Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henry Lambertz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henry Lambertz. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 października 2025

(Henry Lambertz dla Aldi) Gourmet Lebkuchen Zartbitterschokolade mit Lebkuchenfullung ciemna 50 % nadziewana kremem z pierników

Oto kolejna czekolada, którą po prostu bez emocji przyjęłam, bo była ze sklepu, w którym nie bywam. Nie łudziłam się, że wyjdzie dobrze. Spróbowałam z czystej ciekawości, czy wyjdzie podobnie do wyglądającej niemal identycznie Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter. Może w ogóle to on zrobił ją specjalnie dla Aldiego? Na to pytanie znalazłam odpowiedź na opakowaniu czekolady, małym druczkiem. Tak, to on. Przy niej odkryłam też jeszcze coś. Swoją markę własną Aldi z Freihofer Gourmet przechrzcił na samo Gourmet.

Gourmet Finest Cuisine Lebkuchen Zartbitterschokolade mit Lebkuchenfullung / Dark chocolate with gingerbread filling to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z kremem z pierników; wyprodukowana przez Die Lambertz Gruppe / F.A. Crux GmbH dla marketu Aldi.

Po rozerwaniu sreberka uderzył mnie intensywny zapach cukrowych, lukrowanych pierników i pierników w suchej, cukrowej glazurze, z których dochodził ostrawy cynamon i sporo cukru. Zupełnie jakbym wąchała pierniczki, nie czekoladę. Dopiero dalej zaznaczyła się lekka, kakaowa cierpkość i motyw cukierków czekoladowo-kakaowo-fistaszkowych z budżetowym, margarynowym wnętrzem. Ciemna czekolada przybrała wydźwięk polewy.

W dłoniach tabliczka sprawiała wrażenie ulepkowato-plastikowej i tłustej. Była konkretna, ale jednocześnie delikatna. Mimo grubości, przy łamaniu nie trzaskała. Gruba warstwa czekolady skrywała sporą ilość średnio gęstego, zbitego i tłusto-miękkiego kremu. Gdy odgryzałam kawałek, czekolada wgniatała się w nie.
W ustach czekolada przypominała średnio szybko rozpływającą się polewę. Była mazista i tłusta, a także gęsta i masywna. Rozpuszczała się oleiście-wodniście, ochoczo mięknąc.
Zaraz i wyłaniało się spod niej nadzienie, które rozpuszczało się dość szybko. Było tłuste w jeszcze bardziej miękki, oleisty sposób. Szybko wyciskało się spod czekolady. Zmieniało się w trochę lepkawą, oleiście-margarynową, miekko-gumiastą zawiesinę. Czuć w nim marginalną proszkowość przypraw i mączność.
Nadzienie znikało szybciej od czekolady. Tej zostawało jeszcze trochę na koniec i wydawała się jeszcze bardziej wodniście-ulepkowata.
Całość rozpływała się dość szybko, a także wydawała się nieprzyjemnie otłuszczać usta.
Na plus jednak proporcje czekolady do nadzienia, bo współgrały i się uzupełniały, nic niczego nie przytłoczyło.

W smaku czekolada zaczęła od roztoczenia lekkiej cierpkości i nadrzędnej, cukrowej słodyczy. Po chwili dołączyła do nich niska, palona gorzkość i maślaność ją łagodząca. Gorzkość była prosta i kojarzyła się z polewą o coraz istotniejszym, palonym motywie. Przemknął delikatny motyw cukierków czekoladowo-arachidowych, a z czasem czekolada przywiodła na myśl miękkie, czekoladowe pierniki w kakaowej polewie. Zdecydowanie przesłodzone.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady oddzielnie, potwierdziło się, iż nie była najwyższych lotów, ale tragiczna też nie. Smakowała cukrowo, lekko palono gorzko i... piernikowo nawet tam, gdzie nie dotykała nadzienia. Przyprawy i motyw miękkich pierników w czekoladzie pojawiał się zawsze, nawet gdy gryzłam kawałki spodu samej czekolady.

Krem odezwał się po paru chwilach, podkręcając skojarzenie z piernikami. Z tym że już niekoniecznie w polewie kakaowo-czekoladowej. Wyobraziłam sobie miękkie pierniki pokryte cukrową glazurą, które przyprawiono przede wszystkim cynamonem. Dalej doszukałam się jeszcze imbiru, goździków i chyba kardamonu. Całość wpisywała się w pierniczkowe realia. Wszystko to było aż nieco piekące, na pewno bardzo rozgrzewające. Korzenność zrobiła się bardzo pikantna i trochę goryczkowata. Przez moment dominowała nawet nad cukrem.

Słodycz jednak była konsekwentna (ogólnie jej poczucie podwyższała cierpkawa czekolada). Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa korzenność złagodziła lekka margarynowość, a słodycz wykorzystała to i wyszła na przód. Przejęła motyw rozgrzewania - oto zaczęło mi się wydawać, że to od cukru aż piecze w gardle i język, a jednak nie był to czysty cukier. Pod cukrową glazurą, lukrem w piernikach musiała kryć się palono-karmelowa nutka i odrobina drapiącego miodu. Czułam się, jakby czekoladę wypełniono prawdziwymi, miękkimi pierniczkami! Tylko że... wymieszanymi z margaryną i trudną do uchwycenia "sztuczną słodyczą", która raz po raz bardziej się wyłaniała.

Gdy spróbowałam trochę kremu osobno, okazał się średnio słodki, ale słodki w bardzo złożony sposób. Uderzał dziwną, tanią landrynkowością, "sztuczną słodyczą" (w tym przypadku wyraźną), ale wciąż wyraźnie czułam też motyw karmelowo-miodowy. Jego korzenność stała na wysokim poziomie, ale w przypadku spróbowanego osobno, margaryna jej dorównała i była wręcz okrutna. W całości jakoś bardziej się kryła. 

Z czasem krem i korzenność rozpływały się, a czekolada po nich wydawała się na zasadzie kontrastu bardziej cierpko-gorzko palona, ale i jeszcze bardziej, aż bardzo denerwująco, cukrowa. Pomyślałam jednak już nie tyle o polewie kakaowej, co jakimś syropie smakowym kakaowo-piernikowym, bazującym na cukrze.

Po zjedzeniu został posmak miękkich, mocno cynamonowych (cynamonowo-imbirowo-goździkowych?), pikantnych pierniczków w cukrowej glazurze, lukrze. Czułam przesłodzenie i drapanie w gardle, na które skumulowała się słodycz i przyprawy. Czekolada pobrzmiewała jako cierpki, palony motyw, a i margaryna się nie ukryła. Jej echo przełożyło się na tani wydźwięk.

Ja czułam się zmęczoną zarówno konsystencją, jak i smakowymi oleistością i margarynowością oraz  słodyczą już po 2 kostkach, a 3 zjadłam już raczej wypunktowując "za i przeciw" do oceny, badawczo i przetłuszczając się i zasładzając kompletnie. Reszta powędrowała do Mamy. Jej opinia: "Sama czekolada bardzo mi nie smakowała, taka jakaś gorzka i niedobra, a nadzienie też nie lepsze. Tłuste, słodkie i nawet jakoś tych pierników specjalnie nie mogłam się doszukać. Tylko mi szybko jakby jakiś anyżek zaleciał; tak mi się skojarzyło. Potem jeszcze mi się piernikiem po niej odbijało. To wtedy wyraźnie piernik poczułam, ale to nie było fajne".

Czekolada wyszła trochę tanio, choć jednocześnie nie tak źle i na pewno spełniła obietnicę. Otóż bardzo mocno smakowała tytułowymi pierniczkami - nie brakowało w niej ani przypraw korzennych, ani właśnie smaku miękkich pierników. Ogólnie wyszła za słodko i ulepkowato, a ja czuję ogromny żal, że to zmarnowany potencjał niskiej jakości składnikami. Przyjemny motyw karmelowo-miodowy przegrał niestety ze sztuczną słodyczą syropu oraz margarynowością. Nie podobała mi się wodnistość, tłustość i szybkie znikanie, ale muszę pochwalić, że proporcje nadzienia do czekolady dobrano dobrze i nic niczego nie przytłoczyło. Niestety tylko sama czekolada była kiepska. Choć to nie moja struktura, wyszła przystępniej niż Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter. Ogólnie efekt był nieco lepszy - różnice wydały mi się minimalne, ale jednak obecne. Jakby nadzienie w dziś przedstawianej było gładsze, czekolada bardziej wodnista, co mogło być cięciem kosztów, a całkiem przypadkiem wyszło lepiej. Wszak producent ten sam.


ocena: 5,5/10
kupiłam: Aldi (ojciec kupił)
cena: nie znam
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, mąka pszenna cukier inwertowany, syrop glukozowo-fruktozowy, tłuszcz mleczny, cukier trzcinowy, miód, cukier skarmelizowany, skrobia ziemniaczana, przyprawy, cynamon, ekstrakt jabłkowy, kwas: kwas mlekowy; mleko w proszku odtłuszczone, emulgator: lecytyny z soi; aromat

piątek, 28 lutego 2025

Henry Lambertz Eierlikor Dark Chocolate with eggnog truffle filling ciemna 50 % z kremem truflowym z likierem jajecznym

Choć u nas w domu to Mama, nie ja, ma hopla na punkcie słodyczy adwokatowych, zabajone itd., to gdy dostałam serię 3 tabliczek Henry Lambertz z nadzieniami alkoholowymi, założyłam, że dziś przedstawiana będzie najlepsza. Stąd decyzja o zostawieniu jej na koniec. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że to nie moja bajka i większość i tak trafi do Mamy. Trzymałam tylko kciuki, by okazała się na tyle adwokatowo zadowalająca, by jej posmakowała. I może przy okazji, ciekawostkowo, także trochę dla mnie?

Henry Lambertz Eierlikor Zartbitter Schokolade mit Eierlikor Truffelfullung / Dark Chocolate with eggnog truffle filling to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z (35%) truflowym nadzieniem na bazie likieru jajecznego / advocata.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach adwokata, zasładzającego w ciężki sposób, mieszającego się z przecukrzoną ciemną czekoladą. Dominował, ale jej nie zagłuszył zupełnie. Ułożyły się ze sobą tak, że czuć, iż zarówno sam advocat, jak i czekolada zostały przesłodzone. Zwłaszcza przy podziale i już w trakcie jedzenia, odważyła się nutka śmietankowa, osadzona w likierowej słodyczy.

Tabliczka w dotyku wydała mi się polewowa. Przy łamaniu też kojarzyła się z twardą polewą, średnio głośno, ale bardzo chrupko trzaskając. Kostki wyglądały na zrobione z warstwowej, chrupkiej polewy. Nadziano je średnio-małą ilością mazistego i lepkiego kremu, wykazującego plastyczność. Nie dość, że warstwa czekolady była bardzo gruba, to na dnie każdej kostki tworzyła wypukłość. Przy odgryzaniu kawałka łamała się i wgniatała w miękkie nadzienie.
W ustach czekolada rozpływała się maziście i tłusto w maślany sposób. Wydała mi się ulepkowa, prawie trochę oporna, acz jednocześnie kremowo-gęsta. Rozpuszczała się szybkawo, po chwili ujawniając nadzienie.
Wnętrze dopasowało się do niej. Też rozpływało się dość szybko i było maziste, ale inaczej. Odznaczało się wyższą tłustością. Zmieniało się w maślano-śmietankową, trochę maślaną zawiesinę. Odebrałam je jako trochę śliskawo-gładkie, mimo że znalazła się w nim też lekka pylistość.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz ciemnej czekolady, która kojarzyła się z likierem i syropem kakaowym. Krem niemal błyskawicznie zdradził swoją obecność. W czekoladzie z czasem pojawiła się śmietankowa sugestia, a ja zarejestrowałam, że lekko przesiąkła nadzieniem nawet w miejscach, gdzie go nie dotykało. Gorzkość o palonym zabarwieniu odezwała się po chwili. Mimo drobnej cierpkości, całość jawiła się jako bardzo cukrowa.

Nadzienie rozbrzmiało się już po chwili, umacniając likierowy wydźwięk czekolady, ale dokładając do niego likier jajeczny, którego alkoholowość była już realna. Kiedy rozlało się po ustach, wychodziło na pierwszy plan. Advocat dominował; alkoholowość była wyrazista, ale nie uderzała do głowy. Advocatowy krem był bardzo słodki w zrozumiały sposób. Zarysował się na śmietankowym tle, a po chwili w słodyczy przemknęła lekka sztucznawość. Zaraz jednak zniknęła na rzecz wszechobecnej jajecznej alkoholowości.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz i alkohol rozgrzewały w gardle. Likier jajeczny sprawił, że sama czekolada wydała mi się nieco bardziej cierpka i gorzkawa. Może kawowa? A zarazem polewowa, ale o dziwo nie gryzło się to z likierem jajecznym.

Alkohol z czasem słabł, ale nie znikał, a ja w nadzieniu odnotowałam maślaność i bardziej zwróciłam uwagę na jego śmietankowy aspekt. Jego silna słodycz wciąż jednak wydawała się zrozumiała. Mimo że nie było mocno, chamsko alkoholowe, im nadzienie bardziej znikało, tym mocniej spłycona wydawała się czekolada - właśnie chyba przez alkoholowość. Końcowo przypominała cukrową, trochę gorzkawo kakaową i maślaną polewę.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkiego, śmietankowego ajerkoniaka i ogólne przesłodzenie. Czułam cukrowość, wzmocnioną alkoholem w gardle. Nutka czekolady niby wyszła cierpko-gorzkawo, palono, ale w sposób polewowy i trochę tandetny. Także ona dołożyła się do przesłodzenia.

Tabliczka byłaby w zasadzie dobra, ale mam zastrzeżenia. Kremu pożałowano, a sama czekolada była mocno średnio-kiepskawa. Nadzienie było intensywne, że jeszcze ją spłyciło, ale samo w sobie też wydawało się przytłoczone. Dobrze oddawało advocata, ale to za mało, bym miała tę czekoladę ogólnie chwalić. Ogół był przesłodzony. O ile słodycz wnętrza rozumiem, tak czekolady nie, tak samo jak jej polewowość. W sumie... Ku mojemu zaskoczeniu odkryłam, że akurat takiemu nadzieniu nie przeszkadzała i całkiem nieźle to współgrało, jednak i tak wolałabym lepszą czekoladę. Do likieru jajecznego warto byłoby dać coś stonowanego. Nie lubię wystawiać połówek, ale tu musiałam, bo choć tabliczka wyszła lepiej od Henry Lambertz Cream Liqueur Dark Chocolate with cream liqueur with Irish whiskey, to jednak nie czuję tej 7, którą najpierw chciałam jej wystawić. Henry Lambertz Piña Colada Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling dostała 7, bo ogólnie patrzyłam na nią przychylniej z tego powodu, że zaoferowała coś ciekawego, łącząc pina coladę z mleczną czekoladą (a nie jak zawsze wszyscy z białą).

Połowa to było moje maksimum, resztę z przyjemnością oddałam Mamie. Jej opinia trochę mnie zaskoczyła: "Mi w ogóle ta czekolada nie smakowała. Napaliłam się na to nadzienie, a ono było takie trochę bez wyrazu. Niby ajerkoniakowe, ale jakieś mdłe nawet jak same wyjadałam. Bo czekolada to taka jak denko w czekoladkach, kiepsko ciemno-polewowa".


ocena: 6,5/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, 17,5% likier jajeczny (zawiera barwnik: beta-karoten), tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone, syrop glukozowy, emulgator: lecytyny z soi; substancja żelująca: agar; naturalny aromat

poniedziałek, 10 lutego 2025

Henry Lambertz Cream Liqueur Dark Chocolate with cream liqueur with Irish whiskey ciemna 50 % z kremem truflowym z likierem śmietankowym z whiskey

Kiedyś lubiłam dobre czekolady z alkoholowymi nadzieniami - do takich przyzwyczaił mnie Zotter, ale też nigdy nie gardziłam Lindtami z kostkami, wyglądającymi jak kapsułko-beczułki. Tabliczki Lambertz, gdy moją uwagę na nie zwrócił ojciec, skojarzyły mi się z połączeniem tego. Fakt, gdy doszedł głos rozsądku i wspomnienie kiepskawych Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter; + Henry Lambertz Zimtsterne Vollmilch i to, że obecnie tak mi się gust pozmieniał, poczułam, że te nowe mogą być zwyczajnie nie dla mnie. A jednak pomyślałam, że najwyżej Mama zje - może okażą się dla niej? Ona ciągle ma słabość do alkoholowych słodyczy, mimo że słabość nie łączy się z częstym jedzeniem - też bowiem zauważa pogarszanie się wszystkiego, a sama robi się o wiele bardziej wymagająca. Dziś prezentowana czekolada wydawała mi się bardziej w jej guście, niż moim. Czym jest irish cream, w zasadzie ciągle zapominam i muszę na nowo szukać w Google. Samo irish cream to likier na bazie śmietanki i whisky. Dopiero po dodaniu go do kawy powstaje irish coffee. Hm, no, wciąż to było bardziej w Mamy typie niż moim (choć gdy czekoladę dostałam, myślałam, że wnętrze będzie kawowo-alkoholowe - mój błąd).

Henry Lambertz Cream Liqueur Zartbitter Schokolade mit Sahnelikor mit Irischem Whiskey / Dark Chocolate with cream liqueur with Irish whiskey to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (35%) kremem truflowym z likierem śmietankowym, "uszlachetnionym" irlandzką whiskey.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach likieru śmietankowo-cappuccinowego z nieco poważniejszym echem mocnego alkoholu. Po podziale i w trakcie jedzenia whisky rzeczywiście przychodziła do głowy. Alkohol wpisał się w ciężką, cukrową słodycz. Istotny element stanowiła jednak też sama czekolada o palono-kawowym i nieco likierowo-syropowym wydźwięku oraz palonej gorzkości. Jej splot wraz ze śmietanką robił też pojedyncze aluzje do kawy i kokosa. Ogół jawił się dość czekoladkowo.

Polewowa tabliczka była twarda, acz przy łamaniu trzaskała średnio głośno w chrupki, właśnie w polewowy sposób. Czekolada stanowiła grubą warstwę i przy podziale wgniatała się w znacznie delikatniejsze nadzienie. Każdą kostkę wypełniała średnia ilość kremu o tłusto-mazistej, plastycznej strukturze. Był lepki i zbito-rzadkawy.
W ustach czekolada rozpływała się w średnio-szybkim tempie, wykazując maślaną tłustość i mazistość. Wydała mi się ulepkowata, mimo że kremowa i gęsta.
Nadzienie szybko wyłaniało się spod niej i cały czas wydawało się trochę przytoczone grubą czekoladą. Cechowała je miękkość i rzadkawość, a do tego wysoka, maślano-śmietankowa tłustość i zawiesinowość. Było mazisto-maziające się i wręcz śliskawo gładkie. Łatwo rzedło jeszcze bardziej i znikało znacznie szybciej od masywnej czekolady, która zostawała na koniec.

Występ zaczynała czekolada. W smaku od początku była bardzo słodka i już sama w sobie nieco likierowo-syropowa. Co więcej, ewidentnie przesiąkła nadzieniem, nawet gdy chodzi o części kostek, które go nie dotykały. Ogólnie kryła w sobie śmietankowe echo. Po chwili w ustach rozeszła się też palona gorzkość. Rosła dosadnie, pomagając sobie cierpkością. Nic sobie nie robiła ze słodyczy, która szybko też dosłownie podskoczyła, eksponując cukrowy charakter.

Nadzienie szybko się odezwało jako śmietankowy likier o wysokiej słodyczy. Bardzo śmietankowy. Gdy wycisnęło się spod czekolady, skupiło na sobie sporo uwagi, ale czekolada cały czas miała bardzo dużo do powiedzenia. Na pewien czas jednak oddała spore pole do popisu środka - jakby stojąc na straży tego, co się wyrabia.
Słodycz środka zahaczyła o cukrowość, co wzmocniło echo mocnego alkoholu. Dzięki temu jednak mimo że było bardzo słodko, nie męczyło to przesłodzeniem. Whisky raz po raz faktycznie przychodziła do głowy, acz w moim umyśle powstał obraz likieru śmietankowo-cappuccinowego. Przy czym kawę to raczej sugerowała czekolada z wierzchu. Słodycz czekolady nakręcała się ze środkiem wnętrza.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa alkoholowość wraz ze słodyczą aż nieco rozgrzewała, mimo że alkohol nie był straszliwie mocny. Po prostu miał dosadny charakter. Powaga whisky mieszała się jednak ze słodziutkim likierem coraz bardziej śmietankowym, co wyszło aż mdło-tłusto. Czekolada przy tym kremie robiła aluzje do niewyrazistej kawy.

Wraz z  tym, jak nadzienie znikało, czekolada bardziej wracała do gry aż w końcu dominowała. Mimo to, jego smak pobrzmiewał dość długo. Po jednak tak intensywnym, słodko-alkoholowym kremie, wydawała się spłycona i bardziej polewowa. Obok cukrowej i wysokiej, że końcowo już trochę męczącej słodyczy jednak, na zasadzie kontrastu do bardzo śmietankowego nadzienia, bardziej zaakcentowała się palona gorzkość. Miała jednak bardziej tandetno-czekoladkowy ton. Podszepnęło go echo whisky. 

Po zjedzeniu został posmak słodkiego likieru śmietankowego z aluzją do cappuccino, a na pewno z tłustą śmietanką, wzmocnionego odrobiną whisky oraz palono-cukrowej, polewowej czekolady. Słodycz i mocny alkohol aż zaznaczyły się na języku.

