Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: mięta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: mięta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 września 2026

Zotter Hibiscus + Mint / Zotter Hibiskus + Mint ciemna 70 % z kremem z białej czekolady z miętą i hibiskusowym kremem z mleka, nugatu migdałowego i białej czekolady z solą i cytryną

Kiedy weszły nowości Zottera na jesień 2025 dziś prezentowana była jedną z tych tabliczek, która z łatwością przyciągnęła mój wzrok. We wcześniejszych latach wszystkie miętowe Zottery mnie zachwycały. Niestety, pech chciał, że najpierw spróbowałam Zotter Elderflower / Marzipan / Mint // Holunderbluten / Marzipan / Minze i straciłam nadzieję, że dziś prezentowana będzie porządniej miętowa.


Zotter Hibiscus + Mint / Zotter Hibiskus + Mint to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana (30%) kremem na bazie białej czekolady z miętą pieprzową i (30%) kremem "ganache" z mleka, w którym rozpuszczono sproszkowanego hibiskusa, praliny /nugatu migdałowego i białej czekolady z cytryną i solą.

Po otwarciu poczułam zapach, który skojarzył mi się z szlachetniejszymi czekoladkami miętowymi: pastylkami Goplany i After Eight, a więc łączący w sobie sporo chłodnej mięty prosto ze słodkiego kremu z ciemną czekoladą. Ta miała charakter wyraźnie gorzki, palony i trochę chlebowy. Powiedziałabym, że w oddali pobrzmiewały migdały - trudno powiedzieć, czy z czekolady, czy z nadzień. Mięta wydawała się lekko likierowa, olejkowa, ale nie nachalnie czy sztucznie. W tym wszystkim zaplątała się lekka nuta mleczna. Nasiliła się po przełamaniu wraz z delikatnym kwaskiem.

Tabliczka w dotyku wydawała się twarda i masywna, ale wrażenie to szybko się rozwiało podczas łamania. Sama dość gruba, twarda czekolada lekko trzaskała, wgniatając się w miękkie i tłuste nadzienia.
Hibiskusowe wydawało się bardziej maziste, miętowe zaś bardziej zbite.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i gładko. Była gęsta i tłusto-mazista. Zachowywała masywność, podczas gdy nadzienia w zasadzie się spód niej wyciskały. Rozpływały się w podobnym tempie, łatwo mieszając się ze sobą. A jednak różnice dobrze czuć.
Hibiskusowa warstwa była średnio gęsta, niby zwarta, ale też wysoce plastyczna. Kojarzyła się z bardziej mlecznym, lżejszym nugatem o wysokiej tłustości i soczystości. Łączyła gładkość ze znaczącą proszkowością. Z czasem znikała wodniście, szybciej od warstwy miętowej.
Bardziej gładki krem miętowy był rzadszy, ale nie rzadki... Jakby luźny, acz zagęszczony tłusto-miękką czekoladą białą. Czuć w nim tłustość maślano-śmietankową i bardzo subtelną pylistość.
Po paru kęsach czułam się tym wszystkim zbyt zatłuszczona.


W smaku sama czekolada od początku roztaczała paloną gorzkość. Miała dymny i migdałowo-orzechowy charakter oraz niską słodycz karmelu. Bardzo szybko przechodziła do roli tła intensywnego wnętrza.
Czekolada spróbowana osobno okazała się nieco mniej gorzka, bardziej harmonijna. Nie przesiąkła nadzieniami.

Nadzienia szybko odzywały się równocześnie i z równym natężeniem, podkreślając gorzkość czekolady. Warstwa miętowa wydawała się jednak spokojniejsza, podczas gdy czerwona jaskrawo-wyskokowa.

Krem hibiskusowy przedzierał się kwaśnością cytryny, którą po chwili przeplatał mlecznym, maślanym motywem. Cytryna zaczęła robić się mniej jednoznaczna, a mi do głowy przyszły cierpkie czerwone porzeczki. Kwaśność owoców zdecydowanie dominowała. A jednak migdałowy charakter tej warstwy też się rozkręcał. Słodycz rosła, kierując migdały w nugatową stronę. Czasem zahaczała o białą czekoladę... Acz wszystko to rozgrywało się w towarzystwie - chwilami wręcz w cieniu - owocowej kwaśności.

Czerwony krem spróbowany osobno wydał mi się wręcz kwachowaty, nie kwaśny. Bardziej czuć w nim cierpko-kwaśną herbatkę czerwono owocowo-hibiskusową. Migdałowość wtedy prawie się chowała (biało czekoladowy krem miętowy w połączeniu zapewne ją wydobywał).

Słodycz całości mocno podniosło nadzienie miętowe o wyraźnie, ale nienapastliwie, olejkowym charakterze. Jego miętowość ogólnie wyszła wyraźnie, ale łagodnie. Mleko też w nim nie próżnowało za sprawą znaczącego wątku białej czekolady. Jej motyw z obu nadzień nakręcał się nawzajem. Mięta nieźle rozbrzmiewała obok kwaśności drugiej warstwy, ale nawet nie próbowała się rządzić. Raz czy drugi wydała mi się lekko likierowa, przyszła mi nawet do głowy jakaś dziwna wariacja na temat mojito. Niestety ten krem nie rozwijał potencjału z intensywniejszą warstwą czerwoną, przez dłuższy czas po prostu ją osładzał, dodając nutkę mięty.

Krem miętowy spróbowany osobno okazał się wyraźniej miętowy i trochę bliżej mu było do zwyklejszego kremu miętowego rodem z czekoladek miętowych jak Goplany czy After Eight, ale też nie tak w pełni. Okazał się o wiele bardziej śmietankowo-maślany, biało czekoladowy. Acz słodki w stopniu średnim (wydawał się słodszy w zestawieniu z drugą warstwą). A do tego lekko przesiąknięty hibiskusem.

Po tym, jak mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność kremu czerwonego zaczęła trochę odpuszczać, nieco wyraźniej czułam krem miętowy i jego nienachalną olejkowość. Wydawał się wręcz ochładzać usta i język. Z tym że wciąż z cierpko-kwaskawym, czerwono o owocowym echem. Ogólnie jednak zrobiło się bardziej mlecznie i słodko. Końcowo wręcz ryzykownie. Na końcówce biała czekolada pozwoliła sobie aż zaznaczyć się w gardle.

Czekolada po debiucie nadzień wydawała się bardziej gorzka, bardziej palona i dymna, a jednak nie wróciła już na przód z tła.

Po zjedzeniu został posmak olejku miętowego z wpisaną w niego lekką goryczką oraz poczuciem ochłodzenia oraz kwaśno-cierpkich owoców czerwonych, jak po herbatce owocowo-hibiskusowej, trochę podkręconych jeszcze cytryną. Był to dość osobliwy, niezbyt przyjemny splot cierpkości. Do tego motyw cierpkawej, palonej czekolady i rześkość. Rześkość poniekąd wiązała się z soczystą kwaśnością, ale i mięta się w to wpisywała. Mimo kwaśności, czułam też niemało słodyczy. W posmaku było tak dużo skrajności, wszystkiego, że nie był przyjemny.

Czekolada nie przekonała mnie do siebie. Od razu przyszła mi na myśl Zotter Nashido Peppermint / Pfefferminze. Zacność takich nadzień miętowych tkwi według mnie w prostocie. Wystarczy im ciemna czekolada. Tu, taki niby lepszy, ale w sumie zwykły miętowy krem, z całą tą kwaśnością a'la czerwonych owoców i cytryny niby zyskał inny wydźwięk, czegoś ochładzacająco-rześkiego, innego mojito, ale... wcale nie wyszło to porywająco smacznie; raczej po prostu "może być" i z potencjałem (przeważył nad tym, że jednak 6, nie 5). Do mnie w dodatku nie przemówiła taka jawna biało czekoladowość wnętrza. Jak w przypadku wielu nowych Zotterów miałam wrażenie, że warstwy niby starają się sobie pomagać, ale tak naprawdę to nie pasują do siebie i każdej przydałby się inny towarzysz. Bo z kolei osobno też żadna z nich nie jawi się jako coś zbyt atrakcyjnego. Chociaż nie wiem, czy warstwie hibiskusowej coś by mogło pomóc. Była po prostu mocno średnia i za cytrynowa, więc ją po prostu trzeba by poprawić. Hibiskus sam w sobie jest kwaśny, więc po co go nią zagłuszać? Cieszę się za to, że nie czułam soli, która jest w opisie.

