Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cocoloco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cocoloco. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 czerwca 2021

Cocoloco Chocolates Fig 43 % Venezuela mleczna z Wenezueli z figami

Kupując tę czekoladę nie miałam pojęcia, że lada moment pojawi się Zotter Fig & Port. Wiedziałam, że muszę ją mieć (przypominam, że wszystkie Cocoloco zamówiłam razem, więc to nie "dawanie kolejnej szansy", a po prostu wyjadanie tego, co kupiłam). Uwielbiam suszone figi (choć za często nie jem, bo są mi za słodkie), a w czekoladach często się nie pojawiają. Co prawda nawet jedna z moich ulubionych marek sobie z nimi jako z dodatkiem nie poradziła (Pacari Fig), ale nic nie stało na przeszkodzie sprawdzić, jak figi łączą się z czekoladą mleczną. Kupując obstawiałam siekane kawałki zatopione, ale po Maple & Pecan już nie byłam taka pewna.

Cocoloco Chocolates Fig 43.5 % Venezuela to mleczna czekolada o zawartości 43,5% kakao z Wenezueli z suszonymi figami.

Widok, jaki ukazał się moim oczom po rozerwaniu złotka, mimo wszytko mnie zadziwił. Otóż porwało się, bo miejscami poprzyklejało się do... lepko-mokrych połówek fig zatopionych w tabliczkę na przestrzał.

Poczułam zapach raczej delikatny, ale przede wszystkim należący do nich. Były to figi soczyste, muląco słodkie i duszno-skarpetowe. Za nimi zarysowała się czekolada, w której dominował cukier. Dopiero potem kolejno poczułam maślaność i mleczność, co ogółem skojarzyło mi się z miodem / miodowym toffi. Chwilami zaś pod wpływem fig zahaczało o ser (słodkawy żółty?), tłusty ser. Uważniej wąchając wierzch, spotkałam się z orzechem laskowym.

W dotyku tabliczka wydała mi się polewowa. Już wyglądała na proszkową, a figi cechowała pozorna twardawość, nawet lekka gumowość i wysoka lepkość. Były wilgotne i wtopione prawie na wylot.
Czekolada niby łamała się łatwo, ale jednocześnie beznadziejnie, bo rozlatywała się przez dodatek, który zostawał w którejś z części. Zdarzało się, że w ogóle od fig odpadała.
Łamała się z trzaskiem polewy. Była bardzo twarda i krucha w kamienny sposób. Chwilami dziwnie odskakiwała warstwa wierzchu - jakby czekolada była tablicą z polew.
W ustach rozpływała się powoli i opornie. Połączyła tłustość chłodnego masła i proszkowość, która najpierw była nieprzyjemną prochowością. Potem jednak nieco wygładzała się do proszkowości, a na koniec robiła się bardziej jedynie pylista. Od początku do końca zachowywała zbitość, znikając jak bardzo tłuste mleko.
Figi okazały się suszone, ale typu wilgotnego (nie przepadam za takimi; z kolei takie daktyle bardzo lubię, bo blisko im do świeżych - w przypadku fig... niestety*). Chwilowo na początku skojarzyły mi się z twardawą gumą, ale w ustach zaraz pokazały, że się myliłam. Okazały się przystępnie miękkie, plastyczne. Łatwo, by oddzieliły się od czekolady, która zdawała się im przeszkadzać. Od początku bardzo, bardzo wilgotne, tylko nasiąkały i miękły jeszcze bardziej, zachowując formę. Szybko się je jadło, ciumkając. Mięciutkie i soczyste, niemal rozpływające się, okazały się także cudnie strzelające od pesteczek. Podobały mi się "na chwilę" i jednorazowo (jako ciekawostka), ale nie współgrały z czekoladą.

Smak też był niezgrany, bo ten czekolady przy wielkich figach niemal zanikał, a osobno nudził. Kawałek czekolady bez figi, ugryziony jednak po fidze też wydawał się dziwny.
Ja sama pozwalałam wszystkiemu w ustach się rozpływać i nasiąkać, a figi zostawiałam, gdy już czekolada zniknęła (lub prawie) i dopiero je gryzłam.

Jako pierwszą przeważnie czułam słodycz czekolady. Rosła bez ogródek, roztaczając po ustach cukrowość oraz: w przypadku kawałków bez fig - lekką nutę wanilii; w przypadku kawałków z figami - miodową mgiełkę pochodzenia figowego. W kęsach z figami, te szybko się podpinały pod czekoladę. Ta jednak, gdy spróbowałam kawałek niedotykający fig, nimi nie przesiąkła.
Co dziwne, przy niektórych kęsach z ich pobliża, a bez fig, pojawiał się też duszno-skarpetowy, jakby perfumowo-stęchły motyw.

Zaraz za cukrem wyłapałam lekki, karmelowy, może nawet orzechowo-prażony motyw, który trafił na smakową tłustość, maślaność. Tu chwilami do głowy przychodziło mi toffi... toffi orzechowe? Z nawet minimalną goryczką.

Zaraz jednak wygładziło się to, zostało zalane mlekiem pełnym i zacukrzonym. Zgrywało się ze słodyczą, nie łagodziło jej. Czułam smakową tłustość mleka... Z tej toni znów wyłoniło się masło, ale że zmieszane z mlekiem i w przypadku większości kęsów z figami, słodyczą ogólną, już nie takie dominujące.

Gdy w ustach wylądował kawałek z dużą figą, oczywiście to figa zaraz dominowała. Zdarzyło mi się dwa-trzy kawały wyciągnąć i zjeść bez czekolady. Muszę przyznać, że smakowały słodziutkimi, wilgotnie-suszonymi figami, naturalnie kojarzącymi się z miodem. W niektórych pojawiła się odrobinka nuty "duszno ukwaszonej". Były zachwycające. Mimo że paliły w gardle, trudno o lepsze.

Otaczało je masło, maślaność... mleko... z miodem? Wyraźnie w drapaniu słodyczy w gardle właśnie taką nutę wyłapałam. Nasilała się wraz z nasiąkającymi figami. W kęsach z nimi po prostu nie da się ich nie czuć. Okazały się bardzo wyraziste, a smakując w pełni sobą w dużej mierze zabijały czekoladę. Niestety jednak, bliżej końca gdy w ustach zostawał głównie kawałek figi, a czekolady tylko trochę, ta ostatnia wydała mi się pobrzmiewać "owocowo-stęchłą" nutą. Mam wrażenie, że pod wpływem zawilgocenia figami, mogło coś stać się z mlekiem.

Sama czekolada spróbowana po takim "zafigowieniu" wciąż była cukrowo-waniliowo przesłodzona, o dziwo bardziej mleczna, ale też leciutko orzechowa. Kontrastowo jednak wydawała się nijaka. Wolałam więc w większości wyjadać figi, które z kolei... osobno też mi "na degustację czekolady" nie odpowiadały... no, po co męczyć coś tak niezgranego, zamiast np. zjeść po prostu same suszone figi?

Po zjedzeniu paru kostek, fig (głównie fig, uściślając) został posmak głównie fig, specyficzne palenie słodyczy w gardle i na języku też głównie za ich sprawą, a nieprzyjemnie wzmocnione cukrowością, zagęszczającą ślinę. Czekolada w posmaku prawie nie istniała, ale ewidentnie dodała zacukrzenia i odrobinki mleka.

Całość wyszła bezsensownie. Przeciętna, o kiepskiej strukturze i strasznie przesłodzona, polewowa czekolada przeszkadzała zacnym figom. Jednocześnie nie były to figi, jakie chciałabym jeść osobno, bo wolę te suszone-suszone, twardsze, nie takie aż rozpływające się w ustach. Prawda jednak, że do czekolady to własnie takie są najlepszym wyborem... chyba, bo wciąż nie wiem, co z tą "stęchłą" nutą. Kamienne byłyby złe na pewno. Takie "figo-nalepki" jednak ogółem... nie mają według mnie większego sensu, bo czekolada takiemu dodatkowi tylko przeszkadza. A jako że ta sama w sobie była kiepska, to... dodatek ją uratował. Takie figi to widziałabym jako nadzienie!
Zjadłam niecałą 1/3 tabliczki, próbując ją jeść różnie; nie ukrywam, że przygarnęłam część głównie z figami. Te były dość ciekawe, ale jak pisałam, nie takie w moim typie. I takie połączenie... ani to tak naprawdę czekolada z figami, ani figi w czekoladzie. Bez sensu, ale nie tragedia. Na pewno miły zasładzacz, jak kogoś na takie coś najdzie, ale to zupełnie nie moja bajka. To było trochę jak zestawianie czekolady z winem / kawą albo serów z figami właśnie - ponoć pasują do siebie itd., ale mnie to ani trochę nie przekonuje. A tu jednak kupiłam tabliczkę, a nie komplet czekolady i fig, więc oczekuję jakiegoś zgrania, sensu.
Mamie wpadła reszta i trochę pojadła, wybrała dwie pozostałe figi, a resztę odłożyła dla ojca, stwierdzając: "Czekolada w zasadzie ogółem dobra, nie mam jej zupełnie nic do zarzucenia, ale w niej samej niewiele i czuć... tylko cukier i... chyba to mleko w proszku takiej konsystencji dziwnej nadało. Te figi w niej najlepsze, ale takich osobno, samych to też w sumie bym nie chciała". Uznałyśmy, że gdyby to była zwykła czekolada za jakieś 3 zł, to byłaby całkiem miłym zasładzaczem, ale ekhem...


