Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: żurawina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: żurawina. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lipca 2026

Nelli Tatransky Les Horka Cokolada Lieskove orechy, cucoriedky ciemna 54 % z orzechami laskowymi i suszoną żurawiną

O słowackiej marce Nelli nie znalazłam za wiele, a o jej istnieniu dowiedziałam się w momencie, gdy natknęłam się na ich tabliczki w sklepie z pamiątkami i naturalnymi produktami (jedzeniem, ale też kosmetykami etc.). A tam zaszłam, bo znajomy szukał Kofoli. Jakoś bowiem szybko zrobiliśmy planowaną trasę w Tatrach i wróciliśmy do Starego Smokoveca, gdy jeszcze wszystko było pootwierane. Tabliczek Nelli była tam cała półka. Którą wybrać? Na pewno od razu odrzuciłam inne niż ciemne. Potem zaś... Zdałam się na wzrok i kupiłam tę w wyróżniającym się opakowaniu, zdobionym przez uroczą kozicę.
Wzięłam ją ze sobą na Przełęcz Krzyżne, na którą weszłam, idąc z Gęsiej Szyi przez Wolarczyską i koło Czerwonego Stawu w Dolinie Pańszczycy. Jakież było moje zdziwienie, gdy na pobliskim szczycie w trakcie czekoladowej sesji zdjęciowej dostrzegłam... kozicę.

Nelli Tatranský Les horká čokoláda Ručne vyrábaná Lieskové orechy, čučoriedky to ciemna czekolada o zawartości 54 % kakao z orzechami laskowymi i suszoną żurawiną.

Po otwarciu rozszedł się przecukrzony zapach czekolady niewątpliwie ciemnej i bardzo orzechowej, zrównanej z surowymi orzechami laskowymi. Gorzkość przybrała klimat niemal niealkoholowego likieru, może bardziej syropu kakaowego, zaś orzechy... Mieszanki surowych orzechów i migdałów pod przewodnictwem laskowych. To, że to zapach dodatku, nie samej czekolady, wcale nie było takie oczywiste, orzechowość częściowo zdawała się płynąć z czekolady. Żurawina za to pobrzmiewała leciuteńko w oddali - i to bardziej jako czerwone owoce, w tym może i żurawina.

Spód tabliczki wyglądał smutno: dodatków pożałowano i umieszczono je głównie na środku. Parę połówek laskowców i sporo pyłu, drobnicy ze skórkami oraz kilka wielkich żurawin trzymała się całkiem nieźle. Przy łamaniu czekolada trzaskała głośno i chrupko, jako że była twarda. Dodatki, ku mojemu zaskoczeniu, mocno się jej trzymały.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, zaraz mięknąc. Stawała się gęstym, lepkim, tłustym kremem. Dodatki szybko od niej odpadały. 
Orzechy zawsze, czy to gryzione wcześniej obok czekolady, czy po jej zniknięciu miały taką samą strukturę. Żurawiny gryzione wcześniej przedstawiały się jako twardsze i suchsze. Po tym, jak czekolada zniknęła, minimalnie zmiękły i zdobyły się na soczystość. Nie wysoką, ale jednak. Trochę trzeszczały, a pesteczki dodały im chrupkości. 
Orzechy lekko chrupały, zdradzając miękkawość świeżych, potem skrzypiały, Drobinki tylko skrzypiały.

W smaku czekolada przywitała się dosadną słodyczą z echem... czegoś sztucznego. Do głowy przyszedł mi aromat / olejek migdałowy.
Słodycz już startowała z wysokiego poziomu, a po chwili jeszcze rosła. Zwłaszcza, że dołączyła do niej nuta wanilii. Wraz z niezbyt silnym, na pewno nie gorzkim na tym etapie kakao zbudowały klimat kakaowego syropu.

Aromat / olejek migdałowy zaczął z wolna przechodzić w ogólną orzechowość. A tę uszlachetniała lekka gorzkość. W kęsach z orzechami ewidentnie była to orzechowość rządzona przez surowe orzechy laskowe.
Gdy jadłam samą czekoladę, bez dodatków, orzechowość z dominującymi orzechami laskowymi też czułam.

Motyw syropu kakaowego przez moment zaczął iść w kierunku syropu kakaowo-kawowego, jednak słodycz wygrała z gorzkością i z czasem przeszedł w ogóle w jakiś syrop cukrowy. Słodycz aż trochę drapała. Niegryzione dodatki niezbyt ją tonowały, bo pobrzmiewały bardzo słabo.
Gdy z ciekawości pogryzłam je wcześniej, przebijały się przez czekoladę. Kawałki orzechów laskowych bardzo słabo, żurawina dosadniej. Sama czekolada jednak wtedy jawiła się jako słodsza i bardziej plastikowa, więc zostawiałam je na koniec.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa orzechowość wsparła nieśmiała nutka drewna. Naaromatyzowanie, olejkowość schowały się. Delikatna gorzkość otuliła drewno palonym motywem oraz odrobinką kawy ze śmietanką.

Słodycz... Może nie osłabła, ale przynajmniej przestała rosnąć. Czekolada zaczęła przejawiać lekko soczyste, czerwono owocowe skłonności. Czułam je nawet w kęsach bez żurawiny. To była słodka soczystość, trochę jak słodki syrop wiśniowy, ale jednak nieco ułatwiająca odbiór.

Dodatki nieco rosły w siłę. Żurawina długo prawie się nie odzywała, acz może i podkreślała soczyście owocowy akcent. Później dodawała do kompozycji trochę kwaśności. Laskowce za to na pewno podkręcały surową orzechowość - szybciej i częściej niż żurawina podkreślała soczystość.

Czekolada znikając jednak wróciła do bardziej słodkiego tonu, zacukrzając na poziomie gardła. Słodycz męczyła i drapała jeszcze bardziej w przypadku kęsów bez dodatków. Smakowo cukier trochę urozmaicało waniliowe echo.

Orzechy laskowe na koniec zaprezentowały się jako surowe lub prawie surowe i minimalnie słodkawe, łagodne, acz przeplecione goryczka orzechowych skórek.
Żurawina na końcu wciąż nie była jakoś szczególnie charakterna, ale pokazała się z bardziej kwaśnej strony. To na pewno suszona żurawina (nie kandyzowane czy liofilizowana).

Po zjedzeniu zostawał posmak dodatków, jeśli były w kęsie, a więc albo laskowców, albo żurawiny, albo obu na równych prawach. Oprócz tego czuć czekoladę jako splot cukrowego syropu, cierpkiej paloności i echa soczystego, ogólnie czerwono owocowego, jakby wpisanego w syropową słodycz. 

Czekolada wyszła bardzo w porządku. Baza, choć bardzo słodka, miała charakter orzechowo-migdałowy, lekko palony i z namiastką soczystości. Jak na 54%, całkiem przyjemna, mimo że pobrzmiewała nie w pełni naturalnie. Nie wiem jednak, dlaczego - skład nie wskazuje na dodanie aromatów innych niż waniliowy. Dodatków bardzo pożałowali, a i nie były jakoś szczególnie porywające, a po prostu dobre. Plus jednak, że świetnie dopasowały się do smaku bazy.


ocena: 7/10
kupiłam: mały sklep w Starym Smokovecu
cena:  4 (około 17 zł; za 80g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe, liofilizowana żurawina, lecytyna E322, naturalny aromat waniliowy

środa, 15 kwietnia 2026

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Cranberries & Graines grillees ciemna 60 % z żurawiną, sezamem, pestkami dyni i komosą ryżową

Ta tabliczka bardzo mnie zaintrygowała, bo rzadko spotyka się czekolady z ziarnami. A to wydaje się właśnie całkiem przyjemny sposób na pestki. Tych bowiem jakoś nie umiem jeść samych (a np. orzechy za to jak najbardziej). Kupując, myślałam, że może być naprawdę niespotykana i od razu pomyślałam, że musi wieńczyć wejście na jakieś wyższe miejsce w górach. Niestety, choć gdy tak szłam z Kopskego Sedla widoczność się poprawiła, kiedy wyszłam na Chata pri Zelenom plese, na niebie zaczęło zbierać się coraz więcej chmur, zasłaniających szczyty. Czekoladzie tej wymyśliłam sesję na Wielkiej Świstówce (w Polsce znanej jako Rakuska Czuba), ale zaczęłam obawiać się, że z widoków nici. Poniekąd miałam rację, bo nie było nic widać, a chmury odsłaniały widoki dosłownie na parę sekund co parę minut... Tak, uparłam się, by coś uchwycić i dość długo tam spędziłam. Czy tabliczka była tego warta? Potem zeszłam do parkingu Biela voda, mijając stację kolejki i Skalnaté pleso.

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Cranberries & Graines grillees to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z żurawiną i prażonymi pestkami: dynią, sezamem i komosą ryżową / quinoa.

Po otwarciu rozszedł się palono gorzki i słodki za sprawą karmelizowania zapach. Wyraźnie czułam niemal wytrawny, prażony sezam, niedookreślony motyw orzechów i pestek oraz lekką soczystość czerwonych owoców. Do głowy przyszedł mi likier... trochę palono kawowy? Kawowo-kokosowy? Po przełamaniu i w trakcie jedzenia nasilił się znacząco motyw owoców tak, że w sumie można rozpoznać żurawinę.

Tabliczka trzaskała średnio głośno podczas łamania, mimo że była bardzo twarda. Przekrój ujawnił sporo drobnych rozmaitości. Ogólnie dodatków znalazło się w niej tak wiele, że aż trudno zrobić kęsa bez nich - w domu, by się w nią wczuć, uważanie spiłowałam z brzegu trochę czekolady nożem.
W ustach czekolada rozpływała się wolno, jawiąc się jako maślano kremowa i gęsta. Odebrałam ją jako zbitą i uparcie zachowującą kształt. Mocno trzymała przy tym dodatki. Wydaje mi się, że miejscami wystąpiły w formie zlepko-grudek, ale w większości raczej osobno. Żadne z nich nie wydawało się specjalnie karmelizowane, acz z rzadka coś cukrowego się z nich nieco rozpuszczało. Gdy tak ją jadłam, raz po raz wracało wrażenie, że jest nazbyt mocno najeżona. Ze względu na to, jak dodatki trzymały się czekolady, wolałam zostawiać je na koniec. Gryzione wcześniej żurawina i komosa były nieco twardsze, acz nie mocno. Wszystkie okazały się bardzo małe. Sezam i dynia z kolei cały czas zachowywały się tak samo.
Ilość i wielkość dodatków jakby dopraszały się o gryzienie wcześniej, acz ja i tak głównie zostawiałam je już na koniec.
Dodatki gryzione na koniec były średnio wyrazistsze w kwestii tego, czym właściwie były. Pestki dyni mocno posiekano. One i sezam trochę się do siebie upodobniały. Były trzeszcząco-miękkawe, ale nie miękkie. Drobinki żurawiny to jędrno-soczyste kawałeczki, skórki i pojedyncze pesteczki o lepkawo-miękkiej, ale dość zwartej strukturze. Sezam trzeszczał. Malutkie kulki komosy ryżowej przeważnie były bardzo twarde i chrupiące, kojarzyły mi się z pełnymi chrupkami zbożowymi. Nieliczne nasiąkały i szły w papkowatym kierunku.
Dominowała komosa, potem żurawina. Sezamu było trochę, dyni miałam wrażenie, że mało.

W smaku pierwsza ruszyła odważna słodycz, w której wiele do powiedzenia miał karmel i konkretnie motyw karmelizowania.

Gorzkość snuła się za słodyczą i nawet nie próbowała jej dorównać. Miała nieco palony wydźwięk i zwłaszcza na początku kojarzyła się z kawą. Potem wiele zależało od układu dodatków i rozkładu sił wśród nich.

Czasem żurawina dość szybko zdradzała swoją obecność subtelnym splotem kwasku i słodyczy, czasem prawie nic się nie odzywało. Sporadycznie przewijał się mocniejszy akcent karmelizowana - obstawiam, że od nich.

Gorzkość, z nadrzędną słodyczą wszędzie wokół, zaserwowała nieco likierowy wydźwięk. Kawowo-jakiś, niedookreślony. Może kawowo-kokosowy? Na pewno palony, co żurawina pobrzmiewająca w tle jeszcze podkreślała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa obok gorzkawości stanął jeszcze motyw maślany. Czasem oleiście-wytrawniejszy, jakby oleju sezamowego? Rzadko jednak.

Gdy spróbowałam odrobinkę czekolady osobno z paru różnych miejsc, wydała mi się lekko przesiąknięta dodatkami, a dokładniej motywem karmelizowania i ziaren.

Ogólnie z czasem czuć w niej też motyw pestek, niezbyt konkretny, ale jednak. Czasem mocniej przemknął sezam, bardzo rzadko akcent zbożowo-kartonowy. Przy mieszaninie tego wszystkiego raz po raz odnotowywałam też aluzje do  kokosa w samej bazie.
Gdy z ciekawości gryzłam dodatki obok, czuć je. Sama baza starała się wtedy jawić jako bardziej gorzkawa-cierpka, palona, ale ogólnie wydawała się prostsza, bliska plastikowej. Dodatki zaś... Wychodziły różnie wyraziście. Sezam w miarę się przebijał, dynia niezbyt, komosa wydawała się nijaka. Żurawina przebijała wszystko kwaśnością.

Końcowo czekolada robiła się bardzo maślana, ale nie zapomniała o palonej, teraz już wręcz cierpkiej, nucie. Słodycz trochę za bardzo sobie pozwalała, ale nie czułam mocnego przesłodzenia.

Dodatki gryzione na koniec wyszły lepiej, bo smakowały sobą, a słodka baza im nie przeszkadzała. I tak jednak zazwyczaj czułam niedookreślony miks. Tylko co jakiś czas coś odzywało się wyraźnie. Przeważnie smak czy to dyni, czy sezamu czy komosy przemknął i mieszał się z resztą.
Niewątpliwie jednak żurawina trzymała się raczej kwaśności, ale i słodycz w niej czuć.
Pestki czasem smakowały sobą, czyli dynią, ale ogólnie były bardzo nieśmiałe. Zupełnie zapomniały o karmelizowaniu. Sezamowi lepiej szło wyskakiwanie z tego tłumu, ze względu na swój prażony, wyrazistszy i wytrawniejszy to. Najwyraźniej wyszedł właśnie wytrawny, prażony sezam, potem dynia, a tuż za nią końcu komosa ryżowa. Ta przypominała nijakie chrupki zbożowe, ryżowe - jakiekolwiek - o dość neutralnym smaku.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków w różnych układach, a także echo cierpkiej i jednocześnie przesłodzonej czekolady. W zestawieniu z dodatkami jawiła się jako trochę likierowa. Dodatki utrzymywały się czasem na równych prawach, czasem któryś dominował. Kwaskawa żurawina nie miała z tym problemu. Sezamowi czasem udawało się wyłonić, dyni rzadziej. Komosa odpuszczała. 