Rozdźwięk między tłustą konsystencją, a rześko-ochładzającym smakiem, soczystą kwaśnością a słodyczą białej czekolady, olejkowa mięta zmęczyły mnie po 17 gramach i oddałam Mamie.

Opinia Mamy: "Zupełnie nie moje smaki, ale przy tych wszystkich próbowanych nowości Zottera, co to go już zdążyłam znielubić, ta była na swój sposób ciekawa. Nawet niezła, tylko że nie w moim typie. Nawet miętę faktycznie w niej było czuć... Mimo tej cytryny, co zawsze".


ocena: 6/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 83g)
kaloryczność: 506 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy mleko, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, syrop z cukru inwertowanego, syrop skrobiowy, migdały, słodka serwatka w proszku, hibiskus (1%), koncentrat soku z cytryny, pełny cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna sojowa; sproszkowana wanilia, sól, olejek miętowy (0,01%), cynamon, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), płatki róży

środa, 10 czerwca 2026

Zotter Elderflower / Marzipan / Mint // Holunderbluten / Marzipan / Minze mleczna 50 % z marcepanem z białym winem, grappą i brandy oraz kremem z białej czekolady, cytryny, syropem z kwiatów czarnego bzu i miętą

To, że Zotter robi czekolady z czasem naprawdę dziwnymi, rzadkimi składnikami, wiadomo nie od dziś. Tak samo jak to, że lubi w swoich nadziewańcach mieszać bardzo wiele elementów. Do tego z roku na rok robię się coraz bardziej sceptyczna, bo z kolei ja stawiam na przejrzystość smaków. W pierwszej chwili dziś przedstawiana tabliczka bardzo mnie zainteresowała. Mięta, czarny bez? Jedno i drugie kiedyś w zotterowskich kompozycjach już się pojawiało - bardzo dobrze wspominam tabliczki z nimi. Niestety jednak, jak wczytałam się w opis dziś przedstawianej na krótko przed degustacją, zwątpiłam, że będzie udana. Tyle wszystkiego, cytryna, różne alkohole... Już czytając, poczułam się trochę przytłoczona. W dodatku pierwszy raz przeczytałam o istnieniu czegoś takiego jak brandy z wytłoczyn winogron. Nie brzmiało zachęcająco, ale uznałam, że może... Może jest jakaś nadzieja dla tej kompozycji? Chyba że chodziło o grappę...? Opisy na stronie i na opakowanie, a do tego skład nie rozjaśniły mi tego, czy chodzi o to samo, czy nie.

 
Zotter Elderflower / Marzipan / Mint // Holunderblüten / Marzipan / Minze to mleczna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (24%) migdałowym marcepanem z białym winem, grappą i brandy z wytłoczyn z winogron oraz (36%) kremem na bazie białej czekolady, białej cytrynowej czekolady / kuwertury z sokiem z cytryny, syropem z kwiatów czarnego bzu i miętą.

Po otwarciu poczułam zapach mocno mlecznej, a jednocześnie wyraźnie gorzkawej, nieprzesłodzonej czekolady, mieszającej się na równych prawach z mocno alkoholowym marcepanem. Pomyślałam o splocie brandy, białego wina i grappy; z dominacją brandy. Dopuściły do głosu niemal cukrową ciężkość, mimo że zapach ogólnie nie był bardzo słodki. Acz słodyczy mu nie brak, bo tę podchwycił motyw cytrynowego sorbetu i kremu biało czekoladowo-migdałowego. Doszukałam się jeszcze echa kwiatów, które odrobinę nasiliło się po połamaniu i w trakcie jedzenia. Wtedy też mleko i śmietanka przybrały na znaczeniu, dołączając do marcepanu i czekolady. Stworzyły zgodne trio.
Zawiodłam się, że mięta i czarny bez w zasadzie się ukryły. A to na nie liczyłam najbardziej.

Tabliczka była niby konkretna, ale miała w sobie pewną delikatność. Gruba warstwa czekolady prawie nie trzaskała, acz jakiś lekko kruchy dźwięk z siebie wydawała. Nieco wgniatała się w bardzo miękkie i plastyczne dwie warstwy nadzień: wilgotny, grudkowaty i plastyczny marcepan na wierzchu oraz też maziście-plastyczny, tłustawy krem na dole z widocznymi kropeczkami.
W ustach czekolada rozpływała w średnim tempie, utrzymując zbitość dość długo, mimo wysokiej tłustości i gładkiej kremowości. Przypominała trochę chłodne masło i smugami pokrywała podniebienie.
Marcepan wyciskał się spód niej po paru chwilach, dość szybko. Druga warstwa rozpływała się spójnie z czekoladą, podpinając się pod jej kremowość.
Wszystko z czasem zmieniało się w średnio plastycznie-luźną, raczej jedynie gęstawą i miękką masę. 
Marcepan, skory do rolowania się,  z łatwością rozchodził się na grudki. Wykazywał średnią wilgotność i robił się coraz bardziej rozlazło-luźny. Zostawał najdłużej.
Krem rozpływał się w zgodzie z czekoladą, choć trochę od niej szybciej, jako że łatwo rzedł. Sam zawarł w sobie tłustą kremowość czekolady, ale raczej mocno śmietankowej białej. Potwierdziła się mazista plastyczność kremu. Pojawiła się w nim też lekka pylistość.
Na koniec zostawały nieliczne grudki marcepanu. Trochę trzeszczały i skrzypiały kiedy je gryzłam.

W smaku czekolada od początku zaserwowała mi wyraziste mleko i średnio silną słodycz karmelu. Mleko chyliło się wręcz ku śmietance, do której dolatywała leciutka, cierpka gorzkość i nieco orzechowy motyw.
Czekolada była wyczuwalna niemal cały czas, choć gdy nadzienia się bardziej rozkręcały, oddawała im pierwszy plan.
Kiedy spróbowałam jej trochę osobno, okazało się, że trochę przesiąkła alkoholami.

Wnętrze przedzierało się motywem mocnego alkoholu. Do głowy przyszła mi brandy i owocowa, cukrowo-kwaskawa nalewka, przechodząca ni wino, ni winiacz, raczej białe. Uderzyły, po czym trochę się uspokoiły.

Krem dolny nieinwazyjnie podkręcał mleczność kompozycji, podszepnął śmietankę, choć nie wkraczał do akcji jawnie.
To marcepan wyraźniej i szybciej dawał o sobie znać, roztaczając alkoholowość. Specyficznie marcepanowo ciężkawe migdały trzymały z niemal cukrową, choć soczystą brandy... acz jakby chamsko mocną, bardziej jak grappa.

