Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: kolendra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: kolendra. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 maja 2025

Rapunzel Sonderedition Lebkuchen Zartbitterschokolade mit Lebkuchengewürz ciemna 55 % z Boliwii i Brazylii z przyprawami korzennymi / piernikowymi

Do marki Rapunzel mam mieszane uczucia od pierwszej degustacji ich czekolady. Potencjał duży, ale strasznie słodzą. Niemniej, w górach ich czekolady się sprawdzają, więc kiedy weszły zimowe nowości, ta bardzo mnie zainteresowała. Uznałam, że będzie odpowiednia nieoznaczonego szczytu, Smrek, na który dość szybko doszłam żółtym szlakiem z Płaczliwego Rohacza. Zależało mi, by zjeść ją po.... A przed kolejną, jaką zostawiłam na zwieńczenie wyprawy. Czy miałam jakieś konkretne wyobrażenia? Nie. Bałam się tylko, by słodycz Rapunzel bez czegokolwiek do gryzienia mnie nie powaliła. 

Rapunzel Sonderedition Lebkuchen Zartbitterschokolade mit Lebkuchengewürz / Chocolat Noir aux epices de Noel to ciemna czekolada o zawartości 55% kakao z Boliwii i Brazylii z przyprawami korzennymi / piernikowymi: cynamonem, kolendrą, anyżem, koprem włoskim / fenkułem, imbirem, goździkami, gałką muszkatołową, pieprzem; edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach całej gamy ostro-goryczkowatych przypraw piernikowo-korzennych. Przewodziła gałka muszkatołowa, a tuż za nią kolendra, fenkuł, anyż i goździki. Nie brakowało też cynamonu. A to i tak nie koniec. Imbir chylił się w nieco mydlanym kierunku, acz próbowała to schować słodycz. Wychwyciłam w niej trochę kwiatów, acz stała głównie karmelem. Gorzkość czekolady była niska i znalazła się w oddali, sugerując kakaowo-czekoladowe pierniki z nadzieniem wiśniowym.

Twarda tabliczka trzaskała głośno, przy łamaniu przedstawiając się jako bardzo zbita. 
W ustach rozpływała się w tempie średnim. Robiła to łatwo, dając się poznać jako gładka i tłusta trochę jak chłodne masło. Była zbita i trochę wodnista. Z czasem pojawiła się w niej soczystość. Rosła znacząco, a końcowo i tak wyłoniło się jakby lekko suchawe wrażenie, wywołane zmielonymi przyprawami. Sporadycznie na języku czuć jakąś drobineczkę, ale nic do gryzienia.

W smaku od razu pokazała się dość silna słodycz karmelu i dosłownie sekundę-dwie później uderzyły mocne przyprawy korzenne. Dominowały pieprz i kolendra, ale i niemal przenikliwie ostre goździki pokazały, co potrafią. Gałka muszkatołowa wprowadziła gorzkość. Razem z pieprzem zadbały o jej dosadność, mimo że nie ogólnie nie była wysoka.

Za przyprawami zaznaczyła się soczystość czerwonych, kwaskawo-cierpkich owoców. 
Odnotowałam też echo... Orzechowe? 

Gorzkość bazy pokazała się i wzrosła nieznacznie. Trzymała się niskiego poziomu, zgrywając się z przyprawami. W zasadzie jakby to ona dopasowywała się do nich. Była uległa. Palony motyw w oddali tylko pobrzmiewał.

Szybko rosnąca słodycz spotkała się z imperatywnymi przyprawami. Trochę ją absorbowały i wysunęły się przed nią, dzięki czemu smakowo tak nie dawała się we znaki. W dodatku zadbały o to, by kompozycja miała ciężkawo-poważny, pieprznie piernikowy klimat. Paloność, jaką czułam, właśnie też wchodziła w taki mocno wypieczony piernik.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa z tła polała się nuta winno-wiśniowa. Soczystość umocniła się. Jako że ogólna słodycz była bardzo wysoka, do głowy przyszło mi przesłodzone, acz wciąż kwaskawe, nadzienie wiśniowe.

Nadzienie wypełniające kakaowo-czekoladowe pierniki. Były karmelowo słodkie i rozgrzewające od pikantnych przypraw i wysokości słodyczy.

Echo orzechowe z oddali zmieniło się w ukryty motyw śmietanowo-maślany, który jakby próbował zaznaczyć się jak przekaz podprogowy.

Przyprawy jednak były tak wyraziste i coraz bardziej piekące w język, że nie miało to wielkiego znaczenia. Do pieczenia dołożyła się też karmelowa słodycz. Słodyczy niby i samym przyprawom nie brakowało, ale to nie zasładzało. Goździki, cynamon, gałka muszkatołowa i kolendra wirowały na pierwszym planie. Anyż i fenkuł w zasadzie ostro wręcz chodziły. Ich splot z resztą zasugerował mi też kardamon (realnie nieobecny).

Soczystość rosła i rosła, przyłączyła się do niej słodycz i do pierników z nadzieniem wiśniowym dodała przesłodzony, mocno korzenny grzaniec wiśniowy. Owocowa nuta czekolady w przyprawach podkręciła soczysty imbir.

Po zjedzeniu został posmak anyżowo-wiśniowego grzańca i drapanie w gardle słodyczy. Czułam ciepło, pieczenie. Smakowo jednak słodycz nie męczyła ze względu na mocno piernikowe, goryczkowate przyprawy. Te wydawały się aż wgryzać w język w specyficzny, ostro-chłodnawy sposób - tu najbardziej odezwał się anyż i fenkuł, ale i echo czekolady się ostało. Przesłodzonej, piernikowo palonej i podległej im.

Czekolada miała ogromny potencjał, ale wyszła za słodko, a za mało gorzko od kakao. Baza jednak nie została zagłuszona silną korzennością. Wysoka pikanteria nie przegięła, a mnie bardzo się spodobało, że tak dobrze czuć poszczególne przyprawy i że było tu dużo różnych, a nie tylko oklepany cynamon.
Punkty poleciały za słodycz i tłusto-wodnistą konsystencję, znikanie zbyt szybko.


ocena: 8/10
kupiłam: arkanasmaku.pl
cena: 13 zł (za 80 g)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier (cukier trzcinowy pełny, cukier trzcinowy), miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, mieszanka przypraw 1% (cynamon, kolendra, anyż, koper włoski / fenkuł, imbir, goździki, gałka muszkatołowa, pieprz), wanilia Bourbon

czwartek, 22 maja 2025

Rapunzel Sonderedition Winter-Pflaume Vollmilchschokolade mit Pflaume mit winterlichen Gewürzen mleczna 36 % ze śliwkami i przyprawami korzennymi

Kupiłam tę czekoladę trochę bez przekonania, ale wiedziona ochotą na korzenne smaki. Zamawiałam na szybko jakieś czekolady w góry, bo te mi się skończyły, a pogoda wciąż pozwalała na wyjazdy. Mało tego, prognozy na dzień, na który ją wybrałam były tak słoneczne, że aż zaczęła mało pasować. A jednak... karta dnia na ten wyjazd to była akurat Zima z talii Halloween Oracle, więc może pasowała chociaż trochę
Wzięłam ją na Płaczliwy Rohacz / Placlive, mając nadzieję, że się nad jej słodyczą łzami nie zaleję. Wspięłam się na niego ze Smutnego Sedla, na które weszłam niebieskim szlakiem z Ziarskiej Doliny.

Rapunzel Sonderedition Winter-Pflaume Vollmilchschokolade mit Pflaume mit winterlichen Gewürzen / Chocolat au lait aux prunes et a la canelle to mleczna czekolada o zawartości 36% kakao z liofilizowanymi śliwkami i przyprawami korzennymi (cynamon, kolendra, imbir); edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach pełnego, naturalnego mleka, wymieszanego z mnóstwem przypraw korzennych. Na przód wybijała się kolendra, ale dobrze czuć też cynamon. Słodycz była średnio-wysoka, ale dosadna i mocno karmelowa. Przez nią w ogóle pomyślałam o jakiejś mleczno-białej czekoladzie karmelowej. Śliwek trzeba było się doszukiwać - czuć je odrobinkę gdy wąchałam spód i łamałam. Były bardzo wycofane, wręcz ukryte. Całość jawiła się jako bardzo ciepła. 

Na spodzie widać dużo kawałków śliwek, jednak w przekroju wydało mi się, że jest ich średnio dużo. Tabliczka w dotyku jakby trochę obiecywała tłustość, potencjalnie nawet kremowość. Łamała się z lekkim, nieco kruchym trzaskiem. Śliwki w większości poskrzypywały lekko, łamiąc się wraz z nią. Tylko nieliczne trochę się ciągnęły, gdy robiłam kęsa. 
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym i łatwo. Była kremowa, tłusta w pełno mleczny sposób i idealnie gładka. Bardzo rzadko odnotowałam drobinkę którejś z przypraw. 
Z czasem na języku zaznaczały się kawałki śliwek. Trzymały się jednak długo, niemal do końca, mocno zatopione, pokryte czekoladą. Nasiąkały w tym czasie, błyskawicznie robiąc się miękkimi i farfoclowymi. 
Raz na próbę spróbowałam pogryźć je obok czekolady, gdy się rozpływała. Acz w zasadzie nie dało się ich od niej oddzielić i nie miało sensu próbowanie. Z czekoladą po prostu trzeszczały i zaraz robiły się miękkie. Zostawiałam je więc na koniec. 
Kawałki śliwek gryzione na koniec były miękkie i farfoclowe. Trafiały się mniej i bardziej jędrnawe. Niektóre były miąższem, inne skórkami, a i połączenie się zdarzało. Skórki wyszły nieco bardziej twardo. Ogólnie trzeszczały i skrzypiały, zaraz przybierając na soczystości. Ta jednak nigdy nie była zbyt wysoka. Parę kawałków cechowała gąbczastość.
Do tabliczki dodano średnią, satysfakcjonującą ilość kawałków. Były tam i średnie, i małe.

W smaku pierwsze polało się intensywne, naturalne i ewidentnie pełne mleko.

Mleko mocno dosłodzone, bo i słodycz nie wahała się z nadejściem. Miała mocno karmelowy, ciepły charakter. Rosła szybko i mocno, jednak zachowała harmonię z mlekiem, przywodząc na myśl czekoladę karmelową mleczno-białą.

Ciepły wydźwięk słodyczy podkręciły przyprawy. Zaraz dodały do kompozycji korzenną ostrość, która zaadoptowała sporą część słodyczy.

Na mleczno-karmelowym tle zarysowała się kolendra. Przez pewien czas dominowała w korzennym bukiecie, a i zdarzyło jej się trochę wysunąć przed czekoladę.

Kolendrze wtórowały imbir i cynamon. Przypraw czułam bardzo dużo. Rozgrzewały, do czego dołożyła się też przesadzona już słodycz, jednak korzenność częściowo ją pochłonęła... Przerobiła na swoją modłę.

Mleka jednak nie tknęła. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o rozgrzewającym i pikantnym od przypraw mleku, mieszającym się z pobrzmiewającą karmelową czekoladą korzenną. Korzenne, ostre mleko rozgościło się na pierwszym planie, a w tle odezwało się śliwkowe echo.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady bez śliwek, nie czułam ich. Ogólnie więc nimi raczej nie przesiąkła - no może odrobinkę bezpośredniość przy kawałkach.
W większości kęsów jednak - ze śliwkami - też odzywały się nieśmiało, pełniąc marginalną funkcję.

Mogły jednak bardziej zmotywować mleko. Słodycz cały czas utrzymywała ciepło-karmelowy ton i wysoki poziom (na szczęście jednak nie zasładzała przesadnie), lecz przyprawy się zmieniły. Na prowadzenie wysunął się cynamon. Bardzo polubił się z mlekiem - mocno się związały. Końcowo kolendra i imbir zostały daleko w tyle.

Śliwki trochę się nasiliły, gdy ich kawałki bardzo się wyłoniły. Smakowały jednak różnie - raz nijako, raz bardziej śliwkowo. 

Kawałki gryzione na koniec ogólnie smakowały bardzo delikatnie. Niektóre wręcz kartonowo-mdło do tego stopnia, że nie powiedziałabym, że to śliwki (równie dobrze mogły to być jakieś zbożowe chrupki). Inne zaś oddawały zgaszony smak dużych okrągłych śliwek i śliwek z kompotu. Te, które już śliwkowo raczyły smakować, były słodkawe i kwaskawe. Niektóre wyszły jakoś jakby podkwaszono, inne bardziej świeżo.
W zasadzie było pół na pół smakujących śliwkowo, a nijakich.

Po zjedzeniu został posmak mleczno-korzenny, z pikanterią mocno zaznaczoną na języku. Z przypraw w posmaku najwyraźniej ostał się imbir. Karmelową słodycz złamała ostrość, lecz na poziomie gardła trochę dawała się we znaki. To jej jednak rozgrzewanie częściowo maskowało korzenne ciepło. Śliwki świeżawo-kompotowe czuć w przypadku kęsów, w których trafiły się śliwki smakujące śliwkami.

