Tajemniczego cytrusa z opakowania dziś przedstawianej tabliczki widywałam na pewno w internecie, ale na żywo chyba też. Nigdy też nie jadłam. Cytron to gatunek roślin wieloletnich z rodziny rutowatych o grubej skórze i mało soczystym miąższu. Prawdopodobnie pochodzi z podnóża Himalajów (północno-wschodnie Indie, północna Mjanma), ale już w starożytności dotarł do Chin i Europy, jako pierwszy z owoców cytrusowych ok. 300 r. p.n.e. Ponoć smakuje jak trochę słodsza cytryna.
Tabliczkę zabrałam ze sobą w góry, w dniu, w którym pogoda niestety mi nie dopisała. Miałam spontanicznie zdecydować, czy otworzę ją na Wołowcu (na którego weszłam z Rakonia), czy dalej, np. na Jarząbczym Wierchu, ale że widziałam zawracających ludzi, ostrzegających przed wiatrem na grani, wystraszyłam się, że potem zdjęcia mogą być problematyczne i porobiłam je na Wołowcu. Niestety osnutym mgłą i chmurami. Ale przynajmniej przestało padać. I akurat podczas tej sesji zdjęciowej, wietrzysko trochę odpuściło (więc potem mogłam kontynuować podróż przez Jarząbczy Wierch).
Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62% with almonds and citron to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami migdałów i cytronem (olejkiem cytronowym).
Po otwarciu rozszedł się głównie cytrusowy zapach, kojarzący się ze skórką cytryny i olejkiem cytrynowym, mieszających się z paloną, delikatnie gorzką czekoladą i orzechowym, niedookreślonym motywem. Słodycz, choć niewątpliwie obecna i prosta, nie odegrała większej roli.
Tabliczka w dotyku obiecywała kremowość. Łamana, dała się pozna jako twarda i przeciętnie trzaskająca. Przekrój ujawnił ogromną ilość małej wielkości migdałów, zlokalizowanych głównie bliżej spodu.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Była mazista i kremowa, a jej tłustość stanęła na średnim poziomie. Gdyby nie dodatek, byłaby gładka. Prędko zaczęły wyłaniać się z niej kawałki migdałów. Okazało się, że dodano ich jeszcze więcej, niż na to wyglądało. Z czasem zmieniły czekoladę w zlepa drobnicy.
Migdały były podobne niezależnie od momentu, w którym się je gryzło. Ja wolałam zostawiać je na koniec.
Czekolada najpierw zmieniała się w zlepek dodatków, by z łatwością zniknąć, i zostawić tylko je.
Kawałki migdałów były w większości pozbawione skórek, acz te czasem się zaplątały.
Migdały gryzione były niby w porywach chrupkawe, ale dość miękkie. Skrzypiały, trzeszczały. Bardzo kojarzyły się z twardawymi, mocno zmielonymi skórkami cytrusowymi (twardymi jak na skórki, nie migdały).
W smaku pierwszą poczułam słodycz natychmiastowo tonowaną olejkiem cytrusowym. Szły w parze, w zasadzie tworzyły jedność, bo zaraz także olejek wydał mi się głównie słodki.
Pomyślałam o słodkim, nieco wręcz napastliwym olejku cytrynowym, który bezkarnie podbił całą kompozycję. Czekoladzie pozwolił jedynie pobrzmiewać, zaś migdałów wcale nie dopuścił do głosu.
Słodycz dopiero pod egidą olejku cytrusowego zaczęła rosnąć. Serwowała trochę ciężki motyw cukru, ale nie była szczególnie wysoka czy znacząca.
Powoli wkroczyła palona, bardzo delikatna gorzkość, w której przemknął ziołowy akcent. Zgrał się z cytrusowym wątkiem, który zaczął kojarzyć się ze skórką cytryny, chyba kandyzowaną. Ta gorzko-ziołowa nuta wydała mi się okrutnie stłamszona słodkim smakiem skórki cytrynowej. Kawałki migdałów wpisywały się w to skojarzenie i udawały skórki, nie zdradzając swego migdałowego charakteru.
Gdy z ciekawości pogryzłam migdały wcześniej, obok czekolady, udawały słodką skórkę cytrynową, a czekolada smakowała w zasadzie tak samo mocno cytrusowo.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada zaczęła wydawać mi się sama w sobie lekko cytrusowa, jako że cytrusowy motyw zrobił się nieco mniej olejkowy.
Utwierdziłam się w tym, gdy spróbowałam troszeczkę samej czekolady. Ogólnie smakowała bez zmian, tak, jak z migdałami.
Kiedy wydłubałam migdały, spróbowane okazały się bardzo nijakie. Mogłyby być każdymi innymi orzechami, czymkolwiek, wymieszanymi ze skórką (czyli migdały przesiąkły olejkiem?).
W tle wychwyciłam coś orzechowo-palonego, co zneutralizowało gorzkość i czasem sugerowało, że w kawałkach mogło zaplatać się coś orzechowego. Przez pewien czas czasem wydawało się, że czekolada chociaż zawalczy o siebie w tej kompozycji, ale nie. Nie wyszła przed cytrusy.
Słodycz wzrosła znacząco, do poziomu ciężkiego, ale jeszcze nie drapiącego. Cytrusowość jakby opierająca się na cytrynie, ale wpisanej w słodkie realia, skojarzyła mi się z mousse'em cytrynowym. Może na lekko przesłodzonym, orzechowo-kakaowym spodzie?
Migdałowa drobnica gryziona na koniec nadal udawała skórkę cytrynową, ale taką, w której raz po raz zaplątały się jakieś orzechy i/lub migdały. Nie przełamały cytrusowości, a tylko trochę tonowały słodycz.
Dopiero gryzione, ciamkane, mielone zębami bardzo długo, gdy zebrało się ich odpowiednio dużo, smakowały migdałami.
Po zjedzeniu został posmak olejku słodko cytrusowo-cytrynowego, lekka gorzkawość i akcent ni orzechów, ni migdałów.
Zupełnie nie przemówiła do mnie konwencja tej czekolady. Okrutnie posiekane migdały udawały skórkę cytryny lub... mogłyby udawać wszystko, co producent by sobie wymyślił. Może to i było w pewnym sensie ciekawe, ale kompletnie nie po mojemu. Zwłaszcza, że tej drobnicy było przesadnie dużo. Nie podobało mi się, że czekolada robiła tu jedynie za nośnik dla olejku. O tym powiedziałabym, że był cytrynowy. Słodycz nie musiała płynąć z cytryna, a po prostu cukier mógł się tak z olejkiem zgrać. Taka zachowawczo gorzka, acz nie przesłodzona baza wyszła bardzo nijako pod naporem intensywnych cytrusów. Może taki był zamysł, by zrobić trochę lepszą czekoladę z cytrusową, by pominąć skórkę i kandyzowanie, ale mnie to nie chwyciło. Czułam się, jakbym jadła olejek w tabliczce.
W Vanini dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt z łagodniejszymi dodatkami, bardziej pasowała. Do dziś przedstawianej aż się prosi dać charakterniejszą bazę.
Przypomniała mi się Auchan Noir Citron, która nadrabiała bardziej gorzkawym smakiem, ale w której niestety skórki cytryny były kiepsko zrobione, kandyzowane w syropie f-g. Dziś prezentowana podpadła mi tym, że spod cytrona nie czuć w niej za wiele z bazy, a już na pewno migdałów.
Zjadłam - razem i w górach, i w domu dla weryfikacji odczuć - jakieś 3 kostki i resztę oddałam Mamie. Jej opinia: "Okropna. Taka kwaśna jak nieprzyjemnie, tanio kwaśne ciemne czekolady. Nie wiedziałam, że ona z tym jakimś cytronem, ale tak, to mogło być to. To, że to jakiś olejek cytrynowy to od razu nie wpadłam. Jak potem kawałek zjadłam już świadomie, to faktycznie taki jakiś olejek na początku uderzył i potem na końcu bardziej znów go czuć. Ale powiedziałabym, że bardziej jakby cytrynowy. Ta drobnica mi nie odpowiadała. Pewnie jakieś orzechy, ale w zasadzie w ogóle nie czuć ich smaku. Czekolada nie była szczególnie ani słodka, ani gorzka, a niesmaczna. Kompletnie w ciemno, nie wiem dlaczego, dałabym jej 61%. Trochę zjadłam i więcej nie tknę".
ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane migdały 8%, pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; olejek eteryczny z cytronu, ekstrakt waniliowy








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.