Czekolada mnie trochę rozczarowała, bo pestki dyni i sezam mogłyby wyjść naprawdę charakternie, gdyby dyni tak nie posiekano, a sezamu dodano więcej. Po prostu, tylko tyle i aż tyle. Żurawina była podrobiona tak bardzo, że dawno takiej nie widziałam. Też niepotrzebnie. Komosa to dodatek zbędny, nudny, bo nic nie wnosił. Wyszedł z tego śmietnik dodatków bez wyraźnego charakteru. Sama baza po prostu w porządku - właśnie przydałyby się jej lepsze dodatki. Dużo tu gryzienia, gryzienia, ciamkania, ciamkania i tyle... Można zjeść, ale kompletnie bez emocji.
Na podobną dolegliwość cierpiała Zdrowa Sowa Czekolada z Bakaliami 72 % Ekwador.


ocena: 7/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, żurawina 6%, mieszanka pestek 3% [karmelizowane pestki dyni i komosy ryżowej (pestki dyni, komosa ryżowa, cukier), sezam], tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

niedziela, 1 marca 2026

Endangered Species Cranberry & Almonds 72 % Cocoa Dark Chocolate ciemna z suszoną żurawiną i migdałami

Jadłam tylko jedną czekoladę amerykańskiej marki Endangered Species (Endangered Species 72 % Dark Chocolate with Hazelnut Toffee) i niezbyt mi odpowiadała, jednak nie w sposób, bym miała skreślić całą markę. Po prostu wariant był nie po mojemu. Gdy jakiś czas temu trafiłam na sporo tabliczek tej marki na polskie stronie, wyglądały zupełnie inaczej od tamtej. Jak ten czas leci! W sumie więc, biorąc pod uwagę, jak dawno jadłam podlinkowaną, to mogły być już zupełnie inne czekolady. Ileż to zmian marka i jej oferta mogły przejść. Niezrażona zamówiłam więc kilka, myśląc o nich głównie w kontekście gór. Uznałam, że jedzenie zacznę od tej, bo... jakoś tak w mojej głowie ten wariant zapisał się jako lubiany przez Amerykanów. Amerykańskie marki często łączą migdały z żurawiną. Mnie ten duet wydaje się smaczny, ale jak wiele takich, nie wyjątkowy. Gdy mam myśleć w kontekście dodatków do czekolady? Ot, może być, może nie być. A jednak kupiłam, bo z kolei u nas w Polsce nie należy do zbyt popularnych i nie jadłam za wielu takich czekolad. A w górach wiedziałam, że przejdzie. Wzięłam ją na Trzydniowiański Wierch, na który weszłam z Siwej Polany Doliną Chochołowską, przez Polanę Trzydniówkę.

Endangered Species Cranberry & Almonds 72% Cocoa Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z suszoną żurawiną i migdałami.

Po otwarciu rozszedł się palony, trochę gorzki zapach, kojarzący się ze słodką czekoladową kawą. Czarną, acz smakową; ze smakowym, nieco nadto słodkim syropem. Słodycz połączyła cukrowość ze sporą dawką wanilii. Tuż obok wystąpiła słodko-kwaśna żurawina, idąca trochę w kandyzowanym kierunku, acz dało się rozpoznać, że dodano owoce suszone. Migdały prawie zupełnie się ukryły. Po podziale i w trakcie jedzenia, wydawało mi się, że doszukałam się ich akcentu, skrytego w czekoladowej kawie.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała bardzo głośno i głucho. Była bardzo, bardzo twarda. Przekrój ujawnił, że dodano do niej średnią ilość średnich kawałków migdałów i małą ilość średnich i małych żurawin. Migdały łamały się idealnie wraz z czekoladą, żurawina zostawała w którejś z części.
W ustach czekolada rozpływała się dość powoli, wykazując kremowość i lekką suchość. Tłustość niby była, ale dobrze się chowała. Podobnie jak znikoma pylistość, więc ogół odebrałam jako względnie gładki. Czekolada długo zachowywała masywność, maziście pokrywając podniebienie i z wolna odsłaniając dodatki. Zdecydowanie wolałam gryźć je na koniec. O ile migdały były takie same niezależnie od czasu, tak żurawina gryziona wcześniej była twardsza i nieco suchsza, ale nie sucha. 
Czekolada znikając, wyszła już trochę tłusto rzadko i wtedy brałam się za dodatki. Potwierdziło się, że ogólnie dodano ich średnią ilość. Migdałów więcej niż żurawiny: na migdały trafiałam w większości kęsów, na żurawinę od czasu do czasu. Przeważały kawałki średniej wielkości, ale trafiłam też na trochę małych, gdy chodzi o migdały. Żurawiny wystąpiły w postaci malutkich całych owoców oraz chyba paru kawałków. Gryząc uważnie, dało się zrobić kęsa bez nich.
Migdały były chrupiące-delikatne, czasem wręcz trzeszczące.
Żurawina gryziona na koniec zdążyła już trochę nasiąknąć i przedstawiła się z nieco bardziej, acz też nie mocno, soczystej strony. Wciąż była konkretna i twardawa, acz nie bardzo twarda. Trzeszczała od skórek i jawiła się jako lepko-konkretna.

W smaku od początku czuć średnią, choć wyrazista, słodycz i średnią, paloną gorzkość. Słodycz nagle podskoczyła, podrzucając wizję czarnej kawy z czekoladowym sosem. Jego słodycz wyszła trochę dusznie, co umocniła wanilia, która zawarła sojusz z cukrem.

Palona nuta rosła, jednak nie przełożyła się na wysoką gorzkość. Ta była łagodna, czego pilnowała drobna maślaność.

Czasem, gdy któryś przegryzłam lub chociaż zahaczyłam zębem, dodatki dość szybko dawały o sobie znać. Migdały wpisywały się w czekoladowość, jakby próbując nieco poskromić słodycz, zaś żurawina bardziej się wyróżniała z racji słodkiej soczystości.

Gorzkość i intensywna słodycz po kawowym starcie zmieniły się w kawowe, kawowo-migdałowe brownie lub murzynka je udającego. To w nich miejsce znalazła sobie maślaność. Wyobraziłam sobie ciasto polane trochę przesłodzonym, kakaowym sosem /syropem.

Czekolada sama w sobie miejscami lekko przesiąkła dodatkami. Z czasem ich nuty leciuteńko się odzywały, jakby niezależnie od kawałków. Gdy z ciekawości próbowałam raz po raz samej czekolady, czasem miała w sobie coś z migdałów i żurawiny, acz mocno nimi nie smakowała. Czasami za to w ogóle ich nie czuć. Wtedy czekolada wydawała się nieco bardziej ziemista i mniej słodka (dodatki jakby to wyrównywały, lekko podkręcając ziemistość i mocno podkręcając słodycz?).

Żurawiny ogólnie łatwiej dawały o sobie znać, ale robiły to rzadziej (bo było ich mniej). W zestawieniu z migdałami, odciągały od nich uwagę. A jednak niegryzione dodatki, choć odzywały się, pozostawały daleko za smakiem bazy. Kiedy trafiłam na większą kulkę żurawiny, podczepiała się pod syropową słodycz, podrzucając wizję syropu / sosu żurawinowego.
Niegryzione migdały trochę łagodziły ziemistość i nieco delikatniej, słodycz.

Gdy z ciekawości parę razy pogryzłam dodatki obok czekolady, całkiem nieźle współpracowały jako migdałowe ciasto czekoladowe z bardzo słodką, niemal kandyzowaną żurawiną. Słodycz ogółu wtedy wydawała się silniejsza i trochę męcząca, drapiąca.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa palona nuta umocniła trochę gorzkość. Wyłoniła się subtelna ziemistość... Jakby niepewna, czy może sobie na coś pozwolić, aż w końcu faktycznie bardziej się wychyliła i... oddała pole do popisu gorzkości palonej. Łagodny wątek migdałów i słodka soczystość rozchodzące się od kawałków trochę podkreśliły ją... W zasadzie podkręcały się nawzajem.

Słodycz też jeszcze wzrosła. Wspięła się na wysoki poziom, a w obliczu nawet tej lekkiej soczystości, zrobiła się wyraźnie karmelowa. Jak karmelowo-czekoladowy sos...? Albo raczej Karmel czekoladowy! W dodatku podkręcony wanilią.

Gdy na koniec gryzłam dodatki, czasem któryś dominował, czasem występowały w duecie zgodzie.

Migdały były delikatnie, łagodnie słodkie w naturalny sposób i podprażone minimalnie. Chwilami jakby wcale.
Żurawina gryziona na koniec była głównie słodka. Wyraźnie suszona, acz robiąca aluzje do kandyzowanej. Kwasek jedynie się w niej przewijał.

Po zjedzeniu został posmak dodatków: łagodnych migdałów i słodko-soczystej żurawiny. Czekolada wystąpiła jako zakalcowe ciasto czekoladowe i kawa z litrami słodkich sosów - waniliowo-czekoladowego i karmelowego - też całkiem wyraźnie się zaznaczyła. Jej goryczka trzymała się paloności.

Czekolada była smaczna. Co prawda trochę ryzykownie słodka, ale nie bardzo męcząca i jednak gorzka na poziomie całkiem niezłym. Słodycz miała wydźwięk bardzo syropowo-sosowaty, trochę duszny, ale nie dominowała. Paloność, motyw ciasta czekoladowego i trochę ziemi mieszały się w niej z dodatkami: nienachalną żurawiną i delikatnymi migdałami. Migdałów dodano odpowiednią ilość, dzięki czemu czuć je dobrze i nie zostawiły niedosytu, żurawiny trochę poskąpiono, ale nie była na tyle zachwycająca, że bardzo by mi zależało, by takiej dodano więcej. Gdy chodzi o wielkość kawałków, wyszło uniwersalnie, bo nie była to ani drobnica, ani całe. To kompozycja spokojna, prosta, ale nie nudna.
Odebrałam ją lepiej niż Endangered Species 72 % Dark Chocolate with Hazelnut Toffee, w której chyba po prostu dodatek zrobili kiepsko i baza tym przesiąkła.


ocena: 8/10
kupiłam: pl.iherb.com
cena: 20,72 zł (za 85g)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), migdały, suszona żurawina, cukier trzcinowy, proszek celulozowy, olej słonecznikowy

środa, 4 lutego 2026

Zdrowa Sowa Czekolada z Bakaliami 72 % Ekwador ciemna z płatkami owsianymi, orzechami nerkowca, arachidowymi, laskowymi, migdałami, pistacjami, rodzynkami i żurawiną

Marki Zdrowa Sowa ciekawiły mnie przede wszystkim czyste ciemne czekolady, ale gdy pierwszy raz odwiedziłam ich stronę, taka była jedna, po dłuższym czasie wprowadzono drugą. A ja nie przepadam za zamawianiem tylko jednej tabliczki. Stąd zainteresowałam się tymi z dodatkami. Oczywiście w góry. Przy nich jednak żałowałam, że zdecydowali się robić z innego kakao czekolady czyste, z innego z dodatkami. Dziś przedstawiana bowiem była tak bogato obdarowana różnościami, że smutno mi się zrobiło, że nie ma opcji, by poznać czystą. Tę producent zachwalał jako zdrową i zrobioną "wyłącznie z niezbędnych, zdrowych składników", cokolwiek to miało znaczyć. Twórczyni marki, Beata Pawlikowska, przyznała, że to jedna z jej ulubionych czekolad i dodała: "mam zawsze tabliczkę zdrowej czekolady w samochodzie, przydaje się kiedy zabłądzę, stoję w korku albo jestem zmarznięta i zmęczona".

Zdrowa Sowa Czekolada z Bakaliami 72 % Ekwador to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao z Ekwadoru i Wysp Świętego Tomasza (Sao Tome) z bakaliami: prażonymi płatkami owsianymi, prażonymi orzechami nerkowca, arachidowymi, laskowymi, prażonymi migdałami, pistacjami, rodzynkami i suszoną żurawiną.

Po otwarciu poczułam kwiatowo słodycz i zapach znacząco, ale w łagodny sposób, gorzki. Gorzkość miała w sobie sporo z kawy. Powiedziałabym, że zbożowej, bo właśnie i zbożowość wyraźnie czułam. Jakby ciastka owsiane? Kompozycja kryła w sobie też trochę gorącej ziemi, mieszającej się z cynamonem. To jednak też jakby trochę osiadało w kwiatach... Do głowy przyszło mi ciepłe, tylko co wyjęte z piekarnika ciasto kakaowe z orzechami. Orzechowość czuć jako niejednoznaczny miks. Trudno powiedzieć, na ile to nuty kakao, a na ile dodatków. Podobnie z prawie soczystym echem: raz coś zaleciało, zniknęło, potem znowu... W ciemno mogłabym nie zgadnąć, że to tabliczka z też z orzechami.

Twarda tabliczka trzaskała przy łamaniu w kruchy sposób i kruchość wykazywała. W przekroju ujawniło się sporo małych kawałków orzechów.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim i maziście, niemal do końca zachowując zbity kształt. Początkowo wydawała się maślana, ale choć była dość tłusta, to wrażenie z czasem uciekło. Szybko poczułam za to narastająca pylistość, chwilami wręcz proszkowość. Końcowo niby trochę się wygładzała, ale nigdy zupełnie. Kawałki bardzo niechętnie się z niej wyłaniały, długo siedziały zatopione. Czasem wydawało mi się, że podkręcały w bazie wodnistość. W zasadzie w prawie każdym kęsie coś się trafiło, oczywiście w różnych zestawieniach. Zrobienie kęsa bez nich graniczyło z cudem, a by spróbować trochę samej czekolady, spiłowałam ją zębami z brzegu dwóch kostek.
Wszystkie dodatki wystąpiły w postaci kawałków małych i bardzo małych, malutkich.
Kawałki wyszły dość jednostajnie pod względem struktury. Ta nie różniła się, czy gryzłam wcześniej obok czekolady, czy na koniec.
Orzechy i chyba płatki owsiane okazały się chrupkawo-skrzypiące. Niektóre, dokładniej migdały, arachidy i laskowe nieco konkretniej, chrupkawo, zaś nerkowce i pistacje miękko. Przy niektórych zdarzały się orzechowe skórki. Owoce wyszły jednie, średnio soczyście. Niektóre jakby trochę scukrzono.

W smaku najpierw poczułam lekko paloną gorzkość, którą szybko zaczął osładzać wyrazisty karmel.

Karmel dał się poznać jako palony i dość władczy. Dołączyły do niego subtelne, słodkawe kwiaty. Trochę rosły, ale nie wyszły przed karmel. Ten podkreślała gorzkość o trochę dymnych, dymno-palonych zapędach.

W tle pojawiły się orzechy. Po chwili mogłam stwierdzić, że chyba laskowe i trochę migdałów. Nie wydaje mi się, by tabliczka mocno i tylko po prostu przesiąkła dodatkiem, bo to była pozytywna orzechowość*.
Kiedy spróbowałam odrobinkę samej czekolady, utwierdziłam się w tym, że za paloną gorzkością, wyraźnie czuć orzechy, acz dalej nie dało się orzec, czy przesiąkła, czy to jej nuta.

Paloność mieszała się z motywem pieczenia. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pojawiła się wizja ciepłego ciasta kakaowo-cynamonowego z orzechami i palonym karmelem. Dodatki bardzo, bardzo nieśmiało dawały o sobie znać. 

Gdy na próbę gryzłam je obok czekolady, wyszły nijako, a w czekoladzie obudziły wodnistość.

W oddali zaznaczyła się echo czerwonych owoców. Acz bez kwasku... Chyba? Najpierw byłam pewna, że to przebija się żurawina, ale czuć to też w kęsach bez owoców. Z czasem powiedziałabym, że to bardzo słodki dżem z mieszanki porzeczek oraz... jakiś innych owoców... żurawiny i aronii?

Z czasem w pieczonym wątku dość często pojawiała się nutka wręcz owsiankowa. Owsianki pieczonej? Owsianki lekko kawowej? Albo owsianej kruszonki na kawowym cieście. W oddali przemknęła kawa... Kawa zbożowa?