Czekolada ogólnie wyszła smacznie, ale śliwki mnie nie usatysfakcjonowały. Słodycz tak mocno karmelowo-mleczna pasowała do ostrych przypraw, choć nie obraziłabym się, gdyby była choć trochę niższa. Ogólnie jednak sama baza była rewelacyjna - choć słodycz tak mlecznej to nie moja bajka, doceniam wykonanie, ale... no śliwki trzeba by dopracować. Wtedy mogłaby być idealną śliwkowo-korzenną.


ocena: 8/10
kupiłam: arkanasmaku.pl
cena: 13,69 zł (za 80 g)
kaloryczność: 547 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier (pełny cukier trzcinowy, cukier trzcinowy), pełne mleko w proszku 22%, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, śliwki liofilizowane 4%, mieszanka przypraw (cynamon, kolendra, imbir), emulgator: lecytyna słonecznikowa, wanilia Bourbon

niedziela, 10 listopada 2019

Chateau Winter Mandel mleczna z migdałami, chrupkami karmelowymi, cynamonem i kolendrą

O tym, że w góry zabrałam ze sobą właśnie tę batoniko-czekoladę, a nie z ciastkami korzennymi (czyli jeszcze jeden smak, który został z tej serii) przeważyło to, że przez ten rok trafiłam na kilka kiepskich ciasteczkowo-korzennych czekolad i miałam co do tej wątpliwości, czy nie pójdzie w większości do Mamy. W góry wolałam wziąć coś pewniejszego. A migdały? Bardzo je lubię w czekoladach właściwie w każdej formie. Przy dzisiaj prezentowanej zorientowałam się, że kwietniowy (2019) wyjazd w góry wyszedł mi "pod znakiem Migdała" (3 z 5 wziętych czekolad było właśnie z nimi).
Właściwie... Nie miała otworzyć ze mną podróży, ale tak właśnie się stało. Szłam sobie do Doliny Pięciu Stawów od Wodogrzmotów Mickiewicza, trasa była ładna, aż nagle... Dosłownie pionowa ściana śniego-lodu. Tragedia, właśnie tam dowiedziałam się od kogoś, jakoby ten szlak był... zamknięty? Aha? No, ale do schroniska musiałam dojść. Gdy zaczęłam grzebać w plecaku, okazało się, że nie wzięłam raków... Postanowiłam więc męczyć się bez. Wydawało się to niemożliwe i wspinaczka po jednej ścianie trwała chyba tyle samo, co reszta trasy! W połowie, zirytowana, rozsiadłam się na pokrowcu na plecak na swoich czterech literach na śniegu uformowanym a'la krzesło i sięgnęłam po czekoladę. Chwila wyciszenia, niemyślenia o okrutnym świecie... Wybrałam najbardziej podzielną i najmniej ładną do zdjęć ze względu na formę. Wcześniej planowałam, że pierwsza będzie lepsza (wyrazistsza) jako ewentualny późniejszy zagryzacz, ale nie miałam warunków do zabezpieczenia reszty i w ogóle. Batoniki tym razem okazały się świetną opcją.

Chateau Winter Mandel to mleczna czekolada śmietankowa o zawartości 33 % kakao z kawałkami migdałów (10%), chrupkami karmelowymi* (5%), cynamonem i kolendrą; w formie batoników.
Opakowanie zawiera 11 szt. (po ok. 18,2g), czyli 200g.
Edycja limitowana, wyprodukowana przez WIHA GmbH, która pojawiła się w Aldi w listopadzie 2018 r.

*"Chrupki karmelowe" to oryginalnie "Karamell-Crisps", co i tak uważam za niejasne, bo producenci w opisach naprawdę dziwnie się wyrażają i równie dobrze mógłby to być "chrupiący karmel".

Gdy tylko rozwinęłam papierek, poczułam zapach cynamonu, zalatujący aromatem cynamonowym.

Czekoladki były dość twardawe, choć już w dotyku tłustawe. Zdziwiło mnie, że mimo dużej ilości kawałków chrupaczy, nie sprawiały wrażenia kruchych. Dodatków było dużo różnych, w różnej wielkości. Migdałów więcej dodano małych kawałków, ale też i średnich całkiem sporo. Z karmelem sytuacja ogólnie okazała się skomplikowana. To spore bryły i drobinki... dziwnie chrupiąco-trzeszczącego jak chrupki zbożowe tworu. Chwilami. A inne kawałki to w większości po prostu chrupiący, twardawy karmel, rozpuszczający się straszliwie powoli i pozostawiający... coś. Obstawiam, że to karmelizowane chrupki zbożowe i tyle.

Czekolada w ustach okazała się gęsto-kremowa. Rozpływała się ujawniając lekką proszkowość i powoli odsłaniając chrupiące dodatki.

W smaku czekolada rozpoczęła występ silnym mlekiem. Jego fala po chwili ujawniła cynamon, a słodycz szybko zaczęła rosnąć. Cynamon odebrałam jako sztuczny, ale na szczęście nie jak cola. Z czekoladą zespoił się na stałe, całościowo. Cukier wyczuwalny był jako on sam, choć i wanilia się zaznaczyła.

To jednak mleko podchodzące pod śmietankę stanowiło bazę. Mleko / śmietanka z cynamonem. Ten najpierw zaleciał aromatem, potem nasilił się naturalniejszy, słodko-ostrawy. Dopomogła mu nuta migdałów i lekko palona, które pojawiły się wraz z wyłaniającymi się dodatkami.

Migdały ewidentnie były lekko podprażone, przez co świetnie wpisały się w korzenny klimat.

Karmel jednak nie był specjalnie prażony / palony... Miał ten problem, że nawet specjalnie karmelem nie był. Wpisał się częściowo w cukier, nasilając słodycz. Z drugiej jednak strony... wprowadzał neutralny wątek kartonowych chrupek zbożowych... w dodatku w cukrze. Może właśnie to i minimalnie podprażone było, ale... smakowało dziwnie - w negatywnym sensie. Nijako.

Oba dodatki jakby próbowały przełożyć się na poczucie naturalności cynamonu, ale... średnio to wyszło. Bliżej końca, raz i drugi, minęła mi także namiastka bliżej nieokreślonej gorzkości.
Cynamon mimo że wyraźny, wyszedł łagodnie, bo wymieszany z ogromem słodkiego mleka i właśnie nie był to czysty, najprawdziwszy cynamon.

Po koniec, rozgryzając dodatki czułam wyrazisty smak migdałów i lekko palony cukier. Przy migdałach epizodycznie pojawiała się lekka gorzkość - albo ich skórka albo coś bardziej korzennego? Kolendry nie obstawiam.

W posmaku pozostał cynamon, znów także cynamonowa sztuczność i przesłodzenie osadzone w mocno śmietankowo-mlecznych, trochę waniliowych realiach.

Nie podobał mi się tu podrabiany karmel, nie podobało mi się to, jak aromatem zalatywał cynamon. Brak kolendry mogłabym wybaczyć, gdyby nie dwa powyższe czynniki, przez które ogólnie coś nie grało. One sprawiły, że po jednej czekoladce wcale nie miałam ochoty sięgnąć po kolejną. Nie smakowały mi. Po prostu. Co z tego, że dobre migdały, niezła czekolada z cynamonem, który chwilami smakował, jak trzeba, skoro chwilami wyłaziły te czynniki... udające coś innego? Podrabiany karmel, podrabiany cynamon... tego jeszcze nie było.
To, co wróciło z gór, trafiło do Mamy. Ona nawet nie umiała sprecyzować, co jej w tym nie leżało, ale jej też nie smakowało.


ocena: 4/10
kupiłam: Aldi
cena: 6,99 zł (za 200g)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g; sztuka - 101 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku 13,5%, migdały, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku 4,7%, produkt z serwatki, mąka ryżowa, laktoza, białko pszenne, olej słonecznikowy, lecytyna sojowa, aromat, ekstrakt z cynamonu, karmel, słód pszenny, sól, ekstrakt waniliowy, ekstrakt z kolendry

poniedziałek, 18 lutego 2019

Lindt Hello Cinnamon Buns mleczna z orzechowym kremem, kawałkami ciastek oraz cynamonem i kolendrą

Nie wiem, jak to jest, że pewne smaki lubię teoretycznie. Lubię ich nuty w czekoladach, ale gdy przychodzi mi daną rzecz zjeść w rzeczywistości, coś mi nie pasuje. Podobnie chyba jest z tym, że podoba mi się zamysł na coś. Niekoniecznie chcę coś takiego zjeść, ale jak jest oryginalne, to jakoś mnie cieszy. Cinnamon roll uważam za twory bardzo specyficzne i fajne, mimo że nie w moim stylu i nie mam ochoty jeść takich rzeczy. Na Lindta stylizowanego na coś takiego jednak ochotę miałam sporą. Uznałam, że pewnie będzie bardziej mleczno-cynamonowy, na zasadzie jak słodycze tiramisu czy creme brulee też z tymi deserami zazwyczaj mają niewiele wspólnego. Jednak cynamonowo-mleczna czekolada brzmi smacznie, prawda?

Lindt Hello, Nice to Sweet You Cinnamon Buns to mleczna czekolada z orzechowym kremem (36%), kawałkami ciastek (2%) oraz cynamonem i kolendrą (stylizowana na cynamonową bułkę "cinnamon roll").
Edycja limitowana na zimę 2018.

Już w trakcie otwierania z zaskoczeniem odnotowałam intensywny zapach, jednoznacznie kojarzący się ze... słodką, "ciastową" bułką orzechowo-cynamonową do granic możliwości. W wyobraźni przeniosłam się do zacnej piekarni z pieczonymi, cynamonowymi różnościami.

Przy łamaniu czekolada lekko trzaskała, a przy robieniu kęsa, kostka nie zapadała się ani nic. Wydała mi się twardawa, zwarta.
Każda kostka skrywała dużo dość tłustego kremu z zatopionymi większymi i mniejszymi kawałkami ciastek.
W ustach czekolada rozpływała się błogo, zalepiająco tłusto-kremowo i spójnie z kremem, który odróżniał się od niej silniejszą tłustością. Również był gęsty, ale mniej zalepiający, a bardziej oleiście-mleczny i typowo nugatowy. Jak dla mnie jego tłustość za nadto osadzała się na ustach i trochę mi przeszkadzała, mimo że nie była złej jakości.
Ciasteczka nieco ją rozbijały. Były chrupiące i suche, ale nie twarde, a świeże i całkiem w porządku. Długo im zajęło, by zaczęły się rozchodzić (robiły to średnio mięknąc), co dla mnie było wadą, bo wolałabym, by miękły i rozpływały się łatwiej. Część gryzłam w trakcie "obok czekolady", część na koniec i w sumie wyszło nieźle.

W smaku sama czekolada przywitała mnie silną słodyczą i ogromem mleka, któremu wtórowała nutka kakao i korzenność, którą ewidentnie przesiąkła. Mleczność rosła, ale słodycz szybko ją wyprzedziła.

Właśnie słodycz umożliwiła wyłonienie się nadzieniu. Ono bowiem jeszcze bardziej ją podbiło w mleczno-nugatowym kontekście.
Obok wciąż kręciła się korzenność. Gdy czekolada odsłoniła wnętrze, cynamon zagrał bardzo wyraźnie. Mieszał się ze słodyczą, pikanteria puszczała oczko.

Bardziej niż pikantność, do głowy przyszła mi "korzenna pieczoność". Poczułam wyraźnie ciastowo-bułkowato-ciasteczkowy motyw... Po prostu motyw jakiegoś wypieku. Ogólna korzenność splotła się z nugatowym smakiem. Orzechy laskowe miały łagodny, acz wyraźny charakter, bardzo związany z prażono-pieczonym smakiem.

Nugatowo-cynamonowe smaki opierały się na przesadnej słodyczy, ale gdy wreszcie odezwały się pierwsze rozgryzane ciastka, na znaczeniu przybrał bułkowato-ciastkowy motyw. Ciasteczka okazały się bardzo delikatne i neutralnie-pszeniczne, niby "słodziuteńkie", ale zarazem rozbijające słodycz. Wnosiły wyraźny, pieczony smak i odrobinkę soli (także pewną sodowość). Nie odebrałam ich jako stricte ciastka korzenne.

Cynamon zespojony ze słodyczą też rósł, aż w pewnym momencie wydał mi się przerysowany, sztucznawy. Korzenna goryczka kolendry podkreślona namiastką kakao jednak co i raz zawracały go na czysto-cynamonową, charakterniejszą i prawie ostrawą, drogę.

Końcówka była właśnie bardziej korzenno-wyrazista, ale też bardzo mleczna. Wróciła mleczna czekolada i nugatowe przesłodzenie.

Posmak należał do cynamonu, za słodkiego i oleistego nugatu oraz skojarzeń z cynamonowym wypiekiem, bułką lub mało korzennymi ciastkami w towarzystwie mleka.

Mam mieszane uczucia co do tej czekolady. Była zasładzająco-tłusta (co trochę mi przeszkadzało) i mocno cynamonowa, czyli właśnie taka, jaka jest typowa cinnamon roll. Ogólnie może się właśnie tak kojarzyć poprzez "pieczony" klimat mieszaniny ni bułek, ni ciastek (pewnie podrasowano to aromatami). Zaskoczyła mnie, i to pozytywnie, jej nugatowość zbudowana na orzechach laskowych. Smakowicie mieszały się z cynamonem i mleczną czekoladą. Ciasteczka to obiektywnie świetny pomysł, ale ja wolałabym, żeby zamiast tak zacnie chrupać, miękły (byłoby to bardziej bułkowate).
Korzenność stała na dobrym poziomie, acz niepotrzebne były te wybiegi do sztuczności.

Mimo zasłodzenia i całej tłustości (podkreślam, że była to nugatowo-mleczna tłustość) nie odebrałam jej jako cukrowo-ulepkowatej. Mimo wad, to smaczna, korzenno-nugatowa, "wypiekowa" propozycja, którą warto spróbować.


ocena: 8/10
kupiłam: ktoś mi kupił "na zlecenie" w Niemczech
cena: 8 zł
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, orzechy laskowe (8%), dekstroza, olej palmowy, odtłuszczone mleko w proszku, mąka pszenna, emulgatory (lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa), sól, aromaty, środek spulchniający (wodorowęglan amonu, wodorowęglan sodu), syrop glukozowo-fruktozowy, cynamon, wanilia, kolendra

czwartek, 7 czerwca 2018

Pacari Chile ciemna 60 % z Ekwadoru z chili, kolendrą i solą

Uszczuplając trochę swoje zapasy boskich J.D. Grossów z chili (wyjadając je) oraz nie czując satysfakcji po pierwszej spróbowanej czekoladzie z chili Stainer (75 % Peperoncino Piccante Medio), poczułam wzmożoną chęć na Pacari z chili. Tej marce ufam, więc miała mi wynagrodzić rozczarowanie Stainerem, a chciałam coś przynajmniej równie chili-smacznego, co J.D. Gross. Co więcej, ciekawiło mnie, jak z tym dodatkiem wyjdzie specyficznie kwiatowe ekwadorskie kakao.

Pacari Chile to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru z chili (ekwadorskie aji), kolendrą i solą.

Po otwarciu dobiegł mnie słodki zapach kwiatów, subtelnego karmelu (może w towarzystwie kawy?) o ciepłym wydźwięku, ale i sporo niemal surowej soczystości. To taka ziemisto-cytrusowa soczystość, podkręcona czymś pikantniejszym i sprawiająca, że chwilami karmel podchodził pod charakterny miód. Mimo to, można powiedzieć, że na tym etapie chili ukrywało się.

Twarda i ciemna tabliczka trzaskała ujawniając ziarnisty przekrój. W ustach jednak wydawała się pylista, a nie ziarnista. Rozpływała się w średnim tempie, nietłusto, a w sposób... lepiąco-soczyście-trochęwodnisty (pasujący do jednej z nut).

W chwili robienia kęsa poczułam stonowane, słodkie połączenie karmelu i rześkich kwiatów, ewidentnie róż. Nawet nie zdążyłam sformułować myśli, że chili nie ujawniło się, ledwo przełknęłam ślinę, a poczułam pieczenie w gardle.

Nie zaburzyło jednak rozwijania się smaku w ustach. Tu zrobiło się bowiem delikatnie, niemal słodziutko. Karmel - taki wręcz umleczniony i... umiodowiony (?), słodkie, dobre jakościowo karmelki i cały ogrom niemal "perfumowych" róż.

Róże te były zarówno ciężko-perfumowe (takie bardzo pasowały do narastającej w gardle pikanterii), jak i specyficznie rześkie, do której to rześkości po chwili dobiegła soczystość. Poczułam orzeźwienie, i właściwie domyśliłam się, że to sprawka odrobinki soli. Podsyciła co nieco, bo słono nie było, lecz mimo to także jakoś się zaznaczała.

Wszystko to przełożyło się na taką wizję: letnie popołudnie, wyperfumowane cioteczki siedzące na werandzie wśród róż, popijające orzeźwiającą lemoniadę i częstujące się karmelowo-śmietankowymi cukierkami. Za ich plecami, za domem nadciągała jednak pikantna kolendro-chili burza.

Czekolada dawała w końcu upust mocniejszemu kakao (czyżby sól je podkreśliła?), ujawniającym się w soczyście ziemistych, trochę cytrusowych (skojarzenia z zacną, domową lemoniadą nakręca tu struktura), nutach. Nie było kwaśno, kojarzyło mi się bardziej z nibsami, pojawiła się też jakby surowość kakao. Zaplątał się także "cieplejszy", ziemiście-kawowy wątek.
Ziemia i gorzkość zostały podbudowane pikanterią, która w gardle już się nie mieściła i przenikała do kompozycji. Połączenie kolendry i chili wydało mi się niemal pieprzne.
Ostrość wniosła na piedestał gorzkawo-konkretniejszy smak przypraw. Nie smak samego chili, a właśnie chili i kolendry - taki "poważniejszy". Na końcówce ostrość wyczuwalna w gardle była bardzo mocna, a smak czekolady w ustach bardzo wyrazisty, podkreślony smakiem dodatków.

Czekoladowośc właśnie, taka surowo-wyrazista, lekko cytrusowa, a jedynie ze wspomnieniem słodyczy pozostawała w posmaku wraz ze smaczkiem kolendry i chili oraz poczuciem ciepła.

Czekolada wyszła bardzo kontrastowo i po prostu przepysznie, zjawiskowo. Było w niej coś niemal groteskowego: cała ta różaność, karmelowo-miodowa słodycz i charakterna ostrość przypraw, tak cudownie podkreślone soczystą solą, splątaną z cytrusowo-ziemistymi nutami. Przemyślana, gdyż nic niczego nie tłumiło. Wszelkie słodkie nuty miały taki wydźwięk, że czekolada ani przez sekundę nie wydała mi się za słodka. Nawet konsystencja idealnie zgrywała się ze smakiem.
Trafiła na listę moich trzech ulubionych czekolad z chili, razem z Vosges Super Dark 72 % Guajillo & Chipotle Chili i J.D. Gross Ekwador 56 % ciemna z płatkami chili, choć była tak złożona, że w sumie trudno jakkolwiek ją porównać do innych czekolad z chili.


ocena: 10/10
kupiłam: pralineria Neuhaus (za czyimś pośrednictwem - dziękuję!)
cena: 19 zł
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: ziarno kakao 55,70%, cukier trzcinowy 40%, tłuszcz kakaowy 4%, lecytyna słonecznikowa 0,2%, chili 0,1%, kolendra, sól

niedziela, 24 stycznia 2016

Zotter Goji Berries in Sesame Nougat sojowa 40% z sezamowym nugatem, kremem z zielonej herbaty oraz jagodami goji i kolendrą

Wiecie, ten Zotter spłatał całkiem ładnego psikusa jednej "dietetycznej" czekoladzie, która przypadkiem do mnie trafiła (recenzja już jutro), bo... została spróbowana dzień później, hihi. O co chodzi? Cierpliwości! Jutro (i po przeczytaniu dzisiejszego postu) będziecie mieli pełen obraz wydarzeń.
Na razie zajmijmy się czymś bezpośrednio dotyczącego tej tabliczki i mojego zdania na temat poszczególnych dodatków. Jestem niezwykle ciekawa sojowych kombinacji Zottera, bo soja to według mnie roślina bardzo ciekawa, mimo że do wegetarianki i zastępowania nią białka mięsnego, mi daleko.
Zielona herbata? Dzień bez takowej to dla mnie dzień stracony. Ogromna ilość liści, żeby poczuć ich goryczkę... coś cudownego.
Sezam? W każdej postaci. Wiem, że niektórzy z Was na samą myśl o chałwie pewnie się wykrzywiają, ale... ja chałwę bardzo lubię, zwłaszcza taką domową.
A jagody goji? O nich to swego czasu było głośno! Lubicie? Ja kiedyś z ciekawości kupiłam i... w sumie mi smakowały, ale nie wiedziałam z czym je jeść. Perspektywa jedzenia samych suszków (dotyczy to wszystkich rodzynek itp.) nie wydaje mi sie zbyt kusząca, w owsiankach takich rzeczy nie lubię, a tak to... wyobraźni mi zabrakło. Na szczęście, Zotterowi nie.


Zotter Goji Berries in Sesame Nougat to czekolada sojowa o 40 %-owej zawartości kakao z sezamowym nugatem, kremem z zielonej herbaty oraz jagodami goji i kolendrą.

Sama nie wiem dlaczego, ale opakowanie niezwykle mi się podoba. Niby nie są to moje ulubione kolory czy coś, ale... trafiło do mnie! Nie zmienia to jednak faktu, że o wiele bardziej interesowało mnie to, co znajdowało się w środku: tabliczka ukryta w złotym papierku.
Kiedy go rozwinęłam, zobaczyłam brązową czekoladę, której kolor znowu trochę mnie zdziwił. Był to nieco szarawo-rudawy odcień równie niezbyt intensywny co w Ayurverdic Relaxation Treatment, co mnie tym razem ani trochę nie zraziło. 
Kakaowo-orzechowy zapach z nutami sezamu, podkręcony przez waniliową słodycz i akcent bliżej nieokreślonych, ale przyjemnych przypraw, zachęcał do przełamania.
Czekolada okazała się twarda i... mająca naprawdę niezwykłe wnętrze! 

Czekolada, tak jak we wspomnianej już tabliczce, jest rewelacyjna: orzechowa o lekko roślinnym zabarwieniu i wyraziście kakaowa (chyba soja po prostu dodatkowo wydobywa zalety kakao), udekorowana lekką słodyczą. Zdecydowanie nie jest przesłodzona; ma miły akcent wanilii i lekko przesiąkła wnętrzem. 
Wydała mi się nieco proszkowa, co po chwili przeszło w tłustawą kremowość. Tłuszcz kakaowy robi swoje!

Przegryzając się przez całość z początku dominuje orzechowo-kakaowy smak, do którego w końcu dociera smak kremu typu ganasz z zielonej herbaty. Jest on dość subtelny, aczkolwiek bardzo wyraźny. Dość zbity i zarówno lekki krem rozpuszcza się gładko, przy czym rozchodzi się lekko cierpki herbaciany smak, okraszony kolendrą. Jeśli chcemy tu mówić o słodyczy, to... prawie w ogóle jej tu nie ma. Nugat spróbowany osobno, wydaje się może minimalnie słodszy i delikatniejszy. 
Mimo wyrazistości smaku, wolałabym, aby ta cierpkość herbaty była jeszcze silniejsza. 

Dalej przechodzimy do sezamowego nugatu, w którym nie brakuje całych ziarenek. Ta warstwa jest bardziej zbita i nieco tylko przemielona. Rozchodzi się trochę topornie, grudkowo. Przypomina... odrobinę gumowatą domową chałwę. Odrobina słodyczy wydaje się pochodzić także bezpośrednio z sezamu, a potem jakby wiązać się ze słodkawymi nutami, które w tej tabliczce są bardzo subtelne. Nie ma tu goryczki sezamu, czego trochę mi brak. Wydaje mi się, że na jej miejsce próbowały wejść przyprawy, których tu nie mogłam bliżej określić. Mieszanina kolendry, cynamonu - ale jedynie malutka szczypta.
Ostatnim dodatkiem są jagody goji, które zaskoczyły mnie swoją... soczystością. Tak, wydają się być świeżymi owocami, których smak delikatnie dopełnia tej minimalnie słodkiej i nie całkiem cierpkiej kompozycji. Te są lekko tylko cierpkie i dość miękkie. Ich smak nie jest tak ordynarny, jak to zapamiętałam z czasów, gdy kupiłam sobie paczkę suszonych jagód goji.

Całość jest dość... niezwykła. Smak tej czekolady mógłby być synonimem słowa "subtelność". Smaki kręcą się wokół pewnej goryczkowatości i słodkawości, jednak żaden z tych smaków nie jest "pełny". 

Delikatna zielona herbata, sezam, którego smaku nikt nie próbował przesadnie podkręcać, jagody i szczypta przypraw... to wszystko otoczone dobrą, nieprzesłodzoną, czekoladą o ciekawych nutach.
Nie pogardziłabym silniejszą ordynarnością smaków (może tylko słodyczy nie chciałabym silniejszej), ale tą czekoladą jestem zachwycona. 


ocena: 9/10
kupiłam: zamówiłam u dystrybutora
cena: 16 zł
kaloryczność: 486 kcal / 100 g
czy kupię znów: z chęcią bym do niej wróciła

Składniki: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, proszek sojowy (soja, maltodekstryna, syrop kukurydziany), sezam (12%), masa kakaowa, jagody goji (9%), syrop fruktozowo-glukozowy, olej sezamowy (1%), zielona herbata w proszku, sól, lecytyna sojowa, kolendra, wanilia, anyż, cynamon

Aktualizacja: Jeju, przepraszam! Pomyliła mi się kolejność wpisów i wybaczcie, ale jutro nie będzie czekolady ze wstępu, bo... mam prawie cały miesiąc recenzji już zaplanowany. Zdradzę tylko, że to Belgian, żeby Wam jakoś wynagrodzić te zarzucenie tajemnicy.

środa, 20 stycznia 2016

Lindt Weihnachts-Mandel mleczna z kremem z orzechów laskowych, prażonymi migdałami oraz cynamonem i kolendrą

Kiedy mam przed sobą serię czekolad do spróbowania, tą, która ma zadatki na bycie najlepszą, zostawiam sobie na sam koniec.
Tak było także w przypadku świątecznej linii Lindt'ów. Po dość długiej przerwie sięgnęłam po ostatnią tabliczkę, licząc, że chociaż ona trafi w pełni w mój gust.
Ciemna z kremem czekoladowym i przyprawami okazała się smaczna, ale nudna i prawie pozbawiona smaku przypraw, a mleczna z kremem orzechowym i przyprawami - przyjemna, ale także nie porywająca. Czy jeden składnik może wiele zmienić?


Lindt Weihnachts-Mandel to mleczna czekolada z kremem z orzechów laskowych, prażonymi migdałami oraz cynamonem i kolendrą (a dokładniej ekstraktem z tych przypraw). 

Opakowanie podoba mi się najmniej z całej trójki, a forma czekolady... beczułko-kapsułki? Jak najbardziej - mimo że uwielbiam tradycyjne kostki, te wydają mi się... urocze i wręcz stworzone po to, aby w każdej z nich został umieszczony cały migdał.

Gdy tylko zabrałam się za rozrywanie sreberka, poczułam smakowity zapach mleka, kakao z ogromem orzechów laskowych i ciepłą nutką przypraw korzennych. Na tyle delikatną, by nie móc sprecyzować, jakie dokładniej, a na tyle silną, by zachęcić do jak najszybszego połamania na kostki i spróbowania.

Najpierw odgryzłam kawałeczek samej czekolady (kostka wydaje się być po to stworzona!) - oj tak, cudowny, mleczny Lindt. Jednak to wnętrze ciekawiło mnie bardziej.
Umieściłam kostkę w ustach i znów poczułam ten wspaniały smak, rozchodzący się od mleczno-kakaowo (mam na myśli tłuszcz kakaowy) tłustej, zaklejająco-bagienkowatej czekolady: silna słodycz, nieodłącznie stojąca przy wyrazistym smaku pełnego mleka z akcentem kakao w tle. 
Po chwili zaczyna do tego dochodzić smak orzechów laskowych, a czekolada ujawnia gładki i orzechowo tłusty krem, o dość zbitej konsystencji. Motyw przewodni grają tu orzechy laskowe; nie czuć tu żadnego innego tłuszczu. W smaku również to one są tu podstawą. 
Słodycz jest silna, ale... wydała mi się nawet nieco słabsza niż ta samej czekolady.
Całość przekłada się na wrażenie dobrego orzechowo-czekoladowego kremu, w którym znalazła się szczypta przypraw korzennych.
Dodają one swoistego "ciepła" tej czekoladzie. Nie są zbyt silne, to dosłownie szczypta, ale bez problemu wyczułam cynamon, który wydał mi się wydobyty za sprawą mleka.
Wreszcie rozgryzam migdał, znajdujący się w centrum kostki. Bardzo chrupiący, silnie uprażony - to po prostu czuć. Teraz jego smak wybił się ponad wszystko inne, a potem wkomponował się w gotową już kompozycję. Przy tym migdale właśnie jakby nasilił się akcent przypraw: w tle mignęła także kolendra, jednak przez chwilę. Całość zamyka cudowna słodycz.

Ta czekolada była przepyszna! Zdecydowanie najlepsza z całej trójki. Słodka i bardzo mleczna czekolada, cudowny, wyrazisty krem orzechowy, subtelne przyprawy (głównie cynamon) i doskonałe migdały. Wydaje mi się, że przyprawy ujawniły się głównie za sprawą migdałów; zostały przez nie dobrze wydobyte. Słodycz ich nie zagłusza, mimo że jest dość silna - to pewnie właśnie migdały ją aż tak skutecznie przełamują i otwierają drogę dla innych szczegółów. 

Dlaczego nie 10? Była przepyszna, ale osobiście wolę silne i ordynarne smaki, więc subtelne kompozycje po prostu mają u mnie trudniej, jeśli o ocenę chodzi. ;)


ocena: 9/10
kupiłam: Allegro
cena: 18 zł (chyba)
kaloryczność: 593 kcal / 100 g
czy znów kupię: chciałabym

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, migdały (9%), masa kakaowa, orzechy laskowe (8%), glukoza, olej palmowy, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, aromaty, ekstrakt z przypraw

czwartek, 24 grudnia 2015

Zotter Ayurverdic Relaxation Treatment sojowa 40 % z sezamowym nugatem i sojowo-czekoladowym ganaszem z daktylami, imbirem, kardamonem, kolendrą, cynamonem i anyżem

Jak już pisałam przy okazji Zotter Namaste India, nigdy specjalnie nie interesowałam się Indiami, ale zawsze na swój sposób mnie kręciły. Odkąd na Alasce zatrzymałam się w bed&breakfast Good Karma Inn, w ogóle obudził się we mnie dziwny sentyment do takich klimatów, zwłaszcza do wierzeń. Nie spotkałam jeszcze religii, która by mi odpowiadała, ale wiara w karmę jest co najmniej ciekawa.
Ajurwerda jest systemem medycznym, zajmującym się zarówno zdrowiem fizycznym, psychicznym jak i duchowym. Znajdzie się w nim coś na różnego rodzaju choroby, bóle, także te wywołane przez złe duchy, ale również co nieco o odmładzaniu i afrodyzjakach. Wszechstronnie, prawda?
Na czekoladową ajurwerdyjską sesją nie trzeba mnie zbyt długo namawiać.

Zotter Ayurverdic Relaxation Treatment, czyli "niezwykle uzdrawiająca" czekolada sojowa, o zawartości 40 % kakao, z sezamowym nugatem, imbirem i daktylami oraz "mlecznym" sezamowo-sojowo-czekoladowym ganaszem z kardamonem, kolendrą, cynamonem i anyżem.
Nie miałam jeszcze okazji spróbować Labooko sojowej & ryżowej, więc to, że wszystko jest tu sojowe, ciekawi mnie podwójnie. Z daktylami w czekoladzie spotkałam się już przy okazji Zotter Arabian Dates, ale... tamta tabliczka była po prostu smaczna. Od tej oczekiwałam znacznie więcej.


Kiedy otworzyłam złoty papierek, zobaczyłam jasnobrązową tabliczkę, która co prawda miała mniej intensywny kolor, niż spodziewałam się po 40%-owym Zotterze, ale pachniała naprawdę urzekająco.

Siła kakao, otulona słodyczą, sezamowo-orzechową nutą i jakby odrobinką alkoholu.
Przełamałam taflę czekolady i poczułam korzenną woń.

Zaczęłam od oddzielenia odrobiny grubej warstwy czekolady. Bałam się tej sojowej czekolady po ryżowo-kokosowej z nutami taniej, mydlanej czekolady. Niemal natychmiast wszelkie obawy mnie opuściły.

Poczułam wyraziście kakaowo-orzechowy smak z charakterystyczną nutką soi, jaką czuć także w mleku sojowym. Czekolada jest odrobinę słodka, co jeszcze bardziej napędza tę orzechowość i posmak soi, wraz z leciutką cierpkością. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że muszę jak najprędzej zamówić sojowe Labooko.

Następnie przeszłam do nadzienia, jak widać, na dole jest cienka, bardziej biała warstwa i tą ją spróbowałam oddzielić najpierw. Jest wyraziście sezamkowo-chałwowa, bardzo słodka, ale to sezam jest tu na pierwszym miejscu. Całe ziarenka sezamu doskonale to wszystko podkreślają.To było boskie!
Przeszłam do tej drugiej części. W niej zatopiono sporo daktyli i dużych kawałków kandyzowanego imbiru. Bakalie te są soczyste, z charakterystycznym, w pełni zachowanym smakiem. Daktyle napędzają słodycz, ich skórka jest lekko miękka, a środek soczyście miąszysty, a imbir ma konsystencję soczyście miękko szeleszczących kostek. Jest słodko-ostry. Pycha!

Samo nadzienie ma bardzo słodki, również sezamowy smak. Słodycz ma tu lekko waniliowy charakter, ale też jest po prostu sezamowa. Nie ma tu mowy o goryczce.
Jest trochę tłusto-gumowata, w maślanym kontekście. Są tu także smakowo maślane nuty, razem z takim lekko czekoladowym zabarwieniem. Ogólnie ta warstwa sama w sobie byłaby dość nijaka, gdyby nie korzenne przyprawy, królujące w niej. Na pierwszym miejscu stoi imbir, ostry i wzmocniony za sprawą kawałków imbiru.
Równie wyraziście czuć ciężki, jakby wręcz dymny, kardamon i kolendrę; cynamonową słodko-ostrość już nieco mniej, co jednak nie zmienia faktu, że także sporo wnosi.
Ostatnim elementem, który mnie tu urzekł, a niektórych może odstraszyć, jest anyż. Nie jest to akcent ordynarny, osobiście odebrałam go jako podkreślający całość, ale to, że on tam jest, wyczuje każdy.

Te właśnie przyprawy nadają bieg smakowi nadzienia i cudnie komponują się ze smakami sezamowymi i całymi bakaliami. Doskonała orzechowa w smaku czekolada dopełnia "orientalność" całości i jak gdyby jeszcze bardziej napędza pikanterię i słodycz sezamu. Zwariowałam na punkcie tej czekolady, chociaż przyznam, liczyłam, że znajdzie się tu coś jeszcze bardziej chałwowego.


ocena: 10/10
kupiłam: zamówiłam u dystrybutora
cena: 16 zł
kaloryczność: 457 kcal / 100 g
czy kupię znów: z chęcią do niej wrócę

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, proszek sojowy (soja, maltodekstryna, syrop kukurydziany, masa kakaowa, sezam (9%), imbir (6%), daktyle (6%), syrop fruktozowo-glukozowy, olej sezamowy, cynamon, sól, lecytyna sojowa, kardamon, kolendra, wanilia, anyż

sobota, 19 grudnia 2015

Lindt Weihnachts-Chocolade mleczna z kremem orzechowym, cynamonem i kolendrą

Wiecie, że przy każdej kupionej czekoladzie mam teraz wyrzuty sumienia? Zgadnie ktoś, zanim doczyta dalej, dlaczego? Nie, nie chodzi o wagę, o pieniądze... nic z tych rzeczy. Czuję się po prostu jakbym kupowała ciągle o wiele więcej czekolad, niż jestem w stanie zjeść. To z kolei poniekąd prawda, bo... nie należę do osób, na których głód działa pogoda. Nie zaczynam obżerać się zimą, ani nie jem mniej niż zwykle podczas upałów. Właściwie, pogoda w ogóle nie robi na mnie wrażenia. Ludzie poznają jesień po tym, że ubierają się w coraz cieplejsze ubrania, a na dworze jest mokro, szaro, a ja? Ja chyba po tym, że moja kuchnia już dosłownie permamentnie przesiąkła aromatem korzennych przypraw i dynią. Gdyby nie brak czasu i lenistwo w czasie wolnym, pewnie cały czas siedziałabym w kuchni z dynią, albo chociaż piekarnik ciągle by chodził włączony.
Tutaj dochodzimy do momentu, w którym stwierdzam... że byłabym świetnym politykiem. Długa przemowa, wstęp, tak naprawdę o niczym. Przejdźmy więc do czegoś, właściwie nawet na temat, także jesiennego (albo już nawet zimowego) z jednymi z bardzo cenionych przeze mnie przypraw.

To druga z trzech tabliczek, które zakupiłam na allegro, o czym pisałam już przy wariancie z ciemną czekoladą. Lindt Weihnachts-Chocolade czekolada mleczna z kremem z orzechów laskowych (44%) z cynamonem i kolendrą. Znów wspomnę, że zakochałam się w opakowaniach tej serii i to także sobie zatrzymam.


Po rozerwaniu sreberka, ujrzałam czekoladę podzieloną w inny, niż zazwyczaj sposób. Wypukłe kostki były bardziej okrągłe, beczułkowate, niż kapsułkowate, ale... w ogólnym rozrachunku, to nie miało znaczenia. Liczył się zapach. A ten zaskoczył mnie... swoją delikatnością. Spodziewałam się korzennej bomby, a przywitała mnie dobra mleczna czekolada z akcentem kakao, silnym motywem orzechów laskowych i szczyptą kolendry i, mniejszą szczyptą, cynamonu. 

Połamałam na kostki i spróbowałam samej czekolady. Jak zwykle poczułam silny smak świeżego, tłustego mleka, otoczony w pełni przyjemną słodyczą, z drobną sugestią kakao. Jest tłusta, jednak, jak zawsze w przypadku Lindt'a, w kontekście pozytywnym. Nie będę się po raz kolejny o Lindt'cie rozpisywać, ale dodam jeszcze, że sama czekolada wydała mi się minimalnie mniej słodka, niż alkoholowa seria czy linia Creation.

We wnętrzu każdej kostki znajduje się duża ilość kremu z orzechów laskowych. Jest on zbity, ale ma w sobie coś po prostu kremowego. Był tłusto-gładki (nie było tu mowy o "niedomielonych" kawałkach orzechów), momentami sprawiał wrażenie wręcz oleistego, ale jako, że pierwsze skrzypce grały tu właśnie orzechy laskowe, odebrałam całość jako smakowity kąsek (w końcu orzechy same w sobie są tłuste). Krem był słodkawy, choć nie było to typowo zasłodzone pralinowe nadzienie. Czułam w nim jeszcze maślaną-mleczność i, oczywiście, przyprawy korzenne.
A dokładniej kolendrę i cynamon. Momentami kolendra wydawała mi się łatwiejsza do wyodrębnienia. Ten jej charakterystyczny, słodkawy smak, łącząc się z, także słodkim, charakterkiem cynamonu tworzyły ciepłą, stonowaną kompozycję o dość wyraźnym i zarazem subtelnym smaku. Nie była to korzenna ostrość, tylko taki lekki i smaczny motyw. 

Nadzienie bardzo dobrze łączyło się z samą czekoladą. O tym, że orzechowy krem i czekolada świetnie się komponują, byłam przekonana już wcześniej, a fakt, że nawet mały dodatek kolendry i cynamonu, diametralnie zmienia wydźwięk czekolady, ta tabliczka tylko potwierdza.
Jest zrównoważona i przystępna. Mimo tego, że jest słodka, nie jest przesłodzona.
Bądź co bądź, nawet niewielka ilość tych przypraw, wpływa na ten właśnie lekko rozgrzewający charakterek korzenności. 
Czekolada smakowała mi, strasznie się cieszę, że mogłam ją spróbować i nie żałuję żadnego wydanego na nią grosza, ale nie była na tyle rewelacyjna, powalająca, bym miała do niej wrócić. Ta była po prostu ciekawsza od ciemnej. Wiele bym dała, by krem z niej przenieść do wersji ciemnej.


ocena: 8/10
kupiłam: allegro
cena: 17.99 zł
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, masło kakaowe, orzechy laskowe (10%), pełne mleko w proszku, masa kakaowa, glukoza, olej palmowy, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, słód jęczmienny, aromaty, ekstrakt z przypraw