Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: smakowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: smakowy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lipca 2026

krem GymBeam Hazelnut Butter + Protein + Cocoa / Białkowa Pasta z Orzechów Laskowych

Jestem bardzo sceptyczna do produktów białkowych. W zasadzie do wszystkich zachwalanych jako 
funkcjonalne... Sama nie kupiłabym kremu czekoladowego proteinowego, który miałby w składzie podejrzane składniki, po których nie wiem, czego się spodziewać. Tak było właśnie z białkiem WPC. To kompletnie nie moja kategoria produktów. A jednak... lubię naturalne kremy orzechowe czekoladowe. Markę GymBeam bardzo polubiłam i weszłam z nimi we współpracę. Uznałam, że w jej ramach mogę dać szansę produktowi potencjalnie nie w moim typie. "Potencjalnie", bo na dobrą sprawę, wiedziałam, że GymBeam umieją zrobić naprawdę dobry krem. Założyłam więc, że może i białkowy wyda mi się udany.

GymBeam Hazelnut Butter + Protein + Cocoa  / Białkowa Pasta z Orzechów Laskowych to kakaowy krem z orzechów laskowych z białkiem GymBeam WPI, czyli izolatem białka serwatkowego.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu poczułam się, jakbym wąchała wafelki z kremem kakaowym, który miał szarawo-jasnobrązowy kolor i oddzielał od siebie blade, lekko wypieczone warstwy waflowe. Jeśli był oblany czekoladą, to tylko delikatnie po bokach. Taką słodką, niby cierpkawo kakaową, ale nie gorzką. Po chwili pomyślałam, że mógł to być wafelek z kremem kakaowo-orzechowym, bo orzechy laskowe zaprezentowały się całkiem przyzwoicie. Czuć naturalnie słodkawe prażone laskowce, ale niestety trzymało się ich metaliczne, sztuczne echo.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju. Zlałam jakieś 6,5 łyżeczki, a wymieszałam łyżeczkę.
Mieszanie nie było trudne, bo mimo wysokiej gęstości, krem cechowała miękkość. Wyglądał na zwięzły, ale nie zbity. Widać w nim też sporo drobinek i kropeczek skórek, które obiecywały miazgowy efekt.
W ustach krem od razu przedstawił się jako miękki i... aksamitny, ale tylko początkowo. Był masywny, gęsty, wręcz przytykający. Trochę oblepiał zęby, mimo że nie gryzłam. Wydawało się, że jeszcze gęstniał, po czym rozpływał się w średnim tempie. Raczył mnie wtedy efektem miazgowym, a także średnią tłustością. Szybko się jednak okazało, że to dziwna miazgowość. Nie wynikała bowiem tylko z drobinek orzechów. Krem powoli zmieniał się w zawiesinę drobinek orzechów oraz miękkich, lepkich kulek-zbitek proszku. Czuć w nim też proszkowość, która próbowała chować się w miazgowym efekcie. Miał w sobie też sporo z mleka w proszku, rozpuszczającego się w lepkim stylu oraz trochę ze trochę scukrzonego miodu.
Na koniec w ustach zostawały w dużej mierze drobinki orzechów, ale często też te drobinki zlepki proszku. Gryzione wydawały się miękko-gumiaste i wciąż lepkie.
Gryzione na koniec kawałki cechowała chrupkawość i delikatność. Były delikatne, mimo że wymagały ciamkania.
Zostawił po sobie trochę wręcz ściągające (od proszku? słodziku?) wrażenie.

W smaku od razu rozbrzmiała słodycz, kierująca moje myśli ku nieco przesłodzonemu wafelkowi. Przemknęła sztuczna... wanilina?... a potem umocniła się wizja wafelka z bladymi, słabo wypieczonymi warstwami waflowymi, poprzekładanymi jasnobrązowym, szarawym kremem kakaowym. Kremem zdecydowanie przesłodzonym i niegorzkim.

Wafelka uczepiła się sztuczność, kierująca go w tanim kierunku. Kakao zdobyło się na trochę cierpkości, sugerując, że może wafelek oblano po bokach... nie tyle czekoladą, co polewą kakaową.

Zaraz jednak do gry dołączyły orzechy. Dołożyły się do słodyczy, podrzucając jeszcze skojarzenie z niezbyt udaną podróbką Kinder Bueno. W tle zaznaczył się mleczny motyw... Niezupełnie jednak mleko. Bardziej coś z mlekiem w proszku.

Orzechy laskowe cały czas wiązały się ze słodyczą, ale po paru chwilach zmieniły jej wydźwięk za sprawą swej autentyczności. Wysoka słodycz w dużej mierze przeszła w naturalnie orzechową, acz... im więcej jadłam, tym bardziej i szybciej zaznaczał swą obecność słodzik. Prażone orzechy laskowe nie próżnowały, starały się jak mogły wyjść na prowadzenie. Acz nie udawało im się.

Niestety, dość długo i ich trzymało się sztucznawo-metaliczne echo. Cały czas czułam przesłodzonego, taniego wafelka, ale już bardziej kakaowo-orzechowego. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji słodycz przestała na trochę rosnąć rosnąć. Orzechy laskowe walczyły o dominację, ale trudno było skupiać się tylko na nich.

Słodycz na nowo zaczęła rosnąć, tym razem za sprawą słodziku.

Wafelkowy, przesłodzony motyw zaczął przejawiać coraz bardziej mleczne skłonności. Do głowy przyszły mi... kakaowo-orzechowe płatki śniadaniowe, które zdążyły zabarwiły już i zasłodziły mleko. Mleko po płatkach ze sztuczną słodyczą i niegorzkim, ale takim "komercyjnym" kakaowym smakiem przeszkadzały laskowcom.

Słodycz słodziku nagle wyrwała się na przód. Zrobiło się zdecydowanie za słodko i aż mało orzechowo. Słodycz podchwyciła metaliczność i dodała do niej chłód. Słodzikowy motyw zmieszał się z lichym kakao i orzechami, które z czasem wydały mi się zrezygnowane. Słodzikowość i jakby mdło kakaowy, słodzikowy krem z jakiś bezcukrowych wafelków zakończył kompozycję, aż wgryzając się w język.

Na koniec w ustach zostawały jeszcze dziwne kawałki i drobinki. Gryzione smakowały jak mleko w proszku ze sztucznie miodowym cukrem i orzechowo. Dominowało to pierwsze, mimo że drobinek nieorzechowych było mniej. Orzechy po prostu nie miały siły przebicia. Ich lekko prażony smak po tym wszystkim wydawał się bardzo zgaszony utrzymującym się motywem słodziku.

Po zjedzeniu został okropny posmak słodziku, który zdawał się aż wgryzać w język, sztucznego kremu kakaowo-orzechowego prosto z tanich wafelków, może też podróbek Kinder Bueno oraz motyw mleka po przesłodzonych płatkach kakaowych. Orzechy laskowe, nie za mocno prażone, znalazły się dopiero za tym wszystkim.

Krem bardzo mnie rozczarował. Liczyłam się z proszkowością i nutą tego izolatu, ale myślałam, że pójdzie bardziej w jakieś mleczno-mączne klimaty jak np. Vilgain Cheat Spread Choco Bar, a nie że to będzie białko tak mocno smakowe i słodkie od słodziku. O smaku tanich wafelków z kremem kakaowo-orzechowym, o smaku przesłodzonych kakaowo-orzechowych płatkach śniadaniowych zabarwiających mleko oraz mocno słodzikowe. Bardzo nie moje klimaty, a w dodatku jeszcze słodzik. W trakcie jedzenia jeszcze pół biedy, ale posmak był okrutnie słodzikowy. Orzechy, które stanowiły bazę kremu, się przed tym wszystkim chowały.
Mimo że za moją uwielbianą miazgowością kryła się proszkowość, konsystencja jeszcze nie była tragiczna. Myślę, że ta proszkowość jest zrozumiała.
Mimo szczerych chęci 96 gramów to moje maks, a i to się dziwię, że aż tyle zjadłam (akurat byłam trochę głodna). Resztę oddałam Mamie.

Opinia Mamy: "Okropny ten krem. Samego to na pewno nie da się jeść. Aż w nim orzechów prawie nie czuć przez ten słodzik i... yy, proteinę? Ale głównie słodzik wszystko popsuł. Bez niego chyba byłoby jeszcze w miarę, mogłoby być. A to było paskudnie słodzikowe, aż nieorzechowe. A w dodatku nie podobało mi się, jak ten krem oklejał zęby, przylepiał się do nich denerwująco, tak... proszkowo? Myślałam, na czym to by można jeść, by jakoś się dało... Na tostach z serem żółtym i dżemem był bardziej zjadliwy. Trochę wycofał się ten słodzik i... proteinowość? A sam krem na tostach poszedł w kierunku orzechowo-kakaowych, tanich wafelków. Też niesmacznych, ale nie aż tak słodzikowych przynajmniej. Ale nawet z tostami nie mam zamiaru go męczyć".
Niestety więc wyrzuciłyśmy.

