Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aruntam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aruntam. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 kwietnia 2023

Aruntam Sensory Chocolate 78% Tanzania Bio Dark Chocolate Kokoa Kamili ciemna z Tanzanii

Po Aruntam Sensory Chocolate 72% Tanzania Bio Dark Chocolate Kokoa Kamili miałam nieprzyjemne przeczucie, że wersji 78%, na którą się tak początkowo nastawiłam, albo nie będzie mi dane spróbować wcale, albo nie stanie się to prędko. A jednak! Gdy tylko dostrzegłam ją na stronie The High Five Company wiedziałam, że musi być moja.

Aruntam Sensory Chocolate 78% Tanzania Bio Dark Chocolate Kokoa Kamili to ciemna czekolada o zawartości 78 % kakao Trinitario z Tanzanii, z Doliny Kilombero, z okolic wioski Mbingu 

Po otwarciu uderzył kwaskawo-słodki, bardzo soczysty zapach owoców leśnych. Wyobraziłam sobie owocowo-mleczny koktajl - zdecydowanie z owocami jako bazą. Cały szereg jagód, jeżyn oraz czarnych i czerwonych porzeczek wystąpił obok jakiś... jak z lasów egzotycznych, nieznanych mi i mnóstwa marakui. Sok tego kwaskawo-słodkiego owocu był wszędzie. Mieszał się z kwaśną wiśnią, która też kręciła się blisko egzotyki ogólnej. Do tego czułam słodkiego ananasa i cytrusy z dominującą cytryną. Marakuja mieszała się z tym wszystkim, jak również z maślanką, a więc nabiałem w sumie łagodnym, ale też z kwaskiem. Zalewała także orzechowo-ziemisty wątek, w którym doszukałam się zboża (wyobraziłam sobie stogi na polu wystawione na późnoletnie słońce).

Bardzo gruba tabliczka w dotyku była kremowo tłusta i wydawała się wręcz lepkawa jak niektóre mleczne. Nie topiła się jednak ani trochę, a przy łamaniu okazała się twarda i trzaskająca głośno. Kojarzyła mi się z utwardzonym kremem ze szkła / twardym szkłem (ma to sens?).
W ustach rozpływała się bardzo kremowo w umiarkowanym tempie. Zachowywała wprawdzie zwarty kształt, ale znacząco miękła i robiła się gibka niczym miękko-zwarta grudka kremu 100% z orzechów z motywem śmietanki. Miękła coraz bardziej. Okazała się dość tłusta i przejawiała soczystość, która z czasem tak się rozkręcała, że była jak tsunami. Znikała rzadko, soczyście i mlecznie (jak mocno owocowo-mleczny koktajl?).

W ustach najpierw zawisło domniemanie subtelnego kwasku, jednak to słodycz polała się szybciej i odważniej. Mocniej.

Słodycz składała się z ogromu owoców, których w pierwszych sekundach za nic nie dało się połapać. Wyobraziłam sobie jasnofioletowe smoothie oraz ananasa. Drugi wątek to przemykający za i wśród owoców karmel, który na moment odleciał na tył.

Gorzkość w tym czasie dała o sobie znać, a owoce zaczęły kolejno się przedstawiać.

Oto na pewno czułam słodkiego (jakby wręcz miodowo słodkiego?) ananasa, w którym kwasek dopiero obudziła bezkreśnie soczysta marakuja. Wniosła egzotykę i rozruszała owoce. Smoothie zrobiono ze słodkich "borówek i innych jagódek", niewątpliwie owoców leśnych z dodatkiem czerwonych (w tym np. wiśni?)... Albo leśnych czerwonych, a nieznanych mi. Może coś jakby kwaśno-słodka, egzotyczna poziomka, jagódkowate, drobne owoce z tropikalnego lasu... I trochę mango? Wciąż zalewane przez marakuję, która w pewnym momencie zdominowała kompozycję. Ta mieszała się trochę z cytryną... i innymi cytrusami (mandarynkami i pomarańczami?).

Gorzkość okazała się ziemista, niczym ziemia raczej sucha, ale nie jakaś tam pustynna, a czarna i żyzna. Ogólnie nie była to gorzkość wysoka, ale dosadna i znacząca. Raz po raz zahaczyła o gorzko-słodki węgiel... z dziwnie słodkawo-rośliną nutką, która przemycała lukrecję.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa marakuja nieco odpuściła i pokazała się słodycz karmelu. Palono go lekko, miał miodowy charakter. Nagle... to właśnie miodowość wysunęła się przed niego. Przepływała między owocami i dodała im znaczącą, kwiatową nutę. Oto rozłożył się cały bukiet kwiatów. Miód musiał być wielokwiatowy. Miód z wiejskiej pasieki i kwiaty po prostu mieszały się w swej słodyczy.

Złagodziły trochę ziemistość. Zwróciłam uwagę, że glebę tę porasta zboże... część już ścięta. Znowu wyobraziłam sobie stogi siana - pierwsze plony? Klimat zrobił się nieco sielski, pojawiło się wiejskie mleko tłuste... Albo śmietanka? Przemknął mi przez myśl śmietankowy twarożek z miodem.

Acz może nie tłuste mleko, a z maślanym posmakiem? Maślanka! Nutka nabiału była delikatna, ale niewątpliwie z kwaskiem.
Miodowi specyficznej rześkości, niemal chłodu dołożyła lukrecja i chyba eukaliptus. Dodały jakby... cienia egzotycznego lasu do wydźwięku kompozycji. Pojawiła się szczypta przypraw korzennych, które musnęły ("zadrapały" to za wiele powiedziane) wraz z miodem gardło.

Ten podkręciły owoce, ich egzotyczny charakter. Pojawiło się więcej czerwonych, w tym wiśnia. Tylko że też jakby bardziej egzotyczna? To marakuja tak ją podkoloryzowała. W pewnym momencie jednak kwaśna wiśnia wyprzedziła ją. Do tego wszystko wciąż podkręcała i podsycała cytryna. A jednak nie było bardzo kwaśno. Soczyście owszem. Wyobraziłam sobie miód marakujowy (wątpię, że taki istnieje). Też trochę jakbym piła owocową maślankę? 

Zboże i ziemia na końcówce zmieniły się w orzechy. Sporo różnych, ale na pewno włoskie bez skórek. I fistaszki, też bez skórek. Odeszły od gorzkości zupełnie, przekładając się na motyw niemal neutralny, łagodny. Ziemia pobrzmiewała nieśmiało... podporządkowała się soczystości i słodyczy, jakby tak ten "miód marakujowy" na nią wylano. Orzechy też ją trochę przysłoniły.

W posmaku została cytryna i marakuja, ale również owoce czerwono-egzotyczne oraz słodkie orzechy w miodzie, jakby... też maślanka z miodem? Na pewno jakby orzechowa maślaność (przywodząca na myśl pasty 100% z orzechów). Do tego leciutki akcent, drobna cierpkość związana z ziemią.

Czekolada bardzo, bardzo mi smakowała, choć mogłaby być bardziej gorzka. Trochę brakowało mi mocniejszej ziemistości, mimo że zboże i orzechy też były miłe. Ogrom owoców: marakuja, ananas, leśne, cytryna, wiśnia zmieszane z karmelowo-miodową słodyczą, a potem to, jak miód i kwiaty do tego dołączyły było wspaniałe. Ogrom soczystości, kwaśność, ale nie za wysoka i znacząca, głęboka, a nie silna słodycz świetnie pasowały do maślankowej nuty. Egzotyczna leśność i trochę sielsko-wiejskiego klimatu zaskakująco połączyły się w harmonijną całość.

Podobnie marakujowa, kefirowo-maślankowa (dzisiaj opisywana była maślankowa i przedstawiała łagodniejszy nabiał), z mieszaniną owoców egzotycznych, wiśni, ale z kolei również gruszek, była Aruntam 72% Tanzania. Sporo w niej miodu w różnych wydaniach. Tamtą cechowała głównie słodycz, 78% soczystość, a słodycz zmieszała się z kwaśnością. Odrobinka ziemi i orzechy, przyprawy w tamtej zastąpiły bez wątpienia gorzkość (mimo że nie za wysoką) tej.
Dzisiaj opisywana nie miała tego, czym rozczarowała mnie 72%. "Miodzio!" - można powiedzieć jako okrzyk radości. Może i mogłaby być nieco mniej tłusta oraz rozpuszczać się wolniej, ale to jej wybaczam.


ocena: 10/10
cena: € 2,10 (za 50g; dostałam rabat)
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy znów kupię: chciałabym

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 13 stycznia 2023

Aruntam Sensory Chocolate 72% Tanzania Bio Dark Chocolate Kokoa Kamili ciemna z Tanzanii

Czasem się załamuję, że wydaje mi się, iż z tygodnia na tydzień coraz bardziej doskwiera mi słodycz coraz większej ilości czekolad. 70% coraz częściej są mi po prostu za słodkie. Aruntam na szczęście wyszło mi na przeciw ze swoją rozmaitą co do zawartości kakao ofertą - tak pomyślałam, planując degustację. Już się cieszyłam, pisząc wstęp, gdy zorientowałam się, że ja posiadam nie 78%, którą chwilę wcześniej znalazłam w internecie, a wersję 72%. Pech, no, ale przynajmniej pech prosto z nieba, można rzec. Tę czekoladę bowiem zrobili z kakao z wioski Mbingu, co w języku suahili (nazywanym też swahili lub kiswahili) znaczy właśnie "niebo". Leży ona na skraju Parku Narodowego Gór Udzungwa i jest obszarem podlegającym kooperatywie farmerów Kokoa Kamili, zrzeszającej jakieś 2000 rodzin.

Aruntam Sensory Chocolate 72% Tanzania Bio Dark Chocolate Kokoa Kamili to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao trinitario z Tanzani, z doliny Kilombero, wioski Mbingu.

Po otwarciu zagrzmiała ziemia i orzeźwiająco soczysta, słodko-kwaśna marakuja. Prowadziła inne owoce: głównie kwaśne cytrusy, ale też delikatniejszą gruszkę. Swoją słodyczą przywołała delikatne kwiaty. Ziemia, choć powierzchownie rozgrzana słońcem, szczyciła się, jaka to wilgotna i chłodna jest w istocie, że wystarczy ją tylko zruszyć, by to odkryć... Przy ziemi znalazły się jeszcze palone orzechy - niejednoznaczne, ale palone tak, że może aż z odrobinką węgla w tle. Doszukałam się karmelowego wątku, odpowiedzialnego za dość wysoką, ale jakby ugłaskaną słodycz, który pod wpływem węgla zahaczał o melasę. Owoce i resztę łączył duet kefiru i śmietanki - niby charakternie kwaskawy, ale z pewną słodyczą nabiału. Odnotowałam też suszoną żurawinę, jakby podkręconą cytryną (i może wiśnią?), co w zestawieniu z nabiałem, przełożyło się na myśl o żurawinowo-cytrusowym pudrze. Był bardzo słodki i kwaskawy jednocześnie. Jakby to jakieś takie lody były.

Gruba tabliczka była spodziewanie bardzo twarda i głośno trzaskała. Wyglądała na bardzo zbity, masywny krem. Gdy odgryzałam kęsa, wydała mi się nieco szklista (i w strukturze, i brzmieniu).
W ustach rozpływała się bardzo kremowo, powoli. Miękła i raczyła gładkością, a kształt / formę zachowywała bardzo długo, wykazując gibkość. Była tłusta w jakby orzechowym sensie, a z czasem też coraz bardziej soczysta. Tak, że pod koniec sok dosłownie się z niej lał.

W smaku pierwsza odezwała się bardzo słodka wiśnia, z kwaskiem jedynie tlącym się i... nagle rozkręconym żurawiną. To była żurawina suszona, aż przesuszona, więc ogólnie i tak niezbyt wyrazista czy soczysta, ale... jednak.

Słodycz szybko rozłożyła swój wachlarz i zaraz po owocach wkroczył... Karmel z jasnego miodu? Tylko że palony bardzo, bardzo delikatnie i wbrew pozorom słodki w zaskakująco zachowawczy sposób. W ogóle przy paru kęsach do głowy wpadła mi abstrakcyjna myśl: miód ze stewii. Rozlał się po całych ustach, decydując o tym, że kompozycję cechowała głównie słodycz.

Słodycz i kwaśność prędko związały się w jedność i wystrzeliła marakuja. Orzeźwienie i soczystość były wszechobecne. Marakuja dominowała bez dwóch zdań. Przez moment przygłuszyła zupełnie inne nuty, a potem przywołała do siebie trochę innych owoców. Poczułam słodkie pomarańcze, które zmieniły się w pomarańczowe galaretki z zaznaczoną specyficzną cierpkością i goryczką. Były tam też inne owoce egzotyczne i słodka gruszka - ta jednak na razie bardzo daleko w tle.

W tle również mignął kefir... ale zaraz zaczął się robić bardziej maślankowo-śmietankowy. Łagodniejszy, bardziej naturalnie słodkawy, choć wciąż orzeźwiający.
Pojawiły się palone orzechy. Nieokreślone, ale może... najbliżej im było do włoskich, pozbawionych skórek? Odciągały uwagę od nuty nabiału.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa orzechy odważyły się zagrać mocniej. Wkroczyła ziemia. Oczami wyobraźni widziałam czarną, wilgotną ziemię. Było w niej trochę wilgoci, trochę gorzkości. Wilgoć napędzała marakuja, która z ochotą w nią wsiąkła. Dosłownie widziałam, jak "miąższ i pesteczki w glutku" mieszają się z glebą. Wiśnie oddaliły się, jednak mimo to, odnotowałam ich zmianę w sok z wiśni... o charakterze aspirującym do słodkiego czerwonego wina?
Palone, może aż nieco zwęglone, orzechy zaczęły po niej łagodnieć... Pojawiła się wśród nich maślaność. Kwaśność zanikła.

Wykorzystała to słodycz. Zachowawczość złociście-słomkowego miodu, pod naporem rześkości i wilgoci wydała mi się nagle słodzikowa. Pomyślałam o stewii i... o melasie zrobionej ze słodziku (wyobrażenie).

Egzotyczne owoce, które tak grzmiały wcześniej, po tym też jakoś przygasły. Zostały słodkie, soczyste gruszki (tym razem o wiele odważniejsze, wsparte kwiatowo-rześkim akcentem) i słodkie, ale nie soczyste, banany. Podwyższyły słodycz tak, że była głównym smakiem. Inne nuty jakby opadły z sił.

Kefiro-maślanka zmieniła się w słodką śmietankę, orzechy... jakby zostały zmielone na puder. Przedstawiły się jako orzechy włoskie, ale właśnie przerobione na delikatny puder czy... orzechową mąkę. Do tego otaczała je maślaność.

Echo ziemi przejawiało charakterek, który pomógł owocowemu kwaskowi jeszcze się wykazać. Przewinęła się nutka czerwonych owoców: żurawino-wiśni i szklarniowych truskawek, może trochę podkręconych cytryną. Impetu owoców z początku jednak już nie miały. 

Okryły je kwiaty, całe mnóstwo łagodzących kwiatów, które w zasadzie nie były tak do końca łagodne, bo swój nieco ziołowy charakterek miały. Słodyczy, w miejsce słodziku (stewii?), podszepnęły lukrecję. Wyobraziłam sobie wówczas palony, korzenny miód. Właśnie w dużej mierze z lukrecją, może zahaczający o melasę.

W posmaku został jakby korzenno-lukrecjowy miód niemal z leciutkim, odrętwiającym efektem lukrecji, cytryna w pudrowo słodkim towarzystwie owoców czerwonych i egzotycznych. Marakuja (aczkolwiek ze zredukowaną kwaśnością) znów się wyłoniła, znów niemal dominując. Towarzyszyła jej odrobinka ziemi i orzechowość... mączno-maślana, delikatna. Ogólnie czułam przesadzoną słodycz, odbierającą przyjemną lekkość, jaką chciały zostawić pozostałe nuty.

Całość smakowała mi, ale rozczarowała tak wysoką słodyczą. Może nie była ona aż taka wysoka-wysoka, ale po prostu inne smaki były delikatne. Uładzona gorzkość, kwaśność też hamowana. A nuty takie intrygujące! Zachwyciła mnie wyrazista marakuja i ziemia (tej wolałabym więcej), ale choćby szklarniowe truskawki też wydały mi się niespotykane. W połączeniu z gruszkami, kwiatami i kefirem to było wspaniałe, a jednak potem coraz więcej śmietanki, orzechy tylko w formie "delikatniejszej" - te nuty niestety się nie wykazały. A słodycz miodo-melaso-słodziku i lukrecjowego miodu intrygowała, tylko... mogłaby intrygować też w nieco mniejszym natężeniu.

W Rozsavolgyi Csokolade Mababu Tanzania 75% również czułam mielone orzechy włoskie. Ona jednak była o wiele kwaśniejsza za sprawą wiśni, truskawek, cytryn - po prostu więcej ich w niej było. Jej chłód mięty i anyżu jak nic pasuje do lukrecji dzisiaj przedstawianej, ale wspomniana zachwyciła wyrazistymi orzechami i mocą, np. cygarami.
Podobnie jak dziś opisywana na brak mocy cierpiała Domori 68%, acz we wspomnianej jeszcze więcej słodyczy, że wyszła aż ciastowo-maślanie, była bardziej karmelowa i suszono owocowa. Owoce w alkoholu, drzewa - ogólnie jej klimat był inny.
Miód, cytrusy i kwiaty, ale o wiele więcej drzew to nuty Karuny Tanzania 70% niestety też za słodkiej. Miała cudowny polankowo-leśny klimat i nutę poziomek. Tym samym wydała mi się podobna do Aruntam, bo o ile Karuna to jakby "polski lasek", tak Aruntam "egzotyczny lasek".


ocena: 8/10
cena: 27,75 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

niedziela, 20 listopada 2022

Aruntam Sensory Chocolate 72% India Bio Dark Chocolate Idukki Kerala ciemna z Indii

W południowych Indiach pierwsze wzmianki o kakao zaczęły pojawiać się jakoś po roku 1798. Od lat związany był z nim stan Kerala, w którym obecnie niewielki dostawca i eksporter kakao GoGround Beans & Spices stworzył specjalny projekt, który ma na celu wsparcie małych, lokalnych farmerów z regionu Idukki. Ponoć wyjątkową dbałość przykładają do procesu fermentacji i suszenia ziaren, co potem przekłada się na wyższą jakość kakao. Mają, że tak powiem, niemal indywidualne do poszczególnych kakaowców, podejście.

Aruntam Sensory Chocolate 72% India Bio Dark Chocolate Idukki Kerala to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao z Indii, z regionu Idukki Kerala.

Po otwarciu poczułam słodko-kwaskawy zapach wiśni... tak jednak słodkich, że raczej w formie dżemu z truskawkowo-malinowym, również słodkim, wsparciem. Doszukałam się też owoców charakterniejszych, ciemnych (jak niemal czarne winogrona? porzeczki?). Jako sok z nich. Wszystko to przejawiało lekkie ciepło, jakby dżem został doprawiony słodkim cynamonem. Słodycz była więc istotna, ale nie taka "jawna". Ostrość też się zaplątała, acz nie do końca cynamonowa (tylko częściowo). Do głowy przyszło mi gorzkie ciemne piwo (ale bez alkoholowych nut) i drzewa... czy raczej drewno wyraźnie palone. Może trochę orzechów? Na pewno wszystko splotła nieoczywista, a właśnie z kolei wytrawniejsza, słodycz korzenno-maślanych ciastek - oczami wyobraźni miałam brytyjskie, niemal niesłodkie shortbread (ponoć o nucie żółtego sera; ja ich nigdy nie jadłam). Jakby jednak... zanurzyć takie w odrobince miodu? W trakcie degustacji raz po raz i on nawiedził moje myśli.

Gruba tabliczka była niezwykle twarda, dzięki czemu głośno trzaskała, mimo że w dotyku zdradzała kremowość.
W ustach rozpływała się rzeczywiście nieziemsko kremowo, w umiarkowanie wolnym tempie, cały czas dopieszczając język miękką gładkością. Trzymała jednak zwarty kształt, gięła się przy tym. Była dość tłusta, ale nie ciężka... nawet nieco soczysta jak maślano-owocowy krem z owoców o gęstym, konkretnym miąższu (pomyślałam o bardzo dojrzałym kaki)? Doskonałe określenie to esencjonalna.

W smaku pierwszy rozszedł się niemal neutralny, dość wytrawny motyw brytyjskich maślanych ciastek typu shortbread. Były mocno maślane, właśnie wytrawniejsze (choć ponoć mają nutę żółtego sera, jednak jego w tej czekoladzie nie czułam... raczej... acz myśl ta mnie nawiedzała). Ich wytrawność podkreśliło sowite wypieczenie, otwierające drogę ogólnie palonym tonom.

Szybko jednak zawitała także soczystość. Niosła czerwone owoce. Prowadziły porzeczki, a zaraz za nimi znalazły się wiśnie. Wiśnie miękkie, niemal czarne i idealnie dojrzałe. Kwaskawo-słodkie, coraz słodsze.

Nagle ogólnie słodycz kompozycji zaczęła rosnąć. Pojawił się delikatny, niemal uroczy miód, po czym słodycz jeszcze podskoczyła. Wiśniom nadała wydźwięk dżemu wiśniowego posłodzonego miodem i słodkim cynamonem cejlońskim, a inne czerwone zmieniła w dojrzałe truskawki i maliny. Do tego pojawiły się niuanse wielkich, bardzo dojrzałych czarnych porzeczek.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa palone nuty zaobfitowały w sporo drzew... Drewna może raczej? Gorzkość odważnie wzrosła i zaczęła się rządzić. Pomyślałam o ciemnym piwie, które jakby samo w sobie wyszło dość czekoladowo i... zebrało wokół siebie palone drewno. Lekko kominkowe? Ciepłe na pewno. Palony smak wyszedł na prowadzenie.

Gorzkość, a dokładniej paloność, zmieszana ze słodyczą, ciastkom shortbread dodała więcej maślaności delikatnej i słodkiej. Choć mignęły mi niemal żółtoserowe, wytrawne herbatniki to jednak tak... jakby zanurzać je w miodzie. Potem już w ogóle myślałam o miodowo-maślanych, słodkich ciastkach. Maślano-korzennych? W pewnym momencie przyszła mi do głowy porządnie wypieczona słodka bułka maślana, np. wilgotna wewnątrz od serowej masy, z odrobiną owoców i wierzchem z doprawionych cynamonem orzechów. Siekanych fistaszków? Nie brakowało ani maślaności, ani słodyczy, a jednak znały swoje miejsce w szeregu.

Paloność i korzenność dołączyły też do owoców. Jakby dżemy z czerwonych podkręcić tym razem bardziej słodko-gorzkawym cynamonem. Po truskawkach i malinach przybyło też trochę bardziej egzotycznych, charakterniejszych i... ciemniejszych? Odnotowałam kwasek, też jednak zmieszany ze słodyczą - do głowy przyszły mi czarne porzeczki. I inne owoce ciemne, tak soczyście-rześkie, że raczej egzotyczne i... Chwilami to było jak jakieś "mniej winogronowe ciemne winogrona", a czasem z kolei te ciemne, granatowe winogrona były zaskakująco jednoznaczne. 

Podkreślił je niemal cytrusowy kwasek... Cierpkawo-gorzkawych cytrusów? Te z czasem podporządkowały się drewnu.

A to było wyraziste, wciąż palone. Umacniało się, dopieszczało bazową gorzkość, trochę wzbogaconą o łagodne orzechy. Zrobiło się jednak ciepłe w sposób nie tylko palony, a też mocno orientalnie-pikantnawy. Jakby rozgrzało je słońce orientu, a otaczało mnóstwo przypraw korzennych. Słodko-ostrych, nawet trochę gorzkawych.

W posmaku zostały owoce czerwone z soczystym kwaskiem, słodyczą miodowych dżemów i cynamonem, a także ogólna korzenna ostrość, goryczka. Może udająca czekoladowe piwo? Mieszała się z gorzkością drzew. Nic tu jednak nie było za mocne ze względu na łagodzące, wytrawniejsze (acz wciąż słodkie) ciastko-bułeczki maślane.

Całość bardzo mi smakowała. Słodycz została umiejętnie wtłoczona w wytrawniejsze i kwaskawe wątki. Obrazowe maślane shortbread sprawiły, że maślaność jakoś się wkomponowała... w przyjemnie palone otoczenie. Ciepłe drewno cynamon wymieszał z czerwonymi owocami. Wiśnie, truskawki, czarne porzeczki, które na koniec podkreśliły cytrusy, nie uczyniły kompozycji mocno owocową, acz stanęły na drodze potencjalnej tłustej ciężkości. Orientalny wydźwięk bardzo mi się spodobał. Nieoczywista, ciekawa i gorzka, mimo że także bardzo słodka. Nienachalnego kwasku było tyle, ile potrzeba.

Drzewa, maślaność, winogrona (ogólnie więcej, a także bardziej rodzynkowych), wiśnie, trochę cytrusów, cynamonowe ciepło czułam również w Standout India Idukki 70%, która jednak wyszła bardziej daktylowo słodko (Aruntam miodowo) i ciepło w kontekście orientu i węgla, nie zaś takiego palonego drewna jak Aruntam. Co ciekawe, Standout smakowała jabłkami duszonymi w cynamonie, dzisiaj przedstawiana czerwonymi dżemami z cynamonem. Znowu indyjska tabliczka, ciekawie łącząca przyprawy z owocami!
A z kolei słodziutkie truskawki i maślaność, wytrawność przypomniała mi Deseo Wytrawną Indie 70% (której kojarzyła mi się z makaronem z owocami czerwonymi). Podlinkowana jednak była o wiele za słodka.


ocena: 9/10
cena: 27,75 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 480 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

sobota, 1 października 2022

Aruntam Sensory Chocolate 90% Virgin Bio Dark Chocolate & Coconut Blossom Sugar Esmeraldas Ecuador | Arriba Nacional ciemna z Ekwadoru

Przyszło mi do głowy, że zaraz po Domori Fondente Criollo 90 %, a także po poznaniu Aruntam 100% Virgin Bio Dark Chocolate Ecuador | Arriba Nacional przyszedł doskonały moment, by sięgnąć po nieco lżejszą koleżankę tej drugiej, czyli właśnie 90%. To, że 10% czasem oznacza nieskończenie wiele różnic wiem nie od dziś, ale... jakie tym razem? Co prawda posłodzono ją cukrem kokosowym (choć to twór teoretycznie zacny, nie używam go - jak i żadnego innego słodzidła - a także uważam, że lepiej niż do czekolad, nadaje się do innych rzeczy), który wiele wnosi do produktu, do którego się go dodaje, ale wydaje mi się, że na tyle dobrze znam czekolady słodzone trzcinowym i nim, że nie będzie problemem wyłapanie, za czym to on stoi. Od razu jednak pomyślałam, że sam jest tak specyficznie rześki, że chyba dobrali go idealnie do kakao. Ciekawe, czy miałam rację.

Aruntam Sensory Chocolate 90% Virgin Bio Dark Chocolate & Coconut Blossom Sugar Esmeraldas Ecuador | Arriba Nacional to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao Arriba Nacional z Ekwadoru, z plantacji Esmeraldas.

Rozcięcie złotka było jak otwarcie okna w wietrzny dzień, który uderza rześkością i aromatem zielonych roślin. Pojawiła się też wysoka słodycz jasnego miodu, może miodu akacjowego o niemal przezroczystym kolorze. Akacje, aloes, eukaliptus i inne zielone rośliny ścigały się, a wtórowały im kwiaty. Białe na pewno, w tym jaśmin i delikatniejsze dzwonki. Mieszały się z owocami, które też w pewien sposób cechowała kwiatowa rześkość, zwiewność. Egzotyka bez dwóch zdań. To lychee, ale też banany... czy raczej aż ciężkawy nektar bananowy, przy którym znalazło się sporo orzechów (ziemnych?) i trochę ziemi. W trakcie degustacji czasem słodkie, dojrzałe i niemal czarne banany wydawały się wychodzić na przód... A za nimi sporadycznie kryły się przebłyski słodkich czerwonych owoców. Mimo goryczki, nie był to zapach wskazujący na tę zawartość kakao. W tle czuć także drobny kwasek, ale wpisany w owocową rześkość.

Tabliczka była twarda w dość dziwny, jakby skaliście-szklany sposób. Łamała się z naprawdę głośnym trzaskiem, nawet trochę się krusząc. Mimo że skalista i masywna, nie wydawała się ciężka. Przekrój miała ziarnisty. Co więcej, dostrzegłam w nim kryształki.
W ustach przez jakiś czas twardość podtrzymywała. Stawiała lekki opór, wydawała się nieprzystępna. Miękła jakby od wewnątrz. Okazała się gładko-kremowa, niby maślana, ale nie mocno tłusta. Robiła się gibka, trochę gumowa i skąpo "zrzucała z siebie" kolejne, bardziej miękkie fale, nie będąc miękką zupełnie. Pod koniec wydała mi się wręcz wodniście-soczyście rzednąca... Na jakby nieco rozrzedzone smugi smaru. Pokrywała nimi usta i zalepiała trochę. 

W smaku pierwsze uderzyły słodziutkie, białe kwiaty. Wyobraziłam sobie jaśmin, konwalie, inne dzwonki, jakieś delikatniejsze egzotyczne... Wszystko pokryte rosą, oddające rześkość poranka. Egzotyka przytoczyła kwiaty kaktusów, a ja pomyślałam o samych zielonych kaktusach, które kryją w sobie wodę.

Do rześkości i słodyczy prędko dołączył miód. Miodzik dosłownie. Także on podkreślił roślinność. Pomyślałam o miodzie akacjowym, jego niemal przezroczystym kolorze i... może miodzie kwiatowym? Mieszał się z kwiatami i zapraszał owoce... Też słodkie, o niemal kwiatowych zapędach.

A jednak po paru chwilach odnotowałam także gorzkość. Wizja kaktusów stała się wyrazistsza - rosły na pustyni, co oczywiste: poczułam pewne ciepło w tle. Lekką pikanterię? Uwypukliła gorzkość. Ta skojarzyła mi się z asfaltową drogą, biegnącą przez pustynię. To trochę jak szybki rajd przez takie ciepło cabrioletem, gdy czuć wiatr i... którym jedzie się w jakieś odludne, leśne i chłodniejsze miejsce?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czułam dym, niemal gorąc, a także skryte za nim kawę i ziemię. Kawę paloną średnio mocno, a ziemię... rozgrzewaną słońcem, owszem, ale pod spodem czarną i wilgotną. Po cieplejszym epizodzie kumulowały się nuty zielonych roślin. Mignął ogórek (jak coś w wariancie "ogórek&aloes"?), który przeszedł w ogórka rogatego, czyli kiwano (pisałam o tym na instagramie) i inne zielenie. Pojawiła się tam cierpkość i kwasek.

Z czasem słodycz natarła z nową siłą jako słodkie banany i nektar bananowy. Trzymał się ich słodki, jasny miód. Kompozycja wydała mi się głównie słodka, nagle złagodniała w aż maślanym sensie. Maślaność i śmietanka stworzyły bazę bardzo łagodną, a potem... rośliny obudziły w tym orzechową nutę. Poczułam surowe fistaszki, w skórkach, które przywróciły gorzkość.

Surowe fistaszki otworzyły drogę ziemi. Odnalazły się w niej węgielne nuty, w które zmieniła się paloność. Pomyślałam o węglu roślinnym. Może również kawę w tle czułam? Kawę i... "słodkiego kokosa"? Słodzoną, kokosową kawę? Ziemia jednak smagnęła pikanterią, a słodycz dobudowała jej korzenny wydźwięk, robiąc to chili i cynamonem. W pewnym momencie wydała mi się lekko melasowa, nieco palono karmelowa. Korzenność wiązała się ze wcześniejszym poczuciem ciepła, jakby łącząc kontrasty. Wciąż było bowiem było także bardzo rześko. Czyżbym czuła lukrecję / anyż? A przy nich nadal eukaliptusowo-aleoesowe tony?

Śmietanka zrobiła się śmietaną, w owocach pojawiła się kwaśność wyrazista. To cytryna, coś trochę karambolowatego, ogórkowo rogatego... Cierpkość trafiła na banany i nieco wyhamowała. Mieszały się bardziej jakby... ze śmietanką kokosową? Jak zrobiony na niej owocowy deser? Wyłapałam grejpfruta... ale nie wiem, czy czerwonego. Chyba, bo motyw czerwonych owoców jakoś pobrzmiewał... ale może bardziej jako truskawka? Na pewno wciąż czułam egzotykę, słodko-rześkie lychee, coś kaktusowego. Bananowo-kaktusowy nektar? 

Owoce na końcówce zmieszały się z orzechami. Nie było już ani specjalnie ciepło, ale rześko, acz... czułam pikanterię chłodnej lukrecji, a także jakby przygłuszoną chłodem słodycz miodu. Do tego pewna lekkość, a więc kwiaty, nie dawała spokoju. Czerwono owocowy akcent zasugerował dziką róże, ale bardziej niż owoce, to kwiaty.

W posmaku została ziemista, trochę asfaltowa goryczka oraz ostrość przypraw, ziemi... Czułam niemal odświeżenie w ustach, lukrecjowo-anyżowe odrętwienie języka oraz pewien chłód. Sporo na koniec przybyło maślaności, śmietany. Banany nieco spasowały, choć jakby przykryte kwiatami były i one.

Całość bardzo mi smakowała. Kwiaty, rośliny, akacjowo-kaktusowe tony, ten właśnie specyficzny miód, banany budowały kompozycję głęboką, rześką i intrygującą. Za gorzkość odpowiadały wątki ziemi, asfaltu... ale nie była to gorzkość mocna. Orzechy ziemne cudnie wszystko wyważyły, acz i tak słodycz aż zaskoczyła. Pojawiły się nuty melasy, a przy fistaszkach chyba "słodkiego kokosa". Nie była jednak silna dzięki całej tej rześkości. A tej nie brak kwasku cytryny i śmietany.
Była podobna do 100%  i - co ciekawe - nawet nie to, że bardziej słodka (acz trochę owszem) w odbiorze ogólnym, bo bardzo, bardzo rześka. O ile 100% była bardziej słodko-gorzka, tak dzisiaj opisywana słodko-"rześkokwaskawa". Wzięłam to w cudzysłów, bo nie była to taka oczywista kwaśność. Częściej bardziej sugerowana przez rześkość. To na pewno cukier kokosowy ją tak rozbudził.
100% wyszła bardziej drzewnie, 90% zaś roślinnie.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 45g; cena półkowa)
kaloryczność: 561 kcal / 100 g
czy znów kupię: może w odległej przyszłości

Skład: ziarna kakao, cukier kokosowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 26 września 2022

Aruntam Sensory Chocolate 100% Virgin Bio Dark Chocolate Ecuador | Arriba Nacional ciemna z Ekwadoru

Ostatnio wszystko zaczęło mi się robić tak za słodkie, że i na setki spojrzałam z nadzieją. A jednak wciąż to nie mój typ czekolad. Wątpię, by kiedykolwiek stały się moim typem (nie zależy mi na tym). Preferuję 75-95% - to wiem. Z tym, że po prostu pora była w miarę odpowiednia na akurat posiadane. W takim okresie czułam, że podejmą mi po prostu lepiej. Aruntam, włoska marka którą zdążyłam polubić bardzo, swoją propozycją kusiła bardzo. Otóż czekało mnie ciekawe porównanie, ale o tym więcej przy właśnie drugiej tabliczce z Ekwadoru.

Aruntam Sensory Chocolate 100% Virgin Bio Dark Chocolate Ecuador | Arriba Nacional to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao Arriba Nacional z Ekwadoru.

Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach czarnej, wilgotnej ziemi, cytrusów i kwiatów. Żywych, delikatnych, ale zarazem wyrazistych. Przewodziły róże, aczkolwiek sporo było też innych, białych (pomyślałam o jaśminie i konwaliach). Wiązała się z nimi nuta jakby "kwiatowych owoców", takich rześko-zwiewnych, egzotycznych. Tych nie mogłam połapać, bo za bardzo odwracały od nich uwagę pełne życia cytrusy, a dokładniej słodko-kwaskawy grejpfrut, wprowadzający soczystą cierpkość oraz trochę cytryny. Czułam znaczącą (ale nie mocną) słodycz, za sprawą której wyobraziłam sobie niemal przezroczysty, jasny miód... Może miód akacjowy? Był bowiem rześki; ogólnie wiązał się z rześką, niemal chłodzącą roślinnością. W tle nieśmiało zarysowały się średnio mocno prażone orzechy i palona kora, drewno.

Twarda tabliczka łamała się z głośnym trzaskiem. Wydała mi się krucha i masywna, nieciężka (ale czy lekka?), a zarazem skalista. Jej przekrój był ziarnisty.
W ustach jakby udawała twardą, wewnątrz będąc miękką. Okazała się zaskakująco gładka i aksamitnie kremowa. Rozpływała się powoli, zachowując kształt / formę, a opływając bardzo lepkimi smugami. Kojarzyły się z gęstym smarem, pokrywały podniebienie, lecz na odsiecz przychodziła soczystość. Dzięki niej całość wyszła niby lekko (ale nie lekko po prostu), na pewno mało tłusto. Odrobinkę ściągała na koniec.

W smaku najpierw rozszedł się delikatny, niemal zwiewny motyw kwiatów. Do głowy przyszły mi białe róże, jaśmin, konwalie... Potem więcej róż, już bardziej kolorowych. Cechowała je lekka wilgotność i słodycz. Wyobraziłam sobie kwiaty dziko rosnące, ale też bukiety z dodanymi wielkimi, zielonymi liśćmi. Podpływały pod nie subtelne nuty śmietanki.

Rześką słodycz z ochotą podłapały owoce. Na pewno cechowała je rześkość i soczystość, acz było w nich coś wodnistego. Pojawiło się lychee, zawłaszczając sobie tę strefę na moment, ale potem... Jakby odpadło bez walki. Wychylił się natomiast kwasek cytrusów. Leciutki, a jednak przemodelowujący egzotyczną rześkość na kwaskawe, zielone winogrona.

W tym czasie rozszedł się średnio mocno palony wątek orzechów. Wprowadziły gorzkość, która rosła. Przez moment myślałam o czymś skórzanym, niemal pieprznym... Albo o liściach, korze... Niby suchych, a jednak... leżących na wilgotnej, czarnej ziemi i wilgotniejących od niej. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ziemia uderzyła, śmiało wkraczając na pierwszy plan. Kontynuowała goryczkę, a także wilgotność i rześkość. Podkręciła orzechy, acz zmieszała je z drzewami. Wyobraziłam sobie spaloną korę, a potem... Także kwiaty, liście zaczęły na tej ziemi zalegać. Wydały mi się nieco kwaskawe. Ziemia zaś przejawiała pikanterię, którą próbowała im narzucić. Nie do końca jej się to udało, ponieważ ogół nieco ugłaskiwała śmietanka z tła.

Kwasek związany z ziemią i kwiatami z ochotą mrugnął do owoców. Zielone winogrona... zmieniały się w coś innego, ale też zielonego. Jakieś kaktusy, akacje, rośliny - wszystko to wirowało i mieszało się, dokładając do kwaśności coraz więcej słodyczy. Znów pomyślałam o rześkim miodzie akacjowym; na pewno niemal przezroczystym, jasnym. Był w tym aż chłód... taki aż lekko szczypiący w język? Toż to lukrecja / anyż, acz łagodzone słodkawą miętą. I rześkość. Wynurzyły się słodkawo-cierpkie, średnio dojrzałe banany, a po przytuleniu się do miodu - już bardzo słodkie i dojrzałe. Kwasek uciekł od nich jakby do mniej dojrzałej karamboli. Cała ta egzotyka owoców była intensywna i bogata, a jednak zrównana z gorzkością, chwilami wręcz uległa w stosunku do niej.

Ziemia umożliwiała im to wirowanie, robiąc za tło. Wprowadzała powagę, a i owocom z czasem podrzuciła trochę ciężkawości. Kwaski i kwaseczki zmieniły się w kwaśność cierpką. Cytryna mignęła i utonęła w mieszance niejednoznacznych cytrusów. Wyskoczył z niej za to czerwony grejpfrut... Dość kwaśny (i sugerujący też inne czerwone owoce?), acz udanie mieszający się z drzewno-ziemistą cierpkością (znów ta skórzano-pieprzna nutka?). Na moment kwaśność wydała mi się aż śmietanowa, po czym nadeszło złagodzenie.

Drzewa uległy orzechom, które wyszły aż maślano łagodnie. Przytuliły do siebie banana, tworząc słodko-delikatne wykończenie kompozycji. Wsparte miodem, dotarło to aż słodziusiego poziomu.

Po zjedzeniu został posmak orzechów, trochę kory, drewna ze słodyczą bananów i kwiatowym echem. By nie było za słodko, wyłoniła się ziemistość z ostrzejszą, lukrecjowo-akacjową nutą i kwaśniejszym, cytrusowo-śmietanowym akcentem, dbająca też o wilgotne orzeźwienie. Nieco ściągnęła.

Całość smakowała mi dzięki intensywnej ziemistości, wielu tak przejrzystym kwiatom i nieoczywistym owocom. Oprócz cytrusów (grejpfrut, cytryna), mnóstwo tu egzotyki owoców (lychee, banany), a także związanej z rześkością akacji. Mimo miodowych tonów, nie było za słodko. Kwaśno-cierpkie owoce przewodziły, ale i gorzkości sporo tu uświadczyłam.
Zachwyciły mnie zwroty akcji: nagłe zmiany owoców czy nawet ostatnie złagodzenie kompozycji. A jednak to wciąż setka, więc jakoś nie umiałam się nią na 10 zachwycić albo... nie znalazłam w niej niczego wbijającego w ziemię (hue hue) tak bardzo-bardzo.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 45g; cena półkowa)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao

wtorek, 30 sierpnia 2022

Aruntam Sensory Chocolate 72% Peru Bio Dark Chocolate Piura Albino ciemna

Aruntam to zacne odkrycie - mogłam to z całą pewnością powiedzieć po dwóch zacnych tabliczkach z Madagaskaru. Ekwador też miałam w dwóch wersjach (różne zawartości), więc uznałam, że najpierw zajmę się pojedynczym, osamotnionym Peru. W dodatku po mało satysfakcjonującej (mimo że smacznej) Naturacie chciałam coś... zacniejszego. I tu wychodzi jednak istotny fakt: kakao do tej tabliczki pochodzi z regionu graniczącego z Ekwadorem i jest z podgatunku Cacao Blanco de Piura, czyli charakterystycznego dla Ekwadoru Nacional. To mi z kolei przypomniało jeszcze mniej satysfakcjonującą Naturata Ecuador Edelbitter 70 %.

Aruntam Sensory Chocolate 72% Peru Bio Dark Chocolate Piura Albino to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Piura z Peru, z okolic granicy z Ekwadorem.

Choć w trakcie otwierania złotka uderzył zapach kefiru, kwaśnych cytrusów i czegoś egzotycznego, zmieszanych z delikatną słodyczą, szybko ogólnie rozszedł się i zelżał. "Coś" to może karambola (odbieram ją jako "kwaśno-cierpką i jednocześnie słodką gruszkę"). Pojawiło się więcej nieoczywistych owoców w jakimś korzennym wydaniu (jakby suszone egzotyczne? może w masie bakaliowej?), a słodycz przybrała postać kwiatów i chyba kwiatowego miodu. Odrobinki. Całość nie wydała mi się dosadna czy gorzka, ale korzennie ostra. Mimo to, nie siekierowa, a właśnie łagodna.

Gruba tabliczka okazała się niewiarygodnie twarda i głośno trzaskająca, mimo że w dotyku sugerowała kremowość. Choć już wygląda na twardą, to jednak to, z czym się spotkałam, zaskoczyło mnie - czasem myślałam, że nie uda mi się odłamać kawałka, musiałam się namęczyć. A jednak i coś kruchego w niej było (gdy próbowałam kawałek odgryźć). Przekrój skojarzył mi się ze skałami piaskowymi.
W ustach rozpływała się powoli i idealnie gładko. Niby zachowywała kształt i zwartość, ale miękła i gięła się. Odebrałam ją jako nieco gibko-gluciastą. Była kremowa i tłusta. Czułam w niej śliskawy efekt, przez co pomyślałam o sprasowanych owocach i maśle (czymś mocno maślanym, np. kremie). Nie zaburzyło to jej gęstości i lepkości. Okazała się masywna, esencjonalna.

W smaku pierwsza pojawiła się nieśmiała słodycz, wręcz słodziusiość kwiatów... Nieoczywistych, delikatnych - takich, które aż strach dotknąć. Z czasem dołączyły do nich jasne (może żółte?) kwiaty egzotyczne.

W tle mignął delikatny nabiał, zaczynający dopiero leniwie budować bazę. Na przodzie pojawiło się trochę gorzkości wyraźnie palonej, ciepłej... Korzennej! Błysnęły ostro-słodkie goździki i szczypta chili, a potem zrobiło się to cięższe, aż pieprzne. Pomyślałam o ostro-cierpkawych ziołach, w których przekradał się kwasek. Kwasek... orientalny, trochę owocowy? Jakby to zioła były cytrusowe (jak np. trawa cytrusowa).

A mimo to nie było ani gorzko, ani bardzo kwaśno. Słodycz mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ośmieliła się, serwując mi więcej kwiatów i miodu wyraźnie kwiatowego. Łagodzące wątki tła mieszały się z tym, odpowiadając za mocne plecy słodyczy. Palono-korzennej części podpowiedziała masę bakaliową, korzennawą... makowca? Owoce wciąż były trudne do połapania - tak się ukrywały. Pomyślałam o jakiś suszonych, krojonych w kostkę egzotycznych (melon, mango, ananas - rzucam luźno, bo były zbyt nieoczywiste), ale też odnotowałam przebłysk jakiś czerwonych.

Kwaskawo-soczystsze akcenty i chili zmieniły się w mocno śliwkową konfiturę, właśnie chili doprawioną. Wyszła słodko, palono i ostro-korzennie, ostro-soczyście (chili zaopiekowało się nutką czerwonych owoców?). Może to też śliwki suszone, duszone w miodzie i chili? Wyłapałam jakby przypalony do kwaskowości miód (trochę coś melasowego?) i kwasek... cytrusów? Karamboli? Nie był klarowny. Łagodził go, wychodzący na przód motyw bardziej nabiałowo-maślany.

Wspomniana już maślaność podkreśliła makowca i miękkie płaty jego ciasta. Zaraz jednak pomyślałam o cieple, już nie tyle korzennym, co po prostu cieple... Makowiec zmienił się w inny twór, też ciastowo miękki, ale pulchniejszy, bardziej puszysty. Do głowy przyszły mi jakieś maślane pancake'i, omlety, placki. Może lekko korzenne, ale tylko co zdjęte z patelni, cieplutkie i łagodne, bardzo słodkie... To było już słodsze w zwyczajny, nawet trochę cukrowy sposób. Z dodaną na wierzch, także słodką, śliwkowo-ogólnie owocową konfiturą z chili? Ewentualnie masą z nich duszoną... Albo jakąś mieszaną, np. śliwkowo-gruszkowo-egzotyczną ("gruszkowo karambolowatą"?).

Pod koniec kwasek ostrości nieco wzrósł, a słodycz męczyła w gardle, co podkręciło ogólne ciepło i pikanterię. Obok śliwek wyłapałam cytrynę, podsycającego słodko-cierpką... karambolę chyba. I może nutkę gorzkawą, bardziej "kakałkową"?

Posmak należał do cytryn, trochę kefirowo-maślanych, plackowatych klimatów. Słodycz po zjedzeniu wydawała mi się aż cukrowa, ale nie tak chamsko, a jakby był to jakiś "kwiatowy cukier / cukier z kwiatów". I tak jednak mi przeszkadzał.

Całość zaskoczyła mnie. Niby ostra, a tak delikatna, kwiatowa. Przede wszystkim była słodka, acz nie chamsko... tak zwiewnie, ulotnie. Niestety gorzkość nie domagała (ta palona, ziołowa nikła w całości), kwaśności nie było za wiele (ale to akurat nie minus, bo raczej by nie pasowała). Intrygująca nuta śliwkowej konfitury z chili była zacna, ale zabrakło jej dobrego otoczenia. Łagodzące, maślano-plackowe wątki, rozmyta całość mnie nie chwyciła. No tak, charakterystyka niezwykle delikatnego kakao Piura. Chyba muszę się nauczyć, zapamiętać, że nie mam co się na nie porywać, bo jest mi za łagodne.


ocena: 7/10
cena: 35 zł (za 50g; cena półkowa)
kaloryczność: 547 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

poniedziałek, 11 lipca 2022

Aruntam Sensory Chocolate 72 % Madagascar Bio Dark Chocolate Bejofo Estate Akesson's Beans ciemna z Madagaskaru

Przyszło mi do głowy, że dziwna to marka, ta włoska Aruntam. Przejrzawszy pobieżnie ofertę, wydała mi się taka, ich setka (Aruntam 100% Paradise Dark Chocolate Tanzania Kokoa Kamili) też nie była typowa, więc chciałam spróbować ich coś klasyczniejszego. A że dawno nie jadłam żadnej tabliczki z Madagaskaru, naszło mnie właśnie na nią. W dodatku miłą perspektywą było, że do jej produkcji użyto kakao z plantacji Bertila Akessona, którego to czekolady kocham. W tym właśnie Akesson's 75 % Criollo Cocoa Madagascar Ambolikapiky Plantation

Aruntam Sensory Chocolate 72% Madagascar Bio Dark Chocolate Bejofo Estate Akesson's Beans to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Madagaskaru, z regionu doliny Sambirano, z okolic miasta Bejofo, z plantacji Ambolikapiky.

Po otwarciu uderzyły kwaśne, soczyste cytrusy oraz mnóstwo kefiru i kwaskawego w pozytywnym sensie twarogu. Po chwili cytrusowy wachlarz zaczął prezentować grejpfruty... i coś bardziej kwaskawo-słodkiego, egzotycznego... kwaśnego, ale nie cytrusowego. Może marakuję? W tle w kwasek wpisały się też wiśnie, ale przy nich już znalazło się więcej słodyczy, więc pomyślałam o serniku wiśniowym. Takim, w którym bardzo dobrze czuć kwasek nabiału. Go w ogóle nie brakowało, bo w trakcie degustacji płynęły też myśli o kefirze / maślance marakujowej oraz grejpfrutowej. Może także inne czerwone owoce się tam przewijały, np. borówki brusznica... czy nawet jeżyny. Całość pachniała dosadnie i orzeźwiająco.

Gruba tabliczka, pięknie połyskująca typową dla madagaskarskich ziaren czerwienią, była bardzo twarda i łamała się z głośnym trzaskiem. Wyszła wtedy na jaw jej ziarnistość przekroju.
W ustach jednak zaskoczyła idealną gładkością. Rozpływała się powoli, ale z ochotą. Choć niemal do końca zachowywała zwartość i pewną esencjonalność, jej twardość wydawała się ulotna. Niby była, ale... jakby niezbyt umiejętnie kryła miękkość. Upuszczała ogrom soczystych fal, gonionych przez fale bardziej kremowo-lepkie, gęste. Całość znikała w tych soczystszych. Nie wydawała się tłusta, a mimo to ciężka - w pozytywnym jednak sensie, bo tak... sycąco? 

W smaku pierwsza ruszyła w miarę łagodna maślano-słodka, nawet nieco śmietankowa baza. W kolejnej sekundzie błysnęła i smagnęła jak biczem słodko-kwaśna marakuja.

Słodycz zaczęła robić się specyficznie słodko-kwaśna, jakby sama siebie naturalnie przełamywała. To ogrom owoców egzotycznych, w tym marakui właśnie, ale też coraz bardziej głęboki wątek nabiału. Twaróg jawił się jako smakowity kwasek... wkomponowany w sernik? Znów mowa o czymś słodko-kwaśnym w idealnych proporcjach. Pojawiła się jeszcze łagodząca to trochę śmietanka.

W tym czasie po marakui pojawiły się też inne owoce. Sporo cytrusów kontynuowało kwaśność, acz sporo miejsca zapewnił sobie grejpfrut. Dodał lekką goryczkę, cierpkość, czemu wtórował nieco słodszy motyw... może pomelo? Zapewniło harmonię między grejpfrutem czerwonym a owocami egzotycznymi. Te były niejednoznaczne oprócz marakui, która mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa stała się niezwykle jednoznaczna. Słodycz i kwasek rosły, będąc jednością. Doszukałam się chyba ananasa, niedojrzałych, twardych nektarynek oraz cytryny podkręcającej soczystą kwaśność (ale niespecjalnie istotnej jako ona sama). Chwilami rozpychała się całkiem mocno.

Śmietankowa, trochę maślana baza z czasem zrobiła się niemal mleczna... Na więcej pozwoliła sobie także słodycz. Na chwilę jednak. Po łagodniejszym etapie znów nabrała mocy. Jakby kefir zmotywował twaróg do działania. Czekolada znów zagrała sernikiem. Słodkim, ale i soczystym, z pazurkiem. Cierpkawość podchwyciły czerwonego owoce, stąd jak sernik owocowy, to raczej wiśniowy. Oprócz słodko-kwaśnych, dojrzałych i esencjonalnych wiśni czułam też splot ciemno-czerwonych owoców. Może borówek brusznica i niedojrzałych jeżyn? Ewentualnie jakiś nieznanych mi, egzotycznych.

Goryczka owoców pod koniec okryła się lekką gorzkością nieco paloną. Myśli skierowały się ku drzewom, ale... to nie do końca one... Liście? Herbaty? Ziołowo-ostrzejsza nuta suszonych roślin, przygotowanych na napary pod koniec dodała charakteru i niemal ostrości. Pomyślałam o herbacie z cytryną - soczystej, ale i ciepłej... Może to odrobinka przypraw...? Imbiru, którym mógł być doprawiony np. spód sernika? Albo też ta herbata? Z nutką marakui? To coś musiało być też dosłodzone, bo ostatnie fale już nieco rozgrzały gardło i ciepłem smakowym, i słodyczą (i tak jednak nie za wysoką).

W posmaku został kwasek owoców, w tym grejpfruta, marakui i cytryn, podsyconych egzotycznie-czerwonym splotem i kefirowo-twarogowo, całkiem mocno kwaskawego sernika. Słodycz też się ostała, ale należała do owoców i sernika właśnie.

Całość okazałą się pyszna i choć nuty Madagaskaru w niej czuć, to zostały wkomponowane w coś nietypowego. To łączy ją z Akesson's, ale w zasadzie tylko ten fakt, bo nuty miały zupełnie inne (Akesson's to mieszanina czerwonych owoców, cytrusy z grejpfrutem i pomarańczą na czele oraz mnóstwo gorzkiej kawy; w zasadzie nienabiałowa, głównie owocowa).
Aruntam uraczyła mnie kwaśną marakują, grejpfrutem, cytryną, co łagodził słodko-kwaśny nabiał, w tym sernik wiśniowy. Wszystko było zgrane, jakby nie mogło istnieć bez drugiego. Aż zaskoczyła mnie ta kwaśność, soczysta i pozytywna, a także to, jak zniwelowała do minimum słodycz. Ogół nie był zbyt gorzki, ale herbaciano-ziołowa nutka na koniec była miłą... wisienką na serniku.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 50g; cena półkowa)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy znów kupię: może i kiedyś bym mogła

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

piątek, 24 czerwca 2022

Aruntam 100 % Paradise Dark Chocolate Tanzania Kokoa Kamili ciemna z Tanzanii

Staram się nie zaczynać poznawania nowych marek od setek, bo są to czekolady zbyt specyficzne i nie w moim typie. Nie bardzo, chyba że w dniu, w którym na setkę mnie najdzie. Co do tej jednak... Jakoś podświadomie pomyślałam, że chcę sprawdzić, co ta włoska marka ma mi do zaoferowania. Myśl tę podsunęła mi The Swedish Cacao Company Darkness 100% Tanzania, Kokoa Kamili, 2018 Harvest.
Ta też została wyprodukowana z kakao od kooperatywy Kokoa Kamili, na jakie to chyba trafiam coraz częściej. Dowiedziałam się, że hodowane przez nich kakao trinitario ma też geny najszlachetniejszych ziaren: Criollo, Amelonado i Nacional.
Z tego co wyczytałam, tabliczka wdzięczną nazwę "Paradiso" zawdzięcza po prostu nazwie regionu. "Mbingu" w języku Swahili (suahili) znaczy właśnie "raj". Jest tam Park Narodowy, a więc obszar gór Udzungwa (co od razu przypomniało mi OB Cru Udzungwa 70 % with nibs).

Aruntam Sensory Chocolate 100% Paradise Bio Dark Chocolate Tanzania | Kokoa Kamili to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao trinitario z Tanzanii, z regionu Mbingu.

Po otwarciu rozbłysła kwaśna cytryna, wsparta skórkami cytrusów. Oczami wyobraźni zobaczyłam różne, kolorowe, pocięte w kostkę, jakby do dodania do czegoś. Ich kwaśność podkręciła wiśnia o charakterze wina. Jej złapała się też pewna egzotyczność i kwiaty. Otulały czerwony owoc, oraz łagodziły kwaśność. Wyszły subtelnie i słodko. Z egzotycznego wątku na pewno wyłapałam marakuję. Do kwaśności razem z kwiatami dołożyła nieoczywistą słodycz. Pomyślałam o soczystych, słodko-kwaśnych rodzynkach. A że wniosły suszone echo, wykorzystała to lekka goryczka. Jakby palonego drewna i książek. Oczami wyobraźni patrzyłam na drewnianą, opalaną we wzory skrzynię z książkami.

Tabliczka łamała się z głośnym trzaskiem, który potwierdzał jej twardość. Ta była bardzo wysoka, co poniekąd na pewno wynikało z grubości. Przy odgryzaniu kawałka trochę się kruszyła, co wyjaśniał ziarnisty przekrój.
W ustach twardość poniekąd utrzymała się. Była jakby powierzchniowa, a skrywająca miękkość. Czekolada rozpływała się powoli, acz łatwo. Trzymała zwarty kształt, opływając mnóstwem soczystych fal. Wmieszała w nie trochę efektu smaru, w którym ulokowała się proszkowość. Wydała mi się zaskakująco nietłusta oraz średnio ciężka. Raczej ciężkawa.
Pod koniec lekko ściągała.

W smaku najpierw rozeszła się delikatna i odosobniona słodycz. Wanilia otulona żywymi, wilgotnymi kwiatami kroczyła pewnie i dostojnie.

Nagle, w słodkiej toni rozepchnął się kwasek naturalnego serka śmietankowego. Delikatny, bardzo mleczny - przywodził na myśl lekki nabiał (nie chudy; półtłusty i po prostu "lżejszy"). Pomyślałam o kwaskawej "nabiałowej wodzie", która się z niego wydzieliła (którą raczej się zlewa). Śmietankowa nuta wzrosła dopiero z czasem, przynosząc trochę łagodząco tłustego tonu. Podążała za nią słodycz.

Kwiaty przysłoniły wanilię. Wniosły za to rześkość i słodycz inną, zgraną z kwaskiem. Ten napędzały wiśnie. Tylko że... jakby wprowadzały kwasek, ale nie tylko wiśniowy. Były jak widownia bijąca brawa na powitanie. Wyobraziłam sobie opadające girlandy kolorowych, egzotycznych kwiatów, które odsłoniły marakuję. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przy jej słodko-kwaśnym, bardzo soczystym smaku pojawiła się cała mieszanka owoców. Może kiwi, może bardziej czerwone... Jeśli kiwi, to na pewno niezbyt dojrzałe. Może również niezbyt dojrzałe zielone winogrona?

I rozpłynęła się wyraźniejsza kwaśność wiśni. Wiśnie mieszały się z marakują, co przypieczętowały kwiaty. Lekko osładzały ten duet i nadały mu wydźwięku czerwonego wina. Raczej wytrawnego, ale o delikatnym charakterze. Kwiaty i ich słodycz były wszędzie. Znów odnalazła się przy nich miejsce wanilia.

Wino i kwiaty... przywołały myśl o beczkach... z drewna opalanego. Drewno nasączone winem? Mignęła myśl o starych, drewnianych skrzyniach i książkach. Książkach, które kryją aż lekką ostrość kart, mających już wiele lat. Trochę to było... kwiatowo-suszone (lekko w tym ostrawe), drewniane, a jednocześnie... zawilgocone, jakby ktoś coś (wino?) na to rozlał. Drewna zaczęło się zbierać coraz więcej, a wraz z nim palony, gorzki smak. Poczułam węgiel, który mieszał go ze słodkawym tłem. Węgiel, z którego unosił się gorzki, szary dym przejawiał aż lekką kwaśność... Albo to owoce tak pobrzmiewały.

Za owocami w tle wciąż pobrzmiewał lepki, ociekający kwaskiem nabiał. Specyficznie kwaskawo-soczysty, z goryczką... Pomyślałam o twarogu chyba trochę nieudanym, a jednak wciąż do zjedzenia. Z jednej strony łagodził smaki, a z drugiej podkręcał kwasek i goryczkę. Przypomniały o sobie winogrona, teraz będąc sztukami suszącymi się, już "rodzynkowatymi".

Kwaskawo-goryczkowaty smak zaserwował skórki cytrusów. Głównie cytryn, ale też innych, niedookreślonych. Może jakiś nieznanych mi, z dalekiej Azji. Cytryna też lała swój sok, nasączając drewno. To... częściowo zmieniło się w orzechy. Gorzkie włoskie, ale... też, jak nabiał nie pierwszej świeżości, bo z lekką ostrości / metalicznością? Poniekąd była kontynuacją "ostrości" książek.

Dziwny posmak stał się taniną, rozgrzewającą gardło pikanterią wina, a dosłownie na samej końcówce wróciła śmietanka. Znacznie już kwaśniejsza i... jak nabiał jednak bardziej chudy, cierpko-ściągający? Twaróg ze śmietanką, twarożek z jogurtem? W tych nutach wzrosła kwaśność, zabijając gorzkość. Wyszło to łagodząco, rozmywająco owoce.

W posmaku został kwaskawy dym, palone... drewno / orzechy i kwaśność cytryn oraz owoców niejednoznacznych. Była wilgoć kwiatów, ich lekka słodycz, ale jakby onieśmielona... dziwnie kwaśnym nabiałem. Taninowo-goryczkowaty motyw po zjedzeniu utrzymywał się najdłużej.

Całość, choć gorzka od dymu, orzechów, nabiału i skórek cytrusów, słodka od kwiatów, wanilii, wydawała mi się głównie kwaśna. Kwaśna od owoców egzotycznych, wiśni, cytryn, znów też dymu i nabiału. Dziwny był w niej wątek nieświeżych orzechów i nabiału. Trochę nie mogłam się zdecydować, czy mi nie przeszkadza. Na pewno nie przeszkadzało, bo było przyjemne, poczucie rześkości i zawilgocenia, a mało prażenia.

Mocno wiśniowo-winna, dymna, cytrynowo-cytrusowa, serkowa i nabiałowo-kwaskawa (acz raczej jak jogurt i podfermentowane mleko) była The Swedish Cacao Company Darkness 100% Tanzania. Tę jednak cechowała wyrazistsza wytrawność, bo czasem kojarzyła się aż z serem, sporo w niej nut migdałów i sezamu, natomiast Aruntam to raczej drzewa i trochę orzechów. Swedish była złożona, ciekawa i smaczna, a Aruntam, choć też smaczna, to raczej... "w zasadzie smaczna". Głównie kwaśna i z nutami dziwnymi, ani niesmacznymi, ani smacznymi chwilami. Jedząc ją, po smaku czuć, że to setka. O dziwo po strukturze nie (tej dałabym jakieś 90%).


ocena: 8/10
cena: 35 zł (za 45g; cena półkowa)
kaloryczność: 620 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao