Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: orzechy laskowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: orzechy laskowe. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lipca 2026

Green Touch Czekolada Ciemna 70% z Orzechami z dodatkiem migdałów, orzechów laskowych, pistacji

Ta czekolada wygląda jak jedna z wielu takich niby bardziej eleganckich tabliczek z okienkami, które mocno kojarzą mi się z koszami prezentowymi. Nawet miałam problem z zapamiętaniem nazwy marki. Nie wiem, dlaczego w głowie ciągle siedziało mi Chocolate Bush. Green Touch, polską markę specjalizującą się głównie w herbatach, poznałam przypadkiem, kiedy szukałam najbardziej przystępnej cenowo suszonej lawendy. Jako że i tak zostawała kwestia przesyłki, patrzyłam na sklepy internetowe, w których można dostać też czekolady. Takie, które sprawdzą się w górach, a więc najlepiej z orzechami. 
Otworzyłam ją na Kopie Kondrackiej trochę przez pomyłkę. Planowałam to zrobić dopiero nieco dalej, na Małołączniaku, ale zwyczajnie pomyliłam szczyty, znalazłam sobie miejsce ze dwa-trzy metry pod szczytem, gdzie mniej wiało i zabrałam się za zdjęcia. I to było świetne posunięcie! Na Małołączniaku bowiem wiało tak, że trudno było ustać i oddychać.

Green Touch Ręcznie Robiona Czekolada Ciemna 70% z Orzechami z dodatkiem migdałów, orzechów laskowych, pistacji to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z (20%) orzechami: migdałami, orzechami laskowymi i pistacjami. 

Po otwarciu poczułam intensywny słodko-gorzki zapach czekolady z zaznaczonym soczyście owocowym akcentem (wyraźniejszym, gdy wąchałam wierzch). Przeplotły ją migdały i orzechy: laskowe i jakby jeszcze jakieś niedookreślone. Pistacji w sumie też da się doszukać. Powiedziałabym, że surowe i w skórkach. Pod względem słodyczy i gorzkości wydała mi się bardzo wyważona, acz trochę duszna. Z tym, że dodatki - zwłaszcza gdy wąchałam spód - w udany sposób odciągały od tej duszności uwagę.

Tabliczka była twarda, ale przez to, jak wlepiono dodatki, wydawała się delikatna i krucha. Trzaskała średnio głośno, krucho-chrupko. Orzechowy miks trzymał się średnio porządnie. Kilka dodatków odpadło.
Dodatków nie pożałowano. Postawiono na naprawdę wielkie orzechy laskowe i migdały. Pistacje dodano normalnych rozmiarów. Proporcje zachowano raczej równe.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, łatwo i gładko. Orzechy po pewnym czasie od niej odpadały, a wtedy bardzo dobrze się wczułam w jej maślano tłustą kremowość, w której kryła się jakby lekko suchawa, złudna pylistość. Z czasem narastała delikatna soczystość, a  kawałek z gęsto kremowej masy zmieniał się w gęstą zawiesinę.
Orzechy wolałam gryźć na koniec, jednak struktura nie różniła się od momentu, w którym to robiłam. 
Czekolada znikała bardzo maziście, bardziej tłusto i zostawiając pyliste wrażenie. orzechy nie rozbijały ani nie poganiały jej.
Orzechy, ogólnie mówiąc, były chrupiące. Najbardziej po prostu chrupiące, kruche okazały się orzechy laskowe. Migdały wykazywały bardziej twardość, zaś pistacje miękkość, ale i one potrafiły chrupnąć za sprawą skórki. Pistacje i migdały dodano właśnie ze skorkami. Orzechy laskowe skórka pokrywała tylko trochę w paru miejscach.

W smaku czekolada przywitała się prostą, duszną słodyczą. Towarzyszyła jej lekko palona gorzkość. Nie była mocna, ale wyraźna.

Słodycz odważnie rosła. Odnotowałam wanilię, która wyraźnie ją podniosła, ale jednocześnie podyktowała szlachetniejszy wydźwięk. Z dusznej zrobiła się jakby przydymiona, choć aspirowała do wysokiej.

W tle zaznaczyła się lekka, słodka soczystość, a także akcent drzew, do którego po chwili dołączyły orzechy.

Gorzkość miała w sobie coś z sadzy, jakby paleniska, obok którego leży suszące się drewno, ale łagodniała. Uległa waniliowej słodyczy. Coraz mocniej pobrzmiewały obok niej łagodzące migdały i nieokreślone orzechy nawet w kęsach bez dodatków.
W kęsach z laskowcami ogólna orzechowość wyszła nieco mocniej niż z pistacjami. Niegryzione orzechy laskowe lekko się wtrącały do smaku bazy. W kęsach z migdałami za to migdały starały się dorównać kroku nutom bazy i trochę tonowały słodycz. Czekolada w pobliżu migdałów znacząco nimi przesiąkła. Jedynie pistacje prawie się nie zdradzały.

Gdy z ciekawości pogryzłam dodatki obok, nie wykorzystały w pełni swojego potencjału. Wydawały się przygłuszone wanilią, cukrem i cierpkością bazy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada serwowała coraz więcej owocowych przebłysków. Przyszedł mi do głowy kompot wiśniowo-śliwkowy. Słodki, lekko cierpki, ale nie kwaśny... tak może tylko z sugestią kwasku. Przemykał jednak tyłami, nienachalnie.

Niegryzione orzechy laskowe i migdały trochę odciągały uwagę od kompotowego wątku, ale tak, że to skojarzenie zupełnie nie uciekało. Zostawało echo owoców tych owoców, choć nie bardzo jednoznaczne.

Z czasem łagodniejsza baza przywodziła na myśl naturalny krem z miksu wielu różnych orzechów. Robiło się coraz łagodniej, słodycz ryzykownie rosła, aż nagle... Krem zmienił się w zdrowe, naturalne trufle cierpko kakaowe z niedokładnie zielonych różnych orzechów, w tym migdałów i laskowych. Wyobraziłam sobie naturalne "raw barowe" kulki, nierzadko nawet z dodatkiem słodko-soczystych wiśni i śliwek. Drzewny akcent podbił ich naturalność, a wanilii zasugerował nieco żywiczny akcent.

Dodatki gryzione na koniec okazały się wyraziste. Wszystkie bardzo dobre, ale migdały wręcz zniewalające. Niesamowicie naturalnie słodkie, jakby same w sobie w porywach lekko marcepanowe, słodziutkie i takie... Łagodniejsze, lekko maślane, a jednocześnie z charakterem że względu na skórkę. Orzechy laskowe i pistacje dały się poznać jako słodkie, ale z epizodycznie pojawiającym się szlachetnym, gorzkawym echem skórek. Wydawały się surowe. Ewentualnie prażone w sposób znikomy.

Po zjedzeniu został posmak soczyście kompotowej, słodkiej czekolady z drzewną cierpkością oraz dodatków. Migdałów, orzechów laskowych lub pistacji, w zależności od tego, co akurat było w kęsie. Migdały wyprzedzał w posmaku czekoladę, pistacje i laskowe stały z nią na równi.

Tabliczka zaskoczyła mnie pozytywnie. Sama czekolada smakowała dobrze, niebanalnie. Drzewna nuta i wątek śliwkowo-wiśniowego kompotu wynagrodziły łagodną gorzkość. Słodycz mimo że miała duszne skłonności i bardzo rosła, w ogólnym rozrachunku nie wyszła bardzo za wysoka. Wolałabym, by baza była mniej tłusta, ale i to nie było jakieś bardzo natarczywe. Dodatki mogłyby być porządniej wtopione, ale i tak jak były, nie było źle.
Dodatki okazały się gigantycznym plusem. Już bardzo dobre orzechy laskowe i pistacje mnie cieszyły, ale tak boskie migdały w ogóle rozkochały w sobie. W dodatku orzechów nie pożałowano, a proporcje były świetne.
Małe poprawki i byłaby czekolada z orzechami idealna. Zdziwiłam się, że odebrałam ją lepiej niż Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka Mix Orzechowy (ukochanego Beskidu!). Sowite sypnięcie dodatków zrobiło robotę.


ocena: 9/10
kupiłam: greentouch.pl
cena: 22,90 zł (za 85g)
kaloryczność: 549,5 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Składniki: czekolada ciemna (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; ekstrakt waniliowy), orzechy 20% w zmiennych proporcjach (migdały, pistacje, orzechy laskowe)

środa, 8 lipca 2026

Zotter Brains & Eggs / Hirn mit Ei mleczna 50 % z kremem z białej czekolady i nugatu migdałowego z ajerkoniakiem i móżdżkiem wieprzowym oraz nugatem z orzechów laskowych z kawałkami orzechów nerkowca, laskowych i migdałów

Kontrowersyjne połączenia czy nazwy dań jednych intrygują, drugich odrzucają. Przy czytaniu opisu tej czekolady przypomniało mi się danie Oyakodon, , które niektórych bulwersuje nazwą, wg nich jest upiorna, bo oznacza "rodzic" (oya) i "dziecko" (ko), odnosząc się do kury i jajka. Ciekawe, co też by powiedzieli o dziś przedstawianej czekoladzie... Chcąc na szybko znaleźć w internecie opis tej czekolady, wpisałam jej nazwę i trafiłam na informację, że Eggs 'n' brains to śniadaniowe danie cenione w Portugalii (omolete de mioleira) i Austrii: jajecznica z móżdżkiem wieprzowym. W tej drugiej znane właśnie jako Hirn mit Ei. To wydaje się... zwyczajne, pewnie nawet smaczne, ale że skwarki z móżdżku w czekoladzie z ajerkoniakiem? Druga warstwa z kolei miała się tak do tego, że... no, jej "pasowanie" oparto na powiedzeniu "jedzenie dla mózgu", bo orzechy są znane ze swoich właściwości zdrowotnych. Czytając opis z wnętrza papierka, trafiłam na jeszcze jedną grę słowną: "hirn in der birn ist", czyli "mózg jest w gruszce", co oczywiście odnosi się do dodanej gruszkowej brandy.
Co nie zmienia faktu, że umieszczenie móżdżkowych skwarek w tabliczce czekolady do mnie nie przemawiało. Uznałam, że wolę mieć ją za sobą szybciej, niż później, więc nie będę jej odkładać za bardzo w czasie.


Zotter Brains & Eggs / Hirn mit Ei to czekolada mleczna o zawartości 50% kakao nadziewana (30%) kremem "ganache" na bazie białej czekolady i nugatu migdałowego z likierem jajecznym (ajerkoniakiem), gruszkową brandy, wanilią i karmelizowanym w maśle móżdżkiem wieprzowym oraz (30%) kremem orzechowym na bazie praliny / nugatu z orzechów laskowych z kawałkami orzechów nerkowca, orzechów laskowych i migdałów. 

Po otwarciu rozszedł się uderzył zapach alkoholu. Kompozycję zdominowała soczyście gruszkowo-jabłkowa, a jednocześnie karmelowo-cukrowo słodka brandy, choć i ajerkoniak czuć wyraźnie. Trochę przesłodziły kompozycję. Dopiero jednak za brandy, w towarzystwie mleczno-waniliowego, wręcz śmietankowego splotu. W nim przewinął się też niedookreślony nugat. Taki ogólnie orzechowo-migdałowy - o, migdały czuć nieco wyraźniej. Sama czekolada wydawała mi się bardzo mleczna i bardzo słodka w sposób lekko karmelowy - powiedziałabym, że ma 40%, a nie 50%. Po przełamaniu piekąco słodka alkoholowość jeszcze się nasiliła.

Tabliczka wydawała się konkretna, ale jakby plątała się w niej pewna delikatność. Gruba warstwa czekolady choć twarda, nie trzaskała przy łamaniu, odsłaniając dwie warstwy nadzienia. Górna, orzechowa, mimo że nieco plastyczna, wykazywała kruchość ze względu na mnóstwo drobinek orzechów, jakie w niej zatopiono. Gołym okiem widać ich niewiele, więc potem czekała mnie niespodzianka. Grubsza jasna też była tłusta, ale o wiele bardziej. Ta dała się poznać jako maślano zbita, niczym chłodne masło. Na oko wydawała się gładka.
W ustach czekolada rozpływała się gładko i tłusto-kremowo. Czuć w niej pełnię mleka i maślaność. Swymi smugami pokrywała podniebienie i odsłaniała powoli również maziste nadzienia.
Warstwy ze środka zgrały się tłustością i kremowością, a także lekką pylistością. Obie były dość masywne, a także gęste w nieco biało czekoladowo-nugatowy sposób.
Spójniej z czekoladą rozpływał się krem orzechowy. Wydawało się, że gdyby nie kawałki orzechów, byłby bardziej zbity i może wręcz twardy. Kawałki jednak go poganiały. Mimo ich obecności, wydał mi się za tłusty niczym chłodne, zbite masło. Niezależnie od tego, kiedy gryzłam kawałki, były takie same. 
Krem jasny rozpływał się najwolniej, wykazując wysoką tłustość. Jego zwartość przełożyła się na pewną gibkość, ale nie gęstość. Miękką maślaność i gumowość?
Warstwa zaskoczyła mnie tym, jak połączyła gładkość z pylistością. Nie uświadczyłam w niej żadnych kawałków.
Kawałki gryzione na koniec były niechrupiące, delikatne, dość często wręcz sprężyście miękkie. Wśród tych bardziej sprężystych czasem miałam wrażenie, że chyba dwa czy trzy razy trafiłam na coś bardziej żujnego, może mięsnego, ale możliwe, że to autosugestia.

W smaku czekolada od początku łączyła ogrom pełnego mleka i maślaność z karmelową słodyczą. Lekko przesiąkła alkoholem - głównie brandy - i wydała mi się zaskakująco słodka, niegorzka jak na 50%.

Nadzienia bardzo szybko odzywały się za sprawą alkoholu i słodyczy. Nugat przesiąkł alkoholami z jasnej części, to pewne.
Po paru chwilach nadzienia odciągały uwagę od czekolady. Jasny krem okazał się bardziej jaskrawy smakowo ze względu na dominujący alkohol, ciemny orzechowy spokojniejszy i bardziej zgrany z czekoladą.

Krem orzechowy wkroczył poprzez mleczno-orzechowy motyw. Czuć w nim nugat laskowy, laskowo-migdałowy o średnio wysokiej słodyczy i lekką maślaność. Kolejne fale maślaności i pewne ciepło trochę rozmywały orzechowość, a wyłaniające się kawałki niezbyt pomagały, prawie nic nie wnosiły. Nawet pogryzienie orzechów wcześniej, obok czekolady, nie pomagało im z przebiciem się. Ta warstwa przegrywała z imperatywnymi alkoholami drugiego kremu.
Nugat spróbowany osobno wydawał się wyraźniej laskowy, a w dodatku wyraźnie poczułam w nim cynamon.

Nadzienie ajerkoniakowe przebijało się z łatwością alkoholem, który wydał mi się zasładzający i zarazem soczysty. Najpierw powiedziałabym, że dodano tam brandy gruszkowo-jabłkową, jednak po chwili została tylko gruszkowa. Soczyste gruszki były bardzo jednoznaczne przez pewien czas, choć mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączył do nich ajerkoniak. Owocowy wątek trochę ustąpił na rzecz jeszcze słodszego alkoholu oraz waniliowo słodkiej białej czekolady i śmietanki. W białoczekoladowym splocie, w oddali za alkoholami odnotowałam lekko nugatowe echo. 
Jasny krem spróbowany osobno okazał się leciutko migdałowo-nugatowy, co z czasem nieco podkręcało orzechowość nugatu. Do tego krem jasny, pod tym całym alkoholem, wydawał się wyraźniej waniliowy i nieco niepalono karmelowy / karmelowo-krówkowy.

Z czasem zrobiło się nieco bardziej orzechowo, ale nie jednoznacznie. Pomyślałam o likierze orzechowym / nugatowym. Słodycz i alkohole, które już się bardziej przemieszały, aż piekły w język, ale... w tej mieszaninie raz po raz przemknęło mi coś prażono-wytrawniejszego (nie jednak mięsnego).

Ukryły się jednak w cały czas narastającej słodyczy. Ta z nugatowej, białoczekoladowej końcowo robiła się bardziej karmelowa, karmelowo-cukrowa. Może brandy to narzuciła? Po tym uderzeniu i kolejnych falach alkoholowości, całość wydawała się nieco bardziej ciepło-korzenna.

Gdy z ciekawości pogryzłam kawałki wcześniej, obok czekolady, całość wydawała się jeszcze bardziej chaotycznie słodka i alkoholowa, a orzechy wydawały się nijakie.

Na koniec, gdy wszystko zniknęło, kawałki smakowały bardziej przejrzyście. Nie bardzo, ale bardziej niż wcześniej. Ogólnie były to delikatne orzechy, trochę onieśmielone mocnym alkoholem i słodyczą. Czuć tam głównie podprażone orzechy laskowe i migdały, ale też odrobinę trochę nerkowców. Czasem wśród kawałków zaplątało się coś nieco... słonawego? Prażonego w sposób, że powiedziałabym, że to mogło być coś mięsnego.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkiej gruszkowej brandy, chyba też echo likieru jajecznego i słodycz białej czekolady, nugatu i łagodnego karmelu. Czekolada mleczna też wydawała się bardzo słodka w sposób karmelowy. Czułam też sporo masła i nugat orzechowy z korzennym ciepłem, prawie pikanterią.

Czekolada zaskoczyła mnie, i pozytywnie, i niepozytywnie zarazem. Okazała się całkiem smaczna, ale zupełnie nie smakująca tym, czym powinna. Mleczna czekolada z mlecznym, lekko orzechowym nadzieniem z gruszkową brandy, słodko-soczyście gruszkowa i z subtelnymi orzechami do gryzienia. Trochę zbyt zasładzająca, ale robiąca to w sposób zrozumiały. Nijak miało się to do obiecywanego ajerkoniaku i kawałków karmelizowanego móżdżku. Niezbyt podobała mi się zbita tłustość nadzień, ale tragedii nie było.
Nadzienie ajerkoniakowe Zottera zawsze było mało ajerkoniakowe i kiepskie. Tym razem wyszło też niezbyt ajerkoniakowe, ale lepsze. Zawsze robił je za bardzo jabłkowo-octowe, tym razem wyszło bardzo brandy-gruszkowo. To w sumie było smaczne, ale jak ma być ajerkoniakowo, to tak... mam mieszane uczucia niezbyt. Mięsność zupełnie się schowała pod natłokiem alkoholu i słodyczy. Orzechowość nugatu nie była szczególnie intensywna, ale czuć ją w asyście korzennego ciepła. Sama czekolada wydawała się nieco za słodka, jak i cała kompozycja. Alkohole nieco za bardzo jej orzechowy charakter i ukryły. Nie wyszła więc kontrowersyjnie, ale po prostu całkiem smacznie. Nie jakoś wyjątkowo, ale tak całkiem przyjemnie do zjedzenia. Dużo w niej wszystkiego, ale efekt... raczej prosty.

W poszukiwaniu kawałków móżdżku, czy choćby mięsnej nuty, zjadłam 30g i to w zasadzie nawet z przyjemnością. Każdy kolejny gram jednak już by męczył słodyczą i trochę tłustością nadzień, niedookreślonym smakiem kawałków. 

Zjadłam połowę, choć w sumie 1/3 by wystarczyła. Potem słodycz i tłustość trochę nadto już męczyły. Zależało mi jednak na znalezieniu choć kawałka móżdżku. Niestety, nici z tego. Mama jednak też nie trafiła. Może dodano sproszkowane mięso? Stąd ta pylista struktura? Nie wiemy, nie czułyśmy niczego, co by mogło być móżdżkiem. Inna sprawa, że żadna z nas nie chciałaby go czuć... 
Dopiero z czasem tknęło mnie... że może ta czekolada miała strukturą udawać takie danie? W sensie że w tłustej, wręcz kremowej "jajecznicy" (kremach) znalazły się żujne kawałki "skwarki" (z orzechów)? Coś jak Zotter Pink Coconut and Fish Marshmallow udająca rybę, rybie mięso, a nie mocno smakująca rybą.

Mamie, której przypadła druga połowa czekolada ogólnie bardzo smakowała: "Od razu, jak tylko włożyłam kawałek do ust, uderzył alkohol. Taki mocny, ale dobry i szlachetny. Jakiś koniak czy coś. Najpierw takie mi się to trochę dziwne wydało, że sama czekolada z wierzchu nie zdążyła zacząć się rozpuszczać, a już ten alkohol, ale potem i reszta elementów się odezwała. Ajerkoniaku nie czułam, a szkoda, bo go uwielbiam. Słodka, taka naprawdę dobra mleczna z nadzieniem... Jakby właśnie głównie mlecznym i mocno alkoholowym. Takim mlecznym, porządnie mlecznym, kremem. Czułam w nim jednak coś jeszcze, na pewno coś smacznego, szlachetnego, miałam problemy z uchwyceniem tego. Z czasem mi się udało. Maślaność! Taka szlachetna, pyszna. Może to ten nugat? Ogólnie to wnętrze kojarzyło mi się trochę z takimi dobrymi, naprawdę dobrymi truflami. No i na koniec orzechy zostawały. Nie czuć dokładnie, jakie to, ale nie przeszkadzały. Dokładniej jednak nie umiem jej opisać. Smaczna, że gdybym miała sam smak oceniać, mogłaby mieć naprawdę wysoką ocenę. Z 9? Ale że jest zupełnie nie tym, czym miała być, to chyba te 6 to dobra ocena. No gdzie tam ten ajerkoniak? No i móżdżku nie czułam, ale to dobrze. Nie chciałabym go czuć". 


ocena: 6/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 71g)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, orzechy laskowe 11%, pełne mleko w proszku, migdały 5%, mleko, odtłuszczone mleko w proszku, orzechy nerkowca 3%, brandy gruszkowa 2%, syrop z cukru inwertowanego, syrop skrobiowy, żółtko jaja 1%, substancja słodząca: erytrytol; masło, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), móżdżek  wieprzowy 0,1%, emulgator: lecytyna sojowa; pełny cukier trzcinowy, sproszkowana wanilia, sól, emulgator: lecytyna słonecznikowa; sok gruszkowy, cynamon, sproszkowany imbir, kardamon, anyż gwiazdkowy

sobota, 4 lipca 2026

Nelli Tatransky Les Horka Cokolada Lieskove orechy, cucoriedky ciemna 54 % z orzechami laskowymi i suszoną żurawiną

O słowackiej marce Nelli nie znalazłam za wiele, a o jej istnieniu dowiedziałam się w momencie, gdy natknęłam się na ich tabliczki w sklepie z pamiątkami i naturalnymi produktami (jedzeniem, ale też kosmetykami etc.). A tam zaszłam, bo znajomy szukał Kofoli. Jakoś bowiem szybko zrobiliśmy planowaną trasę w Tatrach i wróciliśmy do Starego Smokoveca, gdy jeszcze wszystko było pootwierane. Tabliczek Nelli była tam cała półka. Którą wybrać? Na pewno od razu odrzuciłam inne niż ciemne. Potem zaś... Zdałam się na wzrok i kupiłam tę w wyróżniającym się opakowaniu, zdobionym przez uroczą kozicę.
Wzięłam ją ze sobą na Przełęcz Krzyżne, na którą weszłam, idąc z Gęsiej Szyi przez Wolarczyską i koło Czerwonego Stawu w Dolinie Pańszczycy. Jakież było moje zdziwienie, gdy na pobliskim szczycie w trakcie czekoladowej sesji zdjęciowej dostrzegłam... kozicę.

Nelli Tatranský Les horká čokoláda Ručne vyrábaná Lieskové orechy, čučoriedky to ciemna czekolada o zawartości 54 % kakao z orzechami laskowymi i suszoną żurawiną.

Po otwarciu rozszedł się przecukrzony zapach czekolady niewątpliwie ciemnej i bardzo orzechowej, zrównanej z surowymi orzechami laskowymi. Gorzkość przybrała klimat niemal niealkoholowego likieru, może bardziej syropu kakaowego, zaś orzechy... Mieszanki surowych orzechów i migdałów pod przewodnictwem laskowych. To, że to zapach dodatku, nie samej czekolady, wcale nie było takie oczywiste, orzechowość częściowo zdawała się płynąć z czekolady. Żurawina za to pobrzmiewała leciuteńko w oddali - i to bardziej jako czerwone owoce, w tym może i żurawina.

Spód tabliczki wyglądał smutno: dodatków pożałowano i umieszczono je głównie na środku. Parę połówek laskowców i sporo pyłu, drobnicy ze skórkami oraz kilka wielkich żurawin trzymała się całkiem nieźle. Przy łamaniu czekolada trzaskała głośno i chrupko, jako że była twarda. Dodatki, ku mojemu zaskoczeniu, mocno się jej trzymały.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, zaraz mięknąc. Stawała się gęstym, lepkim, tłustym kremem. Dodatki szybko od niej odpadały. 
Orzechy zawsze, czy to gryzione wcześniej obok czekolady, czy po jej zniknięciu miały taką samą strukturę. Żurawiny gryzione wcześniej przedstawiały się jako twardsze i suchsze. Po tym, jak czekolada zniknęła, minimalnie zmiękły i zdobyły się na soczystość. Nie wysoką, ale jednak. Trochę trzeszczały, a pesteczki dodały im chrupkości. 
Orzechy lekko chrupały, zdradzając miękkawość świeżych, potem skrzypiały, Drobinki tylko skrzypiały.

W smaku czekolada przywitała się dosadną słodyczą z echem... czegoś sztucznego. Do głowy przyszedł mi aromat / olejek migdałowy.
Słodycz już startowała z wysokiego poziomu, a po chwili jeszcze rosła. Zwłaszcza, że dołączyła do niej nuta wanilii. Wraz z niezbyt silnym, na pewno nie gorzkim na tym etapie kakao zbudowały klimat kakaowego syropu.

Aromat / olejek migdałowy zaczął z wolna przechodzić w ogólną orzechowość. A tę uszlachetniała lekka gorzkość. W kęsach z orzechami ewidentnie była to orzechowość rządzona przez surowe orzechy laskowe.
Gdy jadłam samą czekoladę, bez dodatków, orzechowość z dominującymi orzechami laskowymi też czułam.

Motyw syropu kakaowego przez moment zaczął iść w kierunku syropu kakaowo-kawowego, jednak słodycz wygrała z gorzkością i z czasem przeszedł w ogóle w jakiś syrop cukrowy. Słodycz aż trochę drapała. Niegryzione dodatki niezbyt ją tonowały, bo pobrzmiewały bardzo słabo.
Gdy z ciekawości pogryzłam je wcześniej, przebijały się przez czekoladę. Kawałki orzechów laskowych bardzo słabo, żurawina dosadniej. Sama czekolada jednak wtedy jawiła się jako słodsza i bardziej plastikowa, więc zostawiałam je na koniec.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa orzechowość wsparła nieśmiała nutka drewna. Naaromatyzowanie, olejkowość schowały się. Delikatna gorzkość otuliła drewno palonym motywem oraz odrobinką kawy ze śmietanką.

Słodycz... Może nie osłabła, ale przynajmniej przestała rosnąć. Czekolada zaczęła przejawiać lekko soczyste, czerwono owocowe skłonności. Czułam je nawet w kęsach bez żurawiny. To była słodka soczystość, trochę jak słodki syrop wiśniowy, ale jednak nieco ułatwiająca odbiór.

Dodatki nieco rosły w siłę. Żurawina długo prawie się nie odzywała, acz może i podkreślała soczyście owocowy akcent. Później dodawała do kompozycji trochę kwaśności. Laskowce za to na pewno podkręcały surową orzechowość - szybciej i częściej niż żurawina podkreślała soczystość.

Czekolada znikając jednak wróciła do bardziej słodkiego tonu, zacukrzając na poziomie gardła. Słodycz męczyła i drapała jeszcze bardziej w przypadku kęsów bez dodatków. Smakowo cukier trochę urozmaicało waniliowe echo.

Orzechy laskowe na koniec zaprezentowały się jako surowe lub prawie surowe i minimalnie słodkawe, łagodne, acz przeplecione goryczka orzechowych skórek.
Żurawina na końcu wciąż nie była jakoś szczególnie charakterna, ale pokazała się z bardziej kwaśnej strony. To na pewno suszona żurawina (nie kandyzowane czy liofilizowana).

Po zjedzeniu zostawał posmak dodatków, jeśli były w kęsie, a więc albo laskowców, albo żurawiny, albo obu na równych prawach. Oprócz tego czuć czekoladę jako splot cukrowego syropu, cierpkiej paloności i echa soczystego, ogólnie czerwono owocowego, jakby wpisanego w syropową słodycz. 

Czekolada wyszła bardzo w porządku. Baza, choć bardzo słodka, miała charakter orzechowo-migdałowy, lekko palony i z namiastką soczystości. Jak na 54%, całkiem przyjemna, mimo że pobrzmiewała nie w pełni naturalnie. Nie wiem jednak, dlaczego - skład nie wskazuje na dodanie aromatów innych niż waniliowy. Dodatków bardzo pożałowali, a i nie były jakoś szczególnie porywające, a po prostu dobre. Plus jednak, że świetnie dopasowały się do smaku bazy.


ocena: 7/10
kupiłam: mały sklep w Starym Smokovecu
cena:  4 (około 17 zł; za 80g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe, liofilizowana żurawina, lecytyna E322, naturalny aromat waniliowy

niedziela, 28 czerwca 2026

Zotter Felsenbirne auf Butterbrot / Juneberry on Buttered Bread mleczna 50 % z kremem ze świdośliwy, białej czekolady i cytryny oraz nugatem z orzechów laskowych z przyprawami korzennymi oraz kawałkami ciemnego chleba

Po tym, jak przeczytałam opis, ta czekolada wydała mi się bardzo dziwna. Z jednej strony bardzo mnie zaciekawiła kremem ze świdośliwy, a połączenie ciekawego owocu z nugatem z laskowców wydało mi się po prostu obiecująco smaczne... Ale z drugiej budziła obawy i niezrozumienie. Bułka tarta?! Chlebowe drobinki? Po co? Za nic tego nie czułam, już nawet pomijając to, że nie używam bułki tartej, bo to mnie jakoś tak brzydzi. A jednak takiej żytniej nawet nie znam. Żytni chleb to jedyny jaki jem i bardzo lubię, ale i tak... w nadzieniu? Miałam złe przeczucia. Nie podobało mi się dodanie go, bo w reszcie widziałam duży potencjał. Czułam, że może wszystko popsuć.


Zotter Felsenbirne auf Butterbrot / Juneberry on Buttered Bread to mleczna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (30%) kremem "ganache" z jagód świdośliwy i białej czekolady z cytryną oraz (25%) praliną / nugatem z orzechów laskowych z przyprawami korzennymi: anyżem, kardamonem, kolendrą, koprem włoskim, cynamonem i solą oraz z (5%) kawałkami ("bułką tartą"?) ciemnego pieczywa żytnio-orkiszowego w maśle. 

Otworzywszy, poczułam zapach wyraźnie mocno mlecznej i zarazem lekko gorzkiej czekolady o nienachalnej, karmelowej słodyczy oraz orzechów i migdałów. A dokładniej korzennego, cynamonowo-anyżowego nugatu z orzechów laskowych z echem marcepanu. Próbując obwąchać, co skąd pobrzmiewa, ustaliłam, że spód wydawał się bardziej ogólnie orzechowy, a wierzch zdradzał bardziej marcepanowość. Do tego doszukałam się tam lekko waniliowego i niemal biało czekoladowego echa. Czekolada mleczna zdawała się przemycać chlebowe akcenty, ale jestem pewna, że to jej nuty, a nie dodanych drobinek (bo nie raz czułam tę nutę w Zotterach). Mleczność zaś na pewno pochodziła też ze środka. W tle jeszcze zaznaczyła się lekko słodka, ogólnie jagodowa nutka. Nasiliła się po przełamaniu, wraz z nugato-marcepanem, mlekiem i wanilią.

Tabliczka wydała mi się twarda i masywna, ale też trochę krucha ze względu na nugat. Podczas łamania grube warstwy czekolady trzaskały, a wspomniany nugat trochę się kruszył.
Jakież było moje zdziwienie, iż zobaczyłam, że w mojej tabliczce to owocowy krem jest na dole, orzechowo-chlebowy na górze, czyli odwrotnie, niż pokazują zdjęcia na stronie Zottera. Na oko drobinki chleba ukryły się zupełnie, za to w kremie owocowym dostrzegłam mikroskopijne skórki.
Mimo kruchości, nugat zdradzał też tłustość. Był jednak znacznie bardziej zbity, konkretny. Krem owocowy zaś wręcz mazisty, miękki i plastyczny, a do tego lepki.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, kremowo i dość tłusto. Pokrywała podniebienie smugami, i miękła, mieszając się z nadzieniami, które również z łatwością miękły. Środek rozpuszczał się dość szybko.
Nugat bardziej podpinał się pod czekoladę, chwaląc się maślanością i gęstością. W pierwszej chwili wydał mi się zbity, lecz zaraz poszedł w oleistym kierunku. Poczucie tłustości osłabiał pyłkowo-proszkowy efekt. Z czasem okazał się ziarnisty od drobinek chleba. Nie osłabił jednak poczucia tłustości, bo tu cały czas rozchodziły się jakby kolejne nakłady masła i oleju. Drobinki dodały wnętrzu też pewnej twardości. Gryzione wcześniej były suche i nieprzyjemnie twarde; nieco trzeszczały. Ja wolałam zostawiać je na koniec. Reszta przy nich - gryzionych wcześniej - zmieniała się w tłusto-zawiesinową masę.
Krem ze świdośliwy był znacznie rzadszy i miękki w luźniejszy sposób. Też miał w sobie lekką mleczno-śmietankową tłustość, ale nadal sporo soczystości kompozycji. Ta warstwa znikała najszybciej.
Nugat znikał, zostawiając ogrom różnej wielkości kawałków, kawałeczków i ziarnistych drobinek. Czekolada zostawała najdłużej, ale w końcu i ona się rozpuściła, a ja zajęłam się resztą pieczywa. Nie nazwałabym tego bułką tartą - niektóre kawałki były za duże. Na koniec ten dodatek zrobił się bardziej wilgotny, dziwnie lepko-twardy. Wciąż bardzo, nieprzyjemnie twardy. Kojarzyło mi się to z okruchami pieczywa chrupkiego i zawilgoconą watą cukrową, z jakimś tam drobnym elementem twardych okruchów ciemnego chleba.
Na koniec czułam się bardzo przytłoczona ogromem tych twardych kawałków.

W smaku czekolada roztoczyła delikatną, paloną gorzkość, w której drzemał chlebowo-marcepanowy charakter, wyrazista mleczność i łagodna, karmelowa słodycz. Miała w sobie też coś orzechowego.
Możliwe, że trochę przesiąkła wnętrzem, ale kłóciła bym się, że nie tyło.

W oddali dała o sobie znać słodko-cierpka nuta jagodowa, a zaraz po tym wnętrze podkreśliło także  orzechowo-marcepanowy wątek. Nugat właśnie poprzez orzechowość, ale też mleczność, podpiął się pod czekoladę. Wchodził spójnie. Krem owocowy robił to w bardziej przyciągający uwagę sposób, acz o i on nie odstawał aż tak bardzo.

Krem orzechowy na pewno podniósł słodycz. Emanował słodyczą maślano-mlecznego nugatu, który posłodzono cukrem pudrem. Czuć w nim wyraźnie orzechy laskowe. Orzechy podkręcone ciepłą korzennością. Orzechy prażone, może ze skorkami... Do których zaraz dołączył nieco chlebowy, wytrawniejszy akcent i jeszcze więcej maślaności.
Gdy z ciekawości wcześniej pogryzłam chlebowe drobinki, wydawały się niedookreślone, tyle tylko że pieczone, ale jakieś... kartonowo-chrupko pieczywowe.

Krem ze świdośliwy też umacniał słodycz. Początkowo przejawiał mleczny, również trochę nugatowy, trochę waniliowy smak, do którego dołączał coraz więcej soczystości. Jego słodycz rosła w nieco biało czekoladowym kontekście. Czułam w nim kwaskawo-cierpkie jagody. Z czasem zarejestrowałam, iż ich kwasek podkręcała cytryna. Nie jakoś mocno kwaśna czy wyrazista, ale niewątpliwie obecna. Spowodowała, że i słodycz wydała mi się silniejsza - zadziałał kontrast. Raz po raz wydała mi się nawet lekko miodowa, miodowo-drapiąca.
Co ciekawe, nugat laskowy chyba też na zasadzie kontrastu podkreślał owocową soczystość tej warstwy. Gdy spróbowałam owocowego kremu osobno, wydał mi się bardziej nugatowo-marcepanowy.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość zaczęła jednak słabnąć. Jagodowy motyw ulegał słodyczy wanilii i białej czekolady.

Z czasem nugat zaczął mi się wydawać rozmyty, tłusty smakowo, maślano-oleisty, a niesatysfakcjonująco laskowy. Przyprawy, głównie kardamon, cynamon i anyż, jednak z tej tłustej toni się wychylały. Wraz ze słabnięciem świdośliwy, w zasadzie odgrywały coraz ważniejszą rolę. Nie ważną, ale ważniejszą niż początkowy niebyt (z którego to się wychylały). Ciemny chleb niegryziony nie odzywał się zbyt wyraźnie. Raz po raz przemykała mi przy nich odrobinka soli.
Nugat laskowy spróbowany osobno cierpiał na to samo: z czasem wydawał się mdło mało orzechowy.

Z czasem tonął w słodyczy białej czekolady i wanilii, która aż trochę drapała w gardle.

Na końcówce czekolada wydawała się bardziej gorzka, cierpkawa i wyraźniej chlebowa, palona. Jej mleczność jednak też miała się dobrze. Słodycz jednak i jej się udzieliła. Ogólnie było bardziej słodko.

Kawałki ciemnego pieczywa na koniec smakowały dość wyraźnie jakby połączeniem okruchów starego ciemnego chleba, pieczywa chrupkiego, żytniego czy mieszanego, z czerstwą skórką chleba raczej jasnego (nie pszennego, ale trudno wskazać jakikolwiek - to nie była wyrazistość na tym poziomie) trochę pieczono.
Skórki świdośliwy, jakie się ostały, nie miały żadnego znaczenia wśród kawałków.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodki, wręcz biało czekoladowy, waniliowo-nugatowy, oleiście-maślany, w czym to i orzechy laskowe trochę się zaznaczyły. Do tego przewinęły się kwaskawe, jagodowe owoce i gorzko-mleczna, cierpkawa czekolada. Czułam też smak jakby słonego pieczywa chrupkiego mieszanego.

Czekolada mnie do siebie nie przekonała. Nie rozumiem, po co, skoro robi się krem z czymś tak ciekawym i niespotykanym jak świdośliwa, podkręcać - a w zasadzie zagłuszać - ją jeszcze cytryną. A jednak akurat warstwa owocowa całkiem nieźle właśnie świdośliwą smakowała. Była za słodka, ale wystarczyłoby, że dodano by do niej dobrą warstwą orzechową i mogłoby być dobrze. Nugat laskowy był tłusto rozmyty, jeśli o laskowość chodzi. Czuć w nim jednak trochę przypraw korzennych i chlebowe okruchy. Przyprawy korzenne niekoniecznie pasowały do części owocowej, ale w zasadzie gdyby na tym to się kończyło, to jeszcze mogłoby być. Tylko ta chlebowa drobnica bardzo przeszkadzała całości. Przy całym moim uwielbieniu do chleba żytniego, tu wyszło to niesmacznie, a struktura potworna. Jak stwardniałe pieczywo chrupkie. Stąd z całkiem ok tabliczki, przez okruchy było to niezjadliwe na dłuższą metę.

Po 12 gramach odpadłam i oddałam resztę Mamie. Gdyby nie twarde chlebowe parszywce, pewnie można by się w to wciągnąć, ale ich w dodatku było bardzo dużo. Bez nich czekolada spokojnie dostałaby 6, ale że raz były niesmaczne, a dwa miały okropną strukturę, poleciały 2 punkty. Psuły bowiem 2 rzeczy.

Mama jednak też nie zmęczyła, bo jak to opisała "Beznadziejna, co ten Zotter wymyślił? Chyba sobie zażartował tym chlebem. Potencjał jest, zapowiadało się dobrze i aż się ucieszyłam. Tam te jakieś owocowe nadzienie, drugie... Nie wiem, dokładnie jakie, ale jakieś i ma koniec chleb. Jakby taki stary, czerstwy ciemny chleb. Odciągał uwagę od wszystkiego, co było wcześniej. Beznadzieja".

Resztka powędrowała więc do ojca. Jemu... smakowała: "bardzo ciekawa ta czekolada z chlebem. Ten chleb... wyrazisty taki i w sumie pasujący, no, ciekawy".


 ocena: 4/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku,  orzechy laskowe 6%, świdośliwa / jagody czerwcowe 6%, odtłuszczone mleko w proszku, syrop z cukru inwertowanego, masło, mleko, mąka żytnia 1%, liofilizowane jagody, olej z orzechów laskowych, syrop skrobiowy, mąka orkiszowa 1%, słodka serwatka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; koncentrat soku z cytryny, cukier trzcinowy pełnoziarnisty, sól, sproszkowana wanilia, kminek, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), anyż, koper włoski, kardamon, emulgator: lecytyna słonecznikowa; kolendra, anyż gwiazdkowy, cynamon

wtorek, 23 czerwca 2026

Vanini fondente 62 % con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62 % with orange zest and cashew ciemna z Peru z karmelizowanymi orzechami nerkowca i kandyzowaną skórką pomarańczy

Poczułam się przytłoczona czekoladami z cytrusami, jakie miałam na wyjścia w góry. Nie są moimi ulubionymi, a miałam wrażenie, że zdominowały mi "górski stosik" w komodzie z czekoladami. Dziś przedstawianej czekolady trochę się bałam. Obstawiałam, że może być podobnie nijaka, a nachalnie olejkowa jak Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Niestety, kupiłam ją razem z innymi Vanini. Kupując ją, szczerze myślałam o niej jako o obiecującej, bo uwielbiam nerkowce. Tydzień po spróbowaniu wspomnianej, znów ruszałam w góry. I szczerze-szczerze, niespecjalnie miałam ochotę brać w nie kolejną Vanini. Przeważył fakt, że nie lubię za długo trzymać czekolad z orzechami, bo lubią iść od nich w plamki (chyba od wydzielającego się tłuszczu?), nawet mimo długich dat ważności. Wolałam więc czym prędzej wziąć się za pozostałe z orzechami, by żadna nie musiała zimować w mojej komodzie.
Sama nie wiem dlaczego, wątpliwą tabliczkę wybrałam na zwieńczenie listopadowej wyprawy na Świnicę. Weszłam na nią z Doliny Zielonej Gąsienicowej zimowym wejściem. Z czekanem poszło mi tak szybko, że aż się zdziwiłam i już byłam na Świnickiej Przełęczy. Dalszy odcinek po skałach i łańcuchach za kolei zaskoczył mnie brakiem śniegu. Na szczycie było przyjemnie, bo dość ciepło i nawet niespecjalnie wietrznie. Idealnie więc na czekoladę. A zeszłam przez Liliowe i wzdłuż kolejki na Kasprowy Wierch, Doliną Gąsienicową.

Vanini fondente 62% con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62% with orange zest and cashew to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami karmelizowanych orzechów nerkowca i kandyzowaną skórką pomarańczy.

Po otwarciu poczułam intensywny, zdecydowanie dominujący zapach olejku pomarańczowego z echem słodkiego soku / napoju pomarańczowego. Ledwo dopuszczał do głosu paloną, cierpką, ale niezbyt gorzką czekolada. Ogólna słodycz była średnio wysoka, ale i ona zdawała się podległa olejkowi, skądinąd sama wydawała się trochę pomarańczowa.

Tabliczka w dotyku wydawała się kremowa i potencjalnie ulepkowata. Kiedy ją łamałam, wykazywała twardość i porządnie, chrupko trzaskała. W przekroju pokazało się mnóstwo kawałków dodatków: średnio-małych nerkowców i średnich oraz dużych pomarańczy. Te drugie przybrały dziwnie zielonkawy odcień.

W ustach czekolada rozpływała się maziście, w tempie średnim. Dała się poznać jako średnio tłusta i kremowa. Po pewnym czasie wyłaniały się z niej dodatki. Jak się okazało, całe mnóstwo. Wprowadziły wodnistość, jako że z pomarańczy i nerkowców rozpuszczał się cukier. To subtelna karmelowa otoczka rozpuszczała się częściowo wraz z czekoladą. Acz była tak znikoma, delikatna, że uwierzę, że niektórzy mogli by nawet nie zarejestrować, że jakaś tam była.
Gdy z ciekawości raz i drugi pogryzłam dodatki wcześniej, obok czekolady, były twardsze. Zwłaszcza nerkowce wydały mi się niecodziennie twardo-chrupiące i w porywach pokryte trochę krucho-cukrową skorupką, a pomarańcza dlatego, że nie zdążyła jeszcze nasiąknąć i miała jeszcze suchą, aż dziwnie kruchą od cukru strukturę.
Czekolada w końcu stała się nazbyt najeżonym zlepem dodatków. Zrobienie kęsa bez dodatków w zasadzie było niemożliwe. By wczuć się w bazę, w domu odskrobałam trochę czekolady z brzegu przy pomocy noża.
Kawałki pomarańczy gryzione na koniec wciąż były suche i dość twarde, acz minimalnie bardziej miękkie. Rozpadały się częściowo na jakby pyłek z cukrem, częściowo wykazywały lepkawość.  
Nerkowce gryzione na koniec potrafiły jeszcze trochę chrupać, ale zaskoczyły na bardziej typowo nerkowcowy, miękkawy tor.

W smaku od razu dosadnie uderzał olejek pomarańczowy, zgrany w jedno ze słodyczą. Zaserwował motyw bardzo słodkiej, olejkowej pomarańczy. Z czasem robiła aluzje do soku / napoju pomarańczowego z kartonu.

Lekka goryczka, cierpkość płynęła z motywu olejku, acz przez moment zdobyła się na leciutką gorzkość. W tle doszukałam się lekko ziołowej nuty.

Zioła mieszając się z olejkiem pomarańczowym z pomarańczowej toni wydobyły cierpkawy akcent skórek, a do tego obudziły lekko cytrynowy wątek.

Smak pomarańczy olejkowej urozmaicał motyw skórek wraz z tym, jak wyłaniały się kawałki pomarańczy. Trzymał się ich jednak wręcz cukierkowo słodki motyw i ewidentnie nuta kandyzowania. Ogólna słodycz podkręcała pomarańczowość.

Gdy ciekawości pogryzłam dodatki wcześniej, pomarańcza dała się poznać jako mało wyrazista, a głównie słodka w sposób kandyzowany. Orzechy nerkowca jawiły się jako słodko-orzechowe, niekoniecznie nerkowcowe, ale trochę owszem.
Sama baza wtedy szarżowała jeszcze bardziej olejkiem.

Gdy spróbowałam troszeczkę samej czekolady, potwierdziło się, że zdominował ją olejek pomarańczowy, choć cały czas czułam też sugestie soku / napoju pomarańczowego (nie najwyższych lotów).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz wydała mi się ciężka, gorzkawość jeszcze osłabła. Miałam wrażenie, że na arenie został posłodzony cukrem olejek pomarańczowy.

Bardzo odlegle raz po raz doszukiwałam się nuty łagodnie, wręcz maślano orzechowej, lecz trudno stwierdzić, czy rozchodziła się od kawałków nerkowców, czy z bazy.

Wydawało mi się, że niegryzione nerkowce nie wnosiły niczego. Pomarańcza o wiele więcej, ale nawet te skórki nie zwalczyły olejku, który podyktował całości mocno przerysowany wydźwięk.

Gryzione na koniec dodatki były wyrazistsze. To, co dominowało, zależało od układu sił, ale ogólnie to pomarańcza stała na wygranej pozycji. Gdy gryzłam je razem, przeważnie dominowała pomarańcza. Tylko gdy nerkowców czasem zebrało się o więcej, także im udało się dojść do głosu. Czasem zadawałam sobie trud, by najpierw je sobie rozdzielać językiem i dopiero gryźć: oddzielnie nerkowce i oddzielenie pomarańcze. Wtedy czuć, i że to nerkowce, i że to pomarańcza.
Pomarańcza była bardzo słodka w cukierkowo-kandyzowany sposób, prawie nawet nieskórkowa i minimalnie cierpko-gorzka - prawie wcale.
Nerkowców trzymało się jeszcze prażone-słodkie echo, ale czuć też orzechowy smak. To jednak, że to akurat nerkowce, czuć w porywach. Często orzechy gubiły się wśród skórki pomarańczy, która stanowiła większość.

Po zjedzeniu został posmak głównie olejku pomarańczowego, wymieszanego z kandyzowaną do przesady, suchą skórką pomarańczy. W porywach czułam cierpkość... Ale nawet trudno dookreślić, czy czekolady, czy tez olejku. Z rzadka zaznaczał się jeszcze łagodny akcent nerkowców (gdy akurat trafiło się ich w kęsie więcej).

Tabliczka wyszła mocno niesatysfakcjonująco, męcząco od olejku. W zasadzie czułam się, jakbym jadła olejek w formie tabliczki, czyli powtórka z Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Chociaż... minimalnie więcej udało się tu zdziałać samej czekoladzie. Zaś nerkowców czułam... niedosyt. Były karmelizowane minimalnie, tylko że to i tak w ogóle niewiele dawało. Olejek i skórka pomarańczy je przytłoczyła. Gubiły się bardzo. Te sucho-kandyzowane kiepskie kawałki pomarańczy może i trochę odciągały uwagę od olejku, ale same w sobie też nie były atrakcyjne. 
Olejek pomarańczowy bardziej niż olejek cytronowy z Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron dopuszczał samą bazę, ale i tak za słabo ją czuć. Nerkowce w dziś przedstawianej były większe niż migdały we wspomnianej, więc to na plus, ale z kolei na ogromny minus ta sucho-cukrowa skórka pomarańczy, która odciągała od nich uwagę.
Nawet w górach mi to nie szło i zjadłam suma summarum jedynie 13 gramów. Była zbyt męcząca, bym dała radę więcej.


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane karmelizowane orzechy nerkowca 7% (orzechy nerkowca, cukier), kandyzowana skórka pomarańczowa 7% (skórka pomarańczowa, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, dekstroza, zagęszczony sok z cytryny), pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; olejek pomarańczowy 0,1%, ekstrakt waniliowy

środa, 17 czerwca 2026

Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron ciemna z Peru z migdałami i cytronem

Tajemniczego cytrusa z opakowania dziś przedstawianej tabliczki widywałam na pewno w internecie, ale na żywo chyba też. Nigdy też nie jadłam. Cytron to gatunek roślin wieloletnich z rodziny rutowatych o grubej skórze i mało soczystym miąższu. Prawdopodobnie pochodzi z podnóża Himalajów (północno-wschodnie Indie, północna Mjanma), ale już w starożytności dotarł do Chin i Europy, jako pierwszy z owoców cytrusowych ok. 300 r. p.n.e. Ponoć smakuje jak trochę słodsza cytryna.
Tabliczkę zabrałam ze sobą w góry, w dniu, w którym pogoda niestety mi nie dopisała. Miałam spontanicznie zdecydować, czy otworzę ją na Wołowcu (na którego weszłam z Rakonia), czy dalej, np. na Jarząbczym Wierchu, ale że widziałam zawracających ludzi, ostrzegających przed wiatrem na grani, wystraszyłam się, że potem zdjęcia mogą być problematyczne i porobiłam je na Wołowcu. Niestety osnutym mgłą i chmurami. Ale przynajmniej przestało padać. I akurat podczas tej sesji zdjęciowej, wietrzysko trochę odpuściło (więc potem mogłam kontynuować podróż przez Jarząbczy Wierch).

Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62% with almonds and citron to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami migdałów i cytronem (olejkiem cytronowym).

Po otwarciu rozszedł się głównie cytrusowy zapach, kojarzący się ze skórką cytryny i olejkiem cytrynowym, mieszających się z paloną, delikatnie gorzką czekoladą i orzechowym, niedookreślonym motywem. Słodycz, choć niewątpliwie obecna i prosta, nie odegrała większej roli.

Tabliczka w dotyku obiecywała kremowość. Łamana, dała się pozna jako twarda i przeciętnie trzaskająca. Przekrój ujawnił ogromną ilość małej wielkości migdałów, zlokalizowanych głównie bliżej spodu.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Była mazista i kremowa, a jej tłustość stanęła na średnim poziomie. Gdyby nie dodatek, byłaby gładka. Prędko zaczęły wyłaniać się z niej kawałki migdałów. Okazało się, że dodano ich jeszcze więcej, niż na to wyglądało. Z czasem zmieniły czekoladę w zlepa drobnicy.
Migdały były podobne niezależnie od momentu, w którym się je gryzło. Ja wolałam zostawiać je na koniec.
Czekolada najpierw zmieniała się w zlepek dodatków, by z łatwością zniknąć, i zostawić tylko je.
Kawałki migdałów były w większości pozbawione skórek, acz te czasem się zaplątały.
Migdały gryzione były niby w porywach chrupkawe, ale dość miękkie. Skrzypiały, trzeszczały. Bardzo kojarzyły się z twardawymi, mocno zmielonymi skórkami cytrusowymi (twardymi jak na skórki, nie migdały).

W smaku pierwszą poczułam słodycz natychmiastowo tonowaną olejkiem cytrusowym. Szły w parze, w zasadzie tworzyły jedność, bo zaraz także olejek wydał mi się głównie słodki.

Pomyślałam o słodkim, nieco wręcz napastliwym olejku cytrynowym, który bezkarnie podbił całą kompozycję. Czekoladzie pozwolił jedynie pobrzmiewać, zaś migdałów wcale nie dopuścił do głosu.

Słodycz dopiero pod egidą olejku cytrusowego zaczęła rosnąć. Serwowała trochę ciężki motyw cukru, ale nie była szczególnie wysoka czy znacząca.

Powoli wkroczyła palona, bardzo delikatna gorzkość, w której przemknął ziołowy akcent. Zgrał się z cytrusowym wątkiem, który zaczął kojarzyć się ze skórką cytryny, chyba kandyzowaną. Ta gorzko-ziołowa nuta wydała mi się okrutnie stłamszona słodkim smakiem skórki cytrynowej. Kawałki migdałów wpisywały się w to skojarzenie i udawały skórki, nie zdradzając swego migdałowego charakteru.

Gdy z ciekawości pogryzłam migdały wcześniej, obok czekolady, udawały słodką skórkę cytrynową, a czekolada smakowała w zasadzie tak samo mocno cytrusowo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada zaczęła wydawać mi się sama w sobie lekko cytrusowa, jako że cytrusowy motyw zrobił się nieco mniej olejkowy.
Utwierdziłam się w tym, gdy spróbowałam troszeczkę samej czekolady. Ogólnie smakowała bez zmian, tak, jak z migdałami.
Kiedy wydłubałam migdały, spróbowane okazały się bardzo nijakie. Mogłyby być każdymi innymi orzechami, czymkolwiek, wymieszanymi ze skórką (czyli migdały przesiąkły olejkiem?).

W tle wychwyciłam coś orzechowo-palonego, co zneutralizowało gorzkość i czasem sugerowało, że w kawałkach mogło zaplatać się coś orzechowego. Przez pewien czas czasem wydawało się, że czekolada chociaż zawalczy o siebie w tej kompozycji, ale nie. Nie wyszła przed cytrusy.

Słodycz wzrosła znacząco, do poziomu ciężkiego, ale jeszcze nie drapiącego. Cytrusowość jakby opierająca się na cytrynie, ale wpisanej w słodkie realia, skojarzyła mi się z mousse'em cytrynowym. Może na lekko przesłodzonym, orzechowo-kakaowym spodzie?

Migdałowa drobnica gryziona na koniec nadal udawała skórkę cytrynową, ale taką, w której raz po raz zaplątały się jakieś orzechy i/lub migdały. Nie przełamały cytrusowości, a tylko trochę tonowały słodycz.
Dopiero gryzione, ciamkane, mielone zębami bardzo długo, gdy zebrało się ich odpowiednio dużo, smakowały migdałami.

Po zjedzeniu został posmak olejku słodko cytrusowo-cytrynowego, lekka gorzkawość i akcent ni orzechów, ni migdałów.

Zupełnie nie przemówiła do mnie konwencja tej czekolady. Okrutnie posiekane migdały udawały skórkę cytryny lub... mogłyby udawać wszystko, co producent by sobie wymyślił. Może to i było w pewnym sensie ciekawe, ale kompletnie nie po mojemu. Zwłaszcza, że tej drobnicy było przesadnie dużo. Nie podobało mi się, że czekolada robiła tu jedynie za nośnik dla olejku. O tym powiedziałabym, że był cytrynowy. Słodycz nie musiała płynąć z cytryna, a po prostu cukier mógł się tak z olejkiem zgrać. Taka zachowawczo gorzka, acz nie przesłodzona baza wyszła bardzo nijako pod naporem intensywnych cytrusów. Może taki był zamysł, by zrobić trochę lepszą czekoladę z cytrusową, by pominąć skórkę i kandyzowanie, ale mnie to nie chwyciło. Czułam się, jakbym jadła olejek w tabliczce.
W Vanini dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt z łagodniejszymi dodatkami, bardziej pasowała. Do dziś przedstawianej aż się prosi dać charakterniejszą bazę.
Przypomniała mi się Auchan Noir Citron, która nadrabiała bardziej gorzkawym smakiem, ale w której niestety skórki cytryny były kiepsko zrobione, kandyzowane w syropie f-g. Dziś prezentowana podpadła mi tym, że spod cytrona nie czuć w niej za wiele z bazy, a już na pewno migdałów.

Zjadłam - razem i w górach, i w domu dla weryfikacji odczuć - jakieś 3 kostki i resztę oddałam Mamie. Jej opinia: "Okropna. Taka kwaśna jak nieprzyjemnie, tanio kwaśne ciemne czekolady. Nie wiedziałam, że ona z tym jakimś cytronem, ale tak, to mogło być to. To, że to jakiś olejek cytrynowy to od razu nie wpadłam. Jak potem kawałek zjadłam już świadomie, to faktycznie taki jakiś olejek na początku uderzył i potem na końcu bardziej znów go czuć. Ale powiedziałabym, że bardziej jakby cytrynowy. Ta drobnica mi nie odpowiadała. Pewnie jakieś orzechy, ale w zasadzie w ogóle nie czuć ich smaku. Czekolada nie była szczególnie ani słodka, ani gorzka, a niesmaczna. Kompletnie w ciemno, nie wiem dlaczego, dałabym jej 61%. Trochę zjadłam i więcej nie tknę".


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane migdały 8%, pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; olejek eteryczny z cytronu, ekstrakt waniliowy

poniedziałek, 8 czerwca 2026

Vanini fondente 62% con granella di nocciole caramello e sale / dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt ciemna z Peru z kawałkami orzechów laskowych, karmelem i solą

Solone orzechy laskowe? Z czymś takim w czekoladzie jeszcze się nie spotkałam. Fistaszki, migdały - te producenci solą ciągle, ale laskowe? Nie. Co innego, że uważam, że ich naprawdę nie ma sensu solić, bo to nie pasuje, no ale... Nie mogłam wiedzieć na pewno przed spróbowaniem. A markę Vanini kiedyś lubiłam (ale dawno nic od nich nie jadłam).
Za czekoladę wzięłam się na Świnickiej Przełęczy, na którą weszłam od Zielonego Stawu Gąsienicowego, idąc z Kościelca. Wspinając się w śniegu, cały czas zastanawiałam się, czy wchodzić na szczyt. Czasu było coraz mniej, a wiało coraz mocniej. Gdy w końcu Świnicę zasłoniły chmury i wyglądało na to, że będzie już tylko gorzej, pomyślałam, że nie ma sensu. Już na Świnickiej Przełęczy ledwo porobiłam zdjęcia czekoladzie bez straty kawałka. Było parę takich momentów, że musiałam łapać kostki. A na moje nieszczęście tabliczka była bardzo połamana.

Vanini fondente 62% con granella di nocciole caramello e sale / dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z posiekanymi orzechami laskowymi, karmelem i solą.

Po otwarciu poczułam zapach głównie znacząco palonej, ale nie mocno gorzkiej czekolady, mieszającej się z motywem wegańskiego budyniu orzechowego, z zaznaczonym w tle dodatkiem jakby cukierkowego karmelu. Orzechowość w zasadzie była trochę niejasna. Orzechy laskowe dało się rozpoznać, ale nie tak, bym miała się założyć i... wydawało się, że towarzyszą im fistaszki (może nawet trochę wyprzedzają?). Słodycz trochę sugerowała nugat, ze względu na gorzkawość, kakaowy. Po przełamania czy odgryzieniu kawałka czasem za to swoją obecność zdradzała sól.
Tabliczka na dotyk obiecywała kremowość, acz mimo twardości, podczas łamania trzaskała przeciętnie głośno, łącząc kruchą chrupkość z dźwiękiem suchych, łamanych gałęzi.
W przekroju zobaczyłam sporo średnich kawałków orzechów i głównie małych karmelu o niemal czarnym kolorze. Większość orzechów znalazła się bliżej spodu, karmel zaś przy wierzchu. Nie wiem, czy to przemyślane, czy tak wyszło. Szybko okazało się, że tak gęsto je rozmieszczono, że w zasadzie nie da się zrobić kęsa bez dodatków - by popróbować wszystkiego osobno, bawiłam się już w warunkach domowych z nożem i dobrym oświetleniem.
W ustach czekolada rozpływała się średnio wolno i bardzo maziście. Miękła, racząc mnie średnią tłustością i kremowością, którą z czasem zaczęły zaburzać wyłaniające się dodatki. Karmel w większości rozpuszczał się wraz z nią, dodając lekką wodnistość. Czekolada starała się jak najdłużej kryć dodatki, stąd gryzienie wcześniej bardzo mi nie odpowiadało. Z czasem w ustach zmieniało się to wszystko w przesadnie najeżony zlepek kawałków.
Na próbę raz czy dwa pogryzłam dodatki obok czekolady. O ile orzechy zawsze były takie same, tak karmel gryziony wcześniej... w ogóle wyraźnie był. Lekko skrzypiąco-skrzyliście chrupał. Potem w większości się rozpuszczał. Sól na szczęście też się rozpuszczała w większości.
Czekolada znikała maziście-wodniście i zostawało dużo kawałków, głównie orzechów.
Karmelu na koniec zostawało niewiele. Tak, że jakaś drobinkami czasem lekko skrzypnęła i tyle. 
Gryzione kawałki, kawałeczki i drobinki orzechów lekko chrupały z jakby skrzypiącym pogłosem. W większości były delikatne, tylko parę trafiło się twardszych.

W smaku najpierw przeważnie rozchodziła się słodycz. W przypadku niektórych kęsów czasem równo z nią zaznaczała się średnio silna nuta soli. Zaraz się rozchodziła i trochę wycofywała.

Do słodyczy dołączyła palona gorzkość. Wydawało się, że zacznie rosnąć, ale po lekkim wzroście, spoczęła na średnim poziomie.

W gorzkości poczułam trochę ziół. Cierpkich, właśnie gorzkawych... Acz zaraz zostały w tyle. Czasem ich cierpkość podkreślał subtelny akcent soli.

Słodycz bowiem rosła i skupiała na sobie większość uwagi. Miała w sobie coś lekko karmelowego, acz nie wyraźnie palonego, a także... orzechowego? Do głowy przyszły mi jakieś orzechowe placki, kombinowane pancake'i z masła orzechowego, może z dodatkiem kakao.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, wydała mi się sama w sobie lekko orzechowa jak kakaowy nugat, a także mniej karmelowa i mniej słodka. Orzechami laskowymi mogła przesiąknąć trochę, ale orzechowa nuta chyba płynęła i z niej samej. Motyw karmelu za to na pewno rozchodził się od kawałków.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kawałki wyraźnie wyłaniały się z czekolady. Karmel jednak ogólnie bardzo podpinał się pod samą czekoladę. Kawałki orzechów wnosiły niewiele, bo lekki orzechowy akcent, którym podczepiały się pod bardziej kakaowo-nugatową nutę bazy, acz osłabiały słodycz.

Dodatki gryzione wcześniej, obok czekolady, były mało wyraziste. Trudno było określić, jakie orzechy tam dodano, a karmel jawił się jako bardziej cukrowo-cukierkowy, trochę sztuczny, prawie nie palony (drobna paloność ujawniła się tylko przy rozpuszczaniu?). Czekolada z kolei wydawała mi się słodsza i zarazem bardziej tanio gorzka w niemal plastikowy sposób.

Gdy spróbowałam samego karmelu (z trudem wydobytego i wydzielonego), wydawał się smakować cukrem, trochę wręcz cukierkowo, ale nieokreślono.
Orzechy zawsze smakowały tak samo, ale przy próbowaniu osobno utwierdziłam się, że w bazie czuć nugatowo-pancake'owy motyw niezależnie od nich.

Z czasem odnotowałam nugatowo-karmelową kawę. Nie zawsze tak samo nugatową czy karmelową - te smaki pojawiały się w różnych proporcjach, na pewno jednak kawę smakową. Jakby głównie to rozpuszczający karmel ją sugerował. A z kolei karmelowość karmelu chyba podkreślała odrobinka soli. 
Samego wyraźnie karmelowego smaku uświadczyłam w tej kompozycji w sumie niewiele.

Raz po raz przewijała się nie nachalna, ale wyraźna sól. Podkręcała słodycz i smak nieszczególnie palonego karmelu, a także znikomą soczystość.

Bardzo odlegle przemykała owocowo-cierpkawy motyw. Jakby jakiegoś cierpkiego cytrusa? Czasem przychodziła mi do głowy owocowa bombonierka, cytrusowo-czerwono owocowa? Taka, w której dodano też parę czekoladek z warstwą kakaowo-nugatową z pieczonych orzechów?

Ogólna orzechowość czasem rozmywała się pod naporem rosnącej słodyczy. Ta przynajmniej zachowała jakiś ambitniejszy wydźwięk. Już nawet niekoniecznie nugatu, ale... czegoś, nie cukru. Choć trochę niedookreślona, na szczęście w pozytywnym sensie.

Dodatki, głównie orzechy, gryzione na koniec były wyraźniejsze. Orzechy laskowe do rozpoznania. Łączyła je lekko prażona nuta i łagodna neutralność. Niektóre były bardziej słodkawe, inne lekko gorzkie. Bardzo harmonijnie wkraczały po lekko nugatowej bazie.
Śladowe resztki karmelu smakowały bardziej cukrowo-karmelowo, może nie mocno palono, a bardziej karmelkowo, ale bez dziwnej cukierkowości.
Na szczęście sól na koniec nie zostawała.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków, a więc lekko prażonych orzechów. Czasem czułam też sól, a przy niej echo sztucznego, cukierkowego karmelu. Czekolada, jako słodko-gorzkawy, lekko palony splot, robiła im za tło.

Tabliczka ogólnie tylko trochę wybiła się ponad przeciętność. Wiele w niej kwestii bym bardzo pozmieniała. Sól zbędna, ale nie jakoś szczególnie przeszkadzająca. Dodano jej na tyle mało, że "uszła w tłumie". Orzechy jako zbyt drobne, a przez to pozbawione charakteru nie zachwyciły, a niesatysfakcjonująco karmelowy, cukrowo-sztucznawy karmel był kiepski. Niby fajne było to, że rozpływał się wraz z czekoladą, ale mogli dodać lepiej zrobiony. Przynajmniej baza dobra, choć nie idealna. Kojarzyła mi się trochę z tabliczkami marki Tesco finest (np. Tesco finest Peruvian 70 % Dark Chocolate ciemna z Peru o cierpkiej słodyczy), które chyba właśnie Vanini robiło, tylko w wersji nieco "tańszej". W sumie pomysł, by zrobić czekoladę o niższej zawartości kakao, ale która nie jest okrutnie cukrowa, a trochę orzechowa, ciekawy.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane orzechy laskowe 7%, kawałki karmelu 7% (cukier, syrop glukozowy), pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; sól 0,2%, ekstrakt waniliowy