Całość była zrobiona tak sobie, bo dużo grubej czekolady przytłaczało nadzienie, a przez jego intensywny charakter, końcowo czekolada wydawała się gorsza. Sama w sobie była przeciętna i bazowa, więc taka jej ilość to trochę za dużo. Od czekolady z nadzieniem oczekuje się raczej dużo nadzienia. A to... było w sumie oddające tytuł - czuć śmietankowy likier, dużo śmietanki i poważniejszy alkohol, a jednocześnie nic chamskiego i zbyt zacukrzającego, mimo wysokiej słodyczy. Smak nadzienia był dobrze wyważony. Ogół więc wyszedł pozytywnie, ale nie porywająco, bo z wieloma kwestiami do poprawy. A jednak no to zwyczajnie nie moja bajka. Zjadłam połowę, ale potem słodycz, tłusta śmietanka, alkoholowość i forma przestały sprawiać mi jakąkolwiek przyjemność, ale rozumiem, że czekolada komuś może smakować bardziej. Dziś opisywana jednak była nudno-niezła, w momencie gdy Henry Lambertz Piña Colada Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling wygrała z nią tym, że była niespotykana.

Połowę oddałam już Mamie, ale jej w ogóle nie podeszła i resztka trafiła do ojca. Opisała ją: "Sama czekolada okropna, taka jak polewa z czekoladek, której nie chce się jeść, co środkowi tylko przeszkadza. Tu jednak i środek mi nie podszedł. W ogóle to go jakoś mało, że aż się gubił. A efekt... jakby takie lekko alkoholowe masło".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 525 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa,17,5% likier śmietankowy z 0,1% irlandzkiej whiskey ( zawiera mleko), tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone, emulgator: lecytyny z soi; substancja żelująca: agar; naturalny aromat

środa, 15 stycznia 2025

Henry Lambertz Piña Colada Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling mleczna z kremem Pina Colada

Przy Fin Carre Limited Edition Enjoy Chilled Type Mango Passion Fruit Hola Amigos wspomniałam, że ojciec raz przywiózł mi całe mnóstwo czekolad. Jedną od razu mu wcisnęłam z powrotem, nawet nie otwierając, ale... coś tam wzięłam nawet lekko zaciekawiona. Z marką dziś przedstawianej tabliczki miałam już do czynienia - kojarzyłam, że Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter i Zimtsterne Vollmilch mi i Mamie niezbyt przypadły do gustu, ale pomyślałam, że nadziewanych alkoholowych ciemnych mogę spróbować, bo dawno żadnych tego typu nie jadłam. Z tym że... wpadła mi też mleczna. Co prawda w nielubianym wariancie pina colada, ale z kolei... o tyle ciekawa, że mleczna, a nie biała (dalej nie rozumiem, dlaczego wszyscy uparli się łączyć kokosa z ananasem właśnie w białej czekoladzie). 

Henry Lambertz Piña Colada Vollmilch Schokolade mit Pina Colada Truffelfullung / Milk Chocolate with Pina Colada truffle filling to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao nadziewana (35%) kremem truflowym z likierem o smaku Pina Colada.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach pina colady: ananas i kokos splatały się na likierowej scenie. Alkohol zaznaczył się wyraźnie, lecz choć miał dość ciężkawy charakter, nie napastliwie, a wręcz subtelnie. Mieszał się ze sporą ilością cukru i mleczną czekoladą. Czuć ją bardzo dobrze zza drinka, z którym to poprzez śmietankowo-mleczny ton i słodycz bardzo spójnie się połączyła. Był to przyjemny, mimo że przesłodzony, zapach.

W dotyku czekolada była dość tłusta i już sugestywnie lepkawa. Nie topiła się, ale ciągle miałam wrażenie, że zaraz zacznie. Nie była specjalnie masywna, ale delikatna w sumie też nie. Przy łamaniu wykazywała kruchość, ale nie trzaskała.
Nadzienie wyglądające jak grudkowaty, lepki i dość gęsty żel całkiem porządnie wypełniało wszystkie beczółko-kapsułki. Czekolada jednak stanowiła większość, to pewne, bo robiła za bardzo grubą warstwę.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, trochę lepiąco i miękko. Początkowo próbowała zachować kształt, ale zaraz odpuszczała. Była tłusta w śmietankowo-maślany sposób, a także niegładko-chropowata ze względu na proszkowość.
Nadzienie wyłaniało się z niej po pewnym czasie. Wyszło lekko grudkowato, trochę jak połączenie budyniu z kisielem. Jednocześnie robiła słabe aluzje do marcepanu, ale z kolei bez realnych grudek czy drobinek. Wnętrze cały czas wykazywało pewną lepkość. Było średnio gęste i zupełnie nie zbite, ale też nie rzadkie. To gęstawy, trochę śmietankowy żel. Chwilami było w nim coś śliskawego. Znikał szybciej niż czekolada. Ta na koniec niby traciła gęstość i znikała rzadko, ale do końca czuć jej masywność. 
Rzednące i znikające nadzienie wydawało się trochę przytłoczone czekoladą, acz w zasadzie zgrane z nią. Gdy tak miękły razem, trochę przytykały.

W smaku czekolada przywitała cukrową słodyczą, do której szybko doleciało intensywne mleko. I tak jednak wydawało się nieco spłycone... Prze słodycz i przez echo nadzienia, którym znacząco przesiąkła. Mleczność poszła w śmietankowym kierunku, ale nie pomogło to ogółowi przez wątek aromatu kokosowego, za którym jak cień pobrzmiewał aromat ananasa. Przez to czekolada chyliła się ku tandecie, ale jeszcze udało jej się jakoś obronić. Była wyczuwalna w zasadzie cały czas, choć w punkcie kulminacyjnym, gdy nadzienie rozbrzmiało pełnią smaku, bardzo w tle.

