Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lindt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lindt. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 grudnia 2025

Lindt Excellence Pistachio Dark Chocolate ciemna 47 % z karmelizowanymi pistacjami i solą

Niby nowość, ale nie nowość. W 2020 Lindt Excellence Pistache Grillee Noir A la pointe de sel pojawiła się i zaraz chyba zniknęła. Przywrócili w trochę zmienionej formie, pewnie korzystając z mody na pistacje. I, jak można się było spodziewać, pewnie wychodząc z założenia, że ludzie i tak kupią, nawet jak obniżą ilość pistacji. By sprawdzić, jak to wyszło, sama bym nie kupiła, ale od ojca przyjęłam. I zabrałam tabliczkę pewnego gorącego majowego dnia w góry zupełnie mi nieznane, słowackie Góry Czerchowskie. Poszłam żółtym szlakiem z Hertnika przez Bukovy Vrch i Chochulkę na Velką Javorinę, gdzie też zabrałam się za dziś prezentowaną czekoladę. Szczyt był trochę zalesiony, ale co nieco widać i... na szczęście było tam trochę cienia, bo cały czas bałam się, że czekolada zaraz mi popłynie (nie popłynęła). Potem wróciłam na Chochulkę.

Lindt Excellence Pistachio Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 47% kakao z kawałkami karmelizowanych pistacji i solą.

Po otwarciu poczułam palony zapach czekolady o kawowym charakterze oraz karmelu. A w zasadzie karmelizowania i przy skupieniu się, karmelizowanego czegoś, może i "jakiś orzechów". Pistacje w zasadzie się ukryły, a ja doszukałam się echa marcepanu w cukrowo słodkiej, trochę wanilinowej czekoladzie. "Powiedzmy, że pistacje" pokazały się trochę po połamaniu i w trakcie jedzenia. Wychwyciłam wtedy też lekko słonawe echo. Całość była przesłodzona i miała w sobie sporo z likierowego syropu. Niby odnotowałam nieśmiałą gorzkawość, ale... Miałam wrażenie, że to palony słód, który tylko udaje kakao. 

Tabliczka była tłusta i ulepkowata, jedynie twardawa przy łamaniu. Trzaskała jednak niezbyt głośno, w kruchy sposób. Słychać było leciutkie kruche chrupanie dodatków. A tych dodano średnią ilość, co widać już w przekroju. Były miejsca bez nich, ale też takie, gdzie kawałek dosłownie siedział na kawałku. 
W ustach czekolada szybko miękła i rozpływała się także dość szybko. Zalepiała i zmieniała się w bezkształtną, maślano tłustą, mazistą masę. Nie wydawała się przesadnie najeżenia kawałkami pistacji i pojawiła się w niej kremowość. Dodatki szybko się z niej wyłaniały, ale nie wpadały, a trzymały czekolady. Minimalnie - pod tym względem wyszła lepiej od tej z 2020. Mniej pistacji wyszło na dobre dla struktury.
Pistacje dodano do niej różnej wielkości. Większość kawałków to w zasadzie drobinki, wiele było małych i średnich oraz dosłownie parę większych. Bez wątpienia były karmelizowane, choć w różnym stopniu. Na większości wyraźnie czuć warstewkę palonego cukru, na innych była subtelna. 
Pistacje stukały karmelem o zęby. Rozpuszczał się wraz z czekoladą. Wśród kawałków pistacji raz po raz przewijały się duże kryształki soli. Częściowo rozpuszczały się, częściowo zostawały na koniec. Trafiłam też na kilka szklistych płatków karmelu bez pistacji.
Aby gryźć pistacje wcześniej, obok czekolady, trzeba było się trochę nagimnastykować, bo czekolada lepko je okrywała. Gdy jednak udało mi się je wyłuskać, chrupały, jawiąc się jako twarde za sprawą karmelu. Rzęził twardo (ale nie w negatywnym sensie), cukrowo.
Wolałam gryźć pistacje dopiero na koniec.
Pistacje gryzione na końcu w większości były miękkawe, ale wciąż także jeszcze lekko chrupkawe. Jak na paru został jeszcze karmel, chrupały, wykazując twardawa chrupkość. 
Niestety zdarzało się, że obok pistacji zostały jeszcze kryształki soli.

W smaku czekolada uderzyła słodyczą, za którą podążał palono-prażony motyw. Ułożyło się to w trochę likierowy sos, wlany do palonej kawy.

Słodycz rosła bez żadnych oporów, zapewniając, że sos bazuje na cukrze. Cukier zagościł na dobre na pierwszym planie, ale pobrzmiewało za nim wręcz karmelowe echo.

Kiedy spróbowałam trochę czekolady osobno, czuć w niej nutkę karmelu, ale nie pistacji. Ani trochę nimi nie przesiąkła. Dała się wtedy poznać jako zabójczo słodka i gorzkawa w minimalnym stopniu.

W tle pojawił się motyw lekko słodowo-zbożowy, który próbował zdobyć się na gorzkawość. Na pewno wiązał się z prażenio-paleniem. Może likier był orzechowy? Marcepanowy? Przemknęła mi drobna, czekoladowa ni sztuczność, ni plastik, a także maślaność, która bardzo łagodziła kompozycję.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa raz po raz pojawiała się słoność, rozchodząca się od kryształków. Zagłuszały taniość. Przeważnie w tym momencie odzywały się kawałki pistacji, ale bynajmniej nie smakiem pistacjowym, a palonym cukrem. Wyraźnie bardzo słodkim karmelizowaniem (nie samym karmelem). Nuta palenia była raz delikatniejsza, raz mocniejsza, ale zawsze słodka i bez goryczki.

Lekka czekoladowa gorzkawość próbowała się wychylić zza tego wszystkiego, ale jej nie szło. Osiadła w palonym wątku, przywodząc na myśl zbożową kawę oraz preparowane zboże w czekoladzie z mlecznym nadzieniem (coś jak Kinder country?).

Słodycz rosła i drapała w gardle. Rosła i rosła bez litości.

Pistacje w zasadzie cały czas się ukrywały. Tonęły w przesłodzonej, likierowo-karmelowej toni.

Gdy z ciekawości pogryzłam kawałki obok czekolady, pozostały stłumione cukrem. Karmel z nich gryziony był jako tako wyczuwalny, acz słabiej, niż gdy się trochę rozpuszczał. W zasadzie tu mogło być karmelizowane cokolwiek, choćby jakiś popcorn.

Gryzione na koniec pistacje smakowały mocnym prażeniem, ale na szczęście jeszcze bez goryczki. Motyw karmelizowania przewijał się, ale nie zawsze. W przypadku wielu kawałków pistacje wyszły nijako, jak "jakieś orzechy". Czasem w ogóle wydawały się nawet nie orzechami, a czymś zbożowym (i wcześniej karmelizowanym). To że to pistacje czuć co parę kęsów, gdy trafiał się większy kawałek. Wówczas rozchodził się średnio mocny, naturalnie słodkawy smak pistacji. 

Pistacje nie wydawały się słone w sensie posolone (skład nie rozjaśnia sytuacji, bo na opakowaniu w dwóch językach pistacje nie są solone, a w dwóch są). Czasem jednak na koniec sól została i wtedy zagłuszała wszystko inne.

Po zjedzeniu zostało cukrowe przesłodzenie, które na dobre rozgościło się jako drapanie w gardle, a także posmak mocnego karmelizowaniem, prażenia i soli. Czułam też lekką cierpkość udającą kawę, trochę echo słodu i plastikowy akcent czekolady.

