Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: gałka muszkatołowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: gałka muszkatołowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 maja 2025

Rapunzel Sonderedition Lebkuchen Zartbitterschokolade mit Lebkuchengewürz ciemna 55 % z Boliwii i Brazylii z przyprawami korzennymi / piernikowymi

Do marki Rapunzel mam mieszane uczucia od pierwszej degustacji ich czekolady. Potencjał duży, ale strasznie słodzą. Niemniej, w górach ich czekolady się sprawdzają, więc kiedy weszły zimowe nowości, ta bardzo mnie zainteresowała. Uznałam, że będzie odpowiednia nieoznaczonego szczytu, Smrek, na który dość szybko doszłam żółtym szlakiem z Płaczliwego Rohacza. Zależało mi, by zjeść ją po.... A przed kolejną, jaką zostawiłam na zwieńczenie wyprawy. Czy miałam jakieś konkretne wyobrażenia? Nie. Bałam się tylko, by słodycz Rapunzel bez czegokolwiek do gryzienia mnie nie powaliła. 

Rapunzel Sonderedition Lebkuchen Zartbitterschokolade mit Lebkuchengewürz / Chocolat Noir aux epices de Noel to ciemna czekolada o zawartości 55% kakao z Boliwii i Brazylii z przyprawami korzennymi / piernikowymi: cynamonem, kolendrą, anyżem, koprem włoskim / fenkułem, imbirem, goździkami, gałką muszkatołową, pieprzem; edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach całej gamy ostro-goryczkowatych przypraw piernikowo-korzennych. Przewodziła gałka muszkatołowa, a tuż za nią kolendra, fenkuł, anyż i goździki. Nie brakowało też cynamonu. A to i tak nie koniec. Imbir chylił się w nieco mydlanym kierunku, acz próbowała to schować słodycz. Wychwyciłam w niej trochę kwiatów, acz stała głównie karmelem. Gorzkość czekolady była niska i znalazła się w oddali, sugerując kakaowo-czekoladowe pierniki z nadzieniem wiśniowym.

Twarda tabliczka trzaskała głośno, przy łamaniu przedstawiając się jako bardzo zbita. 
W ustach rozpływała się w tempie średnim. Robiła to łatwo, dając się poznać jako gładka i tłusta trochę jak chłodne masło. Była zbita i trochę wodnista. Z czasem pojawiła się w niej soczystość. Rosła znacząco, a końcowo i tak wyłoniło się jakby lekko suchawe wrażenie, wywołane zmielonymi przyprawami. Sporadycznie na języku czuć jakąś drobineczkę, ale nic do gryzienia.

W smaku od razu pokazała się dość silna słodycz karmelu i dosłownie sekundę-dwie później uderzyły mocne przyprawy korzenne. Dominowały pieprz i kolendra, ale i niemal przenikliwie ostre goździki pokazały, co potrafią. Gałka muszkatołowa wprowadziła gorzkość. Razem z pieprzem zadbały o jej dosadność, mimo że nie ogólnie nie była wysoka.

Za przyprawami zaznaczyła się soczystość czerwonych, kwaskawo-cierpkich owoców. 
Odnotowałam też echo... Orzechowe? 

Gorzkość bazy pokazała się i wzrosła nieznacznie. Trzymała się niskiego poziomu, zgrywając się z przyprawami. W zasadzie jakby to ona dopasowywała się do nich. Była uległa. Palony motyw w oddali tylko pobrzmiewał.

Szybko rosnąca słodycz spotkała się z imperatywnymi przyprawami. Trochę ją absorbowały i wysunęły się przed nią, dzięki czemu smakowo tak nie dawała się we znaki. W dodatku zadbały o to, by kompozycja miała ciężkawo-poważny, pieprznie piernikowy klimat. Paloność, jaką czułam, właśnie też wchodziła w taki mocno wypieczony piernik.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa z tła polała się nuta winno-wiśniowa. Soczystość umocniła się. Jako że ogólna słodycz była bardzo wysoka, do głowy przyszło mi przesłodzone, acz wciąż kwaskawe, nadzienie wiśniowe.

Nadzienie wypełniające kakaowo-czekoladowe pierniki. Były karmelowo słodkie i rozgrzewające od pikantnych przypraw i wysokości słodyczy.

Echo orzechowe z oddali zmieniło się w ukryty motyw śmietanowo-maślany, który jakby próbował zaznaczyć się jak przekaz podprogowy.

Przyprawy jednak były tak wyraziste i coraz bardziej piekące w język, że nie miało to wielkiego znaczenia. Do pieczenia dołożyła się też karmelowa słodycz. Słodyczy niby i samym przyprawom nie brakowało, ale to nie zasładzało. Goździki, cynamon, gałka muszkatołowa i kolendra wirowały na pierwszym planie. Anyż i fenkuł w zasadzie ostro wręcz chodziły. Ich splot z resztą zasugerował mi też kardamon (realnie nieobecny).

Soczystość rosła i rosła, przyłączyła się do niej słodycz i do pierników z nadzieniem wiśniowym dodała przesłodzony, mocno korzenny grzaniec wiśniowy. Owocowa nuta czekolady w przyprawach podkręciła soczysty imbir.

Po zjedzeniu został posmak anyżowo-wiśniowego grzańca i drapanie w gardle słodyczy. Czułam ciepło, pieczenie. Smakowo jednak słodycz nie męczyła ze względu na mocno piernikowe, goryczkowate przyprawy. Te wydawały się aż wgryzać w język w specyficzny, ostro-chłodnawy sposób - tu najbardziej odezwał się anyż i fenkuł, ale i echo czekolady się ostało. Przesłodzonej, piernikowo palonej i podległej im.

Czekolada miała ogromny potencjał, ale wyszła za słodko, a za mało gorzko od kakao. Baza jednak nie została zagłuszona silną korzennością. Wysoka pikanteria nie przegięła, a mnie bardzo się spodobało, że tak dobrze czuć poszczególne przyprawy i że było tu dużo różnych, a nie tylko oklepany cynamon.
Punkty poleciały za słodycz i tłusto-wodnistą konsystencję, znikanie zbyt szybko.


ocena: 8/10
kupiłam: arkanasmaku.pl
cena: 13 zł (za 80 g)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier (cukier trzcinowy pełny, cukier trzcinowy), miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, mieszanka przypraw 1% (cynamon, kolendra, anyż, koper włoski / fenkuł, imbir, goździki, gałka muszkatołowa, pieprz), wanilia Bourbon

sobota, 10 lipca 2021

Zotter Hazelnut Marzipan mleczna 50 % z nugatem z orzechów laskowych z kawałkami karmelizowanych orzechów oraz marcepanem z orzechów laskowych i miodu oraz cienkimi warstwami czekolady białej

Jak pisałam przy Hazelnut, Zotter nieco zmienił skład (orzechy laskowe i mleko odtłuszczone wskoczyły nieco wyżej na liście składników). Mimo zachwytów opakowaniem z wiewiórem, liczyłam się z tym, że to nowa wersja bardziej mi posmakuje - jakoś tak po składzie (jedyne, czego mi było żal, to że miazga kakaowa spadła za orzechy; a to, że wzrosła ilość cukrów zauważyłam dopiero po degustacji). Z drugiej jednak strony... nowe nadzienia Zottera zaczęły robić się coraz bardziej miękkie, zamiast specyficznych, konkretnych dawnych nugatów (no, i zaczął je nazywać "pralinami" nie "nugatami"). Ok, wtedy narzekałam, że za tłuste, ale... nowych się bałam, że będą i za tłuste, i za miękkie. Ech, cała ja. Gdy w dniu otwarcia dowiedziałam się jeszcze o dodanych warstwach białej czekolady... zmarkotniałam zupełnie.


