Przedstawianym kremem zainteresowałam się, bo pamiętałam, że podobny (Primavika masło orzechowe piernikowe) kiedyś wydał mi się smaczny w nieoczywisty sposób. Byłam dobrej myśli do otwarcia dwóch poprzednich tej polskiej firmy, zajmującej się raczej cateringiem niż kremami. Oprócz chwytliwych, pociesznych nazw, kremy mi nie pasowały. W sumie trudno było mi wyobrazić sobie, co tu mogli zepsuć, ale miałam złe przeczucia, podszepnięte przez doświadczenie.
Turlaj Klopsa Weź Nie Piernicz Pasta Orzech Ziemny o smaku Piernikowym to krem z orzechów arachidowych z przyprawami korzennymi / piernikowymi.
Po odkręceniu poczułam intensywny, wyrównany zapach przypraw korzennych i prażonych, solonych orzeszków ziemnych. Wśród przypraw dominowały goździki, gałka muszkatołowa i kardamon, dopiero później zaznaczył się bardziej oczywisty cynamon i imbir. Ogólnie jednak czuć tu mieszankę przypraw, nie konkretne osobno. Mieszankę o poważniejszym, goryczkowato-ostrym charakterze. Arachidy wyszły przy tym neutralnie i średnio mocno prażono. Dopiero gdy uporałam się z olejem, wyłoniła się ich naturalna, średnio wysoka słodycz o lekko maślanych zapędach. Ogólnie słodycz w zapachu nie odegrała zbyt znaczącej roli. Sól zaś trochę się potem ukryła.
| przed i po uporaniu się z olejem |
A starałam się zlać tyle, ile się dało. Krem był bowiem wystarczająco tłusto-miękki. Choć gęsty i zwarty, co ujawniło mieszanie, sprawiał wrażenie właśnie bardzo miękkiego w trochę oleistym kontekście. Ciągnął się średnio, za to bardzo się lepił do łyżeczki. Widać w nim dużo drobinek przypraw oraz orzechów.
W trakcie jedzenia potwierdziła się miękkość, a także trochę oleista tłustość. Acz ogólnie krem nie był nazbyt tłusty. Tłustość stała na średnim poziomie. Szczególnie syty też mi się nie wydał, a jednak dość przytykający. W ustach rozpływał się w tempie umiarkowanym, już prawie wolnawo, mocno je zaklejając. Stawał się gęstą zawiesiną o gładko-niegładkiej strukturze. Czasem, nie często, ale jednak, przewijały mi się kryształki soli. Na szczęście, po tym jak zaznaczyły się na języku, rozpuszczały się wraz z masą. Krem był lekko miagzowy ogólnie i punktowo ziarnisty wyraźnie od przypraw, acz na koniec drobinki przeważnie jakoś ulatniały się wraz z masą.
Na upartego można te drobinki na koniec gryźć, acz nie wymagały tego. Okazały się w większości delikatnymi, chrupkawymi punkcikami. Tylko nieliczne były ewidentnie twarde.
W smaku pierwszą poczułam słodycz, nierozerwalnie związaną z maślanym, łagodnym wątkiem. Orzeszki wkroczyły jako właśnie słodkawe, lekko prażone. Przyszło mi na myśl typowe masło orzechowe amerykańskiego typu.
Prażenie odezwało się z lekkim opóźnieniem i od razu zabrało się za wzrost. Osiągnęło tak średni poziom i pobrzmiewało sobie spokojnie, nie narzucając się przyprawom korzennym. A te wkroczyły tuż po nim, jakby to właśnie prażenie otworzyło im drogę.
Przy niektórych zagarnięciach łyżeczką już w tym momencie swoją obecność delikatnie zgłaszała sól. Pojawiała się punktowo. Podkreślała maślaną słodycz, jak również kierowała uwagę na prażenie. Stąd choć nie było bardzo silne, nie dało się na nie nie zwracać uwagi.
Słodycz zajęła sobie miejsce na tyłach i delikatnie, konsekwentnie maślano, stamtąd pobrzmiewała. Choć nie była wysoka, sprawiła, że kompozycja ogólnie miała słodki wydźwięk. Przyprawom zaś ewidentnie zależało na tym, by porządnie się zaprezentować. Sól zaś pokazywała się raczej epizodycznie, acz raz po raz wzrastając.
Z przypraw przede wszystkim czułam ostro przenikliwe goździki, a tuż za nimi goryczkę... chyba ziela angielskiego, ewentualnie gałki muszkatołowej. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach robiło się porządnie, ale nie przesadnie, korzennie-piernikowo. Przyprawy nie starały się zdominować arachidowości. Do już wspomnianych wyrazistszych dołączył słodszy cynamon, niemal rześki (?) kardamon i imbir. Czasem mieszanka przybierała lekko pieprzny klimat. Przyprawy dość często starały się zagłuszać słoność. W opozycji do niej wchodziły w sojusz ze słodyczą.
Przyprawy po tym swym wystrzale, gdy tak ścigały się ze sobą, po paru chwilach zaczęły się mieszać w bukiet bardziej rozmyty. Czułam bardziej ogólną, pikantnie-goryczkowatą i trochę słodką piernikowość niż jakieś konkretne przyprawy. Do tej piernikowości właśnie dobiegły orzeszki.
Arachidowość odzyskała siły do współpracy z piernikowością. Wyobraziłam sobie jakiś arachidowy piernik; nowoczesną alternatywę z mąki arachidowej i masła orzechowego (takiego bardziej typowo amerykańskiego), o zredukowanej słodyczy.
Ta nie odważyła się wyjść na przód, ale cały czas tylko pobrzmiewała. Trzymała się uparcie maślaności, choć i w korzenności się znalazła. Do piernika dołączyły bardziej maślane pierniczki - oczywiście wpisane w prażono-pieczoną arachidowość. Przy niektórych zagarnięciach sól nasilała się w stopniu, który przeszkadzał. Zwłaszcza gdy akurat trafił się kryształek, słoność gryzła się z przyprawami korzennymi i przeszkadzała.
Jak pisałam, na koniec drobinki raczej nie zostawały, ale gdy jakieś na upartego sobie wyszukałam i gryzłam, w większości wydawały się mdłe, nijakie i prawie bez smaku, acz czasem niektóre potrafiły zaserwować niemal kwiatową nutę lub lekką ostrość. Sporadycznie trafiały się też wyrazistsze drobinki prażonych fistaszków.
Po zjedzeniu został silny posmak wyraźnie słonego masła orzechowego arachidowego oraz, w drugiej kolejności, przypraw wraz z drobnym piekącym efektem zaznaczonym na języku. Wskazałabym tu spory udział goździków, imbiru, gałki, może kardamonu. Ułożyły się w pieprzny klimat, acz można było poszczególne przyprawy ponazywać. Orzechowość z kolei zaskoczyła mnie swoją konwencjonalną "peanut butterowość", łącząc słodycz z solą.
Krem był ciekawy i całkiem niezły... Albo byłby taki, gdyby nie sól. Przy wielu zagarnięciach łyżeczką soli wyraźnie nie czuć jako sól. Niestety, czasem trafiała się odważniejsza słoność - i te zagarnięcia mi nie odpowiadały. Wyraźnie wyczuwalna sól tu nie pasowała. Ogólnie jednak podszepnęła arachidom wydźwięk amerykańskiego masła orzechowego, które tańczyło, jak przyprawy mu zagrały. Najpierw było wyrazistsze, potem ustąpiło im miejsca i znów wróciło. Przypraw czułam dużo nieoczywistych, acz na pewno piernikowych. Po prostu nie był to cynamon, a inna, ciekawa mieszanka. Jej ostrość i goryczka niekoniecznie najlepiej pasowała do właśnie masło orzechowego wydźwięku, ale było ok, ciekawostkowo. Osobiście jednak wolę duet fistaszków z cynamonem po prostu. To jednak najlepszy z jedzonych kremów tej firmy.
Przy większości słoika myślałam, że wystawię 7, ale pod koniec cały czas trafiałam na więcej soli i uznałam, że jednak za nic 7 nie wystawię. Beznadziejny mieli pomysł z dodaniem do tej kompozycji takiej ilości soli. O połowę mniej i już byłoby lepiej. Przez pewne problemy związane z zamówieniem, dostałam od firmy drugi słoik "na przeproszenie", ale oddałam go Mamie. Ciekawostkowo taki krem mogę zjeść raz; nie chciałam nawet myśleć o powrocie do niego przez tę epizodyczną słoność.
Mamie bardzo nie smakował. "Spróbowałam go trochę samego, a potem jeszcze jadłam na niesmacznych bułeczkach (Carrefour Classic Bułeczki Mleczne z Kawałkami Czekolady) licząc, że jak to się czasem zdarza, nieprzyjemne z nieprzyjemnym, razem się spisze. Niestety, krem i tak był niesmaczny. Niesłodki, a taki od przypraw aż ziołowy. Zamiast w słodką korzenną pierniczkowość, poszło to w ziołowym, wytrawnym kierunku. A ta sól nie pomogła. Zupełnie takie coś do kremu fistaszkowego nie pasuje".
ocena: 6/10
kupiłam: turlajklopsa.pl
cena: 14 zł za 200g
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
kupiłam: turlajklopsa.pl
cena: 14 zł za 200g
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: orzechy ziemne, przyprawy piernikowe (cynamon, goździki, imbir, gałka muszkatołowa, kardamon, ziele angielskie, pieprz), sól
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.