Czekolada wyszła w pewnych sprawach lepiej niż Lindt Excellence Pistache Grillee Noir A la pointe de sel z 2020. Struktura mniej zlepkowo-ulepkowa, choć też nie była idealna. Pistacje za bardzo porobili, przez co uciekał ich smak. Czekoladowa baza kiepska, aż smutno mi się zrobiło. Miękka i okrutnie słodka, trochę plastikowa i z jakby udawana gorzkością. Sól całkiem nieźle tu wyszła, bo takiej bazie nie przeszkadzała i było jej mniej niż w podlinkowanej (a jednak w podlinkowanej jest dodatkiem tytułowym, w dzisiejszej nie, więc tak w sumie powinno być - i skoro w dzisiaj przedstawianej soli w tytule nie ma, to może w ogóle nie powinno jej być?). Nie posolono samych pistacji, co je ratowało. 
W górach łatwo szła, mimo zasładzania. W domu trochę gorzej, ale co miałam, dojadłam.

Czuję, że nowej wersji nie powinnam skrzywdzić niższą oceną niż podlinkowanej, ale jednocześnie czuję że tamtą oceniłam łaskawie. Chociaż... Lindt Excellence Pistache Grillee Noir A la pointe de sel z 2020 roku wydawała się mniej plastikowa, gdy chodzi o bazę, a biorąc pod uwagę, jak kiepsko ostatnio wychodzą nowe Lindty, kiedyś pistacjowa Excellence mogła smakować nieco lepiej (a nie tylko ja zrobiłam się bardziej krytyczna).


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład; cukier, miazga kakaowa, pistacje karmelizowane 10% (pistacje, cukier*), tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny sojowe; naturalny aromat, sól morska 0,15%

*Na opakowanie w dwóch językach po cukrze jest jeszcze sól, w dwóch nie ma.

niedziela, 22 grudnia 2024

Lindt Swiss Premium Chocolate Dark Almond / Negro E Amendoas ciemna 49 % z migdałami

Szpiglasowy Wierch stał się moją nemesis. To jedyna góra, na którą mimo że wybierałam się 3 razy, nie weszłam. Bardzo mi zależało na zdobyciu go, bo podejście w internecie wyglądało ciekawie, a sam szczyt i widoki... no, już w ogóle przewspaniałe, wiadomo. Mimo że po powrocie w góry obrałam sobie system jeżdżenia co 2 tygodnie, wpadła nadprogramowa wycieczka w Beskidy, nie mogłam przestać myśleć o Tatrach i gdy tylko zobaczyłam dobre prognozy pogody, uznałam, że jadę. Tym razem nie chciało mi się myśleć nad kompletowaniem czekolad - i tak na podejściu na Szpiglasowy chyba wszystkie dogodniejsze scenerie już mam zaliczone, więc wzięłam jedną wielką, która trafiła do mnie trochę przypadkiem. Kupiłam bowiem taką samą, ale z orzechami laskowymi, lecz okazało się, że jednak nie mają jej i mieć nie będą, więc już nie chciało mi się odsyłać. Kupiłam ją jeszcze przed serią porażek. Po nich próbowałam samą siebie przekonywać, że może linia premium faktycznie choć trochę lepiej wyjdzie od Lindt Les Grandes 34 % Haselnusse Feinherb, Lindt Excellence Crispy Wafer Dark czy Lindt Excellence Crispy Wafer and Caramel Dark - choć zawartość kakao nie sugerowała niczego znacznie lepszego.
Minęłam Dolinę Pięciu Stawów, poszłam szlakiem niebieskim i odbiłam w żółty na Szpiglasową Przełęcz - to już mogłabym pokonać z zamkniętymi oczami. Na krętej drodze obserwowałam niebo z zainteresowaniem - czyżby widoczność zapowiadała się dobra? Łańcuchy w zasadzie się nie przydawały, krótka wspinaczka przy nich była fajniejsza bez nich. Od przełęczy dzieliły mnie już tylko minuty... Pokonałam je i oto Szpiglasowy Wierch był mój! Wspaniały szczyt. Bez tabliczki, ale charakterystyczny. A widoki... ach! Nie wiem, czy Lindt zasłużył sobie na takie tło, ale niech już mu będzie.


Lindt Swiss Premium Chocolate Dark Almond / Negro Y Almendras / Fondente Mandrole to ciemna czekolada o zawartości 49% kakao z prażonymi migdałami.

Po otwarciu zagrzmiała wysoka słodycz cukru, dosłownie jakbym wąchała cukierniczkę, mieszającego się z waniliną, podrzucającą ogółowi trochę tani wydźwięk. Słodka czekolada przywodziła na myśl raczej kakaowo-czekoladowy budyń, zahaczający o plastik, ale na szczęście migdały nie miały problemu z przebiciem się. Wraz ze słodyczą dominowały nad lekką palono-drzewną cierpkością. Zapach wyszedł trochę duszenie.

Spód dał do zrozumienia, że migdałów dodano średnią ilość, a przekrój to potwierdził. Tabliczka w dotyku wydała mi się tłustawo-polewowa, acz przy łamaniu dała się poznać jako twarda i trzaskająca. Dało się też usłyszeć bardziej chrupko-kruche trzaski migdałów. Niektóre migdały łamały się wraz z czekoladą, inne zostawały w którejś z części. Dodano głównie całe, ale też pojedyncze połówki i trochę różnej wielkości kawałki. Trafiały się kęsy i kilka całych kostek w ogóle pozbawionych migdałów.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym. Początkowo jakby chciała stawiać opór, ale potem coraz łatwiej. Była zbita, a jednocześnie mazista. Czuć w niej gładką maślaną tłustość, lecz znikała bez gęstości. Chwilami wydawała się wręcz śliskawa, acz końcowo odnotowałam marginalną pylistość. Migdały odsłaniała powoli po dłuższej chwili. Skórki z wielu z nich oddzielały się. Trafiłam też na dwie-trzy samodzielne skórki.
Tylko nieliczne migdały raz po raz nadgryzałam obok czekolady - wolałam zostawiać je na koniec.
Migdały gryzione na koniec okazały się krucho-chrupkie. Zwłaszcza całe były twarde w pozytywnym sensie; połówki i kawałki jawiły się jako delikatniejsze. Większość pokrywały skórki, które z czasem łatwo z migdałów schodziły. 

W smaku pierwsza przywitała mnie silna słodycz, w którą wkradło się tanie echo. Do głowy przyszła mi cukierniczka, budująca duszny klimat. Zaraz umocniła go delikatna, sztucznawa wanilina. Może i coś bardziej niby waniliowego mi przemknęło? 

W oddali rozeszła się nieśmiała cierpkość. Jakby chciała rozwinąć się w kierunku gorzkim, ale coś jej nie pozwoliło. Palono-drzewna nutka ostrożnie zbliżyła się jedynie do gorzkawego poziomu. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czasem zaznaczało się echo migdałów - raczej w przypadku kęsów z migdałami, bo tak to sama baza nimi nie przesiąkła. Smak migdałów niby lekko rozchodził się wraz z ich wyłanianiem się, ale czasem i tak wydawał się prawie wyobrażeniowy. 

Gorzkawość jeszcze złagodniała, jednak trzymała się. W wątpliwość podała ją... Mleczność? Ledwo uchwytna, ale obecna. Zmieszała się ze słodyczą i nawet jakby trochę próbowała ją uprzyjemnić. Pomyślałam o bardzo słodkim mleku kakaowo-czekoladowo-migdałowym. 

Gdy nadgryzałam migdały obok czekolady, zaskakująco dobrze je czuć. W sumie tonowały słodycz, acz tanie echo i tak czuć.

Niezależnie od migdałów, w przesłodzonej, kakałkowej toni odnotowałam nawet lekką soczystość. Niestety podkręciła też słodycz. Tu wyłamała się dosadna już wanilina i... ledwo uchwytny orzechowo-migdałowy akcent takowego aromatu? Przyszedł mi do głowy kakaowo - czekoladowy budyń, który do kompozycji wpuścił maślaność.

Cukier też na wiele sobie pozwolił przy tej niskiej gorzkości i łagodnieniu. Drapał w gardle, niezależnie od sposobu, jaki obrałam na migdały. Czekolada zerkała ku ciężko słodkiemu plastikowi, ale kakao walczyło.
Sama w sobie wyszła mocno... bazowo i średnio, że poziom jej słodyczy i znikoma gorzkość szybko by bardzo zmęczyła. Gdyby nie migdały.

Gryzione migdały, połówki i kawałki miały intensywny smak. Były naturalnie słodkie i bardzo delikatnie podprażone. Czuć ich neutralniejsze (ale nie gorzkie!) skórki wyraźnie, acz nie nachalnie. 

W posmaku została cukrowość z waniliną i lekka cierpkość, z której migdały wydobył drzewny charakter. Czułam oczywiście też same, wyraziste minimalnie prażone migdały, ratujące sytuację, a w tle... Jakby taniawe mleko lub budyń kakaowy? 

Mam problem z podsumowaniem tej czekolady, bo z jednej strony się sprawdziła - była w porządku czekoladą z migdałami w góry, ale z drugiej przy tym, jak Lindt się tak ceni, wyszła dość taniawo. Gdyby kosztowała adekwatnie (o połowę mniej? tak 5-6 zł / 100g?), no to ok - migdały robotę robiły i miałby minimum 7 bez trudu. Jednocześnie przy tak słodkiej, nie za ciekawej i za mało gorzkiej bazie, przydałoby się ich więcej, bo w kęsach bez migdałów na jaw wychodziły wady. Czekolada przedstawiła się jako uniwersalna, bo choć czuć w niej cierpkawe kakao, pojawiła się także mleczna nuta, kierująca myśli ku kakaowemu budyniowi. Nie miałam jednak poczucia, że jem mleczną czekoladę, co mi odpowiadało. Szkoda tylko jeszcze, że musieli dodać aromaty, kierujące ogół ku plastikowi (choć też nie było jeszcze tak źle). W górach mi pasowała, potem resztę też jakoś dojadłam.
Wyszła gorzej Kaufland Classic Fein Herbe Mandel Schokolade, ale przynajmniej baza była smaczniejsza niż np. Lindt Les Grandes 34 % Haselnusse Feinherb.


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 29,99 zł (za 300g)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, migdały (15%), tłuszcz kakaowy, masło klarowane, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, aromat

piątek, 13 grudnia 2024

Lindt Excellence Crispy Wafer and Caramel Dark Chocolate ciemna 47 % z kawałkami wafelków i karmelem

Po Lindt Excellence Crispy Wafer Dark Chocolate nie obstawiałam, by dziś przedstawiana czekolada wyszła dużo lepiej niż wspomniana. Dostałam je obie od ojca, przy czym najpierw pomyślałam, że miło będzie porównać. Po poznaniu, czym jest podlinkowana, zwątpiłam. Dzisiaj przedstawianą wzięłam na beskidzką pętlę z Jaworek. W planach była Obidza (z której chciałam zahaczyć o schronisko, ale jednak nie), Wyoskie Skałki, ale... nim to wszystko, czekała mnie główna atrakcja, czyli Radziejowa i względnie nowa wieża widokowa na niej. Właśnie tam, ciesząc się chociaż odrobinką wiatru tego upalnego, dusznego dnia, zabrałam się za obiekt tej recenzji.

Lindt Excellence Crispy Wafer and Caramel Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 47% kakao z "kawałkami kruchych wafelków (8 %) i karmelu (3 %)".

Po otwarciu poczułam mocno palony zapach karmelizowania - pomyślałam o feulletine i karmelowych, kryształkowo cukrowych waflach duńskich, ale też o kawie, obok której stanęła paloność zahaczająca o przypalenie i słodki, choć też palony karmel po prostu. Pomyślałam o kawie z syropem karmelowym z echem cierpkawego, ale cukrowego, syropu kakaowego.  

Tłusto-ulepkowata tabliczka przy łamaniu trzaskała z chrzęstem podyktowanym dodatkami. Odebrałam ją jako kruchą. Na spodzie widać w niej zatopioną drobnicę, acz w przekroju dodatki jakby się schowały, że powiedziałabym, że za wiele ich nie ma. Karmelu widać pojedyncze kawałki, wafelków trzeba szukać.
W ustach czekolada łatwo i ochoczo miękła i rozpływała się dość szybko. Zalepiała, zmieniając się w bezkształtną masę. Wydawała mi się tłusta w maślany, wręcz śliskawy sposób, ale od tego uwagę szybko odwracały dodatki. Niektóre miały ostre brzegi i drapały podniebienie. Trzymały się czekolady, ale wyraźnie zaznaczały swoją obecność. Okazało się, że dodano ich mnóstwo. Wafelki wystąpiły w postaci małych i cienkich płatków, natomiast karmel to kawałki - w porównaniu do nich - dość spore. 
Tylko nieliczne podgryzałam obok czekolady, większość zostawiałam na koniec, aż czekolada zniknęła. Wcześniej wydawały się cukrowo-rzężące, kryształowe i miejscami bardziej szkliście chrupiące.
Gryzione na koniec wafelki wciąż były chrupkie i kruche, jednak cechowała je delikatność (a to wrażenie umacniała masywność karmelu). Rzęziły, skrzypiały i trzeszczały niczym mieszanina cukru i rozmiękających corn flakesów, właśnie już z czasem łatwo mięknąc. Denerwująco przyklejały się do zębów.
Karmel wyszedł trochę jak twarde i niegładkie (!), chrupiące, cukrowo-szkliste kamyki. Zęby obklejał tylko trochę na chwilę.
Miałam wrażenie, że to czekolada do gryzienia. Efekt taki, jakby czekolada miała tylko funkcję sklejania chrupaczy. Wydawało się, że karmel dominuje, choć procentowo nie było go więcej - to pewnie kwestia masywności.

W smaku przywitała mnie słodycz i mocno palona nuta. Przedstawiła się jako kawa z przypalonym echem.

Imperatywna słodycz spowiła paloność już po chwili zupełnie. Nie dość, że była bardzo wysoka, to jeszcze prężnie i mocno rosła. Pomyślałam o syropie kakaowym, ale głównie cukrowym, w sumie niegorzkim. Przemknęła mi niby lekka goryczka, cierpkość... dziwnie zbożowa? Nie zatrzymała się na dłużej.

Wraz z wyłaniającymi się dodatkami robiło się bardziej słodko. Słodycz gnała w karmelowym kierunku. Czułam palony karmel, karmelki, ale też syrop karmelowy. Palony cukier splótł się z niejasną goryczką. Razem zahaczały o przypalenie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa cukier drapał w gardle, ale i palona nuta nieco się odważyła. Prawie gorzkawość się pojawiła, a wraz z nią nieśmiały słód. Wyszło to jak taka... podkręcona goryczka, udawane kakao - trochę tanio.

Nie pomógł motyw mlecznych, ale palono karmelowych karmelków z epizodycznie przewijającą się solą. Gdy dodatki się wyłaniały, karmel trochę dominował nad wafelkami, ale i one po chwili wyraźniej dołączyły do kompozycji.

Kawałki wafelków nawet niegryzione wniosły mocno palony, wręcz przypalony motyw, zmieszany z cukrem. Wypieczenie wzmacniało echo soli - może rozchodziła się też od wafelków?

Końcowo czekolada wydawała się czysto słodka, cukrowo-muląca i cierpkawo-przypalona w mniej jasny sposób. Może słodowo, ale niekoniecznie. Myśl o karmelowej kawie gdzieś tam w tle wciąż wisiała.

Gryzione na koniec dodatki zaprezentowały swój smak. W zestawieniu dominował karmel, ale wafelki nie dały się zagłuszyć zupełnie.

Gryziony na koniec karmel okazał się słodkimi, ale wyraźnie palonymi, cukrowymi i trochę mlecznymi karmelkami. Zdarzyło mu się zrobić aluzje do słonawości, ale nie był słony.

Wafelki przypominały feulletine zmieszane z za mocno skarmelizowanymi płatkami kukurydzianymi (corn flakesami) i nutą cukrowych wafli duńskich z goryczką. Pod karmelem wydawały się jednak nieco zgłuszone. 

Po zjedzeniu został posmak cukru i przesłodzenie, wraz z drapaniem w gardle, ale też wyraźnie palony motyw zbożowo-kawowy. Myślałam o syropie kakaowo-karmelowym, mlecznych karmelkach i przypalonych feulletine, do których zdarzało się podkraść soli. Palono-pieczony motyw dodatków dominował nad czekoladą.

Już Lindt Excellence Crispy Wafer Dark Chocolate była bardzo najeżona, a gdy jeszcze doszło 3% karmelu to już wcale zrobił się z tego zlepek-ulepek. Karmelkowy karmel za bardzo mi się tu rządził. Wydawało się, że dodano go o wiele więcej i wiele wniósł. Tylko że jego mleczna karmelkowość zaburzyła dziwną, trochę przypalono-słodową kompozycję z wafelkami. Ta była ciekawa, że uwierzę, że może się podobać, bo nawet ja w górach mogłam się w to wkręcić, ale przeciętne karmelki okroiły ją z tej ciekawości. Została za to kiepska czekoladowa baza i nieprzyjemna, zlepkowata struktura.
Zjadłam jednak 7 kostek - większość w górach tak ot, by jakąś czekoladę pociamkać, ale żałując, że nie mam czegoś lepszego (a jedną w domu, by zweryfikować odczucia).

Reszta trafiła do Mamy: "W tej mi czekolada nieco lepsza niż w tamtej (Lindt Excellence Crispy Wafer Dark Chocolate) się wydaje, ale nie wiem czemu, bo jest ta sama. Może jakoś tak przez dodatki. I czuć, że całość i tak pod nie, pod dodatki, i dla dodatków zrobiona, aby było tak chrupiąco i do gryzienia. Karmel chyba miał chrupkość wafli jeszcze podkręcić. Wydaje się, że go więcej niż realnie, bo taki duży i w ogóle. Z tym że to nie taki palony karmel, a jakby karmelki, które wydają się tak dorzucone, aby były jako zapychacz. Tak bez pomysłu to zrobione. Nie pasują specjalnie. Lepszy byłby karmel palony z goryczką. A sama czekolada tak słodka, że aż dziwne, że ciemna. I właśnie przez to zupełnie nie jak ciemna i taka dość miękka. Można zjeść, jak się dostało, nawet z przyjemnością, ale tyle, ile ona kosztuje w życiu bym za nią nie dała".


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam (ale ojciec kupił chyba w Kauflandzie)
cena: nie znam
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, wafelki 8% (mąka pszenna, cukier, bezwodny tłuszcz mleczny, odtłuszczone mleko w proszku, słód jęczmienny, sól), tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, kawałki karmelu 3% (cukier, bezwodny tłuszcz mleczny, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, emulgator: lecytyny; sól, aromat), emulgator: lecytyny sojowe; naturalny aromat karmelowy

poniedziałek, 18 listopada 2024

Lindt Excellence Crispy Wafer Dark Chocolate ciemna 47 % z kawałkami wafelków

Ostatni jedzony w górach Lindt mało, że się nie popisał. Podpadł mi tanio smakującą czekoladą. Po dzisiaj prezentowanym nie spodziewałam się czegoś lepszego (też ze względu na nie mój typ czekolady - niska zawartość kakao z chrupiącym słodkim dodatkiem, co sugeruje tabliczkę do gryzienia), ale jak już ojciec chciał mi nowości Lindta kupić, uznałam, że przygarnę. Byłam pewna, że zrobię mu zdjęcia na Szpiglasowym Wierchu, ale znajomy wpadł na pomysł zrobienia pętli z Doliny Pięciu Stawów Zawrat-Świnica-Szpiglasowy, idąc granią. Okazało się - już na Świnicy - że mapa była nieaktualna i nie da się tak pójść, więc oto dotarła do mnie okrutna prawda: znowu nie dane mi było wejść na wymarzony Szpiglasowy. Wracając jednak chcieliśmy jeszcze coś, bo po Świnicy czuliśmy niedosyt. Znajomy ciągnął na Kozią Przełęcz, ale i tam coś mu nie pasowało z oznaczeniami szlaku i mapą. Gdy więc na Małym Kozim Wierchu zajął się rozglądaniem, ja wyjęłam czekoladę. Mimo bowiem że siedziałam na odsłoniętych skałach, nie wiało, a widoki były zacne.

Lindt Excellence Crispy Wafer Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 47% kakao z "kawałkami kruchych wafelków (8 %)".

Po otwarciu poczułam intensywny, cierpki, mocno palony - i to palony w sposób dosadny - zapach, kojarzący się z paloną kawą z echem syropu kakaowego oraz czegoś niedookreślonego. Jakby zbożowego? Czułam też cukrową słodycz karmelizowanych... No właśnie trudno powiedzieć czego. Obstawiałabym jakieś ni wafelki, ni płatki feulletine. 

Tabliczka w dotyku była tłusta i ulepkotwato-plastikowa, ale przy łamaniu trzaskała. Robiła to z dziwnym chrzęstem. Wydała mi się krucha, mimo że się nie kruszyła i dość delikatna. Na spodzie widać, że coś w niej zatopiony, ale niewyraźnie. W przekroju pokazała się znikoma ilość wafelków, ale to tylko złudzenie (było ich mnóstwo). 
W ustach czekolada miękła bardzo szybko i rozpływała się w szybko-umiarkowanym tempie. Trochę zalepiała, przyjmując postać najeżonego ostrymi kawałkami ulepka. Do tego była maślano tłusta i bazowo śliskawa. Wafelki dość szybko się wyłaniały, ale nie wypadały, a trzymały się mazistej kremo-masy. Zrobił się z tego zlepek dodatków i dosłownie papka, jako że wafelki nasiąkały i miękły. 
Do czekolady dodano ogrom podrobionych, raczej cienkich, ale dość masywnych i twardych - mimo że małych i cienkich - wafelków. Ilość tej drobnicy - kawałeczków małych i prawie mikroskopijnych aż szokowała (bo w przekroju nie wydaje się, że jest ich aż tyle). Nie da się zrobić nawet najmniejszego kęsa, by o nie choćby nie zahaczyć.
Wafelki gryzłam głównie, gdy czekolada już zniknęła. Tylko nieliczne podgryzałam już wcześniej - wtedy były chrupiąco-rzeżące trochę jak cukier z czymś. 
Wafelki do końca zachowały chrupkość i kruchość w pierwszym kontakcie z zębami. Trzeszczały, rzęziły i skrzypiały jak fuzja rozmiękłych corn flakesów i cukru.
Końcowo mocno czułam te ostre brzegi dodatków na podniebieniu.

W smaku pierwsza zaznaczyła się cierpka, palona kawa, przechodząca we wręcz trochę przypalony motyw.

Szybko dołączyła do niej słodycz. Była wysoka i jeszcze rosła, eksponując cukrowy charakter. Wchodził trochę w syrop kakaowy, ale okrojony z większości gorzkości. Zaraz jednak do słodyczy dołączyło coś dziwnego. Zbożowego?

Wraz z wyłaniającym się dodatkiem robiło się bardziej karmelowo. Pomyślałam też o sosie / syropie karmelowym. Czułam nie tyle karmel, ile palony, wręcz chwilami przypalony cukier. Znikoma goryczka, cierpkość wkradła się poprzez niego.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wydobył z bazy palono-zbożowy motyw. Chyba słód. Na pewno jednak nie gorzkość, a jedynie gorzkawość, która chwilami zalatywała taniością.

Niewątpliwie jednak pochodził też częściowo od dodatków. Kawałki wafelków wniosły mocno palony, chwilami wręcz przypalony wątek z epizodycznie przemykającym echem soli, a także cukrowość.

Czekolada końcowo jawiła się jako wręcz muląco i drapiąco słodka, w dużej mierze cukrowo, ale... W obliczu dodatków wyłonił się z niej jakby akcent przypalonych migdałów. Słód też się przypomniał. Mimo że zasładzała, nie serwowała czystej, porażającej cukrowości.

Wafelki gryzione na koniec smakowały... sobą. Kojarzyły mi się z mocno karmelizowanymi corn flakesami i cukrowymi, ale bardziej karmelowymi waflami np. duńskimi do lodów, jednak trudno myśleć o nich jako o po prostu wafelkach. Także niska palona goryczka się w nich znalazła, a czasem odnotowywałam leciutkie, słonawe echo.

Po zjedzeniu zostało przecukrzenie i przypalone-zbożowy, dziwnie cukrowo wafelkowo-niewafelkowy motyw. Czułam też echo kawy z mocno palonych ziaren z kilogramem cukru i jakby syrop / sos karmelowy.

Czekolada była interesująca, niecodzienna, a jednocześnie z wieloma wadami. Mogłaby mieć wyższą ocenę, bo całościowo w sumie była nawet smaczna mimo cukrowości, jednak biorąc pod uwagę cenę - no nie. W tej cenie nie widzę, by było za co chwalić. Sama baza przesłodzona aż mi smutno, przez co wyszła mocno średniopółkowo, a dodatek nie pomógł, bo słodyczy jeszcze dokładał. Aż drapało. Wafelki wyszły zaskakująco, bo nie po prostu wafelkowo, a trochę bardziej jak cukrowe płatki kukurydziane. To chyba one też zabarwiły całość tak intensywnym, pieczono-przypalonym, zbożowo-słodowym smakiem. Nie była to gorzkość, ale... no coś niespotykanego. Gdyby była mniej słodka, bez trudu miałaby 6, a kto wie, czy nie 7 - zależy, w jakim kierunku poszedł by efekt. Dodatek ciekawy, jednak nie podobało mi się, że aż tak najeżyli nim czekoladę, przez co drapała podniebienie. Obietnica "chrupiącości" jednak spełniona, mimo że wszystko zamieniało się w specyficzną papkę.
W górach jakoś sporo poszło, ale w domowych warunkach już niezbyt. Zjadłam 7 kostek, w tym jedną w domu, by zweryfikować odczucia. Więcej jednak już nie byłam w stanie przez słodycz i kaleczący dodatek. Znajomy na szlaku nie mógł zgadnąć, z czym ta czekolada była. Podsumował: "jakby z cukrem. Znaczy no, czuję że to nie cukier, ale była taka słodka i tak dziwnie trzeszcząca, że można pomyśleć, że to nierozpuszczony cukier. I jak się ją rozpuszcza, a nie gryzie, to dziwna konsystencja się robi taka miękko-żelkowato-papkowata". 2 kostki oddałam Mamie.

Mama opisała ją: "Niezbyt smaczna, gdy chodzi o samą czekoladę, że aż nie chce się wierzyć, że to Lindt. Bardzo słodka, ale z goryczą. Tylko że ta gorycz była jakby nie kakaowa, a jakaś taka inna. Jedyne co w niej fajne - bardzo fajne - to te niby wafelki. Śmieszne takie, cały czas mocno chrupiące i niespotykane. Ciekawe. Całość ze względu na nie wyszła nie po prostu jak jakaś czekolada, a jak taka... zabawa czekoladą. Ale to ze względu na nie zjadłam z przyjemnością, bo takiej czystej samej czekolady bym nie chciała. Gdyby kosztowała 4-5 zł, to ot, z braku laku, nawet można by kupić, ale Lindt za bardzo się ceni".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam (ale ojciec kupił chyba w Kauflandzie)
cena: nie znam
kaloryczność: 525 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, wafelki 8 % (mąka pszenna, cukier, bezwodny tłuszcz mleczny, odtłuszczone mleko w proszku, słód jęczmienny, sól), tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyna sojowa

poniedziałek, 28 października 2024

Lindt Les Grandes 34 % Haselnusse Feinherb ciemna 43 % z orzechami laskowymi całymi i karmelizowanymi kawałkami orzechów laskowych

Tę tabliczkę postanowiłam zabrać na drogę pod Goryczkową Czubą bez jakiegoś szczególnego powodu. Na pewno nie obstawiałam, że będzie adekwatnie do nazwy goryczowa (choć tak naprawdę szczyt zawdzięcza ją nie goryczkowemu smakowi, a góralowi o tym nazwisku). Z Kasprowego ruszyłam czerwonym szlakiem bardzo widokową granią na Pośredni Goryczowy Wierch i potem trochę zboczem. Niedługo potem znalazłam się pod Goryczkową Czubą, jako że szlak przez szczyt nie biegnie (raczej nie dałoby się - jest tak ostry i no, nie do przejścia). Widoki były zachwycające i nie wiało jakoś szczególnie, więc moment był bardzo dobry na zdjęcia.

Lindt Les Grandes 34 % Haselnusse Feinherb (Ganze Nusse und caramelisierte Nuss-Stucken in feinherber Chocolade) to ciemna czekolada o zawartości 43% kakao z całymi orzechami laskowymi i karmelizowanymi kawałkami orzechów laskowych (orzechy laskowe stanowią 34% całości).

Po otwarciu uderzył mnie zapach orzechów laskowych, przeplecionych lekką goryczką tychże. Jednoczenie nie brakowało im słodyczy. Jedno i drugie podkręciła prażona nuta. Orzechy mieszały się z wyrazistą, przesłodzoną cukrem i wanilią czekoladą. Ta jakby starała się udawać ciemną, ale nie była jednoznacznie ciemna (choć mleczna na pewno też nie). Całość wyszła łagodnie, ale wydawała się przerysowana i jakby trochę... Nutellowata? 

Tabliczka w dotyku wydała mi się nieco polewowo-ulepkowata, mimo że była twarda. Przy łamaniu trzaskała krucho i właśnie jako trochę krucha się przedstawiła. Orzechy a to łamały się wraz z nią, a to zostawały w którejś z części. Dodano ich dużo - zarówno całych, jak i kawałków. Prawie niemożliwym było odgryzienie kawałka czekolady, pozbawionego dodatków i by nie zahaczyć o orzecha czy jego kawałek.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym. Uraczyła mnie kremową gęstością. Miękła i trochę zalepiała, w nieco ulepkowaty sposób, z czasem odsłaniając leniwie orzechy. Było ich dużo, ale nie uczyniły z czekolady zlepka-ulepka.
Rzadko kiedy raz po raz nadgryzałam jakiegoś jakby obok czekolady - większość zostawiłam na koniec, gdy zniknęła. Nim to jednak nastąpiło, niektóre kawałki dzwoniły o zęby z racji obecności skorupki karmelu. Miejscami kawałki te wystąpiły w skupiskach. Jedne były mocno karmelizowane (większość), inne prawie wcale. Karmel trochę miejscami zaczynał się rozpuszczać wraz z czekoladą. 
Z niektórych całych orzechów schodziły kawałki skórki. 
Gdy na koniec gryzłam orzechy, całe okazały się chrupiące i prażono krucho-twarde (ale nie za mocno).
Kawałki orzechów w większości były twarde i krucho-szliście chrupkie ze względu na karmel. Zdarzały się bardziej miękkie, ale niewiele.

W smaku uderzyła mnie słodycz. Cukier ścigał się z waniliną, do której po chwili dołączyło waniliowe echo. Wanilinie prawie udało się zaskoczyć na waniliowy tor, acz w zasadzie czuć je obie. 

W oddali zaznaczyła się nieśmiała goryczka, akcent kakao, jednak do gorzkości się to nawet nie zbliżyło.

Słodycz za to rosła odważnie, robiąc się trochę przerysowaną. Wpisał się w nią akcent orzechów laskowych, który czułam nawet we fragmentach bez orzechów (choć trochę o nie trudno) - obstawiam, że przesiąkła dodatkiem, ale też, że podkręcili ją trochę aromatami. W kęsach bowiem, w których trafiło mi się więcej czekolady, zahaczyła o plastik. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa raz po raz odzywał się karmel, rozchodzący się od kawałków orzechów. Dał się poznać jako mocno palony. Z kolei od całych orzechów rozchodził się ich smak - lekko prażonych, czasem ze skórką. Te tonowały trochę słodycz i odciągały uwagę od tańszych zapędów.

Mimo wszystko, z czasem słodycz wyszła aż trochę drapiąco-mdląco, a kakaowy motyw prawie zrezygnował z cierpkości. Bliżej końca czekolada wydała mi się trochę nutellowata. Czuć echo raczej taniego, maślano tłuszczowego kremu-smarowidła.

Uratowały ją orzechy. Tu jednak sporo zależało od tego, na jaki kawałek trafiłam. W zestawieniu wielu kawałków i całego, dominować próbowały minimalnie karmelizowane kawałki.

Gdy spróbowałam gryźć orzechy obok czekolady, miałam wrażenie, że przez jej intensywność i słodycz, nie wykorzystują swojego potencjału i zbytnio nikną - stąd gryzłam, gdy czekolada zniknęła.

Kawałki do kompozycji wkradały się karmelem, który na końcówce wyłaniał się wyraźniej. Był mocno palony, chwilami aż do goryczki. Starał się podkręcać tę czekoladową, ale szło mu to średnio. Bardziej karmelizowane kawałki wprowadziły przypaloną nutę, która w sumie wyszła całkiem w porządku. Te były nieco mniej orzechowe. Ogólnie kawałki były delikatniejsze w orzechowość. 

Całe orzechy okazały się za to zachwycające. Podprażono je leciutko, dzięki czemu zachowały pełnię swego naturalnie słodkawego smaku. Raz po raz trafiające się skórki wniosły szlachetną, subtelną goryczkę.

Po zjedzeniu został posmak orzechów laskowych słodkich i lekko prażonych, zmieszanych z tymi przekarmelizowanymi i przypalonymi oraz za wysoką słodyczą. Do niej wkradło się poczucie przerysowania i echo plastikowego kremu typu Nutella. 

Tabliczka bardzo mnie rozczarowała przede wszystkim smutnie plastikową bazą rodem z nisko-średniej półki. Orzechy całe były co prawda przepyszne, nie za mocno prażone i z paroma skórkami, a karmelizowane w sumie wyszły w porządku, jednak nie były na tyle zacne, by zachwycić jako całość. Taka słodycz i naaromatyzowanie sprawiły, że czekoladę po prostu zjadłam, bo już była - głównie w górach, potem kończąc, co mi zostało. Nie była zła - gdyby kosztowała tak do 10 zł, mogłaby mieć 6-7, jednak Lindt strasznie się ceni (na stronie producenta lindt.pl ta tabliczka kosztowała 28 zł). Daleko jej do naprawdę smacznej Moser Roth Chocolat Compose Dark Almond.


ocena: 5/10
kupiłam: Allegro
cena: 23,20 zł (za 150g)
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, orzechy laskowe 34%, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, lecytyna sojowa, aromaty

sobota, 17 sierpnia 2024

Lindt Genuss-Momente Marzipan & Nougat Vollmilch mleczna z nugatem i marcepanem

Jakiś czas po Reber Mozart Kugeln sięgnęłam po dzisiaj prezentowaną czekoladę. I w zasadzie jakoś z opóźnieniem do mnie dotarło, że to w sumie coś podobnego. Połączenie nugatu i marcepanu mi się podoba, mimo że obecnie to słodkości niezbyt w moim typie. Nowości Lindta postanowiłam dać szansę, bo po prostu nadarzyła się okazja. Ani myślałam kupować całą serię, bo i wątpiłam, że jest warta uwagi. Czułam jednak, że ta może być naprawdę całkiem w porządku.

Lindt Genuss-Momente Marzipan & Nougat Vollmilch to mleczna czekolada z (24%) nugatem z orzechów laskowych i (15%) nadzieniem marcepanowym.

Po rozerwaniu sreberka uderzyła mnie cukrowo-wanilinowa słodycz mocno mlecznej czekolady, przerysowanej aromatami / olejkami. Wanilina mieszała się z wręcz napastliwym olejkiem migdałowym, za którym znalazł się naturalniejszy marcepan. W całości pojawiła się lekko prażona nutka, a po podziale i w trakcie jedzenia dało się doszukać orzechów laskowych, ale gdzieś hen w oddali. Nie był to zbyt apetyczny zapach i graniczył z taniością.

Tabliczka wyglądała na delikatną i kruchą, a w dotyku wydała mi się lekko ulepkowata, potencjalnie pyliście-kremowa. Przy łamaniu kruszyła się, była twarda, ale nie trzaskała.
Każda kostka zawierała sporo tłusto-masywnego, twardawego nugatu na dole i malutko rzadkiego, wilgotnego marcepanu na wierzchu. Znalazł się w jednym miejscu poszczególnej kostki, np. na środku (nie od brzegu do brzegu), że aż gdy zrobiłam pierwszego kęsa zdziwiłam się, bo na niego nie trafiłam. W dosłownie jednym miejscu każdej kostki (przeważnie na środku, acz w niektórych bardziej z brzegu) owszem, było go trochę więcej, ale takie rozmieszczenie - w momencie gdy mają być dwie warstwy - za nic do mnie nie przemawia.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, bardzo kremowo. Miękła, wykazując śmietankową tłustość i lepkość.
Nadzienia okazały się z nią bardzo spójne. Miękły i mieszały się z nią w jedno. Nugat szybko dawał o sobie znać, rozpuszczając się szybciej. Był gładki, bardzo tłusty w oleisty sposób, ale też dość masywny. Masywnie-miękki i lepkawy. 
Marcepan dał się poznać jako lepki i wilgotny. Dość szybko wyciskał się spod czekolady i rozchodził się na grudko-drobinki w zawiesinie. Był trochę ciągnący, bardzo plastyczny, rzadki i trochę... średnio marcepanowy. Zostawiał na koniec pojedyncze, miękkawe drobinki i małe kawałeczko-grudki, ale nie takie typowo marcepanowe, a jakby zmiażdżone płatki migdałowe.
Całość w zasadzie wyszła spójnie, miękko-tłusto i zalepiająco.

W smaku czekolada przywitała mnie cukrowo-wanilinową słodyczą i wyrazistym, naturalnym mlekiem. Wydała mi się lekko sama w sobie prażono orzechowa, a po chwili przesadziła ze słodyczą. Za jej sprawą wanilina bardzo dawała się we znaki, podszeptując plastikową taniość. Czekolada odegrała w całości nadrzędną rolę.

Nadzienia dały o sobie znać po paru chwilach. Ich smaki rozchodziły się mniej więcej równo, ale nugat wyszedł bardziej harmonijnie z czekoladą, a marcepan wyróżniał się (w kęsach, gdzie było go więcej).

Nugat podpiął się pod czekoladę słodyczą. Rozkręcił orzechowy motyw, jednak orzechy laskowe  wydały mi się za bardzo tonąć w cukierkowo-sztucznej słodyczy. Potwierdziło się to, gdy spróbowałam trochę nugatu osobno. Orzechy laskowe w słodkim, typowo nugatowo-pralinowym tonie oczywiście też ogólnie jednoznacznie czuć, acz wcale nie takie intensywne, jak mogłyby być. Trochę podporządkowały się cukrowi, mlecznej czekoladzie i sztucznej słodyczy. Sztuczność słodyczy chwilami starał się poskromić marcepan.

Marcepan jednak też krył trochę sztuczności - ten z kolei bardziej aromatu / olejku migdałowego. Dopiero za nim rozchodził się cukrowo-migdałowy splot. Wyszedł trochę poważniej, w całości z czasem na pewien czas prawie dołączył do czekolady na pierwszym planie. Marcepanowość sama w sobie trochę się rozkręciła, że nawet na sekundę-dwie wydawał się naturalny. W kontraście do nugatu i czekolady nie był nawet nie tak strasznie słodki. Acz też trochę słodki w w dziwny, słodko-sztuczny sposób.
Kiedy spróbowałam go osobno, okazał się słodszy i bardziej naaromatyzowany, więc otoczenie gorszej czekolady i nugatu mu pomogło.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wszystko to mocno się zmieszało, dając efekt zacukrzająco-sztuczny, ciężki i prawie mdlący. Olejek migdałowy podbity innymi aromatami stał na równi z charakterną nutą marcepanu, orzechy laskowe jakby chciały, a nie mogły... Środek nie sprawdził się. Czekolada mleczna dopuszczała go do głosu, jednak cały czas to ona rządziła kompozycją. I ona także zaczęła drapać z nadzieniami w gardle.

Gryzione drobinki marcepanu smakowały naturalnie migdałowo, ale wydały mi się przesiąknięte aromatem... Kojarzyły mi się też trochę z płatkami migdałów - były delikatne i jakby stłamszone występem całej reszty.

Po zjedzeniu został posmak mleczny, ale też wręcz tanio-cukrowy i sztuczny, przerysowany. Czułam wanilinę, sztuczne migdały z marcepanowym wątkiem i cukierkowo-nugatowy wątek. Orzechy laskowe i po prostu marcepan wydawały się zbyt nieśmiałe, wpisane w plastikowość.

Tabliczka okazała się rozczarowaniem. Już sama czekolada zaskoczyła mnie tanim, napastliwie wanilinowym smakiem*. Ok, była wciąż mocno mleczna, ale zwyczajnie przeciętna. Nadzienia z kolei były źle zrobione. Nugat orzechowy niby orzechowy był, ale raz że był zwyczajnie przesłodzony, to dwa: orzechowość zaburzała sztuczna, jak pisałam, przesadzona słodycz. Marcepanu pożałowali, a forma czegoś rzadko-żelowatego też mi się nie podobała. Ze smakiem niewiele lepiej - olejkowo migdałowy, że aż marcepanowość musiała o siebie walczyć. Też był za słodki, acz w tym wszystkim najmniej. Z żalem przyznaję, że marcepan był chyba najlepszą częścią. Smutne, trochę tandetne przesłodzenie. Gdyby to była czekolada za jakieś 5 zł, nie czepiałabym się, ale Lindt się ceni (na stronie producenta ta tabliczka kosztowała 15,60 zł). Zjadłam prawie połowę i zacukrzyłam się kompletnie, a sztuczność olejków za bardzo dawała się we znaki.
Zjadłam połowę, bo sobie tyle nałożyłam, a już nie chciało mi się zasreberkowywać i dodawać Mamie.

Reszta wpadła Mamie. Jej opinia: "Mnie smakowała, ale za nic bym za nią kilkunastu złotych nie dała, a jakbym miała wycenić, na ile jest warta to tak może z 6 zł bym za nią dała. Nugatu to ja się nie doszukałam, jakoś się wtapiał w czekoladę bardzo. Ogół w porządku, sama czekolada znaczy, ale najlepszy to w niej na pewno ten marcepan. Swego czasu myślałam, że mi marcepany przeszły, a ten mi smakował. Ilościowo dla mnie w porządku, nie powiedziałabym, że go było jakoś szczególnie mało".

Pomyślałam, że Schogetten Praline Noisettes wyszła znacznie lepiej ze względu na smaczny nugat. Lindtowy nugat przegrał z nim z kretesem. Marcepan nie wyratował sytuacji.
Gdy pomyślę o Reber Mozart Kugeln - one w sumie też wypadły znacznie lepiej.

*Aż sprawdziłam skład czekolady mlecznej Lindta, bo pamiętałam, że w 2016 Lindt Excellence Extra Creamy mi smakowała. Nie dziwię się - wtedy zawierała wanilię. Obecna ma aromat waniliowy, co znalazłam na stronie producenta tutaj.


ocena: 5/10
kupiłam: Allegro
cena: 14,90 zł
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, 10% orzechy laskowe, miazga kakaowa, syrop glukozowy, 4% migdały, odtłuszczone mleko w proszku, glukoza, syrop z cukru inwertowanego, substancje utrzymujące wilgoć (sorbitol, inwertaza), lecytyna sojowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, sól, aromat, naturalny aromat

piątek, 29 marca 2024

Lindt Pflaume mit fruchtigem Pflaumenwasser mleczna ze śliwowicą

Mleczne czekolady dawno już mi przeszły. Alkoholowe w większości też, jak i zwykłe słodycze czy alkohol sam w sobie. Prawie we wszystkim można jednak znaleźć wyjątki potwierdzające reguły. W tym przypadku chodzi o pewną specyficzną cukierniczą rzecz - cukrowe szkiełko, występujące czasem w alkoholowych słodyczach, m.in. w serii mlecznych czekolad z alkoholami Lindta. Rok czy dwa lata temu Mama bardzo się z nią polubiła, choć ku jej zaskoczeniu owocowe nie zrobiły na niej największego wrażenia. Zgadzamy się, że najlepiej wyszły Whisky (moja faworytka) i Cognac (jej faworytka). Jako że czasem lubię robić serie recenzenckie lub np. poznawać właśnie jakieś całe serie, gdy tylko zobaczyłam tę tabliczkę podczas zakupów z ojcem (czyli pierwszy raz w życiu stacjonarnie), wzięłam.

Lindt Pflaume mit fruchtigem Pflaumenwasser to mleczna czekolada nadziewana (33%) sokiem śliwkowym ze śliwowicą oraz z warstwą "szkiełka" z cukru.

Po rozerwaniu sreberka uderzył intensywnie słodki zapach czekolady bazującej na pełnym mleku. Zahaczała o cukrowość, lecz i wanilii w jej słodyczy było sporo. Przechodziła w nieco wanilinowy ton, ale nie przeszkadzająco. W oddali zaznaczyło się ciepło, jakby prażony akcent oraz soczyście-kwaśne śliwki i alkohol o cukrowo-likierowym charakterze. Mógł to być likier śliwkowy, ale niekoniecznie. Gdy wąchałam kostkę rozwaloną (tę do zdjęć), zahaczał o spirytusowość, kojarząc się ze śliwkową nalewką. Wzrosła ordynarność (lecz zapach nie był nieprzyjemny), która częściowo pochłonęła śliwki.

Tabliczka wydała mi się delikatna. Przy łamaniu lekko trzaskała, pykała, dając się poznać jako nieco krucha. Na szczęście trzymała się linii podziału, że nic z niej nie wypływało.
Wewnątrz każdej kostki było sporo likieru śliwkowego, który od grubej warstwy czekolady oddzielało pokaźne, cukrowe szkło. 
Ja najpierw obgryzałam płaskie brzegi każdej kostki, by na koniec włożyć do ust "kapsułkę". 
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym. Miękła ochoczo, po czym gęsto zalepiała usta. Była kremowo-tłusta i pełna. Częściowo z czasem zaczynała odsłaniać cukrową warstwę w środku. W pewnej chwili, mniej więcej w połowie rozpływania się, "kapsułka" pękała, a po ustach rozlewał się płyn. 
Warstwa cukrowego "szkła" wtedy dała się poznać jako szliście chrupka i delikatna. Rozpuszczała się wraz z resztą, ale - niepodgryzana - zostawała najdłużej. Gryziona rzęziła i chrupała lekko. Jej grubość była trafiona - na tyle sowita, by się nią nacieszyć, ale nie zbyt gruba, by zmęczyć.
Płyn był jakby nieco zagęszczoną od cukru, lepkawą wodą. Po kostce spływało to-to powoli.

W smaku pierwsza przywitała mnie bardzo, aż nieco drapiąco słodka czekolada. Dała się poznać jako leciutko waniliowo-wanilinowa i do granic możliwości mleczna.
Poziom mleczności był bardzo wysoki, mleko zahaczało wręcz o śmietankę. W tle pojawiła się delikatna, ciepła nuta, kojarząca się z prażonymi orzechami. Wtórowała im słodycz, zahaczająca o cukrowość. Miała wręcz uroczo-dziecięcy charakter.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kawałka z "kapsułką", czekolada odsłaniała miejscowo "szkiełko". Cukrowa warstwa smakowała specyficznie alkoholowym cukrem. Niewiele wnosiła, ale nie była bez znaczenia.

Jeszcze kiedy kostka była w ustach cała, smak słodko-kwaskawego soku śliwkowego i alkohol zdradzały swoją obecność.

Gdy "kapsułka" pękła, po ustach rozlał się bardzo, bardzo słodki alkohol. Zawartość procentów wydała mi się znacznie wyższa niż mają likiery, ale nie była ordynarna. Dosadna owszem. Na jego fali rozeszły się soczyste kwaśno-słodkie śliwki. Pomyślałam o węgierkach świeżych, ale też podsuszonych, a wciąż soczystych, i utopionych w lekko spirytusowym alkoholu. Wystąpiły też trochę obok alkoholu, choć w dużej mierze łączyły się z nim w jedno. Do głowy przyszła mi śliwkowa nalewka. Ta zaszczypała w język i rozgrzała gardło. Słodycz wzrosła drastycznie całościowo, co nakierowało alkohol na wino śliwkowe i może likier śliwkowy (nigdy takiego samego w sobie nie piłam). Śliwkowość, a już na pewno kwasek, trochę się rozmyła w procentach, ale pobrzmiewała do końca, aż płyn zniknął.

Czekolada po debiucie alkoholu wydała mi się jeszcze słodsza, bardziej cukrowa. Na szczęście wciąż była też głęboko mleczna - jej mleczny, ciepły charakter osłabł tylko minimalnie. Echo alkoholu utrzmywało się długo.
Kęsy bez "kapsułek", a więc samej czekolady, którymi przedzielałam sobie kapsułki, pozwalały poczuć mleczną pełnię słodkiej czekolady - nie traciła w zestawieniu z alkoholem.

Szkiełko gryzione po czekoladzie serwowało jakby zgaszony smak cukru, przesiąkniętego alkoholem. Nie był ordynarny. 
Całość końcowo jednak nieco zacukrzała, choć jeszcze nie odpychająco.

Po zjedzeniu został posmak przecukrzonego alkoholu z nutą kwaskawych śliwek, a także cukrowo-waniliowej czekolady. Mleczność była wciąż wyczuwalna bardzo dobrze. Jakby śliwki ją zmotywowały? Procenty lekko gryzły język.

Czekoladę uważam za bardzo udaną. Taka słodka, mocno mleczna czekolada pasowała do słodkiego, śliwkowego alkoholu. Był dość mocny, i choć przesłodzony, smakował śliwkami. Powiedziałabym, że to śliwkowa nalewka z nutą likieru. Same śliwki przyjemnie czuć też nieco jakby obok alkoholowości. Czuć ich lekki kwasek. Nie był jednak pierwszoplanowy, podobnie jak i smak śliwek. Grzecznie podporządkował się mlecznej czekoladzie. Nie wyszło to tanio, acz dosadnie. Struktura udana - uwielbiam tę serię za zacne "alkoholowe szkiełko".
To najlepsza z owocowych tabliczek, równie dobra co Cognac. W moim odczuciu jednak Whisky i tak wyszła najlepiej - acz to pewnie dlatego, że zwyczajnie owocowe alkohole nie są w moim stylu. Myślę jednak, że wielbicieli takich zachwyci o wiele bardziej.
4 kostki powędrowały do Mamy, jako że ona uwielbia tę serię. Jej również smakowała. Stwierdziła: "Bardzo smaczna i z cudownym szkiełkiem. Niby wiedziałam, że ona ze śliwowicą, ale śliwek za wiele nie czułam, a po prostu wyrazisty alkohol, dobrze łączący się z pyszną czekoladą. U mnie w rankingu też jest na drugim* miejscu."
U Mamy na pierwszym jest Cognac, na drugim Whisky i dzisiaj prezentowana, a na trzecim z likierami owocowymi (wiśnia, gruszka, morela).


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 13,98 zł
kaloryczność: 480 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym się nią kiedyś poczęstować

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, śliwowica 4,4%, laktoza, syrop z cukru inwertowanego, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat soku śliwkowego 1,2%, lecytyna sojowa, substancja zagęszczająca: guma arabska, ekstrakt słodu jęczmiennego, aromat