Zotter Hazelnut Marzipan / Haselnuss Marzipan to mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao "z nadzieniem orzechowym stanowiącym 60 % całości", a dokładniej nadziewana praliną / nugatem z orzechów laskowych z karmelizowanymi (?) kawałkami orzechów oraz marcepanem z orzechów laskowych i miodu; a także przyprawami: m.in. wanilią, gałką muszkatołową, anyżem, cynamonem i goździkami; z cienkimi warstwami białej czekolady; wersja od 2020 roku.

Już rozchylając papierek poczułam wyrazisty, orzechowo-marcepanowy splot o wysokiej słodyczy: prażone orzechy laskowe i marcepanowy motyw, mieszający się z piernikowo-chlebowymi nutami. Wydawało mi się, że to głównie z wierzchu wydobywa się mnóstwo przypraw ostro-korzennych, ale także kwiatowej delikatności i nuta marcepanu (dałabym się oszukać, że z migdałów). Spód wyraźnie pachniał prażonymi orzechami laskowymi, dużą ilością cynamonu, ale był znacząco słodszy, karmelowo-nugatowy. Zwłaszcza po przełamaniu wzrosła słodycz: już ewidentnie nugatowa i miodowa. Czekolada pobrzmiewała jako orzechowo-chlebowy, też karmelowo-słodki wątek.

Przy łamaniu tabliczkę odebrałam jako tylko trochę konkretną i tylko do pewnego stopnia, a tak skorą do mięknięcia i delikatną. Wprawdzie sama czekolada lekko pykała, ale robiła to wgniatając się w miękkawe, choć zbite nadzienia. Mleczna wydała mi się cieńsza od białej, którą dodano pod nią. Tak samo jak marcepan wydał mi się znacznie cieńszy od nugatu.
Grube warstwy czekolad w ustach miękły na kremowo-tłusty budyń i zalepiały. Zaczynała kremowo-gładka, gęsta mleczna, potem wkraczała kremowa biała. Przez rzadkawą, wysoką tłustość śmietanki (a przez to lekką wodnistość) znikała szybciej (albo wtapiała się w otoczenie) - trudno je rozdzielić, bo mocno do siebie przylegały i nie było zgrzytu przy "przejściu" (bo mieszały się?).
Miękkie i plastyczne nadzienia szybko spod nich wypływały, przy czym nugat był spójniejszy z czekoladami i znikał szybciej. Z czasem mieszały się ze sobą, jednak marcepan zostawał na dłużej, przejmując kawałki z nugatu.
Bardziej wyróżniał się marcepan, kojarzący się raczej z niegładką miazgą marcepanowo-orzechową. Rzadkawą, mokro-nasączoną, a do tego lepką od miodu. Nie był tłusty.
W przeciwieństwie do niego, nugat tłusty był. Tłusty, konkretniejszy i bazowo gładki, ale także wilgotny, nasączony. Miękł w maślany sposób. Ten jednak cechowała niemal śliskawa mleczność. Po dłuższym czasie pozwalał wydostać się z siebie twardo-chrupiącym oraz miękkawym kawałkom orzechów: średnim i drobinkom. Częściowo musiały być karmelizowane. Dałabym sobie rękę uciąć, że w nugacie znalazły się też kawałki czegoś... skrzypiąco-chrupiąco-trzeszczącego, jakby zawilgoconego palonego cukru. Inne zaś... takie były tylko częściowo, a w większości to... lepko-plastyczne kulki. Niektóre w kolorze karmelowym, inne czarne - wszystkie jednak skrzyły się.
Tabliczki w zasadzie nie da się czysto rozwarstwiać, ale najlepiej sprawdzało się przegryzanie przez całość, więc byłoby to bez sensu.

Przegryzając się przez całość w pierwszej chwili poczułam przede wszystkim słodycz, całkiem szlachetną, bo karmelowo-miodowo-waniliową.

Już sama czekolada mleczna w smaku pobrzmiewała orzechami laskowymi, acz wkomponowanymi w palono-gorzkawą toń, kojarzącą się z chlebem, palonym karmelem i piernikiem. Wyraźnie czułam też mleczność, narastającą z czasem.

Biała podwyższała bowiem nawet nie tyle mleczność, co aż śmietankowość a także słodycz do poziomu zbyt wysokiego. Zapowiedziała silną maślaność, co stanowiło gładkie przejście do nadzień.

W smaku szybciej odzywał się właśnie maślano-śmietankowo-orzechowy nugat. Bardzo słodki, acz niewątpliwie cynamonowy i orzechowolaskowy, mieszał się trochę z marcepanem słodyczą i cynamonem. Niemal natychmiast podchwycił maślaność białej czekolady i kontynuował ją cały czas w tle. Był waniliowo słodziuteńki. Wydawał się też miodowy (ale gdy spróbowałam osobno miodowy nie był), drapiący do pary z przyprawami. Orzechy laskowe z niego wydawały się w dużej mierze nugatowe i wręcz maślano-mleczniusie, acz i miejsce na cynamonowe rozgrzanie się znalazło. Ta warstwa, kontrastowo do marcepanu, wydała mi się aż urocza i przypominająca zasłodzone wanilią mleko z cynamonem. Chwilami wzrastała za jego sprawą cukrowo-karmelowa słodycz (od skrzypiących kawałków), potem jednak słodycz przejmował miód (bo marcepan dłużej się rozpływał; jednak nie jestem pewna, czy te kawałki też np. z miodu nie były).

W drugiej połowie rozpływania się kęsa rozbrzmiał orzechowy marcepan, otwierając sobie drogę przyprawami korzennymi. Smakował mocno podprażonymi orzechami, złudnie migdałowo marcepanowo i korzennie. Początkowo zalatywał orzechowo-oleistym posmakiem, który zaraz przemieszał się z lekkim pieczeniem i soczystością. Zarejestrowałam owocową nutę, którą przypisałabym białemu winu (zwłaszcza przy próbowaniu osobno wyraźnie też lekką aluzję do kwasku). Mignęło jeszcze różaną nutą, a ta... Wskazała na miód, przy którym alkohol wciąż jedynie pobrzmiewał. Nie był mocny, jak i przyprawy korzenne, Ta warstwa bowiem bazowo wydała mi się dość orzechowo-tłusta, maślana smakowo. Mimo to czułam i gałkę muszkatołową, i piekąco-chłodzący anyż, i gorzkawy kardamon, ostre goździki...

Słodycz i maślaność wnętrza mocno związała się z mlecznością czekolad, a także słodyczą (białej), wchodząc z nimi w korelację.

Bliżej końca zrobiło się za słodko i nieco nijako w tym. Mimo to, wzmocniony cynamon wydawał się wszechobecny i podkreślał soczystą, białowinną nutę. Marcepan wysunął na przód przyprawy, i do ogólnej oleistej goryczki, maślaności dodał rozgrzewającą ostrość. Gryzły w język razem z niemal nieuchwytnym alkoholem i przesłodzeniem.

Na koniec zabrałam się za ciamkanie kawałków orzechów, "czegosiów" i farfocli marcepanu. Orzechy okazały się wyraziste, podprażone, ale nie w pełni laskowoorzechowe. Część z nich była chyba karmelizowana, bo... po prostu czułam taki karmelowo-przysmażony smak i czułam, jakbym gryzła rozmokłe kryształki cukru. Niektóre były przypalone na oleistą nutę. Czasem wydawały mi się korzenne, inne gorzkie. Na niektórych trafiłam na gorzką skórkę (goryczka tych była więc uzasadniona), co podkreślało mocne przyprawy. Kawałki... czegoś w trakcie rozpływania się kęsa podwyższały słodycz i uwypuklały dziwne posmaki, jednak próbowane osobno czy właśnie na koniec kojarzyły mi się z mało miodowym, a dziwnie podsmażonym miodem (zalatującym mięsistością?!). Wśród tego wszystkiego przewijały się (mało i nie w każdym kęsie) drobinki soli, smakującej sobą i podkreślającą przesmażono-cukrowe akcenty. Ssany i podgryzany marcepan wyszedł śmiesznie orzechowo-marcepanowo, kojarząc się z migdałami.

