Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nutura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nutura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 stycznia 2023

Nutura Premium Krem Orzechowy Matcha

W okolicach spróbowania Rózsavolgyi Sushi in White Chocolate zaczęłam myśleć o dzisiaj prezentowanym kremie, jednak, żeby było śmiesznie, jakoś nie wiązałam jednego z drugim. O tym, że to takie małe zestawienie produktów z matchą, pomyślałam dopiero pisząc wstęp. Co do samego kremu, trochę nie bardzo wiedziałam w ogóle, czy go chcę. Ciekawił, ale i miałam wątpliwości. Czy fistaszki pasują do zielonej herbaty? W końcu postanowiłam sprawdzić.

Nutura Premium Krem Orzechowy Matcha to "w 100% naturalny krem orzechowy z dodatkiem herbaty matcha" zrobiony z fistaszków.

Po otwarciu wyraźnie czuć zieloną herbatę, choć to, że to konkretnie matcha nie było aż tak dosadne. Oczywiście jednak czuć ją. Fistaszki zajęły miejsce w tle, a nasiliły się, doganiając herbatę, dopiero po dokładniejszym przemieszaniu i w trakcie jedzenia. Zawarły w sobie delikatne prażenie, co przełożyło się na niby ciężkawo-dusznawy charakter, jednak warto podkreślić "niby". Przemykała przez to bowiem nutka rześka, świeża, trochę "roślinna". Mieszała się z matchą, a fistaszkom dopowiadała surowość i wprowadziła sporo słodyczy (obstawiam, że to cukier kokosowy).

przed i po uporaniu się z olejem
Oleju wydzieliło się dużo: zlałam jakieś jakieś 1,5 łyżki, resztę (pewnie prawie 2) wymieszałam w miarę dokładnie, całościowo.
Krem cechowała gęstość typowa dla kremów z fistaszków, a więc dość wysoka, ale ciągnąca. Wydał mi się bardzo zwięzły, ale nie zbity. Płynny jednak też na pewno nie, a jedynie lekko ruchomy (przy np. poruszaniu słoikiem). Wykazywał miękkość. Widoczne gołym okiem drobinki-kropeczki to, jak się okazało, i orzeszki, i kryształki cukru (te ciemne).
W trakcie jedzenia krem gęsto zalepiał usta, jakby jeszcze w nich gęstniejąc. Raz czy dwa wydał mi się aż nieco przytykający. Był masywny, konkretny i niegładki, jednak bardzo, bardzo kremowy. Nie czuć w nim efektu "miazgowości" (czyli drobinek orzeszków, które można by pociamkać, ale nie są to "kawałki do gryzienia"), ale też nie był idealnie gładki... Wypełniały go dosłownie kropeczki: orzeszków, jak i cukru kokosowego. Tego trafiło się też kilka większych kryształków (o twardo-zawilgoconej strukturze), którym zdarzyło się skrzypnąć, jednak w większości rozpuszczał się wraz z masą, rozrzedzając ją z wolna. Pastę istotnie cechowała miękkość. Wcale nie wydawała się tłusta. Czułam w niej za to lekką pylistość, może nawet suchość. Ujawniała się wraz z rozpływaniem, choć gdy krem znikał, zabierała się i ta pylistość (matchy?). Po rozpłynięciu się, nie zostawały żadne drobinki czy kryształki.

W smaku powitały mnie fistaszki. Były leciutko prażone, naturalnie maślano-słodkawe. Miały niemal nugatowy (nie typowo masłoorzechowy) charakter.

Prędko doszedł do tego specyficzny motyw zielonej herbaty matcha. Przedstawiła się jako naturalnie słodkawa, delikatna. Przejawiała specyficzną zieloność, tworząc świeży i rześki klimat. Zaraz jednak zaczął umacniać się smak zielonej herbaty, niekoniecznie matchy. Może nawet lekka cierpkawość czy goryczka?
Obudziła w fistaszkach prażoną, acz bardzo delikatnie, nutkę. Smak zielonej herbaty umacniał się z lekko prażonymi fistaszkami, nakręcając się nawzajem w chwilowo wytrawniejszym splocie. Matcha znów się nasiliła i wplotła swój specyficzny, algowy wątek. Był istotny i przez parę chwil niemal pierwszoplanowy.

Mniej więcej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach, zielona herbata matcha (ta w zasadzie zdawała się wypływać na wierzch epizodycznie) zaprosiła więcej słodyczy. Zaczęła leniwie rosnąć, a chwilami dynamicznie na moment wyskakiwać. Kontynuowała rześkość, acz dołączyła do niej też słodycz wyraźnie karmelowa. Wraz z rozpuszczającymi się kropeczkami i kryształkami cukru, wyłaniał się bowiem karmelowy wątek.

Orzeszki za to zrobiły się charakterniejsze, nieco bardziej prażone. Czułam też szlachetną goryczkę, ale wydawała się raczej herbaciana niż np. od skórek orzeszków. 