Dodatki niegryzione wplatały lekką orzechowość, ale ogólnie nie rozbrzmiewały za mocno nawet gdy porządnie się wyłaniały.

Dodatki gryzione na koniec smakowały trochę nijako. Ogólnie orzechowo, często mało jednoznacznie, bo w ustach zostawały różne orzechy i mieszały się. Czasem wyłoniły się wyraźnie migdały i pistacje. Z rzadka przemykały arachidy, czasem robiło się słodko-maślano od nerkowców. Co jakiś czas wyskakiwały jakby stare orzechy laskowe (*o to mi chodziło, gdy pisałam, że baza wydawała się pozytywnie orzechowo laskowa, bez tej nuty goryczkowato-starej). Ogólnie jednak czuć nijaką orzechowość. Płatki owsiane chyba udawały nijakie orzechy. Wszystkie były lekko prażone tak delikatnie, że w porywach wydawały się surowe.
Suszone owoce - i żurawina, i rodzynki - wyszło słodko, wręcz scukrzono i tylko w porywach lekko kwaskowato. Te za to czuć jednoznacznie.
Orzechy i owoce gryzione razem, rozbrzmiewały na równych prawach. Nie przeszkadzały sobie, ale też jakoś nie łączyły się zachwycająco.


Po zjedzeniu został posmak ogólnie orzechowy, dość nijaki, rozmyty. W orzechy wmieszała się pewna nieoczywista zbożowość. Najłatwiej wybicie się przychodziło migdałowym i starym laskowcom. Za nimi stała słodka w kwiatowo-karmelową sposób czekolada. Lekko pobrzmiewał też akcent cynamonu i kawy, trochę osnutych dymem. 

Dodatki przeszkadzały dobrej czekoladowej bazie, nic pozytywnego w tej formie nie wniosły. Za dużo ich, jednak nie wyszło to bogato. Przez to, jak je podrobiono, wszystkie upodobniły się do siebie. Przez to ogrom "jakiejś drobnicy" denerwował odwracaniem uwagi od bazy, a smakowo w zasadzie czuło się niedosyt... wszystkiego. Wyraźnie gorzka w trochę dymny sposób, ciepła jakby cynamonowo-ciastowo i kwiatowo-karmelowo słodka czekolada była wyważona i zwyczajnie bardzo smaczna. A nijakie dodatki odwracały uwagę. Za ich formę poleciał jeden punkt, a za namieszanie, przesadę drugi. Sama baza spokojnie miałaby 8, a kto wie, czy nie więcej.


ocena: 6/10
kupiłam: zdrowasowa.pl
cena: 30,90 zł (za 60g)
kaloryczność: 509 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany, bakalie 15% (prażone płatki owsiane, prażone orzechy nerkowca, arachidowe, laskowe, prażone migdały, pistacje, rodzynki, suszona żurawina), tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 15 grudnia 2025

Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina Żurawina Czekolada Mleczna 42 % Kakao z suszoną wołowiną marynowaną w żurawinie z przyprawami

Odkąd pamiętam, mięsny ze mnie typ, jednak mięso robione na słodko (w glazurach, sosach, z np. śliwką) jakoś do mnie nie przemawia. Ku mojemu zaskoczeniu, gdy spróbowałam amerykańskich czekolad z suszonym mięsem, te chwyciły. Nie tak, bym miała często wracać, ale doceniam. Gdy więc Beskid wprowadził nowości, stworzone w ramach współpracy z firmą Wild Willy zainteresowałam się. Nie tak jednak, by kupić, a by napisać do Wild Willy z pytaniem o współpracę. Jak łatwo się domyślić po tym wpisie, odpowiedź była pozytywna, za co jestem ogromnie wdzięczna.
O marce Wild Willy w zasadzie prawie nic nie wiem, oprócz tego, że zajmują się produkcją naturalnego suszonego mięsa. Nazwa i logo przedstawiają ich bohatera-maskotkę, Dzikiego Willy'ego, ale nigdzie nie znalazłam, skąd pomysł na imię i całego tego woła.
Postanowiłam zacząć od słodszej opcji. Zaciekawiłam się nią, bo pomyślałam, że połączenie żurawiny i wołowiny jest ciekawe (mimo że nie lubię łączyć mięsa z owocami - wszak w czekoladzie to zupełnie co innego). Opis jednak wyjaśnił, że chodzi o suszoną wołowinę marynowaną w sosie żurawinowym. 
Za czekoladę zabrałam się na Vasilovskiej Hali, która mijałam w drodze na Mincol. Wiedziałam, że szczyt jest zalesiony, a z hali miałam całkiem ładne widoki. I... W sumie hala, na wypas krów, jako tako pasuje, prawda?


Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina Żurawina Czekolada Mleczna 42% Kakao to mleczna czekolada o zawartości 42 % kakao (blend) z suszoną wołowiną marynowaną w żurawinie i przyprawach, wyprodukowana we współpracy z Wild Willy.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach tłustego, naturalnego mleka, mieszającego się kontrastowo z wędzono-wytrawnym motywem... W pierwszej chwili powiedziałabym, że sera żółtego, ale nie tylko. Mięso w słonej, przyprawionej otoczce nie wyrywało się bowiem naprzód, a spokojnie przeplatało całość. Niby nie było oczywiste, lecz w sumie łatwo rozpoznać suszoną wołowinę. W tle doszukałam się jeszcze drobnej, nieokreślonej soczystości. Chyba czerwonych owoców, ale za nic bym się nie założyła!

Na spodzie jak się przyjrzeć, dostrzec można było przebijające się ciemne kawałki - tak jednak delikatnie, że telefon nie chciał tego uchwycić.
Tabliczka w dotyku wydawała mi się dość tłusta i potencjalnie kremowa.
Przy łamaniu sprawiała wrażenie kruchej i konkretnej. Trzaskała lekko, bardziej pykała. W przekroju widać trochę małych kawałeczków suszonego mięsa.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Była tłusta w maślano-pełno mleczny sposób, a także bardzo kremowa. Okazała się bazowo niemal idealnie gładka. Oczywiście oprócz kawałków dodatku. W zasadzie nie dało się zrobić kęsa, by nie trafić na jakiś kawałeczek beef jerky.
Z czekoladowej, miękkawej mazi po pewnym czasie zaczęły wyłaniać się drobinki i małe kawałki twardego, suszonego mięsa. Przy nim znalazło się też trochę pieprzu.
Kawałki wołowiny gryzione wcześniej obok czekolady były bardzo twarde, te większe niemal kamienie i twardo-chrupiące. Za to drobnica potrafiła czasem bardziej chrupko trzeszczeć. 
Ja wolałam jednak gryźć dodatki na koniec, gdy czekolada zniknęła, a mięso zdążyło nieco nasiąknąć. 
Gryzione na koniec kawałki wciąż były twarde, ale pod naciskiem zębów jako tako miękły (ale nigdy nie miękły tak zupełnie), przedstawiając się z lekko żujnej strony. Były suche, jak to porządne beef jerky, nie gumowe. Mniejsze trochę trzeszczały w nieokreślony sposób, a co większe, były wyraźnie suszono mięsne.
Raz po raz zdarzało się, że na kawałeczkach trafił się zmielony, ale jednak sporawy kawałek pieprzu, który głośno chrupnął.

W smaku to, co czułam najpierw wiązało się trochę z tym, jak dużo mięsa trafiło się akurat w kęsie. Przeważnie dość sporo, więc ogólnie można rzec, że występ zaczynało mięso, choć nie tak jednoznaczne, a bardziej trochę... zawoalowane?
Czasem na równych prawach rozbrzmiewało mięso z pełnym, niemal śmietanowym mlekiem.

Mięsu wtórował ciężkawy, wędzony, wytrawny motyw. Podążało za nim lekko gorzkawe, palone kakao. Przyprawy też się odezwały, ale zajęły miejsce w oddali.

Z małym opóźnieniem polało się mleczne tsunami i słodycz. Zrobiła aluzję do karmelu - chyba przez wędzono-palone nuty. Znacząco rosła, pomagając sobie kontrastem.

Dość szybko z czekolady wyłaniały się kawałki beef jerky i wtedy pojawiał się motyw karmelizowanych skwarek wołowych, a następnie wyraźnie nienachalnie przyprawionej suszonej wołowiny. Czuć wytrawność, echo sosu sojowego, ale nie silną słoność. Na sekundę czy dwie wydobywały lekko gorzkawy motyw kakao.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa chyba na zasadzie kontrastu, obok mięsnej nuty, mleko jeszcze się umocniło. Było to mleko pełne, trochę przechodzące w mocno mleczny, podwędzany ser żółty.

Ser, który zdradzał soczystość. Czasem trudno jednak było uchwycić jakiś konkretny owoc. Im więcej wyłaniało się kawałków, tym ta soczystość była silniejsza. Z rzadka można pokusić się o wskazanie żurawiny, jakiś czerwonych owoców (ale znów - za nic bym się nie założyła).

Wszystko tu jawiło się jako dziwnie harmonijne w swej kontrastowości.

Gdy na próbę raz czy dwa pogryzłam mięso obok czekolady, smakowało bardziej pieprznie, słono, a jakoś mniej mięśnie. Czekoladowa baza wtedy traciła, bo zwyczajnie wydawała się przygłuszona przyprawami z mięsa. 

W większości kęsów, ale nie w każdym, z czasem przewijał się krowi, taki zwierzęcy motyw. Przed oczami miałam... Krowy, zwierzaki i nasiąknięte tym zapachem mleko ze wsi. I domowe, odymione beef jerky?

Końcowo czekolada wydawała się mleczna do granic możliwości, a także ryzykownie słodka w prostszy sposób. Słodycz potrafiła się nawet zaznaczyć w gardle, jednak w żaden sposób nie męczyła.

Mięso gryzione na koniec wyraźnie smakowało suszoną wołowiną, którą lekko przyprawiono. Niektóre kawałki mocniej, inne słabiej. Lekka słoność przeplatała się z ciężkawym pieprzem. A czasem mocniej zaakcentowała się soczystość - powiedziałabym, że raczej po prostu wołowa, ale skład sugeruje, że niekoniecznie. W przypadku nielicznych większych kawałeczków czułam nutkę żurawinową. Czasem za to bez wątpienia czarny pieprz wyłaniał się mocniej. 

Po zjedzeniu został posmak aż zaskakująco mocno, mleczny i mięsny. Czuć suszoną wołowinę z dosadnym echem pieprzu i sosu sojowego, w które wpisała się lekka goryczka kakao.

Tabliczka była smaczna i ciekawa, ale nie jakoś szczególnie porywająca. Nie dorównała np. Wild Ophelia 41 % Milk Chocolate with Beef Jerky Alderwood Smoked Salt.
Niecodzienna i zaskakująco harmonijna. Sama baza wyszła cudownie mleczne, lekko gorzko i znacząco słodko - szkoda, że w zwykły, nie głęboki sposób. Baza świetnie pasowała do dodatku. Do tego mam jednak parę zastrzeżeń. Szkoda, że tak podrobili mięso - większe kawałki pełne smaku prezentowały się znacznie lepiej niż większość, która stanowiła drobnica. W jej przypadku mięsność nie była tak dosadna. Żurawina się zatraciła - pewnie dlatego, że wystąpiła tylko w postaci sosu, w którym marynowano wołowinę. A tak coś czuję, że gdyby dodano żurawinę w kawałkach, kompozycja mogłaby zrobić furorę.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od wildwilly.pl
cena: 28 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 533 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, suszona wołowina 5% (mięso wołowe: szynka ligawa; bezglutenowy sos sojowy: woda, nasiona soi, sól, ocet spirytusowy; żurawina suszona: żurawina, cukier, olej roślinny; ocet jabłkowy, sok z cytryny, przyprawy), emulgator: lecytyna sojowa

sobota, 13 grudnia 2025

Lacasa Dark Chocolate Cranberries / Chocolate Negro con Arandanos ciemna 48 % z żurawiną

Pomysł, by właśnie tę czekoladę wziąć na trasę w Magurze Orawskiej przyszedł mi do głowy w ostatniej chwili. Tknęło mnie, by zrobić sobie żurawinowe porównanie, ale o tym później. 
Jako że nie spodziewałam się niczego dobrego po Lacasa Dark Chocolate Orange / Chocolate Negro con Narancja, przeznaczyłam ją na niezbyt widokową trasę. Ruszyłam z małej miejscowości Zazriva zielonym szlakiem na Javorinkę - widoki ładne były na samym początku, dla mnie za wcześnie, by brać się za czekoladę, więc pierwsze zdjęcia robiłam w różnych miejscach na trasie, a resztę przy prześwicie, jaki znalazłam trochę po Javorince, w drodze docelowo na Mincol.

Lacasa Dark Chocolate Cranberries / Chocolate Negro con Arandanos to ciemna czekolada o zawartości 48% kakao z (8%) żurawiną.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach słodkiej bombonierki ze sztucznym motywem czerwonych owoców. Te wpisywały się w słodycz poprzez cukierkowo-landrynkowy charakter. Skupiając się, można powiedzieć, że to żurawina, ale nie na tyle, by się zakładać. Kwaśności na próżno tu szukać, a czekolada trzymała się drugiego planu, pobrzmiewając nieśmiałą, paloną gorzkością i przesłodzonym sosem czekoladowo-kakaowo-owocowym.

Tabliczka sprawiała wrażenie skalistej i kruchej zarazem. Łamana trzaskała głośno, mimo że nie była nadzwyczajnie twarda. Kawałki żurawin faktycznie podyktowały jej lekką kruchość. Niektóre trochę się ciągnęły, by w końcu się urwać, inne po prostu zostawały w którejś części. 
Choć patrząc na spód, powiedziałabym, że owoców dodano bardzo mało, przekrój dawał nadzieję, że jednak nie tak strasznie mało.
W ustach czekolada niemal natychmiast miękła i rozpływała się w średnim tempie. Była trochę pylista i maślano tłusta, jednak ani pylistość, ani tłustość nie dawały się we znaki. Chyliła się w plastelinowym kierunku, po czym przybierała formę mazistej, luźnej grudki. Raz po raz wyłaniały się z niej kawałki żurawiny. Początkowo wydawały się zwarto-jędrne w kandyzowany sposób, ale potem miękły.
Kawałków żurawiny dodano średnią ilość. Wystąpiły jako bardzo malutkie kawałeczki, małe kawałki i parę prawie średnich. Dało się zrobić kęsa bez nich, ale ogólnie trafiały się bardzo często (bo bardzo je podrobili). Rozmieszczono je nierówno: w niektórych kostkach kawałek obok kawałka, w innych pojedyncze drobiażdżki.
Żurawiny gryzione wcześniej były nieco bardziej zwarte i twardsze, ale bardzo kleiste i miękkie (bo nie były twarde, a po prostu twardsze niż gryzione na koniec). Czuć przy nich lekkie scukrzenie.
Wolałam je zostawiać na koniec. Wtedy kawałki były bardziej miękkie, wciąż kleiste (na szczęście nie kleiły się do zębów zbyt mocno), lecz niektóre w porywach leciutko soczyste. Skórki czuć - lekko skrzypiały i trzeszczały; pojedyncze pestki zdarzały się. Gryzione owoce dziwnie rozchodziły się, rozpadały na malutkie kawałki. Gryzione na koniec nie wydawały się kandyzowane.

W smaku pierwszą poczułam słodycz lukru, którą po chwili zaczął zabarwiać motyw trochę landrynkowy, na pewno czerwono owocowy. Pomyślałam o sztucznej, bardzo słodkiej bombonierce żurawinowo-wiśniowej.

Gorzkość weszła z małym opóźnieniem... O ile gorzkością w ogóle można nazwać ten marginalny akcent. To w zasadzie gorzkawość bombonierki z czekolady deserowej oraz łagodnego, czekoladowo-kakaowego sosu. Też z nutą aromatu czerwonych owoców, w tym żurawiny.

Nawet w kawałkach bez żurawin czuć motyw cukierkowo-kandyzowanej, bardzo słodkiej żurawiny.

Słodycz ogółu, choć wysoka, nie była jednak czysto cukrowa, a mocno lukrowa. Zwróciła uwagę na wątek maślano-śmietankowy. Gdy próbowałam samej czekolady, wydawała się bardzo lukrowo-maślano-śmietankowa, a tylko z akcentem sztucznej żurawiny i bombonierki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ten motyw maślano-śmietankowy bardzo się nasilił i jeszcze załagodził znikomą gorzkawość.

Raz po raz obok nasilał się smak kandyzowanej, słodkiej żurawiny. Bardzo rzadko zaznaczał się też kwasek. Żurawinowa nuta rosła wraz z wyłanianiem się kawałków. Te cechowało przesłodzenie, jednak trochę osłabiały cukierkowy wydźwięk. Szły bowiem w kierunku kandyzowanym, a więc słodkim, ale już nie tak sztucznie słodkim.

Gdy na próbę parę razy gryzłam kawałki żurawiny obok czekolady, ta wydawała się jeszcze łagodniejsza, a kawałki chwilowo podnosiły słodycz, by następnie przełamać całość kwaskiem. Acz i słodkie były cały czas.

Do głowy przyszła mi bombonierka z nadzieniem żurawinowym i warstwą śmietankową, a potem - zwłaszcza w kęsach, gdzie były mniejsze kawałki żurawiny - lukier i nadzienie śmietankowe z np. rogalików i pączków (ale bez smaku samego ciasta paczkowego czy rogalikowego, choć z maślanym echem). Czekolada końcowo jawiła się jako bardzo lukrowa i bardzo żurawinowo-wiśniowa.

Przy czym do końca owoców trzymał się aromat. Nawet gryzione kawałki smakowały żurawiną zrobioną na słodko. Żurawina była jakby kandyzowana i sztucznawa, mimo że jednocześnie... naturalnie żurawinowa. Wyszła raczej słodko, choć z lekkim kwaskiem.. W porywach bardziej kwaśno-soczysta.

Po zjedzeniu został posmak landrynkowej żurawiny z aromatu i kandyzowanej oraz trochę nieokreślony motyw czerwonych owoców, mieszający się z łagodną, bombonierkową czekoladą. Czułam trochę przesadzoną lukrowa słodycz i echo śmietanki. Wszystko to jednak podległe słodkiej, sztucznej żurawinie. Ze zdziwieniem odkryłam, że nie zasładzała za mocno. Za słodka, mało gorzka, ale nie powalająco cukrowa czekolada z przeciętną żurawiną jeszcze mogłaby wyjść nawet nieźle, ale niestety, sztuczny, bombonierkowy motyw przeszkadzał. Nie w stopniu tak nieprzyjemnym co (Terravita) Auchan Czekolada Deserowa z Żurawiną i Wiśnią, ale jednak. Żurawiny dodali nie za dużo, trochę mało, ale nie na tyle, by bardzo narzekać. Zastanawia mnie jednak trochę kwestia kandyzowanej nuty - w składzie jest żurawina suszona. Ma w składzie cukier, ale to kandyzowanie... może tak wyszło przez naaromatyzowanie czy coś?

Czekolada do bólu średnia. Poziom Lacasa Dark Chocolate Orange / Chocolate Negro con Narancja, ale jednak jakoś nieco bardziej mi podeszła - to jednak chyba bardzo subiektywna kwestia, czy woli się czekolady z żurawiną, czy pomarańczą (a mnie chyba wyjątkowo przeszkadza kandyzowanie skórek).
Ot, trochę bez emocji można zjeść, ale po większej ilości w głowie pojawia się pytanie: po co? Stąd dwie ostatnie kostki powędrowały do Mamy. Ta jednak niestety nie chciała i czekolada skończyła u ojca. Mama opisała: "Mnie nie smakowała, bo jakaś taka dziwnie, nieprzyjemnie gorzka, jakby nie kakaowo. Jak to te 40-50% kakao... One najgorzej wychodzą i po prostu niesmaczne zawsze są".


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: około 10-12 zł?
kaloryczność: 503 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada gorzka (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna słonecznikowa; aromaty naturalne), suszona żurawina 8% (żurawina, cukier, olej słonecznikowy, mąka ryżowa)

wtorek, 18 listopada 2025

(Terravita) Auchan Czekolada Deserowa z Żurawiną i Wiśnią ciemna 45 %

Magura Spiska to pasmo mi nieznane, więc wiosną, gdy w Tatrach jeszcze panowała zima, postanowiłam się tam wybrać. Za cel wybrałam sobie Wietrzny Wierch. Ruszyłam szlakiem czerwonym z miejscowości Vysne Ruzbachy i choć było stromo, zaskakująco szybko znalazłam się na szczycie z charakterystyczną, drewnianą figurą niedźwiedzia i ławeczką (zawsze to nie krzyż). Tam właśnie zajęłam się czekoladą, którą długo planowałam wziąć na coś innego. Stało się jednak, jak się stało.
Kiedy tylko zobaczyłam tę tabliczkę, skojarzyła mi się z Terravita Czekolada gorzka z Żurawiną, która z kolei zapadła mi w pamięć ze względu na to, gdzie i w jakich okolicznościach miałam ją ze sobą. Nie zdziwiłam się, gdy po sprawdzeniu producenta, trafiłam właśnie na Terravitę. Mając zaufanie do marek własnych Auchan, wiedząc, jak wybitny jest np. krem (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 %, a jak paskudny Sante Go On Peanut Butter Smooth 100 % Peanuts, pomyślałam, że i ta czekolada jest obiecująca. Tym bardziej, że dodatek wiśni sam w sobie był plusem. Akurat ojciec miał ochotę kupić mi czekoladę, więc złożyło się... "dobrze", chciałoby się napisać. Niekoniecznie jednak. Zakupy z nim bywają chaotyczne i jakoś nie wczytałam się w skład i umknęła mi smutnie niska zawartość kakao. Żeby było śmieszniej, aż do weryfikacji w domu byłam pewna, że czekolada ma 60% i całą drogę szlakiem zielonym i niebieskim z Wietrznego Wierchu, zachodziłam w głowę, dlaczego to jest tak słodkie i niegorzkie... Brawo ja. Czyli różnic z podlinkowaną było o wiele więcej.


(Terravita) Auchan Czekolada Deserowa z Żurawiną i Wiśnią to ciemna czekolada o zawartości 45% kakao z kawałkami suszonej żurawiny i wiśni; produkowana przez Terravitę dla Auchan.

Po otwarciu poczułam dość silny, jednoznaczny zapach wiśni w likierze i nie wysokich lotów ciemnej czekoladzie, będącej w zasadzie ciemną polewą. Klimat był bardzo bombonierkowy i znacząco słodki w prosty, cukrowy sposób, jednak jeszcze na poziomie przystępnym, nie tak okrutnie przesadzonym. Przerysowanie i sztuczność jednak budziły wątpliwości. Czuć lekką, paloną cierpkość tak niską, że trudno mi myśleć o niej jako o gorzkości.

Na spodzie nie dostrzegłam dodatków, a i w przekroju za wiele ich nie widać.
Średnio twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała średnio głośno w kruchy sposób. Owoce wystąpiły w postaci małych i średnich oraz malutkich, twardych kawałków. Ze zdziwieniem odkryłam, że zrobienie kęsa tak, by nie zahaczyć o drobinki owoców, graniczyło z cudem.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Początkowo trochę się wahała, ale potem było już z górki. Dała się poznać jako mazista i miękka. Kształt zachowywała niemal do końca, racząc średnią tłustością i mieszanką proszkowości i szorstkości (różnie, w zależności od kęsa), a z czasem pylistością. Miała w sobie coś z polewy i ulepka, ale tragedii nie było. Po paru chwilach leniwie, niechętnie wyłaniały się z niej kawałki wiśni i żurawin. Czekolada nie chciała ich opuścić, więc naturalne wydawało się gryzienie ich dopiero na koniec, gdy zniknęła. Całość sprawiała wrażenie zaskakująco najeżonej owocami.
Początkowo owoce wydawały się twarde. Później było różnie.
Głównie żurawiny wydawały się chwilami wręcz przemielone, sugerując niemal proszkowo-piaszczystą strukturę. Dodano ich naprawdę malusieńkie kawałki. Dzięki temu jednak wydawało się, iż jest ich pełno. Wiśnie trafiały się raz po raz jako małe i średnie kawałki. Ilościowo wyraźnie dominowały żurawiny.
Gdy gryzłam dodatki na koniec, trafiałam na różności. Były i twardsze, suchsze i bardziej skórkowe i miękkie. Nie wydaje się, by była w tym jakaś zasada, jednak miałam wrażenie, że większość wiśni jawiła się jako ta twardsza i w pierwszej chwili suchsza, potem zaś jędrna i lepko-soczysta. Żurawina okazała się strasznie podrobiona, nie za twarda, ale i nie szczególnie soczysta. Trafiały się takie kawałki, że dałabym się nabrać, iż je kandyzowano. Niektóre były sucho-scukrzone. Wiele z nich specyficznie trzeszczała.
Zarówno w wiśniach, jak i żurawinie istotną rolę odegrały skórki.

W smaku czekolada przywitała mnie bardzo wysoką, wyraźnie cukrową słodyczą bombonierki wiśniowej i/lub wiśni w likierze. Odnotowałam też echo maślaności, zapowiadające, że na gorzkość nie ma co liczyć.

Sztuczny motyw wiśniowych słodkości zaznaczył się błyskawicznie, osiadając w słodyczy. Słodycz rosła spokojnie, ale niestrudzenie przez cały czas, szybko robiąc się trochę zbyt duszną.

Delikatna gorzkawość zajęła miejsce w oddali, wpisując się w wizję czekoladek w maślano-kakaowej polewie. Czuć lekko palony motyw i skąpą cierpkość kakao, ale zgłuszone słodyczą cukru i sztucznymi wiśniami.

Cukier rozgrzał gardło, choć jeszcze w nim nie drapał. Pomyślałam o likierze wiśniowym, cherry, ale w wersji niekoniecznie prawdziwie alkoholowej. Raczej jak coś o smaku. Aromat wiśniowy szalał w najlepsze, łącząc się ze słodyczą.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa maślaność zmieniła się w śmietankową nutę, już zupełnie łagodząc co bardziej gorzkawe zapędy.

Wraz z wyłaniającymi się kawałkami owoców nasilał się jednak też smak owoców. Wiśnie i żurawina weszły poprzez sztuczny motyw i trochę go stonowały.

Wraz z leciutką cierpkością czerwone owoce w zestawieniu z echem śmietanki raz po raz otarły się o tort Sachera. Mocno przesłodzony, ale też z kwaśniejszymi przebłyskami.

Czasem owoce podkręcały słodycz. Jako jednak, że rosła cały czas, nie kłóciłabym się, że miały w tym swój udział (skład sugeruje, że miały). Im bardziej kawałki były wyeksponowane, tym bardziej czuć poszczególne owoce.

Przesadzoną słodycz urozmaiciła lekka kwaśność suszonych wiśni, a żurawina udawała kandyzowaną przez ogólny bombonierkowy klimat.

Kiedy na próbę pogryzłam dodatki obok czekolady, wcześniej, czuć je bardzo dobrze. Kwaśne wiśnie i słodko-kwaśne żurawiny bez trudu przebijały się przez cukrowo-śmietankową bombonierkę, ale... Słodycz też wtedy bardzo podskakiwała, chyba przez kontrast.

Słodycz po tym, jak już owoce się odezwały, wydawała się trochę sprowadzona do nie morderczego poziomu. A i sztuczność troszeczkę uciekała.

Kawałki gryzione na koniec smakowały różnie. Wiśnie w większości były kwaśno-cierpkie. Wyraźnie smakowały sobą, suszonymi wiśniami. W nielicznych zaplatała się zbłąkana, leciutka słodycz. 
Kawałeczki żurawin potrafiły wyjść wyraźnie żurawinowo, ale też nijako. Czasem były bardziej kwaśne, czasem słodkie jak kandyzowane, a czasem bardziej naturalnie kwaśno-słodkie.

Po zjedzeniu zostało poczucie przesłodzenia wiśniową bombonierka niskiej jakości i wiśni w likierze, ale w jakiejś niealkoholowej wersji, mimo że słodycz tak ogrzewała gardło, że skojarzenie z alkoholem nie było zupełnie nie na miejscu. Czułam niby gorzką, ale nie realnie gorzką ciemną polewę, cukier oraz suszone owoce czerwone: wiśnie i żurawiny w różnych proporcjach, w zależności od kęsa. Pobrzmiewało przy nich echo oleju jak z najtańszych bakalii. 

Tabliczkę ogólniej odebrałam gorzej niż Terravita Czekolada gorzka z Żurawiną, mimo że w jednej kwestii dziś przedstawianą należy pochwalić: kawałki owoców - połączenie wiśni i żurawiny - zagrały i nie były mączne jak we wspomnianej. Ogólnie jednak i tak zostawiła wiele do życzenia. Pomyślano ją chyba jako tabliczkę prezentową, więc w sumie skojarzenie z bombonierką bardzo na miejscu. Szkoda, że ze wszystkimi wadami przeciętnej bombonierki: przecukrzeniem, sztucznością i budżetowością. Właśnie sama baza bardzo mi nie odpowiadała. Całkiem nieźle wyszło Terravicie udawanie, że owoców jest więcej niż faktycznie przez to podrobienie. Mimo że znaczące, nie odebrało owocom charakteru. Wolałabym większe kawałki i w większej ilości, ale i na te nie mogę narzekać. Niepotrzebnie je jednak jeszcze dosłodzili, skoro samą czekoladową bazę aż tak przesłodzili. Nie były to jednak owoce marzeń i nie zwalczyły sztucznej bombonierkowości.

W górach jako tako szła, ale już w drodze powrotnej w samochodzie, mimo że trochę głodna, czułam, że nie mam na to ochoty. W domu już w ogóle. Po weryfikacji, resztę (140g) oddałam Mamie. Po trochu powiedziała: "Zupełnie, jakbym jadła tanią bombonierkę wiśniową! I coś mi tak jakoś jakby piernikiem zaleciało? No ale głównie ta bombonierka. I całość tak słodka, że jak mleczna. Za nic nie powiedziałabym, że to ciemna, gorzka czy coś. Niby były te kawałki owoców naturalne, ale tak jednoznacznie, mocno tą bombonierką smakowała, że aż dziwne. Ogólnie mnie nie przekonała.". Oddałyśmy ojcu.


ocena: 4/10
kupiłam: Auchan
cena: 12,99 zł (za 225 g; ojciec płacił)
kaloryczność: 503 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kawałki suszonej żurawiny 5% (żurawina, cukier trzcinowy, mąka ryżowa, olej słonecznikowy), kawałki suszonej wiśni 3% (wiśnie, glukoza), kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgatory: lecytyny sojowe, polirycynooleinian poligrycerolu; aromaty