W posmaku pozostało miodowo-nugatowe przesłodzenie, orzechy laskowe: prażone, goryczkowate, oleiste i nieco korzenne. Korzenność czułam też jako przyprawy same w sobie: i to raczej ostre, niż słodkie. Je podkreśliła alkoholowa nuta, która... w sumie przejawiała się tylko jako składowa rozgrzewania. Anyż i goździki wydawały się aż odrętwiać końcówkę języka. Został też dziwny zgrzyt miodowo-alkoholowoowocowy z tłustością.... Właśnie i smakową tłustość czułam.

Nowa wersja wydała mi się bardziej mleczno-śmietankowo-maślana, acz i orzechowa za sprawą kawałków. Do tego tłusta i uładzona, przesłodzona (z tabelki: "w tym cukry" wzrosły o 2g). Proporcje nadzień mi się nie podobają - większość to nudny nugat.
Wciąż korzenna, ale... Z racji bardziej miękko-chrupiącej i warstwowej formy mniej moja. Ta pikanteria dziwnie odstawała, nie współgrała.
Dodanie białych warstw uważam za beznadziejne. Zupełnie nie podobały mi się kawałki orzechów - popalone, otoczone czymś słodko-skrzypiącym. Sól kompletnie niepotrzebna (ok, było jej malutko, ale mogłoby wcale nie być). Z tą słodziuteńkością i orzechami wino w ogóle dziwnie wyszło - dodało nieprzyjemnego posmaku bez alkoholowości (wolałam i posmak, i alkoholowość ze starej - uważam, że jak już dodaje się alkohol, to powinien pasować i być, albo wcale*). Tak samo miód... był, a jakby nie. To bezsensownie kontrastowa czekolada, jakby nieprzemyślana... Dziwi mnie, że wypchnęła naprawdę pyszną Hazelnut, którą cechuje wyważenie. To dziwna tabliczka. Wiem, że właściwie ją zjechałam, ale tylko dlatego że Hazelnut było blisko do ideału, a ta... to przeciętniak, zwykła środkowa półka w smaku (tylko że skład dobry). O tym, że łaskawie przyznałam o punkt więcej, jednak zadecydował pomysł na marcepan. Mimo to, wyszła bardzo inaczej niż Hazelnut.

Zjadłam niecałą połowę i jako nudną, niemoją resztę oddałam Mamie, nawet wiedząc, że tych ostrych przypraw nie lubi. Po prostu nie chciałam się męczyć z tą czekoladą. 
Mama stwierdziła, że ona nie ma nic do zarzucenia, ale: "nie była niesmaczna, ale smaczna też nie. Kojarzyła się trochę z ciastkami korzennymi, bo te przyprawy nienachalnie tak wyszły, czekolady fajnie smakowały, tak mlecznie, a nie gorzko. W marcepanie nie czuć, że jakiś niezwykły, a w drugim kremie te coś dziwne dodane niepotrzebnie. Zwykła czekolada, a od Zottera chyba więcej się oczekuje, nie?".

*Gdy poczytałam o Muscat Ottonel: ponoć smakuje owocowo i gałką muszkatołową, korzennie, więc... obstawiam, że korzenność mogła się z nim mieszać - dlatego może zanikła alkoholowość sama w sobie, a smak przypraw korzennych gubił się w piekąco-rozgrzewającym efekcie? W moich oczach to jednak nie usprawiedliwienie, nie podobało mi się to.


ocena: 6/10
kupiłam: FoodieShop24
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, masa orzechowo-miodowa (orzechy laskowe, miód), tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku°, Muskat Ottonel, syrop skrobiowy, masło, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, cynamon, anyż, kardamon, goździki

środa, 7 lipca 2021

Zotter Hazelnut mleczna 50 % z nugatem z orzechów laskowych z kawałkami orzechów oraz marcepanem z orzechów laskowych i miodu

Z tej czekolady i się cieszyłam i... trochę nie. Otóż od dawna miałam ją zamówić, ale nie spieszyło mi się, bo ostatnimi czasy marcepany niezbyt mi podchodzą. Orzechowy marcepan? No, już lepiej, ale... Zawsze jakieś "ale" się znalazło. I w końcu stało się: czekolada zmieniła opakowanie, a ja pomyślałam, że i smak mógł się zmienić (skład minimalnie się zmienił). Jako że starego nie znałam, nie powinno mnie to ruszyć. Jednak ruszyło. Co? Zmiana opakowania! Zrezygnowali z przecudownego wiewióra na rzecz nie wiadomo czego. Uwielbiam wiewiórki i zawsze, gdy idę przez park i jakąś zobaczę, to aż mi się gęba cieszy. Uznałam, że co by się nie działo, muszę zdobyć opakowanie. Napisałam do Marcina z Biokredensu, czy by nie znalazł się jeszcze jakiś czekoladowy dinozaur, by mi chociaż opakowanie wysłał, a tabliczkę już normalnie z nowej linii. Co się okazało? Że jeszcze parę starych z całkiem niezłą datą miał na stanie. Wysłał mi obie czekolady. I czekało mnie porównanie... może nie w pełni mojej tabliczki, ale zawsze to nowe doświadczenie.


Zotter Hazelnut to mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao "z nadzieniem orzechowym stanowiącym 60 % całości", a dokładniej nadziewana praliną / nugatem z orzechów laskowych z kawałkami orzechów oraz marcepanem z orzechów laskowych i miodu; a także przyprawami: m.in. gałką muszkatołową, anyżem, cynamonem i goździkami.

Rozchyliwszy papierek, poczułam splot prażonych, jakby naturalnie korzennych orzechów laskowych, otoczonych karmelowo-mleczną czekoladą. Znalazła się w tym specyficzna "goryczkowato-alkoholowa marcepanowawa" (nie "czysto marcepanowa") mgiełka, podkreślona kwiatami. Dałabym się nabrać, że jest tam normalny marcepan. Czułam ją zwłaszcza, gdy nachylałam się nad wierzchem. Wyraźnie czułam także alkohol, cynamon i anyż (i inne przyprawy korzenne). Góra wydała mi się bardziej marcepanowo-chlebowo-piernikowa (chlebkowa jak ciasto?)
Spód zaś delikatniejszy, słodszy i mocniej kojarzący się z orzechowym, korzennym chlebkiem-ciastem (przeważnie robi się je z bananów / dyni).
Po przełamaniu moc orzechów jeszcze wzrosła, odezwał się słodziutki miód, a przyprawy wydały mi się aż rozgrzewająco-piernikowo ostre i podkreślone alkoholem, co wydało się aż lekko drapiące.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się konkretna. Trzasnęła przyjemnie, ale wnętrza twardym bym na pewno nie nazwała, mimo że nugat na dole był tłusto-zwarty, wierzch zaś... okazał się minimalnie ciągnąco-lepką, gęstą i rwącą się, plastyczną masą.
Czekolada była grubawa i chwilowo twarda.
W ustach rozpływała się jednak powoli, szybko mięknąć i zalepiając. Kojarzyła się z tłustym, gęstym budyniem, szybko wypuszczającym ze swych objęć nieco rzadsze od niej nadzienia.
Prędzej wyciskał czy nawet wypływał wręcz mokro-nasączony, soczysty, ale w żadnym wypadku nie tłusty, "marcepan". Był niegładki, miazgowo-wiórkowy. Do złudzenia przypominał skrzypiący, tradycyjny - tylko może bardziej zlepiono-suchszy i gumiasty, do czego dołożył się miód.
Konkretny nugat rozpływał się szybciej i mimo, że bardziej spójnie z czekoladą, znikał jako pierwszy. Cechowała go maślana, dość zwarta tłustość, ale i on z czasem ulegał, rozrzedzając się w śmietankowo tłusty sposób. Wypełniony był drobinkami miękkawych orzechów i przypraw, a mimo to bazowo był tak gładki, że aż wydał mi się śliski. Potęgowała to mleczność. Pozostawił jednak po sobie drobinki wlepiające się w marcepan, co zapewniło idealną spójność między tym kremem, a pozostałą na koniec odrobinką czekolady i marcepanowymi pozostałościami.
Tabliczkę nie tak trudno rozwarstwić, ale to i tak bez sensu, bo wszystko wydaje się tu wręcz dla siebie stworzone. Mało tego: warstwy na styku mieszały się ze sobą, zawilgociły się jakby od siebie.