ocena: 5/10
cena: 5 £
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada 95% (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, wanilia), suszone figi 5%

*PS Po tej czekoladzie nawet z ciekawości wróciłam do wilgotnych, czyli "uwodnionych" suszonych fig (u mnie Alesto) i ta ich gumowość, ogół... dalej osobno dla mnie była wręcz obleśna. To, co wystąpiło przy tej czekoladzie jest więc jeszcze ciekawsze.

sobota, 22 maja 2021

Cocoloco Chocolates Maple & Pecan 64 % Peru ciemna z orzechami pekan i syropem klonowym

Jak już zniechęcenie do Cocoloco mi trochę przeszło, emocje opadły, wzięłam się za te, które zostały. Na jedną, właśnie dziś przedstawianą, nawet się cieszyłam, bo postrzegałam ją jako tabliczkę do porównania z Zotterem Squaring the Circle 70% Dark Choc with Maple Sugar. Jak syrop klonowy wychodzi w czekoladzie jako jej integralna część jako zamiennik cukru, a jak jako dodatek. Niestety jednak Zotter wydał mi się przesłodzony, więc mimo że lubię syrop klonowy (a nie jem, bo nie mam do czego), jakoś i tej się bałam. Śmiesznie się złożyło w dodatku, że jadłam ją dzień po Beskid Espresso - zupełnie nie planując, zafundowałam sobie dwie tabliczki z dodatkami z Peru właśnie.

Cocoloco Chocolates Maple & Pecan 64.5 % Peru to ciemna czekolada o zawartości 64.5% kakao z Peru z orzechami pekan karmelizowanymi w syropie klonowym.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, doznałam szoku, bo to, co zobaczyłam wyglądało trochę wręcz obleśnie i... zupełnie się tego nie spodziewałam. (Muszę to napisać! Pierwsza myśl: "kur... myszy! robale?! Aa... orzechy".) Uzmysłowiłam sobie, że naprawdę nie lubię czekolad z "posypką", bo zazwyczaj są według mnie pójściem na łatwiznę, a więc "ponalepianiem czegoś byle jak na tabliczkę". W tym przypadku nawet zdarzył się... orzech nalepiony na orzecha.

Wzięłam głęboki wdech i nachyliwszy się nad spodem z dodatkiem poczułam średnio mocny zapach orzechów pekan. Trzymała się ich karmelizowana, podsmażona nuta, która w moim odczuciu nie należy do przyjemnych. Syrop klonowy jakby sam siebie pewny nie był, a goryczka dymu odleciała na tyły. Wierzch pod względem zapachu miał się już nieco lepiej, bo oprócz pekanów, prezentował też ziemiście-miodowy splot. W trakcie jedzenia, gdy aromaty się już przemieszały, dołączyła do tego jeszcze słodka wiśnia (w czekoladkowo-bombonierkowym wydaniu?). Osnuwał to dym i mimo gorzkości, nie było wytrawnie. Słodko... w zasadzie tylko trochę, jak i tylko trochę czekoladowo - bardziej kakaowo polewowo.

Twarda jak kamień i chrupka, niemal czarna czekolada łamała się z głuchym trzaskiem polewo-tablicy. Czasami przy robieniu kęsów dziwnie się kruszyła.
Tym, czym mnie zaskoczyła to duża ilość dodatku w takiej formie (spodziewałam się siekanych kawałków zatopionych w czekoladzie). Całe pekany powlepiane w czekoladę pokryte były okropnie wyglądającą suchą skorupką syropu klonowego. Same w sobie wyszły krucho-twardo i łamały się wraz z czekoladą, pozwalając syropowi nieco odskakiwać.
Kęsy w ustach umieszczałam różnie, acz preferowałam orzechem do góry, a potem zdarzyło mi się raz po raz kawałek obrócić.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i jakby opornie. Na pewno niezbyt atrakcyjnie, bo ślisko i tłustawo jak wodnista, twarda polewa. Wykazywała skąpą, tłustą "kremowawość" (za nic nie nazwę tego kremowością) po dłuższym czasie. W tym czasie orzechy oddzielały się od niej, a syrop klonowy nieco się rozpuszczał. Początkowo potrafił chrupnąć / skrzypnąć, a potem wpisywał się w rosnącą coraz bardziej dziwnie lepką wodnistość czekolady. Jakby wodę rozrobić z miodem? Wtedy już wcale tabliczka zrezygnowała z kremowości, by właśnie jak woda zniknąć.
Orzechy gryzione na koniec okazały się także dość sucho-kruche, chrupiące i jak na pekany raczej twardawe, choć po dłuższym gryzieniu, podsysaniu, upodabniające się do świeżawych. Pod otoczką były zaskakująco ok.

W smaku od początku czułam dym, ale nie jakąś szczególną gorzkość. Na jego lekką cierpkość prędko naskoczyły dojrzałe, miękkie wiśnie, otwierając drogę wysokiej słodyczy.
Nawet, gdy akurat położyłam kawałek "orzechem na język", czuć bardziej właśnie te nuty czekolady, a skorupka syropu klonowego wpisywała się w słodycz, podkręcając jej cukrowość.

Słodycz wydała mi się prosta i drażniąca, cukrowa. Z czasem wymieszała się z wanilią i mdławym, jakby naturalnie orzechowo słodkawym, motywem syropu klonowego, którym całość dosłownie odrobinę przesiąkła. Mieszanka ta nie była chamska czy natrętna, ale... po prostu przesadzona.

Tym bardziej, że goryczka wyszła... jak cierpko-palona, średniej jakości polewa. Zakłębił się wokół niej dym, mignęła lekka cierpko-soczysta ziemia, ale właściwie nie rozwinęło się to tak, jak bym chciała, a poszło w dość prostą gorzkość, trzymającą się daleko za słodyczą.

Ta pobrzmiewała lekko owocami czerwonymi: bardzo dojrzałymi i słodkimi. Pomyślałam o przejrzałych, słodko-cierpkich wiśniach, winie albo raczej alkoholowej bombonierce.
Słodycz przy dodatkach wzrosła jeszcze bardziej. Wydała mi się cukrowo-karmelowa, smażona (jak amerykańskie "toffee", czyli karmelo-toffi - powiedziałabym), ale i syrop klonowy w niej odnalazłam. Obecny w słodkiej strefie, nigdy jednak nie odważył się wyjść na prowadzenie. Raczej nasączył ziemistość i dym, natykając się tam na owoce.

W drugiej połowie rozpływania się kęsów z okolic orzechów czy właśnie z orzechami, cukrowość i dym układały się w przypaloną gorzkość... skóry... skórki? Korzennego kurczaka?! (Od razu przypomniały mi się azjatyckie kurczaki "karmelizowane", a więc w glazurze - czy to teriyaki, czy to  bardziej po tajsku - w cukrze kokosowym.) Odnotowałam także smażoną nutę, którą sama czekolada z pobliża orzechów też przesiąkła. Nakręcała to dziwne skojarzenie. Ogólnie nie była bardzo silna, ale wyraźnie wyczuwalna. Obracając kęsa, wczuwając się w orzechy, zarejestrowałam lichy smak syropu klonowego. Wyszedł dość cukrowo-smażony, jakby zwietrzały. Mimo to, podsysane, nadgryzane orzechy przekierowywały ten dziwny wątek na skojarzenie z amerykańskimi naleśnikami (pancake) z syropem klonowym (lub czymś w podobnie) i orzechami. Te nadgryzane w smaku same w sobie wydały mi się łagodne, wręcz maślane.

Ogółem jednak zrobiło się nieco ostrzej, bardziej korzennie-cierpko, do głowy przyszły mi jakieś.. ciastka melasowo-imbirowe albo i wciąż te naleśniki (ale jakieś nie w 100 %ach naleśnikowe)... z kandyzowanymi cytrusami? Przypalono to-to chyba. A może to dym / spalenizna jako nuta czekolady zajechała cierpko-kwaskiem? Podszył to pleśniowo-ziemisty akcent, w który wgnieciono wiśnie. Wiśnie i ziemia mieszały się z dodatkami. Odciągały uwagę od nieprzyjemnej mgiełki opisanej w powyższym akapicie, mimo że orzechowa nuta zdawała się z tym spleciona.
Pekany czuć, ale w trakcie rozpływania się czekolady raczej "orzechowo" ogółem, niż konkretnie pekanowo.

