Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Tajlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Tajlandia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Pol Contreras Vilapriñó Tailandia 75 % Cosecha 2023 Chocolate negro / Dark Chocolate ciemna z Tajlandii

O tej czekoladzie nie udało mi się za wiele znaleźć w internecie. Jedynie tyle, że jej twórca, Pol Contreras, wiele podróżuje po świecie i Tajlandię też odwiedził. Uznał, że tajlandzkie kakao - z tego co znalazłam chyba zakupione od zakładu Echaurren z hiszpańskiego Ezcaray - zasługuje na własną tabliczkę. Jako że jak na razie do tej hiszpańskiej marki byłam nastawiona bardzo pozytywnie, nie mogłam się doczekać, aż spróbuję, cóż kryje ta tabliczka. Przyznaję, że ostatnimi czasy rozsmakowałam się bowiem w nutach tajlandzkiego kakao. Tym razem miałam mieć do czynienia z hybrydową odmianą o nazwie  I.M.1., opracowaną przez Dr La-Ongrsi. Po latach testów i degustacji rośnie ona na  tysiącach farm w całej Tajlandii.

Pol Contreras Vilapriñó Tailandia 75 % Cosecha 2023 Chocolate negro / Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% lekko prażonego kakao I.M.1. z Tajlandii, z prowincji Chiang Mai y Lam Phun; konszowanie trwało 20 godzin.

Po otwarciu poczułam dosadny zapach kwiatów i słodyczy, która częściowo mocno wiązała się właśnie z nimi, a częściowo jakby grała na siebie. W głowie pojawiły mi się słowa "karmelowa cukrowość", bo właśnie słodycz ta przybrała wręcz toporny jak cukier wydźwięk. A jednocześnie karmel miał bardzo wiele do powiedzenia. Do głowy przyszły mi jeszcze mocno scukrzone suszone owoce. Do kwiatów podkradła się trochę papierowa nuta, która świeżym kwiatom dodała echo kwiatów suszonych. Przy papierowym, nieco roślinnym motywie znalazło się też trochę migdałów. Zarówno ze słodyczą, jak i kwiatami, współpracowała owocowa rześkość. Nie tyle soczystość, co właśnie rześkość jakby mocno kwiatowo-owocowego wina. Wina różowego? Z owoców wskazałabym niejednoznaczne, słodkie czerwone oraz słodziutkie mandarynki, podkreślone niedookreślonym cytrusowym miksem.

Przy tej czekoladzie ze smutkiem odkryłam, że pakowanie przez tę firmę coraz bardziej się pogarsza. W kartoniku przypominającym kasetkę trafiłam na tabliczkę luźno i byle jak owiniętą papierem...
Kremowo-pylista w dotyku, twarda tabliczka podczas łamania trzaskała głośno i chrupko.
W ustach rozpływała się nie za szybko, nie za wolno i dość tłusto. Robiła się coraz bardziej plastyczna, a do tego mazista i kremowa. Przypominała trochę budyń z zaznaczonym proszkowym motywem. Czekolada przejawiała też soczystość, która na trochę wzrastała i końcowo kryła się w bardziej tłusto-wodnistym wrażeniu.

W smaku pierwsza rozbrzmiała dosadna, silna słodycz karmelu. Mimo średniego poziomu, bez najmniejszych problemów skupiała na sobie uwagę. Poczułam paloną cukrowość, która próbuje zająć pierwszy plan.

Zza niej odezwały się kwiaty. Początkowo suszone, nieśmiałe, lecz po chwili coraz wyrazistsze. Wprowadziły ciepło, nawet pewną pikanterię.

I pikanterię tę podchwyciła słodycz, serwując mocno wypieczone, karmelowo-korzenne ciastka. Ciastka idące w lekką goryczkę od przypraw. Przypraw ostrych i ciepłych. Ciastka z nutką... pomarańczy? Słodycz poprzez nie próbowała jeszcze umocnić swoje wpływy.

Z wypieczonych, palonych nut wysunęła się jednak też gorzkość. Podobnie jak słodycz, miała dosadny wydźwięk, mimo że nie była silna. Gorzkość wydała mi się spokojna i bardzo poważna. Pilnowała, by słodycz na za wiele sobie nie pozwoliła.

Słodycz wzrosła do wysoko-średniego poziomu, ale dalej już ewidentnie nawet nie zamierzała próbować. Co nie znaczy, że zapomniała o swoim wręcz topornym wydźwięku. Wyobraziłam sobie scukrzone owoce suszone, w których ten wydzielony cukier aż zagłusza, co to dokładniej jest. Chyba m.in. figi...

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poważna gorzkość zaprosiła do gry neutralniejsze, też poważne, migdały. Przy migdałach zaplątał się akcent papieru, a potem też trochę takiej... spokojnej roślinności? Migdały przechwyciły specyficzny akcent od suszonych kwiatów, acz zaraz o nich zapomniały. Zmieniły się w palono karmelowo słodki wypiek migdałowy. Keks z suszonymi owocami, głównie figami, skórką pomarańczy i migdałami?
Przez myśl przemknęła mi jeszcze niejasna wizja jakby... wegańskiego sernika z jakiejś kaszy na migdałowym spodzie? Sernika z kremem pomarańczowym na wierzchu?

Kwiaty jakby nieco na zasadzie kontrastu przybrały na świeżości. Zmieniły się w kwiaty żywsze i świeższe. Słodycz przy takich nawet jeszcze trochę wzrosła, obfitując w bardzo kwiatowe, bardzo owocowe, lekkie wino różowe. Tu czasem przychodziły mi do głowy jeszcze świeże surowe figi. Migdałowy wypiek raz i drugi zahaczył o amaretto; likier migdałowy, migdałowo-kwiatowy.

Acz alkohole nie zagrzały miejsca na długo. Żywsze kwiaty wydobyły owocowe nuty. Te trochę zaadoptowały słodycz i nadały jej lekkości. Czułam słodziutkie mandarynki, w których w zasadzie nie ma nawet cienia kwasku. Przemknęło mi coś egzotycznego (ananas?)... po czym schowało się w kwiatach... By znów z nich wyłonić się jako różne melony. Odmiany wytrawniejsze i słodsze, może też papaja. Przeplotły je cytrusy - mandarynki i dosłownie odrobinka pomarańczy.

Robiło się coraz świeżej i lżej... aż nagle karmel, palony i dosadny, jak błyskawica wszystko przeciął i zamknął kompozycję ciężkawo-ciepłą słodyczą.

Po zjedzeniu został posmak suszonych kwiatów z jedynie sugestią świeższych, i karmelu. Ze świeższymi wiązała się też subtelnie owocowa, egzotyczniejsza nuta melonów oraz cytrusów (najbliżej temu było do grejpfrutów). Czułam też poważniejsze migdały i nie za słodki, ale na pewno ciepły wypiek. Lekko palona nuta zaznaczyła subtelną cierpkość.

Czekolada była smaczna, ale słodycz w niej za bardzo się rządziła. Nie była wysoka, ale toporna i dosadna. Ciężki karmel, palony cukier, wypieki karmelowe - wszystko to za mocno przyciągało uwagę. Owocowe nuty były za to łagodne. Trochę suszonych owoców jako dodatki, potem mandarynki i melony po prostu się przewijały. Mnie żal gorzkości, bo tej w ogóle było malutko. Jej palony charakter jakoś uległ słodyczy. Suszone, potem świeże kwiaty, ciastka korzenne i ogólne ciepło wydawały się z dosadną karmelowością nakręcać, co ogólnie niestety nie wyszło zachwycająco. Właśnie przez słodycz cukru panela, który jakby nadto tłamsił nuty czekolady.


ocena: 7/10
cena: €11 (za 70g; około 47 zł)
kaloryczność: 424,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier panela, tłuszcz kakaowy

czwartek, 26 lutego 2026

Beskid Chocolate Tajlandia Chathaburi Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna z Tajlandii

Długo na moim blogu było niewiele czekolad z kakao z Tajlandii, ale zaczęły pojawiać się częściej w sklepach, w których zamawiałam i wkręciłam się w nie. Gdy więc zobaczyłam, że i Beskid skombinował coś z tajlandzkiego kakao, bardzo się ucieszyłam. Już Beskid Chocolate Tajlandia Mark Rin Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao była bardzo intrygująca (moja pierwsza tajlandzka setka!), a bardziej czekoladowa, o zawartości bardziej typowej dla Beskidu? Tak, tak, tak! Dziś przedstawianą zrobiono jednak z innego kakao. Trochę żałowałam, że nie ma szans, by porównać tabliczki dokładnie z takiej samej odmiany, ale wierzyłam, że w Beskidzkie wiedzą, co robią. Dziś prezentowaną zrobiono z rzadkiej odmiany Chumphon 1, rosnącej w regionie Chanthaburi. To zaś oznaczało, że... mogłam ją sobie porównać ze świetnie pamiętaną tabliczką innej marki, Paradai Thai Craft Chocolate Chanthaburi 70 % Dark Chocolate. Ziarna są starannie fermentowane przez 6 dni w drewnianych skrzyniach, a następnie suszone na słońcu.


Beskid Chocolate Tajlandia Chathaburi Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao
to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao odmiany Chumphon 1 z Tajlandii, z regionu Chanthaburi.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach kwaskawo-soczystej i zarazem bardzo słodkiej brzoskwiniowej herbaty. Niby ice tea, ale nie tak wyraźnie i nie zupełnie, bo zamiast orzeźwienia, trafiłam na pewne ciepło. Co prawda niezwiązane akurat konkretnie z tą herbatą, ale przeplatające całą kompozycję. Ciepło to przywodziło na myśl szarlotkę z rodzynkami, podaną właśnie jeszcze ciepłą. Acz szarlotkowe jabłka nie były jedynymi, jakie tu wystąpiły. Odnotowałam też jabłka bardziej świeże. Mieszały się poprzez lekki kwasek z limonką - o, ta już była bardzo soczysta, acz też nie taka orzeźwiająca, bo jakby... zestawiona z alkoholem? Pewna powaga, lekka goryczka czarnej herbaty i drewno też powstrzymywały orzeźwiające, rześkie zapędy. O tym jednak cieplejszo-ciężkawym wydźwięku przesądził mocno palony i nie mniej mocno maślany karmel.

Troszeczkę pylista w dotyku tabliczka była masywnie twarda i jakby pełna, co wiązało się z głośnymi trzaskami podczas łamania. Przypominały trochę niezupełnie suche, ale już trzaskające gałęzie i obiecywały gęstość.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, długo utrzymując zwarto-zbity kształt. Była gęsta i kremowa, ale nie zupełnie gładka. Rozpuszczała się trochę maziście, rzednąc w sposób soczysty, acz wciąż też trochę tłustawy. W jej soczystości było coś trochę ściągającego.

W smaku przywitała mnie delikatna słodycz, w której pierwszy pokazał się nieśmiały, ale bez wątpienia palony karmel, a tuż za nim...

Ruszyła słodka soczystość mocno brzoskwiniowej herbaty - jednak ice tea! Kontrastowo do karmelu herbata ta wyszła dość rześko, choć też nie była to jeszcze definicja orzeźwienia. Na pewno przedstawiła się jako herbata bardzo słodka, posłodzona, ale choć bliska przesłodzeniu, to nie przełożyła się na ogólnie za wysoką słodycz. Za nią czuwała leciutka gorzkość (herbaty czarnej?).

Karmel nasilił się, idąc w palonym, charakterniejszym kierunku. Do palonego motywu dołączyła maślaność, trochę go łagodząca, ale nie zaburzająca motywu palonego karmelu. Słodycz osiągnęła wysoki poziom, acz wciąż nie było to przesłodzenie - do tego stopnia nie dotarła w żadnym momencie.

W brzoskwiniowej herbacie pojawił się kwasek, a ja pomyślałam o brzoskwini miękkiej i soczystej, ale o wciąż kwaskawymi smaku, która powoli zaczyna się mieszać z innymi kwaskawymi owocami.
Herbaciana nuta na pewien czas odeszła od motywu ice tea i umocniła trochę gorzkość, odważniej sugerując herbatę czarną.

Maślaności przy karmelu nazbierało się w tym czasie tyle, że do głowy przyszedł mi kajmak, a palona nuta przemknęła na tyłu. Kajmak przywołał do siebie owocowy kwasek, przekładając się na wizję nietradycyjnej szarlotki z warstwą kajmakową. Szarlotki na ciepło, która stara się uniemożliwić owocom silne orzeźwianie. Zrobiło się ryzykownie słodko.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa paloność od słodyczy przeszła do wątku herbaciano-drewnianego. Tam przez moment trwała dość wyraźnie, po czym i od nich trochę się odsunęła. Oczami wyobraźni zobaczyłam bowiem drewno zbutwiałe. Sucho-zbutwiałe? Czarna herbata zapewniła jeszcze trochę więcej szlachetnej gorzkości.

Paloność spróbowała wrócić do słodyczy, ale... niezupełnie wróciła do samej słodyczy. Raczej umocniła kwestię "wypieczoności" i ciepła szarlotki. Maślaność, która tak pracowała nad karmelem, by został kajmakiem, tym razem zajęła się tworzeniem wyraźnego spodu szarlotki.

W cieście tym nagle pojawiła się bardziej rześka, inna niż jabłkowa kwaśność. Oto wkroczyła limonka. Znalazła się i w cieście, i w herbacie - już też wręcz lemoniadowej ice tea. Limonka otworzyła drogę kwaskawym rodzynkom... rodzynkom w rumie! Kwasek w ich przypadku tworzył jedność z pewną ciężkawością. Rodzynki te osiadły w szarlotce. Kwaskawe wtrącenia nie przełamały, ale ciekawie urozmaiciły słodycz.

Limonkowy kwasek pokierował jednak też jabłka oraz brzoskwinie w surowszym kierunku. Obok zaraz znalazły się bowiem zielone, kwaśne jabłka po prostu i już nie brzoskwiniowa herbata, a soczyste, miękki, ale wciąż kwaśne, w zasadzie kwaśno-słodkie brzoskwinie. Z kolei maślany spód ciacha w końcu przeszedł w niejednoznaczny, drożdżowy wypiek. Elementy szarlotki jakoś się rozbiegły i ona też się rozmyła.

Wtedy to wrócił mocno palony karmel, a i herbata przypomniała sobie o goryczce czarnej herbaty. Teraz jednak w głowie rozgościła mi się herbata z wkrojonym plastrem limonki. Kwaśność ostatniej przechodziła końcowo w octowość.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawych jabłek, niemal w jedno mieszających się z soczystymi brzoskwiniami, limonką oraz scukrzone rodzynki w rumie. Obok nich pobrzmiewał palony karmel. Palony aż do goryczki? Czy może z drugiej strony związany z... goryczkowatą herbatą? Mimo że myślałam o herbacie czarnej, także kwaskawa brzoskwinia wróciła w jej towarzystwie.

Czekolada była przepyszna i bardzo ciekawa, bo niesamowicie obrazowa. Brzoskwiniowa herbata, niekoniecznie ice tea, ale też; karmel przechodzący w kajmak, który jest składową szarlotki na spodzie, który zmienia się w coś drożdżowego. Jabłka szarlotkowe i świeże, limonka nakręcająca soczystość, a jednak z lekko alkoholowym echem, pod które podczepiły się rodzynki w rumie, ogólnie trochę herbaty i drewna... no coś wspaniałego. Dużo dynamiki i choć ogólna słodycz była wysoka, nie przegięła dzięki a to bardziej kwaskawym, a to gorzkawym tonom. Wolałabym ją nieco mniej słodką, ale nie powiedziane, że gdyby nie słodycz, to nie poszłaby już przesadnie w kwaśność.

Paradai Thai Craft Chocolate Chanthaburi 70 % Dark Chocolate smakowała wyraźnie limonką z tequilą, japońskim winem umeshu, winem wiśniowym; wydawała się bardzo alkoholowa, a do tego czułam w niej dużo zielonych roślin i zielonej herbaty oraz drzew. Podobieństwo więc było, ale czuć... jakby inne ujęcie tych podobnych nut? 
Beskid Chocolate Tajlandia Mark Rin Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao była za to zupełnie inna. Sporo orzechowo-migdałowych elementów, ogólnie cytrusowo-egzotyczna i trochę jak cytrusowy, jogurtowy sernik - wspólnych to można się na siłę doszukiwać. Acz... nuta maślanego karmelu - jako że była też w setce - zaintrygowała mnie. Czyżby płynęła głównie z kakao?


ocena: 9,5/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

wtorek, 28 października 2025

Paradai Thai Craft Chocolate Trang 82 % Dark Chocolate ciemna z Tajlandii

Odkąd poznałam tajlandzką markę Paradai, bardzo kuszą mnie ich wszystkie propozycje, niezależnie od zawartości kakao, ale nie ukrywam, że właśnie od tej dziś przedstawianej, szczególnie wiele oczekiwałam. Z opisu dowiedziałam się, że zrobiono ją z kakao z farmy z prowincji Trang, położonej na zachodnim wybrzeżu południowej Tajlandii. Wyróżnia się ona bardzo starymi, mającymi około 40 lat kakaowcami. A jako że kakaowce nie są zbyt popularne w tym kraju, większość rolników zarabia na życie głównie uprawiając kauczuk. 


Paradai Thai Craft Chocolate Trang 82 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 82 % kakao z Tajlandii, z prowincji Trang.

Po otwarciu poczułam złożony zapach, bez jednego konkretnego dowódcy. Ziemia mieszała się z wytrawną goryczką grzybów trufli - może jako jakiś sos z oliwą? - tuż obok tłustego, słodko-kwaskawego, świeżo upieczonego i właśnie stygnącego sernika. Sernika na spodzie z dość mocno wypieczonych herbatników i posypanego cukrem pudrem. Mieszał się z palonym karmelem i odrobiną kwiatów, walczących o rześkość. Słodycz jednak, choć znacząca, nie była wysoka. Kwasek wydawał się niepewny, czy w smaku rozwinie się, czy nie. Czułam owocowy, niejasny splot, w którym na pewno wystąpiły wiśnie, brzoskwinie i limonki, chyba banany, ale też wiele innych. Trudno było orzec, co się nasili.

Lśniąca czekolada zaskoczyła mnie wręcz rudawym odcieniem ciemnej mlecznej.
Twarda tabliczka przy łamaniu obiecywała masywność. Wydawała z siebie głośne, jakby zawilgocone trzasko-chrupnięcia.
W ustach rozpływała się powoli i gęsto. Faktycznie była masywna, konkretna, a do tego dość tłusta. Czuć w niej lekką oleistość, wpisaną w mazistość trochę kleistego smaru. Z czasem pojawiała się drobna wodnistość i cierpkość, przy czym druga rozmywała się w tłustości i wodzie. Końcowo czekolada znikała wodniście.

W smaku pierwsze pojawiły się mleko i słodycz. Mleko łagodne, naturalnie słodkawe, a jednak... z kwaskawym echem? Przemknął mi przez myśl nieśmiały jogurt.

Słodycz reprezentowała subtelny, palony karmel z dopisaną rześkością, co od razu przywiodło na myśl cukier kokosowy. Tylko że w wersji bardziej ugodowej.

Kwasek podszepnął trochę owoców. Na pewno egzotycznych, ale na tym etapie jeszcze niejednoznacznych i chyba wiśni.
W cierpkawym, konkretnym motywie... właśnie chyba wiśni... mignęła jakby... brudna, niemal pikantnawa ziemia? I ukryła się.

Mleczność rozwijała się, idąc w sernikowym kierunku. Reprezentowała i słodycz, i lekki kwasek. Wyobraziłam sobie sernik bardzo tłusty i jeszcze ciepły, dopiero stygnący po wyjęciu z piekarnika. Musiał być na słodkim, herbatnikowym spodzie. Herbatniki właśnie wprowadziły bardziej pieczony akcent.

W tym czasie nasiliły się owoce. Podchwyciły słodycz, jawiąc się jako banany. Chwilowo wyszły najwyraźniej, przecierały szlaki reszcie, po czym osiadły w toni... wieloskładnikowego, egzotycznego smoothie. Poczułam jeszcze brzoskwinie, choć jakieś delikatniejsze, a w tle ananasa i... limonkę? Kwasek nagle podskoczył.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pieczony akcent herbatników zmienił się w palony karmel. Do głowy przyszedł mi karmelizowany kokos, jednak zaraz się trochę zachwiał. Mieszał się bowiem z cukrem, cukrem pudrem, którym właśnie posypywano sernik.

W bardzo słodkich owocach zagościła mocniejsza rześkość. Złożona mieszanka z bananami i odrobiną ananasa mieszała się z rześkim lychee. Owoce robiły się coraz kwaśniejsze, lekko cierpkie. Do głowy przyszły mi nie tyle wiśnie, co coś wiśniowego - sok, przecier? Możliwe, że jakaś ich egzotyczniejsza wersja, coś podobnego, np. acerola.

Wraz z poważniejszym wydźwiękiem wiśni, znów wkradło się trochę ziemi. Przemknęła też goryczka trufli... albo raczej odrobinki wytrawnego, prawie pikantnawego sosu z nich. Nie utrzymały się jednak i zaraz zniknęły, bo owoce wyraźnie objęły dowodzenie. Jedynie ziemia trochę pobrzmiewała.

Słodki przecier z wiśni i aceroli, banany przełamała kwaśność limonki. Wprowadziła ona o wiele więcej cytrusowej kwaśności i rześkości. Soczystość lała się hektolitrami.
Do niej jednak w pewnej chwili podkradła się wodnistość... acz nie nijaka, a jakby wody kokosowej?

Sernik i mleko zmieniły się wtedy w kwaśniejszy nabiał. Pomyślałam o zsiadłym mleku, jogurcie i kefirze. Może w wariancie egzotycznym, wieloowocowym? Znów trudno było coś konkretnego uchwycić.

Słodycz przybrała na lekkości, zmieniając się w kwiaty. Echo herbatników pobrzmiewało już bardzo delikatnie. Za to ziemia wysunęła odrobinę goryczkowatej pikanterii.

Po zjedzeniu został posmak tłustego sernika o słodyczy podwyższonej ciepłem, jedzonego w dniu, w którym się go wypiekło oraz kontrastowo kwaśniejszego zsiadłego mleka. Czułam też ogrom owoców: cytrusy z limonką wyróżniającą się wśród nich, przecier wiśniowy oraz egzotyczne smoothie słodkie od bananowej bazy. Ziemia bardzo subtelnie zaznaczyła się z tyłu.

Czekolada wyszła bardzo smacznie, choć zaskoczyła mnie tym, jak wyważone były w niej gorzkość, słodycz i kwaśność - żadne nie wybijało się jakoś szczególnie, a rozbrzmiewały na równych prawach. Trochę mi brakowało jakiejś mocarniejszej gorzkości. Słodyczy było sporo, ale za sprawą kwaśności soczystych owoców egzotycznych i nabiału, nie wyszła przesadnie. Mleko, zmieniające się w sernik, a potem zsiadłe mleko, banany, brzoskwinie, wiśnie i acerola, egzotyczna mieszanka i limonka z cytrusami świetnie do siebie pasowały. Słodycz herbatników w formie spodu, karmelu i owoców świetnie się dopasowały. Wolałabym więcej ziemi, bo ta lekko pobrzmiewała i żałuję, że sernik wyszedł tak... tłusto-ciepło, ale to małe wady. Ogół i tak robił wrażenie tym, jak w sumie różne, skrajne smaki harmonijnie zagrały.

Ukryta ziemistość, nabiał z kokosem i wiśnie przypominały mi trochę Paradai Nakhon Si Thammarat 75 % Dark Chocolate. Dziś przedstawiana także była mi za mało gorzka. Może tajlandzkie kakao po prostu gorzkie nie jest?


ocena: 9/10
cena: £8.95 (za 50g; około 45 zł)
kaloryczność: 623 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełny cukier trzcinowy

piątek, 3 października 2025

Beskid Chocolate Tajlandia Mark Rin Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao ciemna z Tajlandii

Beskid jest jedyną marką, której setki zamawiam. I tak kuszą mnie mniej niż inne ciemne czekolady tej marki, ale zwyczajnie, widząc nowości na ich stronie, nie umiem obojętnie przescrollować także tych bez cukru. A już na pewno tej. Kakao z Tajlandii poznałam w zasadzie bardzo niedawno. Co nie powinno chyba dziwić, bo ogólnie kakao długo nie było tam popularne. Weszło jakieś 100 lat temu, zyskało popularność w latach 50., jednak później ustąpiło miejsca innym uprawom. Dopiero teraz wraca do łask. Kraj ten wciąż wydaje mi się czekoladowo tajemniczy, więc możliwość poznania, jak smakuje czyste kakao niezakłócenie cukrem, wydało mi się kuszące. Dziś przedstawianą tabliczkę stworzono z wyjątkowych ziaren hybrydy I.M.1, opracowanej przez dr. Sana La-Ongsri w północnej Tajlandii. Obecnie zbierają je rolnicy z Chiang Mai i Lam Phun, przestrzegający zasad ekologicznej uprawy. Jak wpisałam w Google "Mark Rin" znalazłam, że MarkRin to pierwsza producent czekolady i kakao.


Beskid Chocolate Tajlandia Mark Rin Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao I.M.1 z Tajlandii.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach grejpfruta z nutą suszonych i czerwonych owoców. Te ostatnie były bardzo nieoczywiste, skryte wśród scukrzonych, słodkich jak to tylko możliwe, rodzynek. Do głowy przyszedł mi jakiś rodzynkowo-daktylowy zdrowy baton w karmelowym wariancie. Przy nich zaznaczył się słodkawy, suszony ananas. Słodyczy dołożył też maślany karmel - tak wyraźny, że nie powiedziałabym, że to czekolada 100%.

Tabliczka wydawała się masywna i w dotyku zarówno tłusta, jak i lekko pylista. Trzaskała średnio głośno i zaskoczyła tym, że w sumie była nietwarda. Może też nie miękka, ale nie twarda. 
W ustach rozpływała się powoli i bardzo gęsto, wręcz zalepiająco, przytykająco. Miała w sobie coś z chłodnego masła, ale i typowej kremowości jej nie brak. Z tym, że była to kremowość lekko pylista. Z czasem wyłaniała się soczystość.

W smaku przywitała mnie maślana słodycz. Stała na średnim poziomie, ale wydała mi się odosobniona i dlatego bardzo wyraźna.

Zza niej wychyliły się cytrusowe skórki. Połączyły lekką soczystość z goryczką. Czułam przede wszystkim pomarańczę, ale też trochę cytryny. Goryczka skórek po chwili wprowadziła jeszcze grejpfruta - ten pokazał się jako cały owoc.

Łagodna słodycz zaczęła się zmieniać w leciutko palony, maślany karmel. Wręcz mało karmelowy? Cytrusy otworzyły drogę soczystości, która i do karmelu dopłynęła. Pomyślałam o jakimś zdrowym karmelu z rodzynek i daktyli. Rodzynek bardzo słodkich, scukrzonych.

Kwaśność przeniknęła do maślaności. Zrobiło się lżej i w oddali osiadło trochę maślanki, nienachalnie pobrzmiewając.

Od goryczki skórek odeszła gorzkość. Powoli rosła w siłę. Miała lekko palony ton, który przeplatał się z grejpfrutem. Ten wydawał się krążyć wokół wszystkiego innego - sam bardzo pewny siebie. Szlachetność i trochę mniej owocowy wydźwięk z gorzkości wydobyły pojedyncze migdały.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz przełamała nuta... neutralniejsza? Delikatne palenie odsłoniło prażono-karmelizowane migdały. Migdały? Na pewno coś w karmelu, coś migdałowo-orzechowego. Oczami wyobraźni patrzyłam na spód ze zmielonych migdałów, rodzynek i dodatkiem daktyli.

Suszone owoce i kwasek zasugerowały słodko-kwaśnego suszonego ananasa; coś ananasowego, ale trudnego do uchwycenia. Przemknęły mi jeszcze czerwone owoce - suszone czerwone porzeczki? Zaraz jednak umknęły. Może to po prostu połączenie grejpfruta i rodzynek...?

Spód okazał się być do ciasta bez pieczenia, jakiejś masy cytrusowo-ananasowej. Czułam coś anansowego, nie samego ananasa. Z czasem wyłonił się z tego bardzo owocowy sernik. Właśnie cytrusowo-ananasowy i w dodatku chyba jogurtowy. Nabiał też był bowiem kwaśny.

Kwaśność ananasa i nabiału końcowo znacząco wzrosła, mieszając się z pomarańczami i odrobiną cytryny. Grejpfrut też do nich dolatywał, choć on zdawał się grać na siebie, nie był w jedno zgrany z innymi.

Po zjedzeniu został posmak głównie czerwonego grejpfruta oraz ogólnie cytrusów z ananasem i niejasnym motywem suszonych owoców - jakiejś masy-spodu z nich i prażonych migdałów. Na tym osiadł jogurtowy sernik z cierpkawo-słodkimi skórkami pomarańczy i grejpfruta.

Czekolada smakowała mi, choć trochę zaskoczyła kwaśnością i ogromem owoców: pomarańcze, grejpfruty i trochę cytryny mieszały się z ananasem i odrobiną rodzynek, suszonego ananasa. Maślany karmel rozchodzący się na zdrowy karmel z suszonych owoców i maślano-jogurtowe, w końcu kwaśno sernikowe motywy wyszły bardzo ciekawie. Nie brakowało w tej kompozycji słodyczy, acz była naturalna i dopiero za kwaśnością. Gorzkości czułam tu najmniej - zdawała się trzymać skórek cytrusowych i grejpfruta. Parę nut pojawiających się dosłownie na chwilę była tak niecodzienna, nieodgadniona, że aż trudno je ponazywać. Czekolada zaskakująco nieciężka i słodka jak na setkę.
Po dotąd jedzonych tabliczkach z Tajlandii nie spodziewałam się, że smak pójdzie właśnie w takim kierunku.


ocena: 9/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 464 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca

czwartek, 10 lipca 2025

Paradai Thai Craft Chocolate Chanthaburi 70 % Dark Chocolate ciemna z Tajlandii

Już w trakcie degustacji pierwszej tabliczki tajlandzkiej marki Paradai wiedziałam, że zrobię, co w mojej mocy, by zdobyć kolejne. Udało mi się to dość szybko. Czekoladę dziś przedstawianą zrobiono z kakao z leżącej na wschodzie Tajlandii prowincji Chanthaburi, która dorobiła się miana "ogrodowej prowincji" że względu na liczne lasy i plantacje owoców. Kupiono je od dwóch czy trzech różnych rolników, którzy zajmują się hodowlą trinitario. 


Paradai Thai Craft Chocolate Chanthaburi 70% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Tajlandii, z prowincji Chanthaburi.

Po otwarciu zagrzmiał mocarny zapach tequili z limonką i cytryną, ogólnie mocno alkoholowy i cytrusowy (do tego stopnia, że trudno uwierzyć, że to czysta czekolada bez dodatków). Alkohol jawił się jako wręcz wódkowo-spirytusowy. Dosłownie uderzał do głowy (mimo że realnie go tam nie było). Odnotowałam też wiśnię i chyba borówki amerykańskie, ale prawie zupełnie skryte w kwaśności. Wiśnie przechodziły w domowe, niemal nalewkowe wino wiśniowe... Może wiśniowo-malinowe? Do tego czułam egzotyczny, także kwaśny wątek. Chyba soczystego, kwaśnego ananasa. Obok owoców łagodnie zaznaczyła się świeża zieloność... może koszone trawy i trawy... skoszone już jakiś czas temu, trochę suche?

Tabliczka zszokowała mnie kolorem mleczno czekoladowym (do tego stopnia, że upewniłam się co do składu). Mimo małych rozmiarów, była bardzo twarda i masywna. Trzaskała bardzo głośno w jakby chrupkawo-zawilgocony sposób.
W ustach rozpływała się wolno w maziście-kremowy sposób, zachowując masywność. Była idealnie gładka i tłusto maślana. Nieco pokrywała smugami podniebienie, ale go nie obklejała. Z czasem pojawiła się rozkręcająca się soczystość. Aż w końcu wydała mi się przewysoka! Od początku do końca utrzymywała wysoką gęstość. Końcowo soczystość robiła się trochę cierpko-ściągająca.

W smaku pierwsza pojawiła się dość wysoka słodycz, przywodząca na myśl karmel. Karmel, ale nie tylko... karmel wzmocniony alkoholem? Cukrowy alkohol? Brandy! Polał się silny, niemal uderzający do głowy złocisty, lekko soczysty płyn.

Już dwie-trzy sekundy po nim wkroczyły intensywne, kwaśne cytrusy. Przede wszystkim limonka i cytryna, które brandy przemieniły w chyba jeszcze dosadniejszą tequilę. Wręcz... spirytus? Mocarny alkohol mieszał siew jedno z cytrusami, trochę na zasadzie kontrastu jeszcze podkręcając ich kwaśność. Zrobiło się egzotyczniej, dzięki czemu cytrusy ułożyły się w specyficzne yuzu, a mi do głowy przyszło jeszcze "wino śliwkowe" (np. Choya Umeshu Silver).

Za niezwykle intensywnymi nutami alkoholu i cytrusów zaznaczyła się sugestia gorzkości i coś spokojniejszego - drewno? Trudno jednak było to uchwycić.

Mimo wręcz przenikliwej kwaśności, słodycz nie słabła. Wycofała się trochę, ale swój dość wysoki poziom jakoś tam utrzymywała... choć chwilami tonęła w kwaśności.

Do cytrusów na egzotycznej fali dołączył chyba ananas, znajdując sobie miejsca za yuzu, a potem też trochę owoców czerwonych. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o bardzo mocnym, wręcz nalewkowym winie domowym z wiśni i dodatkiem malin i... kwaśnych śliwek?

Obok drewna przewinęła się delikatna maślaność. Zaczęła łagodzić i tak znikomą gorzkość. Może nawet... próbowała coś ugrać z kwaśnością? Przemknęła mi jakaś nutka kwaśno cytrusowego, goryczkowatego piwa, ale zaraz i ono zniknęło po prostu w kwaśności. 

Kwaśność w harmonii mieszała się z japońskim winem ze śliwek-nieśliwek (umeshu), a więc bardzo słodkim, ale w tym przypadku w wersji kwaśniejszej. Chociaż... ogólna kwaśność nieco odpuszczała.

Drewno z tła wzmocniła pewna świeżość, rześkość. Pomyślałam o zielonych roślinach i koszonej trawie, a także trawie wyschniętej... i cierpkiej? Nagle zmieniła się w zieloną herbatę.

Słodycz, choć cały czas siedziała też bezpośrednio w alkoholach, zatliła się jako... przytłumione, ale jednak borówki amerykańskie.

Zielona herbata z cytrusami, w tym yuzu była prawie zupełnie zagłuszona nimi, jakby miał to być bardziej owocowy napój z dodatkiem herbaty. Trzymała się jej ta licha, drzewna nutka. Drzewno-ziołowa, zmieszała się ze słodyczą borówek ocierając się o mglistą... lawendę? Końcowo wyłonił się też karmel - zwyklejszy, już nie tak ściśle związany z alkoholami.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych cytrusów pod dowództwem egzotycznego yuzu, które dopuściło też trochę wiśni wpisanych w wino wiśniowe. A te było tylko jednym z wielu alkoholi, które cisnęły się do głowy: tequila, brandy i mocarne domowe nalewki. Za nimi zaznaczyła się cierpkość zielonej herbaty z cytrusami i chyba lawendy. Kwasek aż zaznaczył się jako gryzienie w język, co spotęgowało iluzję alkoholowości.

Czekolada była niezwykła, szokująca i smaczna. W życiu nie powiedziałabym, że to czysta ciemna tabliczka w dodatku o zawartości 70%. Co prawda gorzkości prawie brak, ale niska słodycz (wydająca się taka) przy wysokiej kwaśności sugerowała nieco wyższą zawartość. Przepotężna kwaśność aż mnie zaskoczyła, podobnie jak mocarny, dobitny alkohol - którego przecież w składzie nie ma. Przede wszystkim siedziało mi w głowie egzotyczne yuzu, wspierane limonką, cytryną z akcentami czerwonych owoców (głównie wiśni jako wino) i ananasa. Ocean brandy, tequili, wino-nalewek rządził z tą kwaśnością zupełnie. Pojedyncze nuty drzewne, trawy koszonej i suchej, herbaty w zasadzie schodziły na margines. Ciekawostkowo bardzo mi to smakowało, ale takie czekolady to lubię tylko od czasu do czasu, bo za bardzo przypominała czekolady z dodatkami, niż czyste.


ocena: 9/10
cena: €9,95 (za 50g; około 42 zł)
kaloryczność: 634 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełny cukier trzcinowy

poniedziałek, 26 maja 2025

Fjak Cocoa Explorers Limited Edition Origins Thailand Phetchabun Microlot Dark Chocolate 70 % ciemna z Tajlandii

Gdy zobaczyłam tę czekoladę, bardzo, bardzo się na nią nakręciłam, jednak po tym, jak otrzymałam przesyłkę, położyłam na dno szuflady i... jakoś o niej nie myślałam. Gdy znów miałam okazję zakupić czekoladę z tajlandzkiego kakao, znowu mocno się nakręciłam. Paradai Nakhon Si Thammarat 75 % Dark Chocolate zrobiła na mnie przeogromne wrażenie i... wtedy przypomniałam sobie o dziś przedstawianej. Przygotowując posta pod recenzję, trafiłam nawet na czekoladę o zawartości 85% tajlandzkiego kakao tej marki, na którą w ogóle rozbłysły mi oczy... Niestety, gdy wybierałam, co kupić, była tylko ta dziś przedstawiana. Przy niej dowiedziałam się o istnieniu linii Cocoa Explorers, w ramach której twórcy marki co jakiś czas wyszukują ciekawe kakao i eksperymentują z nim.
A jednak nie powinnam narzekać, bo to, co trafiło do mnie, było bardzo niezwykłe - to bowiem mikropartia. Takich tabliczek wyprodukowano tylko 1000. Agur i Siv, właściciele marki Fjak, podczas swojej wizyty w Thai Cacao w południowo-wschodniej Tajlandii poznali plantatorów kakao z prowincji Phetchabun na północy tego kraju. Kupili 70 kg ziaren, by już w Norwegii móc stworzyć z tego czekolady. Byłam bardzo ciekawa efektu.

Fjak Cocoa Explorers Limited Edition Origins Thailand Phetchabun Microlot Dark Chocolate70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Tajlandii, z prowincji Phetchabun; mikropartia / edycja limitowana z linii "Cocoa Explorers".

Po otwarciu poczułam kwaśne truskawki wchodzące w skład gęstego smoothie, koktajlu owocowo-mlecznego. Z dodatkiem jogurtu? Opierał się na pewno na słodkich bananach. Zapewniły wysoką słodycz, choć i kwasku nie brakowało. Truskawkową kwaśność podkręciła egzotyczność - pierwsza do głowy przyszły mi jakaś nieco inna cytryna, ale potem chyba bardziej wyłonił się ananas. Całość trochę wygłaskała nutka orzechów i marginalna maślaność. Tak całkiem łagodnie jednak nie było - w oddali doszukałam się czegoś roślinnie-ziołowego, wytrawniejszego... kolendry-zioła?

Tabliczka była twarda, a przy łamaniu trzaskała średnio głośno w chrupki sposób. Przekrój zdradzał ziarnistość.
W ustach rozpływała wolno i długo zachowywała zbity kształt. Trochę miękła, wykazując kremowość, a z czasem odrobinę soczystości. Była tłusta w maślany sposób, dość syta. Wydawała się nie dzielić swoją ukrytą gęstością. Czuć za to chropowatość.

W smaku przywitała mnie dla odmiany bardzo słodka truskawka. Truskawki mieszały się z bananami, a owocowa słodycz szybko i znacząco rosła.

Trochę jednak powstrzymało ją mleko. Niby też słodkawe, ale jednak ostrożniej. Pomyślałam o mleczno-owocowym, jasnoróżowym smoothie bananowo-truskawkowym. Chyba dodano do niego odrobinę jogurtu dla podkręcenia kwasku.

Wydało mi się, że słodycz pójdzie w bardziej topornym kierunku - przez parę sekund myśli obracały się wokół jogurtowo-truskawkowych cukierków (twarde dwukolorowe - zgooglałam, np. Jedności Karmelli).

Ale na szczęście właśnie przez jogurt wkradł się leciutki kwasek owoców... Cytryny? Coś tam czułam za mało kwaśnego, a za bardzo na nią egzotycznego... Ananas? Po chwili trochę się umocnił, acz i tak był trudny do uchwycenia.

Gorzkość subtelnie zaznaczyła swoją obecność w tle. Ogólnie była niska, acz zaczęła trochę rosnąć.

Dojrzałe banany chwilami wydawały się wyrywać na przód, ale nie rządziły się za bardzo. Ogólnie one i truskawki stały raczej na jednym poziomie. Truskawki tylko... jakoś tak czasem pokazywały się z różnych stron; banany były stabilne i konsekwentne. W pewnej chwili truskawki zaczęły mieszać się z egzotyką... a mi przez myśl przemknęła marakuja. Kwaśność minimalnie wzrosła.
W kwaskawo-jogurtowej części przemknął mi... nabiał kozi?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mleczny wątek mieszał się z maślanością, jakby przygotowując grunt pod... Orzechy? Poczułam niedookreśloną orzechowość i słodkie migdały. Łagodne, a więc na pewno blanszowane.

A owocowy, głównie słodki splot bananów, truskawek z egzotyczniejszymi, kwaskawymi wtrąceniami ananasa i marakui trwał w najlepsze. Wszystko inne działo się jakby tuż za nim.

Gorzkość kontrastowo do nich wysunęła trochę ziemistości. Wyobraziłam sobie dawno już ścięte drewno, trochę suche bale leżące na ziemi.

Gorzkość podbudowała też odrobinka palonej nuty. W tym czasie, banany znów akurat jakoś mocniej zaakcentowane na przodzie z miękkich, dojrzałych bananów świeżo-surowych zmieniły się na moment w chipsy bananowe z podkręconą słodyczą. Za sprawą gorzkości pojawił się tu karmel, acz właśnie złączony z bananami.

Ogólna soczystość jednak i tak trwała. Znalazła się nawet przy gorzkości, dodając jej... może nie tyle soczystego echa, co rześkości, świeżości. Pewien wręcz kwaskawo-kłujący aspekt marakui zmienił się w kłująco, słodko-ostrawe goździki i świeże listki kolendry. Acz po chwili jednak zatonęły w owocowej soczystości.

Końcowo truskawki doskoczyły do bananów, przywracając im wydźwięk świeżych, miękkich dojrzałych bananów po prostu, same przygarnęły słodycz i wyszło to jako słodziutki, ale i lekko kwaskawy od pojedynczych mniej dojrzałych truskawek, koktajl owocowy.

Po zjedzeniu został posmak bananów czy wręcz bananowego mleka z orzechowo-migdałowym echem. Soczystość wyszła truskawkowo-egzotycznie i trochę... świeżo-ziołowo jak kolendra, mieszająca się z ziemią? Ogólna słodycz była bardzo wysoka, ale mocno owocowa. Kwasku znalazło się na koniec, w posmaku, trochę.

Czekolada smakowała mi, choć wolałabym wyższą gorzkość - szkoda, że nuty ziemiste i ziołowe bardziej się nie rozwinęły. Ogrom truskawek i bananów, smoothie z nich zrobionego, a podkręconego ananasem i marakują był zacny, słodko-kwaśny. Trochę blanszowanych migdałów, mleczne elementy i karmelizowane chipsy bananowe ciekawie się przy nich przewijały. Wszystko to jednak miało bardzo łagodny ton. Myślę, że to kakao świetnie by wyszło przy wyższej zawartości w czekoladzie. Trochę się wahałam, co jej wystawić, chwilami przez łagodność myślałam, że może 7, ale... jakoś się obroniła - przedstawionym nutom w sumie łagodność pasuje.

Drewno i zioła czułam też w Paradai Nakhon Si Thammarat 75 % Dark Chocolate. W niej jednak było więcej kwaśnych owoców, np. dużo wiśni. Dziś przedstawiana wyszła bardziej słodko. Gorzkości brakowało mi i w podlinkowanej, ale była tak bogata w nuty ogólnie, że... brakowało mi jej jakoś mniej.


ocena: 8/10
cena: 8.95 € (za 60g; około 39 zł)
kaloryczność: 559 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 5 kwietnia 2025

Paradai Nakhon Si Thammarat 75 % Dark Chocolate ciemna z Tajlandii

Markę Paradai pierwszy raz na oczy w internecie zobaczyłam bardzo niedawno. To niewielka manufaktura z Tajlandii, której dwójka założycieli zajmowała się głównie prażeniem kawy. Bardzo mnie zaintrygowała, bo nigdy dotąd nie jadłam ani czekolady tajlandzkiej marki, ani z kakao z Tajlandii. Już ciekawe, bogate w detale opakowania przyciągają wzrok. I dobrze! O marce i czekoladach poczytałam jednak niewiele - Tajlandia ciekawiła tak, że co by nie napisali, jedną na próbę zamówiłam. Dwójka założycieli marki, jak się okazało, zajmuje się w zasadzie prażeniem kawy. W pewnym momencie jednak zainteresowali się kakao i zaczęli z nim eksperymentować. Na południu Tajlandii pracuje sporo farmerów kakao (o czym nie miałam pojęcia), więc z jego kupnem nie mieli problemu. Tę czekoladę zrobiono z ziaren z regionu Nakhon Si Thammarat. Efekty ponoć od razu zrobiły wrażenie na Akademii Czekolady i Paradai obsypano nagrodami. Zacnie było móc sprawdzić, czy zasłużenie.


Paradai Thai Craft Chocolate Nakhon Si Thammarat 75% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Tajlandii, z regionu Nakhon Si Thammarat.

Po otwarciu poczułam kwaśny nabiał i soczyste, mocno winne nibsy kakaowe, mieszające się z soczystymi owocami czerwonymi. Przewodziły im wiśnie, choć czułam też jakiś nieokreślony, egzotyczny splot. Zaplątała się tam słodsza, bardziej rześka pitaja i coś kwiatowego... Albo w ogóle soczyste kwiaty, np. hibiskus? Wytrawność zapewniły za to cierpko-gorzkie zioła, nieokreślone przyprawy i stare, suche drewno. Do głowy przyszedł mi jeszcze wiśniowy marcepan. Przy nim też znalazła się pewna rześkość, nasuwająca na myśl wiórki kokosowe i niedopieczone, mało słodkie kokosanki.

Mała tabliczka była bardzo twarda masywna i przy łamaniu trzaskała głośno, jakby była bardzo pełna i... nieco zawilgocona?
W ustach rozpływała się powoli i maziście. Obklejała podniebienie, dając się poznać jako gęsta i kremowo-masywna. Była bardzo tłusta i idealnie gładka. Doszła do tego soczystość, ale nie zaburzyła gęstości i konkretu. Końcowo czekolada zostawiała lekkie ściągnięcie.

W smaku pierwsze pojawiły się słodycz i wiśnie, układające się w wiśniowy marcepan. Słodko-kwaśny splot wystąpił w harmonii, jednak zaraz zaczął się rozchodzić i pokazywać swoją złożoność.

Słodycz na pewno należała do palonego karmelu, jednak takiego, któremu otoczenie dopowiada rześkość. Przełożyły się na to niemal kwiatowe owoce, np. pitaja i same rześkie, egzotyczne kwiaty. Słodka część rosła lekko, ale konsekwentnie i równo.

Kwaśność zaś rosła obok słodyczy w tym samym czasie, ale inaczej, bo skokowo. A tym samym łatwiej przyciągała uwagę Soczyste, charakterne wiśnie wsparły inne czerwone owoce, jakieś egzotyczne, niedookreślone. Rozgościła się cierpkość wiśni i... świeżych, soczystych miechunek. Miechunki na chwilę wyszły prawie na przód, po czym jednak schowały się za wiśniami.

Za tym wszystkim pojawiła się delikatna gorzkość. Ona z kolei wydała mi się wręcz leniwa. Zaserwowała trochę starego, ale jakże wonnego drewna. Pomyślałam o drewnie zbutwiałym i... porośniętym mchem? Z ukrytym, ziemistym półechem?

Gorzkość po chwili otuliły maślaność i nabiał. Przez pewien czas przechwytywał kwaśność czerwonych owoców, więc w głowie siedział mi nabiał kwaśny. Jakiś twarożek, maślanka...? Zaraz jednak zaczął nieco łagodnieć... pomógł mu chyba kokos.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa także kwiaty podchwyciły kwaśność. Oczami wyobraźni zobaczyłam hibiskusa o intensywnie czerwonym kolorze i równie intensywnym smaku.

W tle czułam do tego bardziej rześką niż maślana łagodność... Kokosa? Wiórków i miazgi z kokosa, acz ze względu na lekką, karmelową słodycz zawitały też trochę niedopieczone kokosanki.

Bukiet czerwonych owoców wciąż się lekko zmieniał. Dominowały wiśnie, ale w oddali przemknęły maliny, coś bardziej porzeczkowego... Na pewno czerwone porzeczki! A po chwili już niekoniecznie... Może jeszcze niezbyt dojrzały granat?

W gorzkości pojawiła się lekko palona nutka - może nibsy kakaowe? Acz nawet one zgarnęły trochę kwasku, podając mi go jako wręcz winny, poważniejszy motyw. Owoce zaś wydały mi się lekko... podbuzowane? Właśnie winne?

Nagle jednak na znaczeniu przybrał nabiał... a konkretniej maślaność? Maślaność bardziej orzechowa? Przyczynił się do łagodnienia kwaśności.

Owoce zaczęły się osładzać. Czułam więcej karmelu, chyba mniej jednoznaczne kwiaty... Aż kwaśność prawie zupełnie się wycofała. Wtedy wyszło na jaw, że ta maślaność to orzechy nerkowca.

Gorzkość szybko skorzystała z okazji i wybiła się jako mieszanka cierpkich ziół i przypraw. Na języku zaznaczyła się pikanteria pieprzu i gałki muszkatołowej. Dziwnie na zasadzie kontrastu nakręciły się z łagodnymi, naturalnie słodkawymi nerkowcami.

W posmaku wróciły jednak kwaśne wiśnie, acz wtłoczone w bardziej nabiałowo-maślane i nerkowcowe otoczenie, w którym sporo było pikantnawych ziół i przypraw, ale też jakby uspokajającego wszystko starego drewna. Tym razem już suchego. Pokazała się też ziemia.

Czekolada była bardzo smaczna, ale trochę za mało gorzka jak dla mnie. Potrafię jej jednak to wybaczyć ze względu na to, jak bogata i wielopłaszczyznowa była. Chociaż... aż chwilami trudno było w niej wszystko połapać. Wolałabym, by jej nuty drewna i ziół bardziej się rozwinęły. Mimo to, kwaśne wiśnie, egzotyczne owoce, soczyście-kwaśny hibiskus, porzeczkowo-miechunkowe akcenty zacnie wyszły. Dosłownie wtrącenia kokosa, ostrzejszych przypraw, nabiał i nerkowcowa końcówka uczyniły tę kompozycję bardzo złożoną. Słodycz była całkiem silna, ale zacnie wkomponowana i przełamana. W zasadzie... niewiele brakowało, a wystawiłabym 10.


ocena: 9/10
cena: 9.95 € (za 50g; około 43 zł)
kaloryczność: 615 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełny cukier trzcinowy