W smaku czekolada roztoczyła gorzkawy, palony klimat, zalewając usta ogromem mleka i sugerując chlebo-piernik (musiała lekko przesiąknąć wnętrzem). Zaraz dodała też lekką słodycz palonego karmelu. Otworzyła drogę wyrazistym orzechom, mieszając je z naturalnym mlekiem. Wyszła dość gorzkawo i jednocześnie... maślano. Ostatnie wątki, wraz z orzechami, otworzyły drogę nadzieniom. Gdy odgryzałam kawałek, równocześnie z nią odzywały się goryczkowato-ostre przyprawy korzenne.

Najpierw wzrosła słodycz ogólna. Do palonego karmelu dołączył miód, zaraz aż drapiący w gardle. Wsparł go leciutki alkohol.

Pierwszy odezwał się marcepan, przyprawiony w korzenny sposób i posłodzony miodem. Smakował orzechami laskowymi, zdecydowanie charakterniejszymi i "podalkoholowanymi". To tu czułam więcej wręcz goryczkowato-ostrych, piernikowych przypraw. Oto anyż, cynamon i gałka podkreśliły gorzkawość całości, jak również bardziej marcepanowy wątek - tak, dałabym się nabrać, że czuję migdały.
W połowie rozpływania się kęsa dominujący marcepan zezwolił na złagodzenie kompozycji, dopuszczając nugat. Nugatowa część dodawała wszystkiemu ogrom słodyczy, podkreślając miód. Na moment dosłownie wybił się na prowadzenie, potem jednak utonął w nugacie. Jak się przekonałam po spróbowaniu osobno, nugat był bardzo maślano-mleczny, acz wciąż wyraziście orzechowo laskowy w wydaniu nugatowym (a jego odosobniona słodziuteńkość, też trochę miodowa, skojarzyła mi się z cukrem pudrem). Nic nie zmieniło, że drobinki orzechów podpięły się pod gorzkawość. Charakteru nadał mu cynamon, łączący go cudnie z marcepanem.

Bo jednak marcepan wciąż wtłoczony był w słodko-orzechowe realia i wzbogacony o wilgotnie-rześki, kwiatowy wątek, nadający subtelności. Chwilami obok kwiatów pojawiał się zgrzyt. Mimo raczej niskiej alkoholowości doszukałam się smaku słodkawego białego wina. Czekolada jednak akurat to nieco przygłuszała, podsuwając mu piernikowo-chlebkowy wydźwięk. Za cynamonem czułam mocniejsze, aż gorzko-pikantne tony. Na pewno kardamon, ale jakby też pieprz, goździki. Niemal korzennie przenikliwe i przyjemnie rozgrzewające.
Marcepan przez większość czasu dominował.

Czekolada tonowała słodsze zapędy nutą gorzkawo-karmelową, chwilami także naturalnie orzechową.
Na koniec zajęłam się "miazgą z orzechów" jaka została, a więc miękkimi drobinkami z nugatu - okazały się świeżawo-gorzkawe oraz "grudko-wiórkami" marcepanu, które smakowały soczystymi orzechami, ale bliżej nieokreślonymi. Przeplecione to było drobinkami ostrych przypraw korzennych (goździków, anyżu).

W posmaku zostały oczywiście orzechy laskowe, gorzkawość czekolady i orzechów oraz słodycz miodu i taka "karmelowo-korzenna". Mimo słodyczy, prażoności, było to cudownie korzenno-pikantne, charakterne i dość alkoholowe.

Całość wyszła dość poważnie, mimo że i słodko. Wyraźnie czuć orzechy laskowe, ale efekt był... niezwykły. Nie sposób przy niej nie myśleć o tradycyjnym marcepanie. I to zacnym, bo z miodem - także wyczuwalnym, ale nie za mocno. Alkohol, który czułam... był dziwny. Słaby, gdy chodzi o alkoholowość (i dobrze), ale wyraźny w smak, co... średnio do mnie przemówiło. Białe wino? Dałabym do podkreślenia coś innego. Ostrość przypraw zwłaszcza w marcepanie i cynamonowość nugatu już po drugim kęsie przypomniała mi Zotter Spiced Marzipan on Cinnamon Nougat, jednak jakby jej gorszą wersję. I sama nie umiem powiedzieć, czy to dlatego że podlinkowana była w dodatku cudownie pomarańczowa, czy... bo jednak przy marcepanie wolę migdały?
W tym, czym jest wydaje się pozbawiona obiektywnych wad. Mimo miodu, mleczności dość wytrawna, mocno korzenna i pikantna, ale niewypalająca. Struktura konkretna, ale nie za tłusta czy nie za sucha. Mnie jednak nie odpowiadała ta nuta alkoholu i coś mi w orzechach (goryczka) chwilami przeszkadzało.


ocena: 9/10
kupiłam: FoodieShop24
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, masa orzechowo-miodowa (orzechy laskowe, miód), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, orzechy laskowe, pełne mleko w proszku, Muskat Ottonel, odtłuszczone mleko w proszku, syrop kukurydziany, masło, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, cynamon, anyż, kardamon, goździki

wtorek, 1 września 2020

Vosges Turmeric Ginger mleczna 45 % z imbirem, kurkumą, kokosem, pieprzem i innymi przyprawami curry

Bardzo lubię orientalne przyprawy, mimo że do znawcy mi daleko, a nie jestem też za przesadnie (bezcelowo) przyprawionymi daniami. Kuchnia indyjska czy tajska... mniam! Na wszelkie więc mieszanki z tego regionu patrzę raczej pozytywnie. Czy w czekoladach? A tu już nie wiem. Ostatnimi czasy wcale aż tak wielu czekolad z przyprawami nie zamawiam, zwłaszcza, gdy chodzi o te z wyższych półek. Pamiętam jednak, jak smakowała mi Dolfin Hot Masala. O tym, jak smakują mi wszystkie Vosges też zapomnieć się nie da. Zanim więc na dobre miałam się wciągnąć w odkrywanie nowych smaków, które jakiś czas temu zakupiłam, czekała mnie jeszcze ostatnia z poprzedniego zamówienia. W sumie wcześniej myślałam, że to ciemna i trochę się rozczarowałam, że jednak nie, ale już jak mi "kliknęło", że wspomniany Dolfin też był mleczny... Już było lepiej.
Na stronie w opisie znalazłam, że to ich "złota tabliczka" zainspirowana wieczornym eliksirem, miksturą na zdrowie o nazwie Złote Mleko, w której to połączono tytułowe adaptogeny, czyli "leki na stres, stany wyczerpania i niepokoju" w ogólnie rozgrzewającej kompozycji. Co więcej, dowiedziałam się, że połączenie kurkumy z pieprzem uwalnia więcej ich właściwości prozdrowotnych.

Vosges Turmeric Ginger to czekolada mleczna o zawartości 45 % kakao z kurkumą, imbirem, kokosem ze Sri Lanki oraz mieszanką przypraw m.in. curry, z czarnym pieprzem Telicherry, kozieradką, kardamonem i gałką muszkatołową.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam bukiet korzenno-orientalnych przypraw i intensywny zapach świeżego mleka oraz słodyczy mocno palonego, wręcz gorzkawego karmelo-toffi. Bardzo wyraźnie swoją obecność zaznaczył kokos (trochę jakby z aromatu), podrzucający skojarzenie z mleczkiem kokosowym. Przewijała się w tym pewna orzechowość, siankowo-wiejska nuta, podsycona suszonym motywem i rozgrzewająco-goryczkowatymi przyprawami. Klimat był indyjski, jak nic!