Nadzienie samo w sobie dało o sobie znać prędko. Krem także był bardzo słodki, ale nie w tak czysto cukrowy sposób, a bardziej likierowo. Pierwszy pokazał się lekko soczysty ananas, a zaraz potem mocno likierowy, słodki kokos. Bardzo łatwo o myśl o pina coladzie. Ananas próbował pokazać się z naturalniejszej strony jako sok anansowy, ale czuć wyraźnie, że jego likierowy charakter podkręcono aromatem (choć to nie była napastliwa sztuczność). Owocowość nadzienia trochę rozmyła śmietanka, a alkohol dodał temu nieco powagi, nawet ciężkości, ale nie narzucał się. Ananas i kokos były bardzo wyważone.
Czekolada trzymała się z tyłu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz - kumulacja czekolady i wnętrza - drapała w gardle. Ananas poszedł w nieco cukierkowym kierunku - przy tym poziomie cukrowości, krem robił się troszeczkę bardziej sztuczny, ale wciąż nie jakoś rażąco. Tu wszedł kokosowy likier, raz czy drugi wychylający się nawet przed ananasa, przygłuszając jego cukierkowość.
Alkohol choć nie był chamski, wydał mi się dosadny, a przez to jak rozgrzewał gardło, słodycz wydawała się jeszcze bardziej mocarna.

Z czasem nadzienie zaczęło tonąć w cukrowo-mlecznej, czekoladowej toni. Echo likieru ananasowo-kokosowego i pewna cukierkowość ostały się, ale dopiero za cukrowo-plastikowawą czekoladą. Końcowo czekolada jawiła się jako dosłownie czysty cukier z mlekiem. Zrobiła się plastikowa - chyba alkohol ją tak trochę spłycił.

Po zjedzeniu został posmak cukrowo słodkiej czekolady wraz z drapaniem w gardle i cukierkowość związana z nadzieniem. Dołożył się do tego alkohol - ewidentnie likier. To za jego sprawą czuć i ananasa, i kokosa. Były czysto likierowe. Za likierem pojawiły się aromaty, cukierkowość.

Czekoladę uważam za w miarę dobrze zrobioną, mimo że nie była zbyt w moim typie. 4 kostki jako ciekawostkę zjadłam (przy 4 poczułam, że jeszcze trochę, a to już zmęczy, bo i tak czułam się trochę zbyt przysłodzona). Połączenie mlecznej czekolady i pina colady pasowało - mleczność czekolady dobrze współgrała ze śmietankowym wnętrzem. Kokos i ananas były dobrze wyczuwalne, procenty też się odnalazły - a jednocześnie nic z tego nie było zbyt napastliwe. Pochwalić muszę to, jak zgrane i harmonijne wyszły. Niestety, wszystko było okrutnie słodkie. I z wkradającą się sztucznawą cukierkowością. Kolejnym moim zarzutem jest to, że jednak czekolada - ciężka i gruba - przytłoczyła jedynie gęstawe nadzienie. Jak się robi czekoladę nadziewaną, to co jak co, ale nadzienia żałować nie można (tym bardziej, że czekolada była cukrowa i dodatkowo spłycona przez alkohol, to nie było to coś, co chciało by się czuć na 1. planie).

Resztę oddałam Mamie, która powiedziała: "No, ta czekolada jest dokładne tym, czym ma być! Co prawda nadzienia w niej mało, ale w sumie nie wiem, czy było aż tak pyszne, bym pragnęła go więcej. Z drugiej strony sama czekolada też taka po prostu ok. Na pewno jednak właśnie mleczna bardzo pasuje do kremu pina colada. Faktycznie, można zjeść jako ciekawostkę, bo już samo to, że jest, czym ma być i niezły skład, to w dzisiejszych czasach rzadkość".


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od ojca
cena: nie znam
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, 17,5% likier śmietankowy o smaku Piña Colada (zawiera mleko), mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, mleko w proszku odtłuszczone, emulgator: lecytyny z soi; substancja żelująca: agar; naturalny aromat

czwartek, 22 czerwca 2023

Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter; + Henry Lambertz Zimtsterne Vollmilch / ciemna 50 % z kremem z masy piernikowej; mleczna z kremem z cynamonowej masy ciasteczkowej

Jakoś zaraz po tym, jak zjadłam piernikowego Zottera Gingerbread & Fruit / Lebkuchen & Fruchte od ojca dostałam dwie czekolady Henry Lambertz. Mimo że wcześniej podkreślałam, że jak ma mi kupić, to ewentualnie ciemną. Nie. Zrobił po swojemu i kupił obie. Spojrzawszy na skład wystraszyłam się. Mleczna cynamonowa przerażała jednak bardziej i nie wiedziałam, czy w ogóle mam ochotę ją otwierać, czy też od razu oddam Mamie. Ale może jednak mimo wszystko wyszły w miarę ok? Na pierwszy ogień poszła więc ciemna piernikowa. Potencjalne kiepścizny chciałam mieć jak najszybciej z głowy. I pomyśleć, że w pierwszej chwili ta wydała mi się kusząca! Po prostu skojarzyła mi się z Lindt Weihnachts-Edelbitter-Chocolade, która kiedyś mi smakowała.

Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter Schokolade mit Lebkuchenfullung / Dark chocolate with gingerbread filling to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z kremem z masy piernikowej.

