark Pak Eddy Indonesia - i to też się kojarzyło, choć ta podlinkowana była łagodniejsza.


ocena: 9/10
cena: 34 zł (cena półkowa)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy znów kupię: kiedyś może i mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

niedziela, 27 listopada 2022

Vosges Lab VHC Walnut and Chanterelle 80% Cacao ciemna orzechowa z orzechami włoskimi, kurkami (grzybami) i solą

Na koniec poznawania nowej linii Vosges zostawiłam czekoladę, po której nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Grzybową propozycję tej marki już próbowałam jako Vosges Reishi Walnut 72 % Cacao, ale obstawiałam, że ta będzie zupełnie inna. Nie dość, że dodano zupełnie inne grzyby, to jeszcze cała formuła diametralnie różna. Muszę jednak przyznać, że ciekawiła mnie o wiele bardziej, zanim dokładnie wczytałam się w skład, a więc w to, czym jest. Czekolada chyba tylko pozornie o wysokiej zawartości kakao z kurkami? To jednak nieszczególnie do mnie przemawiało. Kurkowa Georgia Ramon 70 % Pfifferlinge / Chanterelles mnie nie chwyciła, a tu dodatkowo smucił fakt, że uwielbiana marka tak oszukała z kakao i podliczyła także tłuszcz, na którym się ta kompozycja oparła.

Vosges Lab VHC Walnut and Chanterelle 80% Cacao to czekolada o zawartości 80 % kakao (tłuszczu, miazgi, pulpy, białka i mąki / proszku) orzechowa z orzechami włoskimi (w postaci mąki / proszku), grzybami (kurkami) i solą; słodzona cukrem kokosowym i wanilią.

Po otwarciu poczułam ziemię oraz mocno palony zapach orzechów włoskich i kawy, przy czym orzechy włoskie z czasem przybrały jeszcze na wyrazistości. Do tego doszła wysoka słodycz wanilii i rześka, która aż zahaczała o słodzik. Daleko w tle wyłapałam niejednoznaczne, suszone grzyby wchodzące nieco w klimat mousse'u kakaowego o takowym akcencie, a trochę osadzone w ziemistości.

Ciemna tabliczka w dotyku była minimalnie tłustawa, raczej sucho ulepkowata, sugerowała pylistość. Przy łamaniu okazała się krucho-twarda. Trzaskała bardzo głośno. W przekroju widać mnóstwo kryształków i drobinek koloru żółtego. W zasadzie, przebijające kropeczki widać już gołym okiem na spodzie.
Odgryzanie kawałka było jak wgryzanie się w utwardzony krem na bazie chłodnego masła z mocno trzeszcząco-pylistym, chwilami kryształkowym motywem.
W ustach rozpływała się dość szybko. Była jedynie odrobinkę tłustawa, trochę jak suchawa pasta z orzechów; na pewno nie gładka. Wyraźnie natomiast sucho-mączna, proszkowa. Brak jej kremowości, znikała trochę wodniście z węgielnym efektem bliżej końca, pozostawiając drobniutkie grudki pyłku, trzeszczące jak drobinki marcepanu drobineczki i kawałki beżowobiałe oraz miękkie drobinki żółte, które aż trudno trafić zębem i resztki kryształków. Te w dużej mierze rozpływały się wraz z resztą, acz i na koniec zostawały. W zależności od kęsa zostawały różne dodatki. Niestety parę razy był to większy kryształek soli. Do tego po wszystkim utrzymywała się pylistość, suchość. Trafiłam na może z 5 miękkawych "cosiów", które z czystym sumieniem mogę określić mianem kawałków, nie drobinek (okazały się orzechami).

W smaku pierwsza uderzyła palona kawa. Bardzo mocno palona i gorzka oraz... z nutą ziemi? Ziemia zaraz pojawiła się w pełnej okazałości i również zagrała na gorzki wątek. Bardziej jednak wilgotny, aż rześki. Równie szybko, co uderzyła, złagodniała.

W ciągu kolejnych chwil zrobiło się bardzo rześko. Odpowiadała za to słodycz. Wzrosła prędko. Wydała mi się w dużej mierze aż słodzikowa, dziwnie chłodząco-przenikliwa. A także soczysta? Zaraz przemieszała się z wanilią, co nadało jej nieco szlachetniejszego wyrazu, acz cały czas odbierałam ją jako dziwną.

Wanilią właśnie musiano posłodzić kawę... Kawę czekoladową albo już raczej gorące kakao. Gorzkość została udelikatniona słodyczą, a ja mniej więcej w połowie rozpływani się kęsa wyobraziłam sobie kakao zrobione na orzechowej wegańskiej alternatywie mleka. Odnotowałam orzechy włoskie. Cechowała je delikatność, lekka gorzkawość.

Gorzkość ogólna stała na całkiem niezłym poziomie, emanując od kakao, które było wyraźnie wyczuwalne w swej proszkowej, jak i "zaparzonej" formie, jednak... to gorzkość, czy nawet gorzkawość, bardzo wygładzona. W końcu do głowy przyszedł mi mousse kakaowy o mocno grzybowej nucie. Suszone grzyby przewinęły się wśród tego wszystkiego, acz nie był to smak ani mocny, ani w zasadzie jednoznaczny.

Epizodycznie podskakiwać (za sprawą niektórych rozpuszczających się kryształków) zaczynała słodycz. Sprawiała wrażenie nieco chłodnej, niby w pewien sposób zgaszonej, a jednocześnie dziwnie "czystej", przez co mocno przykuwała uwagę.

Z czasem dość często, ale nie przy każdym kęsie przebijała się sól. Również w niej było coś rześkiego, lecz - wiadomo - podyktowała kompozycji słonawy wątek. Na przemian a to przełamywała słodycz, a to podkręcała ją na zasadzie kontrastu. Z czasem tło oklapło i wydało mi się łagodne, aż orzechowo-mączne.

Orzechowo-kawowa nuta zeszła właśnie w motyw orzechowej mąki. Zrobiło się aż mdło-delikatnie, gorzkość niemal odeszła w niepamięć. Słodycz wyszła dziwnie chłodno-rześko, słodzikowo-lukrecjowo (obstawiam, że to wina maltodekstryny?), co przełożyło się na ogólnie wodnisty efekt pod koniec.

Wyłaniające się drobinki podnosiły rześkość, mdłą słodycz jakby niczego (myślałam o nich jako o  "słodkiej wodzie"). Gdy zaś zniknęła już czekolada, kryształki były po prostu słone lub nieco słodzikowe, a jasne drobinki dziwnie "żadno-suszono-słodkawe" (żółte) lub po prostu nijakie (bardziej białe?). Pojedyncze małe kawałki orzechów włoskich smakowały nimi autentycznie: delikatnymi, surowymi.

Po zjedzeniu został posmak słonawy i cierpkawo-kakaowy, ale nie gorzki. Wróciły natomiast ewidentnie orzechy włoskie, podkreślone ziemią. Czułam też rześko-waniliową słodycz. Nie była wysoka, ale znacząca.

Całość niezbyt mi podeszła. Nie była zła, ale jakoś niczego w niej przyjemnego nie znalazłam; na pewno nie zgadłabym tych 80% (btw, "ładnie" to wszystko zliczyli, bo tłuszcz kakaowy na pierwszym miejscu). Sól, mimo że ogólnie nie było jej dużo, mi przeszkadzała (wolałabym, by nie było jej ani trochę). Palona kawa i ziemia zaczęły dobrze, ale potem orzechy włoskie niknące w mączności jakoś niestety nie sprostały oczekiwaniom. Prosty smak kakao wyszedł na plus wbrew pozorom, bo ciekawie się kojarzył. Nienachalna grzybowość była, a i właśnie wyszła też w miarę w porządku. Kurek bym nie zgadła, ale one nie mają zbyt charakterystycznego smaku, a tu w dodatku tyle soli... Coś mi jednak też nie grało w rześkiej słodyczy i końcowej mączno-wodnistości. Konsystencja proszkowo-wodnista, z drobinkami też zupełnie nie moja. A jednak nie jest to czekolada zła; jak na to, czym miała być chyba w miarę spoko wyszła. Nie rozumiem tylko dodatku soli i maltodekstryny, bo nie dość, że w smaku niczego pozytywnego nie wniosły, to jeszcze uczyniły strukturę nieprzyjemną.


ocena: 7/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 6 $
kaloryczność: 643 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, cukier kokosowy, odtłuszczona mąka z orzechów włoskich, owoc kakao (białko z ziarna kakaowego*, proszek / mąka z kakao), wanilia (maltodekstryna, wanilia), puree z pulpy kakaowej, sproszkowane grzyby kurki (pieprznik jadalny), sól Baja Gold (z Zatoki Kalifornijskiej)

*to zamiennik kakao w proszku

sobota, 26 listopada 2022

krem Sticky Blenders Arachid Karmel z Banana

Na markę Sticky Blenders trafiłam zupełnie przypadkiem, nawet już nie pamiętam jak. Zainteresowały mnie trochę pewne ich połączenia, więc gdy była promocja związana z czymś tam (dla mnie istotne tylko, że nie przecena), zdecydowałam się na dwa. Spodobało mi się też ich hasło: "projekt stworzony przez grupę przyjaciół zmęczonych poszukiwaniem produktów, których skład nie przypomina podręcznika do nauki chemii." Ich składy są bowiem czyste, ale... niespotykane (przynajmniej przeze mnie), jak np. dzisiaj przedstawiany słoik. Co prawda nie przekonywała mnie forma... Bananowy karmel na wierzchu, pasta orzechowa na dole jak deser z sosem? Jak to nakładać, przemieszać? Niezbyt podzielne. Miałam więc kilka powodów, by za krem zabrać się jak najszybciej. Raz, że bardzo mnie ciekawił efekt, a dwa, chciałam go jeść jak najświeższego, by właśnie jeszcze żaden olej czy coś mi się nie wydzieliło, utrudniając tym samym akcję z nakładaniem itp. W momencie kupowania jakoś nie przyjrzałam się / nie dotarło do mnie to, co na obrazku na stronie internetowej. Myślałam, że to coś bardziej przemieszanego, gładkiego.

Sticky Blenders Arachid Karmel z Banana to "naturalny krem orzechowy", czyli miazga 100% z orzeszków arachidowych z warstwą (sosem?) karmelu z bananów i syropu klonowego na wierzchu; produkt wegański.

Po otwarciu poczułam intensywnie słodki, lekko soczysty zapach przecieru z bananów z klonowo-palono-karmelowym tłem. Choć wyraziste, a więc intensywnie słodkie, nie było jednoznaczne, bo przejawiało nuty wręcz miodowo-daktylowe (jak raw bary?). Były integralne, splecione wanilią. Za tym wszystkim czuć fistaszki. Po samym otwarciu słabiej, bardziej w sensie oleju, jednak po przemieszaniu i w trakcie jedzenia bardzo wyraźnie - i to konkretnie dość znacząco prażone.

Mimo długiej daty 9 miesięcy, zawartość słoika wyglądała tak sobie. Po odkręceniu trafiłam na karmel z bananów i olej. Gęsta, przecierowo-żelowa masa karmelowo-bananowa miejscami nieco się scukrzyła, trochę chyba popłynęła (przez syrop klonowy?), a obok niej, trochę podpływając i pod, wydzielił się olej. Zlałam ("naciągając na łyżeczkę") około łyżeczki, a nieco więcej - może "małą łyżkę", wymieszałam. Musiałam wielką łychą wybrać "karmel" i odłożyć, dopiero przemieszać orzechową część. Bardzo niefunkcjonalne, ale do zrobienia.
Karmel był gęsty i przecierowo-farfoclowy. Choć początkowo zbity, zwarty, nie był masywny. W ustach rozszedł się na papkę z miękkiego, banana, upuszczającą rzadko-wodniste fale (typowe dla syropu klonowego). Wydał mi się owocowo-śliskawy i niemal zupełnie gładki. Syrop klonowy miejscami się scukrzył w małe grudki, ale dało się to jakoś przysposobić. Niektóre np. częściowo porozciskać i przyklepać, wymieszać łyżeczką. Podczas jedzenia okazało się, że to w zasadzie jakby utwardzone cukrem, scukrzone syropem kawałki farfoclo-przecieru bananowego. Gryzione zachowywało się jak zawilgocony cukier. To proces naturalny, niewiele tego było, ale i tak według mnie nie za dobrze świadczy o produkcie, bo nie widzę sensu robienia czegoś, co nie daje rady utrzymać porządnej struktury / formy.
Pasta orzechowa okazała się gęsta i zwarto-ciągnąca, mimo że też trochę oleista. Była na tyle zwarta i konkretna, że karmel na szczęście nie mieszał się z nią sam z siebie. Im bliżej dna, tym gęstość rosła, ale... w zasadzie nieznacznie. W kremie sporo drobinek, widocznych gołym okiem, nadała poczucia "miazgowości. Odznaczały się chrupkością, ale nie twardością. Niektóre bardziej jak orzeszki prażone, inne wręcz "świeżo trzeszczące".
Krem był gładki, choć czuć w nim "przemielenie"; malutkie drobinki, które w zasadzie nie wymagają gryzienia. W trakcie jedzenia dał się poznać jako maślano-tłusty, zupełnie nieoleisty (mimo że tak wyglądał). Trochę kojarzył się z niedokładnie przemielonym sernikiem. Wydawał się taki... gęstniejąco-mięknący. Zaklejał usta konkretnie. Z czasem upuszczał nieco... oleistości? No chyba właśnie niekoniecznie, bo wydawała się bardziej wodnista.
Zagarnianie raz jednej warstwy, raz drugiej, a także razem wyszło zacnie. Trochę częściowo też przemieszałam do jednolitości - wyszło bardziej gluciasto-lejąco / gęsto kisielowo, ale i to się sprawdziło. Warstwy w miarę pasowały do siebie.

Choć na wierzchu był karmel, próbowanie zaczęłam od części orzechowej. Jednak dla porządku, opisać postanowiłam "od góry".

Karmel z bananów spodziewanie uderzył wysoką słodyczą. Jego smak oparł się na przecierze / pulpie z bananów. Zasładzał niemal w sekundę, eksplodując smakiem bardzo dojrzałych, ciemnych bananów oraz syropu klonowego. Ten, choć tak intensywny, że chwilami zrównywał się z bananami, nie zawsze był bardzo jednoznaczny. Wniósł palono-przypalony motyw, lekką karmelo-miodowość. Wanilia też zdradziła swoją obecność. Mieszanka tego wszystkiego potrafiła zahaczyć o skojarzenie z surowymi batonami na bazie daktyli, z bananami i miodem. Krem-"sos" miał klimat palonego karmelu, ale nie smakował nim w 100%, a tylko "skojarzeniowo". Jego słodycz ogółem wyszła jednak za silna, męcząca.

Pasta fistaszkowa też przywitała się wysoką słodyczą, ale inną. Była naturalna, miała delikatny charakter. Oddawała świeżutkie, łagodne arachidy pozbawione skórek. Z czasem zaczęła mi się wydawać trochę podkręcona. Miejscami niewątpliwie przesiąkła "sosem", co przejawiało się jako bananowy wątek. Nadawał fistaszkom zarówno ciężkości, jak i soczystości. Do głowy przyszła mi jakaś wegańska alternatywa sernika: fistaszkowa lub łagodnie fasolowa.

Zaraz jednak arachidowość wysunęła lekko prażone pazurki. Zrobiła się wytrawniejsza. Była wyrazista, arachidowa, lekko "wytrawnawa", czym nieźle tonowała słodycz bananowego "karmelu". Dzięki temu nawet po zetknięciu z zasładzającą masą z wierzchu, fistaszkowość nie zachwiała się... no, może czasem, na trochę jej się zdarzyło (ale to epizody marginalne). Arachidy królowały, eksponując w zasadzie... łagodność. Prażoną wyraźnie, ale delikatnie. Pasta przypominała bardziej słodkości, kremy fistaszkowe, a nie "masło orzechowe" typu amerykańskiego ("peanut butter" do skojarzeń nawet się nie zbliżyło) - w wersji wyidealizowanej, więc tu jak najbardziej to zaleta. 

Słodka masa bananowa po zagarnianiu części orzechowej wydawała się nieco poskromiona i, choć wciąż bardzo, bardzo słodka od bananów i syropu klonowego, to jednak także soczysta. Podkreśliła w całości skojarzenie z wege sernikiem z owocami.
Zasładzanie masy karmelowej rozłożyło się i zelżało dzięki wyważonym fistaszkom (ani za delikatnym, ani przeprażonym), a jednak i tak z czasem, gdy zebrało się jej więcej, aż muliło.

Po zjedzeniu został posmak, o dziwo, głównie fistaszków. Podprażonych, acz łagodnych. Do tego aż ryzykownie wysoka słodycz bananów i... jakby daktylowo-bananowego raw bara. Po zjedzeniu kompozycja wydawała się łagodniejsza ze względu na arachidowość. Ja jednak czułam się też przesłodzona kompletnie, trochę jakby aż cukrowo.

Całość w sumie mi smakowała i była rzeczywiście ciekawa... ale właśnie jako ciekawostka, jednorazowy zakup, a nie coś, do czego miałabym wracać. Jestem pod wrażeniem, jak uzyskali motyw karmelu, jednocześnie zostawiając tak wyraźne banany - i że nic się nie kłóciło. Wszystko dokładnie czuć. Ze słodyczą jednak przegięli. Ja bym skupiła się na samych bananach, zrezygnowałabym z dużej części syropu klonowego i na pewno z wanilii. To męczyło. 
Podobało mi się, że w konsekwencji konwencja była słodka, a nie że np. mocno wyprażyli, przez co fistaszki mogły by pokusić się o słonawe nuty. To krem słodki w dobrym sensie (pomijam, że akurat ja wolałabym nieco niższą słodycz).
Sprawdziło mi się jako deser do łyżeczkowania - bardzo się z tego cieszę. A jednocześnie nie wydaje się to zbyt funkcjonalne. Acz ogólnie takie "miksy" nie wydają mi się funkcjonalne, a jednak istnieją (i choćby alternatywy o kiepskim składzie jak: Smucker's Goober Grape Peanut Butter & Grape Jelly Stripes cieszą się wzięciem... i nawet ja nie mogę odmówić, że efekt miły - jak na to, czym ma być). Biorąc jednak pod uwagę naturalność - forma niezbyt pracuje. Samą pastę orzechową z olejem trudno ogarnąć, przemieszać tak, by nie robić tego od razu z "karmelem". Do niego bowiem trzeba podejść inaczej przez z kolei scukrzenie się.
Mniej syropu zadziałało by pozytywnie i na formę, i na smak. Jednak tak silna słodycz niestety z czasem bardzo mi przeszkadzała (bo najpierw wyjadłam za dużo samej pysznej masy fistaszkowej?). 
Sama pasta fistaszkowa była przecudowna, bananowy karmel w sumie też był dobry, ale do poprawy.
Ja to widzę raczej w formie "z podziałką" jak np. różne jogurty z podziałem na korytka. W zasadzie było to dobre na to, czym miało być ogółem.
Przypomniała mi się Basia Basia Krem orzechowy z bananem + len + chia. Sticky wygrywa zdecydowanie.


ocena: 8/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 16,90 zł za 200g
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy arachidowe 80%, banan, syrop klonowy, ziarna wanilii

piątek, 25 listopada 2022

(Słodki Przystanek) Beskid Indonesia Java Criollo 80 % ciemna z Jawy (Indonezji)

Odkąd tylko dowiedziałam się, z jakiego ciekawego kakao zrobiono Beskid Ciemną Miodową z Truskawkami, a także gdy trafiłam w niej na nuty w zasadzie podobne do Krakakoa 85 % Pulukan Bali, dzisiaj prezentowana zalazła mi w głowę i nie dawała mi spokoju. Straszliwie mnie ciekawiła! Chciałam jak najszybciej dowiedzieć się, co płynęło z samego kakao, co podkreślił, a co zagłuszył miód... Tylko że z opóźnieniem dotarł do mnie trochę smutny fakt, że to porównanie bez sensu, bo zupełnie inne kakao, z zupełnie innych wysp (Bali a Jawa). Tabliczki łączy tylko obszar Indonezji, a w odniesieniu do nut kakao to wiele. Ochota jednak raz rozbudzona... wciąż była przeogroma.

Beskid Chocolate Indonesia Java Criollo 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao criollo z Jawy (wyspa w Indonezji); konszowana 72h.

Po otwarciu poczułam słodko soczysty bukiet wanilii, wilgotnych, żywych róż (oczami patrzyłam na intensywnie czerwone kwiaty), świeżych miechunek i moreli, może też jasnych śliwek. Część róż zmierzała w kierunku konfitury różanej. Obok stała pewna siebie skóra - odzież, obicia - a także odrobina cygar. Te łączyły gorzkość i słodycz (głównie wanilii). Całość była słodka, ale w wykwintny, naturalny sposób.

Bardzo jasna tabliczka trzaskała przy łamaniu donośnie jak pałeczki bambusowe. Była zwyczajnie twarda, ale porządnie zbita, masywna. Przekrój miała wręcz piaszczyście ziarnisty.
W ustach początkowo również wykazywała twardość, rozpływała się powoli w trochę chłodno maślany sposób, choć nie była tłusta. Pokrywała usta lekkimi smugami, po czym znikała nieco soczyście-wodniście jak... jakieś bardzo rzadkie, gładkie powidła?

W smaku pierwsza rozpłynęła się słodycz ziaren wanilii z kwiatowym wątkiem, przez co pomyślałam też o kwiatach wanilii. Zrobiła to na zaskakująco mlecznej fali, co w połączeniu ze słodyczą zahaczyło lekko o krówki. Początek był bardzo łagodny.

Zaraz poczułam delikatniusie, też niemal "mleczne" orzechy... Z których powoli wyostrzał się obraz nerkowców. Przetaczały się za kwiatami, które odważnie rozłożyły się na pierwszym planie. Czułam wśród nich wyraziste, czerwone róże, które wydały mi się soczyste... Jakby dosłownie upuszczały swój "sok" (wodę?)... Jakby ucierano je właśnie z cukrem na konfiturę różaną. Kwiatowa konfitura zaprosiła owoce.

Owoce kontynuowały słodycz, jednak mocno rozkręciły także soczystość. Dominowały świeże, dojrzałe, a więc słodkie, a jedynie lekko kwaśne miechunki. Towarzyszyły im również świeże i soczyste morele, może też żółte śliwki. Raz po raz wyłaniał się drobny kwasek, a owoce na pewien czas rozgościły się na pierwszym planie. Wyobraziłam sobie gęste i soczyste żółte smoothie... Może zahaczające o lekko mleczny shake owocowy?

A słodycz rosła. Różano-kwiatowa konfitura była wyraźnie palono-słodka. Harmonijnie mieszała się z waniliowo-mlecznym wątkiem, co jakoś w połowie rozpływania się kęsa zaobfitowało w karmel. Dość mleczny karmel, mimo że palony. Palono-soczysta konfitura była zaś jakby trochę... skarmelizowana. Może nawet nieco przypalona, leciutko gorzka. I też waniliowa. Wszystko to łagodne, robiło za tło.

Odważniej z czasem odezwały się orzechy... nerkowce już nie były takie jednoznaczne. Przywołały liście tabaki, cygara... Lekkie prażenie dosięgło także je. W tej strefie raz po raz przepływała gorzkość. Oczami wyobraźni patrzyłam na skórzane ubrania i obicia... jakiś mebli z drewna "orzech". Zaplątał się wątek sklepu meblowego, orzechów z mlekiem... Orzechowych krówek? By potem kolejna fala gorzkości wydała się intensywniejsza. Raz po raz wyłapywałam prażone pistacje. Machały przyjaźnie do karmelu. Może to karmelizowane pistacje? Zdarzyło im się wyskoczyć ponad wszystko, po czym karmelowy wątek znów zatonął w mleku... by już z całą pewnością zmienić się w mleczną krówkę. Po tej gorzkość mebli orzechowych (?) i skóry, błyskawicznie przybrała na znaczeniu.

A jednak i kwasek egzotycznych, orzeźwiających owoców wyskakiwał. Może już nie dominował, ale był. Trochę cytrusowo-pomarańczowa miechunka mieszała się z morelami w swojej świeżej, dojrzałej słodyczy. Za nimi było parę śliwek. Wszystko opłynął sok ze słodkich pomarańczy. Miechunka zaś... ta bliżej końca, może zestawiona z gorzkością, wyszła bardziej cierpko. Akcent konfitury różanej tlił się pod nią, a razem zaobfitowały w podfermentowano-alkoholową mgiełkę. Bardzo jednak delikatną.

Po zjedzeniu został posmak cierpkiej, egzotycznie soczystej miechunki, trochę średnio dojrzałych śliwek i karmelu. Karmel był... palony, ale też mleczny i niemal krówkowy. Odrobina prażonych, mieszanych orzechów z m.in. pistacjami wiązała się z przeprażoną goryczką i gorzkością skór. Było słodko-gorzko, co zwieńczyły przypalone płatki róż.

Czekolada bardzo mi smakowała. Zakochałam się w nucie palonej konfitury z płatków róż, podobał mi się akcent pistacji. Splot karmelo-krówek, karmelizowanych tworów i dużo miechunek, moreli, trochę śliwek świetnie się wyważyły. Gorzkość mogłaby być silniejsza, ale ta przypalono-skórzano-tabakowa wystarczyła. Niewiarygodna mleczność trochę mnie zaskoczyła - także tym, że przyjemnie się wpasowała. Może przez nią nie było tak charakternie i siekierowo, jak by mi się marzyło, ale i tak było cudnie.
Okazała się jednak zupełnie inna niż Domori Cacao Criollo 70 % Javablond. Podlinkowana, choć też cygarowo-śliwkowo, karmelowo, wyszła poważniej i... z wątkiem wnętrza nasiąkniętego drogimi perfumami i alkoholem. Dzisiaj opisywana to szlachetne cygara, dobre konfitury, karmel i krówki, ale bez pewnej powagi i ciężkości, a z mnóstwem soczystości żółtych owoców.
Natomiast z Beskidem z miodem zupełnie się z dzisiaj prezentowaną nie kojarzyła. W obu czułam inne owoce, a chyba na zasadzie kontrastu z miodem i owocami dodanymi, wspomniana wydawała się też o wiele bardziej dymna. Jej słodycz ewidentnie była miodowa, a dzisiaj opisywana owocowa i karmelowo-krówkowa. Inne orzechy, inne... prawie wszystko. No, ale w końcu inne wyspy.


ocena: 9/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: możliwe

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy nierafinowany

czwartek, 24 listopada 2022

Qantu Chocolate Dreams of Cashmere / Reves de Cachemire Goat Milk Chocolate 55 % ciemna mleczna kozia (z kozim mlekiem) z Peru

Poznaniu tej kanadyjskiej marki (prosto z Montrealu) towarzyszyła radość i pewien smutek. Otóż miałam tylko jedną tabliczkę, w dodatku mleczną. Niby kozią, ale jednak nie była to czysta ciemna - a to właśnie takimi lubię najbardziej sprawdzać marki na początek. Cóż, mówi się: "trudno". Traf tak chciał. A i właśnie przez przypadek także spotkali się założyciele Qantu Chocolate, czyli podróżnicy Elfi and Maxime. W 2014 roku w Peru zaprzyjaźnili się. Okazało się, że Elfi pochodzi z kraju znanego z hodowli kakao, a Maxine z kraju lubującego się w zjadaniu czekolady, co po dodaniu jeden do jednego w 2016 zaobfitowało w realizację pomysłu na założenie marki. Ta szybko odniosła sukces na m.in. AoC.
A co to "Qantu"? Wymawiane "kantu" z języka keczua, którym posługują się Indianie Keczua, jest nazwą narodowego kwiatu Peru i Boliwii. Symbolizuje jedność i gościnność.
A swoją drogą, zupełnie kupiło mnie opakowanie! Ta rozleniwiona koza leżąca na księżycu (?) jest urocza i zabawna, że nie umiem się nie uśmiechnąć na jej widok.

Qantu Chocolate Dreams of Cashmere / Reves de Cachemire Goat Milk Chocolate 55 % to mleczna czekolada o zawartości 55% kakao z Peru, z regionu Amazonas, z okolic miasta Bagua, z mlekiem kozim.

Po otwarciu uderzyło tsunami koziego mleka i jogurtu. Czy nawet samej koziości. Dawno tak wyrazistego zapachu koziego nabiału nie czułam! Było kwaśno-cierpko, co podsyciła cytryna i kefir. Kwaskawy, charakterny jogurt i kefir... też kozie oczywiście. Oczami wyobraźni zobaczyłam kozy pasące się na polu, rwące jakieś ostrawe kwiaty i chwasty, bo i tych nuta się zaznaczyła. W trakcie degustacji łagodniała do polnych kwiatów po prostu. Wszystkiemu nie brak jednak również słodyczy. Ta reprezentowała palony karmel. W porywach sugestywnie słonawy, co też wiązało się z kozim nabiałem. Wszystko cechowała przyjemna rześkość. 

Tabliczka wyglądała na kremową, a jednocześnie potencjalnie suchawą. W dotyku obie cechy się potwierdzały, choć tu bardziej pasowało określenie "pylista". Mimo masywności i pewnej twardości zdradzała, że w ustach będzie miękka. Przy łamaniu okazała się proszkowa, ale dość twardawa. Trzaskała jednak niezbyt głośno.
W ustach rozpływała się dość tłusto-maślano, chwilami trochę śliskawo jak pełne i zagęszczone mleko. Takimi smugami obklejała podniebienie. Chwilami wyłamywała się z niej lekka, kremowa pylistość, ale wyszła pozytywnie. Całość znikała w umiarkowanym tempie, rzednąc, zupełnie zmieniając się jakby w gęste mleko.
Na koniec leciutko ściągała.

Także w smaku zaczęło się od koziego gromu. Koza, a dokładniej kozi jogurt, wskoczyła na pierwszy plan. Nuta mocno mlecznego, koziego jogurtu wygrała zabawę w koziego króla, spychając wszystko inne. Ona dominowała. To więc nie tylko kozie mleko, ale też kozi nabiał ogółem. Wyraźna kwaśność i cierpkość zasugerowały mi kozi jogurt, kefir, twaróg.

A jednak po chwili polała się też słodycz. Nie leniła się, mocno otoczyła koziość wyrazistym karmelem. Najpierw kontrastowo pomyślałam o łagodniejszym, może bardziej kajmakowym, maślanym. Później palony aspekt nasilił się. Słodycz więc rosła, ale dzięki temu do przesady nie doszła (może z czasem jedynie nieco się do niej zbliżyła).

Kwaśność w tym czasie zasugerowała smołę. Palona nuta ogólnie wzrosła, zahaczając o orzechy, które jednak jakby wdeptano w ziemię. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kozi nabiał odważnie podrasowały ziemisto-gorzkawe nuty.
Z czasem pojawiły się wśród nich orzechy włoskie, nieco je łagodząc. Były to orzechy karmelizowane, zapewniające spójność mocniejszym wątkom i słodyczy.

Palony, w porywach bardziej maślany karmel sporadycznie robił aluzje do delikatniusiej słoności. Uszlachetnił się tym samym, nabrał głębi. Wśród kwaśnego koziego nabiału, a więc kefiru, mleka i jogurtu pojawił się też wytrawniejszy ser o lekko maślanej nucie. Z... akcentem karmelu i orzechami?

Wytrawniejszy wątek z czasem wydał mi się lekko ostrawy. Cytrynowo kwaskawy, ale... jak jakieś zioła... Ogólnie też pojawiły się polne kwiaty i... właśnie takie szeleszczące pole. Pole, na którym pasą się kozy. Pomyślałam o zadbanych zwierzakach z jakiejś ekologicznej farmy, przeżuwających kwiaty. Obrazek ten złagodził kompozycję, kwiaty też zaczęły przejawiać słodycz, kwasek prawie zniknął. Słodycz spłynęła do gardła i nieco w nim zadrapała.

Na koniec koziość osiadła jako kozie mleko. Była już więc łagodniejsza, nawet też sama w sobie nieco słodkawa, acz wciąż z charakterem i lekką cierpkością, kwaskiem. Mimo to, zrobiło się ogólnie ryzykownie (acz jeszcze nie przesadnie) słodko.

W posmaku została jednak mocna koziość, jakbym właśnie zjadła dużo kwaśno-cierpkiego koziego nabiału wraz z echem słonawości na ustach. Do tego trochę palono-ziemistej goryczki i nutka cytryny. Może też jakiegoś słodszego, ale też rześkiego owocu, np. żółtych śliwek? Słodycz była wyczuwalna, ale nie specjalnie jako jakiś konkret. Trochę słodko-drapiąco-ostrawy karmelo-kajmak? 

Czekolada poniekąd mnie zachwyciła, ale jeszcze nie w 100%. Tak imperatywnie, uderzająco kozia, że to aż niewiarygodne. Jednocześnie jednak trochę mi żal, że koziość nie spotkała się tu z mocną gorzkością, a ze słodyczą. Goryczka ziemi i smoła, orzechy włoskie - to delikatne wątki, w momencie gdy kajmakowo-karmelowa słodycz trochę szalała. Na pocieszenie miałam jednak nutę jogurtu. Palony wątek uwypuklił głębię, a kwiatowo-polne motywy dodały pazura. Szkoda też, że wyszła tak... rzednąco-śliskawo, ale na to łatwo przymknąć oko.
Zacnie czuć także region kakao.


ocena: 9/10
cena: 68,50 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier trzcinowy, kozie mleko w proszku, tłuszcz kakaowy

środa, 23 listopada 2022

Palce Lizać Orzesz! Chrupiący Krem orzechowy

Po Palce Lizać Orzesz! Klasyku nie wiedziałam, czy wersja chrupiąca będzie bardziej, czy mniej w moim stylu. Ogólnie pasty orzechowe wolę kremowe, jednak wspomniana była tak specyficzna, dziwna, że nie umiałam określić, czy kawałki orzechów jej pomogą, czy wręcz przeciwnie. Prawda była taka, że z nimi czy bez, zupełnie na krem nie miałam ochoty. Wersji z chili, która skusiła mnie do współpracy, wolałam z kolei pozwolić trochę poczekać, by pozbyć się złych wspomnień. Może chili właśnie miało nadać temu wszystkiemu lepszego charakteru, ale jak na razie... Czekała ta.

Palce Lizać Orzesz! Chrupiący Krem orzechowy to krem czekoladowo-orzechowy z kawałkami orzechów i z dodatkiem autorskiej Energii do kawy firmy Palce Lizać.

Po otwarciu poczułam kwaskawy zapach jabłek duszonych w miodzie i cynamonie, układających się w obraz szarlotki z piernikową nutą, zaserwowanej przez olej kokosowy. Wydało mi się to rześkie, rozgrzewająco korzenne i goryczkowate, leciuteńko czekoladowe i, zwłaszcza po przemieszaniu i w trakcie jedzenia, z echem orzechów.

przed uporaniem się z olejem i po
Oleju na wierzchu wydzieliło się całkiem sporo, wyglądał na rzadko-wodnisty. Zlałam jakąś łyżeczkę, a trochę więcej (1,5 łyżeczki?) wymieszałam średnio dokładnie. Było to bowiem bardzo trudne z racji tego, iż masa przypominała zwarto-gęste ciasto. W dodatku mocno najeżone ćwiartkami i dużymi kawałkami orzechów pozbawionych skórek. Przypominała trochę ciastową szyszkę (z orzechami zamiast ryżu). Plaskała, gdyż była wilgotna, aż mokra i oleista. Bardzo tłusta w ciężkim sensie, acz na szczęście bogato urozmaicona zaskakująco dużymi kawałkami orzechów.
Jedzony krem przedstawił się jako mokro-papkowate, nieco śliskawo-tłuste ciasto. Mimo to, okazał się mocno... proszkowy, niegładki. Był gęsty, chwilowo obklejał usta, podniebienie i zęby, po czym oleiście-maślano znikał... Trochę papkowato-zawiesinowo rzedł, co przyspieszały kawałki orzechów. Pośród nich znalazły się drobineczki przypraw i miękkich mikrogrudek karobu.
Orzechy chciało się gryźć już od początku, acz ja zostawiałam je, gdy krem się nieco rozpłynął (bo gryzienie wcześniej nie miało sensu ze względu na smak). 
Okazały się miękkawe, ciastowo-zawilgocone, ale nie nieświeże. Taka forma nie była zła, acz godna pochwały też nie. Stanowiły po prostu przerywnik od odpychającej bazy, więc dobrze, że były... jakiekolwiek: lepsze takie, niż żadne. To jak... szyszkowate ciasto z orzechami w słoiku; kremem aż trudno nazwać.
Całość była osobliwa, odpychająca, acz kawałki orzechów przy łyżeczkowaniu trochę ratowały sytuację - ogromna przewaga nad klasyczną wersją.

W smaku pierwsza pojawiła się silna słodycz miodowego piernika i przesadnie posłodzonej miodem szarlotki, która ewidentnie przejawiała także kwaskawość. Do głowy przyszły mi soczyste jabłka z cynamonem i wanilią, które mieszały się z wyrazistym olejem kokosowym.

Ten wraz z mieszaniną maślaności i oleistości umocnił ciastowy wydźwięk. Pomyślałam o ciastowo-plackowatej szarlotce, gdzie sama warstwa ciasta bardzo przyciąga uwagę. Maślaność dopuściła do głosu odrobinkę orzechów laskowych... Jednak te przez większość czasu były ledwo wyczuwalne. Mimo to, trochę chyba właśnie dzięki nim, maślaność bardziej zwracała na siebie uwagę, baza była łagodniejsza albo raczej "rozbita smakowo".

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa umocniła się cynamonowość ostro-gorzka, podkreślona olejem kokosowym, a ogólna piernikowa korzenność wzrosła. Przytoczyła piernik... lekko czekoladowo-karobowy i znów z kwaskawą nutą, jakby zawierał też jabłkową warstwę. Piernik musiał być mocno przypalony. Tę myśl nasunął dym, który poniekąd płynął z oleju kokosowego. Ja pomyślałam o "smaku zapachu" zimnych ogni, acz w tym było coś... odpychającego (może i rzygowinowego, jak niektórzy mówią o oleju kokosowym). Mieszało się to z ewidentnie wyczuwalnym kardamonem.

Gdy część orzechów zaczynałam podgryzać szybciej, nie zdradzały się jakoś specjalnie w smaku - bardziej po prostu "rozbijały bazę". Wydawały się mdłe w smak, acz łagodziły olej kokosowy i przyprawy. Rozbijały i absorbowały też część słodyczy, dzięki czemu całość chwilami wydawała się bardziej "czysto-naturalnie" słodziuteńko-laskowo korzenna, ciepła.

Goryczkę z czasem nieco złagodziła słodkawo-orzechowa nuta. Orzechowy wątek tej wersji jednocześnie trochę wyważył bazę, a także uwypuklił poszczególne przyprawy i składniki, jakby "rozjaśniając sytuację". Choć laskowość nie była bardzo jednoznaczna od początku, to jednak przewijała się i pomykała. Im bardziej kawałki wylegały na język, tym czuć je jednak nieco wyraźniej.
Gryzione na koniec smakowały orzechami laskowymi, ale nie pełnią smaku; połowicznie. Były słodkawe i delikatne, trochę podprażone i mdławe. A jednak niepodważalnie orzechowo laskowe - ot, poprawne. Wydaje mi się, że na koniec nawet o czekoladowy smak bardziej zawalczyły.

Po zjedzeniu został posmak delikatnych orzechów laskowych, wątek cierpkawo-czekoladowego, miodowego piernika, ale niestety też goryczka oleju kokosowego, która w zasadzie była już niesmakiem, a nie posmakiem. Czułam ostro-gorzkie przyprawy korzenne, a całość ogólnie piekła i drapała w język. I od oleju, i od korzenności. Do tego doszła pewna suchość w ustach.

Całość okazała się miłym zaskoczeniem po Klasyku, bo wreszcie nieco wyraźniej czuć orzechy laskowe (które w obu wersjach są bazą!), a także konsystencja wyszła mniej odpychająco. Wielkie kawały w kremach według mnie trochę nie pasują, tu jednak wręcz przeciwnie. Orzechy laskowe zapewniły trochę harmonii, starały się naprostować nieprzyjemne nuty. Niestety jednak nie sprawiły, że krem wyszedł smacznie. Po prostu trochę odciągały uwagę od jego wad, a wciąż - przecież nie o to chodzi... Bazę wciąż uważam za niesmaczną; orzechy mogę przecież sobie pochrupać same - i to lepsze. 
Tego jednak od niechcenia zjadłam nieco więcej, prawie 1/4 może , ale na więcej po prostu nie miałam ochoty; przygarnęła Mama i też zjadła więcej, niż Klasyka (pewnie też około 1/4, a może i więcej). Stwierdziła: "o, ten zdecydowanie mniej śmierdzi. Nie to, że pachnie, ale po prostu słabiej go czuć. Dzięki orzechom faktycznie da się to jeść, bo wyszedł delikatniej, tak ten posmak rzygowinowy się ukrywa, ale nadal to nie jest smaczne, po prostu nie jest też takie obleśne". I w końcu reszta także tego powędrowała do ojca. Jemu smakował.


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam od palcelizac.co
cena: ja dostałam, ale cena to 28,10 zł za słoiczek 140g
kaloryczność: 621 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe, Energia do kawy (masło sklarowane ghee, olej kokosowy, kardamon, cynamon, wanilia), karob, syrop z daktyli, cynamon, kawałki orzechów laskowych