Tabliczka już w dotyku zdradzała swoją tłustość, ale nie lepiła się. Przy łamaniu ładnie trzaskała, ujawniając ziarnisty przekrój, w którym (albo mi się wydaje) widać przyprawy i średniej wielkości odpowiednią ilość kawałków kokosa. Trochę zaskoczył mnie zielonkawym odcieniem. Wystąpił pod postacią wiórko-płatków i kawałków wiórków. Na całą tabliczkę przypadły dwa kawałki pieprzu do chrupnięcia (a tak był bardzo zmielony i w nieprzesadzonej ilości). Nie jestem pewna, czy nie plątały się wśród nich mdławe kawalątki imbiru... Przypraw w całości nie brakowało, a zabarwiony kurkumą kokos trudno od niego odróżnić.
W ustach czekolada rozpływała się przyjemnie powoli, tłusto kremowo. Zalepiała w bardzo gęsty sposób. Oprócz dodatków i szorstkości zmielonych przypraw, sprawiała wrażenie idealnie gładkiej.
Kokos był podprażono-chrupiący, a zarazem soczyście-trzeszczący. Raz po raz dziwnie skojarzył mi się ze świeżymi płatkami migdałów. Na koniec zostawały wiórki, które w zasadzie "zrobiły się świeże", nasiąkając. Jego ilość uważam za odpowiednią - to jedynie dodatek, nie zaburzający w tabliczce niczego. Trafiłam też na parę drobinek korzenia imbiru (również wyszedł dość świeżo).

W smaku czekolada przywitała się głębią mleka, niemal śmietanki oraz wysoką, ale szlachetnie, delikatnie paloną słodyczą, a dopiero na końcu nutką przypraw. O ile jednak pierwsze utworzyły stateczną bazę, tak ostatnie zaczęły dynamicznie rosnąć.

Baza wydała mi się łagodna, przywodząca na myśl maślane toffi i jakieś rozgrzewające język chai latte, w wydaniu może bardziej kawowym, cappuccinowym (bo i "kawowe" kakao odlegle się zaznaczyło). Czułam też echo kokosa. Miał wydźwięk takiego z aromatu; nie był nachalny, a tak wkomponowany, że przyjemny. Nie sposób było nie myśleć o mleczku / śmietance kokosowej.

Z przypraw już w ciągu paru-parunastu sekund najpierw poczułam kurkumę i cynamon nieodzownie wmieszany w nutę orzechowo-goryczkowatego, palonego kakao. Zaraz dołączył do tego cały bukiet. Oto imbir i kardamon, a po nich mieszanina (kurkuma i charakternie gorzki pieprz czy gałka) uderzyły mocniej. Rozgrzały i nieco przypiekły w język. Raz po raz imbir wydawał mi się zaskakująco świeży. Miało to cudowny wydźwięk odważnie przyprawionej i zrobionej na mleczku kokosowym chai latte.

We wszystkim doszukałam się też pewnej rześkości. Płynęła z tych mocnych nut, jako goryczkowato-ostro-rześka kozieradka, pomykała po naturalnej mleczności i poprzez nią zahaczała o kokosa. Gdy z czekoladowej toni zaczęły wyłaniać się wiórki, okazało się, że to ich jakby uczepiła się kurkuma. Połączenie to wydobyło orzechy. Skojarzenie  z mleczkiem kokosowym jeszcze się umocniło, by następnie podkreślić... orzechowo-maślane toffi? Tylko że mocno palone. Kokos wzrastał przy wyłaniających się (nawet nierozgryzanych) wiórkach.

Paloność podkreślał pieprz, chwilami aż kręcący w nosie. Wpisał się w korzenność, przemodelował toffi na karmel, wplatał się w śmietankowo-mleczne tony. Cynamon i imbir, towarzyszące mu, sprawiły, że pikanteria i słodycz aż rozgrzały gardło, co z aromatem kokosowym skojarzyło mi się z likierem kokosowym czy jakimś korzenno-kokosowym drinkiem.

Bliżej końca i na koniec rozgryzałam kokosa, dzięki czemu wzrastał jego smak. Wtedy też trafiałam na małą ilość większych kawałeczków przypraw, które z kolei drastycznie podnosiły korzenną pikanterię, rozgrzewając. Mimo to, nawet zostawione na koniec i wtedy pogryzione dodatki nie zabiły smaku samej czekolady.

Po wszystkim na bardzo długo pozostał posmak mnóstwa przypraw, na bezkreśnie mlecznej i słodko-maślanej, orzechowej toni. Kojarzyło mi się to z jakąś kawową chai latte z nutą kokosa "mieszanego". Rozumiem przez to bardzo naturalnego, świeżo-mleczkowego i "aromatowego likieru". Po zjedzeniu czułam się zacnie rozgrzana i nieco zasłodzona. W korzennym, nie za mocnym rozgrzanio-pieczeniu byłam w stanie bez problemu wskazać kurkumę, imbir i bardziej gorzkie przyprawy: kardamon, pieprz, gałkę, cynamon.

Tabliczka wydała mi się niezwykle intrygująca, choć niebezpiecznie mało czekoladowa. To bukiet przypraw takich jak imbir, cynamon, kardamon, kurkuma, pieprz... słodko-indyjska mieszanka zestawiona z niebanalnym kokosem. Słodycz czekolady była bardzo wysoka, miała wydźwięk toffi, gdzieś pobrzmiewało mi cappuccino. Wszystko to jednak było takie... bogate, szlachetne i wykwintne. Zasłodzenie na poziomie, upicie się... złotem - takie określenia przychodzą mi do głowy. Hm, jak mleczność przełożyła się na mleczko kokosowe, cappuccino przyprawione i toffi, w sumie podobało mi się. Z wyższą zawartością kakao takiego efektu by nie było, ale ciekawi mnie, jak by wyszła ciemna wersja. To było bowiem bardzo ciekawe, ale jednak na swój sposób delikatne. Może i parę rzeczy bym w niej pozmieniała, ale... niekoniecznie. Jeśli taki był jej zamysł, że miała to Złote Mleko udawać, cel został osiągnięty (obiektywnie więc może to i czekolada na 9). A fakt, że do ostatniej kostki nie przestała intrygować, o czymś świadczy.
Żeby było śmieszniej, raptem parę dni wcześniej spróbowałam Molly's Cappuccino, która niespodziewanie też smakowała duetem cappuccino-toffi, ale oczywiście to nirwana (osiągnięta przez braminów?) a poziom pariasów.


ocena: 8/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 8 $
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat), suszony (odwodniony?) kokos, mniej niż 2%: sproszkowane słodkie curry, naturalne aromaty, kurkuma, imbir, kardamon, czarny pieprz, gałka muszkatołowa

sobota, 15 sierpnia 2020

Zotter Gingerbread ciemna 70 % z ciemnoczekoladowym nadzieniem z piernikiem z rumem, skórkami pomarańczy i cytryny, marcepanem, wiórkami kokosowymi, miodem oraz orzechami włoskimi i laskowymi

Uwielbiam smak piernika i pierniczków, skojarzenia i wyobrażenia z nimi związane. Pierniki-ciastka jadłam jednak parę razy w życiu, a prawdziwy piernik-ciasto... chyba nawet nie (jedyny to bezcukrowy, bananowy z Cakestera, ale że to taki zdrowy i wręcz jak np. batony od Legal Cakes - w tym właśnie LC Piernikowy -  to raczej się nie liczy). Ich nuty w czekoladach jednak ubóstwiam jak mało które inne. Czekolady piernikowe? Jak udane, to jak najbardziej! Zotter Gingerbread tak mi smakowała, że uznałam, iż wrócę do niej na pewno. Nie stało się to jednak "za rok" jak napisałam w 2015 roku, a dopiero w 2019, kiedy to zmieniła się jej szata graficzna (i skład bardzo minimalnie). Wierzyłam, że za to rewelacyjny efekt się nie zmienił.


Zotter Gingerbread to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana ciemnoczekoladowym kremem z piernika z rumem, skórką pomarańczy i cytryny, marcepanem, wiórkami kokosowymi, orzechami włoskimi i laskowymi, miodem oraz przyprawami korzennymi.

Gdy tylko otworzyłam papierek, poczułam przepiękny piernikowy zapach. To pełna moc imbiru, anyżu, goździków, cynamonu, pieprzu i całego korzenno-piernikowego bukietu. Oczami wyobraźni widziałam czekoladowy, mokry piernik nasączony alkoholem. Palona ciemna czekolada odegrała istotną rolę, trzymając nad wszystkim pieczę i dodając wykwintności. To jednak również pierniczki-ciasteczka. Ewidentnie czułam mączną ciasteczkowość dosłodzoną miodem.
Ten na dobre rozszedł się dopiero po przełamaniu, kiedy to z tabliczki dosłownie buchnął rum i... soczystość.

Twarda czekolada na wierzchu trzaskała, nadzienie zaś było bardzo plastyczne i maziste. Nieco się ciągnęło, lepiło i wyciskało spod czekolady, lecz nie mogę go nazwać zupełnie miękkim. Było w pewien sposób zacnie zagęszczone, kojarzyło mi się z mokrym zakalcem, pełnym widzianych gołym okiem przypraw.
W ustach czekolada rozpływała się idealnie kremowo, tłusto-gładko i powoli. Pozostawiała smugi na podniebieniu, a nadzienie... jakby nie mogąc się doczekać, wyciskało się spod niej.
Okazało się tłustsze i wilgotniejsze, dość soczyste. Mimo że plastyczne, wcale nie znikało zbyt szybko. Zachowało konkret. Miało w sobie pewną maślaną gładkość, ale daleko mu do gładkości. Wypełnione było po brzegi mnóstwem drobinek przypraw (kardamon, pieprz itp. jako kawalątki), czuć w nim nawet jakby ciasteczkowo-orzechową miazgę. Chwilami wydawało mi się nawet orzechowo-sprężyste i znacząco trzeszczące od świeżych wiórków kokosowych i marcepanowych wiórko-drobinek migdałów (tych bowiem nie poskąpiono). Lepiło się i zalepiało trochę podobnie do czekolady, bo ogólnie było w nim coś z czekolady... Jak wilgotny czekoladowy zakalec piernikowy!

W smaku sama czekolada to wyważona paloność: gorzka jak czarna kawa, z nutą chlebowo-piernikową, która to połączyła kawę ze słodyczą karmelu. Ewidentnie przesiąkła nadzieniem.

To przebijało się poprzez przyprawy i alkohol. Rum wyraźnie podkreślił powagę, otworzył drogę ostro-chłodnemu anyżowi i ostro-goryczkowatemu cynamonowi. Czułam mocny bukiet przypraw piernikowych, w tym na pewno pieprz, kardamon i inne goryczkowato-pikantne.
Świetnie wpisały się w opalaną gorzkość czekolady. Rum podkręcił ten motyw, po czym zrobił się ryzykownie mocny. Sam dodał trochę swojej goryczki, ale również wysoką, niemal cukrową słodycz.

Słodycz podłapały też inne elementy. Oto karmelowe tło puściło przodem miód. Dużo miodu. Takiego natychmiast aż lekko drapiącego w przyjemny sposób i mieszającego się z korzennymi przyprawami. Goździki, gałka cynamonowa, pieprz, chili, imbir... całe mnóstwo charakternych! Rysowały się na czekoladowo-maślanym tle.

Słodycz przełamała soczystość, która przełożyła się także na pewną lekkość. Zaczęła goryczkowato-słodka pomarańcza, a następnie popłynęło nieco więcej goryczki skórek cytrusowych i odrobinka kwasku. Mieszały się ze słodyczą owocu.

Wśród tego wszystkiego przewijał się ciasteczkowy smak. Oczami wyobraźni widziałam pszeniczno-korzenne ciasteczka-ludziki. Zrobiło się chlebowo-ciastowo i... marcepanowo. Jak nic, nagle zobaczyłam piernik z marcepanem i mnóstwem orzechów. Orzechy w drugiej połowie kęsa wyłoniły się odważniej. Spośród nich dominowały gorzkie włoskie. Poczułam kokosa, mieszającego się z ciastowością i soczystością. Była to taka... dość tłustawa soczystość, genialnie mieszająca się z rumem i miodem.

Pod koniec powróciła obłędna czekoladowość, wyraźnie ciemna, choć w towarzystwie masła, co z kolei przełożyło się na skojarzenie z zakalcem... piernikowym, rzecz jasna. Przyprawy wciąż rozbrzmiewały i rozgrzewały w najlepsze, w czym pomagał im rum i odrobinka soli. Miałam wrażenie, że także orzechy się nakręcają (choć wydawało się, że to niemożliwe): włoskie, laskowe, migdały. Ogólną wilgoć podkreślał marcepan z dość wyraźną, soczystą słodko-cierpką pomarańczą.

W posmaku pozostały nuty marcepanowo-piernikowe, bardziej orzechowe i kawowo-piernikowo czekoladowe. Wszystko to skąpane w mocnej słodyczy, ale z soczystością i pikanterią przypraw. Odważnie, ale bez przesady, zakropione alkoholem rozgrzewającym gardło wraz z ostrością i słodyczą.

Z perspektywy czasu trudno mi ocenić, czy odbiór był inny, niż był w przypadku wersji z 2015 roku. Że pewne przyprawy w składzie zmieniły kolejność, także tłuszcz kakaowy z mlekiem, to widzę, ale wydaje mi się, że wydźwięk taki sam.
Tak samo cudowny!
Zaczynając od wyrazistego smaku ciemnej czekolady, przez cały bukiet cudownie dobranych przypraw, które wyszły naprawdę korzennie pikantnie, charakternie, oraz poszczególne elementy jak orzechy, trochę cytrusów, kokos; po całościowy mocny smak piernika i pierniczków - miodzio! I właśnie, że także miód, że ogrom alkoholu... Wszystko się ułożyło, jak trzeba. Bardzo podobała mi się alkoholowość tej czekolady - silna, ale nie zagłuszająca, a podkreślająca.
Tak, to naprawdę dobry piernik w formie tabliczki czekolady, gdzie nie brak czekoladowości.


ocena: 10/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 493 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić (za rok lub w kolejnych latach)

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, piernik (12% mąka żytnia, cukier, skórka cytryny, skórka pomarańczy, syrop kukurydziany, jaja, miód, masło, mleko, orzechy laskowe, orzechy włoskie, cynamon, przyprawa do piernika, środek spulchniający: soda oczyszczona słodka papryka pimento, gałka muszkatołowa), tłuszcz kakaowy, mleko, rum, marcepan (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego) orzechy laskowe, syrop ryżowy, miód, mleko pełne w proszku, wiórki kokosowe, odtłuszczone mleko w proszku, przyprawa do piernika (0,2%), sól, cynamon, sól, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sproszkowana wanilia, kardamon, anyż

środa, 9 maja 2018

Rococo Gingerbread Spice Milk Chocolate mleczna 40 % z imbirem, cynamonem, gałką muszkatołową i pomarańczą

Jakoś przy Mulate Spices naszła mnie myśl, że z chęcią bym ją sobie w ciągu paru dni zestawiła z propozycją innej marki "od czekolad z ciekawymi dodatkami" - Rococo. Akurat miałam piernikową z charakternymi przyprawami, więc ślinka mi ciekła na myśl o niej. Właściwie dopiero dzień przed otwarciem dotarło to mnie, że to mleczna i w dodatku z olejkiem pomarańczowym. Z tym dodatkiem jadłam już dwie tej marki (Gold Frankincense & Myrrh i Orange Marmalade) i w obu był przesadzony... trochę się więc zmartwiłam, ale zaraz zaczęłam się zastanawiać, czy kiedykolwiek jadłam tak przyprawioną mleczną czekoladę z olejkiem? Mogło wyjść coś ciekawego, więc postanowiłam nie tracić wiary.

Rococo Gingerbread Spice Milk Chocolate to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z przyprawami do piernika (imbir, cynamon, gałka muszkatołowa) i pomarańczą (olejkiem). Zawiera 18 % składników mlecznych.

Po otwarciu poczułam intensywną woń cynamonu, takiego słodko-pikantnego, w towarzystwie mleczno-maślanym do tego stopnia, że aż kojarzącym się z białą czekoladą na mleku w proszku.

Dość ciemna, żywo-intensywnie brązowa tabliczka  trzaskała głośno przy łamaniu. Wydała mi się nieco krucha, a w ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, oblepiając je i racząc drobinkami przypraw. Miałam wrażenie, że ona tak chwilami... miękła jak proszkowo-cukrowy ulepek.

Od razu poczułam silną słodycz, która zaraz została zmiażdżona cynamonem. Nie przełamał jej, gdyż sam też pewną słodycz reprezentował.
Po chwili dzięki gałce muszkatołowej nabrał wręcz gorzko-pikantnego wydźwięku, a przynajmniej tak mi się wydawało, ponieważ więcej uwagi poświęcałam ogólnemu klimatowi. Cały czas bowiem, do wszechobecnej słodyczy docierały poszczególne smaczki, ale nie rozwijała się sama czekoladowość (a przynajmniej nie w takim stopniu, jak bym sobie życzyła). Tabliczkę odebrałam jako wyjątkowo maślano-śmietankową, zaskakująco... białoczekoladową.

A jednak było w niej i jakieś "czekoladowe ciepło" (bardziej ciepło, niż czekoladowość). W końcu zorientowałam się, że wyczuwalne goryczki to nietrafiony, pomarańczowy smak. Było w nim coś dziwnego, nierealistycznego. Łączył się z gałką muszkatołową i cynamonem fundując korzenną gorzkawość, niekwaśną pomarańczę o słodkim smaku z "udawaną gorzkawością". To chyba właśnie to połączenie, wraz z cukrem zabiło samą czekoladę mleczną.

Mniej więcej od połowy rozpływania się kawałka przyprawy zyskały na wyrazistości. Wzrosła ich siła, ale przede wszystkim przebiły się smakiem. Wyraźnie czułam imbir (w proszku, a nie świeży), cudnie rozgrzewający język i gardło. Nie palił jednak, a po prostu rozgrzewał.

To właśnie ta subtelna ostrawość imbiru pozostawała w posmaku, co byłoby przyjemne, gdyby nie poczucie czekoladowej cukrowości z niemal wyzerowaną czekoladowością samą w sobie.

To trochę jakby... cukrowe maślane ciasteczka korzenne w towarzystwie gorącego, mocno przyprawionego i dosłodzonego mleka w formie tabliczki + zagubiona niby-pomarańcza. Nawet nie chodzi o to, że przesadzili z tą pomarańczą, bo nie była mocno sztuczna. Właściwie była słabo wyczuwalna, ale... była, a miałam wrażenie, że nie powinno jej tam być. Tak samo ze słodyczą: nie była taka niecodziennie silna, ale cukrowość aż krzyczała (to tak, jak czasem jedna drąca się osoba potrafi przekrzyczeć spokojny tłumek). Jakieś to nieprzemyślane mi się wydało. Wszystko ze sobą się łączyło... albo raczej tłamsiło nawzajem. Coś mi tu zgrzytało, za dużo jednych składników, za mało innych.


ocena: 4/10
kupiłam: zamówienie przez e-mail
cena: 28,50 zł (za 70 g)
kaloryczność: 554 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa), imbir 1,6%, cynamon, gałka muszkatołowa, olejek pomarańczowy

środa, 18 stycznia 2017

Zotter Mango and Mace ciemna 70 % z kremem z mango, orzechów nerkowca i soku cytrynowego oraz kremem z mlecznej czekolady, nugatu migdałowego, karmelu i gałką muszkatołową

Z niektórymi owocami mam tak, że lubię je tak bardzo, że jak tylko kupię, to jem je osobno (nie dodając ich do żadnych kasz, sałatek, jogurtów itp.). Mango zalicza się właśnie do takich owoców i zawsze postrzegałam je jako owoc niepasujący do czekolady (mimo że Zotter Labooko Mango Lassi mi smakowała, chociaż chyba głównie dlatego, że to była pierwsza taka owocowa czekolada i wydała mi się po prostu bardzo niecodzienna).


Zotter Mango and Mace to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z kremem z mango, czekolady Mango Lassi, orzechów nerkowca i soku cytrynowego oraz kremem z mlecznej czekolady, nugatu migdałowego, czekolady karmelowej i gałką muszkatołową.
Tak, "mace" to gałka muszkatołowa.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach smakowitej, ciemnej czekolady oraz, który to nasilił się znacznie po przełamaniu, orzeźwiająco-słodki zapach mango z akcentem cytryny, przypraw korzennych i orzechów.

Czekolada rozpływała się powoli w kremowy sposób, roztaczając wokół mocny smak kakao, minimalnie dosłodzony i niemalże orzechowo-kawowy.

Po jakimś czasie spod czekolady przebiła się słodycz mango i narastała aż do chwili, w której to soczysty owoc dominuje, a wtedy doszła do niego lekka, słodka pudrowość.
W niej przemycona została także cytryna - niezwykle wyrazista i orzeźwiająca, ale ani zbyt kwaśna, ani zacukrzona. Gdy już kubki smakowe oswoiły się z cytryną, wychwyciłam także kwasek jogurtu i mocniejsze, mleczne nuty.
Żółta warstwa przypominała łagodnie słodki jogurtowo-mleczny koktajl z ogromną ilością owoców. Mimo tłustości (co prawda głównie mlecznej) wydawało się soczysto-lekkie.

Po czasie, gdy ta warstwa się nieco "rozproszyła", na wierzch wychodziła nieco korzenna goryczka, przyprawy. Wystąpiła w towarzystwie cynamonu, leciutko orzechowych nut (czy to nerkowce, migdały nie było czuć; tylko taka "orzechowość" w tle) oraz palonego, goryczkowatego posmaku. Było tu coś lekko karmelowego, ale bardzo palonego. 

Gdy pojawiały się te nuty, wraz z pewną szorstkością urozmaicającą gładkie i tłuste nadzienie, słodycz niemal natychmiast znikała.

Ni stąd ni zowąd robiło się gorzko w sposób palono-korzenny i czekoladowy oraz nadciągał mocny, soczysty kwach cytryny.
Na koniec to łagodna, ale charakterna ciemna czekolada zamykała kompozycję.

Muszę przyznać, że ta czekolada była bardzo miłym zaskoczeniem. Bałam się, że nadzienia będą zasłodzone, a tymczasem całość okazała się bardzo mało słodka. Pewnie, ma moment tej owocowo-pudrowej słodyczy, ale wszelkie goryczki, kwasek świetnie to przełamują.
Co prawda, nerkowców i migdałów jako takich prawie nie czułam, ale nie szkodzi. Bez nich też było pysznie, tak owocowo i z gorzko-korzennymi przyprawami.

Ta czekolada idealnie potwierdza to, że do nadziewańców świetnie pasuje ciemna czekolada, a nie mleczna, jaką Zotter coraz częściej daje. Mimo to, mam zamiar dokupić też mleczną z samym mango nadzieniem, bo tam zostało wzbogacone także o chili.


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowy z cukru inwertowanego, puree z mango, suszone mango, mleko, jogurt o obniżonej zawartości tłuszczu w proszku, pełne mleko w proszku, orzechy nerkowca, koncentrat soku cytrynowego, karmel w proszku (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło), migdały, lecytyna sojowa, słodka serwatka w proszku, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sól, gałka muszkatołowa, pełny cukier trzcinowy, kurkuma, wanilia, cynamon, płatki róż

-------------
Aktualizacja z dnia 06.04.2019
Jako że wpadło mi kilka czekolad Zottera do zgadnięcia smaku w ciemno (bez papierka), do tej wróciłam, mimo że nie planowałam.
Mimo iż ciemna, zapachniała mi czekoladą mleczną z wyraźnie zaznaczoną gorzkością kakao, a więc ciemną mleczną, trochę migdałami / orzechami, przyprawami korzennymi i różami, a także czymś... słodko-mdlącym, owocowym, co jako egzotyka nasiliło się po przełamaniu.
Gdy tylko powąchałam i zobaczyłam przekrój, zgadłam, co to za tabliczka

W zasadzie nie mam nic do dodania... oprócz tego, że w zasadzie ta pudrowość kremu z mango została naprawdę w udany sposób przełamana przez soczystość egzotycznie słodkiego mango i kwaśnej cytrynę. Niewątpliwie pomogły nerkowce, wprowadzając smakową kremowość "na zgodę" pomiędzy pudrowość a soczyste owoce.

Tym razem jednak całość odebrałam jako korzennie pikantniejszą. Ewidentnie wyczułam nawet kurkumę, o gorzkiej gałce muszkatołowej już nie mówiąc. To bardzo wyrazisty smak. Kompozycja chwilami wydawała mi się wręcz pieprzna (ostra). Może dlatego, że już znałam tę tabliczkę i mogłam bez trudu jeszcze bardziej skupić się na szczegółach.
O tak, ma charakterek, ocena i wszystko podtrzymane.

niedziela, 27 grudnia 2015

Zotter Gingerbread ciemna z piernikiem z rumem, wiórkami kokosowymi, skórką pomarańczy i cytryny, marcepanem, orzechami włoskimi i laskowymi z kardamonem, cynamonem, gałką muszkatołową i anyżem

Są bardzo wymyślne Zottery i są te tzw. "klasyczne". Do tych drugich zaliczam wszelkie pokroju ciemna czekolada z mousse'em, winem albo whisky. Też mnie ciekawią, przeplatam nimi zamówienia, żeby nie skupiać się tylko na tych złożonych, ale generalnie nie wywołują one u mnie aż takiego ślinotoku, jak całe kompozycje nie z tej ziemi.
Czekolada piernikowa był jedną z tych, które po prostu musiałam spróbować, ale nigdy nie myślałam o niej w kategorii czegoś wybitnie złożonego. Do momentu, gdy wyjęłam ją z szuflady do degustacji, licząc na coś bardzo smacznego i po prostu piernikowego. Piernik w czekoladzie w wykonaniu Zottera? Biorę!

Zotter Gingerbread okazała się ciemną czekoladą, o zawartości 70 % kakao, z ciemnoczekoladowym nadzieniem z piernika z rumem, skórką pomarańczy i cytryny, marcepanem, wiórkami kokosowymi, orzechami włoskimi i laskowymi, miodem oraz przyprawą do piernika, chili, kardamonem, cynamonem, gałką muszkatołową i anyżem.


Rozchyliłam złoty papierek i poczułam zapach wilgotnego piernika, bardzo korzennego, czysty rum i nutę ciemnej, ale nie gorzkiej czy kwaśnej, czekolady. Zapach, mimo że nie był zbyt złożony, sugerował, że wiele się zadzieje.
Rozłamałam połyskującą tabliczkę, a zapach rumu i piernika nasilił się. Odłamałam kawałek grubej czekolady. Jak zwykle mnie nie zawiodła. Rozpuszczała się idealnie gładko, kremowo. Nie wydała mi się zbyt tłusta ani zbyt sucha. Idealna. Lekko cierpka, głównie słodka (chociaż wyraziście kakaowa) i delikatna, choć nasiąknięta przyprawą do piernika.

Wzięłam się za nadzienie: miękkie, bardzo plastyczne i wilgotne. 
Najpierw wyczułam piernik z typowymi dla niego przyprawami i taką surową, żytnią nutą, a po chwili moje usta zalała ciepła alkoholowość rumu. Jego smak był bardzo intensywny, ale nie zabił reszty nut.
Jak się za chwilę okazało - nic dziwnego, w końcu nie były to jakieś tam słabe nutki. A wszystko to, przez cały czas, miało ewidentnie piernikowe podłoże.

Szybko wyłoniła się cierpkość skórki pomarańczowej, ale także minimalnie kwaskowato soczysta gorzkość skórki cytryny, a po chwili... znów alkohol je zdominował, ale tym razem nie był to tylko rum. Pierwsze wrażenie było takie, że to alkohol jest taki silny, jednak po chwili do mnie dotarło, co czuję. Dymna ostrość kardamonu i cynamonu, wzmocniona gałką muszkatołową. Pojawiła się tu jeszcze słodkawa nuta, lekko miodowa, łącząca się z cynamonem. Zalatywało mi tu jeszcze taką słodkawą, lekko ostrą nutką - zakładam, że może to być efekt papryki pimento.

Kryła się w niej sugestia (bardzo jednoznaczna) marcepanu, takiego alkoholowe, słodkiego i bardzo migdałowego. Spod tych migdałów wyszedł, niczym piorun podczas burzy, charakterystyczny smak orzechów włoskich. 

Kiedy zupełnie niegładka masa rozchodziła i rozpuszczała się, co chwila trafiałam na chrzęszczące wiórki kokosowe, które jednak niczego przełomowego nie wnosiły. Wnętrze było nieco tłustawe w lekko orzechowy (orzechy laskowe) sposób. W pewnym momencie, niczym jedna z wielu gwiazd na nocnym niebie, zabłysnął anyż, by schować się w wachlarzu piernikowych smaków. Obstawiałabym tu szczyptę imbiru, a już na pewną (dużą szczyptę) gałki muszkatołowej. 
Raz i drugi trafiłam na spory kawałek skórki pomarańczy, o idealnej, suchej ale lekko soczystej, konsystencji i drobinkę orzecha. Orzechy laskowe mignęły mi przez sekundę, jak jedna z milionów gwiazd na niebie, a potem znowu nadeszła piernikowo-miodowa słodycz. Ostrość cały czas pozostawała silna, ale nie narzucała się innym smakom.

Przy kolejnych kęsach, kiedy przegryzałam się przez całą tabliczkę spod słodkiej gorzkawości czekolady, naszło mnie skojarzenie z domowymi pierniczkami z marmoladą (to chyba rum dał taki efekt) w czekoladzie... 

Pikanteria przypraw korzennych wraz z rumem błyskawicznie rozgrzewały, a przeżuwając całość, pozwalając jej się rozpuszczać, miałam wrażenie, jakbym jadła pierniczki, bo trzeba zauważyć, że to ich smak był bazą pod to wszystko stworzone specjalnie dla mnie.

Spodziewałam się czegoś prostego i w miarę zwyczajnego: "ot, pierniczek w czekoladzie w wykonaniu Zottera", a otrzymałam najlepszy piernik, jaki w życiu jadłam, bombardujący bogactwem i feerią smaków. Pikantny, alkoholowy, czysto piernikowy... Po prostu idealny.


ocena: 10/10
kupiłam: zamówiłam u dystrybutora
cena: 16 zł
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy kupię znów: z chęcią bym do niej za rok wróciła

Skład:masa kakaowa, surowy cukier trzcinowy, piernik (12% - mąka żytnia, cukier, skórka cytryny, skórka pomarańczy, syrop kukurydziany, jaja, miód, masło, mleko, orzechy laskowe, orzechy włoskie, cynamon, przyprawa do piernika, środek spulchniający: soda oczyszczona słodka papryka pimento, gałka muszkatołowa), mleko, masło kakaowe, rum, marcepan (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego) orzechy laskowe, syrop fruktozowo-glukozowy, miód, mleko pełne w proszku, wiórki kokosowe, odtłuszczone mleko w proszku, przyprawa do piernika (0,2%), sól, cynamon, wanilia, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, kardamon, anyż