Jednocześnie słodycz osiągnęła apogeum (jednak i tak nie była zbyt mocna). Epizodycznie mieszała się też z niemal soczystością. Poczułam parę mocno słodkich ukłuć, po czym słodycz przybrała łagodniejszą postać. Pomyślałam wtedy o orzeszkach niemal surowych, ale zestawionych z karmelem (nie karmelizowanych). Zielona herbata cały czas była wyraźnie wyczuwalna, a im bliżej końca, i im więcej cukru się rozpłynęło, tym bardziej pokazywała właśnie charakter matchy. Zalatywała algową nutką, podkreślając w fistaszkach wytrawność, niemal strączkowo-fasolkowość. Raz czy dwa w pewnym momencie wychwyciłam wręcz rybie echo, jednak szybko krył się w otoczeniu.

Bliżej końca, im bardziej mieszała się z fistaszkami, tym bardziej oddawała zwykłą, minimalnie cierpkawą zieloną herbatę, ale też algi. Orzeszkom dopowiadała tym samym niemal surowość. Było bardziej... rześko-roślinnie, a jednocześnie słodko w złożony sposób.

Po zjedzeniu czułam wyrównany posmak w dużej mierze matchy (tym razem ewidentnie), a więc herbaty zielonej bardzo delikatnej, słodkiej, rześkiego karmelu (od cukru kokosowego) oraz fistaszków lekko prażonych. Słodycz była niska, ale nieodłączna. Do tego w ustach czułam zaskakującą... rześkość, roślinną świeżość. Mimo to, krem w dłuższej perspektywie nieco wysuszał.

Całość w zasadzie mi smakowała, ale jako ciekawostka, jednorazowo i to z zastrzeżeniami. Cieszy przystępna słodycz, a więc nie za wysoka, a w dużej mierze naturalna, ale irytowało mnie, że dodano cukier kokosowy w takiej formie. Rozpuszczające się kawałki irytowały, że w ogóle były - wolałabym, by idealnie to rozpuścili i wmieszali. Tym bardziej doskwierał mi brak "miazgowości", bo widząc kropeczki, liczyłam na niego. Łagodne fistaszki i równie łagodna matcha stworzyły niezwykle harmonijny duet, który czasem pokazywał pazurki. Pasowały do siebie w takim wydaniu idealnie. To nie był mocno słodki krem, ale wytrawny też nie. Matcha w dużej mierze podporządkowała sobie arachidowość, więc nie jest to do końca "mój krem". Myślę jednak, że jak na pastę fistaszkową z matchą jest świetny, a jego jedyna wada to cukier w takiej formie (niby się rozpuszczał, ale przez to słodycz dziwnie podskakiwała, a i tak czuć go na języku - myślę, że naprawdę lepiej by było, by to wymieszali). Gdy krem kończyłam drugiego dnia, opadł element "ciekawostkowy", zupełnie subiektywnie, smakowało mi to już znacznie mniej.


ocena: 8/10
kupiłam: nutura.pl
cena: 12,99 zł za 190g
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzeszki ziemne prażone, cukier kokosowy, herbata matcha (3%)

środa, 20 lipca 2022

Nutura Pasta z pistacji 100%

Past 100% z orzechów wcześniej jakoś nie klasyfikowałam jako słodycze, a jako coś z orzechów, dodatek (w podobnej kategorii są u mnie dżemy 100% z owoców, czyli jedyne, z jakimi miewam do czynienia, suszone owoce etc. - tych pierwszych prawie nie jadam, drugie częściej, ale chodzi o to, że nie uważałam ich jako produktów na bloga do recenzji, bo "są czym są"). Wydawały mi się czymś za naturalnym na bloga ze słodyczami. Wprawdzie na blogu jest masło 100% z włoskich Nutury, ale jeszcze wtedy blog nie był jakoś specjalnie sprecyzowany. Z kolei TerraSana 4-Mix w moim odczuciu było całą kompozycją, nie tylko "pastą z orzechów" (więc też się pojawiło). W końcu jednak pomyślałam, że mogę je opisywać na zasadzie podobnej co miody i syropy klonowe. Jako ciekawostki... w zasadzie słodkawe, bo niektóre tak wychodzą. A przecież konsystencja, stopień prażenia (a więc i smak) etc. może wyjść bardzo różnie, właśnie jak w miodach. W końcu jedno i drugie, pewnie też wiele innych spraw, zależy od producenta. Co do dzisiaj przedstawianej pasty miałam ogromne oczekiwania, bo lubię markę Nutura, a dosłownie parę tygodni wcześniej zachwycił mnie ich Krem Chałwowy.

Nutura Pasta z pistacji to pasta pistacjowa, zrobiona w 100 % z pistacji.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach mocno prażonych pistacji... wyraźnie słonych. Czułam się, jakbym nachyliła się nad prażonymi i solonymi pistacjami, co mnie skonfundowało (w pierwszej chwili w ogóle przyszło skojarzenie z takimi trochę "przekąskowymi", z puszki). Poniekąd był zachęcający, ale bardzo subiektywnie budzący obawy (nie podobała mi się za bardzo ta słoność, bo bałam się, że jej iluzja pojawi się także w smaku, co mi do kremu z pistacji nie pasuje). Potem jednak, w miarę jedzenia, słonawość zapachu nieco łagodniała.

Konsystencja wiele obiecywała, bo w zasadzie nie wyglądało na to, że olej się wydzielił. Ruszając słoikiem trochę nadmiaru dostrzegłam i pewnie dosłownie niecałe pół łyżeczki zlałam, a resztę przemieszałam niezbyt dokładnie (zostawiając dno, raz, bo lubię sprawdzać różne konsystencje, a dwa z lenistwa). Całość wciąż była gęsta i ciągnąca. Popisała się zwartością i pewną kremowością, ale nie gładkością - na pierwszy rzut oka widać mnóstwo drobinek, w tym "skórek" (w ogóle to widać wyraźnie kolorystyczny podział: niemal czarne skórki, zielone, jaśniutkie drobinki i drobinki brązowawe, a więc podprażone).
W ustach pasta rozpływała się powoli i bardzo gęsto. Zaklejała zupełnie. Było w niej coś kremowego, ale do gładkości jej daleko. Znalazło się w niej mnóstwo drobinek, poczucie "miazgowości" chwilami wiązało się z chrupkością od chrupiąco-twardych kawałeczków pistacji i ich skórek. Przyjemnie urozmaicały strukturę, nie drapiąc ani nic, gdy tak całość leniwie się rozpływała. Troszeczkę cały czas pasta wypuszczała z siebie trochę oleju, jakby nim lekko opływała, ale to ani trochę nie przeszkadzało, nie czyniło jej też rzadszą czy lejącą. Chwilami kojarzyła się za to ze smarem. Wydawało mi się, iż z czasem jeszcze gęstnieje, przy czym zaskoczyła niedającą się we znaki tłustością. Choć trochę oleista, to specyficznie miękko-ciężkawa, przypominała... tłustawo-suchawy, wyważony w tym względzie, trochę miękko-sprężysty nugat (albo coś nugatowego... nadzienie czegoś, np. czekolady?).
Na samym dnie krem był nieco suchszy, gęstszy, a mniej ciągnący, jednak... w zasadzie w trakcie jedzenia zachował wszystkie powyższe cechy. Już jedząc ze słoika jednak wymieszałam dokładniej - w sumie mogłam to zrobić od razu.
Na cały słoik niestety trafiłam też na 3 drobinki łusek-skorupek.

W smaku od samego początku czułam pistacje, poganiane pistacjami. Ich smak był maksymalnie podkręcony prażeniem - wcale nie przesadzonym. To pistacje grały pierwsze skrzypce, przy czym w ciągu kolejnych dwóch-trzech sekund, zszokowały mnie swoją naturalną słodyczą. Okazały się słodziuteńkie!

Po pierwszej, prażono-słodkiej salwie, pistacje zgrały się z zapachem, bo zahaczyły o naturalną słonawość. Epizodycznie pojawiało się skojarzenie z chrupiącymi, solonymi pistacjami, ale nie było nachalne. Prażenie za tym stało ewidentnie, acz po chwili ta słona nuta rozmyła się. 
Wraz z kolejnymi łyżeczkami nad słonawym epizodem (pojawiającym się przy każdym zagarnięciu) w zasadzie z łatwością przechodziłam do porządku, bo po prostu czułam, jak usta wypełnia mi bezkresna pistacjowość i... to było przyjemne, i tyle.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa z prażeniem związała się lekka oleistość. Taki... tłuszcz pistacjowy, wydobywająca z nich naturalna, delikatna maślaność. Przez to pasta wydała mi się wręcz trochę nugatowa. Chwilami było to aż takie... czyste, jakby zaplątały się pojedyncze nieprażone.

Prażone pistacje trochę łagodniały z czasem, ale swojego charakteru nie porzuciły. Kiedy pochrupywałam drobinki, te... wnosiły różne nuty. Chwilami - te twardsze - podnosiły prażono-słonawy akcent, inne (prawie czarne) dodały jakby suchą neutralność, silącą się o leciutką, orzechową gorzkawość, a jeszcze inne - wręcz przeciwnie, bo szły w kierunku miękkawych, świeżych i surowych pistacji, uwypuklając słodycz (i jakby roślinną soczystość?).

A jednak po zjedzeniu został posmak pistacji mocno prażonych i iluzja soli.

Istna pistacjowa karuzela!

Trochę dodałam do jogurtu greckiego (Piątnicy), wymieszanego z kakao (licząc, że jakakolwiek słonawość się ukryje) i muszę przyznać, że to niezły pomysł, acz pastę wolałam osobno. Kakao zapewniło harmonię kwaskawemu jogurtowi i delikatnej słodyczy pistacji. Goryczka, cierpkość w zasadzie podkreśliły ich naturalną słodycz, ale jednocześnie... dziwnie oddzieliły prażoną nutę. Czułam więc gorzkawy od kakao jogurt i słodziutkie pistacje + prażenie, chwilami jakby z solą. Coś mi nie do końca to chwilami grało, a jednak ogół był spoko. Nie starałam się tego specjalnie przemieszać - wolałam jeść zagarniając jedno i drugie, ale nie wydaje mi się, by z dokładnym przemieszaniem były wielkie problemy (coś mi jednak podpowiada, że zupełnie wymieszane wyszłoby gorzej). To jednak na tyle zwarto-ciągnący krem, że nie wydaje mi się, by świetnie współpracował z bardzo, bardzo gęstymi serkami czy jogurtami.

Całość uważam za bardzo, bardzo dobrą, zarówno jeśli o smak, jak i konsystencję chodzi. Czuć, że producent dobrze obszedł się z pistacjami, pokazując ich walory. Mimo mocnego podprażenia, pistacje smakowały, jak miały smakować - nie przeprażono ich ani nic. Wprawdzie bez iluzji soli bym się obyła, ale w miarę jedzenia w zasadzie nie rzucała się zbytnio. Nieustannie zachwycała natomiast naturalna słodycz pistacji. By było to bardziej czysto i łagodnie pistacjowe, osobiście wolałabym jednak ciut mniejszy stopień prażenia, mimo wszystko. Konsystencja, mimo zrozumiałej tłustości, była bardzo przystępna i uniwersalna (ani bardzo gęsta, ani rzadka; z drobinkami, ale nie kawałkami; choć tłusta, to nie tak odczuwalnie - tu jednak to "opływanie olejem"... powiedzmy, że nie przekonało mnie na tyle, bym miała kupić inną pastę z pistacji, ale to też dlatego, że na takie produkty trochę żałuję pieniędzy, gdy mogą wyjść różnie, a już jakiś ogląd mam). Naszła mnie też taka myśl, że choć pistacje wygrywają u mnie z fistaszkami, pasty wolę fistaszkowe, niż pistacjowe. Każdy orzech doceniony!


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 29,90 zł za 160g
kaloryczność: 586 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone pistacje

niedziela, 10 lipca 2022

Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym

Teoretycznie niby lubię chałwę, ale w zasadzie, jak poświęcić temu dłuższą chwilę, to nawet to "teoretycznie" ma wiele "ale". Przede wszystkim jest to, ta "lubiana", głównie chałwa idealizowana. Realnej nie lubię struktury; jeść takiej najzwyczajniej nie cierpię, bo słodycz męczy, a konsystencja obrzydza. Coś, co smakuje chałwą - o, to lubię, byle tylko... nie było tak niemożliwie cukrowe. A jednak chałwa z definicji jest słodka. Aczkolwiek dość chałwowy krem Zotter Crema Sesame / Sesam mnie chwycił. Stąd zdecydowałam się wreszcie kupić smarowidło dzisiaj prezentowane. Sugerujący niską słodycz cukier kokosowy, który bardzo ciekawie wyszedł w np. Akesson's Bali 45 % Milk Chocolate with Fleur de Sel & Coconut Blossom Sugar dobrze wróżył. Choć to do głowy przyszło mi jeszcze przed MixIt Mixitellą Brownie. Ta była pyszna, cudownie mało słodka, jednak miałam co do niej wielkie zastrzeżenie w postaci wielkich kryształków właśnie cukru kokosowego. Zaczęłam się bać, że i w tym kremie na takie trafię, toteż by jak najszybciej rozwiać lub potwierdzić wątpliwości, sięgnęłam po niego. Byłam mimo wszystko pewna, że i tak okaże się lepszy od Primavika pasty sezamowej słodzona syropem z agawy (2015).

Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym to "pasta sezamowa z dodatkiem cukru kokosowego".

przed i po zlaniu oleju
Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach naturalnej, szlachetnej chałwy. Złożył się na nią gorzkawy sezam o łagodnej, jakby roślinnej rześkości i jednocześnie naturalnie słodki (odlegle pomyślałam o dobrej jakościowo tahini) oraz lekka słodycz właśnie już bardziej chałwowa. Wydało mi się to prażone (czy raczej palone) w punkt, delikatnie; nieco karmelowe. Ułożyło się w woń dobrej, niemal mlecznie-roślinnej chałwy z sezamu o leciusieńko prażonym charakterze. W trakcie jedzenia goryczka wydała mi się nie tylko sezamowa po prostu, ale wyraźnie "orzechowo" za sprawą oleju sezamowego i jak mocno palony karmel. 

Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju, z czego dobrą łychę zlałam, a resztę niedokładnie przemieszałam (lubię sprawdzać sobie różną konsystencję, w tym suchszo-gęstszą na dnie). 
Ciemne kropeczki widoczne na pierwszy rzut oka okazały się drobnymi kryształkami cukru kokosowego.
Krem ogólnie był gęsty i dość zwarty. Może nie bardzo, bo zwłaszcza na wierzchu trochę lał się i ciągnął, ale jednak. Na tyle, by uznać go za masywny. Daleko mu do gładkości, bo wypełniały go drobinki sezamu i... kryształki cukru kokosowego. Trochę mi przeszkadzało wrażenie tej kryształkowości, ale w konwencję chałwy się to wpisało i idzie się przyzwyczaić (zwłaszcza, gdy tak jak ja, je się ten krem, pozwalając mu swobodnie rozpływać się w ustach i jedynie raz po raz "podgryzając"). W zasadzie cały wydawał się taki "miazgowaty", jak pasta z chałwy. Całość skrzypiała i trzeszczała, mocno kojarząc się nie tylko z chałwą, ale trochę też z przemielonymi wiórkami kokosowymi.
W ustach smarowidło rozpływało się powoli, gęsto i jakby się w tej gęstości nakręcając. Usta zalepiało trochę; bardziej oklejało zęby w sposób... sezamowo-pastowy, ale jednak delikatniej. Nie przeszkadzający tak bardzo. Krem był tłusty jak tahini, której lekko oleisty aspekt i ogólne wrażenie tłustości kryło się w chałwie. Chałwowe poskrzypywanie dało o sobie znać, nawet przy niegryzieniu. Jakby wisiało w powietrzu!
W końcu masa znikała z minimalnie wodnistym efektem (jakby rozpuszczający się cukier kokosowy rozganiał potencjalnie lepko-memłające się elementy?), co ratowało zęby (nie zostawały oklejone). 
Jak myślałam, na dnie (tak od połowy?) krem był suchszy i bardziej zwarty, a dzięki temu jeszcze bardziej skrzypiąco chałwowy. Wciąż jednak mowa o chałwie przerobione na pastę (np. brak kruchości, takich aż "włókien" czy coś). 
Ogół wyszedł jak tahini z sowitym dodatkiem chałwy (możliwe, że kokosowej), miał jej elementy strukturalne, w co cukier poniekąd się wpisał. Mimo to, w trakcie jedzenia nie przeszkadzał (ja bym jednak zredukowała jego ilość, choćby częściowo go rozpuszczając).

W smaku pierwsza uderzała wysoka słodycz... szybko dająca się poznać jako naturalnie sezamowa i przez to aż zaskakująca tą mocą (pozytywnie - podobnie zaskoczyć potrafią nawet pasty fistaszkowe 100%, nie mówiąc już o miąższu z kokosa). Od pierwszych sekund wyraźnie czuć bowiem sezam, zachwycający swoim delikatnie prażonym smakiem. Wydał mi się niemal mleczny (chwilami do głowy przychodziło mi mleczko kokosowe), łagodniusi i czysty smakowo. Szybko doszła do niego aż roślinna, rześka naleciałość.

Słodycz zaczęła gonić goryczka. W pewnym momencie gorzkość natarła z pełną mocą i też aż tym zaskoczyła - miała lekko orzechowy charakter, pochodzenie czysto sezamowe. Przemieszała się ze słodyczą, dając efekt niecodziennie gorzkiej od sezamu chałwy. Zrównała się ze słodyczą i na moment ją wyprzedziła. Oprócz goryczki sezamu, raz po raz wyłapałam goryczkę oleju sezamowego, w tym przypadku też jednak w pozytywnym sensie. Bukiet goryczek stonował i rozgromił słodycz, że już nie rosła, acz wciąż tworzyła klimat chałwy.

Tę naturalność sezamu, słodką rześkość podkręcił bez dwóch zdań cukier kokosowy, bo słodycz z czasem rozwijała się, była dynamiczna.... I łagodniała. Wraz z tym, jak krem i zatopione w nim kryształki cukru kokosowego rozpływały się w ustach, nasilał się palony - acz i tak niski - motyw. Słodycz nabrała karmelowego tonu, integralnie mieszając się z sezamową. Razem rozbrzmiały chałwą. A w zasadzie Chałwą. Jakoś w połowie rozpływania się kęsa już wyraźnie czułam 200% nieprzesłodzonej chałwy. Naturalnej i słodkiej... właśnie naturalnie, nie za mocno.

Przy kolejnych łyżeczkach wyłapywałam gorzkość szybciej, chwilami stawała się nieco istotniejsza, przełamując słodycz, by następnie znów w niej zniknąć. Słodycz kumulowała się z czasem, acz zachowując spokojny charakter. Im więcej jadłam, tym bardziej się to wszystko wyważone wydawało. Żaden z naturalnych smaków już tak nie uderzał, nie zaskakiwał, a układały się w coraz to kolejne nakłady chałwy. Od rozpuszczających się i znikających kryształków migała jeszcze wyższa słodycz, popisująca się na tej płaszczyźnie. Pod koniec jedzenia większej ilości odczuwałam lekkie chałwoprzesłodzenie. Niby było męczące (bo mam wyjątkowo niski poziom tolerancji na słodycz), ale jednak w pełni zrozumiałe.

Przy każdej jednak łyżeczce powtarzał się jakby pewien schemat: uderzenie naturalnej słodyczy sezamu, do czego krem dodał naturalną gorzkość sezamu i postawił znak "równa się". Po nim była już chałwa - tak, dosłodzona cukrem kokosowym, który to wymieszał słodycz i gorzkość sezamu i splątał je mocno.

A jednak w posmaku i tak to głównie sezam został. Gorzkawy, a zarazem delikatny, naturalnie słodkawy. Już nawet nie tak mocno, ale wciąż szlachetnie chałwowy. Było słodko, ale i rześko, z goryczką, co przełożyło się na przyjemne wrażenie, że choć zjadłam coś znacząco słodkiego, nie zasłodziłam się.
Podobnie nie doskwierała mi tłustość (dzięki tej rześkości?), a i zębów nic się nie trzymało. Całość sprawiała wrażenie przyjemnie lekkiej.

Spróbowałam trochę (dodałam wielką łychę i jadłam zagarniając razem, niezbyt mieszając) zjeść z jogurtem greckim. Muszę przyznać, że efekt był niezły, bo krem nie dał się zagłuszyć. Bardziej niż chałwowo, wyszedł jednak, jakbym dodała tahini i posłodziła. To nie do końca moja bajka, bo przeszkadza mi słodycz zmieszana z jogurtem, a krem ten... no, słodki jest. Trochę uciekła ta esencjonalna chałwowość, ale to może zależeć od dodanych proporcji, a ja nie chciałam zbytnio zasłodzić jogurtu. Na pewno rozeszła się chałwowa struktura, bo pasta sama z ochotą się z jogurtem mieszała, a cukier się rozpuszczał (ale czuć go). To jednak utwierdziło mnie w przekonaniu, że ogólnie obecność kryształków w chałwowym kremie nie jest bez sensu.
Do jogurtów chyba za bardzo jestem przyzwyczajona zupełnie czystych niesłodzonych. Połączenie to jednak wydaje się spoko, bez zgrzytów. Ja nie zjadłabym np. posłodzonego jogurtu wymieszanego z pastą 100%; preferuję duet jogurt + pasta, bo dosładzanie mnie odpycha. To jednak skrajnie subiektywne nastawienie.

Nie ukrywam, że większość potraktowałam jako "coś do łyżeczkowania", ale że do kremu zdążyłam już wrócić, ostrożnie przetestowałam także opcję na waflach - u mnie Eurowafel Bardzo Wafle gryczane (z Mamą się władowałyśmy w dwie paki i szukałyśmy na jednak nielubiane dziadostwo sposobów). Tu na starcie był problem, bo nie cierpię tego typu wafli, ale że o tych słyszałam pochlebne opinie, że są w miarę neutralne, pomyślałam, że jako bazie, mogę dać im szansę (szukałam czegoś pod inne kremy, o których za jakiś czas). I choć same wafle mnie nie kupiły (bo to wafle - nie uważam ich za warte jedzenia osobno), to muszę przyznać, że ten krem do takowych, a więc delikatnych, bazowych wafli, pasuje. To on gra pierwsze skrzypce, eksponując w zasadzie te same walory, co osobno. Chyba że wafel trochę przełamuje słodycz. I zdecydowanie tłustość wydaje się niższa. Nie uciekł za to element chałwowości, co ważne. Mało tego, krem nadał waflom charakteru i jedzone z nim wydały mi się spoko (podczas gdy samodzielnie - nudne, kartonowe i za twarde, mimo że rzeczywiście mają - osłabiony - smak kaszy gryczanej). Jednak, to skrajnie subiektywne, szkoda mi było tego kremu do wafli. To dlatego, że najbardziej podobało mi się, jak krem rozpływał się w ustach, a nie gryzienie go.
Po prostu urzekło mnie, jak się smaki pokazywały i łączyły, gdy tak spokojnie się rozpływał.

To smaczne i w dodatku dość uniwersalne w kwestii wykorzystania smarowidło. Chałwowe jak nie jedna chałwa. Przy czym chodzi o chałwę marzeń, bo daleką od przesłodzenia. Uderzające naturalnymi, czystymi smakami. Mocna goryczka sezamu była pożądana, w pełni pozytywna, a jego naturalna słodycz wydobyta i tylko trochę podkręcona. To mocno trochę tahinowa chałwa (np. dałam Mamie z ciekawości powąchać i wg niej "śmierdzi gorzkością" - więc nie jest to chyba krem dla miłośników typowych słodkich chałw lub konwencjonalnie słodkich kremów). Nie dość, że krem wyszedł bardzo, bardzo naturalnie, to jeszcze dobrze jakościowo - czuć, że producent świetnie obszedł się ze składnikami (np. olej sezamowy w tahini potrafi różnie wyjść, zajeżdżać okropnymi nutami, a tu wszystko było idealnie trafione). Niby trochę mi przeszkadzały kryształki, ale rozumiem ich występowanie - może w ogóle trudno porządnie ten cukier rozpuścić? W Mixitelli Brownie też w sumie były...
Zdecydowanie najlepszy krem chałwowy, jaki dotąd jadłam. Basia Basia Chałwolada czy Primavika Pasta sezamowa słodzona syropem z agawy przegrywają z kretesem, ale nawet smaczny Zotter Crema Sesame przez swoją słodycz i konsystencję zostaje w tyle.


ocena: 10/10
kupiłam: Allegro; nutura.pl
cena: 11,99 / 11,42 zł za 190g
kaloryczność: 623 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: prażony sezam 85%, cukier kokosowy BIO 15%

niedziela, 11 lutego 2018

Nutura Masło orzechowe z orzechów włoskich

Orzechy włoskie są przeważnie (miałam etapy, że były z innymi na równi itp.) moimi ulubionymi odkąd pamiętam. Na - i tak niezwykle rzadko spotykane - masła orzechowe z nich zawsze spoglądałam z tęsknotą. Ceny przerażały, bo i przesyłka dochodziła. Gdy jednak przy kupnie nowych czekoladach Original Beans na tej samej stronie zobaczyłam takie masło w przystępnej cenie, myślałam, że zacznę skakać ze szczęścia.

Nutura Masło z orzechów włoskich to masło orzechowe z prażonych orzechów włoskich (100%), a więc bez soli, cukru itp.


Po odkręceniu słoika poczułam cudownie wyrazisty zapach  orzechów włoskich. Był wyraźnie mocno prażony, przez co chwilami robił aluzje do wręcz korzennych klimatów, ale przy mieszaniu i pewną świeżość poczułam.

Masło okazało się bardzo lejąco-ciągnące, takie dość rzadko-oleiste, mimo że ogromną ilość oleju zlałam. Parę drobinek się też zaplątało.

W smaku było bardzo intensywne. Czuć gorzkawość skórek orzechów, co bardzo mnie ucieszyło bo ją uwielbiam. Niestety, było bardzo, bardzo mocno prażone, a chwilami plątał się w tym posmak oleju orzechowego. Osobiście orzechy włoskie lubię świeżutkie, nieprażone lub prażone delikatnie, więc nie do końca wpisało się w mój wymarzony smak.

Z chlebem żytnim razowym, masło orzechowe zupełnie go zdominowało. Jakbym jadła je zupełnie samo - dziwne uczucie.

Większość zjadłam tak, jak większość maseł orzechowych, czyli z jaglanką.

Z cynamonem wyszło pysznie i nawet ta za bardzo prażona nuta smacznie (bo trochę korzennie) się w to wpisała. Danie takie było niezwykle orzechowo-goryczkowate, niemal gorzkawo-pikantnie, a przy tym rozgrzewające... idealne na zimę! (Taka kolacja to ma u mnie 11/10.)

Nie podobała mi się zbytnio ta konsystencja, bez pewnych posmaków by się obyło, ale to dobre masło warte spróbowania.


ocena: 8/10
kupiłam: Smakowe Inspiracje
cena: 24,99 zł (za 250 g)
kaloryczność: 666 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: prażone orzechy włoskie

niedziela, 1 października 2017

Nutura Masło orzechowe z dodatkiem kokosa

Bardzo rzadko kupuję masło orzechowe z dodatkami, ale masłu z chili nie mogłam się oprzeć. Kupując je postanowiłam wybrać jeszcze coś - wiadomo, by nie zamawiać tylko jednej rzeczy. Padło na masło orzechowe z wiórkami kokosowymi, bo pamiętałam, jak dawno temu przy Primavice z wiórkami uznałam, że połączenie ma ogromny potencjał, tam jednak wszystko popsuł cukier. Propozycja o wiele zdrowsza, naturalniejsza musiała się więc u mnie znaleźć.

Nutura Masło orzechowe z dodatkiem kokosa to masło orzechowe z dodatkiem kokosa, bez żadnych innych dodatków.

Od razu po odkręceniu słoika czuć smakowity zapach masła orzechowego z leciutką nutą w pełni naturalnego kokosa.

Większość oleju, który naturalnie się wydzielił zlałam; wymieszałam tylko część, jednak konsystencja i tak była dość ciągnąca, nie za gęsta, ale i nie rzadka. Nie było gładkie, zawierało mnóstwo drobinek (i orzeszków, i wiórków) i cudownie chrzęściło za sprawą kokosa. Trochę się zdziwiłam, że wiórki też zostały przemielone (ale nie zupełnie!), ale spodobała mi się taka forma.

Przełożyło się to na smak, bo oprócz oczywiście przewodniego smaku orzeszków, cały czas bardzo dobrze czuć kokosa. Była to subtelna nuta, wprowadzająca naturalną "słodkawość" wiórków. To właściwie nie była nawet słodkawość, ale taki lekki klimat "bardziej na słodko" niż np. słonawy. Trudno to wyjaśnić.

Naturalny kokos wręcz wszedł w orzeszki, toteż masło ogółem było fistaszkowo-kokosowoorzechowe. Orzeszki musieli podprażyć naprawdę minimalnie, bo tylko podkreślono tym ich smak, pomijając wyraźną nutę mocno prażonych orzeszków spotykaną w większości maseł. Normalnie uwielbiam ten smak, tak samo jak jeszcze podkreślenie go solą, ale w przypadku tego masła, nie brakowało mi tego.

Ono wyszło po prostu... subtelne i nienachalne, ale wyraziste. Świetny, do granic możliwości naturalny duet masła orzechowego i kokosa w wydaniu niezwykle harmonijnym. Nawet ja, osoba lubiąca szczyptę soli w maśle orzechowym, tego masła nie zmieniłabym ani odrobinę.

Na chlebie (jem tylko żytni razowy) sprawdziło się tak sobie, bo trochę coś nie grało - chyba ten zakwasowy, mocny smak chleba za bardzo ingerował w orzeszkowo-kokosową jedność.
Co ciekawe, np. suszone śliwki jako dodatek nie wydały mi się inwazyjne; one pasowały (a przecież też są wyraziste).

Większość masła zjadłam jednak po prostu w jaglance (gotuję na mleku), bo ten naturalnie "orzechowy" posmak kaszy jaglanej po prostu wpisał się w orzeszki i kokosa, co wyjątkowo przypadło mi do gustu.


ocena: 10/10
kupiłam: Smakowe Inspiracje
cena: 15,99 zł (za 470 g)
kaloryczność: 576 kcal / 100 g
czy znów kupię: może kiedyś

Skład: prażone orzeszki ziemne (85%), wiórki kokosowe (15%)

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Nutura Masło orzechowe z dodatkiem chili

Kocham masło orzechowe, kocham chili, ale muszę przyznać, że wcześniej nie wpadłam na połączenie jednego z drugim. Nie to, żeby coś mi tu nie pasowało, wręcz przeciwnie! Gdy tylko zobaczyłam to masło orzechowe w internecie, nie czekałam zbyt długo i zamówiłam (a przy okazji czekolady... eh, uzależnienie).

Nutura Masło orzechowe z dodatkiem chili to masło orzechowe z papryczkami chili, bez żadnych innych dodatków.

Już po odkręceniu słoika, a co dopiero po zerwaniu papierka z wierzchu, poczułam cudowny, intensywny zapach prażonych fistaszków. Mocnej pikanterii nic jednak nie zapowiadało, wręcz przeciwnie - akcent papryczek chili wydał mi się bardzo łagodny.

Po zlaniu odrobiny i wymieszaniu reszty oleju, który zebrał się naturalnie na wierzchu, masło było średnio gęste, łatwe do rozprowadzania (ale nie lejące!) i pełne drobinek - zarówno orzeszków, jak i papryczek.

Łyżeczkę natychmiast spróbowałam. W pierwszej chwili poczułam wyraziste orzeszki ziemne, ich niczym niezakłócony smak. Czuć, że zostały solidnie podprażone, co stworzyło iluzję łagodnej słonawości (soli jednak nie ma w składzie).
Smaczek chili pojawił się po chwili, a zaraz za nich po ustach aż do gardła, rozeszła się ostrość. Paląca ostrość. O ile początek należał do orzeszków, tak pikanteria zdecydowanie dominowała na końcówce.

Na kanapce (chleb tradycyjnie żytni razowy) smak tego masła wydał mi się jednak bardziej złożony.

Smak papryczek chili pojawiał się bowiem od razu, lecz bez szatańskiej ostrości. Powiedziałabym, że początkowo wydawało mi się to takie... naturalnie słodkawe (choć bez cukru). Po chwili prażony smak fistaszków łączył się z papryczkami, tworząc charakterna kompozycje i znów złudzenie soli, po czym powoli narastała pikanteria. Było w niej trochę soczystości papryczek, co chyba wydobył chleb na zakwasie. Ostrość była wtedy silna, aż do końca, ale przełamana w taki sposób, że była dodatkiem (a nie zasadniczym smakiem), choć wciąż mocnym.

Spróbowałam też takiej kanapki z mandarynkami, chcąc jeszcze bardziej podkręcić soczystość. I udało się, a także przyjemnie wydobyło naturalną słodkawość masła orzechowego. Wciąż było pikantnie, ale już słabiej.

Mimo że nie jestem wielbicielką połączenia PB&J, czasami sprawdzam, czy nic się w tej kwestii nie zmieniło. Muszę przyznać, że to masło orzechowe z dżemem truskawkowym 100 % z owoców wyszło bardzo smakowicie. Takie słodko-ostre połączenie, idealnie uzupełniające się, choć sama fistaszkowość trochę uciekła na tyły.

Moją Mamę też zaciekawiło, ale okazało się dla niej o wiele za ostre, więc na swoją kanapkę czym prędzej położyła szynkę i dokroiła sobie ogórka. Trochę mnie tym zaskoczyła, a ona stwierdziła, że nie wie, jak ja to mogę jeść "na słodko".

Podsunęła mi tym pomysł, by spróbować je na kanapce z camembertem, choć bałam się, że ten ser jest za łagodny. Nic bardziej mylnego! Jego mleczność i gorzkawa skórka jakoś nabrały pełni smaku, a także maksymalnie wzmocniły (i nadały "serowego wyrazu") smak orzeszków w maśle; charakterek papryczek chili bardzo przyjemnie przy tym wyszedł, a sam tłustawy, kremowy ser sprawił, że kanapka nie była ani trochę zalepiająco-zapychająca.
Pyszne połączenie - musicie spróbować, jeśli zaopatrzycie się w to masło!
Z błękitnym serem pleśniowym wyszło ostro, a ser fajnie nadał słoności i gorzkawości, chociaż fistaszkowość uciekała. To było już bardzo wytrawne połączenie.

Trochę podejrzliwie wymieszałam je także z jogurtem greckim (jednym z moich ulubionych - YoGood) i zaskoczyło mnie, że wyszło przede wszystkim pikantnie, dopiero potem słodko orzeszkowo, a z kolei w samym jogurcie masło "obudziło" bardziej śmietanową nutę. Średnio mi to pasowało, ale już po dorzuceniu suszonych wiśni, bardziej mi smakowało. Cierpkość owoców przyjemnie wszystko zespoliła, ale masło nie było już takie wyraziste, zrobiło się mniej wyraziste.
Zdecydowanie lepiej wychodzi z chlebem.

Bardzo mi to masło smakowało i, jeśli mam być szczera, to chyba pierwsze, w którym zupełny brak soli mi nie przeszkadzał. To pewnie dzięki mocnej pikanterii, która na kanapce nieco się rozchodzi, ukazując pełny smak fistaszków.

Odkryłam, że im więcej dodatków, tym masło wydaje się łagodniejsze, więc może przypaść do gustu nie tylko wielbicielom ostrości (do których ja się zaliczam), a jest naprawdę uniwersalne. Przyznaję jednak, że większość zjadłam po prostu z chlebem, bez innych dodatków.
Ma doskonały skald i stosunkowo niską cenę. Jedyna wadą jest według mnie wielkość słoika, bo biorąc pod uwagę naturalny skład, długo nie postoi, a według mnie to raczej ciekawostka, więc wolałabym mniejszy słoik.


ocena: 10/10
kupiłam: Smakowe Inspiracje
cena: 15,99 zł (za 470 g)
kaloryczność: 576 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: prażone orzeszki ziemne (96%), papryka chili (4%)