Po otwarciu poczułam zapach bardzo słodkich i przyprawionych pierników w czekoladzie. Od razu wyobraziłam sobie różne kształty miękkich słodkości, które pokrywa ciemna czekolada o cukrowej słodyczy i likierowym charakterze. Czuć jednak też gorzkość i mocno paloną nutę. Podkreśliły to ostre przyprawy: cynamon, imbir, goździki. Były bardzo wyraziste, a jednak nie zagłuszyły przecukrzonego wątku jakby nadzienia czekoladowych cukierków margarynowo-czekoladowo-fistaszkowych. Zapach nie był ani odpychający, ani kuszący, a taki... przeciętnie piernikowy.

Tabliczka w dotyku wykazywała zarówno ulepkowatą tłustość, jak i gładką, twardawą polewowość. Przy łamaniu okazała się głośno, chrupko trzaskająca. Była twarda. Gdy robiłam kęsa, potwierdziła swoją polewowość. Nawet kostki zostały zrobione jakby z warstw twardej polewy.
Kryły sporą ilość nadzienia, acz nie całe wypukłe "kapsułki" były nadziane. Wewnątrz każdej, na spodzie, znajdowała się czekoladowa górka.
Nadzienie było zwarte i zbite, konkretne, ale zdecydowanie tłuste. Trochę maziste. Wyglądało na suche, lecz to tylko pozory.
W ustach czekolada rozpływała się maziście, tłusto-maślano i nieco ulepkowo. Cechowała ją gładkość i kremowość. Rozpływała się średnio gęsto i dość szybko.
Nadzienie w zasadzie dopasowało się jakoś tam do niej, choć je cechowała o wiele wyższa tłustość. Przez chwilę wykazało zwartą, margarynową miękkawość, ale szybko zmieniało się w zawiesinę. Przemknęła w nim nawet śliskawa gładkość, ale cechowała je proszkowość i kryształkowość. Dosłownie czuć w nim rozpuszczające się kryształki cukru. Było mocno oleiste i już po chwili okazało się proszkowo-pyliste. Wrażenie to napędzały drobinki przypraw i miazgi z pierników. Robiła się z tego tłusto-wodnista zawiesina.

W smaku sama czekolada uderzyła cukrową słodyczą, którą prędko obudowała likierowym klimatem. W nim przejawiała się palona gorzkość. Rosła, w pewnym momencie wydała mi się zaskakująco wysoka (jak na 50% kakao). Podkreśliła ją lekka cierpkość. Chyba na zasadzie kontrastu podskoczyła też słodycz.

Nadzienie szybko się odezwało i podkreśliło polewowo-maślany aspekt w czekoladzie, acz na szczęście nie mocny. Ta zajmowała nadrzędną pozycję cały czas, zasładzając.

Wnętrze podkręciło słodycz w sekundę do poziomu przesady. Okazało się cukrowo-cukrowo, bardzo słodkie. Zadrapało w gardle i zorientowałam się, że drapią i gryzą w język też ostre przyprawy korzenne. Wplotły myśli o charakternych, miękkich pierniczkach w czekoladzie. W cukrowości jednak odnotowałam też jakąś osobliwą soczystość...

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz cukru mordowała, mimo starań cierpkawej czekolady. Ta nie odpuściła ani na chwilę, acz wycofała się trochę, by zrobić miejsce piernikom. Dosłownie widziałam te różne precle, serca, gwiazdki... W cukrowej ciemnej polewie czekoladowo-kakaowej i z mnóstwem przypraw.

Spod imbiru, cynamonu, goździków i chyba pieprzu, podkreślających gorzkość, wyłoniła się jednak też margaryna, lekka mleczność... Nuty jakby taniego nadzienia cukierków czekoladowych. Męczyło to wraz z cukrowością i im bliżej końca, tym bardziej zwracało na siebie uwagę.

Gdy drobinki wylegały na język, a większość reszty rozpuściła się, wyraźniej poczułam jakby mączność okruchów piernikowych, a także poszczególne przyprawy. Korzenności nie brakowało. Trafiałam a to na goździki, kardamon - te na pewno. Reszta się mieszała.

Po zjedzeniu już niewielkiej ilości czułam przesłodzenie, posmak cukru i drapanie, a także wyrazistą, piernikową korzenność obudowaną nutami czekolady z wyraźnie zaznaczonym kakao. Było gorzkawo, a także ostro-korzennie. Niestety jednak margarynowość i tandeta też się na dobre rozgościły jako już posmako-niesmak.

Całość... może i miała potencjał. Ciekawie piernikowa, bo właśnie ze zmielonymi piernikami, co czuć, a do tego naprawdę porządnie korzenna. Wręcz ostra. Gorzkawość czekolady niestety zaburzała cukrowość. Ta zarówno samej czekolady, jak i nadzienia. Wszystko było nieznośnie cukrowe. Do tego margarynowość, tandeta... I nie podobała mi się struktura. Mazista, tłusta, gładko-śliska... tania. Chrupka, polewowa czekolada i specyficzne nadzienie... Kompletnie nie moja bajka, acz produkt nie całkiem tragiczny. Uwierzę, że można się wciągnąć, gdy lubi się bardzo, bardzo słodkie rzeczy. To produkt po prostu... przeciętny. W cenie nieprzeciętnej.
Po dwóch kostkach słodycz i nuty gorszych części składu sprawiły, że po prostu nie miałam ochoty na więcej, mimo że założyłam, że tak z połowę przynajmniej zjem. Resztę oddałam Mamie, wraz z drugą nawet nieotwartą czekoladą, którą kupił ojciec.

Mamie też nie podeszła zupełnie. Podsumowała: "To nadzienie, niby takie piernikowe, a właściwie sam cukier, że jeść się nie da. Już ta sama czekolada, dla mnie odpowiednio gorzka, lepsza, ale też takiej jako tabliczki bym nie chciała. Nadzienie oszukane, jeśli o ilość chodzi, a tak cukrowe, że człowiek nie chce więcej, straszne". Zgodziłyśmy się, że i tak łaskawie oceniam, ale w sumie... nie mam najlepszego rozeznania w obecnie dostępnych w sklepach czekoladach piernikowych. Strach pomyśleć, bo obawiam się, że ta zbytnio nie odstaje. Obie się jednak zastanawiałyśmy, czy gdyby tak ująć połowę cukru, wyszłoby coś smacznego, czy wtedy wyszłyby na jaw gorsze rzeczy jak olej palmowy etc.
Reszta wróciła do ojca - jemu bardzo smakowała.


ocena: 5/10
kupiłam: Dealz (ojciec kupił)
cena: 8 zł (ojciec płacił)
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: masa piernikowa 35% [pierniki 11% (mąka pszenna, syrop glukozowo-fruktozowy, brązowy cukier, miód, cukier kandyzowany, skrobia ziemniaczana, przyprawy, cynamon, ekstrakt jabłkowy, kwas: kwas mlekowy), oleje roślinne (palmowy, jądro palmy), cukier, cukier inwertowany, przyprawy, mleko w proszku odtłuszczone, lecytyna sojowa] cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii

------------
Pomyślałam sobie, że w sumie skoro i tak były już u nas obie tabliczki, a druga też wydaje się ciekawa, wygląda ładnie to może jednak warto i ją na blogu zaprezentować. Ja jednak zupełnie nie miałam ochoty jej jeść, dlatego poprosiłam, by Mama się o niej dłużej i dokładniej wypowiedziała. Stąd w dużej części oddam jej niżej głos, a co!
Nadzienie tej tabliczki wystylizowano nie na pierwsze lepsze ciastka cynamonowe, a konkretnie cynamonowe gwiazdki, tzw. Zimtsterne, czyli tradycyjne niemieckie ciasteczka na Boże Narodzenie. Piecze się je bez mąki, a jedynie z migdałów, białka, cukru pudru i cynamonu. W środku powinny być miękkie i wilgotne, a z wierzchu pokryte chrupiącą bezą.

Henry Lambertz Zimtsterne Vollmilch Schokolade mit Zimtsternfullung / Milk chocolate with cinnamon star filling to mleczna czekolada (o zawartości 30 % kakao) z kremem z cynamonowej masy ciasteczkowej.

Z tego, co ja wywąchałam przy robieniu zdjęć, czekolada uderzała intensywnym zapachem wręcz ostrego cynamonu, lukru i cukru. Zalewał je ocean pełnego, świeżego mleka, a także margarynowa, specyficzna nuta zdradzająca, iż nadzienia nie poskąpiono. Po przekrojeniu właśnie margarynowo-maślany wątek nasilił się i nieco wygładził cynamonowość. Wszystko to było dość ciężkie.
Zapach byłby ładny, gdyby nie ta nuta margaryny - do pary z cukrem mnie to odpychało, że nie miałam ochoty spróbować ani odrobiny. Mama z kolei nie umiała rozsądzić, czy całość jej się podoba, czy nie - właśnie przez tę nutę nadzienia.
W dotyku czekolada była tłustawa, jakby nieco lepkawa, mimo że się nie topiła. Sugerowała proszkowość, nie wydawała się zbyt masywna. A jednak nadzienia było dużo i przy przekrojeniu okazało się konkretne.
W odróżnieniu od wersji ciemnej, mleczną wypełniono nim porządnie, bez żadnej "górki" z czekolady w środku.

Opinia Mamy:
"Sama ta czekolada w zasadzie dobra, jak połączenie Lindta i Milki. Najpierw taka lepsza, jak Lindt, ale jak ten cukier spływa do gardła i drapie, to jak Milka, wtedy już niezbyt przyjemnie. Z nadzieniem strasznie słodko. To sam cukier, nie czekolada. Czuć cynamon, cukier - to wszystko jak trzeba, a potem, jak się coraz bardziej rozpływa, to dochodzi jakby mąka i chemia. To pewnie ta masa ciasteczkowa, a okropne takie. I jeszcze tak cukrowo, że się jeść nie da, nie dałam rady więcej niż kilka kostek, a i tak musiałam herbatą popijać. Okropnie słodko i potem i ta słodycz, i ten mączno-chemiczny niesmak zostaje. O wiele słodsza od ciemnej. Dwa słodkie potworki, których nie da się jeść, ale też poniekąd są, czym niby mają być. Z ocen wystawiłabym to samo, bo to po prostu dwie zupełnie inne czekolady. Z potencjałem, ale tak przesłodzone, że brak słów".
Reszta wróciła do ojca. Jemu bardzo smakowała.

Ja... patrzyłam z przerażaniem. A faktycznie, widać potencjał - pomysłowe to... Szkoda, że na tym koniec.


kupiłam: Dealz (ojciec kupił)
cena: 8 zł (ojciec płacił)
kaloryczność: 557 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cynamonowa masa ciasteczkowa 35% [oleje roślinne: palmowy, z jądra palmy; 11% ciasteczka cynamonowe (cukier, fruktoza, orzechy laskowe, migdały, skórki cytryny, mąka pszenna, syrop glukozowo-fruktozowy, skórka pomarańczowa, cynamon, białko jaja w proszku, skrobia pszenna, kwas cytrynowy, syrop cukru inwertowanego, substancja żelująca: agar), cukier, cukier inwertowany, mleko w proszku odtłuszczone, przyprawy, lecytyna sojowa], cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii