Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Auchan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Auchan. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 maja 2026

Auchan Ciemna Kawałki Malin / Dark Raspberry Pieces ciemna 57 % z malinami

Odświeżona czekoladowa oferta Auchan prezentowała się smutno. To znaczy... Może gdybym nie spróbowała już 2 z tej nowej odsłony, nie byłabym aż tak złej myśli, ale cóż... Zjedzone nie zapowiadały niczego dobrego. Na moje nieszczęście tę kupiłam razem z Auchan Gorzka Miętowa / Dark Mint ciemna 47 % z miętą; nowa / zmieniona 2025 i Auchan Noir Citron.
Wzięłam ją w góry, tego samego dnia co Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Blueberry Organic Belgian Chocolate, z jednej strony uśmiechając się na takie leśnoowocowe duo, z drugiej czując, że zamiast kumulacji chyba wolałabym jedną owocową, drugą z orzechami. Acz decyzja zapadła. Tabliczkę otworzyłam na Ciemniaku, po przejściu niesamowicie pięknej grani od Małołączniaka. Tym razem Czerwone Wierchy zachwyciły mnie bielą, nie czerwienią. Następnie skierowałam się w dół, przez Twardą Kopę i Piec do Kir. I tam widziałam Widmo Brockenu! Razy 2, czyli... chyba mogę już liczyć na szczęście w górach. Pytanie, czy szczęście miało też dotyczyć czekolad w nie zabieranych...

Auchan Ciemna Kawałki Malin / Dark Raspberry Pieces to ciemna czekolada o zawartości 57 % kakao z kawałkami liofilizowanych malin.

Po otwarciu uderzył intensywny zapach malin, na palono czekoladowym tle. Maliny mieszały się przerysowane cukierkowo-landrynkowe z kwaskawymi liofilizowanymi. Sztuczność była już trochę nachalna, ale jeszcze nie w stopniu wykluczającym smaczność, a jedynie podającym ją w wątpliwość. Słodycz wydała mi się wysoko-średnia, a gorzkość średnio-niska. Trudno było powiedzieć, w jakim kierunku pójdzie smak.

Trochę ulepkowata tabliczka wydawała się łączyć tłustość z suchością. Łamana trzaskała głośno i krucho.
W przekroju zobaczyłam dużo małych kawałków malin. Da się jednak zrobić kęsa bez nich.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Cechowała ja mazistość i gęstość. Była maślano tłusta, a zarazem pylista. Okazało się, że kawałków malin zatopiono w niej sporo. Kawałki malin rozbijały gęstość, jako że rozkręcały soczystość. Same bowiem, choć początkowo tylko przez sekundę suche, szybko nasiąkały i w dużej mierze rozpuszczały się wraz z czekoladą.
Gdy na próbę pogryzłam maliny wcześniej, jawiły się jako chrupkie, nie tylko za sprawą pestek. Trzeszczały tak, że czuć, że to liofilizowane maliny.
Czekolada znikała soczyście, z tłusto-wodnistym efektem, a malin na koniec zostawało zaskakująco niewiele.
Maliny gryzione na koniec były chrupiące za sprawą pestek. Zostawało bowiem anikoma ilość farfocli, głównie pestki.

W smaku od razu rozbrzmiewały maliny. Raz bardziej - gdy zahaczyłam zębem o kawałek - soczyście-kwaskawe naturalne, a raz bardziej cukierkowe.

Tak czy inaczej jednak maliny cukierkowo-landrynkowe, sztucznawe i bardzo słodkie mknęły na przód. Szybko zajmowały pierwszy plan. Lekki malinowy kwasek odchodził na tyły. Maliny przytłaczały czekoladę.

Ta jednak i tak się odzywała, tylko że trochę stłamszona. Pojawiła się nuta lukru, może lukru malinowego, ale czuć też po prostu cukrowość.

Malinowy wątek trochę się uspokoił, a czekolada zapewniła niską gorzkość o prostym, palonym wydźwięku. Spróbował odezwać się dym, przywołujący z oddali lekką cierpkość.

Spróbowany kawałek samej czekolady, bez malin, okazał się leciutko smakować malinami, takimi między landrynkowo-sztucznymi a naturalnymi, a do tego palona gorzkość wydawała się wtedy nieco bardziej odważna. Nie jednak silna.

Maliny kwaskawe i liofilizowane nasilały się wraz z wyłanianiem i rozpuszczaniem się kawałków. Zwalczały cukierkowy motyw.

Gdy z ciekawości pogryzłam je obok czekolady, wydawały się kwaskawe, ale zgaszone słodyczą bazy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz zbliżała się do ryzykownie wysokiego poziomu. Wciąż była prosta, trochę lukrowa jak lukier malinowy.

Malinowy wątek zrobił się bardziej naturalny, ewidentnie liofilizowany i soczyście kwaśny. Na pewien czas sztuczność się chowała, maliny nie wydawały się już takie przerysowane. Ich kwaśność rosła.

Gorzkość za to, mieszając się z malinami, poszła w dziwnym kierunku. Gorycz i nuta liofilizowano-przecierowych malin przypominała wydawała się pochodzić z jakiś kiepskich przypalonych ciastek z malinami.

Maślaność zaraz zaczęła wygładzać gorzkość, a i słodycz jej pomogła. Baza stała się nieco wyraźniejsza, ale wtedy też zrobiła się nudna, bo nieambitnie słodka i bez charakteru. Do głowy przyszedł mi "buttercream frosting" (amerykański krem z ubitego masła do np. babeczek). To chyba w kontraście do coraz wyrazistszych, soczystych malin.

Malinowy aromat cały czas pobrzmiewał, ale wydawał się coraz mniej nachalnie cukierkowy. Bliżej końca narastała kwaśność, jako że liofilizowane maliny nasilały się.
Sama czekolada zaś uprościła się do słodyczy.

Gryzione na koniec kawałki malin były w dużej mierze pestkami, mającymi swój specyficzny smaczek, ale farfoclowe kawałki też i kwaskiem się popisały.

Po zjedzeniu został posmak trochę cukierkowo malinowy, przerysowany, ale też zwyczajnie kwaskawo malinowy. Za malinami zaznaczyła się ryzykownie wysoka słodycz lukru oraz delikatna cierpkość kakao.

Niby maliny szły w cukierkowość, niby było ryzykownie słodko... Ale miało to swój urok. Mnie trochę męczyło, ale w górach jako tako szło. Słodka, nudna i mało gorzka baza przegrywała z malinami, ale tak, jak smakowała, to bardzo jej nie brakowało. Wolałabym wyrazistszą i bardziej gorzką. Maliny - szkoda, że podkręcono je aromatem. Liofilizowane same wyszłyby lepiej.
Ogólnie prezentowała się nieco lepiej niż Auchan Noir Citron, ale też bez wielkich zalet. Ponad przeciętność trochę się wybiła, ale na pewno nie na tyle, bym miała ją gorąco polecać.


ocena: 6,5/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 529 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, liofilizowane maliny 2%, emulgator: lecytyny z soi; naturalny aromat malinowy

środa, 6 maja 2026

Auchan Noir Citron ciemna 57 % z kandyzowaną skórką cytryny i sokiem z limonki

Auchan od paru miesięcy co i raz zmienia trochę swoje czekolady, ich opakowania, a także dział z czekoladami. Po tym, jak Auchan Dark Mint z 2021 zastąpiła Auchan Gorzka Miętowa / Dark Mint z 2025, mój sceptycyzm do tego, co czyni Auchan, wzrósł znacząco. Dziś przedstawiana jednak miała o tyle dogodny punkt startu, że była zupełną nowością. Mogłam więc sięgnąć po nią bez podejrzeń o pogorszenie. Wzięłam ją więc w góry. Kiedy już zeszłam z Sarniej Skały i wróciłam na Czerwoną Przełęcz, Ścieżką nad Reglami (szlakiem czarnym) skierowałam się do Polany Strążyskiej (gdzie trafiłam na niedawno oddaną do użytku malutką herbaciarnię, o której istnieniu nie wiedziałam) i potem do Przełęczy w Grzybowcu. Wszystko, żeby dotrzeć na Wyżnią Kondracką Przełęcz i w końcu sam Giewont. Niestety widoki zupełnie się popsuły, zaczęło kropić wbrew słonecznym prognozom i trafiłam na kolejkę przy łańcuchach tak długą, jakiej nigdy jeszcze na żywo nie widziałam.

Auchan Noir Citron to ciemna czekolada o zawartości 57 % kakao z kandyzowaną skórką cytrynową i sokiem z limonki.

Po otwarciu rozbrzmiał dominujący zapach limonki i skórki cytryny, prezentujący się na jakby rozleniwionym drzewo-palonym tle. Baza wydawała się dość gorzka, co nasilała skórka cytryny, ale jednocześnie słodka. Średnio mocno, ale dosadnie ze względu na cukrowo-kandyzowany, trochę lukrowy wydźwięk. Cytrusy niebezpiecznie zbliżały się ku nadto perfumowemu wydźwiękowi, ale po zapachu trudno zgadnąć, w jakim kierunku pójdzie smak.

Tabliczka w dotyku wydawała się trochę ulepkowata i tłustawa, jak i dość sucha zarazem. Była niepodważalnie twarda. Przy łamaniu trzaskała krucho i głośno. W przekroju zobaczyłam sporo małej i średniej wielkości kawałków cytryny o białym kolorze. Okazało się, że zatopiono ich tyle, że w zasadzie nie da się zrobić kęsa bez nich - ja dopiero w warunkach domowych oddzieliłam tak brzeżek nożem.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, mięknąc i maziście pokrywając podniebienie. Była gęsta, maślano tłusta i znikomo pylista. Dodatki wyłaniały się z niej po pewnym czasie i nakierowały bazę na nieco ulepkowate tory. Kawałków cytryny nie pożałowano. W zasadzie czuć nawet przesyt tą drobnicą, bo czekolada raz po raz przybierała postać przesadnie najeżonego zlepka-ulepka. Do całości dodały lekką wodnistość, chyba ze względu na cukrową warstwę. Ogólnie wydawały się sucho-scukrzone i nieprzyjemnie drapały język.
Skórki gryzonie wcześniej były twardsze, ale nie twarde; a do tego suche. Soczystości ani za grosz. Czekolada przy nich szła w kierunku wodnistego lepka. Trochę jakby wlepiały się w zęby - jakby, bo realnej lepkości nie czułam, acz do zębów się pchały. Ja wolałam zostawiać je na koniec.
Czekolada znikała ogólnie tłusto i trochę wodniście, ale mniej, gdy nie ruszałam kawałków dodatku. 
Skórki cytrynowe gryzione na koniec dały się poznać jako już jakby miękkawe, choć wciąż pewna twardawość się utrzymała. Do tego wciąż wydawały się raczej suche i jakby scukrzone. Kompletnie brak soczystości. Trochę wciskały się w zębów. Okazało się, że takie typowe skórki stanowią tylko część. Sporo było tam białych niedookreślonych kawałków.

W smaku w chwili wkładania kęsa do ust lub jego odgryzania buchała cytrusowość.

Zaraz jednak cytrusowy motyw nieco się cofał, puszczając przodem lekką, ale pewną siebie gorzkość i słodycz.

Słodycz wyminęła gorzkość, zdradzając lekko kandyzowany charakter. Zmotywowała limonkę, która z jednej strony próbowała grać na siebie, z drugiej trochę się z nią wiązała. Limonka zapewniła znikomą soczystość, w zasadzie namiastkę. Kwaśności jednak nie uświadczyłam. Rosnąca słodycz ogólnie podpowiedziała jej cukierniczy wydźwięk (cukierków "galaretki w czekoladzie"?). Niewątpliwie dołożyły się do tego wyłaniające się kawałki dodatku.

Po pewnym czasie słodycz zbliżała się do poziomu przesady. Od kawałków rozchodził się kandyzowany, cukrowy motyw, ale też trochę goryczki, cierpkości skórek cytryny.

Gorzkość czekolady w ich obliczu wydała mi się jakaś onieśmielona, mdła. Niby lekko palony akcent czuć cały czas, ale słabo. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przy cytrusowym motywie tracił na znaczeniu.

Limonka też zaczęła się rozmywać. Skórki cytryny przejęły inicjatywę i chwilami przez ogólna słodycz i kandyzowanie wydawały się nieco sztuczne, jak słodycze z nienaturalnym olejkiem (acz jeszcze nie chamsko sztucznym). Pomyślałam o przesłodzonym syropie cytrusowym, bo z czasem, przez coraz silniejszą słodycz skórka cytryny wydawała się mieszać z ogólną, abstrakcyjną cytrusowością (jak ze słodyczy o smaku cytrusowym). Cytrusowość miała w sobie też coś konkretnie z suszonych skórek.

Gdy z ciekawości pogryzłam dodatek obok bazy, wcześniej, wydał mi się zaskakująco mało cytrynowy, a bardzo cukrowo słodki, kandyzowany. Baza wtedy robiła się jeszcze bardziej słodka i mdła.

Czekolada spróbowana osobno także smakowała limonką, miała w sobie też element kandyzowany i skórki cytrusowej (niekoniecznie cytrynowej), więc ewidentnie przesiąkła dodatkiem (i dodano do niej sok z limonki).

Gorzkawość bazy z czasem niemal odpadła. Goryczkowate skórki cytrusów dopuściły do głosu nieśmiałą nutkę drzewną. Cytrusy nie zdominowały bowiem bazy zupełnie. Jedynie załagodziły jej wydźwięk. Zrobiła się nieco maślana i w dużej mierze słodka w trochę duszny sposób. Słodycz czasem trochę przesadzała, a cytrusy sporadycznie zahaczały o perfumy i landrynki.
Bardzo, bardzo rzadko - ogólnie parę razy - wśród kawałków zaplatała się jakby odrobinka kwaśnego, limonkowego proszku.

Skórki gryzione na koniec smakowały bardziej cukrowym kandyzowaniem niż cytryną, acz czuć w nich leciutką cierpkość skórek cytryny. Powiedziałabym, że suszonych i kandyzowanych.

Po zjedzeniu został posmak limonki i jakby suszonej skórki cytrynowej w akompaniamencie topornej, cukrowo-kandyzowanej słodyczy oraz cierpkości. Ta palono kakaowa podczepiła się pod cytrusową.

Czekolada mi nie podeszła, mimo że ogólnie nie była zła. Krył się w niej nawet potencjał, niestety zawierała za dużo za bardzo podrobionego, kiepsko zrobionego dodatku. Kandyzowanie cytryny wszystko psuło, a dodatek syropu g-f podszeptywał nieprzyjemnie cukierniczo-perfumowy wydźwięk. Baza zza dodatku nie miała problemu z pokazaniem się, ale oferowała niczego, co by bardzo pomogło. Lekko palono gorzka i bardzo słodka wyszła całkiem ciekawie tylko ze względu na nutę limonki, która starała się zapewnić choć trochę soczystości. Szkoda, że nie dobrano do niej lepszych, większych skórek.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 515 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kandyzowana skórka cytrynowa 10% (skórka cytrynowa 5,3%, cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, regulator kwasowości: kwasy cytrynowy), tłuszcz kakaowy, sok z limonki w proszku 1% (syrop glukozowy, zagęszczony sok z limonki 0,32%), emulgator: lecytyny sojowe, cytrynowy olejek eteryczny

wtorek, 17 lutego 2026

Auchan Gorzka Miętowa / Dark Mint ciemna 47 % z miętą; nowa / zmieniona 2025

W 2021 jadłam Auchan Dark Mint, która chyba zniknęła, by wrócić w nowym opakowaniu. Nie wiem, czy zmieniła się sama czekolada, a jeśli tak, to czy na dobre, czy złe. Choć po tamtej uznałam, że nie wrócę do niej, gdy dostrzegłam obiekt dzisiejszej recenzji, kupiłam od razu dwie. Odbiło mi? Nope. Od jakiegoś czasu rozglądałam się za czekoladą miętową, którą mogłabym dodać do swojego miętowego brownie. Z braku alternatyw, pomyślałam, że ta będzie idealna. Podlinkowana co prawda nie przekonała mnie do jedzenia osobno, ale jako kawałki w cieście? Mogła pracować. Najpierw jednak jedną chciałam spróbować nie w cieście, a normalnie. Wzięłam ją na Krzyżne, na które w końcu udało mi się wejść od strony Granatów. Na przełęczy nie wiało, świeciło słońce, a że widoki były piękne... miło mi się tam siedziało. Jeszcze milej by było, gdyby nie tłumek ludzi, ale skupiłam się na czekoladzie.

Auchan Gorzka Miętowa / Dark Mint to ciemna czekolada o zawartości 47% kakao o smaku miętowym; po zmianach / nowa od 2025.

Po otwarciu poczułam wręcz napastliwy, intensywny zapach mięty, kojarzącej się z miętową pastą do zębów, wymieszaną z gumami miętowymi z ogromnym udziałem olejku miętowego. Wszystko to cechowała słodycz, pod którą podpięła się słodycz czekolady o lukrowym, a dokładniej miętowo lukrowym charakterze. Cieprkość stała na końcu i próbowała zdobyć się na lekką ziołowość, jakby trochę urozmaicając olejkową cierpkość. Czekolada pachniała tak nachalnie, że gdy tylko otwierałam w górach plecak, czuć miętę. Podobnie było z tym, co wróciło do domu, kiedy otwierałam komodę.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała chrupko i niezbyt głośno. Wydawała się delikatna, ale nie miękka. Kiedy odgryzałam kawałek, czułam miękkawe zacięcie. Czekolada dała się poznać też jako pyliście trzeszcząca.
W ustach rozpływała się ochoczo, w tempie średnim. Niby zachowywała kształt, ale w lepkawo-luźny, trochę plastyczny sposób. Miękła bowiem i maziście pokrywała podniebienie. Była gęsta i tłusta, w czym czuć duet masła i śmietanki, przechodzące w oleistość i wodę.

W smaku pierwsze rozbrzmiały średnia, ale wyraźna gorzkość i mentol.

Mentol wręcz mało spożywczy, szybko zmieniający się w mocno miętową, orzeźwiająco-chłodzącą pastę do zębów.

Słodycz cukru była tuż za nimi. Cukier, choć silny, nie zacukrzał tak łatwo ze względu na chłód mięty. Przechodził w lukier. Oczywiście lukier miętowy oraz cukierki, gumy do żucia miętowe z litrem olejku miętowego.

Pasta do zębów ciągle pobrzmiewała, acz nie cały czas tak samo intensywnie. Na trochę usunęła się z pierwszego planu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa olejek miętowy z całej tej miętowej mieszaniny wybił się na prowadzenie. Połączył słodycz z cierpkością, a to ośmieliło goryczkę bazy. Ogólnie ani na chwilę nie wzrosła ponad średni poziom, acz na moment zaprezentowała się trochę lepiej. Była trochę palona i wprowadziła motyw cierpkich, świeżo-chłodnych ziół, w tym mięty pieprzowej. Takiej wręcz trochę ostrej?

Mięta uderzyła z nową mocą, a gorzkość złagodził jakby... Olej maślany? Ogólna maślaność chyba wyszła tak przez olejek miętowy. W dodatku przemknęła mi lekka wodnistość.

Przy tym natarciu mięty, nasiliła się też słodycz. Przechwyciła ostrość mięty i zaznaczyła się w gardle. Acz nie było to zwykłe drapanie. Jako że wyszła integralnie z miętą, odebrałam to jako mrożąco-drapiący słodki chłód i... Drapiący likier miętowy?

Wrócił miętowy lukier, zmieniający się w pastę do zębów i mentol niekoniecznie spożywczy. Ten nawet goryczkę jakby... wchłonął. To aż trochę mdliło - jakbym najadła się pasty do zębów.

Po zjedzeniu został posmak pasty do zębów, olejku i oleju (?) miętowego, mentol i woda, a także niska cierpkość ziołowo-kakaowa. Słodycz przybrała postać gumy do żucia miętowej z echem lukru, a ja ogólnie czułam się, jakbym umyła zęby i żuła gumę do żucia miętową. W ustach czułam chłód i ogólne lekkie ochłodzenie.

Czekoladę odebrałam na tyle słabo, że aż zaczęłam się bać, czy nie zepsuję nią ciasta. Nie podobało mi się to chłodzenie, wręcz mróz, ale uwierzę, że w pewnych warunkach niektórym może się podobać. Z mocą mięty jednak przesadzili. Za silna, a w dodatku o dość okrutnym wydźwięku pasty do zębów i gumy do żucia. Nie tylko, ale jednak na tyle, by odbierało przyjemność z jedzenia. Przewinął się jeszcze lukier i likier miętowy, ukryła się ziołowa goryczka, ale nie stworzyło to zbyt zachęcającej kompozycji. Myślę, że sama silniejsza gorzkość by sobie trochę bardziej poradziła z tym aromatem miętowym niż słodycz i tłustość. Olejek miętowy aż na strukturę się przełożył, dodając wręcz oleistość i wodnistość. O ile jeszcze w górach jakoś szła, w domu ta jej napastliwa, mrożąco-przenikliwa mentolowość za bardzo męczyła, przytykała, że ostatnich 4 kostek na czysto nie dałam rady zjeść i odłożyłam do ciasta, bojąc się, co z tego wyjdzie. A jednak też wiem, że nie była to wyjątkowo podła tabliczka, bo po prostu przeciętne czekolady miętowe potrafią być tak przesadnie intensywne.

Dodałam sporo tej czekolady połamanej na kawałki do ciasta czekoladowego, do którego potem zrobiłam krem kakaowo-czekoladowy i miętową bitą śmietankę. Pisałam o nim na Instagramie.
W bazowym, nie za słodkim, ostrożnie gorzkim cieście, maziste kleksy o mocno miętowym smaku odnalazły się doskonale. Jako że całość była mało słodka, słodycz tej czekolady nie wydawała się przesadzona. Ogólnie gorzkości kakao było na tyle sporo, że także tym kawałkom czekolady została narzucona. Ze względu na głównie naturalną miętowość śmietanki, pastodozębna miętowość czekolady też starała się jakoś schować, iść bardziej w olejkową, spożywczą stronę. Tak, ta czekolada nadaje się do ciasta.

Zaprezentowana tabliczka mroziła prawie jak Wizarding World Harry Potter Slytherin Mint Flavoured Dark Chocolate. Podlinkowana przynajmniej nie zajeżdżała pastą do zębów, jednak ogólnie nie była lepsza, a w dodatku kosztowała o wiele więcej. (Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Chocolate Preto E Menta / Czekolada Deserowa o Smaku Miętowym wyszła tylko trochę lpeiej, bo była mentosowa, a więc jednak bardziej spożywcza. 
Auchan Dark Mint z 2021 była o wiele smaczniejsza, bo bardziej miętowo zachowawcza; spożywcza. Smuci ten spadek jakości i jednoczesny wzrost ceny.


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 523 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, tłuszcz kakaowy, lecytyny, naturalny aromat miętowy 0,15%, naturalny aromat waniliowy

wtorek, 18 listopada 2025

(Terravita) Auchan Czekolada Deserowa z Żurawiną i Wiśnią ciemna 45 %

Magura Spiska to pasmo mi nieznane, więc wiosną, gdy w Tatrach jeszcze panowała zima, postanowiłam się tam wybrać. Za cel wybrałam sobie Wietrzny Wierch. Ruszyłam szlakiem czerwonym z miejscowości Vysne Ruzbachy i choć było stromo, zaskakująco szybko znalazłam się na szczycie z charakterystyczną, drewnianą figurą niedźwiedzia i ławeczką (zawsze to nie krzyż). Tam właśnie zajęłam się czekoladą, którą długo planowałam wziąć na coś innego. Stało się jednak, jak się stało.
Kiedy tylko zobaczyłam tę tabliczkę, skojarzyła mi się z Terravita Czekolada gorzka z Żurawiną, która z kolei zapadła mi w pamięć ze względu na to, gdzie i w jakich okolicznościach miałam ją ze sobą. Nie zdziwiłam się, gdy po sprawdzeniu producenta, trafiłam właśnie na Terravitę. Mając zaufanie do marek własnych Auchan, wiedząc, jak wybitny jest np. krem (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 %, a jak paskudny Sante Go On Peanut Butter Smooth 100 % Peanuts, pomyślałam, że i ta czekolada jest obiecująca. Tym bardziej, że dodatek wiśni sam w sobie był plusem. Akurat ojciec miał ochotę kupić mi czekoladę, więc złożyło się... "dobrze", chciałoby się napisać. Niekoniecznie jednak. Zakupy z nim bywają chaotyczne i jakoś nie wczytałam się w skład i umknęła mi smutnie niska zawartość kakao. Żeby było śmieszniej, aż do weryfikacji w domu byłam pewna, że czekolada ma 60% i całą drogę szlakiem zielonym i niebieskim z Wietrznego Wierchu, zachodziłam w głowę, dlaczego to jest tak słodkie i niegorzkie... Brawo ja. Czyli różnic z podlinkowaną było o wiele więcej.


(Terravita) Auchan Czekolada Deserowa z Żurawiną i Wiśnią to ciemna czekolada o zawartości 45% kakao z kawałkami suszonej żurawiny i wiśni; produkowana przez Terravitę dla Auchan.

Po otwarciu poczułam dość silny, jednoznaczny zapach wiśni w likierze i nie wysokich lotów ciemnej czekoladzie, będącej w zasadzie ciemną polewą. Klimat był bardzo bombonierkowy i znacząco słodki w prosty, cukrowy sposób, jednak jeszcze na poziomie przystępnym, nie tak okrutnie przesadzonym. Przerysowanie i sztuczność jednak budziły wątpliwości. Czuć lekką, paloną cierpkość tak niską, że trudno mi myśleć o niej jako o gorzkości.

Na spodzie nie dostrzegłam dodatków, a i w przekroju za wiele ich nie widać.
Średnio twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała średnio głośno w kruchy sposób. Owoce wystąpiły w postaci małych i średnich oraz malutkich, twardych kawałków. Ze zdziwieniem odkryłam, że zrobienie kęsa tak, by nie zahaczyć o drobinki owoców, graniczyło z cudem.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Początkowo trochę się wahała, ale potem było już z górki. Dała się poznać jako mazista i miękka. Kształt zachowywała niemal do końca, racząc średnią tłustością i mieszanką proszkowości i szorstkości (różnie, w zależności od kęsa), a z czasem pylistością. Miała w sobie coś z polewy i ulepka, ale tragedii nie było. Po paru chwilach leniwie, niechętnie wyłaniały się z niej kawałki wiśni i żurawin. Czekolada nie chciała ich opuścić, więc naturalne wydawało się gryzienie ich dopiero na koniec, gdy zniknęła. Całość sprawiała wrażenie zaskakująco najeżonej owocami.
Początkowo owoce wydawały się twarde. Później było różnie.
Głównie żurawiny wydawały się chwilami wręcz przemielone, sugerując niemal proszkowo-piaszczystą strukturę. Dodano ich naprawdę malusieńkie kawałki. Dzięki temu jednak wydawało się, iż jest ich pełno. Wiśnie trafiały się raz po raz jako małe i średnie kawałki. Ilościowo wyraźnie dominowały żurawiny.
Gdy gryzłam dodatki na koniec, trafiałam na różności. Były i twardsze, suchsze i bardziej skórkowe i miękkie. Nie wydaje się, by była w tym jakaś zasada, jednak miałam wrażenie, że większość wiśni jawiła się jako ta twardsza i w pierwszej chwili suchsza, potem zaś jędrna i lepko-soczysta. Żurawina okazała się strasznie podrobiona, nie za twarda, ale i nie szczególnie soczysta. Trafiały się takie kawałki, że dałabym się nabrać, iż je kandyzowano. Niektóre były sucho-scukrzone. Wiele z nich specyficznie trzeszczała.
Zarówno w wiśniach, jak i żurawinie istotną rolę odegrały skórki.

W smaku czekolada przywitała mnie bardzo wysoką, wyraźnie cukrową słodyczą bombonierki wiśniowej i/lub wiśni w likierze. Odnotowałam też echo maślaności, zapowiadające, że na gorzkość nie ma co liczyć.

Sztuczny motyw wiśniowych słodkości zaznaczył się błyskawicznie, osiadając w słodyczy. Słodycz rosła spokojnie, ale niestrudzenie przez cały czas, szybko robiąc się trochę zbyt duszną.

Delikatna gorzkawość zajęła miejsce w oddali, wpisując się w wizję czekoladek w maślano-kakaowej polewie. Czuć lekko palony motyw i skąpą cierpkość kakao, ale zgłuszone słodyczą cukru i sztucznymi wiśniami.

Cukier rozgrzał gardło, choć jeszcze w nim nie drapał. Pomyślałam o likierze wiśniowym, cherry, ale w wersji niekoniecznie prawdziwie alkoholowej. Raczej jak coś o smaku. Aromat wiśniowy szalał w najlepsze, łącząc się ze słodyczą.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa maślaność zmieniła się w śmietankową nutę, już zupełnie łagodząc co bardziej gorzkawe zapędy.

Wraz z wyłaniającymi się kawałkami owoców nasilał się jednak też smak owoców. Wiśnie i żurawina weszły poprzez sztuczny motyw i trochę go stonowały.

Wraz z leciutką cierpkością czerwone owoce w zestawieniu z echem śmietanki raz po raz otarły się o tort Sachera. Mocno przesłodzony, ale też z kwaśniejszymi przebłyskami.

Czasem owoce podkręcały słodycz. Jako jednak, że rosła cały czas, nie kłóciłabym się, że miały w tym swój udział (skład sugeruje, że miały). Im bardziej kawałki były wyeksponowane, tym bardziej czuć poszczególne owoce.

Przesadzoną słodycz urozmaiciła lekka kwaśność suszonych wiśni, a żurawina udawała kandyzowaną przez ogólny bombonierkowy klimat.

Kiedy na próbę pogryzłam dodatki obok czekolady, wcześniej, czuć je bardzo dobrze. Kwaśne wiśnie i słodko-kwaśne żurawiny bez trudu przebijały się przez cukrowo-śmietankową bombonierkę, ale... Słodycz też wtedy bardzo podskakiwała, chyba przez kontrast.

Słodycz po tym, jak już owoce się odezwały, wydawała się trochę sprowadzona do nie morderczego poziomu. A i sztuczność troszeczkę uciekała.

Kawałki gryzione na koniec smakowały różnie. Wiśnie w większości były kwaśno-cierpkie. Wyraźnie smakowały sobą, suszonymi wiśniami. W nielicznych zaplatała się zbłąkana, leciutka słodycz. 
Kawałeczki żurawin potrafiły wyjść wyraźnie żurawinowo, ale też nijako. Czasem były bardziej kwaśne, czasem słodkie jak kandyzowane, a czasem bardziej naturalnie kwaśno-słodkie.

Po zjedzeniu zostało poczucie przesłodzenia wiśniową bombonierka niskiej jakości i wiśni w likierze, ale w jakiejś niealkoholowej wersji, mimo że słodycz tak ogrzewała gardło, że skojarzenie z alkoholem nie było zupełnie nie na miejscu. Czułam niby gorzką, ale nie realnie gorzką ciemną polewę, cukier oraz suszone owoce czerwone: wiśnie i żurawiny w różnych proporcjach, w zależności od kęsa. Pobrzmiewało przy nich echo oleju jak z najtańszych bakalii. 

Tabliczkę ogólniej odebrałam gorzej niż Terravita Czekolada gorzka z Żurawiną, mimo że w jednej kwestii dziś przedstawianą należy pochwalić: kawałki owoców - połączenie wiśni i żurawiny - zagrały i nie były mączne jak we wspomnianej. Ogólnie jednak i tak zostawiła wiele do życzenia. Pomyślano ją chyba jako tabliczkę prezentową, więc w sumie skojarzenie z bombonierką bardzo na miejscu. Szkoda, że ze wszystkimi wadami przeciętnej bombonierki: przecukrzeniem, sztucznością i budżetowością. Właśnie sama baza bardzo mi nie odpowiadała. Całkiem nieźle wyszło Terravicie udawanie, że owoców jest więcej niż faktycznie przez to podrobienie. Mimo że znaczące, nie odebrało owocom charakteru. Wolałabym większe kawałki i w większej ilości, ale i na te nie mogę narzekać. Niepotrzebnie je jednak jeszcze dosłodzili, skoro samą czekoladową bazę aż tak przesłodzili. Nie były to jednak owoce marzeń i nie zwalczyły sztucznej bombonierkowości.

W górach jako tako szła, ale już w drodze powrotnej w samochodzie, mimo że trochę głodna, czułam, że nie mam na to ochoty. W domu już w ogóle. Po weryfikacji, resztę (140g) oddałam Mamie. Po trochu powiedziała: "Zupełnie, jakbym jadła tanią bombonierkę wiśniową! I coś mi tak jakoś jakby piernikiem zaleciało? No ale głównie ta bombonierka. I całość tak słodka, że jak mleczna. Za nic nie powiedziałabym, że to ciemna, gorzka czy coś. Niby były te kawałki owoców naturalne, ale tak jednoznacznie, mocno tą bombonierką smakowała, że aż dziwne. Ogólnie mnie nie przekonała.". Oddałyśmy ojcu.


ocena: 4/10
kupiłam: Auchan
cena: 12,99 zł (za 225 g; ojciec płacił)
kaloryczność: 503 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kawałki suszonej żurawiny 5% (żurawina, cukier trzcinowy, mąka ryżowa, olej słonecznikowy), kawałki suszonej wiśni 3% (wiśnie, glukoza), kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgatory: lecytyny sojowe, polirycynooleinian poligrycerolu; aromaty

sobota, 15 listopada 2025

(Huzar) Auchan Miód nektarowy gryczany

Kupując ten miód, nie miałam wielkich oczekiwań. Po prostu nie chciałam zbyt specyficznego ........... używać do masy makowej, szukałam "bazowego", który by się tak z niej nie wychylał, a jednak miał charakter. A jako że coś kojarzyłam, że Huzara nie był zły (umknęło mi, że na przestrzeni lat jego miody potrafiły wychodzić bardzo różnie), a (Huzar) Auchan Miód spadziowy ze spadzi liściastej był stosunkowo do ceny dobry, pomyślałam, że gryczany, produkowany przez Huzara dla Auchan, też powinien zadaniu sprostać.

(Huzar) Auchan Miód nektarowy gryczany to miód pszczeli, kraj pochodzenia: Polska; wyprodukowany przez Huzar Sp. z.o.o. dla Auchan.

Po otwarciu poczułam silną słodycz, ale wzbogaconą o leciutki, gorzkawo-ostry wątek, zapewniający o tym, że to na pewno ciemny, charakterny miód. Pomyślałam o kwitnących kwiatach gryki, jednak nie było to skojarzenie jednoznaczne na tyle, na ile mi się marzy.

Konsystencja sprawiała wrażenie rzadkiej, była bardzo płynna. Kiedy lałam miód z łyżeczki, tworzył całkiem ładne, choć szybko znikające stożki. Kropelki układały się w kulki, a na łyżeczce zaznaczała się wypukłość.
Już po kilku dniach po otwarciu miód zaczął się lekko krystalizować.

W smaku pierwsza zjawiła się silna słodycz. Zagrzmiała, a w tle przemknęła leciutka ostrość. Może wręcz trochę aspirująca do goryczki?

Słodycz przez moment wydała mi się wręcz karmelowa, jakby trochę palona? To, że to miód "z tych ciemnych", było jasne, mimo że gryka nie była jednoznaczna. W tle, w oddali coś tam zamajaczyło. Ostrawe, kwitnące pole? Może i gryczane...? Drapiąco-ostre na pewno. Oprócz słodyczy rosła też ostrość. Raz po raz robiła aluzje do kwasku, ale realnie kwaśna nie była.

Słodycz  rosła i rosła, była bardzo silna i w sumie podobna do tej miodów wielokwiatowych. Szybko drapała w gardle, ale znów: drapanie to mieszało się z ostrym pieczeniem. Oczami wyobraźni patrzyłam na ostre, polne kwiaty (może i gryki).

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkiego, trochę ostrego miodu niewątpliwie ciemnego. Może nie jednoznacznie gryczanego, ale charakternego. Bardzo łatwo się nim zasłodzić.

Miód był podobny do dawnego Huzara sprzed, acz gorszy. Wciąż jednak niezły, więc po Huzarze po zmianach, okazał się miłym zaskoczeniem w niezawrotnej cenie.
Dziś przedstawiany plusował u mnie tym, że był... jakiś. Może nie goryczkowaty i mocno gryczany, jak by mi się marzyło, ale charakterny, pikantny i wyraźnie ciemno miodowo głęboki.

Większość i tak kończyła Mama, która okazała mniej entuzjazmu: "Mnie ten miód wcale nie pasował. W ogóle nie wydawał mi się gryczany, a po prostu słodki jak miody wielokwiatowe. Po moim lipowym, w ogóle jakiś niecharakterny, najgorszy z tych tańszych sklepowych miodów, jakie ostatnio miałyśmy".


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 37,56 zł (za 385g)
kaloryczność: 327 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

piątek, 6 czerwca 2025

Auchan Bio Noir Eclats d'amandes caramelisees ciemna 60 % z karmelizowanymi migdałami

W zasadzie nie umiem powiedzieć, co mną pokierowało, by tę czekoladę kupić. Przecież nie lubię karmelizowanych różności... No, ale... Jakoś tok myślowy leciał tak: nie lubię też po prostu zbyt posiekanych orzechów/migdałów, a Godiva Signature Roasted Almond Dark Chocolate bardzo smakowała; stronię od solonego karmelu, a Kaufland Favourites Chocolat Edel-Zartbitter Karamell 70 % Kakao mnie do siebie przekonała. Dziś przedstawiana jawiła się trochę jako ich połączenie. Plus, jak patrzyłam na cenę na półce, coś źle spojrzałam i myślałam, że zawiera 85% kakao. A po prostu spojrzałam na cenę czekolady, po której został pusty karton. Ale nie żałowałam, bo akurat w góry, jako baza pod dodatki, to i słodsza mogła przejść.

Auchan Bio Noir Eclats d'amandes caramelisees to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z kawałkami karmelizowanych migdałów, marki własnej Auchan.

Otworzywszy, poczułam zapach migdałów. Nawet niekoniecznie jednoznacznie prażonych - powiedziałabym, że surowsze mieszały się z podprażonymi. Z zaskoczeniem odnotowałam, że motyw karmelizowania tylko pobrzmiewał w oddali. Acz gdy bardziej zaciągnęłam się zapachem przełamanej, podzielonej tabliczki, palony cukier nabierał pewności siebie. Ogólnie do głowy przyszedł też mi czekoladowy syrop i kawa zaparzona na mocno palonych ziarnach, lecz bardzo dosłodzona. Słodycz była wysoka, gorzkość niska, za to czułam cierpkość. W tle zaakceptowały się też... migdałowe pierniki? Mieszanka: w polewie kakaowej i cukrowej glazurze. 

Tabliczka była twarda, a przy łamaniu trzaskała średnio głośno, choć ze skalistym i jednocześnie chrupkim pogłosem. Patrząc na spod i przekrój, wydawało się, że dodano ich mało-średnią ilość. Widać kawałki średnie i małe, pokryte karmelem mniej lub bardziej.
W ustach czekolada rozpływała się dość powoli. Była tłusta w maślany sposób i gęsto-kremowa. Bazowo sprawiała wrażenie gładko-aksamitnej. Długo zachowywała swój kształt, ale w luźny sposób, a kawałki migdałów wypuszczała z siebie niechętnie. Te najpierw jedynie zaznaczały swoją obecność. Okazało się, że ich nie pożałowano. Były to kawałki średnie i trochę małych. Pokrywała je cienka warstwa karmelu, który w dużej mierze rozpuszczał się wraz z czekoladą. Pod koniec kawałki jednak sporadycznie stukały o zęby.
Jak się bardzo uważnie przyglądać, da się zrobić malutkiego dosłownie kęsika bez dodatków, acz to wymagające.
Na próbę raz czy drugi pogryzłam je obok czekolady, lecz ogółem wolałam zostawiać je na koniec. 
Kawałki dodatku gryzione obok czekolady były nieco bardziej chrupko-twarde za sprawą karmelu. Wyszedł jak nieco zawilgocony, dziwnie i miękkawy, i stwardniały zarazem cukier. 
Gdy gryzłam je na koniec, chwilami wciąż karmel lekko pochrupywał w twardawo-cukrowy, ale jednocześnie jakby zawilgocony, sposób. Karmel był jednak niemal nieistotny. Migdały dały się poznać jako chrupkawe, ale i miękkawe; delikatne.
Trafiło mi się też parę jakby samych kawałków karmelu, który wyszedł jak niby twardawy, ale zarazem rozmiękły cukier.

W smaku najpierw poczułam piernikowy syrop. Cierpkawy syrop dodany do kawy? Acz w proporcjach takich, że to był raczej syrop z dodatkiem kawy. Gorzkość stała za słodyczą, lecz była wyraźna.

Słodycz miała intensywny charakter, ale nie starała się kompozycji zdominować. Wyobraziłam sobie czekoladowe pierniki w suchej cukrowej glazurze.
Przemknęła myśl o... Soczystości? Nie, chyba jednak nie... A może? Jakby tak w pierniczkach był jakiś przesłodzony wsad?

Kawa słabła (mimo że i tak była leciuteńka), a ugodowa gorzkość układała się w palony motyw. W niego wkradł się karmel. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyraźnie poczułam motyw palonego dość mocno cukru.

Wraz z wyłanianiem się, dodatek wtrącał swoje trzy grosze. Torował sobie drogę motywem karmelizowania, palonego cukru. Raz po raz jednak otarł się o akcent ciemnego miodu (podkręcony cierpkością bazy?). W zależności od tego, ile akurat w danym kęsie trafiło się karmelu na migdałach, a to upewniałam się do soczystego echa, a to w nie wątpiłam.

Gdy spróbowałam osobno trochę samej czekolady, okazała się prawie nieprzesiąknięta dodatkiem. Może coś odrobinkę...? Wyrazistsza była wtedy wizja przesłodzonych pierników w mnóstwie glazury. Palonego cukru można się w niej jednak doszukać. Migdałów...? Chyba bardziej życzeniowo... acz może? Zatopionych w przesadzonej słodyczy?

Z czasem do głowy przyszły mi karmelowo-migdałowe pierniczki - bo wreszcie i same migdały coś tam się zaznaczyły.

Zrobiło się trochę za słodko, cukrowo. W gardle jeszcze nie drapało, ale wydawało się, że lada moment może zacząć.

Gdy na próbę pogryzłam ze dwa razy trochę dodatków obok czekolady, na przód wybijał się w nich mocno palono-smażony cukier. I przemykał miód. Migdały znaczyły mniej, za to jawiły się jako bardziej dziwnie gorzkawe, więc wolałam zostawiać kawałki na koniec.

Końcowo cierpko-gorzkawa kawa wycofała się, oddając pole do popisu dodatkowi.

Migdały gryzione na koniec pokrywało już tylko trochę karmelu, acz wciąż go czuć. Głównie jako motyw karmelizowania i palony cukier, czasem z echem miodu. Wydawało się, że stały się jednością, acz migdały wyłoniły się zza niego bardzo dobrze. Okazały się wyraziste, mimo że prażony motyw miał sporo do powiedzenia. Były naturalnie słodkawe, co czuć mimo karmelu. Zdarzały się też zahaczające o prażona goryczkę.

Po zjedzeniu został posmak prażone-palonych migdałów, czekoladowej cukrowości i karmelu. Do głowy przyszły mi też pierniki o palonym charakterze i gorzka, choć dosłodzona kawa.

Czekolada wyszła bardzo dobrze, była w zasadzie tym, czym być miała. Szkoda tylko, że trochę ją przesłodzono - myślę, że gdyby zamiast cukru białego użyli trzcinowego, już byłoby o wiele lepiej (a gdyby podnieśli zawartość kakao, w ogóle mogłaby być petarda). Dobrze jednak, że całość i tak aspirowała do słodyczy ambitniejszej i nie zasładzała okrutnie. Wolałabym też, by nie trafiały się te kawałki samego karmelu (może było ich dosłownie kilka, ale o kilka za dużo). To jednak mały minusik. A jednak właśnie - choć nie lubię karmelizowania - to tutaj wyszło jak karmelizowanie idealne. Przede wszystkim w sumie było czuć migdały. A sama warstewka miała przyjemnie palony, miodowy posmak. Na plus ilość i wielkość migdałów - nie pożałowano ich, ale nie uczyniły z tabliczki zlepka-ulepka. Do tego dzięki temu, że kawałki były średniej wielkości, dobrze je czuć.
Gdy kończyłam w domu, utwierdziłam się, że to zaskakująco dobra, choć przesłodzona, tabliczka. Nawet zastanowiłam się, czy nie podciągnąć jej oceny na 9, ale coś mnie powstrzymało. Naprawdę przydałoby się jej ciut więcej kakao...


ocena: 8,5/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, siekane karmelizowane migdały 12% (migdały 7,4%; cukier, miód), tłuszcz kakaowy

wtorek, 18 marca 2025

Auchan Bio Lait Eclats de coco mleczna z prażonymi wiórkami kokosowymi

Mleczne od dawna mnie nie ciekawią, acz w góry zdarza mi się zabierać je, jeśli dostanę. Dziś przedstawianą jednak kupiłam sama, uznając, że akurat z kokosem to może i opcja bardziej słodka jakoś da radę. Zwłaszcza, że ciemnych z kokosem wydaje mi się, że jest jakoś mało. Otworzyłam ją przy schronisku przy Zielonym Stawie Kieżmarskim, do którego doszłam z Kieżmarskiej Białej Wody, oczywiście żółtym szlakiem.

Auchan Bio Lait Eclats de coco to mleczna czekolada o zawartości 33% kakao z prażonymi wiórkami kokosowymi, marki własnej Auchan.
 
Po otwarciu poczułam bardzo mleczny i równie bardzo kokosowy, wyrównany zapach. Odlegle zamajaczyła wanilia, a słodycz ryzykownie spoglądała w kierunku plastiku, acz tak nieśmiało, że jeszcze nic nie było przesądzone.

W dotyku tabliczka wydała mi się dość tłusta i gładka, a przy łamaniu wykazywała twardość. Nawet lekko trzaskała, wzmacniając to porządnym chrzęstem dodatków. Zrobienie kęsa samej czekolady, bez wiórków, było w zasadzie niemożliwe.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, w tempie umiarkowanym, dając się poznać jako bazowo kremowa i tłusta w pełno mleczny sposób. Odnotowałam też drobną proszkowość, chowającą się między wiórkami Szybko okazała się sowicie wypełniona dużymi wiórkami.
Wiórki zostawiałam raczej na koniec.
Początkowo były wręcz przyjemnie twardawe. W ogólnym rozrachunku krucho-chrupiące. Dopiero z czasem robiły się bardziej trzeszczące. Nie memłały się ani trochę.

W smaku pierwszą poczułam względnie stonowaną, leciuteńko waniliową słodycz, do której po chwili doszła... Obietnica kakao? 

Słodycz zaczęła rosnąć, a po ustach polało się mleczne tsunami. Na mlecznych falach płynęły wiórki kokosowe, dobrze wyczuwalne nawet niegryzione. Ledwo się wyłaniały, a już skupiały na sobie ogrom uwagi. Tworzyły idealnie zgrany duet z pełnym, naturalnym mlekiem. 
(Gdy z trudem zgryzłam / spiłowałam zębami odrobinkę czekolady z wierzchu, bez wiórków, nie wydała się nimi szczególnie przesiąknięta, za to jej słodycz miała więcej do powiedzenia).

Słodycz rosła znacząco, wręcz ryzykownie. Cukier wyłaniając się, zagroził plastikiem, acz wychwyciłam też odrobinkę wanilii. W sumie jednak nie wyszło bardzo za słodko ze względu na to, że naturalne, pełne mleko dobrze sobie z nią radziło. Absorbowało ją, a wiórki kokosowe rozbijały. Ich smak oczywiście nasilał się wraz z tym, jak się wyłaniały.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa podprażone, bardziej neutralne niż normalnie wiórki (może przez kontrast do bardzo słodkiej bazy?) stały na równi z... Czekoladową otoczką, która przybrała postać jakby... Nieco buenowatego kremu w wersji kokosowej? Ledwo pomyślałam o produkcie Kindera, a odnotowałam lekkie drapanie w gardle i myśl ta umknęła.

Została za to ryzykowna słodycz, którą wciąż na szczęście przeplatało wyraziste mleko. Końcowo jednak to i tak głównie na wiórkach się skupiałam.
Gryzione obok czekolady wyszły trochę nijako, a sama czekolada za nimi sprawiała wrażenie bardziej plastikowo-słodkiej. Wolałam więc zostawić je na sam koniec, gdy czekolada już zniknęła.

Gryzione wiórki potwierdziły swój wyrazisty, podprażony smak o rzadko spotykanym, bardzo neutralnym, a nie słodkim wydźwięku. Idealnie tonowały słodycz czekolady, zostawiając mleczne echo. Niestety nic nie poradziły na drobne drapanie w gardle.

Czekoladę uważam za dobrą, ale żałuję, że już skoro bio, to nie posłodzili jej cukrem trzcinowym - wtedy mogło by być idealnie. Świetnie dobrali proporcje - zacnych wiórków było mnóstwo, ale nie uczyniły z tabliczki zlepka-ulepka. W ogóle takie podprażone wyszły bardzo zacnie. A sama czekolada - no, bazowo każda mleczna powinna właśnie mniej więcej tak smakować - pełno mlecznie. Mnie była za słodka, ale ogólnie zjadłam 7 kostek (6 w górach, co prawda z braku alternatywy, bo druga wzięta na trasę czekolada była koszmarna; a jedną w domu, do weryfikacji). Rzadko się zdarza, bym wolała jakąkolwiek mleczną niż nawet kiepską ciemną, jednak w tym przypadku tak właśnie było.

3 kostki otrzymała Mama. Powiedziała: "Bardzo, bardzo smaczna. I czekolada, i kokos. Czekolada mocno mleczna, ale mogłaby być tak odrobinę mniej słodka, a wtedy to już w ogóle całość by była idealna".


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, prażony kokos 15%, miazga kakaowa, emulgator: lecytyny; naturalny aromat waniliowy