Gdy rozgryzałam orzechy bliżej końca i już po zniknięciu czekolady, rzeczywiście czuć, że to właśnie orzechy pekan. Ich tłustawy, lekko ostry smak kojarzący się z mieszanką włoskich i laskowych był nie do pomylenia z czymkolwiek innym. Syrop klonowy został przy nich jedynie odrobinę, bo lekko nim nasiąkły. Niektóre miejscami też podsmażoną nutą. To już znów bardziej, przy gryzieniu orzechów, kojarzyło się z tłustymi naleśnikami z orzechami i syropem klonowym (acz dałabym sobie wmówić, że z miodem / karmelowym sosem). One jednak na szczęście swoją naturalną goryczką ratowały sprawę, także nieco osłabiały przesłodzenie.

Po zjedzeniu został posmak orzechowo-ziemiście-dymny i zdecydowanie za cukrowo słodki, drapiący w gardle. Czułam korzenność, ale cierpko-zacukrzoną, trochę wiśniowo-dymną, lecz... w taki tanio-toporny sposób. Posmak samej czekolady nie utrzymywał się specjalnie długo.

Całość uważam za kiepsko zrobioną, a przy tym smakowo przeciętną. Sama czekolada wyszła w porządku, choć bez polotu. Przesłodzona, ale z wyczuwalnymi całkiem w porządku motywami. Wprawdzie bez głębi, ale zadowalająca jako baza... Pod orzechy nie do końca marzeń. Niby pekany koniec końców wyszły zadowalająco i w sumie pasowały do tej bazy, jakoś udało im się uratować to, jak producent zepsuł syrop klonowy, ale właśnie: główny bohater, czyli syrop klonowy to jakaś porażka. Sobą smakował ledwo co, karmelizowanie też... to raczej jakaś cukro-smażona, delikatna otoczka, która całokształtowi jedynie dopchnęła słodko-smażone akcenty.


ocena: 5/10
cena: 5 £
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ciemna czekolada (miazha kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia), 10 % prażone w syropie klonowym orzechy pekan (orzechy pekan, syrop klonowy, sól morska)

wtorek, 27 kwietnia 2021

Cocoloco Chocolates 72 % Ecuador Pure Dark ciemna z Ekwadoru

Po paru zawodach Cocoloco potrzebowałam przerwy. Wkurzyła mnie ich bylejakość, a co więcej czułam się po prostu oszukana. Czekolada PB, która okazała się po prostu mleczną z fistaszkami? Beznadziejnie nadziane miodowe tabliczki (mleczna, ciemna), których wnętrze wylewa się, a całość jest zrobiona jakby do zjedzenia na raz? Nie chciałam już żadnych kolejnych, więc cieszyłam się, że takich "trudniejszych" już nie miałam. Po jakimś czasie, gdy negatywne emocje trochę się rozeszły, postanowiłam sięgnąć po względnie bezpieczną ciemną tabliczkę. Wprawdzie wciąż byłam podejrzliwa - w końcu mogła być np. zapchana tłuszczem, ale... może akurat zwykła czekolada miała okazać się miłą niespodzianką?

Cocoloco Chocolates 72 % Ecuador Pure Dark to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Ekwadoru

Rozerwawszy pazłotko poczułam słodki zapach żywych roślin i kwiatów, wchodzących we wręcz neutralność młodych zielonych badylków, skoszoną trawę oraz owocową soczystość. Początkowo nie była zbyt jednoznaczna, przeplatały się w niej niedookreślone brzoskwinie i morele. Z czasem jednak (zwłaszcza w trakcie jedzenia) wyraźnie czułam obok nich wręcz cukierkowo słodkie maliny i truskawki. Wszystko to poprzez "badylkowość" mieszało się ze świeżym tytoniem, a w końcu i z gorzkim dymem. Czułam pewną maślaność wilgotnie natłuszczonego wypieku... Kojarzyła się ze słonawymi ciastko-tartami, bułeczkami.

Tabliczka łamała się z głośnym trzaskiem, popisując się wysoką twardością, a potem ziarniście-kryształkowym przekrojem. Drobinki od niej odskakiwały, przez co wydała się jakby polewowa, skonstruowana z cienkich powłok.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i trochę niechętnie. Była twardo-zwarta i masywnie tłusta, początkowo trochę plastikowa. Niby gładka, ale jednak jakby lada chwila miała zrobić się chropowato-proszkowa, trochę jak scukrzony miód. Z czasem nieco miękła i tworzyła wokół kawałka zalegającego na języku wodniście-zawiesinową masę, chwilowo wydając się lekko soczystą. Następnie zmieniała się w wodę i znikała bez echa. Towarzyszyło temu lekkie ściągnięcie i na koniec niepodważalnie pyłkowe wysuszenie.

W smaku w chwili robienia kęsa uderzyła mnie truskawko-malina, bardzo słodka i... wręcz słodziuteńka! Poczułam dosłownie miodek, jasny miód słodki i "dziecięcy".

Nim zdążyłam cokolwiek pomyśleć, czekolada już roztaczała po ustach gorzkość dymu. Był cierpki, mignął plastikiem, a zaraz nasunęła się na to neutralność roślin i zielonych łodyg. Wydała mi się lekko cierpka, wodnista smakowo i żywa. Poczułam... jakby zawilgocony węgiel roślinny? Tytoń / tabakę?

Słodycz w tym czasie ustabilizowała się i nieco wycofała, ale po chwili (już bardziej "z głową") przemieszała się z gorzkością i cierpkością. Otuliła je, przytaczając maślane, może raczej mleczne bułeczki posmarowane masłem i kapnięte miodem. Lekko zasugerowała scukrzony, drapiący miód. A może bardziej maślane wypieki... wcale nie takie słodkie?

A jednak z czymś słodkim. Pojawiła się soczystość czerwonych owocowo-kwiatowych marmolad słodzonych miodem i wanilią. Znalazł się w tym lekki kwasek i... kwasek taki słodki, cukierkowy. Poczułam truskawkę... miękką i mokrą, a zaraz potem nieco słodko-gnilną wiśnię. Odnotowałam owocową goryczkę, która znów zwróciła moją uwagę na polewowość. Do głowy przyszły mi kakaowo-pseudoczekoladowe polewy lodów na patykach.

W drugiej połowie i bliżej końca gorzkość zawalczyła o honor. Osnuła wszystko dymem, a klimat zrobił się bardziej palony. Wyłapałam nutkę spalenizny, nadającej jeszcze wytrawniejszego charakteru wypiekom. Chwilowo narobiła mi nadziei, ale jakoś zniknęła na rzecz wypieku właśnie. Takiego... z odrobinką soli? Cierpkiego na pewno. Czyżby to cierpkość roślin skądś płynęła? Z dymu? Pomyślałam o zawilgoconym tytoniu albo papierosach.

Polewowość jednak nie ukryła się, maślane twory i neutralność roślin się przemieszały, ale już i słodycz co ugrała, to miała. Było słodko, niemal cukierkowo-miodzikowo i waniliowo. Czułam też bardzo słodkie, zacukrzone dżemowo-marmoladowe czerwone owoce.

Po zjedzeniu została cierpkość dymu i "polewowego" kakao, osłodzona waniliowo-cukrową ciężkością oraz stonowana starymi wiśniami i pewną tłuszczową polewowością, wyczuwalną również jako oleista warstwa na ustach.

Czekoladę odebrałam jako... zachowawczą i kiepską w smaku, a bardzo kiepską pod względem struktury. Niby nie było w niej drastycznych wad, ale smak wydawał się niespójny: gorzkość średnio przyjemna mieszała się ze słodyczą kompletnie do niej niepasującą. Wprawdzie nie była przesadzona, ale kontrast dobrze tu nie wyszedł. Miód i słodkie czerwone owoce zajeżdżały chwilami aż cukierkowo, co mi nie odpowiadało. Dołączyły do tego jakieś wytrawniejsze wypieki i neutralne rośliny, otoczył je dym i smak polewy kakaowej, już w ogóle psując wszystko. Uwielbiam dymne nuty, ale ten tu nie należał do przyjemnych.
A konsystencja to w ogóle... Twardość byłaby taka przyjemna, gdyby nie wodnistość z elementem tłustej polewowości.
Aż przypomniała mi się bardzo polewowa Eti Dare 70 %, która gdyby nie była tak miękko-polewowa, byłaby całkiem przyjemna. Cocoloco to po prostu mocny średniak. Trochę taka "czekolada zrób to sam", gdyby kosztowała ze 4-5 zł, mogłaby mieć 7.


ocena: 5/10
cena: 5 £
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia

sobota, 13 marca 2021

Cocoloco Chocolates Honey 72 % Ecuador ciemna z Ekwadoru z miodem

Przeglądając stronę internetową Cocoloco właśnie ta czekolada między innymi najbardziej podziałała mi na wyobraźnię. Ciemna czekolada po prostu nadziana najprawdziwszym miodem? Nigdy o czymś takim nawet nie marzyłam, a wydawało mi się cudowne. Odkąd pamiętam uwielbiam ciemną czekoladę, a za dzieciaka kochałam miód (teraz lubię, acz mniej i nie jem, bo nie pasuje mi do czegokolwiek). Niestety, pomylili się i wysłali mi mleczną Honey 43 % Venezuela - o tym wszystkim już pisałam przy niej. W końcu weszłam w posiadanie i tej, ale... niestety już się nie cieszyłam, a bałam się i czułam bezradność. Chociaż... tak, sięgając po nią w końcu też w pewnym sensie czułam radość. Że to już ostatni ich nadziewaniec, jaki miałam (a przynajmniej miałam nadzieję, że nic z pozostałych nie zaskoczy mnie w drugą stronę, co Peanut Butter & Sea Salt).

Cocoloco Chocolates Honey 72 % Ecuador to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Ekwadoru z miodem wielokwiatowym.

Zaraz po otwarciu poczułam intensywny, goryczkowaty i żywy zapach ziemi, splatający się z roślinnie-kwiatową rześkością. Mimo cierpkości był delikatny. Oczami wyobraźni zobaczyłam młodą trawę, rosę, ale także zioła. Zioła aż drapiące w gardle. One i kwiaty sugerowały miód, który rozbrzmiał wyraźnie po przełamaniu. To ewidentnie jasny miód, o charakterze naturalnym i "dziadkowym". Aż drapał w nosie, wraz z motywem przypraw. W tle wyraźnie zaznaczyła się żywo-soczysta słodycz owoców: brzoskwiń i moreli.

Tabliczka wydawała się konkretna i twarda, a jednocześnie delikatna - że zaraz się rozwali. Przy łamaniu chrupała / trzaskała. Jej denko-spód był bowiem twardy i gruby, wierzch zaś twardy polewowo, ale cienki. Rozjeżdżało się to, nawet w przypadku kostek bez nadzienia, w nadzianych - wierzch łamał się, jak mu się podobało. Z tych miód po prostu płynął Był bowiem lepiącym i płynnym, minimalnie gęstawym miodem.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, tłusto i gładko. Trochę jak polewa z lodów na patyku zmieniająca się w wodniście zawiesinową masę. Miód spod niej wyciskał się błyskawicznie, znikał też szybciej. Wydawało się, że było go mało.
Później czekolada zalegała w ustach dziwnie, bez sensu jak plastikowa polewa, która zaczyna od zera udawać coś bardziej czekoladowego, leniwie mięknąc. I w końcu nawet jej się udało zniknąć jako rzadkawy, zawiesinowy pseudo krem.
Sposób, w jaki nadziano te tabliczki jest karygodny. Bez ładu, przez cały środek, z zostawionymi bocznymi kostkami. W trakcie jedzenia wnętrze leje się, lepi. Wszystko brudne, rozwalone. Nie podobało mi się to ani trochę, strasznie irytowało. Wprawdzie akurat w tym przypadku dobrze się złożyło, bo gdy tylko 6 środkowych kostek mnie tak irytowało lejącym się miodem, reszta była prawie go pozbawiona, mogłam je zjeść jako zwykłą ciemną... w innym przypadku nie wiedziałabym, co zrobić z resztą tabliczki (Mama nie cierpi ciemnych) - może więc dobrą opcją byłaby mniejsza gramatura, taka na raz? Bo 100 gramów czegoś takiego ja zjadłam, pod koniec męcząc się, mimo że to moja dzienna norma, ale niekoniecznie każdy by chciał?

Od początku czekolada przywitała mnie wysoką słodyczą owoców i goryczką dymu. Poczułam słodkie, dojrzałe granaty, a zaraz za nimi brzoskwinie. Były soczyste i... podkręcone miodem. Tabliczka całościowo trochę nim przesiąkła, co uwypukliło jej słodycz. Z czasem, zwłaszcza jedząc kostki bez nadzienia, wydała mi się cukrowo-kwiatowo-miodowa, z cukrem na przodzie.

Zaraz umocniła się leciutko ściągająca cierpkość i zakłębił się dym, starł się ze słodyczą. Wyszła... ciężko-lekko. Pomyślałam o słodko-drapiących w gardle ziołach, suszonych kwiatach i wanilii. Kwiatach aż drapiących w gardle? Jakby ciężki dym próbował spowić... coś kwiatowego? Kwiatowo-waniliowy likier?

W kostkach nadzianych częściowo mniej więcej w tym miejscu wchodził miód. W tych środkowych (a więc nadzianych mocno) robił to niemal od razu, po prostu przygłuszając początkowe nuty czekolady. Serwował pełnię swego smaku: zasładzającego natychmiast, ale także wyrazistego. Wydał mi się kwiatowy, "dziadkowy". Był całkowicie naturalny i jednocześnie naturalnie niegłęboki (bo to wielokwiatowy, a tak go postrzegam).
Pojawił się, by zaraz zniknąć. Pozostawiał tym samym poczucie słodyczy, także w gardle, ale jego smak uciekał pod naporem czekolady.

W połowie rozpływania się kęsa cierpkość kakao i drapanie miodu złączyły się, układając w drapiący dym. Przyniósł on palony klimat i gorzkość. Gorzkość ziół, roślin i kwiatów miała wilgotny wydźwięk jakby... Pokrywała ją rosa - gorzki smak wydał mi się zaburzony wodnistością (kontrast po miodzie?). To zaś nasunęło skojarzenie z ziemią po deszczu. Cierpką, goryczkowatą jak apteczne zioła i pleśń. Pleśń... słodka.

Mieszała się trochę z owocami, a więc brzoskwiniami i bardzo, bardzo słodkimi czerwonymi (granatem?). Czekolada zasugerowała znów likier: czy to owocowy, czy jakiś nieokreślony. Wyłapałam kawę. Dym zakrył kwiaty i zmieszał się z nią.

Pod koniec, mimo drapania w gardle wywołanego miodem, jego smak stracił na znaczeniu, sama zaś czekolada wydała się lżejsza i... roślinna jak poranna rosa? Nie w dymie, a we mgle? I do tego słodka, bez smaku słodkiego.

Po zjedzeniu został posmak goryczki palono-dymnego kakao, likierowo-miodowej, płytkiej kawy i soczystych owoców. Po tym wszystkim wydały mi się złotymi suszkami, bliżej nieokreślonymi i trochę egzotycznymi... gąbczastymi? Nasączonymi miodowym alkoholem? Od ostatniego w gardle czuć ciepło, a w ustach lekkie, suche ściągnięcie.

Z zaskoczeniem uznałam, że... ta czekolada akurat mi w miarę odpowiadała. Przeważnie zjadam około 100 gramów czekolady dziennie, więc to akurat moja ilość, ale... szczerze, przy tym smaku zachwycona byłabym gramaturą 70 g - wtedy bym się też aż tak nie czepiała formy; w sensie gdyby zamiar był bardziej zotterowy. Jak już bowiem robić podział na kostki, to porządnie proszę - mogłyby być takie jak w Lindt Whisky. Tabliczka była bowiem byle jak nadziana i skonstruowana. To mi się nie podobało. Smakowo wyszła całkiem przyjemnie, choć nieambitnie. Czekolada pretendująca do lepszych, a jednak wciąż do poprawki (bo za bardzo polewowa), miód też bym dała ciekawszy, ale w sumie... wyrazista ciemna sprawiła, że kompozycja nie była do bólu przesłodzona jak mleczna.
Z drugiej jednak strony, jak człowiek decyduje się na czekoladę z miodem, to chce go wyraźnie czuć... Ale żeby go dobrze czuć, a nie żeby był wszędzie - czyt. lał się.


ocena: 7/10 (naciągane trochę?)
cena: 5 £
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ciemna czekolada (miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, wanilia), 10% naturalny miód wielokwiatowy

czwartek, 4 marca 2021

Cocoloco Chocolates Peanut Butter & Sea Salt 43 % Venezuela mleczna z Wenezueli z fistaszkami i solą morską

Trudno jest mi znaleźć coś w wariancie "masło orzechowe" by w pełni mnie satysfakcjonowało. Zawsze czuję niedosyt masła orzechowego. Wprawdzie Terravicie Peanut Butter udało się mnie zachwycić, ale przy nastawieniu się na plebejskość. Z czekolad z wyższej półki wprawdzie Zoter Peanut Butter and Banana był pyszny, ale z kolei nie był esencją masła orzechowego, a połączeniem. Z takich jednak nie sposób nie myśleć o Vosges Peanut Butter Bonbon. Na stronie sklepu Chocoloco, gdy tylko zobaczyłam dzisiaj przedstawianą, wiedziałam, że muszę ją mieć. Niestety, po kilku nadziewanych bałam się, co zobaczę w środku, a i lato się zbliżało, więc stety niestety musiałam wziąć się za nią dość szybko. Kupując, byłam pewna, że to nadziewana. Rozpakowując paczkę również, ale gdy doszło do przepisywania składu i przed degustacją... straciłam pewność siebie.

