wtorek, 10 lutego 2026

4ProActive Pasta daktylowa

Choć zdarzyło mi się robić jogurty stylizowane na Snickersa ze zdrowym karmelem m.in. z daktyli, a do głowy raz po raz wracały jakieś pomysły na ciasto ze zdrowym, daktylowym karmelem, nigdy nie interesowały mnie pasty z daktyli. Aż pasta taka sama do mnie przyszła... Co mnie wcale nie ucieszyło. Ze sklepu 4ProActive zamiast pasty sezamowej wysłano mi daktylową. Oczywiście po tym, jak się z nimi skontaktowałam, wysłano właściwą, a tą mi zostawiono. Łaskawie... Bo w dniu otwarcia paczki, słój był już 2 dni po terminie. "Świetne" dbanie o to, co się wysyła, nie ma co. A ja zostałam z połową kilograma niechcianego produktu. A jednak... gdy nadmieniłam i o przeterminowaniu, usłyszałam, że w ramach przeprosin, do sezamowej, dołożą mi jeszcze pastę pistacjową. Takie podejście do klienta to już należy pochwalić! Każdemu wpadki się zdarzają. Nie miałam serca wyrzucić, mimo że skład (i data) budził wątpliwości. Czy pasta z daktyli nie powinna być tylko z daktyli? Co to za dziwnie niski procent? A jednak... zaczęłam się zastanawiać, czy może przypadkiem nie znalazłam sobie sposobu na ułatwienie życia? Może wreszcie znalazłam odpowiednią motywację do zrobienia zdrowego ciasta a'la Maxi King z daktylowym karmelem bez bawienia się z miksowaniem daktyli? Moje blendery niestety jakoś sobie z nimi nie radzą.

4ProActive Pasta daktylowa to krem z daktyli z kwaskiem cytrynowym.

Po otwarciu poczułam intensywny, słodko-ciężkawy zapach daktyli. Wilgotnych i soczystych suszonych, udających świeżo-surowe. Soczystość podkręcił kwasek, który niby trzymał się tyłów, ale jednak przeszkadzał, jako że w ogóle tam nie pasował. Wysoka słodycz niby robiła aluzje do karmelu i miodu, ale... Miodu taniego, kwaśnego.

Zawartość słoika trochę się rozwarstwiła na brązową wodę oraz wilgotną, lepką masę. Łatwo to jednak połączyć, mieszając.
Pasta wyglądała na gęstą, lecz okazała się bardzo miękka i wilgotna, wręcz mokra do tego stopnia, że w pewnym sensie rzadkawa. W ustach okazała się niegęsta i bardzo wilgotna. Może nie bardzo rzadka, ale taka... Lekka? Miała w sobie wiele z przecieru, rozpuszczała się dość szybko na jakby zawiesinowy, trochę papkowaty rozwodniony przecier. Jawiła się jako gładkawa, acz ze sporadycznie wyczuwalnymi małymi, delikatnymi, rozlazłymi kawałkami i przecierowym efektem.
Mimo że zjadłam niewiele, to Mama zjadła większość, raz trafił mi się kamiennie twardy kawałek pestki...

W smaku pierwszą poczułam słodycz. Jakby niezdecydowaną, czy ma udawać zwykły biały, dosadny cukier, czy zdobyć się na coś więcej. Na pewno od początku była wysoka.

I jeszcze rosła. A wraz z nią kwasek. Najpierw tak leciutki, że uwierzyłabym, iż złudny, jakby to od wysokiej, skondensowanej słodyczy tak coś aż się odłączyło. Potem jednak robił się coraz wyraźniejszy. Skojarzył mi się z nieudanym przecierem jabłkowym, który podkręcono cytryną.

Słodycz rosła nieubłaganie. Rozwinęła się w nieco wyraźniej daktylowym kierunku, acz daktyle nie były jedyną rzeczą, która siedziała mi w głowie. Bez wątpienia jednak czuć soczyste, wilgotne daktyle... Świeżo-podsuszono albo suszone o wysokim stopniu wilgotności, ale wciąż także przecier i... powidła śliwkowe? Mniej więcej w połowie rozpływani się porcji słodycz wciąż z jednej strony wydawała się konwencjonalne cukrowa, z drugiej przewijały się w niej nuty świeższe. Kwasek dziwnie podkręcił świeżość i soczystość, lecąc właśnie w powidlanym - acz już nawet niekoniecznie wyraźnie śliwkowym - kierunku. Też trochę powidlano-palonym? Daktylowy smak a to nasilał się, a to słabł.

Jak bardzo nie pasowało to do daktyli! Pomyślałam też o tanim, kwaśnym miodzie. Wszystko to i tak jednak z łatwością zasładzało. Nie pomogła wodnista nuta, która zakradała się raz po raz. Ona jakby... Sprawiała, że słodycz wydawała się jeszcze bardziej dotkliwa, jaskrawa.

Po zjedzeniu został posmak soczystych, suszonych daktyli słodkich w zacukrzający sposób oraz kwaśnego, kiepskiego miodu. Ten kwasek był dziwny, jakby sztuczny. Może nie wysoki, ale zupełnie nie adekwatny.

Chcąc sprawdzić, jak ta pasta sprawdza się z czymś, wymieszałam troszeczkę z kremem z sezamu, tahini (Ekogram The Real Tahini), chcąc uzyskać efekt kremu chałwowego. Zapach był w miarę chałwowy i ok, ale z niedookreślonym kwaskiem w tle. Struktura zaskoczyła mnie bardzo negatywnie. Otóż pasta daktylowa jakby odciągnęła tłustość z tahini i nadto wysuszyła masę. Zniknęła też wilgotność pasty daktylowej. Mieszanka była sucha i grudkowata, rozpadała się wręcz krucho. Bardzo kleiła się do łyżeczki i oklejała zęby. W ustach rozpływała się za to szybko i wodniście, a jednak w pewien sposób gumiasto. Bez jakiegokolwiek elementu chałwowego. Czuć za to sporo daktyli w formie drobinek wraz ze skórkami.
W smaku pyszne tahini próbowało ratować sytuację, jednak nie dało rady z podkwaszonymi, wodnistymi daktylami. Te okazały się bardzo imperatywne, a ich daktylowość nie przełożyła się na zbyt chałwowy efekt. Były słodkie aż zabójczo i jakby zwyczajnie cukrowo, w porywach trochę karmelowo-miodowo, a jednocześnie kwaskawe jak niedookreślony przecier owocowy niskiej jakości. Charakter daktyli dodatkowo rozbijał motyw wody. Wszystko to tahini pokierowało w dziwnie wytrawnym kierunku. Dobrze, że tylko trochę tak wymieszałam. 

Okropny produkt. Nie mam pojęcia, po co dodawać tyle kwasu do daktyli. Jak to miała być pasta z daktyli do zrobienia czegoś z niej, półprodukt to naprawdę... Po co to jakoś doprawiać? Każdy sam zdecyduje, czy chce jakoś przełamać słodycz, czy nie. Tu przełamano ją w kiepski sposób. Ani to smaczne, ani szczególnie funkcjonalne... Gdy jednak rozmawiałam z przedstawicielem marki przez telefon (omawiając pomyłkę), z ciekawości zagadnęłam o tę pastę i usłyszałam, że właśnie taki - kwaśny - był ich zamysł. Wytłumaczył, że kwaśność miała w tej paście jak najbardziej wystąpić, że o to im chodziło i że pasta nawet jakiś czas po terminie powinna być jak najbardziej zdatna do spożycia i nic dziwnego nie powinno z nią się dziać. Acz... zamysł czy nie zamysł... Można by to jakoś zaznaczyć wyraźnie, pisząc np. "Kwaśna pasta daktylowa" czy "pasta daktylowo-cytrynowa" - no, jakkolwiek.
Po dosłownie odrobince resztę oddałam Mamie.

Mama stwierdziła: "Starałam się podejść do tego, odcinając się, że to daktyle. Nie lubię rzeczy daktylowych, z daktyli, więc starałam się nie myśleć, że to one. I... Smakowało mi! Nie zawsze smakowało daktylami, a tak trochę kwaśno i zarazem słodko jak powidła śliwkowe. Jadłam z ciastkami, niby markizy sobie robiłam, a także jako dżem na tostach. W zasadzie to jako dżem, na tostach z kremem fistaszkowym 100% i serem żółtym. W takiej formie sprawdziły się najlepiej. No jak powidła. Tylko że... To dziwne, że tak pastę z daktyli zrobili, że taką kwaśną".
Potem dodała: "Próbowałam też z kluskami na parze, ale jakoś to się nie sprawdziło za bardzo. Ogólnie jednak, no, mnie smakuje, ale to czysty przypadek. Czasem jednak, bardziej pod koniec słoja, w smaku bardziej też daktyle się pojawiały. Ogólnie nie wiem, od czego to zależało, że smak był taki nierówny. Na pewno jednak pasta z daktyli nie powinna chyba być kwaśna".

Za namową Mamy postanowiłam dać szansę tej paście, traktując nie jak pastę z daktyli, a coś powidlanego. Zasiadłam z - powiedzmy - czystym umysłem do jogurtu typu greckiego Piątnicy wymieszanego z kakao, z suszonymi śliwkami i orzechami włoskimi oraz recenzowaną pastą daktylową. Śliwki dodałam, by rozkręcić skojarzenie z powidłami.
Mama miała rację, że jak traktować tę pastę jako powidła, sprawdza się. Faktycznie tak się kojarzyła ze względu na kwaśność. Gorzkość kakao uwypukliła słodycz, ale też trochę umocniła daktyle. Śliwki podkręciły powidlaność, więc kwasek nie był tak denerwująco cytrynowy, ale z kolei orzechy podkreśliły smak daktyli. Efekt powideł daktylowych. Raczej słodkich, daktylowo-miodowych, ale wciąż kwaśnych. W głowie rozgościło mi się określenie: podkwaszone zasłodzenie.
Jeśli miałabym ochotę na powidła, chciałabym wyraźnie powidlano śliwkowe powidła, a jak daktyle, to wyraźnie daktylowe daktyle. Nie jestem fanką rzeczy między czymś a czymś.


 ocena: 3/10
kupiłam: przysłano mi z kremyorzechowe.pl przez pomyłkę
cena: sprawdziłam: 9,90 zł za 500 g
kaloryczność: 215 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: daktyle 66%, woda, regulator kwasowości: kwas cytrynowy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.