Drugi krem też odezwał się poprzez alkohol. Wydał mi się mocny, wręcz dosadny i... zielono winogronowy. W pierwszej chwili wyraźnie poczułam grappę, ale gdy smak kremu się rozchodził, on też skojarzył mi się z białym winem, ale bardzo mocnym, kwaskawym i kwiatowym zarazem. Ze względu na silny mleczno-śmietankowy motyw przemknął mi przez myśl likier śmietankowy. Nie szczędził słodyczy. W tej odnotowałam biało czekoladową ciężkość i pomyślałam o kremie i/lub lodach białoczekoladowych. Z nutą... sorbetu cytrynowego? Cytryna, w niezbyt kwaśnym wydaniu, przemknęła w tle.
W kwiatowej nucie doszukałam się sugestii likieru albo likierowego syropu z kwiatów, no, powiedzmy, że czarnego bzu - tak jednak słabej, że gdybym nie wiedziała, mogłabym na to nie wpaść. Zbieranina alkoholu aż trochę gryzła w język. Ten efekt pomógł wzrosnąć słodyczy. Ta warstwa była bardzo słodka, aż trochę nazbyt drapiąca.
Wydawała się coraz cięższa wraz ze wzrostem cytryny i jej zaskakująco niskiego kwasku. Cytryna już dłużej nie czekała, wyłoniła się... i osłabła. Z czasem w rześkości, jaką podszepnęła, doszukałam się jakby syropu miętowego, ale tak delikatnego, że można by to przeoczyć.
Krem spróbowany osobno smakował głównie białą czekoladą, zielonymi winogronami i winogronową, dosadnie alkoholową grappą i likierowym akcentem a'la kwiatowym. W zestawieniu z marcepanem wydawał się bardziej namieszany gdy chodzi o alkohole i niejasny. Cytrynowa nuta i wtedy pokazywała się tylko epizodycznie.

W marcepanie brandy swoją mocą w alkoholowości dominowała, choć zza niej wychylało się też jakby kwaskawe, dosadne białe wino, które pożyczyło moc brandy i grappy. Słodycz marcepanu stanęła na średnim poziomie, choć ten cukrowy elementu alkoholu i to, jak rozgrzewał gardło sprawiał, że bardziej zwracałam na nią uwagę.
Marcepan spróbowany osobno był faktycznie mocno alkoholowy, ale powiedziałabym, że opierał się na wzmocnionej (?) brandy. Nuty białego wina podkreślała druga warstwa. Migdały jednak też bardzo wyraźnie się w nim zaprezentowały.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa warstwy bardzo się mieszały, że aż trudno jakieś konkrety wychwytywać i nazywać. Było dosadnie alkoholowo i niemal zasładzająco. Alkohol grzał w gardło i język, a słodycz się pod to podczepiała. Biała czekolada i marcepan, ogrom różnych alkoholi o charakterze soczystym, a zarazem ciężkim aż przytłaczały. Wiele słabszych nut zwyczajnie się zatracała.
Jako że dolny krem znikał szybciej, to smak marcepanu utrzymywał się dłużej. Po tym wszystkim wydał mi się nieco bardziej migdałowy - jako że alkohole już się trochę rozeszły.

Czekolada pobrzmiewała cały czas, ale końcowo odważyła się i zabrzmiała wyraźniej. Dołączyła do marcepanu. Po słodyczy wnętrza wydała mi się nieco bardziej wytrawnie-gorzka, choć wciąż też mleczna.

Gryzione na koniec drobinki marcepanu smakowały wyraźnie słodkim, wciąż trochę alkoholowym marcepanem.

Po zjedzeniu czułam się, jakby opiła się najrozmaitszych alkoholu: brandy, grappy, białego wina, likieru winogronowo-kwiatowego, likieru śmietankowego i zagryzła je alkoholowym marcepanem. Do tego zaznaczyły się kwiaty czarnego bzu, ale też jako likier. Czułam rześkość, ale nic wyraźniejszego. Biało czekoladowa słodycz i ciężkość mieszała się ze sporą ilością mleka i akcentem cytrusowym lodów lub kremu. Czekoladowa goryczka trochę to wszystko ratowała.

Czekolada nie przekonała mnie do siebie. Przytłoczyła mnie mnóstwem różnych alkoholi. Rozumiem, że można lubić alkoholowe słodycze, ale nie widzę sensu pchania do jednej tabliczki różnych, niebanalnych trunków. Przeszkadzały sobie nawzajem i zagłuszyły co delikatniejsze nuty. Nawet trudno określić, co było w której warstwie, co czym przesiąkło itd. Obstawiam, że... Marcepan był z winem i brandy, a krem z grappą, ale nie jestem pewna. Marcepan i biało czekoladowość dolnego kremu czuć dobrze, acz nie tworzyły zbyt smakowitej pary. Śmietankowość też jakoś z tymi soczystymi alkoholami mi nie leżała. Akcent niezbyt kwaśnej cytryny wydawał się onieśmielony ich oraz alkoholową ciężkością. Czułam ogromny niedosyt czarnego bzu i mięty, które prawie w ogóle się zagubiły. Naprawdę nie rozumiem, po co pchać tyle różnych składników, które tylko zagłuszają tytułowe...
Mleczna czekolada... po prostu była. Sama w sobie dobra, a jednak w kompozycji każda inna byłaby tak samo... ot, po prostu.

Nie była zła, ale dobra też nie. W moim odczuciu nie było w niej niczego, dla czego warto byłoby ją jeść. Po zjedzeniu 11 g, które mnie trochę zmęczyły (!) resztę oddałam Mamie. Ona odpisała tabliczkę w sposób następujący: "Niesmaczna, nawet nie umiem nazwać, co ja tam czułam, nawet tych niesmacznych rzeczy ponazywać. Z tego całego opisu niewiele. No, czułam marcepan, ale potem nawet on jakoś się zatracił. Alkohol czułam, ale nie jakiś konkretny. Całość taka namieszana, nieokreślona".


 ocena: 5/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, marcepan 21% (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, ekstrakt z kwiatu bzu czarnego 7% (surowy cukier trzcinowy, woda, kwiat bzu czarnego, pomarańcza, cytryna, koncentrat soku z cytryny), odtłuszczone mleko w proszku, syrop z cukru inwertowanego, białe wino 2% (zawiera siarczany), syrop skrobiowy, słodka serwatka w proszku, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), koncentrat soku z cytryny, cukier trzcinowy pełny, grappa, mięta 0,1%, sól, sproszkowana wanilia, emulgator: lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa; cynamon

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Benjamissimo Mint Maca 70 % Dark ciemna z Peru z miętą i korzeniem maca

Miętowe czekolady choć są bardzo ryzykowne - bo potrafią miętą dosłownie mordować - czasem przyciągają moją uwagę. Dobrze zrobione miętowe lubię. Czy kupić dziś przedstawianą, zastanawiałam się na przestrzeni lat parę razy. Pierwszy raz dostrzegłam ją jeszcze przed zmianą opakowania. Zawsze jednak wydawała mi się za droga jak na czekoladę z dodatkiem. Kiedy jednak znów zaczęłam dużo chodzić po górach, zaczęłam szukać różnych czekolad na trasy. Ta w końcu zaciekawiła mnie na tyle, by kupić. Korzeń maca znałam - dostałam kiedyś małą paczuszkę, ale nie przekonało mnie to, bo do niczego mi nie pasowało. Odebrałam to jako przyprawę, tylko że nieprzydatną. Jadłam jakieś wydziwiane, bogato napchane dodatkami prozdrowotnościowymi, czekolady z macą, ale w sumie tylko Pacari Raw Maca + Coconut Sugar dawała mi niezłe wyobrażenie, jak ten korzeń może współgrać z czkeoladą. Faktycznie ma lekko ziemiście-korzenny smak, którego nie potrafiłam sobie wyobrazić w duecie z miętą. Opis z internetu głosi w ogóle, że: "maca ma lekko ziemisty, słodki i orzechowy smak z nutą karmelu, która jest trudna do określenia, ale często opisywana jako korzenna lub pikantna.." Z tym jednak nie do końca się zgadzam. Jak wyjdzie w tej tabloiczce, miałam przekonać sie po drodze na Rysy od polskiej strony. Otworzyłam ją trochę ponad Bulą pod Rysami, czyli w miejscu, które upatrzyłam sobie ostatnio, bo zależało mi, by uchwycić na zdjęciach i Czarny Staw, i Morskie Oko.