Cocoloco Chocolates Peanut Butter & Sea Salt 43.5 % Venezuela to mleczna czekolada o zawartości 43,5% kakao z Wenezueli z orzeszkami ziemnymi i solą morską (stylizowana na masło orzechowe?).

Otworzywszy sreberko, zostałam uderzona mocnym zapachem mlecznej czekolady i prażonych fistaszków, które zmieszane z niemal cukrowo-karmelową słodyczą jednoznacznie skojarzyły się ze Snickersem (choć mniej intensywnym). Łączyła je maślaność i subtelna słonawość. Miało to też nieco naturalny, wiejsko-siankowy klimat.

Tabliczka nieco tylko pykała. Kruszyła się i jakby wykazywała chęć bycia miękką, ale zachowując polewową twardawość. Ukazała przekrój, w którym widać kilka drobnych orzeszków ziemnych oraz ich małych kawałków. To po prostu orzeszki wtopione w czekoladę, żadnego nadzienia. Szkoda.
W ustach czekolada rozpływała się tłusto-kremowo, w umiarkowanym tempie. Wydała mi się lekko polewowa, gładka i wręcz śliska. Odsłaniała chrupiące, nietwarde orzeszki pozbawione skórek. Musieli podprażyć je delikatnie, bo zachowały też pewną soczystą świeżość. Im nie mam nic do zarzucenia. Także ich ilość wydała mi się odpowiednia jak na czekoladę z orzechami - nie za mało, nie za dużo. Okazało się, że kawałków dodano nawet więcej, niż całych. Stanowiły jakiś przerywnik od tłustości, choć ja i tak zostawiałam je na koniec. Sól raczej nie występowała osobno, a idealnie wymieszana z masą. A jak już, to w postaci integralnych drobinek.

W smaku czekolada od pierwszego kęsa przytłoczyła mnie cukrową słodyczą. Zaraz otoczyło ją jednak masło oraz sporo mleka. Przywitała mnie lekka słonawość, podkreślająca ogólną maślaność. Pomyślałam o naturalnym toffi-karmelu. Miało to wiejski, swojski klimat i trochę naturalnie orzechowych zapędów, które rozkręcały się z każdą sekundą. Czekolada sama w sobie przesiąkła orzeszkami ziemnymi, ale smakiem wiodącym była słodycz. To jednak nie stanęło na drodze myśleniu o Snickersie (wręcz przeciwnie). Do cukrowości dołączyła wanilia i razem zaczęło to drapać w gardle.

Po paru chwilach wysoka fistaszkowość czekolady wyraźnie podbita została smakiem dodatków. Nie musiałam ich rozgryzać, by poczuć prażone i intensywne orzeszki. Słonawość świetnie je podkreślała, a maślano-cukrowa czekolada oplotła je, że myśli o czekoladowej wersji Snickersa nie sposób się wyzbyć. Takiego dobrej jakości, maślanego i dość słonego.
Ciumkane i rozgryzane bliżej końca oczywiście zaserwowały pełnię swemu smaku. Mieszając się z maślanością i mlekiem z otoczenia rzeczywiście zaraz odbiły w kierunku masła orzechowego, ale bardzo, bardzo skojarzeniowo.

Sztuki porozgryzane na koniec oczywiście przejmowały dowodzenie, zerowały zasłodzenie i przygłuszały sól.

Po zjedzeniu i tak czułam przecukrzenie, mimo szczypty soli i mocnego posmaku fistaszków. Podobnie z maślanością, także tłustą konsystencją - mimo że podczas jedzenia orzeszki ziemne odciągały od tego uwagę.

Całość wyszła całkiem w porządku, jak na zwykłą mleczną czekoladę z orzeszkami. Przecukrzona, a jednak smakująca całkiem zacnie. Orzeszki fajne, bo nie karmelizowane, nieprzeprażone, ale też nie jakieś wyjątkowe. Z solą trafili. Co jednak z tego wszystkiego, jak koło masła orzechowego to nie stało? Robiąc czekoladę PB nie wpadłabym, by po prostu dodać orzeszki. A tak... mam wrażenie, że gdybym kupiła fistaszkową czekoladę no-name, efekt mógłby być podobny. Zasłodzona czułam się bowiem już po dwóch kostkach, a po pasku jakoś nie miałam ochoty na więcej. W sumie takiej nawet w góry bym nie wzięła, bo kac cukrowo-solny murowany. Oddałam Mamie.
Może i snickersowy motyw wyróżniał ją nieco ponad przeciętność, ale z kolei to, że miało być masło orzechowe, nie pozwala mi jej chwalić za takie rzeczy. Szczerze? Czuję się oszukana. Myślałam, że "całe prażone fistaszki" w składzie to np. że zostały całe uprażone i np. zmielona na masło orzechowe, a nie że np. nie prażyli wcale, wyprażyli już zmielone albo np. prażyli kawałki (chyba jest różnica, w jakiej formie się praży?). Poza tym... napisali, że całe, a kawałków było nawet więcej niż całych.
Niestety, od momentu, w którym Mama zjadła swoją część do tego, w którym zapytałam o opinię, zdążyła... ją trochę zapomnieć: "Już mało co pamiętam, ale chyba niezbyt mnie zachwyciła. Taka ot, zwyczajna".


ocena: 5/10
cena: 5 £
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, wanilia), 32 % całe prażone orzeszki ziemne, różowa sól morska himalajska

czwartek, 25 lutego 2021

Cocoloco Chocolates Salted Caramel 43 % Venezuela mleczna z Wenezueli z solonym karmelem / toffi

Po rozczarowaniu, jakim okazały się nadziewane czekolady Chocoloco, uznałam, że lepiej im nie dokładać i nie czekać do upałów, a zjeść w warunkach... przynajmniej gdy o temperaturę chodzi to rozsądnych. Z każdą otwieraną nadziewaną autentycznie bałam się, co znajdę w środku. Także tę w takim razie zjadłam dość szybko po zakupieniu. Nie ukrywam, że od dawna chodziła za mną ciemna nadziewana karmelem, bo dawno takiej nie jadłam. Niestety, mimo że zamawiałam ciemną, przysłali mleczną i cóż... nie zapowiadało się na degustację w moim stylu. Przeczucie, że nadzienie i tym razem może okazać się tragedią nie pomagało. Było mi więc przykro już w momencie sięgania po czekoladę.

Cocoloco Chocolates Salted! Salted Caramel 43.5 % Venezuela to mleczna czekolada o zawartości 43,5 % kakao z Wenezueli nadziewana śmietankowo-maślanym karmelem z solą (ja powiedziałabym, że solonym toffi).

Po otwarciu poczułam mocno mleczny, niemal śmietankowy zapach o wyraźnie orzechowo-palonym zabarwieniu. Wydało mi się to naturalnie wiejskie, siankowe i słodkie w sposób karmelowy. Po podziale jednak sytuacja się skomplikowała, bo czułam raczej palone masło niż karmel. Snuła się w tym odrobinka soli podkreślająca wiejskość, naturę i mylnie podpowiadająca mleko inne, niż krowie.

Tabliczka była pęknięta, a pazłotko od środka całościowo minimalnie lepkawe; całość zaś wydała mi się nieco zawilgocona, co obudziło we mnie strach, co dalej. Przy podziale nie trzaskała mimo twardego spodu-denka, wykazując nawet skłonności do "łamliwego rwania się" (choć miękka w zasadzie nie była). Góra zachowywała się jak chrupko-łamiąca się polewa, która rozjeżdżała się w obrębie poszczególnych kostek, uwalniając nadzienie.
Karmel był gęsto-miękki i oblepiał wszystko. Nie ciągnął się jednak, ani się nie lał. Taka bardziej zastygła niż płynna forma zaskoczyła mnie pozytywnie.
To jednak i tak kolejna beznadziejnie nadziana tabliczka tej marki - karmel dodano do środka po całości, nie zważając na podział na kostki, a brzegowe części prawie w ogóle karmelu nie posiadały.
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, niby kremowo, a trochę jak gładko-plastikowa polewa. Tłustość wydała mi się aż śliska. Obok niej odnotowałam lekką wodnistość, choć w końcu udało jej się nieco zgęstnieć i zalepić.
Karmel wyciskał się z niej niby łatwo, ale nie za szybko, po czym jakoś tam zalegał. I tak jednak znikał szybciej od niej. Był gęstawo-lepiszczy, choć wciąż miękki i minimalnie ciągnący. Przypominając w tym "karmel" z niektórych batonów. Wydał mi się lekko chropowato-grudkowaty, a jednak gładki i w porywach śliskawy. Potem zwróciłam też uwagę na śmietankowo-maślaną tłustość, ale nie męczyła mnie. Wręcz przeciwnie. Struktura nadzienia spodobała mi się. Niestety po nim czekolada zalegała jak plastikowo-lepka grudko-masa.

Już sama czekolada przywitała się mnóstwem cukru i wanilii. Była przecukrzona, że aż wydawała się zrobiona z cukru, mimo że plątał się w niej toffi-orzechowy motyw. Leciutko palony i wpisany w wysoką maślaność. Mleko zaznaczyło się dopiero za nim. Szybko zaczęło to drapać w gardle. Nawet części bez nadzienia miały posmak toffi, więc cały czas się zastanawiałam, czy sama czekolada nim smakowała, czy przesiąkła.

Nadzienie dopiero po chwili właśnie mleczność rozkręciło. Na fali śmietanki wniosło jeszcze więcej słodyczy, mimo że samo w sobie aż tak mocno słodkie nie było. Jego słodycz wydała mi się niecodziennie palono-waniliowa. Po paru chwilach (mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa) na moment nadzienie prawie zrównało się z czekoladą.
Wyraźniejsza zrobiła się maślaność, czułam bardziej palone masło, mało słodkie toffi, także mieszające się z cukrowością czekolady (chyba głównie od niej cały czas pochodziła słodycz) i nutą... takiej wiejskiej naturalności? Innego mleka? Raz po raz przeplatała to sól, w ilości małej, ale wyczuwalnej. Podkręcała łagodne, śmietankowo-maślane karmelo-toffi i orzechy. Niestety wszystko to tonęło w cukrze, który skutecznie zagłuszał to, co ciekawe.

Bliżej końca po wyeksponowaniu nadzienia, wróciła czekolada. Kontrastowo wyszła jeszcze bardziej cukrowo. Wydała mi się bardziej maślano-orzechowawa (za nijako na "orzechowa"), słodka do bólu i nieco nijaka, odlegle mleczna.

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie, posmak wanilii i śmietankowo-maślany, wyraźnie solono-palony splot. Nie było to może czyste toffi, ale karmel też nie. Trochę nie wiadomo co, z pogranicza tego i... goryczka. Akurat to jednak nie było nieprzyjemne.

brzegowa prawie nienadziana
Całość zaskoczyła mnie. Przecukrzona, że aż niezjadliwa była sama czekolada. Nadzienie okazało się intrygujące. Bardzo naturalne, jakby domowe. Jak toffi tylko że... właśnie o niskiej słodyczy. Mimo to, czekolada dała radę je zacukrzyć. Szkoda, bo chciałabym móc mu się przyjrzeć. Wprawdzie z tyłu głowy dręczy mnie myśl, czy przy większej ilości nie zaczęłoby mi w nim coś przeszkadzać. Sól podkreślała naturalność, wiejskość i wcale autorytarnych zapędów nie miała, co mnie przekonało.
Niestety jednak forma uniemożliwiła mi w pełni cieszenie się z degustacji. Rozwalanie się irytowało, a rozmieszczenie nadzienia i jego skąpa ilość w stosunku do cukrowej czekolady to jakaś pomyłka. Jemu potrzeba lepszej otoczki!
Mimo że nie lubię toffi, to tutaj - bo właśnie karmelem tego za nic nie mogę nazwać - wydaje się naprawdę dobrze zrobione i ciekawe, jednak... niestety czekolada i jej cukrowość za bardzo cały czas dominowała. Przez to nawet połowy nie zjadłam; 13 kostek powędrowało do Mamy. Jej z kolei sama czekolada smakowała bardziej niż nadzienie: "ono jakieś dziwne, jestem do niego nastawiona bardziej na nie, niż na tak. No ale dobrze no... jadłam sobie, jadłam i nagle na wielką grudę soli raz trafiłam. To nie było fajne, wolę zwykłe nadziewane karmelowe Milki". I zgodziłyśmy się, że wykonanie, a więc rozmieszczenie nadzienia było beznadziejne w konsekwencji czego nawet żadna z nas nie umiała tabliczki całościowo ocenić. Uznałyśmy, że może i naciągane, jednorazowe 5 się należy.


ocena: 5/10
cena: 5 £ (zwrócili mi za pomyłkę)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, wanilia), nadzienie 20 % (śmietanka, ziarna wanilii, cukier puder, płynna glukoza, solone masło)

sobota, 20 lutego 2021

Cocoloco Giant 80 % Ugandan Dark Chocolate Buttons ciemna z Ugandy

Kakao z Ugandy przypadło mi do gustu dzięki swojej prostocie. W końcu... próbowałam je właśnie w wydaniu dość prostych czekolad, dobrych, ale nie z najwyższej półki. Chciałam mieć coś... innego w tym guście, zwyczajnie-smacznego, może nawet nudnego. Na to się pisałam. Patrząc na ofertę Chocoloco z bólem odnotowałam, że nie mają niektórych czekolad o danej zawartości jako tabliczki, a jako guziki. Z braku laku na jedne takie się zdecydowałam, bo pamiętałam, że kiedyś dostałam z Sekretów Czekolady setkę Menakao w takiej formie i też było spoko, mimo że oczywiście wolę tabliczki. Ich opakowania wyglądają prawie tak samo, różnią się jedynie kolorami wstążek (że też akurat w przypadku interesującej mnie zawartości i pochodzenia musiało paść na różowy...).
Dopiero już podczas przyglądania się opakowaniu tknęło mnie: czy to aby nie przypadkiem jakaś czekolada do pieczenia / roztapiania / fontann? Skład natychmiast wydał mi się podejrzany / pomylony, więc natychmiast skonsultowałam z producentem. Co usłyszałam? "Nasza czekolada 80 % zawiera trochę cukru, a składy są jak najbardziej prawdziwe, tylko że niekoniecznie pierwszy składnik na liście jest tym, którego w czekoladzie najwięcej". Potem przyznali mi rację i napisali, że poprawili, a wszędzie długo nadal widniało to samo... aż w końcu zmienili - jak widać, miazga miazdze nierówna. Ręce mi opadły; nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Ludzie...

Cocoloco Giant 80 % Ugandan Dark Chocolate Buttons to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao forastero z Ugandy.

Po otwarciu trafiłam na wyrazisty, ale raczej spokojny zapach ziemi i przypalonego, wręcz odymionego ciasta. Oczami wyobraźni zobaczyłam jakieś kapcio-babki, ciasta cytrynowe z kwaskawymi masami... Bo właśnie całkiem sporo soczystości czułam: cytryny oraz czerwone... nie tylko owoce ogółem (powiedziałabym, że słodkie truskawki i wiśnie), ale też wyraźnie cytrusy (grejpfruty może?). W tle niepewnie przewijały się orzechy ziemne i brazylijskie.

Guziki ładnie nie wyglądały. Skojarzyły mi się z szarymi od tłuszczu, tandetnymi pseudo czekoladowymi monetami. Szarość jednak znikała po jednym przeciągnięciu palcem (producent tłumaczył, że "w paczce krążki po prostu ocierają się / obijają jeden o drugi").
W dotyku wydawały się polewowo-tłuste, przy łamaniu lekko pykały, jakby zapowiadały miękkawość. Obstawiam, że złożyły się na to rozmiar i cienkość, ale też sama konsystencja. Przy robieniu kęsa nie słychać chrupania; miałam za to wrażenie, że wgryzam się w taflę z twardego masła.
W ustach rozpływały się w średnim tempie, ale raczej szybko niż wolno i bez oporu. Miękły i gięły się, co zupełnie nie pasowało do tej zawartości kakao. Okazały się tłuste (w pierwszej chwili jak chłodne masło) i odrobinę zalepiająco-maziste jak pozornie gładko-tłuste ulepki. "Pozornie", bo z czasem wykazywały wysoką talkowość. Znikały przeistaczając się w lepko-tłustawą zawiesinę, pozostawiającą trzeszcząco-pylisty efekt.

Smak dobrze odzwierciedlał zapach, bo najpierw przedstawił się jako delikatnie wręcz słodziutki, maślany, trochę waniliowy, a dopiero potem nieśmiało kwaskawy i gorzkawy. To zaś przełożyło się na skojarzenie z ciastem cytrynowo-maślanym. Maślaność wydawała się lekko przykrywać większość nut.

Słodycz opływała cytrusy ze wszystkich stron i przenikała je. Pochodziła z nich i zabarwiała je. Czułam dojrzałe, słodkie pomarańcze i mieszaninę owoców czerwonych - wciąż cytrusowych (grejpfrut? pomarańcze czerwone?), ale i jako inne owoce. Te cechowała już wyraźniejsza słodycz, acz też pewien kwasek. W pewnej chwili wyraźniej poczułam cytryny, a zwłaszcza ich goryczkowate skórki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa na mocy przybrała gorzkawość. Wyrazisty palony charakter podyktował ciastu trochę ciemniejszy kolor, przypalił je nieco i odymił, a sam podrzucił orzechy. Podprażone fistaszki, tłuste orzechy brazylijskie chwilowo wyszły na przód. Mieszała się z nimi ziemia i smak... tak palony, że aż zwęglony. Czułam węgiel. Czarny węgiel splatał się z czarną, wilgotnawą ziemią, serwując gorzkość, wciąż jednak w realiach przystępnych.

Potem orzechy zaczęły się zmieniać w tłuste masy. Orzeszki ziemne i brazylijskie jako... nie tyle miazga z nich, co coś maślano-nugatowego, może jak smarowidło orzechowo-czekoladowe, ale z nich. Zaraz też doszukałam się chyba laskowców, albo niejednoznacznego orzechowo-czekoladowego kremu. Nagle z kremu wyłoniła się przesadzona słodycz. Wciąż przejawiała się przez to ziemistość, lekka pikanteria i węgiel. Bliżej końca w niej umiejscowił się kwasek. Odkryłam tam słodko-podfermentowane czerwone owoce. Obstawiałabym przejrzałe wiśnie i truskawki. Ziemistość wyjątkowo zgrabnie związała je z orzechowymi nutami. Pomyślałam o jakimś cytrusowym cieście. Wszystko to jednak zakrywała maślaność i smakowa tłustość / mdławość oraz węgielne nuty.

W posmaku pozostały czerwone owoce i soczyste cytryny, a także mnóstwo orzechów w wydaniu przesadnie zasłodzonym w sposób prosty. Nie podobało mi się też, że było to jakby rozmyte maślanością smakową, bardzo złączoną z tą fizyczną, wyczuwalną na ustach. To jednak także całkiem nieźle ziemiście-węgielny smak. Ten drugi czynnik podkreśliła strukturalna talkowość.
Nie utrzymywał się specjalnie długo.

Całość wydawała mi się smaczna, ale bez życia. Mocne nuty utemperowano maślanością i słodyczą: za dużo tu ciastowości i tego, że orzechy wystąpiły jako kremy. Cytrusowość, wiśnio-truskawki i ziemistość, węgiel wydawały się głównymi nutami, ale popalić nie dały. Cały czas mówić można jedynie o gorzkawości, nie gorzkości. Konsystencja mi się nie podobała zupełnie - miękko-tłusto i talkowo? Ulepkowato? Nie dla mnie! W swej miękkości przypominała aż nadziewane Terravity 70 % (nadziewanym to jeszcze uchodzi). Dobrze jednak, że przynajmniej ta talkowość znalazła jakieś powiązanie z węglem, więc aż tak źle nie było.
Mimo że nie bardzo owocowa, była zdecydowanie najbardziej owocowa ze wszystkich jedzonych dotąd czekolad z Ugandy. Tamte (Tesco finest i Cachet) to mocniejsze orzechy (też jako kremy), miody, przyprawy... Cocoloco wyszła... prawie głęboko, ale właśnie z głębią stłumioną i zasłodzoną.
Nie podoba mi się także forma - wolałabym tabliczkę, ale w sumie... widziałam, co kupuję, stąd i połówka. Co innego, że 80 % kakao z Ugandy u nich po prostu jako tabliczka nie występuje, a uwierzę, że w innej formie mogłoby wyjść nieco lepiej - może do 7 by wyciągnęło?


ocena: 6.5/10
cena: 3,99 £ (za 130g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład (z opakowania): cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, wanilia
Skład (ze strony): miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, wanilia

poniedziałek, 15 lutego 2021

Cocoloco Chocolates Honey 43 % Venezuela mleczna z Wenezueli z miodem

Uwielbiam miód gryczany, a miód ogółem raczej lubię. Nie każdy, nie wszędzie, ale w dzieciństwie często go jadłam (i właśnie przeważnie ze wsi od dziadka, a więc żaden "wyselekcjonowany") - obecnie nie jem posiłków na słodko, więc i z mojej diety wypadł. W czekoladach... to już kwestia dyskusyjna. Większość próbowanych miodowych była niesmaczna, choć Zotter Honey Nuts czy Cinnamon Apple + Honey przypadły mi do gustu. W czekoladach z miodem mam problem w kwestii formy. Odpowiedniej sobie jakoś znaleźć nie mogłam. Nawet Vosges 100 % Raw Honey jakoś niespecjalnie do mnie przemówiła. Dzisiaj opisywana trafiła do mnie zupełnie przypadkiem, ale... to chyba przeznaczenie (puszczam oko, bo nie wierzę w przeznaczenie). Otóż zamówiłam ciemną nadziewaną z miodem, bo pomysły na nadzienia tej marki bardzo mi się podobały. Pomylili się jednak i wysłali mleczną. Oczywiście sytuację wyjaśniłam i otrzymałam także ciemną (pokryli drugą przesyłkę, a mleczna wpadła jako bonus). To z kolei ucieszyło mnie podwójnie, bo trafiła się świetna okazja, by porównać. Jak tak dłużej pomyślałam... no właśnie: która czekolada bardziej Wam pasuje do miodu? Mleczna czy ciemna? Ja w końcu nie wiedziałam i liczyłam, że to porównanie da mi szansę na wyrobienie opinii.
Przez traumę związaną z rozwaloną Orange Whisky Marmalade otwierając bałam się jednak, że opis "Two sheets of our delicious milk chocolate encase a river of rich local honey" w moim przypadku będzie zbyt dosłowny i zobaczę miodową powódź.

Cocoloco Chocolates Honey 43.5 % Venezuela to mleczna czekolada o zawartości 43.5% kakao z Wenezueli nadziewana miodem wielokwiatowym.

Zaraz po otwarciu poczułam intensywny, "wiejski" zapach szlachetnej mlecznej czekolady, kojarzący się z mlekiem owczym, oraz miodu, otwierający drogę bezkresnej słodyczy. Miód jasny i aż drapiący w nosie tutaj w głowie utworzył mi obraz miodu z twarożkiem. Rozchodził się na tle cukrowej, maślano-mlecznej czekolady z subtelną, palono-orzechową sugestią.

W dotyku czekolada wydała mi się suchawa, być może proszkowa, ale nie miękka, a twarda. Niestety jednak zupełnie jak polewa, a więc chrupko trzaskająca, a zarazem krucha.
Gruby spód-denko był twardy, góra zaś łamała się jak polewa na lodach, niespecjalnie po liniach podziału. Miejscami się rozjeżdżała, przez co nadzienie, a więc prawie zupełnie płynny, minimalnie gęstawo-scukrzony miód wypływał i oblepiał wszystko dookoła. Był w końcu miodem. Nie podoba mi się to, jak ich tabliczki są nadziewane: płyn wypełnia środek całej tabliczki, nie zaś poszczególne kostki, a w dodatku te brzegowe - bardzo skąpo (w tym przypadku prawie w ogóle nie było w nich nadzienia, czyli miodu). Z miodem zupełnie się to nie sprawdziło. Tego dosłownie jeść się po ludzku nie dało!
W ustach czekolada rozpływała się powoli, ale zupełnie bez oporu. Była jak gładko-plastikowa, tłusto-kremowa polewa o ukrytej proszkowości, która rozpuszczała się w wodnisty sposób. Miód wyciskał się spod niej szybko i szybciej też znikał. Po nim zalegała w ustach długo jak bezsensowna grudka.

W smaku sama czekolada wyszła bardzo słodko za sprawą cukru i wanilii. Trochę przesiąkła miodem, więc w swej słodyczy wyszła aż mdło. Poczułam w niej wprawdzie też kwiatowo-orzechową nutę, ale stała daleko za zasłodzeniem wypranym z charakteru. Z czasem jej lekka orzechowość osiadła w palono-maślanym motywie, ale nie dała rady przełamać słodyczy. Mleko z kolei było niby wyczuwalne, ale też zbyt nieśmiałe. Wyraźniej nuty (zwłaszcza palone orzechy) prezentowały się we fragmentach oddzielonych od nadzienia lub go pozbawionych.

Miód szybko wychodził na pierwszy plan, gdy tak rozlewał się po ustach. Był oczywiście bardzo, bardzo słodki i drapiący w gardle. Przy niektórych kęsach / kostkach natychmiast wypływał na usta i w zasadzie... prześcigał nawet czekoladę swym straszliwie słodkim i mocnym smakiem.
Czuć, że dodano w pełni naturalny, najprawdziwszy. Jakiś jasny (osobiście postrzegam jasne miody jako czasem mdławe w swej słodyczy - nie inaczej było z tym). Wielokwiatowy, a więc po prostu słodki, nie zrobił na mnie wrażenia, ale przez moment dominował i wtedy podkreślił wanilię oraz "wiejską" nutę mleka innego, niż krowie.

Po jego zniknięciu czekolada sama w sobie wydała mi się bardziej maślano-mleczna, chwilowo sugerująca sól. Potem jednak przełknęłam ślinę i robiło się nijako na smak. Cukrowość i ogólna słodycz drapała w gardle, czekolada straciła impet, ale czymś delikatnym pobrzmiewała do końca - taką bardziej mleczną polewą? Słodką maślaność i mleko otulały kwiaty. Powtarzało się to przy każdym kęsie.

W posmaku pozostał przede wszystkim wyrazisty miód, także jako ogólne słodkie drapanie, ale i palono-suchawy motyw orzechów, złączone mlecznością. Wyszło... Za słodko i trochę uroczo, , trochę szlachetnie, a jednocześnie tak naprawdę ani w 100%-ach uroczo, ani szlachetnie.

Całość wyszła za słodko i nudno w tym. Wyrazisty i naturalny smak miodu byłby pożądany, gdyby zastosowali tu jakiś ciekawszy niż po prostu słodki wielokwiatowy. Tak wysoce słodka czekolada zatraciła inne walory, a przypominanie polewy jej nie pomogło.
Struktura i forma wyszły beznadziejnie.
Niby nie zła, z pomysłem, ale zupełnie do mnie nie trafiła, irytowała mnie i męczyła. Ona... w ogóle nie nadawała się do jedzenia przez formę. Mogło być tak pięknie, gdyby nadziali osobno każdą kostkę!
18 z 24 kostek poszła do Mamy. Mamę zachwyciła. Przede wszystkim: "Czuć tę jakość... to połączenie i tej słodyczy, i takiej nawet... jakby gorzkości, ale szlachetnej! Nie, gorzkość to powiedziane za dużo, ale czuć taką głębię, nutę jakąś w samej tej czekoladzie. I jeszcze miód sam w sobie jaki przepyszny. Prawdziwy i taki... naturalny, cudowny! Całość pyszna, ale rzeczywiście... rozwala się to i aż trudno jeść. Ale jakość powala! I potem jak swoje lody jadłam to kontrastowo mnie ich taniość powaliła." Oburzyła się, że wystawiłam tak niską ocenę.


ocena: 5/10
cena: 5 £ (mi wpadła gratis, bo wysłali zamiast ciemnej)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, wanilia), naturalny miód wielokwiatowy 10 %

czwartek, 11 lutego 2021

Cocoloco Chocolates Lemon Curd 64 % Peru ciemna z cytrynowym nadzieniem

Drugą tabliczką, którą postanowiłam zjeść od Chocoloco, była właśnie ta z paru powodów. Raz, że bałam się, iż również mogła ulec zniszczeniu przez formę (nadziewane, delikatne wnętrze), a dwa... po prostu bardzo, bardzo mnie ciekawiła. Samo w sobie lemon curd jako masa z cytryn, nie wydaje mi się czymś moim - nie wyobrażam sobie, do czego mogłabym to jeść, ale! Jako smak? Bardzo mi się podoba. Nieciastowa ja, bardzo polubiłam nawet ciasto z tym związane, lemon bar (odkryte w nieistniejącym już krakowskim Sweet Life a odtwarzanym przez mojego ojca ze specjalną modyfikacją pode mnie). Niestety, Zotter mający reprezentować lemon curd (Lemon Curd + Orange Lord) okazał się wielkim rozczarowaniem. A rozochocił mnie na taką właśnie czekoladę. Zerknąwszy na skład tej, z goryczą pomyślałam, że coś ostatnio dużo tych czekolad z jajami (huehue) mi się trafia (nawiązuję do Fossa Salted Egg Cereal). Czy wreszcie miałam dostać wymarzoną tabliczkę?

Cocoloco Chocolates Lemon Curd 64.5 % Peru to ciemna czekolada o zawartości 64.5% kakao z Peru nadziewana "lemon curd", czyli masą cytrynową na bazie jaj.

Gdy tylko rozchyliłam złotko, poczułam wyrazisty zapach cytrynowo-maślany, jednoznacznie kojarzący się z ciastem lemon bar i właśnie masą lemon curd, otulonych intensywnie paloną, ale jednocześnie cukrową nutą. Była to gorzkość czekolady o dymno-orzechowym, trochę palono-ciastowym charakterze. Całość wydała mi się soczyście-kwaśna i zarazem cukrowa za sprawą czekolady.

Tabliczka z jednej strony była twarda za sprawą grubej, twardej i trzaskającej czekolady - zwłaszcza spodu, a z drugiej... delikatna. Łamała się nie po liniach kostek, wierzch się wgniatał jak chrupka polewa na lodach na patyku, a nadzienie wyciskało się. Dodano je w beznadziejnej formie: nie do każdej kostki osobno; biegło przez cały środek (a w brzegowych kostkach prawie go nie było), przez co po ludzku nie da się tego połamać.
Nadzienie było bowiem półpłynne, jak gęstawy, bardzo lepki sos.
W trakcie jedzenia czekolada wykazywała tłustą polewowość, była raczej gładka i zmieniała się na niezbyt gęstą zawiesinę. Kryła się w niej lekka talkowość, ale kawałek czekolady i tak wydawał się tłusto-śliski.
Nadzienie, które z niej wypływało znikało oczywiście o wiele szybciej, mimo oblepiania wszystkiego, co napotkało na swej drodze. Było lepkie i ślisko-gładkie, dość tłustawe, ale i tak bardzo, bardzo soczyste.

W smaku czekolada zaserwowała mi ogrom cukru i gorzkość dymu. Dołączyła do tego lekka cierpkość, która zawiązawszy te nuty, zasugerowała likier, coś alkoholowego i przesłodzonego. W cierpkości doszukałam się kwaskawo-soczystego motywu, ewidentnie cytrynowego. Płynął z samej czekolady, ale niewątpliwie podkreśliło go nadzienie, którym czekolada częściowo przesiąkła.

Ono podkręcało kwaśność właśnie. Okazało się zachwycająco naturalnie cytrynowe, kwaśno-soczyste, jakby lekko tylko dosłodzone (w składzie w ogóle nie jest) i stonowane nutami jajeczno-neutralnawą i maślaną. Gdy nieco rozeszło się po ustach, dołożyło jeszcze goryczkę skórek cytrynowych. To... dosłownie definicja cytrynowej masy, kremu o nieprzesadzonej słodyczy. Właściwie, samo w sobie nie było słodkie, ale czekolada mu dopomogła. W pewnym momencie (po około 1/3 tabliczki?) wydało mi się jednak... zaskakująco jajeczne właśnie.

Maślana nutka kremu podkreśliła polewowość czekolady, jej przeciętna cierpkość wyszła topornie, ale z kolei nuta dymu i cytrusów ładnie związała się z nadzieniem. Cytryny świetnie łączyły się z dymem i cytrynowo-kakaowymi nutami, zostając w tym splocie aż do końca. Tu jednak przesadzona cukrowość, chyba na zasadzie kontrastu, znów wyszła zbyt napastliwie. Chociaż... wanilia mi chyba też w pewnym momencie mignęła.

Na samej końcówce czekolada wróciła na pierwszy plan. Potwierdziła swoje przeciętne przecukrzenie, ale i gorzkość dymu.

Po zjedzeniu pozostał kwaśno-gorzki posmak cytryn i goryczkowatego kakao w wydaniu niemal cukrowo-likierowym. Czułam się zalepiona i zatłuszczona czekoladą, przesłodzenie czekolady dawało mi się we znaki, ale na szczęście w ustach czułam cytrynowe orzeźwienie. Dziwna była za to nuta jajeczno-maślana, także utrzymująca się. Kojarzyła się trochę ciastowo-deserowo.

Czekolada na pewno była ciekawa i smaczna, naturalna. Czy jednak zachwycająca? Nie, raczej jako ciekawostka do jednorazowego podziwu jako dziwną i inną. Kakao z Peru o cytrynowo-dymnych nutach na pewno pasowało do cytrynowego nadzienia, ale jakość samej czekolady nie była za wysoka. Nadzienia za to jak najbardziej, z tym że... wolałabym je chyba bardziej cytrynowe, niż tak jajeczne i zupełnie inaczej rozmieszczone.
Podoba mi się pomysł wypełnienia czekolady czymś takim, bez żadnych mousse'ów czy kremów, ale znów - nie podoba mi się "grube denko", cieniutki wierzch i bezsensowne wtłoczenie nadzienia, bo tego nie da się czysto łamać i jeść.
Z potencjałem, ale do dopracowania.

Może i niepotrzebnie porwałam się od razu na całą tabliczkę, ale z racji formy i rozwalenia w sumie nie miałam wyjścia, w efekcie czego od cukru i żółtkowego smaku nadzienia pod koniec aż mnie zmuliło (pomarańczowa była jakaś bardziej wyważona w tym wszystkim) i ze 4-5 kostek oddałam Mamie "na zatracenie". Ona podeszła do tego jak do ciekawostki (bo nienawidzi ciemnej czekolady) i stwierdziła (bez zaskoczenia), że jej czekolada o wiele za gorzka, ale "ogólnie ciekawa", ze smakiem wylizała środki kostek, trochę czekolady przegryzła i uznała, że to było "kwaśne bardzo, ale smaczne" (jajeczności aż tak jak ja nie czuła, ale trafiły jej się kostki z małą ilością nadzienia). "Czuć jakość, że dobra jakaś i na pewno niecodzienna".


ocena: 6/10
cena: 5 £
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ciemna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, wanilia), masa cytrynowa "lemon curd" 10 % (jaja, masło, skórka cytryny, cytryna)