niedziela, 3 lipca 2022

Galler Noir Puur 85 % ciemna z Wybrzeża Kości Słoniowej

Swego czasu zaczęła mnie nawiedzać, dręczyć myśl o tym, co zrobię, gdy skończą mi się czyste ciemne czekolady do recenzji. Kiedy będzie ich za mało, by prawie codziennie jeść i opisywać coś nowego. Uwielbiam smakowe podróże, odkrywanie i opisywanie doświadczeń, a jednak że w zasadzie inne niż czyste ciemne przestały cieszyć, zmniejszyło mi się pole manewru. Co więcej, po prostu nie stać mnie na jadanie tylko tych najlepszych do degustacji. Szukałam więc marek tańszych, ale dobrych. Tak właśnie trafiłam w Google na markę Galler i wysępiłam zniżkę w ramach mini współpracy z internetowym sklepem Przyjaciele Kawy. Można u nich dostać zarówno przedstawione na blogu (już niedługo kolejne, jak i wiele więcej wariantów oraz produktów zupełnie innych, głównie związanych z kawą).
Galler to czekoladziarnia założona w 1876 przez Jeana Gallera w Belgii, obecnie wspierająca sprawiedliwy handel, zdrowe podejście do planety. Zaangażowani są w projekty na Wybrzeżu Kości Słoniowej, gdzie niestety produkuje się masowe kakao; oni zaś próbują tam sytuację chociaż trochę poprawić. Kupują od kooperatywy Yeyasso, której plantacje zajmują 7 tysięcy hektarów. Ich siedziba jest w mieście Man, nazywanym "miastem 18 gór", co od razu mi się spodobało.

Galler Chocolatiers Noir Puur 85 % to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej.

Po rozerwaniu sreberka poczułam mocno pieczony zapach jednoznacznie kojarzący się z piernikiem i skórką porządnie wypieczonego chleba. Wyobraziłam sobie konkretną kromkę, niemal ukrytą - tak bogato posmarowaną kakaowo-orzechowym kremem. Piernik natomiast musiał zawierać sporo cynamonu. Wydźwięk był ciepły, mało słodki, a szlachetnie gorzki. To podkreśliła odrobinka kawy. Piernik i chleb zdawały się łączyć kakaowymi wierzchami - w przypadku piernika mowa chyba o polewie kakaowej. W jego wnętrzu w dodatku kryła się lekka, owocowa soczystość.

W dotyku tabliczka wydała mi się twardawo-kamienna, a jednocześnie już na tym etapie kremowa. Przy łamaniu odznaczała się średnią twardością, trzaskała głośno w sposób, jakby była ciężko-zwarta. 
W ustach rozpływała się powoli, ale chętnie. Wprawdzie długo zachowywała zwarty kształt, była dość ciężka i maślano tłusta, ale w granicach normy. Opływała smugo-falami, zaklejającymi usta. Te były gęste, trochę maziste, a z czasem nieco oleiste.

W smaku pierwsza ruszyła goryczka dymu, goniona przez kawę. Gorzkość dosłownie uderzyła. Gęsty, szary dym opadł niczym kurtyna, spod której gorzkość już nieco ogładzona rozeszła się po ustach. Miała mocno palony charakter, przy czym zachowała pewną szlachetność.

W ciągu kolejnych chwil zaczęła otulać ją maślaność. Była to maślaność nieco bardziej orzechowa. Złagodziła pierwotny motyw... niezupełnie jednak. 

Poczułam piernik. Wyraźnie odważnie przypieczony, ale wciąż wilgotny wewnątrz. Niósł nieprzesadną słodycz. Choć nie wysoka, była prosta, co chwilami niezbyt mi odpowiadało. Piernik jednak doprawił ją odrobinę cynamonem, uprzyjemniając wydźwięk. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ta słodycz (ale w sumie nie tylko ona) wydała mi się dość duszna i ciepła.

Z gorzko-maślanej strefy wyłoniła się mocno pieczona skórka chleba (też ciepła?). A po chwili chleb po prostu jako konkretny i wilgotny ciemny, zrobiony na zakwasie. Słodycz znalazła się także przy nim, właśnie jako jakiś cierpkawy od kakao krem kakaowo-orzechowy. Z orzechów wyrwała się niestety też pewna smakowa oleistość, dodatkowo łagodząca kompozycję.

Z gorzkich nut raz po raz wypłynął lekki kwasek, przeszywający słodycz. Wydawał się niemal sugestywny. Zahaczył nieśmiało o owoce... Najpierw mignęła mi śliwka - jakby z tym piernikiem...? Acz potem myśli skupiły się bardziej wokół... moreli? Ewentualnie suszonych, gąbczastych brzoskwiń. Wszystko to było słodkie, może nieco duszno-kandyzowane? Ale ledwo uchwytne. W końcu tonęło w ciężkiej słodyczy i "orzechowawej" maślaności, które jakby się nakręcały. Na szczęście o charakter wciąż dbał słodko-goryczkowaty cynamon.

Gorzkawość na końcówce podparła się cierpkością. Palona kawa i dym na nowo zasłoniły piernik i chlebowe nuty. Pojawiła się cierpkość i duszny motyw jakby nieco procentowy... kremu kakaowego? polewy? Ciemnych, palonych i poważnych, a jednak też tłustych. Ciepło tego podkręcało się z cynamonowo-piernikowym wątkiem.

W posmaku została palona nuta dymu, kawy, piernikowość, ale też jakby orzechowa oleistość zmieszana z maślanością. Słodycz czułam delikatną, ale duszną.

Czekolada ogółem mi smakowała, ale nie w pełni. Miała rewelacyjne, gorzkie momenty, kiedy to popisywał się piernik, skórka chleba. Potem wszelkie pogłosy kawy, orzechów, lekki kwasek - wszystko to miało ogromny potencjał. Niestety jednak chwilami co mocniejsze, zbytnio łagodziła maślaność. Także duszność i ciężkość słodyczy mi przeszkadzały. 
Konsystencja, mimo że tłustość wydała mi się ciężka, nie była jednoznacznie zła. Tylko oleista końcówka psuła efekt. O wiele lepiej odbieram niższą słodycz np. Lindta Excellence 85% i jego nietłustą konsystencję.


ocena: 8/10
cena: 10,38 zł (za 80g; półkowa to 12,98zł)
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

sobota, 2 lipca 2022

Definite Chocolate 80 % Dark Chocolate Dominican Republic Oko-Caribe ciemna z Dominikany

W chwili kupowania, o Definite myślałam pozytywnie, co zmieniło się przy jedzeniu 70%. W dwie kolejne posiadane zwątpiłam, że przez parę tygodni nawet nie brałam pod uwagę sięgnięcia po kolejną. Dopiero musiało na mnie spłynąć olśnienie, że tamta mogła wyjść tak niesatysfakcjonująco, bo po prostu zawartość kakao nie tak wysoka, jak lubię. Kolejne może miały z kolei pozytywnie zaskoczyć? W to zaczęłam wierzyć po Cacaosuyo 80 % (trochę inne kakao, ale tu nie chodzi mi o nuty, a wydźwięk i jakość), która to - minimalnie, bo minimalnie, ale jednak - wyszła lepiej niż 70 % Piura - Peru Select tej marki. Zdecydowanie wolę czekolady bliżej 80% i tyle. Ta, tak samo jak 70%, została wyprodukowana z kakao od kooperatywy Oko-Caribe.

Definite Chocolate 80 % Dark Chocolate  Dominican Republic Öko-Caribe to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao trinitario z Republiki Dominikany, z okolic miasta Pimental, z prowincji Duarte.
Ziarna fermentowały w drewnianych skrzyniach przez 6 dni; suszone na słońcu 7-10 dni.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach drzew, związany z ciepłem i pewną rześkością. Pierwszą myślą były kwiaty i choć utrzymały się, to dołączyła do nich sceneria jesienno-wilgotnego parku. Do tego trochę skóry (wyobraziłam sobie czarną odzież) i dymu. Te poprzez cierpkość związały się z niemal równie wyraźną pomarańczą i egzotycznie soczyście-cierpkim owocem... może karambolą? Owoców czułam sporo, acz nie bardzo dużo, jednak i tak znacząco podkręciły rześkość. Chwilami do głowy przychodził mi też jogurt wiśniowy. Jogurt śmietankowy... niemal śmietanowy?

Tabliczka była bardzo twarda, przez co w łamanie musiałam włożyć sporo siły. Trzaskała wtedy bardzo głośno, acz dziwnie, jakby była... wyjątkowo "pełna". Przekrój miała zbito-ziarnisty.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, ale bez pośpiechu, i kremowo-maziście. Choć odnotowałam jakby pudrowo-suchawe echo, szybko odsłoniła swą tłustość śmietanki. Dość prędko miękła, zachowując rozlazły kształt niemal do końca. On opływał lepkawo-oleistymi smugami. Nieco zalepiał usta, wydając się przy tym sycącym i masywnym (przyszła dziwna myśl, że gdyby ta czekolada była deserem, byłaby panna cottą). A jednak znalazła się w niej i pewna aksamitna łagodność, ta właśnie coraz bardziej mięknąca. Z czasem zaplątała się lekka soczystość, a suchawość jako pylistość dała popis, zostając na koniec.

W smaku jako pierwsza ruszyła słodycz. Mimo iż nie była intensywna, wydała mi się nadrzędna. Było w niej coś pudrowego, ale nie tylko. Pomyślałam o lukrze... miodowym? Może bardziej miodzie... soczystym... owocowym? 

Pod słodycz po paru chwilach jakby próbował podpełznąć, podkraść się gorzkawy dym, jednak niespecjalnie mu to wychodziło. Mignęło dziwne skojarzenie z ususzoną na ciemno, duszną morelą, ale zaraz zniknęła.

Lekka soczystość nieco uprzyjemniła słodycz. Pojawiła się pomarańcza o słodkim smaku owocu raczej suchego, ot... takiego tam. I jak się pojawiła, tak zaraz czmychnęła w kwiaty. Ich delikatna, rześka słodycz mieszała się z lukrowo-miodową. Zaobfitowało to w kwiaty białe, drobne, delikatne.

Nieśmiały kwasek próbował się utrzymać, ale w zasadzie były to jedynie sugestie owoców... może cytrusów, słodko-kwaskawych jabłek i... czegoś bardziej egzotycznego? Te były bardzo, bardzo przygłuszone, mgliste, jakby ukryte w kwiatach, ale coś tam wyłapałam. Karambolę o słodkim, cierpkawo-kwaskawym smaku mieszającą się z cierpkawą miechunką, upodabniającą się do pomarańczy? Wszelkie mocniejsze wyskoki tonowały chyba suszone morele - na pewno słodkie (stąd jedynie "cierpkawość", nie cierpkość).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poprzez pomarańczową nutę - chyba raczej skórki - weszła gorzkawość. Wydawała się nieśmiała, ale nieźle wyczuwalna. Przedstawiła się jako dym i skóra. Odzieży skórzanej nazbierało się całkiem sporo. Pomyślałam też o delikatnych, zamszowych podbiciach, ubraniu przesiąkniętym. Wyczuwać zaczęłam coraz więcej drzew... Wyobraziłam sobie wilgotne od ogólnej aury, mżawki, ale w pewien sposób ciepłe (jak aromatyczny sandałowiec?)... Trochę cierpkawe?  I... z dziwnie przylepioną, niepasującą słodyczą.

Miodowo-lukrowa słodycz wzrosła trochę, więc ogólnie bardzo wysoka nie była, ale istotna. Trochę drapała (mnie już jakoś w połowie tabliczki w tym momencie rozpływania się każdego kęsa się to rzucało). Dała kontrastowy efekt jakby tak ktoś w skórze, ramonesce wybrał się do wesołego miasteczka na lukrowe słodkości (chciałoby się rzec: ktoś w glanach z watę cukrową, ale akurat tej nie czułam - chodzi mi raczej o "klimat", który tu w nawiasie aż trochę przerysowuję).

Choć skóra i gorzkość miały ciepły wydźwięk, drzewa były ogrzewane słońcem, to jednak to takie... jesienne ciepło. Gorzkawość zaczęła mieszać się z maślaną nutą, która jeszcze ją osłabiła, prawie zupełnie zabijając.
Wilgoć też czuć. I tu kwiaty w końcu zmieniły się w napar. Usta zalał mi zaparzony rumianek. Stał na czele herbacianej mieszanki kwiatowo-ziołowej. Słodkawy, delikatny, a jednak ze specyficzną nutą polno-ziołowo-kwiatkową. Wyobraziłam sobie miody o takich nutach. Napar może posłodzono właśnie miodem jasnym i delikatnym, ale... z kwaskiem? 

Kwiaty zmieszały się z kwaskiem, przekładając się na myśl o delikatnym jogurcie. Jogurcie śmietankowym, w jakimś cierpkawo-owocowym wariancie. Może wiśnia nieśmiało się odezwała? Albo jednak cytrusy? Jogurt z czasem wydał mi się aż śmietanowo-ciężkawy, łagodzący wszelką gorzkość, co wykorzystała cierpkość.

Posmak był więc właśnie cierpko owocowy: pomarańcza i karambola zawiązały sztamę, co przypieczętowała wiśnia. Połączyły ciepłą soczystość (pierwsza) z egzotyczną wilgocią (druga). Myślałam też o drzewach, kwiatkach i... liściach... czy raczej listkach suszonych na herbaciane napary. 

Tabliczka wyszła dość kontrastowo, niestety za delikatnie i słodko. Kwasek wydawał się przymglony, a gorzkawość niedomagała. Gorzkości w zasadzie ani przez chwilę nie uświadczyłam. A jednak nuty miała ciekawe. Pomarańcza i egzotyczne owoce (karambola, miechunka), skóra i dym trafiły na delikatne kwiaty, napary. Niby klimat chłodu, ale i wątki kojarzące się z ciepłem. Takie to... dualne: drzewa, żywe kwiaty i liście egzotyczne, wilgotne, ale też ciepłe napary "kwiatkowate", liście przesiąknięte jesienną aurą, a ogrzewane słońcem. Owoce soczyste, a jednak z echem suszonych moreli. Wszystko mogłoby zachwycić, gdyby nie odstająca, denerwująca słodycz. Lukrowo-miodowe elementy nie pasowały, były nachalne. Nawet nie to, że za mocne, a niepasujące. Po prostu trudno o coś, co by słodycz należycie zdominowało. 

Miód, pomarańcze, sporo owoców (ale głównie suszonych), drzewa i skóry czułam również w 70%. W ogóle były bardzo podobne. Już 70% denerwowała słodyczą. 80% nie poszła w stronę gorzkości, jej słodycz nie wydawała się niższa. Po prostu wyszła bardziej cierpko (bardziej przy porównywaniu, ale też nie bardzo cierpko) i świeżo owocowo. Kolorystyka owoców (pomarańczowe) nawet się zgadza, ale... niestety ta cierpkość nie przełamała słodyczy, a kontrastem sprawiła, że jeszcze bardziej na nią chyba uwagę zwracałam. Wydają się na tym samym poziomie, a o innych wydźwiękach. Wprawdzie bardziej podobał mi się obraz narysowany przez 70%, słodycz dla jej zawartości jest zrozumiała i tam nie odstawała, ale co z tego, skoro bardzo męczyła? Realnie niższą słodycz dzisiaj opisywanej odebrałam jednak lepiej, więc ocenę nieco podwyższam.


ocena: 7,5/10
cena: 29 zł (za 60 g - cena półkowa)
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

piątek, 1 lipca 2022

ciastka Farmhouse Biscuits Delicious & Festive Spiced Ginger Biscuits

Dawno, dawno temu jakoś w okresie pogwiazdkowym, byłam jak co miesiąc z ojcem w Auchanie i zaproponował, że kupi mi np. jakieś dobre ciastka (ma awersję do czekolad i sushi, więc tych nie lubi mi kupować i prawie tego nie robi). "Dobre ciastka" to w słowniku kimikowym raczej niewystępujący zbitek słów, jednak gdy zobaczyłam ładną tubę i nie gorszy skład, uznałam, że może warto? W końcu skoro zima miała jeszcze trwać, może i ochota na coś korzennego, właśnie ciastka, miała mnie nawiedzić? To była naiwna myśl, bo nie zrobiła tego. Moja niechęć do zwykłych słodyczy nasilała się. W końcu już nawet chciałam oddać je Mamie nie otwierając, ale pomyślałam, że już nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam dobre ciastka korzenne. Ostatnie, jakie w ogóle jadłam to Favorina Spiced Biscuits jakoś w 2017, ale im daleko do bycia dobrymi. Najlepszymi jakie jadłam były "w kształcie dziadów" korzenne z Plusa, ale ekhem... Czas leci. Dzisiaj przedstawiane za to ponoć tradycyjnie robione w Lancashire, w Anglii.

Farmhouse Biscuits Delicious & Festive Spiced Ginger Biscuits to "ciastka (herbatniki?; konkretnie "biscuits") z imbirem i przyprawami korzennymi".

Po otwarciu folii poczułam się, jakbym tylko co weszła do kuchni, w której z piekarnika jaki czas wcześniej wyjęto blachę z wypiekiem niemal niewidocznym spod ogromnej ilości maślanej, korzennej kruszonki. Wyraźnie zaznaczyła się sodowa nutka, stonowana słodycz i nieco mydlany imbir. W trakcie jedzenia myślałam o nich jako o maślano-margarynowym, delikatnym wypieku na kruchym spodzie, który mimo że korzenny, nie miał mocno "zimowego" charakteru. Gdy porządnie zaciągnęłam się już jedząc, okazało się, że ciemniejszy spód wyraźnie pachnie melasą.

Średniej wielkości, dość grube ciastka zostawiały na dłoniach pyłek. Nie wydawały się jednak ani zbyt suche, ani tłuste. Sprawiały za to wrażenie lekko lepkawych, jakby były pokryte takowym syropem-zlepiszczem (ale realnie w sumie nie były... tak bardzo). Biorąc jedno do rąk w celu przełamania, byłam pewna, że okaże się twarde albo twardo-kruche.
A tu zaskoczenie. Ciastko w pewien sposób bardziej niż łamało, to... przerywało się. Było twarde i zwarte, nie wyginało się, ale właśnie jakby się nieco ciągnąco-rwało, aż usłyszałam suche pyknięcie. 
Nigdy nie spotkałam się z ciastkami (czy czymkolwiek) o takiej - tak dziwnej! - strukturze. Zaczęłam je oglądać i macać dokładniej. Otóż składały się ze zwartego, ewidentnie jaśniejszego wierzchu, który w zasadzie był krucho-suchym, normalnie łamiącym się ciastkiem typu kruchego. Większość jednak, w kolorze cynamonowo-rdzwym, była dziwaczna. Twarda, zwarta i jakby syropowo lepko-zawilgocona. W oddali mignęła mi przy niej myśl o skrzypiących i zaklejających zęby kawałkach karmelu, który potrafi się nieco lepko ciągnąć / giąć. Ta część była pustawa i stworzona z grudek.
Choć różnice próbowałam uchwycić na zdjęciach, one tego niestety nie oddają.
W trakcie jedzenia ciastka chrupały w kamienny sposób, ale nie były kamieniami. W zasadzie jakby... twardo miękły (?). Kruszyły się nieznacznie. 
Gryzione normalnie okazały się zaskakująco lepkie, mączne i mocno ziarniste, grudkowate i dość sucho-pyliste (jasny wierzch bardziej pylisty i trochę cukrowo kryształkowy). To masywne, konkretne ciastka, które przeżuwa się dość długo z racji wysokiej kleistości i ciężkości (kojarzyły mi się trochę z flapjackami). Nie były za tłuste, choć swoją drobną oleistość upuszczały (ale mieszała się z poczuciem "syropowości"). Wlepiały się w zęby w nieco kleiście-syropowy sposób, a trochę herbatnikowo-papkowato.
Dziwność pojawiła się także przy próbie ich rozpuszczania. 
Choć suchawe, z łatwością nasiąkało, jakby wciągając w swoją pustawą przestrzeń ślinę i powietrze. Rozchodziły się na mączno-syropowe grudki z proszkowo-pylistym efektem. W tej pylistości wyraźnie czuć przyprawy. Jakby twardawe grudki zlepić jakimś gęstym, ciągnącym lepiszczem z karmelu, cukru, melasy. To sprawiało, że ciastko gęstniało, zmieniając się w lepko-grudkową masę. Miałam wrażenie, że w zlepiających i rozlepiających się grudkach kryły się kryształki cukru. Masa upuściła też trochę oleistej tłustości. Poszczególne, drobniejsze kamyko-grudki trochę męczyły podniebienie. Na koniec powlepiały się w zęby. Element suchawości też pobrzmiewał.
Były niecodzienne. W zasadzie... nawet pozytywnie ciekawe. Nie było w nich nic, co mogłoby odpychać, jednak to i tak nie moja bajka. Nigdy nie lubiłam np. batonów zlepków (w tym flapjacków?) ani ciastek zbożowych pełnoziarnistych, a te się trochę z nimi kojarzyły. Jakby... wymieszać jedne z drugimi i wkomponować w korzennawe ciastka. I właśnie! Wymienionych nie lubiłam, a do dzisiejszych w sumie nie miałam wielkich zarzutów.

W smaku pierwsza przywitała się słodka maślaność i wyraziście pieczona nuta. Zza nich z trudem wyrywała się wysoka, jakby czysto cukrowa słodycz, którą jednak coś powstrzymywało. Ciastka przedstawiły się jako palone tak mocno, że aż ryzykownie, gorzkawe. Podkreśliła to korzenna, w dużej mierze cynamonowa, ciepła nuta.

Słodycz szybko wzrosła. Zahaczyła o cukier, wydała mi się lekko pudrowa i trochę typowa dla maślanych ciastek. To jaśniejszy wierzch łagodził tak całość. Nagle cukier nabrał palonego charakteru. Wyraźnie palony, aż do lekkiej goryczki zmienił się w melasę i karmel - to już zadziałał ciemniejszy spód. Zupełnie, jakby ciastka maślane i kruche przerobić na jakąś masę ciastkowo-melasowo-karmelową. 

Paloność i goryczkę podkreśliły przyprawy korzenne. Już nie tylko cynamon, a cały miks. Z pudrowości wyrwał się imbir, jakby potem się od niej odcinając (ją zaś zagłuszyły przyprawy). Mniej więcej w połowie rozpuszczania / gryzienia kęsa imbir znalazł się na czele. Do gardła spłynęła ostrość i porządnie je rozgrzała. Sam jednak smak wyczuwalny w ustach nie był aż tak siekierowo pikantny. A jednak przyprawy także język trochę rozgrzały. Wydaje mi się, że czułam m.in. słodko-gryzące goździki. Poczucie rozgrzewania niewątpliwie wzmocniła słodycz. Wyobraziłam sobie już nie "jakąś masę", a maślaną, ciastkowo-melasową kruszonkę korzenną na jakiejś tarcie z kruchym spodem. Maślaność zaczęła mi się wydawać podejrzana.

Słodycz, choć przełamana na różne sposoby, narastała i rozgrzewała, przy czym wydała mi się chwilami męcząco "czysta". Jakby spod całej melasowości i korzenności wciąż próbował uwolnić się czysty cukier. Pobrzmiewało w niej mocniejsze echo palone (co przywitałam z aprobatą) i subtelniejsze mydlano-pudrowe (co tu akurat tak wmieszało się w resztę, że nie przeszkadzało). Co więcej, z czasem przeciął ją jeszcze sodowo-słonawy akcent, płynący z pieczoności. Znów pomyślałam o nieco przypalonym wypieku, może właśnie dziwnych, melasowo-korzennych ciastkach maślanych.

Gdy tak jadłam, jasnociastkowość wyraźniej wyłaniała się epizodycznie... I nie była jednoznaczna. Bardziej maślano-margarynowa, ale też kojarząca się z jasnymi ciastkami kruchymi. Łagodząca, nierozerwalnie związana ze słodyczą. Wydawało się, iż jej główna rola to neutralizowanie smakowej pikanterii, a nie walczenie o wyraźne wyróżnienie się. Tej imbirowej w gardle z kolei nie tknęła - ta rosła, nie hamowana niczym, ale nie aż żeby palić.

Po zjedzeniu jako posmak został wyraźny duet imbiru i chyba goździków, podkręconych jeszcze bardziej gorzkawo-korzenną, ciepłą nutą / pikantnawym echem. Ogromną część posmaku zajęła słodycz karmelu i melasy z lekką goryczka. Czułam również... ciastkowość... osobliwą (?) i zaskakująco uroczą. To było dziwnie kontrastowo spójne (brzmi jak oksymoron, ale tak właśnie było). Ciastkowość z czasem nazwałam sobie "motywem ciastek niby maślanych" (to chyba lekka sztuczność, ale umiejętnie tonowana przyprawami). Tego ostatniego nawet herbata nie zabiła tak łatwo, mimo że nie było to mocne.

Ciastka bardzo, bardzo mnie zszokowały. Intrygujące, niespotykane. Nie nazwałabym ich po prostu korzennymi... W zasadzie daleko im do typowych ciastek imbirowych (jadłam dwa, wydaje mi się typowe, typy: gładsze Annas Original Ginger Thins albo bardziej "przemielone" Tesco Finest Spicy Dark Chocolate Ginger Cookies). Zawierają ich elementy, ale... One były korzenno-melasowe, jasnociastkowe i słodkie, a jednak charakternie pikantne. Struktura kleiście-grudkowa, twarda i ten zwyczajny wierzch... Przy pierwszym kęsie nawet nie wiedziałam, co zanotować, słów mi brakowało - takie to dziwo. I choć nie mogę im nic wielkiego zarzucić, to przy trzecim poczułam się nieco nimi zmęczona i zorientowałam się, że na czwarte (po zdjęciach wstępnie oceniłam, że zjem tyle, ewentualnie jeszcze jedno-dwa) nie mam ochoty przez taką... słodko-kleistą twardawość, mączność i dziwne echo (gdybym jednak nie miała komu chętnemu ich oddać, a miałabym np. wyrzucić, zjadłabym).

Wolałabym mniejszą słodycz, ale moja tolerancja na nią ogółem jest bardzo niska, więc w zasadzie ciastek z czystym sumieniem nie mogę nazwać przesłodzonymi. Okazały się dobre i choć może nie rozkochały mnie w sobie, to jako ciekawostkę warto spróbować. Ja cieszę się, że je poznałam. Po prostu utwierdziły mnie w przekonaniu, że nawet dobre czy ciekawe ciastka to nie to, czego szukam. Dobrze jednak to wiedzieć, a nie ciągle łudzić się, że może po prostu na złe trafiam.

Reszta trafiła do Mamy, co ją bardzo ucieszyło (nie mówiłam jej, że są imbirowe, nazywałam korzennymi, bo nie lubi imbiru). Także ona uznała ciastka za niespotykanie dziwne. Prawie z wypiekami na twarzy opisywała swoje wrażenia co do "kleisto-twardej, ale ani twardej, ani zaklejającej" konsystencji i smaku. Opisała je jako: "nie za słodkie, korzenne, ale nie tak bardzo." Rozszerzyła opis: "Dziwna była w nich ta goryczka, taka przyjemna, taka... słodko-gorzka. I to wszystko było takie intensywne. Intensywna, ale pozytywna słodycz, intensywna gorzkość korzenna. A jak pięknie pachniały! Maślano-korzenną kruszonką jakby. I jeszcze zachwycało te dziurkowane wnętrze, a także to, że i dziwne do gryzienia, takie inne niż wszystkie znane mi ciastka i bardzo dziwnie się rozpuszczają". Uznała je za najlepsze ciastka, jakie ostatnimi czasy jadła ("Już nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam tak dobre i ciekawe ciastka."). Kiedy powiedziałam jej, że to ciastka imbirowe, wzruszyła ramionami, że: "na szczęście nie tylko, że bo imbir nie przeszkadzał, nie wyczułam go spośród innych". Stwierdziła, że muszę wystawić wysoką notę, prawie krzycząc, że 9 to minimum. Osobiście długo zastanawiałam się, czy to nie raczej 7 (mnie ta cukrowość denerwowała - o tyle bardziej, że nie wiedziałam, jak to możliwe, że ją czuję, skoro w składzie nie znalazłam cukru, a same syropy; dopiero zerwanie nalepki z tłumaczeniem ujawniło, że cukier był, więc nie dziwne, że go czułam), ale... w sumie za dziwność może i "8 ciekawostkowe" się należy. Poszłam ze sobą na kompromis.


ocena: 7,5/10
kupiłam: Auchan (ojciec kupił)
cena: dostałam (ale cena to 14,99 zł za 150g)
kaloryczność: 518 kcal / 100 g; ciastko - ok. 43 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mąka (mąka pszenna, wapń, żelazo, niacyna, tiamina), cukier, oleje roślinne (rzepakowy, nienaruszający równowagi ekologicznej olej palmowy), syrop cukru inwertowanego (syrop cukrowy, melasa trzcinowa), mielony imbir, mieszanka przypraw, środki spulchniające (wodorowęglan sodu, difosforan), mielony cynamon, sól, emulgator: estry poligliceroli kwasów tłuszczowych; barwniki: kurkuma, annatto; aromaty, mąka ryżowa

czwartek, 30 czerwca 2022

(Cachet) Moser Roth Bio Organic Chocolat Noir Pineapple & Coconut ciemna 57 % z kokosem i ananasem

Aż brakuje słów, by wyrazić, jak latem 2021 cieszyłam się z powrotu do normalnego trybu studiowania. Zdalnie to była jakaś pomyłka - czułam, jakby uciekło mi tyle semestrów... . Tym większe było rozczarowanie, gdy nadeszła jesień. Normalnie miało być tylko 20% zajęć. Parę czekolad już niezbyt w moim typie przeznaczyłam właśnie na uczelnię czy to po prostu na dni bardziej napchane zajęciami. Pierwszą taką miała być kolejna z organicznej linii Moser Roth (Noir Apricot & Hazelnuts już za mną), której bym nie kupiła po tym, jak zniechęciłam się do marek Aldiego, ale... producentem był Kim's Chocolate, czyli ci od Cachet. Jadłam już Cachet Bio Organic 57 % Pineapple & Coconut i byłam ciekawa, czy, skoro obecnie wszystkie czekolady w Aldim są gorsze jakościowo, to i Kim's się w to wpisało, czy trzyma poziom.