Benjamissimo Mint Maca 70 % Dark to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Peru z miętą i korzeniem maca.

Po otwarciu poczułam dominujący zapach mięty o dosadnym, olejkowym charakterze. Wystąpiła w niej lekka cierpkość, ale też słodycz, przywodząca na myśl landrynki aka "miętusy" ewentualnie gwiazdkowe cukierki w kształcie lasek. Za nią rozbrzmiała wręcz lekko pikantna ziemia i palony, ciepły motyw. Trochę piernikowy? Z nutą mięty. Mięty zarówno olejowej, słodko-cukrowej jak i ziołowej.

Tabliczka w dotyku wydała mi się sucha, a przy łamaniu miejscami niesamowicie twarda. Wtedy trzaskała głośno, w trochę kruchy sposób. Chwilami trochę się kruszyła, a przekrój wskazywał na drobną ziarnistość.
W ustach rozpływała się chętnie ze względu na dość wysoką tłustość. Robiła to w tempie średnim. Miękła i stawała się coraz bardziej mazista, racząc mnie idealną gładkością. Mimo że cechowała ją kremowość, zawarła też w sobie też wodnistość.

W smaku od razu czułam goryczkę, która choć niska, ochoczo rosła. Pomyślałam o pieprzu - acz jakoś nie w pełni pieprznym - i nieoczywistej mieszance korzennej. Wyszło to trochę ciężko i... ciepło?

Ciepło szybko trochę się cofnęło, gdy podkradła się mięta. Podchwyciła swoistą pieprzność. Ta miała chłodzący, orzeźwiający charakter. Nasilała się i aż trochę gryzła za sprawą olejku miętowego. Przez myśl przemknął mi miętowy płyn do płukania ust (dokładniej niebieski Listerine) w nieco mniej ordynarnej wersji, po czym zaraz się trochę schował.

Słodycz nie czekała i także się odezwała. Ona z kolei znów poprzez ciepło, a dokładnie ciepły, palony karmel.

Goryczka trochę zdradzała swój niekakaowy, dziwny charakter, acz wcale nie był silny czy szczególnie oczywisty (myślę, że można by uwierzyć, że to takie nuty kakao). Po paru chwilach starał się ukryć właśnie w kakaowym motywie ziemi.

Ziemi i piernika? Przyszła mi do głowy czarna ziemia z nieco ciepłym motywem, ziemia adoptująca miętę w nieco ziołowy wątek, a piernik... kryjący soczystą cytrusowość?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mięta częściowo przycichła, a w jej gryzącym efekcie pojawiła się... limonka? Limonka polała się nagle bardzo wyraźnie, acz kwaśność trzymała się niskiego poziomu.

Słodycz starała się nie mieszać do reszty, ale miarowo ewidentnie rosła. Osiągnęła średni, średnio-wysokawy poziom i trwała trochę na boku jako coraz łagodniejszy karmel, do którego czasem dolatywały landrynki-miętusy. Te miały nieco cukrowy charakter, mimo że były też aż lekko goryczkowate od olejku.

Soczysta, kwaskawa  limonka zaserwowała mi zarówno kwaskawy sok, jak i goryczkowatą skórkę.

Mięta starała się nadążyć za jej goryczką, ale średnio jej to wychodziło. O wiele łatwiej przyszło to ziemi i goryczkowatej niby korzenności. Nie była to jednak zwykła korzenność - chyba udało mi się rozpoznać macę, mieszkającą się z piernikowymi akcentami czekolady, ale jej dodatek nie był nachalny.

Słodycz wzrosła też właśnie poprzez tę korzenność, bardziej znów ciepło - tak kontrastowe do mięty! Ta chwilami wplatała też lekko wodniste echo, niczym woda z lodem i miętą. Na zasadzie kontrastu jednak, choć sama nie taka silna, podbiła ciepły wątek. Pomyślałam o korzennym palonym karmelu i karmelowym pierniku; pierniku przełożonym masą karmelową. Na końcówce zrobiło się nagle aż zaskakująco słodko.

W posmaku wyraźnie wyłoniła się goryczkowata, karykaturalnie korzenna maca (czuć, że to nie goryczka kakao; zwyczajnie korzenna też nie była). Otaczała ją kwaskawa limonka, trochę ciepła ziemia oraz olejek miętowy. Maca podkreśliła w mięcie cierpkość, goryczkę. Na jaw wyszła jej olejkowość. Mimo wszystko jednak i słodycz się pojawiła jako subtelny karmel. Olejek miętowy i maca trochę gryzły w język.

Tabliczka była dobra, ale dość specyficzna. Dziwna, lecz ciekawostkowo w pozytywnym sensie. Nie chciałabym jednak do takiej wracać. Miała bardzo nieoczywisty smak, w którym ziołowo-olejkowa mięta i goryczkowato-niby korzenna maca odgrywają główne role. Czekolada robiła za bazę mięcie i macy, mimo że wcale się nazbyt nie rządziły. Dały i jej dojść do głosu. Szkoda, że struktura była taka tłusto-wodnista - może miętowy chłód to poczucie wzmacniał?


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 14,28 zł (za 60g)
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, maca w proszku 2%, emulgator: lecytyna słonecznikowa; olejek eteryczny z mięty pieprzowej 0,03%

wtorek, 17 lutego 2026

Auchan Gorzka Miętowa / Dark Mint ciemna 47 % z miętą; nowa / zmieniona 2025

W 2021 jadłam Auchan Dark Mint, która chyba zniknęła, by wrócić w nowym opakowaniu. Nie wiem, czy zmieniła się sama czekolada, a jeśli tak, to czy na dobre, czy złe. Choć po tamtej uznałam, że nie wrócę do niej, gdy dostrzegłam obiekt dzisiejszej recenzji, kupiłam od razu dwie. Odbiło mi? Nope. Od jakiegoś czasu rozglądałam się za czekoladą miętową, którą mogłabym dodać do swojego miętowego brownie. Z braku alternatyw, pomyślałam, że ta będzie idealna. Podlinkowana co prawda nie przekonała mnie do jedzenia osobno, ale jako kawałki w cieście? Mogła pracować. Najpierw jednak jedną chciałam spróbować nie w cieście, a normalnie. Wzięłam ją na Krzyżne, na które w końcu udało mi się wejść od strony Granatów. Na przełęczy nie wiało, świeciło słońce, a że widoki były piękne... miło mi się tam siedziało. Jeszcze milej by było, gdyby nie tłumek ludzi, ale skupiłam się na czekoladzie.

Auchan Gorzka Miętowa / Dark Mint to ciemna czekolada o zawartości 47% kakao o smaku miętowym; po zmianach / nowa od 2025.

Po otwarciu poczułam wręcz napastliwy, intensywny zapach mięty, kojarzącej się z miętową pastą do zębów, wymieszaną z gumami miętowymi z ogromnym udziałem olejku miętowego. Wszystko to cechowała słodycz, pod którą podpięła się słodycz czekolady o lukrowym, a dokładniej miętowo lukrowym charakterze. Cieprkość stała na końcu i próbowała zdobyć się na lekką ziołowość, jakby trochę urozmaicając olejkową cierpkość. Czekolada pachniała tak nachalnie, że gdy tylko otwierałam w górach plecak, czuć miętę. Podobnie było z tym, co wróciło do domu, kiedy otwierałam komodę.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała chrupko i niezbyt głośno. Wydawała się delikatna, ale nie miękka. Kiedy odgryzałam kawałek, czułam miękkawe zacięcie. Czekolada dała się poznać też jako pyliście trzeszcząca.
W ustach rozpływała się ochoczo, w tempie średnim. Niby zachowywała kształt, ale w lepkawo-luźny, trochę plastyczny sposób. Miękła bowiem i maziście pokrywała podniebienie. Była gęsta i tłusta, w czym czuć duet masła i śmietanki, przechodzące w oleistość i wodę.

W smaku pierwsze rozbrzmiały średnia, ale wyraźna gorzkość i mentol.

Mentol wręcz mało spożywczy, szybko zmieniający się w mocno miętową, orzeźwiająco-chłodzącą pastę do zębów.

Słodycz cukru była tuż za nimi. Cukier, choć silny, nie zacukrzał tak łatwo ze względu na chłód mięty. Przechodził w lukier. Oczywiście lukier miętowy oraz cukierki, gumy do żucia miętowe z litrem olejku miętowego.

Pasta do zębów ciągle pobrzmiewała, acz nie cały czas tak samo intensywnie. Na trochę usunęła się z pierwszego planu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa olejek miętowy z całej tej miętowej mieszaniny wybił się na prowadzenie. Połączył słodycz z cierpkością, a to ośmieliło goryczkę bazy. Ogólnie ani na chwilę nie wzrosła ponad średni poziom, acz na moment zaprezentowała się trochę lepiej. Była trochę palona i wprowadziła motyw cierpkich, świeżo-chłodnych ziół, w tym mięty pieprzowej. Takiej wręcz trochę ostrej?

Mięta uderzyła z nową mocą, a gorzkość złagodził jakby... Olej maślany? Ogólna maślaność chyba wyszła tak przez olejek miętowy. W dodatku przemknęła mi lekka wodnistość.

Przy tym natarciu mięty, nasiliła się też słodycz. Przechwyciła ostrość mięty i zaznaczyła się w gardle. Acz nie było to zwykłe drapanie. Jako że wyszła integralnie z miętą, odebrałam to jako mrożąco-drapiący słodki chłód i... Drapiący likier miętowy?

Wrócił miętowy lukier, zmieniający się w pastę do zębów i mentol niekoniecznie spożywczy. Ten nawet goryczkę jakby... wchłonął. To aż trochę mdliło - jakbym najadła się pasty do zębów.

Po zjedzeniu został posmak pasty do zębów, olejku i oleju (?) miętowego, mentol i woda, a także niska cierpkość ziołowo-kakaowa. Słodycz przybrała postać gumy do żucia miętowej z echem lukru, a ja ogólnie czułam się, jakbym umyła zęby i żuła gumę do żucia miętową. W ustach czułam chłód i ogólne lekkie ochłodzenie.

Czekoladę odebrałam na tyle słabo, że aż zaczęłam się bać, czy nie zepsuję nią ciasta. Nie podobało mi się to chłodzenie, wręcz mróz, ale uwierzę, że w pewnych warunkach niektórym może się podobać. Z mocą mięty jednak przesadzili. Za silna, a w dodatku o dość okrutnym wydźwięku pasty do zębów i gumy do żucia. Nie tylko, ale jednak na tyle, by odbierało przyjemność z jedzenia. Przewinął się jeszcze lukier i likier miętowy, ukryła się ziołowa goryczka, ale nie stworzyło to zbyt zachęcającej kompozycji. Myślę, że sama silniejsza gorzkość by sobie trochę bardziej poradziła z tym aromatem miętowym niż słodycz i tłustość. Olejek miętowy aż na strukturę się przełożył, dodając wręcz oleistość i wodnistość. O ile jeszcze w górach jakoś szła, w domu ta jej napastliwa, mrożąco-przenikliwa mentolowość za bardzo męczyła, przytykała, że ostatnich 4 kostek na czysto nie dałam rady zjeść i odłożyłam do ciasta, bojąc się, co z tego wyjdzie. A jednak też wiem, że nie była to wyjątkowo podła tabliczka, bo po prostu przeciętne czekolady miętowe potrafią być tak przesadnie intensywne.

Dodałam sporo tej czekolady połamanej na kawałki do ciasta czekoladowego, do którego potem zrobiłam krem kakaowo-czekoladowy i miętową bitą śmietankę. Pisałam o nim na Instagramie.
W bazowym, nie za słodkim, ostrożnie gorzkim cieście, maziste kleksy o mocno miętowym smaku odnalazły się doskonale. Jako że całość była mało słodka, słodycz tej czekolady nie wydawała się przesadzona. Ogólnie gorzkości kakao było na tyle sporo, że także tym kawałkom czekolady została narzucona. Ze względu na głównie naturalną miętowość śmietanki, pastodozębna miętowość czekolady też starała się jakoś schować, iść bardziej w olejkową, spożywczą stronę. Tak, ta czekolada nadaje się do ciasta.

Zaprezentowana tabliczka mroziła prawie jak Wizarding World Harry Potter Slytherin Mint Flavoured Dark Chocolate. Podlinkowana przynajmniej nie zajeżdżała pastą do zębów, jednak ogólnie nie była lepsza, a w dodatku kosztowała o wiele więcej. (Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Chocolate Preto E Menta / Czekolada Deserowa o Smaku Miętowym wyszła tylko trochę lpeiej, bo była mentosowa, a więc jednak bardziej spożywcza. 
Auchan Dark Mint z 2021 była o wiele smaczniejsza, bo bardziej miętowo zachowawcza; spożywcza. Smuci ten spadek jakości i jednoczesny wzrost ceny.


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 523 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, tłuszcz kakaowy, lecytyny, naturalny aromat miętowy 0,15%, naturalny aromat waniliowy

poniedziałek, 24 listopada 2025

E. Wedel Tymbark Czekolada Mleczna Jabłko Mięta mleczna z nadzieniem miętowym i jabłkowym

Od lat mam słabość do połączenia jabłka i mięty, inspirowanego właśnie smakiem napoju Tymbark. Kiedyś jeszcze raz na jakiś czas, w dzieciństwie, gdy Mama go kupowała do picia, pijałam, choć nigdy smakowe picie nie było moją bajką. Po latach za nic mi nie wchodzi, jednak to, że wariant mi się podoba, nie uległo zmianie. Nie raz robiłam sobie też jogurt z jabłkiem i miętą, inspirując się tym napojem. Stąd i czekolada, gdy ojciec powiedział, że jak chcę, może mi kupić, w zasadzie zainteresowała mnie na tyle, że uznałam, iż przygarnę, by spróbować.


E. Wedel Tymbark Czekolada Mleczna Jabłko Mięta to czekolada mleczna o zawartości 29% kakao z mlecznym nadzieniem miętowym (30 %) i nadzieniem jabłkowym (20 %); edycja limitowana.

Na ciekawy pomysł wpadli twórcy opakowania: wewnątrz nadrukowany był kapsel z napisem, nawiązujący oczywiście do słynnych tymbarkowych kapsli.

Po otwarciu poczułam średnio intensywny zapach cukrowej, mocno mlecznej czekolady, zestawionej z landrynkowymi jabłkami, częściowo wpisanymi w przecierowo-szarlotkową konwencję. Do głowy przyszło mi nadzienie jabłkowe, mające oddawać szarlotkę oraz cząstki jabłkowe (nie jabłko suszone). Jabłko cechowała kwaśność, ale i w słodycz się wpisywało. Sztuczność zawisła jako groźba - nie była jednoznaczna, chowała się w tle. Gdy się skupić i na pewno przy podziale i w trakcie jedzenia, dało się wychwycić odrobinę olejku miętowego. Wszystko to we wręcz duszno słodkich, cukierkowo-cukrowych realiach. Nic tu do niczego nie pasowało.

Czekolada była w dotyku tłusta i ulepkowata. Rwała się zamiast łamać; wykazując kruchość. Nic sobie nie robiła z linii podziału. Wydawała się zbyt delikatna i skora do rozwalania się.
Tabliczkę wypełniały dwa nadzienia: tłusto-proszkowe, bardziej kremowe białawe, idące przez całość na dole oraz żelowate w wierzchu każdej kostki. To ciągnęło się i bardzo lepiło, wyglądało na trochę przecierowe.
Gdy robiłam kęsa, gruba czekolada wgniatała się w nadzienia. Wierzchy kostek pękały i odrywały się od bazy kostek - strasznie to wszystko niezgrane i niekomfortowe do jedzenia. 
W ustach czekolada rozpływała się szybko i miękko. Była tłusta i proszkowa, a mięknąc przybierała postać gęstawego ulepka. Nadzienia to podchwyciły, przez co całość przeistaczała się w miękką, tłustą i bezkształtną masę.
Kostki szybko pękały, a nadzienia wyłaniały się. Jabłkowo-żelowate, jako te rzadsze, wypływało szybciej. Wykazywało niegładką prawie przecierowość, jednak nie był to przecier. Przypominało raczej przecier z galaretki z mikroskopijnymi grudkami galaretkowymi. Kleiło się i rozpuszczało wodniście. Dolne (miętowe?) podpinało się pod czekoladę. Okazało się jeszcze tłustsze od czekolady w sposób mazisto-oleisty i jeszcze bardziej proszkowe. Co jakiś czas, w każdym kęsie, trafiały się w nim punkciki proszku (widoczny na zdjęciu nr 4), trochę innego od bazowej proszkowości mleka - były bardziej... sucho-trzeszcząco-lepkawe.
Całość zostawiała nieprzyjemne wrażenie otłuszczonych ust.

W smaku czekolada przywitała się cukrem, który po chwili okazał się lekko doprawiony waniliną. Dołączyło jednak też sporo mleka. Czuć pełne mleko w proszku, jednak słodycz tak się nasilała, że to ona zajęła pierwszy, drugi, a nawet trzeci plan. Sprawiła, że czekolada wyszła dość plastikowo i szybko zasładzała.

Czekolada miejscami wydawała się lekko przesiąknięta nadzieniami, zwłaszcza tam, gdzie stykała się z żelem. A nadzienia nie czekały długo na swoją kolej. Odzywały się niemal równocześnie, wyskakując przed czekoladę.

Na moment żel jabłkowy zajął pierwszy plan, po czym zmieszał się z dolnym kremem.

Żel jabłkowy smakował... właśnie żelem jabłkowym. Był słodki i kwaskawy, oddający cukierkowo-landrynkowe jabłko, które aspiruje do przecieru, ale przecierem nie jest. Pojawiła się w nim sztuczność, ale nie rażąca. Mieszając się z czekoladą mleczną, raz czy drugi zrobiło aluzję do nadzienia szarlotkowego.

Dolny krem wchodził poprzez słodko-tłuszczowy, trochę mleczny motyw, by nagle - po paru chwilach - zaskoczyć kwaśnością. Bazowo był słodki i mdławy, jednak wystąpiły w nim intensywne wystrzały. W nim też pojawiło się coś niby jabłkowego, ale nie jabłkowego, a po chwili motyw goryczkowatego olejku miętowego. W pierwszej chwili nie był oczywisty, bo zgrywał się z kwasem, wraz z którym potem rósł. Nagle było aż zaskakująco kwaśno. Czułam jakby kwasowaty aromat miętowy, sztuczną miętę, co rozchodziło się punktowo. Dolny krem miał w sobie coś z napoju Tymbark jabłko&mięta, ale nie smakował naturalnymi ani miętą, ani jabłkiem.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nadzienie górne jabłkowe i dolne (miętowe), połączyły się w harmonii. Pomogły sobie. Żel wydawał się bardziej przecierowy, a dolne... nie było już tak nieadekwatnie kwaśne. Pojawiało się ochłodzenie, jakby pić miętowy, schłodzony napój. Sztuczna miętowość nasilała się, aż w końcu zaczęła dominować, aż gryząc w język.

Przesłodzona, wanilinowa czekolada mleczna trwała jakby obok, w oddali. Sprawiała wrażenie za ciężkiej i nie na miejscu. Jej mleczność nie umiała się w tym wszystkim odnaleźć. A jednak gdy nadzienia zniknęły, czyli raczej gdy gryzłam brzegowy fragment, dobrze czuć właśnie ją. Wraz z kilogramem cukru. Dziwny, nieokreślony kwasek jaki pobrzmiewał, jeszcze bardziej ją spłycił.

Po zjedzeniu został posmak sztucznego aromatu miętowego i kwasek... kwasek jakby właśnie nieudanego aromatu miętowego i kwasek przecieru jabłkowego. Czułam przy nim cukierkowość, wtapiającą się w ogólne przecukrzenie.

Czekolada mi nie pasowała. Dolne nadzienie wyszło aż niepokojąco - smakowało trochę sztucznie kwaśną miętą? Było dziwne, nie szczególnie miętowe, ale z nutą mięty... Tymbarkowo? Ewentualnie karykaturalnie, bo zupełnie nie pasowało to do mlecznej czekolady. Żel jabłkowy wyszedł w porządku, choć też trochę cukierkowo. Tabliczkę uważam za dziwną - może jako limitka-eksperyment i może być. Nie była bowiem obrzydliwa czy skrajnie tragiczna; po prostu nieprzyjemnie dziwna, ale bez traumy. Bardzo nie podoba mi się niepodzielna forma, skora do rozwalania się i łamania nie po liniach.
Po trochę więcej niż kostce darowałam sobie.

Spróbowałam gryza po schłodzeniu i w zasadzie nie wyszło to jakoś szczególnie inaczej, a trochę mniej słodko i twardo przez chłód - ale każda czekolada zachowałaby się tak samo.

Mama trochę spróbowała i powiedziała: "Bardzo kiepska ta czekolada. Jakbym jadła pastę do zębów z czymś kwaśnym. Najpierw sztuczna, miętowa pasta, a potem sztuczna, dziwna jakby kwaśna mięta. No jak mogli taki smak tak zepsuć... W ogóle gdzie im kwaśność do mięty?!. Po trochę darowałam sobie. Jak bym miała oceniać to góra 4 łaskawe, ale nie... Chyba nie zasłużyła. Raczej 3?".


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 492 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna 50% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyny sojowe i E 476; aromat), cukier, tłuszcz palmowy, zagęszczony przecier jabłkowy 7%, mleko pełne w proszku, serwatka w proszku, roztwór cukru inwertowanego, substancja utrzymująca wilgoć: glicerol; regulator kwasowości: kwas cytrynowy; aromaty, naturalny aromat miętowy, emulgator: lecytyny sojowe

sobota, 26 kwietnia 2025

(Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Chocolate Preto E Menta / Czekolada Deserowa o Smaku Miętowym ciemna 47 % miętowa / z miętą

Z Siwego Zwornika miałam przejść na zielony szlak, a potem na Bystrą, ale trochę się pogubiłam, bałam się, że zmrok zastanie mnie na szlaku i zaplanowaną trasę trochę okroiłam - wróciłam się kawałek tą samą drogą (szlakiem czerwonym), a potem obrałam niebieski (już na pewno) na Bystrą. Po niej czekało mnie zejście Bystrą Doliną, ale zanim to, przyszła pora na czekoladę. W domu coś tak czułam po (Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Chocolate Preto com Pepitas de Framboesas / Czekolada Deserowa z Liofilizowanymi Malinami, że to będzie najlepsza tabliczka podczas tej wycieczki, jednak... po E. Wedel Plus Magnez Koncentracja Baton z Czekolady Gorzkiej z Orzechami i Carla Chocolate 70 % Horka Cokolada s Konopnymi Seminky naszła mnie myśl, że poprzeczka została ustanowiona wysoko.

(Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Chocolate Preto E Menta - Aroma Natural De Menta / Czekolada Deserowa o Smaku Miętowym - Naturalny aromat miętowy to ciemna czekolada o zawartości 47% kakao z miętą; marki własnej marketu Leclerc.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach olejku miętowego, który zdominował czekoladową bazę. Skupiła się ona głównie na cukrowej słodyczy, co z tą miętą szło trochę w kierunku kojarzącym się z cukierkami Mentos. Lekka cierpkość kakao podporządkowała się goryczce olejowej mięty.

Tabliczka w dotyku wydała mi się trochę tłusta, ale była twarda i głośno trzaskała przy łamaniu.
W ustach rozpływała się łatwo, w tempie umiarkowanym. Była tłusta i miękła ochoczo, stając się jakby śmietankowym, mazistym kremem o luźnej, niezbitej konsystencji. Jej tłustość nasilała się i końcowo wydała mi się zbyt ulepkowata jak na ciemną. Choć teoretycznie gładka, miała w sobie odrobinę chropowatości.

W smaku pierwsze pojawiły się mocna mięta i niemal równie mocna słodycz.

Mięta nasilała się i nie miała zamiaru przestać. Dała się poznać z olejkowej, chłodnej strony. Wydawało się, że wręcz mrozi język.

Tak silna, chłodna mięta osłabiała poczucie słodyczy, ale i ta nie dawała o sobie zapomnieć. Tym bardziej, że gorzkość w zasadzie zupełnie zrezygnowała z walki. Pojawiła się jedynie drobna gorzkawość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyobraziłam sobie przesłodzone lody miętowo-kakaowe i babeczki kakaowe z niepotrzebnie schłodzonym, mocno miętowym, lukrowatym kremem na bazie śmietanki na wierzchu. Słodycz była podporządkowana mięcie, acz z tego, co czuć, nie wydawała się czysto cukrowa. Czyżbym i wanilii się doszukała?

Mięta cały czas zajmowała pierwszy i chyba też drugi plan. Olejkowość nie słaba ani na chwilę, a w pewnym momencie przemknął mi nawet lekki kwasek. Z tego miętowego kremu śmietankowego?

Mięta orzeźwiała, ochładzała i tak cały czas bardzo rosnąc w parze ze słodyczą, z czasem wydała mi się wręcz cukierkowa, a dokładniej mentosowa.

Po zjedzeniu został posmak olejku miętowego z lekkim kwaskiem i chyba też cierpkością kakao. Takiego jakby z jakiś słodkości, np. babeczek kakaowo-miętowych. Słodycz czułam znaczącą, ale w sumie nie męczyła. Osobliwe wydawało się za to wręcz wychłodzenie ust, orzeźwienie, chłód jak po jakiś mocnych cukierkach miętowych.

Czekolada nie była zła, ale mam sporo zastrzeżeń. Czuć zadowalającą, tylko za mało gorzką, bazę, ale niestety zdominowaną przez mrożący olejek miętowy. Był za mocny do tak niskiej gorzkości, a silnej słodyczy. Nie przemawia do mnie skojarzenie z Mentosami, acz na szczęście nie było to jedyne, co w czekoladzie czuć. Przesłodzona, miętowo-kakaowa babeczka też nie wyszła porywająco, ale już jak było, można to zjeść bez emocji. W górach jako tako, bo tego dnia akurat było dość chłodno i to mrożenie mi przeszkadzało, ale też poszło. Gdy wzięłam się za weryfikację odczuć w warunkach domowych było mi za zimno-miętowo i słodko, ale wciąż do zjedzenia.

Nie był to jeszcze poziom napastliwości mięty Wizarding World Harry Potter Slytherin Mint Flavoured Dark Chocolate, ale i tak nie była czekoladą miętową marzeń - najbardziej w dzisiaj przedstawianej przeszkadzało mi to przemrażanie języka. Przegrała zdecydowanie z J.D. Gross Czekolada Deserowa Mięta 56% Cacao.


ocena: 6/10
kupiłam: za czyimś pośrednictwem w Leclerc
cena: jakieś 8,50 zł (a dokładniej 60 za 7 różnych czekolad z tej serii, więc nie wiem, ile dokładnie za jaką)
kaloryczność: 517 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy 5,5%, emulgator: lecytyny, ekstrakt z wanilii, naturalny aromat miętowy

czwartek, 13 lutego 2025

J.D. Gross Czekolada Deserowa Mięta 56% Cacao ciemna z miętą

Przysłop Miętusi to niepozorna polanka i rozejście szlaków, przy której jednak pomyślałam, że koniecznie muszę na nią zgarnąć kiedyś jakąś miętową czekoladę. No nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła! Padło akurat na Grossa, który ostatnimi laty mocno stracił w moich oczach, acz wciąż miałam te czekolady za nawet ok, przystępne. Bez większych emocji skusiłam się na nowość, licząc tylko, by nie była aż tak miętowa jak np. Wizarding World Harry Potter Slytherin Mint Flavoured Dark Chocolate. Bardzo wcześnie rano wyruszyłam z parkingu w Kirach i po szybkim marszu znalazłam się we wspomnianym miejscu i zabrałam za zdjęcia.

J.D. Gross Czekolada Deserowa Mięta 56% Cacao to ciemna czekolada o zawartości 56 % z miętą, a dokładniej olejkiem miętowym.

Po otwarciu przywitał mnie intensywny zapach olejku miętowego, wkomponowanego w cukrową, przesłodzoną, ale wyraźnie cierpkawą, ciemną czekoladę. W oddali pojawiło się skojarzenie z czekoladkami nadziewanymi białym kremem miętowym.

Tabliczka wyglądała na raczej suchą, lecz w dotyku przypominała tłustawą polewę, a przy łamaniu trzaskała głośno i głucho.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i maziście. Miękła z łatwością, po czym pokrywała podniebienie tłustawo-zawiesinowymi smugami. Miała w sobie maślany element i coś z leciutko lepkawej czekolady nie tylko maślanej, ale wręcz śmietankowej. Cechowała ją gładkość, acz z echem, wręcz tylko sugestią, pylistości.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz, splecioną na dobre z miętą. Mięta pokazała się od olejkowej strony, jednak nie była napastliwa. Zawarła w sobie chłodek i niosła orzeźwienie. Pojawiła się też subtelną cierpkość.

W oddali, za miętą zaznaczyła swoją obecność maślaność, stojąca na straży gorzkości. Zaraz jednak jakoś zgubiła się w miętowo-olejkowej toni.

Miętowość rosła wraz ze słodyczą, mocno zabarwiając jej charakter. Cukier się jej podporządkował. Czuć go, ale nie miał imperatywnych zapędów i choć ogólnie było trochę za słodko, nie denerwował.

Pojawiła się bowiem trochę palona gorzkość. Wydała się o wiele spokojniejsza, ale też miała co nieco do powiedzenia. Rozwinęła cierpkość i dopowiedziała akcent, kojarzący się z prażonymi migdałami. Na chwilę gorzkość wyrwała się maślaności, podskoczyła, po czym znów trochę się cofnęła.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mięta i gorzkawo-cukrowa baza ułożyły się w skojarzenie z czekoladkami z nadzieniem miętowym. Charakter samej czekolady był właśnie taki trochę cukrowo-ciemno czekoladkowo-polewowy, a ja odnotowałam echo miętowego nadzienie-lukru czy frostingu, jeszcze podnoszące słodycz. 

Ta zaznaczyła swoją obecność w gardle (choć do drapania jeszcze bardzo daleko!), lecz chłodno-rześka, coraz mniej jawnie olejkowa mięta smakowo nieźle ją tonowała. Delikatna gorzkość ukryła specyficzną cierpkość olejku. Ten zaś, choć ukryty... końcowo podbił lekko cierpkość czekolady. Lekko, bo wróciła i dołączyła do niej subtelna maślaność. 

Końcowo mięta wkroczyła na pierwszy plan, ale ryzykownie słodką, lekko gorzką czekoladę także wciąż czuć. Frostingowo-miętowy charakter nieco się rozmył i dosłownie na sam koniec mocniej zabrzmiał olejek.

W posmaku został właśnie olejek miętowy, ale pozbawiony napastliwości. Olejkowa cierpkość zmieszała się z palonym kakao, wygłaskanym jednak maślanością. Było mi do trochę za słodko, ale do zniesienia ze względu na lekki chłód mięty.

Czekolada wyszła smacznie, ale tak... smacznie w zwykły, prosty sposób. Mocno, ale wciąż spożywczo, nieszarżująco miętowa - to wielki plus. Dla mnie była nieco za słodka, ale właśnie mięta jakoś to nieźle ograła. Gorzkość niska, choć na chwilę też się pokazała i dobrze zgrała się z olejkową miętą.

Efekt porównywalny do Auchan Dark Mint, choć nie smakowały bardzo podobnie. Chodzi raczej o jakość, ogólne wrażenie. Wyraźna, ale nienapastliwa mięta, a czekolada jak na niską zawartość kakao przystępna.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam (ale ojciec kupił w Lidlu)
cena: nie znam
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, olejek miętowy, naturalny aromat, ekstrakt wanilii

środa, 11 grudnia 2024

Wizarding World Harry Potter Slytherin Mint Flavoured Dark Chocolate ciemna 53 % miętowa / z miętą pieprzową

Jeden aspekt wizyty w londyńskim Warner Bros Harry Potter Studio mnie przerażał. Były tam bowiem 3 różne sklepy z potterowymi rzeczami. Pozwoliłam sobie na małą rozpustę, jednak powtarzałam sobie ciągle, by kompletnie nie zwariować i nie zbankrutować. Tak więc prowadząc ze sobą negocjacje, zamiast rzucić się na wszystkie 4 tabliczki inspirowane poszczególnymi domami Hogwartu, wybrałam tylko tę, która autentycznie mogła mi smakować... chociaż trochę. Że też padło na Slytherin... Czy to sugestia, że właśnie to mój dom? Cóż... Prawda była taka, że tylko ta była ciemna, a nie sądziłam, by mleczne mogły mi posmakować i... no nie chciałam za wiele właśnie czekolad w Wielkiej Brytanii nakupować (zwłaszcza, że byłam już po spróbowaniu Jelly Belly Butterbeer Bar). I dopiero w domu na rachunku odkryłam, że ta była w promocji.

Wizarding World Harry Potter Slytherin Mint Flavoured Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 53 % kakao z olejkiem z mięty pieprzowej; wyprodukowana w UK na zlecenie Warner Bros Studio.

Już w trakcie otwierania uderzył mnie zapach mięty, wzmocnionej miętą i poganianej przez miętę. Miała intensywny, olejkowy charakter. Z drobnym akcentem cierpkiej, cukrowo słodkiej czekolady przywodziła na myśl raczej czekoladki z białym, mocno miętowym nadzieniem. A do tego szkliste cukierki "miętusy". Czekoladowość aż się w tej imperatywnej miętowości gubiła. 

Tabliczka w dotyku wydała mi się tłustawo-ulepkowata. Przy łamaniu była twardo-twardawa i masywna, a także krucho-krusząca się. Trzaskała... w zasadzie bardziej pykała. Gdy odgryzałam kęs, z kolei pyliście trzeszczała / skrzypiała. 
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, dając się poznać jako tłusto-mazista. Ochoczo miękła w nieco ulepkowaty sposób. Jej tłustość wydała mi się maślana, co przełożyło się na jakby odśrodkową zbitość. Zrzucała z siebie coraz to kolejne, zawiesinowo-lepkawe, lekko pyliste fale. Z czasem nawet nieco przytykała. Znikała trochę oleiście-rzadko.

W smaku pierwsza popłynęła mięta na lukrowo-cukrowej słodyczy. Obie od razu startowały z wysokiego poziomu, a mięta jeszcze nie zdradzała zbyt władczego charakteru.

Przemknęła palona nuta kakao i nawet lekka goryczka, ale zaraz w obliczu nasilającej się miętowości trochę tchórzyła. Wydała mi się ziołowa i poniekąd wpisała się w miętę. Zrobiła jednak drobniusieńką aluzję do... ziołowego kwasku? Który jednak zatonął w słodyczy i mięcie.

Słodycz, mimo tak dosadnej mięty, spróbowała przybrać nieco szlachetniejszy niż cukrowy charakter - trochę waniliowy?

Mięta to była głównie słodka i wyraźnie olejkowa. Zahaczyła wręcz o pewną ostrość, coś jak lukrecja. Chłodziła, orzeźwiała i wręcz... mroziła? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dominowała zupełnie. Czułam olejkową miętę i jeszcze raz miętę. Na myśl przyszła nawet pasta do zębów.

Nawet wysoka, głównie, ale nie tylko cukrowa (a nieco szlachetniejsza?), słodycz poddała się mięcie. Z czasem jednak ta zezwoliła słodko-kakaowemu splotowi przedstawić mi czekoladki z nadzieniem miętowym. Bardzo miętowym i jeszcze wzmocnionym miętówkami / szklistymi cukierkami miętowymi.

Mocno palona nuta kakao nieporadnie walczyła o siebie. Chyba przez to, że trzymała się jej maślaność. Mocna mięta jakoś spłycała czekoladę, kierując ją właśnie w maślanym kierunku, a przez to sama była jeszcze mocarniejsza.

Końcowo czułam miętę właśnie jakby rodem z jakiś słodkości. Była wręcz olejkowo napastliwa, przenikliwa i mrożąco-ostrawa. Podporządkowała sobie słodycz, ale i ta na wiele sobie pozwoliła i prawie drapała.

Po zjedzeniu w ustach czułam chłód, a w posmaku został olejek miętowy z mocnym, chłodnym orzeźwieniem, idący aż nieco w kwasowym kierunku. W głowie siedziały mi mocno miętowe czekoladki, a słodycz wydawała się cukrowa i jak miętowy lukier. Lekka cierpkość olejku dopuściła do siebie cierpkawość ciemnej czekolady.

Czekolada okazała się kiepska, ale taka ot, do zjedzenia, jak już jest i... w sumie w dużej mierze dlatego, że miała tak intensywny posmak, że trudno myśleć o zagryzieniu jej czymkolwiek innym. W zasadzie sama czekoladowa baza wydawała się tylko nośnikiem pod olejkową miętę. Czekolada prawie się pod nią zgubiła, więc dla mnie trochę mija się z celem taka czekolada i średnio przyjemnie mi się ją jadło. I to tak mroźno-przenikliwą (o tyle dobrze, że jadłam ją pod koniec upalnego czerwca) i tłustą. Całość była słodka, ale w zasadzie nawet cukrowość przegrała z miętą. To można by uznać za plus, gdyby kakao lepiej się wyeksponowało, ale niestety nie.
Czekolada jak na rzeczy markowane Potterem, jak na brytyjskie zarobki w sumie nie jest nawet taka droga, ale z kolei tu pojawia się kwestia taka, że mi robi się smutno, że pod logiem takiej zacnej serii wydają coś tak... przeciętnego.
Zjadłam większość, ale już ostatnie 4 kostki mnie zmogły i poszły do Mamy. Nie dała im rady, wyjaśniając: "Bardzo mi nie pasowała, bo czuć w niej tylko miętę z dodatkiem czekolady. Jakbym pastę do zębów jadła. Za mocna o wiele ta mięta, że aż mi dziwnie". Reszta trafiła do ojca.


ocena: 4/10
kupiłam: Harry Potter Warner Bros Studio pod Londynem
cena: £3,46 (w promocji - około 18 zł; normalna cena to £4,95 za 80g)
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgatory: lecytyny w tym sojowa; naturalny aromat waniliowy), olejek z mięty pieprzowej 0,5%