Szkoda, że gdy sprawdzałam, co to za krem na stronie przed tym, jak o niego poprosiłam, nie dotarło do mnie, że w tym białku jest nie tylko białko, aromat i kakao, a właśnie też jeszcze ten słodzik. Gdyby nie on, myślę, że kremowi spokojnie dałabym 6. A kto wie, czy nie 7? Zależy, w jakim kierunku poszedł by smak.

Co do smaku... na pewno nie jest to krem, mogący przekonać do białkowych rzeczy. Jak ktoś ma do czynienia z takimi słodzikowymi białkami na co dzień, możliwe, że lepiej odbierze ten krem niż ja. Myślę jednak, że dodanie słodziku było strzałem w kolano. Samo białko mogłoby lepiej zagrać, a właśnie ten słodzik pokierował wszystko w obrzydliwym kierunku. Gdyby jeszcze dodano go znacznie mnie... a to niestety, zdominował krem. Nawet nie to, że tak go przesłodził, ale okropnie denerwował wydźwiękiem.
Poza tym... każdemu zdarzy się wpadka, więc mimo wszystko ten krem wybaczam i nie tracę wiary w kolejne (ale już na pewno nie białkowe!).


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 35,90 zł za 340g
kaloryczność: 626 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe 80%, białko GymBeam WPI 20% (izolat białka serwatkowego, odtłuszczone kakao w proszku 4%, aromat, barwnik: karmel amoniakalny; substancja słodząca: sukraloza; emulgator: lecytyna słonecznikowa)

piątek, 26 czerwca 2026

Sante Krem orzechowo kakaowy z daktylami

Gdy zobaczyłam w gazetce Lidla nową serię kremów Sante, ostrożnie się zainteresowałam. Choć zachowałam trochę podejrzliwość, serce zabiło mi szybciej. Słoiczki wyglądały jakoś... bardzo obiecująco. Obawiałam się, że mogą być przesłodzone, bo przy daktylach o to nie trudno, ale... Może nie? Zleciłam je ojcu i do dnia otrzymania w sumie nie wiedziałam, który otworzę jako pierwszy. Po paru dniach jednak po prostu spłynęła na mnie pewność, że to musi być krem czekoladowy. Dawno bowiem nie jadłam kupnego kremu czekoladowego. 

Sante Krem orzechowo kakaowy z daktylami 65 % orzechów to krem z prażonych orzechów laskowych i płatków kokosa z kakao, słodzony daktylami w proszku.

Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach prażonych orzechów laskowych o nieco słodkich skłonnościach, w których jednak wyraźnie czuć też orzechowe skórki. Ich lekką goryczkę podkręcało kakao w ilości sowitej. Przywodziło na myśl ciemne czekoladki, może też czekoladę z nadzieniem czekoladowo-orzechowym. Pomyślałam o Michałkach albo coś w tym stylu... Chyba raczej michałkowym brownie. Z kakaem wiązała się słodycz. Nie wysoka, ale jakby konwencjonalna, niejednoznaczna - daktyli bym nie zgadła! Do tego odnotowałam maślany akcent kokosa, łączący naturalną słodycz z drobną cierpkością oleju kokosowego oraz ogólną maślaność.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju, w zasadzie wyglądało to bardziej na jakby mieszankę wody i oleju. Zlałam 4 łyżeczki, wymieszałam prawie 1 łyżeczkę. Podczas mieszania wyglądało na to, że chyba będę musiała dolać znacznie więcej, ale uznałam, że jakby co, zrobię to już w trakcie jedzenia. I słusznie, bo wtedy krem okazał się jednak wystarczająco tłusty.
Krem choć miejscami wyglądał na suchawy, już w trakcie mieszania jakby nieco... wilgotniał? Ze zbito-gęstego i niemal sztywnego przechodził do oleiście tłustej struktury. Pod koniec jedzenia, gdy kremu zostało niewiele, a słoiczek ogrzał się od ręki, krem wykazywał skłonności do przechodzenia w stan bliski prawie płynnego, jak tłuszcz kokosowy.
Widać w nim trochę drobinek, na oko nie nazwałabym go kremowym.
W trakcie jedzenia krem przedstawiał się jako gęsty i masywny, po czym rozpływał się. Najpierw wolniej, potem coraz szybciej i łatwiej, że ogólnie tempo rozpuszczania się można określić jako średnie. Mimo masywności, z czasem zmieniał się w lepko-luźną i wręcz żujną masę. Trochę zalepiał, trochę przytykał, ale rzedł w nieco oleisty sposób. Kremowość pojawiła się, acz mieszając się z nieco papkowatym efektem oraz subtelnym akcentem miazgowym. Krem jednak nie miał nic wspólnego z gładkością. Choć miazgowość była subtelna, uraczył mnie niemal ziarnistą, drobinkowo-proszkową strukturą. Całość miała w sobie też coś z miazgi i oleju kokosowych, jej specyficzną cierpkość, a do tego chwilami wydawała się nieco pyliście trzeszcząca. Z czasem okazało się, że liczne drobinki to trochę jakby zawilgoconych kryształków i sporo mocno przemielonych, czasem wręcz drobinkowych wiórków kokosowych. Te dodały masie chrzęstu. Bardziej kryształkowe drobinki, przypominające rozpuszczający się cukier i dodały trochę wodnistości.
Kryształki istotnie rozpuszczały się wraz z masą. Po jej zniknięciu w ustach zostawała drobnica kokosowa. Nie wymagała porządnego gryzienia, wystarczyło leniwe ciamkanie. Wtedy ujawniała się trzeszcząco-skrzypiąca cecha wiórków kokosowych.
Całość pozostawiała lekko suchawe wrażenie w ustach i drobne otłuszczenie na ustach.

W smaku pierwsze pokazały się orzechy laskowe. Wyraźnie prażone, lekko słodkie. Orzechowa słodycz zdradzała gotowość do wzrostu.

Orzechom wtórowało kakao. W pierwszej chwili trochę onieśmielone prażonością, lecz zaraz zobaczyło, że orzechy są do nich jak najbardziej przyjaźnie nastawione. Połączyły się poprzez gorzkość. Kakaowa była oczywiście silniejsza, ale i orzechy za sprawą skórek jej nie żałowały. Ogólnie orzechy laskowe wyraźnie w kompozycji rządziły - za sprawą prażenia oraz wyważonego splotu słodyczy i skórek.

Cierpkie kakao po podkreśleniu skórek laskowców wskazało jeszcze lekko cierpkawy motyw oleju kokosowego.
W tym czasie, bardzo daleko w tle, dała o sobie znać też nienachalna słodycz.

Po oleju kokosowym zaznaczyła się też ogólnie kokosowa nuta. Weszła poprzez olej, ale mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach kokos zaskoczył na niemal maślany i naturalnie słodki tor. Kokos, wciąż pobrzmiewający olejem, na pewien czas zrównał się z orzechami laskowymi.

Ogólna słodycz rosła. Rosła ta kokosowa, ale też szlachetnie-palona, która starała się trzymać blisko kakao. Na tym etapie powiedziałabym, że to słodycz ciemnoczekoladowo-kakaowych cukierków z nadzieniem kakaowo-orzechowym. Może z nieco truflowym echem? Albo... brownie o truflowych zapędach? Za nic nie zgadłabym, że pochodzi z daktyli.

Wraz z tym, jak na języku zaznaczały się drobinki i kryształki, falowo rosła słodycz. Czasem wydawała się nieco karmelowa, czasem sporadycznie zdradzały się daktyle. Orzechy laskowe jednak ani na moment nie słabły. Po tym jednak, jak zostały osłodzone, ułożyły się w wizję czekoladowo-orzechowych cukierków typu Michałki albo raczej michałkowe brownie. Słodycz czasem zaskakująco udanie udawała konwencjonalną.

Kokosowa nuta z czasem trochę się wycofała. Olej kokosowy ukrył się w wyrazistej gorzkości kakao i brownie-czekoladowej toni. Kokos utrzymywał jednak pewną łagodność, maślaność. Ta zaś jeszcze podsycała myśl o nadzieniu wspomnianych cukierków. Nagle zrobiło się zaskakująco słodko, jednak cały czas nie za słodko. Czasem zdradzały się tu jakby karmelowe daktyle, kojarząc się daktyloczekoladą, masą daktylowo-czekoladową. Słodycz w punkcie kulminacyjnym nie wychodziła ponad średni poziom. Niby czuć lekko piekący efekt daktyli, ale nie było to pieczenie za wysokiej słodyczy. Skórki orzechów, cierpkie kakao i olej kokosowy stały na jej straży.

Raz po raz w tle zaznaczała swoją obecność sól. Podkreślała niemal ziemiste, kokosowo-michałkowe brownie oraz dosadną, karmelowo-daktylową słodycz.

Z czasem wracał właśnie olej kokosowy i orzechy laskowe ze skórkami.

Drobinki kokosa gryzione kontynuowały smak właśnie kokosowy, choć kierowały go w bardziej wiórkowym kierunku. Gdy za gryzienie brałam się nieco szybciej, plątało się tam jeszcze trochę słodyczy, jakby lekko karmelowej, czasem wydawało mi się, że też echo laskowców, ale może tylko życzeniowe.

Po zjedzeniu został posmak orzechów laskowych, w których prażenie i goryczkowate skórki odgrywały bardzo ważną rolę, ale którym jednocześnie nie brakowało naturalnej słodyczy. Mieszały się z kokosem słodkim i oleiście cierpkim, a także cierpkim kakao. Dało się doszukać echa daktyli.
 Mimo że nie było za słodko, pod koniec jedzenia daktyle i olej kokosowy zaznaczyły się jako lekkie pieczenie w gardle.

Krem wyszedł smacznie i niezaprzeczalnie ciekawie. Czekoladowo-kakaowo, wyraziście orzechowo laskowo, ale też zaskakująco kokosowo. Kojarzył się z tego powodu z cukierkami orzechowo-czekoladowymi, głównie Michałkami, ale wkomponował je w brownie i otulił kokosem. Ten łączył słodko-łagodną kokosowość z olejem kokosowym. Wszystko to przełożyło się na słodycz wyraźną, ale nie za silną. Daktyle wcale nie starały się jakoś szczególnie mocno tu zaprezentować. Przez większość czasu ich charakter raczej się chował. Porządnie gęsta, chwilami wręcz sztywna struktura kremu z lekkim miazgowym elementem w porządku. W niej już mocniej czuć daktyle. Podobałaby mi się bardziej bez lekko kryształkowego efektu, ziarnistości oraz tego, że miała w sobie coś z oleju kokosowego.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 180 g; sprawdziłam)
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym znów dostać

Skład: prażone orzechy laskowe 65%, proszek daktylowy 22%, płatki kokosa, kakao 6,5%, sól morska

piątek, 19 czerwca 2026

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym

Nie wiem dlaczego skoro odkryłam, że własny krem chałwowy, robiony z tahini Ekogram i odrobiny cukru trzcinowego, jest po prostu wybitny i wychodzi poza skale wszelakie, wciąż zwracam uwagę na kremy chałwowe... gdy się już jakiś napatoczy. Mimo że żaden kupny dotąd, po wycofaniu Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym nie satysfakcjonował. Dziś przedstawiany, czyli firmy zajmującej się zdrową żywnością Coco Farm nie zachwycał, gdy chodzi o ilość sezamu w składzie, jednak nie skreśliłam go, bo reszta to nie tylko słodzidło, a kokos. Pomyślałam, że chałwa z nutą kokosa może być ok, a przynajmniej warta spróbowania.

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym to krem sezamowo-kokosowy o smaku chałwy / "w naturalnym stylu chałwy sezamowej", wegański, słodzony cukrem kokosowym.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu słoika rozbrzmiała kokosowa symfonia, złożona przede wszystkim z oleju kokosowego oraz mleczka kokosowego, wiórków oraz wielkich płatko-chipsów kokosowych i miazgi kokosowej. Osłodził je motyw jakby kokosowego palonego karmelu, bardzo palonego, a jednocześnie rześkawego. To jednak, że krem zawiera cukier kokosowy akurat nie było aż tak oczywiste. Jego dosadna słodycz tu nieco wtopiła się w otoczenie. A na kokosie się nie kończyło. Za mleczkiem pobrzmiewał roślinny motyw, kojarzący się z wegańskimi deserami, budyniami, słodkościami i krył się nawet nieoczywisty prawie kwasek. Z roślinną wegańskością mieszał się ni fasolkowy, ni orzeszkowy motyw i sezam. Ten wydawał się dość neutralny, znikomo goryczkowaty i dość wycofany. Trochę wyraźniej raz po raz wychylał się podczas mieszania i jedzenia.
Złożony, ale raczej dziwnie namieszany niż głęboki, zapach nie był zbyt kuszący.

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju, z czego zlałam większość, czyli niecałe 3 łyżeczki.
Wymieszałam mniej niż 0,5 łyżeczki, ale dlatego, że to już trochę mieszało się z wierzchem półpłynnej, rzadkawej pasty. Ta ani trochę nie potrzebowała tego wydzielonego tłuszczu, bo była wręcz lejąca i bardzo tłusta. Bardzo łatwo go się mieszało.
W trakcie jedzenia krem wciąż wykazywał wysoką, nieco oleistą tłustość i jakby chciał choć na sekundę zgęstnieć, ale jednak tego nie czynił. Nie był kremowy, a przypominał oleistą maź z mnóstwem kryształków. Był rzadki i rozpuszczał się dość szybko. Kryształki przełożyły się na wręcz ziarnisty, mocno proszkowy efekt. Kryształki cukru, rozpuszczając się, jeszcze bardziej go rozrzedzały, dodając wodnisty efekt. W porywach zdobywał się na lepkawość, acz ogólnie bardziej przypominał olej i miazgę kokosową 100% z dodanym cukrem i trochę rozrzedzoną.
Masa gryziona raczej kryształkowo chrupała od cukru niż trzeszczała jak chałwa. Tego efektu trzeba było się bardzo, bardzo doszukiwać, by go jako tako wychwycić.
Co ciekawe, po spędzeniu dwóch dni w lodówce, krem zrobił się twardawy i wyglądał na bardzo suchy. Wystawiony do temperatury pokojowej powoli wracał do swej płynnej formy.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz karmelowo-kokosowa. Palony karmel mieszał się z naturalnie słodkimi wiórkami i miazgą kokosową, a po chwili ich drogi się rozeszły. Każdy bowiem się intensyfikował.

Palony wątek podkreślała lekka goryczka oleju kokosowego. Nie cały czas był tak samo wyraźny, ale co i raz przypominał o sobie jako niby łagodne, ale denerwujące echo. Sporadycznie przebijał się przy nim sezam.

Karmel przybrał na paloności i robił się dosadniejszy, niemal melasowy. Słodycz zajęła wysoki poziom i jeszcze epizodycznie podskakiwała. Cukier kokosowy bardzo łatwo było w tym rozpoznać, acz... jego rześkość jakby przeszła na stronę wyraźniej kokosową. Nie każde zagarnięcie było tak samo słodkie, ale przy niektórych słodycz już po paru chwilach trochę piekła w gardle.

Kokos miazgowo-oleisty, wiórkowe echo wydawały się w porywach niemal soczyste. Zaraz dołączyło do nich pełne mleczko kokosowe i stanęło z nimi na równi. Mimo że słodycz miała imperatywne zapędy, kokosowość rządziła kompozycją. W zasadzie jakby koleżeńsko ścigały się ze sobą, nawzajem się motywując.

W oddali za to czaiła się sól, jakby dopingując piekącą słodycz.

Przy niej odnotowałam jeszcze roślinność. Pod mleczko kokosowe podkradła się nuta wegańskich słodkości, budyniu czy czegoś takiego.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach poprzez wegańskość, roślinność wkroczył sezam. Nie wziął udziału w wyścigu słodyczy i kokosa. Sezam... dał się poznać jako neutralny, lekko wręcz goryczkowaty. Jego goryczkę wzmacniał olej kokosowy. Raz czy drugi zrobił aluzje do kawy. Przełamał nieco słodycz, a z chałwą... w porywach trochę się kojarzył... Acz nie była to wyrazista nuta. Bardziej jakby to była "udawana sezamowość".

Sezam bowiem mieszał się nie tylko z roślinnością, ale też z ogólnie orzechowym wątkiem. W pewnym momencie roślinny motyw mignął mi strączkami i... fasolkowymi fistaszkami? Przemknęła jeszcze coś jakby... mąka? Wszystko to podkreślała epizodycznie przypominająca o sobie sól. Nawet nie śmiała wyjść na przód, ale snuła się na tyłach. Trudno jednak było uchwycić te wszystkie wątki opisane w tym akapicie, jako że kokos starał się skupić na sobie uwagę, a słodycz podskoczyła do nieco przesadzonego poziomu. Wszystko to jednak przełożyło się na dość silne skojarzenie z batonem Legal Cakes Chiacho w wersji z 2020.

W tle przewijał się jeszcze pewien... "jakby kwasek". Niewyraźny, ale wpisujący się w olej kokosowy. Słodycz robiła się zdecydowanie zbyt ciężka, dosadnie karmelowo-melasowa i złudnie daktylowa. Miałam wrażenie, że czuję w gardle daktylowe pieczenie. Kokos jednak się jej nie wystraszył i jako ogrom wiórków z mleczkiem kokosowym zakończył występ.

Po zjedzeniu został posmak melasowo-rześkiego cukru kokosowego, wiórków i miazgi kokosowej. Za nimi starał się też pokazać nieco orzechowo-sezamowy motyw. Bardziej wegańsko-nugatowy niż chałwowy.

Choć moja norma jedzenia na raz w przypadku kremów to 130-200g, tu dałam radę ledwie 66g i to się już pod koniec męcząc. Ani smak, ani konsystencja mi się nie podobały.

Krem ten w smaku był za bardzo namieszany, a za mało chałowy. Nie rozumiem, po co producent obiecywał chałwę... równie dobrze mógł zrobić po prostu krem kokosowy i wtedy byłby niezły, bo realnie mocno kokosowy. Olej, miazga, mleczko kokosowe i nuta wiórków w asyście wyrazistej, palono karmelowej, złudnie daktylowej słodyczy w zasadzie wyszłyby smacznie, gdyby nie wszelkie dziwnie wegańsko-roślinnego, niedookreślone sezamowo-orzechowe akcenty. Pierwsze w ogóle mi się nie podobały (błonniki? mąka?), orzechowość była dziwnie nieokreślona, bo jej za mało, a sezam w ogóle... trochę się pojawił i nie ugrał za wiele, nawet nieszczególnie pasował. Myślę jednak, że krem może smakować miłośnikom Legal Cakes Chiacho (które swoją drogą pogorszyli w 2024).
Konsystencja zaś bardzo nie po mojemu, bo ogrom kryształków cukru w rzadko-lejącej, oleistej mazi to fuzja tego, czego w kremach nie lubię.

Krem powędrował do Mamy. Opisała go tak: "Pachnie to mocno kokosem, ale tym olejem, co nie lubię, a nie wiórkami. Smak trochę mnie zaskoczył. Bo choć najpierw buchnęła mi taka goryczka nieprzyjemna, to potem zaczął się rozpuszczać, zrobiło się słodko i było smacznie. Tylko jak zniknął z ust, ta gorycz nieprzyjemna wróciła. Taki ten... olej kokosowy? Tak to ogólnie nie wiem, co ja tam dokładnie czuję, ale byłby ogólnie w porządku, gdyby nie ta goryczka. Niestety, ona przy zjedzeniu większej ilości tak dawała się we znaki, że trudno myśleć o pozytywach. Pomyślałam, że na ciastkach czy na czymś, co ją trochę zagłuszy, może się sprawdzić. Na tostach z dżemem i serem za bardzo się przebijała. ". Mama zrobiła jeszcze jedno podejście do kremu w bardziej stałej wersji, uprzednio na krótko przed jedzeniem wystawiając z lodówki. Nałożyła sobie na bułeczkę mleczną Carrefour Classic z Kawałkami Czekolady po czym stwierdziła: "Bułeczki też mu nie pomogły. Nadal niesmaczny przez wszystko psujący goryczkowaty olej kokosowy".


ocena: 4/10
kupiłam: Rossmann
cena: 19,99 zł (za 280g; promocja)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: sezam 37%, cukier kokosowy 20%, miąższ kokosa 18%, mleko kokosowe w proszku 12%, błonnik pokarmowy, mąka z orzechów ziemnych, lecytyna słonecznikowa, sól himalajska różowa

czwartek, 19 lutego 2026

Turlaj Klopsa Weź Nie Piernicz Pasta Orzech Ziemny o smaku Piernikowym

Przedstawianym kremem zainteresowałam się, bo pamiętałam, że podobny (Primavika masło orzechowe piernikowe) kiedyś wydał mi się smaczny w nieoczywisty sposób. Byłam dobrej myśli do otwarcia dwóch poprzednich tej polskiej firmy, zajmującej się raczej cateringiem niż kremami. Oprócz chwytliwych, pociesznych nazw, kremy mi nie pasowały. W sumie trudno było mi wyobrazić sobie, co tu mogli zepsuć, ale miałam złe przeczucia, podszepnięte przez doświadczenie.

Turlaj Klopsa Weź Nie Piernicz Pasta Orzech Ziemny o smaku Piernikowym to krem z orzechów arachidowych z przyprawami korzennymi / piernikowymi.

Po odkręceniu poczułam intensywny, wyrównany zapach przypraw korzennych i prażonych, solonych orzeszków ziemnych. Wśród przypraw dominowały goździki, gałka muszkatołowa i kardamon, dopiero później zaznaczył się bardziej oczywisty cynamon i imbir. Ogólnie jednak czuć tu mieszankę przypraw, nie konkretne osobno. Mieszankę o poważniejszym, goryczkowato-ostrym charakterze. Arachidy wyszły przy tym neutralnie i średnio mocno prażono. Dopiero gdy uporałam się z olejem, wyłoniła się ich naturalna, średnio wysoka słodycz o lekko maślanych zapędach. Ogólnie słodycz w zapachu nie odegrała zbyt znaczącej roli. Sól zaś trochę się potem ukryła.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju: jakieś 3,5 łyżeczki, które zlałam.
A starałam się zlać tyle, ile się dało. Krem był bowiem wystarczająco tłusto-miękki. Choć gęsty i zwarty, co ujawniło mieszanie, sprawiał wrażenie właśnie bardzo miękkiego w trochę oleistym kontekście. Ciągnął się średnio, za to bardzo się lepił do łyżeczki. Widać w nim dużo drobinek przypraw oraz orzechów.
W trakcie jedzenia potwierdziła się miękkość, a także trochę oleista tłustość. Acz ogólnie krem nie był nazbyt tłusty. Tłustość stała na średnim poziomie. Szczególnie syty też mi się nie wydał, a jednak dość przytykający. W ustach rozpływał się w tempie umiarkowanym, już prawie wolnawo, mocno je zaklejając. Stawał się gęstą zawiesiną o gładko-niegładkiej strukturze. Czasem, nie często, ale jednak, przewijały mi się kryształki soli. Na szczęście, po tym jak zaznaczyły się na języku, rozpuszczały się wraz z masą. Krem był lekko miagzowy ogólnie i punktowo ziarnisty wyraźnie od przypraw, acz na koniec drobinki przeważnie jakoś ulatniały się wraz z masą.
Na upartego można te drobinki na koniec gryźć, acz nie wymagały tego. Okazały się w większości delikatnymi, chrupkawymi punkcikami. Tylko nieliczne były ewidentnie twarde.

W smaku pierwszą poczułam słodycz, nierozerwalnie związaną z maślanym, łagodnym wątkiem. Orzeszki wkroczyły jako właśnie słodkawe, lekko prażone. Przyszło mi na myśl typowe masło orzechowe amerykańskiego typu.

Prażenie odezwało się z lekkim opóźnieniem i od razu zabrało się za wzrost. Osiągnęło tak średni poziom i pobrzmiewało sobie spokojnie, nie narzucając się przyprawom korzennym. A te wkroczyły tuż po nim, jakby to właśnie prażenie otworzyło im drogę.

Przy niektórych zagarnięciach łyżeczką już w tym momencie swoją obecność delikatnie zgłaszała sól. Pojawiała się punktowo. Podkreślała maślaną słodycz, jak również kierowała uwagę na prażenie. Stąd choć nie było bardzo silne, nie dało się na nie nie zwracać uwagi.

Słodycz zajęła sobie miejsce na tyłach i delikatnie, konsekwentnie maślano, stamtąd pobrzmiewała. Choć nie była wysoka, sprawiła, że kompozycja ogólnie miała słodki wydźwięk. Przyprawom zaś ewidentnie zależało na tym, by porządnie się zaprezentować. Sól zaś pokazywała się raczej epizodycznie, acz raz po raz wzrastając.

Z przypraw przede wszystkim czułam ostro przenikliwe goździki, a tuż za nimi goryczkę... chyba ziela angielskiego, ewentualnie gałki muszkatołowej. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach robiło się porządnie, ale nie przesadnie, korzennie-piernikowo. Przyprawy nie starały się zdominować arachidowości. Do już wspomnianych wyrazistszych dołączył słodszy cynamon, niemal rześki (?) kardamon i imbir. Czasem mieszanka przybierała lekko pieprzny klimat. Przyprawy dość często starały się zagłuszać słoność. W opozycji do niej wchodziły w sojusz ze słodyczą.

Przyprawy po tym swym wystrzale, gdy tak ścigały się ze sobą, po paru chwilach zaczęły się mieszać w bukiet bardziej rozmyty. Czułam bardziej ogólną, pikantnie-goryczkowatą i trochę słodką piernikowość niż jakieś konkretne przyprawy. Do tej piernikowości właśnie dobiegły orzeszki.

Arachidowość odzyskała siły do współpracy z piernikowością. Wyobraziłam sobie jakiś arachidowy piernik; nowoczesną alternatywę z mąki arachidowej i masła orzechowego (takiego bardziej typowo amerykańskiego), o zredukowanej słodyczy.

Ta nie odważyła się wyjść na przód, ale cały czas tylko pobrzmiewała. Trzymała się uparcie maślaności, choć i w korzenności się znalazła. Do piernika dołączyły bardziej maślane pierniczki - oczywiście wpisane w prażono-pieczoną arachidowość. Przy niektórych zagarnięciach sól nasilała się w stopniu, który przeszkadzał. Zwłaszcza gdy akurat trafił się kryształek, słoność gryzła się z przyprawami korzennymi i przeszkadzała.

Jak pisałam, na koniec drobinki raczej nie zostawały, ale gdy jakieś na upartego sobie wyszukałam i gryzłam, w większości wydawały się mdłe, nijakie i prawie bez smaku, acz czasem niektóre potrafiły zaserwować niemal kwiatową nutę lub lekką ostrość. Sporadycznie trafiały się też wyrazistsze drobinki prażonych fistaszków.

Po zjedzeniu został silny posmak wyraźnie słonego masła orzechowego arachidowego oraz, w drugiej kolejności, przypraw wraz z drobnym piekącym efektem zaznaczonym na języku. Wskazałabym tu spory udział goździków, imbiru, gałki, może kardamonu. Ułożyły się w pieprzny klimat, acz można było poszczególne przyprawy ponazywać. Orzechowość z kolei zaskoczyła mnie swoją konwencjonalną "peanut butterowość", łącząc słodycz z solą.

Krem był ciekawy i całkiem niezły... Albo byłby taki, gdyby nie sól. Przy wielu zagarnięciach łyżeczką soli wyraźnie nie czuć jako sól. Niestety, czasem trafiała się odważniejsza słoność - i te zagarnięcia mi nie odpowiadały. Wyraźnie wyczuwalna sól tu nie pasowała. Ogólnie jednak podszepnęła arachidom wydźwięk amerykańskiego masła orzechowego, które tańczyło, jak przyprawy mu zagrały. Najpierw było wyrazistsze, potem ustąpiło im miejsca i znów wróciło. Przypraw czułam dużo nieoczywistych, acz na pewno piernikowych. Po prostu nie był to cynamon, a inna, ciekawa mieszanka. Jej ostrość i goryczka niekoniecznie najlepiej pasowała do właśnie masło orzechowego wydźwięku, ale było ok, ciekawostkowo. Osobiście jednak wolę duet fistaszków z cynamonem po prostu. To jednak najlepszy z jedzonych kremów tej firmy.
Przy większości słoika myślałam, że wystawię 7, ale pod koniec cały czas trafiałam na więcej soli i uznałam, że jednak za nic 7 nie wystawię. Beznadziejny mieli pomysł z dodaniem do tej kompozycji takiej ilości soli. O połowę mniej i już byłoby lepiej. Przez pewne problemy związane z zamówieniem, dostałam od firmy drugi słoik "na przeproszenie", ale oddałam go Mamie. Ciekawostkowo taki krem mogę zjeść raz; nie chciałam nawet myśleć o powrocie do niego przez tę epizodyczną słoność.

Mamie bardzo nie smakował. "Spróbowałam go trochę samego, a potem jeszcze jadłam na niesmacznych bułeczkach (Carrefour Classic Bułeczki Mleczne z Kawałkami Czekolady) licząc, że jak to się czasem zdarza, nieprzyjemne z nieprzyjemnym, razem się spisze. Niestety, krem i tak był niesmaczny. Niesłodki, a taki od przypraw aż ziołowy. Zamiast w słodką korzenną pierniczkowość, poszło to w ziołowym, wytrawnym kierunku. A ta sól nie pomogła. Zupełnie takie coś do kremu fistaszkowego nie pasuje".


ocena: 6/10
kupiłam: turlajklopsa.pl
cena: 14 zł za 200g
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy ziemne, przyprawy piernikowe (cynamon, goździki, imbir, gałka muszkatołowa, kardamon, ziele angielskie, pieprz), sól

czwartek, 18 grudnia 2025

Turlaj Klopsa O Ja Piernicze, Ale Dobre Pasta Orzech Nerkowca o smaku Piernikowym

Patrząc na plan degustacji aż uśmiechnęłam się pod nosem, bo dosłownie parę dni przed tym kremem jadłam Sticky Blenders Nerkowiec Czekolada i Pomarańcza z jogurtem właśnie kakaowo-piernikowym. Coś mi do głowy przyszło, że będzie czekoladowy (z pomarańczą) nerkowiec będzie do piernikowych pasować. I proszę! Znowu miały się u mnie spotkać nerkowce z przyprawami korzennymi. Liczyłam tylko, że sól nie będzie wyczuwalna.

Turlaj Klopsa O Ja Piernicze, Ale Dobre Pasta Orzech Nerkowca o smaku Piernikowym to krem z orzechów nerkowca z przyprawami korzennymi / piernikowymi.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach pikantnych, mocno korzennych ciastek. Dominował imbir, ale i cynamonu było sporo, a do tego jeszcze goździki. Zaprezentowały się jako złudnie cukrowe, choć nie mocno słodkie. Goryczka dała o sobie znać, ale trudno było z pewnością określić ją jako kakaową. Podobnie nerkowce - prawie zupełnie się schowały, mimo że to pewnie one stanęły za tak mocno ciasteczkowym klimatem.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju, zlałam niecałe 1,5 łyżeczki, a może ze dwie czy trzy krople wymieszałam. Krem nawet tego nie potrzebował, bo był wilgotny i tłusty w trochę oleisty sposób, mimo że bardzo gęsty. Ciągnął się w średnio zwarty sposób, pokazując sporo drobinek nieco większych jasnych i mikroskopijnych ciemnych. Kleił się do łyżeczki.
W ustach krem wydawał okazał się średnio gęsty. Trochę kleiście zalepiał, i mimo że nie był bardzo masywny, to wręcz przytykał. Rozpływał się w tempie średnio-wolnym. Wyłaniała się z niego rzadkość i tłustość oleju, mimo że czułam też całkiem znaczącą pylistość. Miazgowy efekt stanowił znaczące urozmaicenie. Mieszał się z ziarnistością wyraźnie wyczuwalnych przypraw.
Drobinki nie wymagały gryzienia, ale jak na upartego je gryzłam - lub całą masę - okazały się mieszane: nieco większe miękkie (jasne - orzechy) oraz twarde (ciemne kropeczki przypraw). Masa gryziona lekko trzeszczała w pylisty sposób. Zapewne od przypraw i kakao.

W smaku pierwsza pokazała się delikatna słodycz, by po chwili wzrosnąć i przedstawić się jako naturalna, nerkowcowa. Nerkowce jednak nie zagrzały miejsca na długo, bo swoją obecność zdradziły przyprawy korzenne, a do nerkowców podkradła się mdłość. Początkowo określiłam ją jako "chyba oleju".

Przyprawy ruszyły do boju, aby zawojować kompozycję. Nie przy każdym zagarnięciu tak samo mocno, ale przeważnie dość mocno. Korzenność bardzo, skokowo wzrosła, robiąc się goryczkowato-ostra. Pikanteria zaznaczyła się na języku i rozgrzała gardło. Dominowały dosadne goździki, ale dużo czułam też cynamonu i imbiru.

Początkowo orzechy nerkowca próbowały walczyć o siebie, kurczowo trzymając się na pierwszym planie, który bez skrupułów podbijały przyprawy. Łatwo przyciągały uwagę przez swój piekąco-palący efekt. Nerkowce przez jakiś czas było czuć wyraźnie, ale prędko ta mdło-oleista nuta coraz bardziej im przeszkadzała i zwyczajnie je rozmywała. Po paru chwilach wyraźnie czułam olej.

Odnotowałam też leciutką goryczkę, sugerującą pieprz - gałkę muszkatołową? Wydaje mi się jednak, że to było kakao, ale zmodyfikowane ogromem imperatywnych przypraw. Mdła oleistość i przyprawy nakręcały się nawzajem z racji kontrastu.

Nerkowcowość odpadła. Odeszła na tyły i tam pobrzmiewała jako delikatna maślaność, mieszająca się w jedno z olejem. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach nakierowała przyprawy na ciastka korzenne. Wciąż mocne, ostre i wręcz korzennością gryzące, ale jednocześnie też z maślano-oleistą nutą. Przy niektórych zagarnięciach dominowała oleista mdłość, nie przyprawy. Przy żadnym jednak nie dominowały nerkowce.

Ogrom przypraw korzennych z czasem wręcz przytłaczał. Chwilami jawił się jako dziwnie... ciężko-kurzowy (?). Ostrość aż gryzła, piekła w język. Lekka goryczka jeszcze podkreślała właśnie przyprawy. Czasami szły w ostrzejszą, czasem bardziej w gorzką stronę. Drapanie i pieczenie w gardle raz po raz robiły aluzje do ciastek pikantnych i trochę cukrowych, a do tego zdarzyło się, iż do głowy zawitała mi myśl o wręcz pikantnie drapiących kwiatach, lecz ogólna słodycz nie była wysoka.

Stała za nią bowiem nerkowcowość... tylko że uboga w nerkowcowy smak. W dodatku cały czas trzymała się jej nuta oleju, nijakości - trudna do dookreślenia, ale rozmywająca nerkowce. A ich osłabienie cały czas wykorzystywały przyprawy, by skupiać na sobie uwagę.

Po zjedzeniu za to został posmak wyraźnie nerkowcowy. Wskazałabym orzechy lekko prażone, naturalnie słodkie i maślane. Obok nich zarysowały się jednak także mocne, ostre przyprawy korzenne: goździki, cynamon i imbir. W zasadzie cała złożona korzenna mieszanka, piekąca w język i aż ciężka. Pieczenie w język zniechęcało do wzięcia do ust kolejnej łyżeczki. Acz pojawiało się nie przy każdym zagarnięciu.

Z każdym kolejnym zagarnięciem było coraz gorzej, bo cały czas czułam pieczenie ostrości w język i nerkowce nawet na początku kolejnego zagarnięcia wydawały się mdłe, niedomagające; olej jakoś nie dał się przyprawom - go było czuć.

Krem zupełnie nie przekonał mnie do siebie. Uważam, że był nieprzemyślany. Lubię mocną korzenność, ale nie zawsze ona pasuje. Lubię ją w jogurtach, cieście marchewkowym, ale w kremie z nerkowców smuci mnie, że korzenność zagłusza nerkowce. Nawet kakao przez przyprawy nie było tu zbyt wyraźne. A jego goryczka tylko umacniała korzenność, która już i tak była bardzo mocna sama z siebie. Pieczenie w język i gardło bardzo mi się nie podobało. Dobrze, że sól się nie pokazała. Nie wiem też, po co tam ten olej rzepakowy - chyba dodatkowo osłabiał nerkowce, niczego pozytywnego nie wnosząc. Czuję, że z inną, nie tak mdło oleistą bazą, pikanteria wcale nie wydawałaby się taka wysoka.
Próbowałam jeść sam krem, ale odpadłam po jakiś 10 gramach.

Jako że Sticky Blenders Nerkowiec Czekolada i Pomarańcza wyszedł przyjemnie w korzennym jogurcie, w którym... to ja sama właśnie przesadziłam z pikanterią przypraw. Stąd pomyślałam, że ten krem może jeszcze jakoś wyjść w podobnej kompozycji.
Do jogurtu typu greckiego dodałam łyżkę czekolady w proszku Starbucks Signature Chocolate 70 % Dark & Deep Cocoa i łyżkę kakao w proszku, a do tego jakieś 25g nerkowców, 40g powideł węgierkowych (Łowicz dla Kauflandu) oraz ok. 35g opisywanego kremu.
Krem nie sprawdził się tym zestawieniu, acz przynajmniej tak był zjadliwy. Dodane nerkowce trochę wydobyły nerkowcową nutę z kremu, a kakaowo-czekoladowa baza odrobinę podkręciła kakaową nutę w kremie. Niestety, nie pomogło to w ogólnym odbiorze, bo krem wciąż był mdławy i... dość goryczkowato-pikantny, acz z tym wszystkim bardziej pikantnawy niż pikantny. Stąd i zjadliwy, ale... niesatysfakcjonujący. W zasadzie wolałabym tę kompozycję bez niego, a po prostu z przyprawami dodanymi do jogurtu, więc... to kiepski dodatek.

Większość wcisnęłam Mamie, która opisała: "Strasznie mdły ten krem. Ja w nim olej czuję. Nerkowców nie bardzo, ale ja w sumie nie rozpoznaję danych orzechów w takich kremach. Tu jednak na pewno rozpoznaję olej. Za pierwszym razem, jak łyżeczką zgarnęłam, to nie czułam przypraw. Jak trochę więcej zjadłam, poczułam. Ale nie jakoś strasznie dużo. I aż dziwne, bo większość tych, o których mi mówiłaś, nie lubię. Pomyślałabym, że  będą mi przeszkadzać, ale nie. Przede wszystkim przeszkadzała mi ta mdłość. Strasznie mdły i niesmaczny. Nie chcę go i nie będę kończyć.". Oddałyśmy ojcu.


ocena: 3/10
kupiłam: turlajklopsa.pl
cena: 25 zł za 200g*
kaloryczność: 650 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy nerkowca 97%, olej rzepakowy, kakao, przyprawy korzenne (cynamon, goździki, imbir, gałka muszkatołowa, kardamon, ziele angielskie), sól

*Na stronie widnieje gramatura 235g, na słoiku zaś 200g

sobota, 6 grudnia 2025

krem Sticky Blenders Nerkowiec Czekolada i Pomarańcza

Kiedy zobaczyłam zimowe edycje limitowane na stronie Sticky Blenders, bardzo się zainteresowałam, jednak po chwili przemówił zdrowy rozsądek. Przypomniał mi o nieudanych limitkach letnich. Jak pomyślałam, że znowu miałabym władować się w 3 niesmaczne słoiki... O nie. Przyjrzałam się więc składom i doszłam do wniosku, że naprawdę kusi tylko jeden (dziś opisywany), a jeden (niesmaczny Sticky Blenders Migdał Ciasteczka Korzenne) wcale nie jest nowy. Był jeszcze jeden ciekawy, ale odrzuciłam przez wysoką zawartość cukru - taki pralinowy krem na pewno by mnie zasłodził. A dziś przedstawiany wydał mi się bezpieczniejszy. I przypomniał mi, że nie próbowałam bazowego, 100% z nerkowców. Właśnie dzięki dziś przedstawianemu, wreszcie nadrobiłam zaległości i kupiłam też Sticky Blenders Nerkowiec Vegan.

Sticky Blenders Nerkowiec Czekolada i Pomarańcza to krem nerkowcowy z orzechów nerkowca i czekolady mlecznej z pomarańczą, a dokładniej ekstraktem z pomarańczy; edycja limitowana na zimę 2024/25.

Po odkręceniu zagrzmiał intensywny zapach olejku pomarańczowego, który próbowała dogonić trochę plastikowa czekolada. Także była mocną nutą, lecz to i tak zdecydowanie pomarańcza dominowała. Skojarzyła mi się z tanimi figurkami czekoladopodobnymi i domową czekoladą; blokiem czekoladowym. Ale takim z maślanymi herbatnikami? Te chyba podszeptywały nerkowce. Nerkowce jako nerkowce czuć dopiero za czekoladą i pomarańczą, zwłaszcza po przemieszaniu i w trakcie jedzenia, gdy wącha się uważnie. Czułam nutę kakao, ale nie gorzkość czy wytrawność, stąd kolejnym skojarzeniem były maślane ciastka kakaowe albo masa na nie. Pomarańcza z tym wszystkim, i lekko palono-prażonym motywem, zasugerowała też czekoladowy, nieszczególnie korzenny, piernik.

Na wierzchu nie wydzieliła się nawet kropelka oleju, a krem wyglądał na wyschnięty i twardy. Wystarczyło jednak lekkie dotknięcie łyżeczką, by aż plasnął.
Krem okazał się miękki, mimo że gęsty. W trakcie mieszania i jedzenia wręcz wilgotnie plaskał. Był tłusty w oleisty sposób, jednak wciąż też kremowy. Lekko się ciągnął. Widać w nim sporo małych i średnich kawałeczków i kawałków.
W trakcie jedzenia krem dał się poznać jako tłusty w miękko-oleisty sposób. Usta wypełniał tłusto-lepkawymi smugami i rozpływał się dość szybko, eksponując trochę oleistą tłustość i lepkość miękko-tłustej czekolady. Zaplątała się w nim też wodnistość. Wyszedł maziście i bazowo jak nieprzyjemnie tłuste smarowidła typu Nutella. Czuć w nim kremowość, a także miazgowość i wręcz dodatek małych kawałeczków. Rzedł łatwo i znikał trochę oleiście-wodniście.
Kawałeczki i drobinki zostawały. Nie wszystkie wymagały gryzienia, ale te większe okazały się krucho-twarde i chrupiące (zaskakująco jak na nerkowce).
Krem nieprzyjemnie otłuszczał usta.

W smaku pierwszą poczułam bardzo słodką, a jednocześnie lekko kakaową czekoladę. Czekoladę o dość plastikowym, tanim charakterze. W pierwszej chwili trudno powiedzieć, czy była bardziej mleczna, czy nie. Ot, słodko-figurkowa.

Nie pomogło wodniste echo, które wkradło się w towarzystwie pomarańczy.

Zaraz bowiem i pomarańcza dała o sobie znać, wytaczając obok czekolady swój olejkowy motyw. Pomarańcza trochę wpisywała się w słodycz, i zapewniła trochę goryczki. A nawet soczystość. Miała władcze zapędy, acz nie od razu zdominowała kompozycję.

Słodycz rosła, jednak tę czekoladową przeplotła inna. Obok pojawiła się nuta ciasteczkowa, herbatników maślanych. Nie była więc bardzo wysoka ogólnie, bo częściowo naturalna. To nerkowce zaczęły się delikatnie dopraszać o głos. Dopiero z czasem jako tako dało się je odnotować. Jawiły się jako słodkawo-neutralne.

Wraz z nerkowcową nutą, odwagi nabrało mleko. Wydawało się jednak nie tylko zależne od czekolady, ale mimo starań, i tak pomarańcza bardzo je przygłuszała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomarańcza prawie zupełnie zagłuszyła wszystko inne. Miała wyraźnie olejkowy charakter. Raz po raz wtrącała lekki kwasek, soczystość. Wyszła trochę sztucznie i spłycała czekoladowość. Z czasem trochę odpuściła, lecz i tak rządziła wszystkim.

Na czekoladowość złożyły się domowy blok czekoladowy z cukru, mleka w proszku i kakao, ciasta chatka Baby Jagi / Puchatka z herbatnikami, herbatnikowo-pomarańczowa bajaderka i figurki czekoladopodobne. W pewnym momencie nawet niekorzenny, a czekoladowy piernik z nutą pomarańczy przeszedł mi przez głowę, ale ten to akurat bardzo luźna myśl. We wszystkim tym plątała się budżetowość. Słodycz trzymała się średnio-niskiego poziomu, jednak przy naturalniejszej nerkowcowej czuć jej cukrowy ton. Ten jakoś lepiej radził sobie z olejkową pomarańczą.

Bliżej końca nerkowce się zatraciły, mleko w zasadzie też, a czekolada wyszła jak jakaś słodka, trochę kakałkowa, plastikowa masa. Gorzkość się nie pojawiła, acz pewna goryczka błądząca od subtelnego kakao do olejku pomarańczowego przewijała się. Pomarańcza końcowo znów wychodziła na przód, ale tym razem z oleistą nutą.

Gryzione na koniec drobinki i małe kawałki orzechów jako tako smakowały łagodnymi nerkowcami. Acz były trochę tłumione intensywnym, plastikowo-olejkowym otoczeniem.

Po zjedzeniu został posmak słodko-goryczkowatego olejku pomarańczowego oraz plastikowej czekolady. Jej mleczność i nerkowce niemal zupełnie odpadły. Było słodko, ale nie jakoś szczególnie mocno.

Krem okazał się rozczarowaniem, bo czułam ogromny niedosyt nerkowców i bardzo nie podobała mi się konsystencja. Nerkowce prawie zupełnie się zatraciły w olejkowej, zbyt napastliwej pomarańczy oraz tanio-plastikowej czekoladzie. Krem był zaskakująco przyjemnie mało słodki, jednak to mu nie pomogło w ogólnym odbiorze. Przybrał słodki klimat, klimat "słodyczowy", ale brakowało mu charakteru, dobrej bazy. Lepsza czekolada i mniej pomarańczy mogłoby zagrać, a tak... no cóż. W dodatku struktura oleiście-miękkiego smarowidła typu Nutella bardzo mi nie pasowała. Nie pomógł miazgowy efekt. Ogólnie wyszło męcząco.

Samego kremu zjadłam dosłownie parę łyżeczek (25-30g?), ale ze względu na to, że lubię tę markę, dałam kremowi jeszcze szansę w czymś. Zrobiłam twarożek: pół normalny, pół kakaowy (bo nie wiedziałam, który lepiej się sprawdzi). Dodałam do niego orzechy nerkowca (ok. 40g) i mieszankę suszonych i liofilizowanych pomarańczy oraz klementynek (razem jakieś 40g; też nie umiałam zgadnąć, co sprawdzi się najlepiej: liofilizowane pomarańcze, suszone skórki pomarańczy czy suszone klementynki). Do tego 40g kremu.
Najlepiej wyszły tu liofilizowane pomarańcze oraz kakaowa połowa twarożku. Kakaowy twarożek zagłuszył plastikowość kremu i podkręcił kakaowość, a pomarańcze sprowadziły olejek pomarańczowy do poziomu przystępnego, nie nachalnego. Suszone klementynki w ogóle były mało cytrusowe, dziwne, więc w tej kompozycji to niewypał. Suszone pomarańcze mi też nie pasowały, ale radziły sobie z olejkowością kremu. Połowa nie kakaowego twarożku dawała radę trochę tonować plastikowość czekoladowego kremu, jednak ta nie dawała za wygraną. Nerkowce były smacznym dodatkiem, nie dały się zagłuszyć kremowi, lecz nie udało im się też wydobyć nerkowcowości kremu. Miałam też przy nich wrażenie, że na zasadzie kontrastu, podkreśliły tanią słodycz kremu. Przy naturalnych dodatkach jawił się zwyczajnie jako trochę za słodki jako krem, ale znów, że jadłam różnie zagarniając, całe danie za słodkie nie wyszło. Krem w czymś był zjadliwy. Choć te 40g to było trochę za dużo, nie męczyło w takim towarzystwie. Samego kremu tyle bym nie zjadła.

Inną kombinacją był jogurt kakaowo-piernikowy (dodałam łyżkę kakao i czubatą łyżeczkę własnej przyprawy piernikowej) z dżemem 100% z pomarańczy (Herbapol dla Auchan), paroma nerkowcami oraz oczywiście recenzowanym kremem (33g).
W zapachu krem trochę się ukrył, jednak jako że nie był zachwycający, to plus. Na strukturę w jogurcie wydał mi się jakiś dziwnie zbyt masywnie-zbity jak na taki krem, ale już w smaku się sprawdził. I to bardziej niż w twarożku. Jako że trochę przesadziłam z przyprawami korzennymi, w efekcie czego jogurtowa baza była od nich ostro-pikantna, takie wręcz czekoladkowe osłodzenie dobrze temu zrobiło. Intensywne przyprawy i kakao zagłuszyły wydźwięk tanich figurek czekoladowych, a charakterny, cierpko-kwaśny dżem pochłonął olejkowość kremu. Krem więc ogólnie podporządkował się dodatkom i grzecznie z nimi współgrał, nie wybijając się przed nie. Fakt, że taka kompozycja wyszła smakowicie nawet gdyby kremu tam nie było, ale jej nie zepsuł, a to już coś. Szkoda tylko, że w niej nadal nie smakował mocno nerkowcowo - nie pomogły tu dodane nerkowce.

Mimo że i twarożek, i jogurt ogólnie były smaczne, to jednak nie na tyle, bym miała do nich wracać, w konsekwencji czego około pół słoika, jaka została, powędrowała do Mamy. Jej opinia: "Całkiem w porządku, słodko czekoladowy, tylko ten olejek pomarańczowy przeszkadza. Wprowadza taką... taniość, sztuczność. Zupełnie niepotrzebnie".


ocena: 5/10; z jogurtem jw. 7/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 39 zł za 200g
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy nerkowca 50%, czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa), olej z pestek winogron, naturalny ekstrakt z pomarańczy brazylijskich, olej rzepakowy

sobota, 22 listopada 2025

krem Grizly Nut Symphony by Grizly

Uwielbiam markę Grizly i np. do Kremu z orzechów laskowych 100% co jakiś czas wracam. A żeby przesyłka się opłaciła, zawsze gdy zamawiam coś, co już znam, staram się też wybrać coś nowego. Nie jest to trudne, bo wiele ich past wygląda bardzo smakowicie. Niektóre jednak są mocno kombinowane, złożone i słodzone, zwłaszcza z linii tworzonej z instagramerką MamaDomisha. Dziś przedstawiany przypominał kremy z tej linii, ale chyba nie był z niej właśnie. Na ich stronie opis głosił "z linii ekskluzywnej". Słowa "orzechowa symfonia" od razu do mnie trafiły, a gdy spojrzałam na skład, z nim też nie było źle. Co prawda nie podobało mi się wymieszanie czekolady białej i mlecznej, ale uznałam, że może jakoś to przejdzie. Napisali bowiem, że "pierwsze skrzypce grają w niej orzechy laskowe, prażone migdały, prażone pistacje i wysokiej jakości mleczna czekolada!" - biała może więc się gdzieś schowała? Dopiero jednak robiąc zdjęcia słoiczkowi, zorientowałam się, co też było inspiracją: słodkości "Mozart Kugeln" (ja jadłam Reber Mozart Kugeln), które do mnie nie przemawiają, bo uważam je za przeładowane. Tak, zorientowałam się dopiero po zobaczeniu kompozytora na etykietce... w trakcie robienia zdjęć do recenzji (podczas zakupów jakoś go... nie zauważyłam?!).

Grizly Nut Symphony by Grizly to krem z migdałów i pistacji z białą czekoladą oraz krem z orzechów laskowych i czekolady mlecznej, stylizowany na Mozartkugeln.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam intensywny, bardzo złożony zapach. Migdałowy marcepan mieszał się z trochę nugatowo-migdałową słodyczą oraz lekko prażonymi orzechami laskowymi. Te zdawały się w jedno splecione z bardzo słodką, niemal kinderkową czekoladą mleczną. Pomyślałam o czekoladzie mlecznej z białą, mleczną warstwą (jak w jajkach Kinder). Gdy nachylałam się nad częścią brązową, ewidentnie dominowała mleczna czekolada. Jaśniejsza część pachniała bardziej marcepanowo-nugatowo.
Przy mieszaniu, nakładaniu i jedzeniu nasilał się motyw marcepanu i choć sporadycznie dało się w nim wychwycić pistacje, kryło się w nim też pewne przerysowanie. Marcepanowość a to wyłaniała się, a to wycofywała. Całość była znacząco słodka; ogólnie ewidentnie krem przyjął słodką, jednak nie przesłodzona, konwencję.

Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju i trochę malutkich grudek tłuszczu kakaowego (proces ten zwie się wykwitem), z czego zlałam, ile się dało, czyli prawie 8 łyżeczek (31g), a dosłownie parę kropel już wymieszałam.
Najpierw pomyślałam, ż to u mnie stało się coś bardzo dziwnego, że krem się rozwarstwił, ale gdy skonsultowałam się z producentem, okazało się, że tak powinien wyglądać (na dole jaśniejszy krem, na górze warstwa mleczno-nugatowej czekolady).
Krem podpadł mi formą, która mnie zaskoczyła, przypominając dwukolorowe desery typu Monte. Na wierzchu i tak mniej więcej do połowy, tworząc wielki rdzeń, była część jasnobrązowa (czekoladowo-orzechowa), a na dnie i przy ściankach jasnobeżowa (migdałowo-pistacjowa). Było to problematyczne przy mieszaniu i nakładaniu, bo zależało mi, by warstw nie wymieszać. A przynajmniej nie zupełnie. Nie chciałam też zjeść najpierw jednej, potem drugiej. Stąd przełożyłam część jasnobrązową do oddzielnej miseczki i nałożyłam sobie mniej więcej po połowie każdej. Kolejnym problemem było, jak przemieszać suchsze fragmenty z tymi bardziej oleistymi? Jasnobeżowa, dolna warstwa podeschła miejscami i musiałam nieźle się nagimnastykować, by to do niej dodać troszeczkę oleju, nie zaś do jasnobrązowej, która ani trochę tłuszczu więcej nie potrzebowała.
Warstwa jasnobrązowa, w której widać pojedyncze brązowe kropeczki skórek, była ewidentnie bardziej kremowa i rzadka, acz wyraźnie czuć w niej zagęszczenie czekoladą. Wykazywała tłustość trochę oleistą, ale i miękko-czekoladową. Była ciągnąca i lepka, a także przez większość czasu bardzo gładka. Tylko chwilami wyłamywała się z niej drobna proszkowość. Usta zalepiała konkretnie, ale łatwo odpuszczała. Choć cały czas utrzymywała lepkość, rozpuszczała się w średnim tempie, trochę rzednąc. Rozpuszczała się szybciej od części beżowej. Miękką czekoladowość czuć w niej cały czas. Ona z czasem, przy jedzeniu większej ilości, do pary z oleistością trochę przytykała w sposób tłusto-czekoladowy.
Warstwa jasnobeżowa z mnóstwem sporych kropeczek-drobinek skórek, okazała się masywniejsza. Syta i wręcz twardawa, wykazywała tłustość bardziej orzechową. Była średnio ciągnąca, dość zbita, a miejscami trochę suchawa. Rozpływała się wolniej, a lepkość wykazywała średnią. Czuć w niej znikomy miazgowy efekt; może bardziej ziarnistość. Efekt tak jednak subtelny, że gryzienia nie wymagał. Gdy jednak masę gryzłam, trochę skrzypiała jak marcepan z mąki migdałowej.
 
Warstwy oczywiście różniły się też smakiem. Powiedziałabym jednak, że obie bazują na tych samych orzechach i migdałach, tylko że np. w różnych proporcjach. W istocie musiały się zwyczajnie trochę przemieszać i nasiąknąć.

W przypadku brązowej, pierwsza rozbrzmiała bardzo słodka czekolada mleczna. Do głowy przyszła mi czekolada podbita białą, mleczną warstwą - coś jak w jajkach Kinder Niespodzianka. Cukier pozwalał sobie na wiele. Po chwili przyszedł mi na myśl marcepan oblany taką czekoladą. Przemknęły bowiem właśnie marcepanowe migdały.

Niestety, był w tej marcepanowości akcent aromatu. Lekka migdałowość tej warstwy nie była przejrzysta, czysta (realnie migdałów w brązowej części w ogóle nie było), a już po chwili także nutka orzechów laskowych się przy niej znalazła. Te już były wyrazistsze. Przeplotły czekoladową słodycz, co tę ogólną trochę zahamowało. Laskowce raz po raz tchnęły odrobinę goryczki swymi skórkami (goryczka nie pojawiała się przy każdym zagarnięciu). Orzechy laskowe zaczęły wypierać marcepan, w jedno mieszając się z przesłodzoną czekoladą mleczną. W końcu zrobiło się bardzo giandujowo. Jasna część podkreślała tu orzechy laskowe, ale i migdały sugerowała. A jednak z czasem po ich debiucie, początkowa marcepanowość tej części wydawała mi się jeszcze bardziej przerysowana. Słodycz cukrowej mlecznej czekolady z kolei drapała w gardle.

Część jaśniejsza przywitała mnie smakiem bardzo mlecznej i bardzo słodkiej białej czekolady. I w niej przemknęła cukrowość, ale błyskawicznie rozproszyły ją lekko prażone, naturalnie słodkie, niemal słodziuteńkie... orzechy laskowe? Miały nugatowy, słodziusi charakter, skojarzyły mi się odlegle z Kinder Bueno White (2015, 2020). W ciemno upierałabym się, że laskowce dodano także do jasnej części, ale na pewno nie (dopytałam o to producenta). Po chwili przybyła nuta... mąki migdałowej. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach przemknął marcepan i wyraźny motyw pistacji. Orzechy laskowe wycofały się, zrobiło się bardziej migdałowo-pistacjowo. Biała czekolada trwała obok, trochę męcząc. Nugatowość tej warstwy jednak tak zaadoptowała tę słodycz, że ta część wydawała się bardziej przystępna, gdy o słodycz chodzi. A także naturalniejsza (bez wątku przerysowania w marcepanie).

Gdy tak jadłam, zagarniając raz jedną, raz drugą część, doszłam do wniosku, że obu warstwom na dobre zrobiło zestawienie: w harmonii się uzupełniały. Raz mocniej zagrała czekolada mleczna z orzechowym echem i marcepanowość, raz biała i nugat orzechowo-migdałowo-pistacjowy. Czekolady zlewały się trochę w cukrowo słodkiej mleczności, co też nie było złe.

Część jasna za sprawą białoczekoladowej nugatowości bardzo harmonijnie dopasowała się do kinderkowo-mlecznoczekoladowej nutki części brązowej. Marcepan z czasem robił się coraz mniej jednoznaczny. Wyłaniał się epizodycznie. Raz po raz podbijały go pistacje, których smak trzymał się tylko jasnej części.

Po zjedzeniu został posmak mocno nugatowo-buenowaty i jednocześnie lekko marcepanowy. Z jednej strony trochę przerysowany, ale z drugiej wyraźnie zwyczajnie migdałowy. Czuć też jakby złudne echo marcepanu płynące z pistacji, nie zaś pistacje jako one same. Sporo w posmaku miała do powiedzenia przesłodzona czekolada. Znów myślałam o takiej a'la jajka Kinder, której słodycz aż trochę drapała w gardle.
Krem do mnie nie przemówił. Przede wszystkim, nie podobało mi się, jak został zrobiony - że tak warstwowo, że chcąc nałożyć pół obu warstw, trzeba się natrudzić. Jak chcieli robić krem dwuczęściowy, o wiele lepiej sprawdziłoby się, gdyby warstwy umieszczono obok siebie przedzielone pionowo. Taka forma, na jaką się zdecydowali, sprawdza się raczej w deserach jedzonych na raz, a choć ja potrafię zjeść i 200g kremu orzechowego na raz, ten na raz byłby za duży nawet dla mnie (po zlaniu oleju co prawda gramatura była niższa, ale z kolei wariant smakowy - tak słodki - sprawiał, że aż tyle by za bardzo męczyło). Struktura w porządku. Ogół gładki i masywny, tłusty, ale w przystępny sposób. Część bardziej czekoladowa i bardziej migdałowo-nugatowa współpracowały. Zapach ciekawy. Mieszanina marcepanu, nugatów, połączenie orzechów laskowych i migdałów była całkiem smaczna. Pistacje trochę za bardzo się gubiły. Czekolada o tak uroczym, mocno mlecznym wydźwięku pasowała, lecz gdyby była mniej słodka i gdyby białej dodano jeszcze mniej, wyszłoby lepiej. Tak bardzo słodka konwencja mnie trochę męczyła pod koniec jedzenia. Całość kojarzyła się trochę z kulkami Mozarta, była w porządku, ale jak one, nie zachwyciła. 


ocena: 6/10
kupiłam: grizly.pl
cena: 30,39 zł za 250g
kaloryczność: 606 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład prażone orzechy laskowe, prażone migdały 24,7 %, czekolada mleczna 14,8 % (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy), biała czekolada 12,3 % (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy), prażone pistacje 7,4 %; mleko w proszku, ghee, naturalny aromat