Moser Roth Privat Chocolatiers Bio Organic Chocolat Noir Pineapple & Coconut to ciemna czekolada o zawartości 57 % kakao z kokosem i suszonym ananasem, produkowana dla Aldiego przez Kim's Chocolates (Cachet).

Po otwarciu poczułam intensywny splot, który otwierała mocno palona nuta wpierw średnio jednoznaczna i ziemia. Pierwsza po chwili zaprezentowała palone drewno i kawę, splątane dymem, w którym to szybko do głosu dochodziły dodatki i zrównywały się z bazą. Kokos wydał mi się wszechobecny i poniekąd naturalnie orzechowy, też palony, co przypieczętowała aż zwęglono-drewniana nuta, a poniekąd likierowo-aromatowy. Poprzez ten aspekt łączył się z nim ananas o wydźwięku alkoholowej, soczystej pina colady. Wydał mi się niemal ciężkawy i niewątpliwie słodki. Ogólnie, mimo gorzkości, nie brak słodyczy. Jej charakter wyszedł likierowo, a całość wydała mi się nieco zbyt napastliwa, gdy o zapach chodzi, acz wciąż jeszcze całkiem smakowita.

Niby suchawa w dotyku tabliczka i tak sugerowała lekką tłustawość czy raczej ulepkowość. Była twarda i średnio głośno trzaskająca przy łamaniu. Wyszła nieco krucho, co uwarunkowały dodatki. Dodano ich dużo; bardzo, bardzo je podrobiono, co średnio mi się podobało. Trzymały się czekolady porządnie, nie odskakiwały. Chyba nadały pewnej kruchości. Ewidentnie dominował kokos jako wiórki, posiekane kawałki oraz posiekane wiórki. Ananas to trochę farfoclowa drobnica w skąpej ilości.
W ustach rozpływała się powoli, gładko i tłusto. Ochoczo miękła. Okazała się kremowa i nieco ulepkowa, przy czym tłustość wydawała mi się nieco przesadzona. Chwilami suchawa i oporna z racji tego, jak wiele malutkich dodatków w niej zatopiono. Odsłaniały się po pewnym czasie, ja zaś gryzłam je dopiero, gdy czekolada już zniknęła (jak zawsze). Choć przełożyły się na wrażenie zlepka-ulepka, zaskoczyły względną przystępnością.
Kokos początkowo chrupał, nie memłał się. Wyszedł sucho podprażony, a dopiero gryziony trzeszczał i rzęził. To samo robił nasiąkający z czasem ananas. Upodobnił się pod koniec strukturą do wiórków, bo okazał się włóknistą, suszoną, a nasiąkniętą i nieco twardawą, drobnicą. Poskąpiono go, a to, co było, nie zachwycało. Drobinki, które w ogólnym chrzęście można by przegapić.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz, za sprawą której wszedł soczysty ananas. Mignął cukier, acz prędko wkroczył także kokos, odwracając uwagę i rozwijając słodycz na wiele aspektów. Pomyślałam o likierowych aromatach, bo to i one chyba były (aromaty, nie likier).

Słodycz rozeszła się, przy czym wydała mi się bardziej wyważona. Poszła w kierunku palonym. Palony cukier... no, karmel, zmieszał się z lekką gorzkością.

Gorzkawość nie zwlekała z pojawieniem się. W zasadzie była subtelna, ale wyraźna. Miała palony charakter i oddawała czarną kawę. Tylko co zaparzoną, ciepłą. Biło od niej właśnie ciepło i łączyło się z likierami / syropami. Słodycz zmieszała się z nią. A jednak i trochę ziemi się doszukałam. Podsycał ją, nadając soczyście zawilgoconego efektu, ananas. Wręcz wgryzający się i w słodycz, i w gorzkość - właśnie jako soczystość.

Palona, gorzkawa kawa rozpływała się odważnie, dominując. Wsparł ją goryczkowaty, palony dym. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa palony aspekt gorzkości okazał się zaskakująco mocny, po czym ogólna gorzkość niestety zaczęła słabnąć. Kawa zmieniła się w łagodniusią kawusię rozpuszczalną z delikatną pianką... Może kawę orzechową? Orzechowo-karmelową? Oba wątki miały wpisaną w siebie maślaność. Przy orzechowym aspekcie dym dobudował aż węgielną nutę. 

Słodycz za to nie odpuszczała i choć była w dużej mierze karmelowa, likierowo-pinacoladowa, to i tak męczyła. Nagle bowiem zorientowałam się, że spod orzechowo-palonej, kokosowej toni wypływa także słodki ananas o wydźwięku soczystego alkoholu. Wszystko to się ze sobą wiązało. Nuty płynęły zarówno z czekolady, jak i nasilały się przy dodatkach.

Śmietankowo-maślany, rozbijający charakter ciemnej czekolady, wątek rósł wraz z wyłanianiem się dodatków. Pomyślałam o kokosowym drinku ze śmietanką (?), pina coladzie. Kokos mieszał się z orzechami i choć w dużej mierze pochodził z aromatu, wyszedł smakowicie. Bił też od wiórków. Ten był już naturalniejszy.

Gdy czekolada znikała, zagrała raczej maślano-słodkim, palono karmelowym i aż lekko grzejącym w gardle smakiem, robiąc miejsce dodatkom. Pobrzmiewała jednak również lekka cierpkawość kakao.

Gdy gryzłam dodatki, czułam głównie prażone, "orzechowawe" wiórki kokosa, podkreślone aromatem kokosowym. Raz po raz pojawiał się słodko-kwaskawy ananas. Był naturalny, ale mało wyrazisty. Soczysty, ale i suchawy... na pewno podkreślony nienachalnym aromatem.

Po zjedzeniu został maślano-kawowy posmak ciemnej i bardzo słodkiej czekolady oraz mocny splot kokosa i ananasa. Na koniec ich sztuczność już nieco przeszkadzała.
Ja jednak po małej ilości zostawiłam, a resztę wzięłam na uczelnię po kilku dniach - wówczas ewidentnie trochę zwietrzała i to wyszło jej na dobre.

Całość była smaczna, ale wydaje mi się odrobinkę gorsza od Cachet Bio Organic 57 % Pineapple & Coconut. Odebrałam ją jako nieco bardziej naaromatyzowaną, ale w zasadzie bardzo zbliżoną. Choć obecnie mnie jej słodycz przeszkadzała, nie wydała mi się mocniejsza od tej wspomnianej. Może... w odbiorze? Bo może dzisiejsza była nieco tłustsza? To ogólnie wciąż bardzo dobra tabliczka tego typu, szkoda tylko że z niedociągnięciami (np. wolałabym więcej kawałków ananasa, niższą słodycz i tłustość, a wyższą zawartość kakao).


ocena: 8/10
kupiłam: Aldi
cena: 8,99 zł
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wiórki kokosowe 5%, kawałki suszonego ananasa 1%, lecytyna sojowa, naturalny aromat ananasowy, naturalny aromat kokosowe, naturalne aromat

środa, 29 czerwca 2022

Vivani 71 % Cacao Fine Dark Noir Fondente / Feine Bitter ciemna z Republiki Dominikany

Po zmianach Vivani interesowały mnie tylko ich czyste czekolady (tylko albo aż, bo przed zmianami marka była mi obojętna). Obecnie w tej kwestii nic się nie zmieniło, a jednak postanowiłam sobie przerwać ciąg tych o wyższej zawartości. Wprawdzie coraz gorzej znoszę słodycz 70%, coraz częściej mnie coś w niej irytuje zwłaszcza, gdy czekolada jest słodzona białym cukrem, ale akurat w przypadku Vivani tego nie musiałam się bać. A śmieszna zawartość 71% podsunęła mi pomysł, po jaką czekoladę ze zbiorów sięgnę na dniach, hah. Ten łaskawie dodany 1% miał mi, jak rozumiem, wynagrodzić ubytek w posiadanej Domori o zawartości 68%. Oczywiście tu się trochę śmieję, ale to szczegół. Trochę zasmuciło mnie, że wewnątrz opakowania zamiast tak lubianych informacji o kakao, znalazłam tekst o tym, jak to nie używają plastiku w swoich opakowaniach i dbają o środowisko. To dobrze, ale... miałam nadzieję, że przy tym wszystkim sam smak czekolady nie zjechał na dalszy plan.

Vivani Fine Dark Noir Fondente / Feine Bitter 71 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 71 % kakao z Republiki Dominikany.

Po otwarciu poczułam intensywny woń drzew, prażonych orzechów laskowych i kawy, przekładających się na gorzkość oraz zapach wysoce słodkiego karmelu. Za nim znalazła się mieszanka melasy i słodziku, jakby specyficznego, słodkiego chłodku, związanego z kolei z rześkością. W tej sporo było soczystości śliwek, raczej suszonych. Może w towarzystwie rodzynek? We wszystkim tym było coś, przez co pomyślałam o kakaowych lodach na śmietance - ale na pewno nie o śmietance samej w sobie.

Twarda tabliczka podczas łamania głośno trzaskała czy nawet strzelała. Wydawała się bardzo zwarta, jakby ta twardość nie wynikała tylko z grubości.
Jednak w ustach twardość szybko zanikała. Czekolada z ochotą miękła, rozpływając się w umiarkowanie wolnym tempie. Pokrywała podniebienie maziście-tłustymi smugami. Okazała się gładko, aż śliskawo kremowa z rozkręcającym się drobnym, wodnistym elementem.

W ustach od pierwszej sekundy czułam wirujący splot słodyczy i gorzkości. Do głowy przyszedł mi przypalony do gorzkości cukier. Trudno powiedzieć, co pojawia się pierwsze, co dominuje, acz po chwili karmel wyszedł nieco na przód.

Słodycz zaczynała od wysokiego poziomu. Błysnęła, po czym nieco się wycofała, cały czas pobrzmiewając jako palone, karmelowe echo.
Pojawiła się ukryta w czekoladowości i kakao soczystość z zapowiedzią kwasku (który w zasadzie nie nadszedł), co było trochę jak... śliwka (albo rodzynka?) w czekoladzie - kwaskawy owoc ukryty pod gorzkawą otoczką. Może nawet kuszący obietnicą procentów?

Gorzkość ruszyła jako czarna kawa. Podkreśliła ją odrobina dymu, przynoszącego prażone orzechy laskowe. Orzechy wydały mi się zaskakująco jednoznaczne i wyraziste. Jako że naturalnie słodkawe, trochę osłabiające gorzkość.

To wykorzystała słodycz i tym razem rozbłysła na dłużej. Karmel uderzył z pełną mocą, acz chwilowo wydał się mało palony, że aż cukrowość poczułam. Dała radę zadrapać w gardle, jeszcze trochę wzrosła do poziomu przesady, ale mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jej wydźwięk uległ zmianie.

Karmel ustąpił trochę miejsca melasie, ta zaś wyzwoliła jego mocniej palony charakter. Słodycz wzbogaciła się o specyficzną goryczkę. Mignęło skojarzenie z nieprzesłodzonymi karmelowymi i kakaowymi lodami na śmietance. Takimi z sosami (kakaowym i/lub karmelowym), o chyba nieco alkoholowym wydźwięku.

Przez chwilę plątał się tam lekki chłodek, jakby aluzja do słodziku, ale zmieniło się to raczej w rześkość, soczystość...? Z karmelu dochodziła do tego słodycz bardzo wysoka, stąd pomyślałam o śliwkowych pierniczkach w czekoladzie. Zaplątała się przy nich cieplejsza nutka. Może cynamon?

Z czasem śliwki same w sobie nieco się rozruszały i odezwały jako słodko-kwaskawe, soczyste, mimo że w większości suszone (choć chyba i jakaś świeżo-surowa się wkręciła). Wsparły je rodzynki - aż cukrowo słodkie i... w czekoladzie? (Chyba nigdy takich nie jadłam.) Niestety drapania w gardle nie powstrzymała.

Poprzez nią, na końcówce wróciła kawa i orzechy. Czarna, acz delikatna kawa dominowała, trochę tonując słodycz, następnie zaś prędko odpuściła i ona, pozostawiając orzechy. Te zakończyły występ złagodzeniem.

Po zjedzeniu został właśnie delikatny posmak orzechów laskowych i pewna śmietankowość - jakby pochodzenia lodowego - myślę o wariancie kakaowym i karmelowym. Czułam nutkę cierpkiego kakao, znów śliwkowy kwasek (może śliwek w czekoladzie?), ale i wysoką, aż cukrowo-paloną słodycz.

Całość smakowała mi, mimo że wyszła za słodko. Chwilami aż zwyczajnie cukrowo, ale słodycz trzymała się raczej karmelu i melasy. Odrobinka owoców wyszła specyficznie - śliwki m.in. jako element pierników oraz rodzynki w czekoladzie; podobnie niecodzienne było skojarzenie z lodami. Przyjemna gorzkość płynąca z nich, kawy i orzechy także na plus.
Jej melasowo-cukrowoowocowe przesłodzenie jakoś wpisuje się w lepiej pamiętane tabliczki z Dominikany.

Vivani 85% wydała mi się o wiele bardziej biszkoptowa, maślano-ciastowa i mimo że też kawowa, palona, to wcale nie tak bardzo bardziej gorzka. Ona była jednak soczystsza, bogatsza w owoce (rodzynki, brzoskwinie, żółte, wiśnie) i kwaskawa. Słodycz bardziej wpisała się w realia biszkoptowo-owocowe, w dzisiaj opisywanej zaś była taka... klarowniejsza, karmelowa, co mi trochę chwilami przeszkadzało.
Niby czuć podobieństwo regionu, acz także różnice wynikające z zawartości. Tylko, że nie wiem, czy zgadłabym, że to to samo kakao, bo o ile jeszcze np. cynamonową nutę 85% można by jakoś odlegle związać z piernikami dzisiejszej, to... dzisiejsza miała w sobie coś nawet chłodnego (słodzikowo-lodowego), co przełożyło się na zupełnie inny wydźwięk (cynamon i wypieki jawią się jako cieplejsze). 
Powiedziałabym, że chwilami gorzkawość 71% wydawała się zaskakująco wysoka przez intensywną słodycz i tyle. Są na podobnym poziomie, każda w swoim przedziale.


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 10,69 zł
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: jakbym bardzo tanio znalazła stacjonarnie to może i mogłabym?

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Cacaosuyo 80 % Cuzco - Peru ciemna

Nie wiedziałam, co mogę napisać we wstępie tej recenzji. Z pomocą przyszedł mi opis czekolady, w którym mój wzrok padł na nazwę miasta Quillabamba. To skojarzyło mi się z jednym z poziomów z gry Tomb Raider 1, którą kocham. Przemierzało się w nim teren dawnego miasta Inków, zaginionego Vilcabamba. A potem skojarzenia jak zwykle same sobie poleciały, nie umiałam (i nie chciałam) ich hamować. Kolor opakowania skojarzył mi się z koszulką bohaterki tej gry, Lary. I cóż... zrobiło się sentymentalnie. Może to i nic dziwnego, bo lubię sobie właśnie do peruwiańskich tabliczek wracać. To w końcu czekolada z peruwiańskiego kakao była moją pierwszą maksymalnie ciemną (myślę o Zotterze Labooko Peru 100% (recenzja z 2015)).
W Tomb Raiderze chodzi o odkrywanie artefaktów, tajemnic. Otwarcie kartonika kilka ujawniło, bo ze środka dowiedziałam się, że nazwa "Cacaosuyo" jest na cześć Four Suyos, czyli dystrybutorów najlepszego kakao w Peru. Do tego trochę wyjaśnień co do symboli z opakowania, bo to nie przypadkowy wzorek. Hanah Pacha to kondor odpowiadający za duchowość, święty ptak Inków. Oznaczał łączność między światem bogów, a realnym.
Kay Pacha, puma związana z siłą, według Inków reprezentowała z kolei połączenie świata bóstw ze światem umarłych.
Uku Pacha, czyli węża również uważali za świętego i sądzili, że łączy świat umarłych ze światem realnym (naszym ludzkim).

Cacaosuyo 80 % Cuzco - Peru Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Peru, z departamentu Cuzco, z okolic miast Cuzso i Quillabamba.

Po otwarciu uderzył zapach kwaśnych cytrusów, głównie cytryn, podsyconych rześką limonką, które to goniła słodycz. Chrupiące jabłka i maliny wygłaskały owocową mieszaninę, wpadając w... sok malinowo-marchwiowy? Gęsty i słodki, aż przecierowy. Owoców zbierało się coraz więcej, słodyczy drastycznie też. Pomyślałam o bananach i jasnych, żółtych wypiekach o wysokiej słodyczy. Mimo że kwaśność w tle wzbogaciła się o jogurtowo-kefirowe nuty, na pierwszym planie cytrusy ułożyły się w biszkoptowe, wysokie ciasta oraz drożdżówki... może niekoniecznie cytrusowe. Wewnątrz  drożdżówek rządziły się raczej owoce czerwone, może jabłka także. Na wszystkich tych tworach musiała piętrzyć się kruszonka maślano-orzechowa, podkreślająca lekko pieczoną nutę.

Tabliczka wydała mi się masywna i nieco kremowa już dotyku. Podczas łamania potwierdziła masywność, do której dodała twardość. Dźwięk wydawała taki, że byłam niemal pewna, iż okaże się zbito-kremowa i tłusta, pełna także w ustach.
Miałam rację. Rozpływała się w tempie umiarkowanym i przez większość czasu idealnie gładko. Zbity, zwarty i do pewnego stopnia twardy, a jakby dopiero chcący zmięknąć kawałek przypominał chłodne masło. Opływał tłustymi falami, które bliżej końca rozrzedzała soczystość. Na jaw wychodziła lekka proszkowość / pudrowość, a czekolada soczyście znikała bez echa, jak woda. Lekko jednak ściągający efekt zostawiła.

Od pierwszej chwili w ustach grzmiała słodycz ogromu owoców. Słodki, gęsty sok marchwiowo-malinowy rozlał się, dbając o soczystość, ale i zapraszając jeszcze więcej słodyczy... innej.

Poczułam pudrowość. Najpierw przypisałam ją malinom. W głowie zaczęły mi się kumulować jakieś pudrowo-słodkie, różowo-czerwonawe kremy, maliny jako słodki składnik czegoś. Mignął syrop rozrobiony z wodą do picia, ale nie był to zupełnie / tylko syrop malinowy. Owoce te na pewno wystąpiły z czymś, ale może raczej  w soku... może banan-marchew z maliną?

I tu pojawiło się echo kwasku. O malinowy zawalczyły jabłka. Myśli zaczęły kierować się ku bardziej kwaskawym. Bananowa nuta nagle zrobiła się niedojrzała i mało bananowa. Do kompozycji przeniknęła przez nią lekka cierpkość. Poczułam nieco cięższy, charakterniejszy kwasek wiśni.

Słodycz jednak i tak rosła. Obok owocowej czułam trochę irytującą, pudrowo-cukrową.

Analogicznie do niej rozchodził się (ale nie za bardzo rósł) motyw neutralniejszy. Wymknął się z marchwi, zdecydował się na trochę orzechów.  Niby zapowiedziały odrobineczkę gorzkawości, ale nie nadeszła. Te zaczęły podsuwać więcej maślaności. Początkowo była to maślaność łagodnych orzechów, naturalna, potem bardziej zwyczajnie maślana. Za nią zaś... skryte coś duszno-pikantniejszego, dziwnego. Drożdże? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, gdy słodycz doszła do ryzykownego poziomu, pojawiać się zaczęły słodkie wypieki.

Wymienione już owoce przywołały do siebie więcej owoców o wydźwięku ogrodowym i polankowym. Jabłko podsycone kwaskawym rabarbarem, wciąż maliny... Z nutką cytrynki, zabiegającą o kwasek. Pomyślałam o zielonkawych, niedojrzałych poziomkach, które potem uciekały. Niejednoznaczne wiśnie przewijały się w tle.

Wypieki jednak porządnie przyciągały uwagę. Wyobraziłam sobie wysokie biszkopty poprzekładane śmietankowymi kremami i biszkoptowe babki cytrusowe. Musiały być polane lukrem... może też cytrynowym? Trochę posypane goryczkowato-kwaskawymi skórkami cytrusów. O pieczone nuty dopominały się delikatne orzechy. Coś tam i z nich więc czułam. Maślaność, kruszonkowość, a w końcu charakterniejsze, drożdżowe nuty. Najpierw dziwnie neutralne... chwilami wyłamujące się ze słodyczy, ale w dużej mierze też słodkie.

Pomyślałam o drożdżówce z malinami, ogólnie czerwonymi owocami oraz o... sowicie nadzianej gęstą, kleistą i słodką masą jabłkowo-rabarbarową? Kwaśność i słodycz były nierozerwalne, przy czym obie jakby podkręcone. Do kwasku ciągle dokładały się cytrusy, a słodycz była... toporna i pudrowo-lukrowa. Chwilami nawet leciusio karmelowa (karmelowo goryczkowata?), ale odstająca.

Z czasem kwaśności pomogła śmietanka. Śmietankowe kremy z biszkoptowych tworów, jakaś śmietankowa nuta z ciast... z czasem puściła oczko do śmietankowego jogurtu. Może nawet nieco śmietanowego? Maślaność rosła, a ja pomyślałam o tartach czy ciastach typu lemon bar, a więc masie cytrynowej, ale tu... wzbogaconej o limonkę? Jej specyficzny słodkawy kwasek raz po raz się wychylał. Cierpkawość znalazła upust w tych nutach. Z czasem wydało się jasne, że musiał to być twór, który opiera się też na maśle i śmietanie; na pewno na kruchym spodzie... Ale może też trochę drożdżowym? 

Drożdże (już bardziej "czysto drożdżowe") na koniec zagrały pewną pikanterią, do której dołożyła się pieczona nuta, a ja pomyślałam o suszonych, szeleszczących i ostrawych ziołach... które jednak nie odcięły się od... soczystości czy już raczej rześkości. Cytrusowe akcenty ziół - może biała szałwia - orzeźwiały. Goryczka, cierpkawość znów coś próbowały ugrać.

A jednak w posmaku, oprócz charakterniejszych ziół, pieczoności, została też maślaność i jogurtowa śmietanowość wraz z ogromem owoców w cukrowo-pudrowych realiach. Maliny, czerwone jabłka, a także cytryna, cytrusy i kwaskawy nabiał straciły część impetu soczystego przez słodycz "docukrzoną" wszelkich wymienianych słodkości. Mimo to, to właśnie cierpkość cytrusowych skórek i lekki kwasek (bardziej ziołowy?) utrzymywały się najdłużej, aż zaskakująco długo.

Całość była w porządku, jednak bardzo brakowało mi gorzkości. Kwasek to nie siekiera, ale był wszechobecny i przyjemnie soczysty. Niestety spotkał się z wysoką i nieco irytującą słodyczą, więc nie rozwinął charakteru, jakiego można by oczekiwać od zawartości kakao. Prawie przesłodzone wypieki to nie to, czego szukam w takiej tabliczce. Co ciekawsze nuty niestety trochę za bardzo tonęły w gorszej reszcie. A jednak neutralniejszo-drożdżowe, marchwiowe czy w końcu ziołowe były nie do przegapienia i zdobyły moje uznanie i tak.

Nuty drożdżówek i ogrodowych owoców, jogurtu czułam również w wersji 70%. Mimo że dzisiaj opisywana była wyraźnie kwaśniejsza, obie nie były gorzkie a pudrowo-delikatniusio słodkie, czym irytowały. 70% miała nuty drzew, które 80% zmieniła w duet orzechów i masła, a czerwone owoce (maliny, poziomki, wiśnie, grejpfruty) 70tki, dzisiaj przedstawiana ograniczyła. Zdziwiło mnie, że miały zupełnie inne struktury. 
Marchwiowa nuta i śmietankowy aspekt przypomniał mi Original Beans Femmes de Virunga 55 %, tylko że podlinkowana tym wątkom zafundowała o wiele ciekawsze towarzystwo.
Długo wahałam się, czy wystawić jej 7,5, czy 8, ale niech ma, mimo że wiele 70-75% potrafi wyjść bardziej charakternie. 


ocena: 8/10
cena: 42 zł (za 70 g - cena półkowa)
kaloryczność: 640 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

niedziela, 26 czerwca 2022

krem MixIt Mixitella Peanut Butter Dark Chocolate Uganda

Przy kremie MixIt Mixitella Brownie tknęło mnie: przecież tego typu kremy wychodzą podobnie do dziwnie mało lodowych lodów Syrenka, które pokochałam, a które niestety zniknęły z rynku. Zrobione z miazgi orzechowej, nie tyle topiące się, co ocieplające, były właśnie jak takie wymyślne, łączone pasty-smarowidła. Brownie miało jedną rażącą wadę: kryształki cukru. Wynikało to z dodatku cukru kokosowego (kupując byłam pewna, że będzie normalnie rozpuszczony). Nie wiem, czy miał podkręcać klimat zakalcowego brownie czy co... Mnie przeszkadzał. A jednak zachwycona niską słodyczą (w odniesieniu do np. lodów), zapragnęłam wariantu bez kryształków. Co prawda jedynie podobnego, ale co tam. Niestety czekała mnie niezbyt miła niespodzianka w postaci wytrąconych kulek starego tłuszczu na wierzchu, ale powywalałam je, a reszta kremu na szczęście nimi nie przesiąkła. Jako że to kwestia przechowywania i tego, że sklep w którym go kupiłam wysłał mi z krótką datą, tej kwestii nie biorę pod uwagę recenzując, bo to nie wina producenta i jakości (a wiadomo, że z naturalnymi kremami trzeba się dobrze obchodzić; mnie w dodatku, gdy wcześniej się z nimi kontaktowałam, pomyliły się miesiące - no comment).

MixIt Mixitella Peanut Butter Dark Chocolate Uganda to "krem z orzeszków ziemnych z ciemną czekoladą" (czekoladowe masło orzechowe z czekoladą o zawartości 80 % kakao z Ugandy).

Mój krem, jak wspomniałam, trafił do mnie w nienajlepszym stanie, bo z wydzielonymi kulkami i kuleczkami tłuszczu, ale powybierałam je z grubsza, a potem - po konsultacji z producentem, podążając za jego wytycznymi - słoik lekko ogrzałam, by się potencjalna reszta rozpuściła i przemieszała do gładszej konsystencji. Potem na długo zostawiłam w temperaturze pokojowej, by na pewno nie jeść lejącego kremu. Choć w pierwszej chwili źle to wyglądało, po tym wszystkim produkt wydał mi się normalny. Na zdjęciach głównie wersja sprzed tego całego procesu, bo nie wiedziałam, co z tego wyjdzie, a i wolałam mieć je porobione jak zawsze, po otwarciu, a potem już nie bawić się z telefonem za wiele (by nie wytłuścić, haha). Pojedynczych kulek, na jakie i tak trafiłam już na przestrzeni całego słoika nie mam zamiaru oceniać, bo to nie wina producenta.

Odkręciwszy, trafiłam na wyrazisty, lekko duszny zapach fistaszków o minimalnie prażonym, za to na pewno gorzkawym charakterze oraz gorzkiej od wysokiej zawartości kakao, czekolady. Ta wprowadziła subtelną, palono-karmelową słodycz. Z czasem jakby zachęciła do siebie orzechy, które zaczęły układać się w kakaowo-orzechowy motyw czegoś czekoladowego. W głowie błysnęła myśl: "zdrowy Snickers" jakikolwiek miałby to być twór (ciasto? baton?).

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju, pod którym w dodatku trafiłam na grudki tłuszczu. Pozbyłam się jednego i drugiego; oleju nie było bardzo dużo (tak około łychy?). Resztę wymieszałam niedokładnie, byle jak; mniej więcej do połowy słoika. Lubię sprawdzać różną konsystencję, więc tu liczyłam, że na dnie będzie bardzo gęsta.
Ogólnie krem okazał się gęsty, tylko troszeczkę ruchomy. Zwięzły, zwarty, ewidentnie zagęszczony od czekolady niczym topiona lub dopiero zastygająca. Wydawał się pełny, esencjonalny. Jego tłustość należała do orzechów, jednak ogólnie nie wydawała się wysoka z racji lekko pylistego echa kakao. Czułam minimalny efekt "miazgowy" (tak nazywam wyczuwalne zmielone orzeszki, ale tu na pewno nie drobinki, więc minimalny).
W ustach krem rozpływał się, jak na taki twór, bardzo powoli i gęsto. On dosłownie jeszcze na gęstości przybierał, zalepiając usta zupełnie i aż przytykając. To połączenie zalepiającego masła orzechowego i bardzo lepkiej czekolady. Okazał się zaskakująco gładki (jedynie leciusieńko "miazgowy") oraz lekko mulisty. (Kuleczek tłuszczu nie było na szczęście tak wiele.) Trochę gumiasty, trochę ciągnący... Do przytykania dokładał się też pyłek kakao pojawiający się na sam koniec i zostawiający wrażenie podsuszenia.
Tak jak myślałam, na samym dnie słoika smarowidło rzeczywiście było gęstsze i suchsze. Specjalnie takie zostawiłam, bo myślałam, że będzie bardziej w moim typie (zbyt wysoka tłustość kremów czasem mi przeszkadza), ale nie. Suchsze przytykało i wysuszało jeszcze bardziej, a i w smaku nie było tak cudnie czekoladowe, ale mniejsza o to. Lepiej, jak się zaleca, wymieszać - potwierdzam. Ogólnie bowiem, wcale nie wydaje się zbyt tłuste - to wrażenie w ogóle jakoś ucieka.

W smaku po ustach jako pierwsza rozeszła się fistaszkowa delikatność orzeszków podprażonych minimalnie. Uraczyły mnie swoją naturalną, leciutką słodyczą, dobrze wyczuwalną w czystych pastach orzechowych (100% z orzechów).

Nagle poczułam się, jakby płynęła bezpośrednio, prosto z czekolady. Jakbym jadła ciemną czekoladę o intensywnie fistaszkowej, masłoorzechowej nucie.

Pojawiła się gorzkość kakao, nakręcana lekko goryczkowatymi arachidami. Pomyślałam o mieszance orzeszków w skórkach i bez. Ciemna czekolada zaznaczyła swoją obecność, przez moment dominowała, a wraz z rozpływaniem się porcji w ustach, uwolniła subtelną słodycz.

Zachwycająco niska słodycz ciemnej czekolady wydała mi się lekko karmelowo-palona. Kiedy pasta zalepiła usta zupełnie, zmieszała się z naturalnie fistaszkową, trochę rosnąc. Ta właśnie orzeszkowa jeszcze się nasiliła i w pewnej chwili wydała mi się aż zaskakująco wysoka (pozytywnie, bo naturalnie). Pod wpływem nut karmelowej i palonej, w drugiej połowie rozpływania się porcji nadeszło skojarzenie z masłem orzechowym typu amerykańskiego ("peanut butter"). Tylko że w wersji słodkiej, nie słonej.

Cudnie gorzkie kakao zawalczyło znów o gorzkość orzeszków. Bliżej końca uderzyło, podkręciło ją - właśnie na zasadzie kontrastu do naturalnej i "karmelowawej" słodyczy. Za gorzkawymi, leciusio podprażonymi fistaszkami wciąż podążało słodko "peanut butterowe" echo. Nie odpuszczało. Przełożyło się właśnie na myśl o kakaowo-czekoladowym maśle orzechowym typu amerykańskiego.

Na końcówce kakaowy, gorzki i naturalnie orzechowy, palony smak znów zaczął dominować. Wówczas to jakby łagodność słodkiej 100%owej pasty z arachidów przejęła rolę tła, a mocno kakaowa, gorzka czekolada zajęła pierwszy plan. Raz po raz zahaczyła nawet o kakaowo-kawową (?) ziemistość. Słodycz łączyła jedno z drugim, ale też wkomponowała się w palono-poważniejszy i naturalny klimat.

Po zjedzeniu został mocno fistaszkowy posmak (wręcz czysto fistaszkowy) i pyliście kakaowy, przyjemnie gorzkawy, ale już ogólnie złagodzony. Jak po paście orzeszkowej 100% wymieszanej z sowitą ilością kakao, wraz z lekko pylistym wysuszeniem.

Nauczona doświadczeniem po Brownie, że te kremy niespecjalnie pasują do kwaskawego jogurtu naturalnego, trochę tego spróbowałam z serkiem naturalnym (Bieluch lekki - jak dla mnie jego 3% tłuszczu to idealna jego zawartość dla serka). Wyszło lepiej, bo serek miał delikatniejszy nabiałowy smak, a więc bazowo neutralny. Do tego gęstsza konsystencja sprawiła, że grudka kremu tak nie tonęła. Mieszać to trudno, a i taki sposób do mnie nie przemawia - lepiej sprawdzało się zagarnianie jednego z drugim. Nieźle wyeksponowała się na jego tle czekolada i kakao, nie "umleczniły się". Była gorzka, a jednak... delikatny serek jakby podkręcił jej słodycz, co dało efekt "serka o smaku deserowej czekolady" (nie lubię tego określenia, ale to miało taki wydźwięk). Arachidowość za to miała się świetnie. To znaczy... czuć posmak jakby naturalnie słodkawej pasty fistaszkowej, ale jakby obok i daleko za efektem serka kakaowego.
Po tym naszła mnie myśl, że ta Mixitella bardziej mi smakowała osobno, bo była bardziej czekoladowa w gorzki sposób, natomiast serki wolę z czystą pastą fistaszkową.
(Btw dzięki temu eksperymentowi uznałam, że obecnie chyba niemożliwym jest zrobienie serka / deseru czekoladowego tak, by mi smakował. Zawsze będzie za mało ciemnoczekoladowy, a za słodki, bo cukier mi zupełnie do nabiału nie pasuje. Stąd też po tym już wiem, że na blogu na pewno czekoladowy nabiał się już nie pojawi.)

Krem zrobił na mnie wrażenie, ale nie rozkochał mnie w sobie niestety. Czułam się, jakbym miała do czynienia po prostu z duetem masła orzechowego fistaszkowego i ciemnej czekolady, co jest smaczne, ale... tak bardzo subiektywnie wolę po prostu czystą pastę fistaszkową i czekoladę oddzielnie, jeśli mowa o powrotach. Taki krem z przyjemnością zjadłam, ale jako zakup raczej jednorazowy (dopuszczam też np. okazyjne kupienie świeższego w mitycznej przyszłości).
Tu właśnie chwilami (na początku zwłaszcza) wyszedł ciekawy efekt "czystej pasty 100% plus czekolady", potem iluzja bardziej masła orzechowego typu amerykańskiego (peanut butter) z czekoladą. Był zachwycająco mało słodki, a intensywnie kakaowo-ciemnoczekoladowy z jednocześnie klarownie wyczuwalną naturalną fistaszkowością. To oczywiście obiektywny plus, bo jest tym, co obiecuje nazwa.

I właśnie nie jest to coś, co mnie tak w pełni zachwyca, bo bardzo subiektywnie nie przemawiają do mnie czekoladowe masła orzechowe amerykańskie (a tu pojawiło się to skojarzenie, ale... powinno być, bo to obiecuje tytuł - teraz tylko podsumowuję swoje odczucia). Liczyłam, że wyjdzie podobniej do Brownie, tylko kryształków - co było naiwnością z mojej strony; wystarczyło pomyśleć po przeczytaniu składu. Osobiście chyba wolałabym, robiąc tego typu duet, do pasty 100% z fistaszków dosypać kakao, z pominięciem czekoladowej słodyczy, ale w sumie nie jestem pewna - po prostu brak mi doświadczenia w tego typu kremach.
Brownie był wspaniałą kompozycją z fistaszków, laskowców i czekolady - uznałabym wspomniany za smakowo lepszy, a jednak w nim przeszkadzały mi kryształki i jednak słodycz była wyższa. Na konsystencję wygrywa więc dzisiaj opisywany (pomijam wytrącone kulki).
Coś tak czuję, że gdyby połowę fistaszków z tego zastąpić laskowymi, byłabym zachwycona w pełni, a ocena najwyższa. Wtedy z ochotą bym do niego wróciła. Czuję, że do Ugandy (kakao z tego regionu miewa naturalnie ich nutę) właśnie laskowe by bardziej nie pasowały. A jednak w kategorii czekoladowych maseł orzechowych, w ciemno obstawiam, że trudno byłoby ten krem przebić.


ocena: 9/10
kupiłam: guiltfree.pl
cena: 24,29 zł za 250g
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie, ale gdybym dostała świeży czy mogła świeży w niskiej cenie zdobyć, to kiedyś może i tak?

Skład: 80% prażone orzechy ziemne, 20% ciemna czekolada o zawartości 80% kakao z Ugandy (kakao, cukier, częściowo odtłuszczone kakao w proszku, tłuszcz kakaowy, ekstrakt waniliowy)

sobota, 25 czerwca 2022

(Słodki Przystanek) Beskid Darkmilk Venezuela Carenero with Goat Milk 55 % ciemna mleczna z Wenezueli kozia / z mlekiem kozim; nowa po zmianach 2021/22

Po owczym flanie Rians pomyślałam właśnie o tej tabliczce. Jak nabiał lubię i kozi, i owczy, tak w czekoladzie owcze mleko, jak i krowie, raczej omijam. Kozie robi wrażenie bez zmian. Kozia tabliczka z Beskidu to niewątpliwie jedna z moich naj, jednak zrecenzowaną w 2021 Darkmilk Wenezuela Carenero Superior z Mlekiem Kozim 55 % nieco zmieniono, stąd i nowa recenzja. 

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Darkmilk Venezuela Carenero with Goat Milk 55 % to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao z Wenezueli z regionu Carenero z mlekiem kozim; wersja od roku 2021/22.
Konszowała min. 48 godzin.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach orzechów laskowych i karmelu; powiedziałabym, że orzechów otulonych delikatnym karmelem oraz mleka koziego. Było subtelne, niby zwierzakowe, ale czyste i... kojarzące się z naturą, drzewami i sianem, rozgrzanymi słońcem. Podsycała je lekka soczystość żółtych owoców (może m.in. odrobineczki cytryn). Kompozycja, mimo dość wysokiej słodyczy, wydała mi się lekka. Rześka jak letni wietrzyk.

Choć na dotyk tabliczka zapowiedziała tłustość i lepkawość, przy łamaniu podała to w wątpliwość, wykazując twardość porównywalną do ciemnych 70%. Przyjemnie trzaskała, by następnie ukazać mi proszkowo-ziarnisty przekrój. 
W ustach rozpływała się jednak idealnie gładko i dość kremowo. Robiła to powoli i tłusto w maślano-śmietankowy sposób. Zalepiała i przytykała śliskawą mazią, jakby spływającą z esencjonalnie gęstej grudki. Ta z kolei wydawała się chropowato-szorstkawa. Jedynie pod koniec pojawiała się lekka suchość, pylistość i cierpkawość, co ratowało sytuację.

W smaku pierwsze rozlało się tsunami śmietanki. Wręcz Śmietanki. Roztoczyła łagodność, ale wyraźnie wzbogacając się o kozią nutę. Rozchodziła się subtelna cierpkość przypominająca jogurt. Wyobraziłam sobie grecki śmietankowy z ogromną ilością kakao. I bez wątpienia kozi. Kozie mleko podkreśliła soczysta, ale bardzo delikatna nuta owoców.

Słodycz rosła, w zasadzie wypływając też z samej śmietankowości. Oddawała lekko śmietankowy, delikatny karmel i orzechy w karmelu. Naturalnie słodkawe orzechy laskowe zaczęły wyłaniać się z niego, nakręcając moc. Pojawiła się lekka gorzkawość. 

Pomyślałam o ziemi i splocie orzechów, bo laskowym specyficznej mocy dodały pekany. Jedne i drugie jednak przejawiały sporo swojej naturalnej maślaności, takiej słodkawej i... lekko tłusto-soczystej?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz wydała mi się wręcz krówkowa i urocza. Osiągnęła apogeum, by następnie w naturalny sposób się nieco zachwiać. Maślany karmel otaczał orzechy i mieszał się z kozią nutką, co na ułamek sekundy zaobfitowało w iluzję słonawego karmelu. Paloność karmelu właśnie i kozie mleko utworzyły obraz wsi, stoków siana i czyściutkich kóz (prosto z wystawy!). Wszystko eko, bio, najwyższej klasy. Pomyślałam o sianie i szeleszczących trawach rozgrzanych słońcem.

Także o trawie... skoszonej? Wróciła lekka rześkość, soczystość. W tle mignęła odrobina owoców, w tym chyba cytryn... Były niejednoznaczne, zestawione z owocami żółtymi... słodkimi albo zrobionymi na słodko, może jako jakieś smoothie z jogurtem / mlekiem kozim.

W karmelu uwypukliła się paloność, ale słodycz i tak rosła. Zebrało się więcej orzechów z maślanie łagodniejszym echem. Ogólna mleczność wydała mi się przepotężna, wręcz śmietankowa i chwilami nieco odcinająca się od koziości, jednak... Kozia nutka się tej śmietanki kurczowo trzymała. Wszystko to wydało mi się bardzo łagodne. Nawet lekka cierpkość z czasem prawie zupełnie odpuściła.

W posmaku została kozia nutka w orzechowo-karmelowej, ociupińkę kakaowo ziemistej toni. Czułam cierpkawość tego wszystkiego, może drobny, cytrynowy kwasek, ale złagodzone śmietanką. W dodatku dość szybko mnie to zasłodziło, przyprawiając o drapanie w gardle (jakoś w połowie jedzenia tabliczki już aż denerwująco).

Całość okazała się łagodniejsza od dawnej wersji. Jakby... mleko utraciło kozią siekierowość? Sprawiała wrażenie bardziej wygładzonej, o wiele bardziej śmietankowej, a jednak wciąż charakteru jej nie brak. A także słodszej (nie zdziwiłam się, gdy zobaczyłam zmienioną kolejność składu). Wyraźnie kozia, gorzkawa i słodka w niebanalny sposób - to wciąż najlepsza kozia, jaka jest obecnie dostępna mi znana, ale to już nie to.


ocena: 9/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 17,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy nierafinowany, mleko kozie w proszku (20%)

piątek, 24 czerwca 2022

Aruntam 100 % Paradise Dark Chocolate Tanzania Kokoa Kamili ciemna z Tanzanii

Staram się nie zaczynać poznawania nowych marek od setek, bo są to czekolady zbyt specyficzne i nie w moim typie. Nie bardzo, chyba że w dniu, w którym na setkę mnie najdzie. Co do tej jednak... Jakoś podświadomie pomyślałam, że chcę sprawdzić, co ta włoska marka ma mi do zaoferowania. Myśl tę podsunęła mi The Swedish Cacao Company Darkness 100% Tanzania, Kokoa Kamili, 2018 Harvest.
Ta też została wyprodukowana z kakao od kooperatywy Kokoa Kamili, na jakie to chyba trafiam coraz częściej. Dowiedziałam się, że hodowane przez nich kakao trinitario ma też geny najszlachetniejszych ziaren: Criollo, Amelonado i Nacional.
Z tego co wyczytałam, tabliczka wdzięczną nazwę "Paradiso" zawdzięcza po prostu nazwie regionu. "Mbingu" w języku Swahili (suahili) znaczy właśnie "raj". Jest tam Park Narodowy, a więc obszar gór Udzungwa (co od razu przypomniało mi OB Cru Udzungwa 70 % with nibs).

Aruntam Sensory Chocolate 100% Paradise Bio Dark Chocolate Tanzania | Kokoa Kamili to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao trinitario z Tanzanii, z regionu Mbingu.

Po otwarciu rozbłysła kwaśna cytryna, wsparta skórkami cytrusów. Oczami wyobraźni zobaczyłam różne, kolorowe, pocięte w kostkę, jakby do dodania do czegoś. Ich kwaśność podkręciła wiśnia o charakterze wina. Jej złapała się też pewna egzotyczność i kwiaty. Otulały czerwony owoc, oraz łagodziły kwaśność. Wyszły subtelnie i słodko. Z egzotycznego wątku na pewno wyłapałam marakuję. Do kwaśności razem z kwiatami dołożyła nieoczywistą słodycz. Pomyślałam o soczystych, słodko-kwaśnych rodzynkach. A że wniosły suszone echo, wykorzystała to lekka goryczka. Jakby palonego drewna i książek. Oczami wyobraźni patrzyłam na drewnianą, opalaną we wzory skrzynię z książkami.

Tabliczka łamała się z głośnym trzaskiem, który potwierdzał jej twardość. Ta była bardzo wysoka, co poniekąd na pewno wynikało z grubości. Przy odgryzaniu kawałka trochę się kruszyła, co wyjaśniał ziarnisty przekrój.
W ustach twardość poniekąd utrzymała się. Była jakby powierzchniowa, a skrywająca miękkość. Czekolada rozpływała się powoli, acz łatwo. Trzymała zwarty kształt, opływając mnóstwem soczystych fal. Wmieszała w nie trochę efektu smaru, w którym ulokowała się proszkowość. Wydała mi się zaskakująco nietłusta oraz średnio ciężka. Raczej ciężkawa.
Pod koniec lekko ściągała.

W smaku najpierw rozeszła się delikatna i odosobniona słodycz. Wanilia otulona żywymi, wilgotnymi kwiatami kroczyła pewnie i dostojnie.

Nagle, w słodkiej toni rozepchnął się kwasek naturalnego serka śmietankowego. Delikatny, bardzo mleczny - przywodził na myśl lekki nabiał (nie chudy; półtłusty i po prostu "lżejszy"). Pomyślałam o kwaskawej "nabiałowej wodzie", która się z niego wydzieliła (którą raczej się zlewa). Śmietankowa nuta wzrosła dopiero z czasem, przynosząc trochę łagodząco tłustego tonu. Podążała za nią słodycz.

Kwiaty przysłoniły wanilię. Wniosły za to rześkość i słodycz inną, zgraną z kwaskiem. Ten napędzały wiśnie. Tylko że... jakby wprowadzały kwasek, ale nie tylko wiśniowy. Były jak widownia bijąca brawa na powitanie. Wyobraziłam sobie opadające girlandy kolorowych, egzotycznych kwiatów, które odsłoniły marakuję. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przy jej słodko-kwaśnym, bardzo soczystym smaku pojawiła się cała mieszanka owoców. Może kiwi, może bardziej czerwone... Jeśli kiwi, to na pewno niezbyt dojrzałe. Może również niezbyt dojrzałe zielone winogrona?

I rozpłynęła się wyraźniejsza kwaśność wiśni. Wiśnie mieszały się z marakują, co przypieczętowały kwiaty. Lekko osładzały ten duet i nadały mu wydźwięku czerwonego wina. Raczej wytrawnego, ale o delikatnym charakterze. Kwiaty i ich słodycz były wszędzie. Znów odnalazła się przy nich miejsce wanilia.

Wino i kwiaty... przywołały myśl o beczkach... z drewna opalanego. Drewno nasączone winem? Mignęła myśl o starych, drewnianych skrzyniach i książkach. Książkach, które kryją aż lekką ostrość kart, mających już wiele lat. Trochę to było... kwiatowo-suszone (lekko w tym ostrawe), drewniane, a jednocześnie... zawilgocone, jakby ktoś coś (wino?) na to rozlał. Drewna zaczęło się zbierać coraz więcej, a wraz z nim palony, gorzki smak. Poczułam węgiel, który mieszał go ze słodkawym tłem. Węgiel, z którego unosił się gorzki, szary dym przejawiał aż lekką kwaśność... Albo to owoce tak pobrzmiewały.

Za owocami w tle wciąż pobrzmiewał lepki, ociekający kwaskiem nabiał. Specyficznie kwaskawo-soczysty, z goryczką... Pomyślałam o twarogu chyba trochę nieudanym, a jednak wciąż do zjedzenia. Z jednej strony łagodził smaki, a z drugiej podkręcał kwasek i goryczkę. Przypomniały o sobie winogrona, teraz będąc sztukami suszącymi się, już "rodzynkowatymi".

Kwaskawo-goryczkowaty smak zaserwował skórki cytrusów. Głównie cytryn, ale też innych, niedookreślonych. Może jakiś nieznanych mi, z dalekiej Azji. Cytryna też lała swój sok, nasączając drewno. To... częściowo zmieniło się w orzechy. Gorzkie włoskie, ale... też, jak nabiał nie pierwszej świeżości, bo z lekką ostrości / metalicznością? Poniekąd była kontynuacją "ostrości" książek.

Dziwny posmak stał się taniną, rozgrzewającą gardło pikanterią wina, a dosłownie na samej końcówce wróciła śmietanka. Znacznie już kwaśniejsza i... jak nabiał jednak bardziej chudy, cierpko-ściągający? Twaróg ze śmietanką, twarożek z jogurtem? W tych nutach wzrosła kwaśność, zabijając gorzkość. Wyszło to łagodząco, rozmywająco owoce.

W posmaku został kwaskawy dym, palone... drewno / orzechy i kwaśność cytryn oraz owoców niejednoznacznych. Była wilgoć kwiatów, ich lekka słodycz, ale jakby onieśmielona... dziwnie kwaśnym nabiałem. Taninowo-goryczkowaty motyw po zjedzeniu utrzymywał się najdłużej.

Całość, choć gorzka od dymu, orzechów, nabiału i skórek cytrusów, słodka od kwiatów, wanilii, wydawała mi się głównie kwaśna. Kwaśna od owoców egzotycznych, wiśni, cytryn, znów też dymu i nabiału. Dziwny był w niej wątek nieświeżych orzechów i nabiału. Trochę nie mogłam się zdecydować, czy mi nie przeszkadza. Na pewno nie przeszkadzało, bo było przyjemne, poczucie rześkości i zawilgocenia, a mało prażenia.

Mocno wiśniowo-winna, dymna, cytrynowo-cytrusowa, serkowa i nabiałowo-kwaskawa (acz raczej jak jogurt i podfermentowane mleko) była The Swedish Cacao Company Darkness 100% Tanzania. Tę jednak cechowała wyrazistsza wytrawność, bo czasem kojarzyła się aż z serem, sporo w niej nut migdałów i sezamu, natomiast Aruntam to raczej drzewa i trochę orzechów. Swedish była złożona, ciekawa i smaczna, a Aruntam, choć też smaczna, to raczej... "w zasadzie smaczna". Głównie kwaśna i z nutami dziwnymi, ani niesmacznymi, ani smacznymi chwilami. Jedząc ją, po smaku czuć, że to setka. O dziwo po strukturze nie (tej dałabym jakieś 90%).


ocena: 8/10
cena: 35 zł (za 45g; cena półkowa)
kaloryczność: 620 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao