Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: złoto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: złoto. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 października 2024

Czar Czekolady Cocoa Gloss Gold Sun Czekolada gorzka 70 % z płatkami jadalnego złota ciemna ze złotem

Jakiś czas temu od niechcenia sprawdziłam w Google, czy nie pojawiły się jakieś ciekawe lepsze, ale jeszcze nie takie bardzo drogie do degustacji, czekolady do zamówienia na zwyklejszy dzień. Jednym z pierwszych wyszukiwań były tabliczki polskiej marki Czar Czekolady, które z wyglądu mnie zachwyciły. Z jadalnym złotem w czekoladzie się już zetknęłam (Rococo Gold Frankincense & MyrrhCoco Gold, Frankincense & Myrrh Dark Chocolate 61 %), ale nie zrobiło na mnie wrażenia, bo to tylko cieszy oczy i twórcy chyba wzięli pod uwagę, że odbiorcom liczy się efekt wizualny (czyt. olali smak). Znalezione tabliczki cieszyły jednak już samym wydaniem, opakowaniem. W ogóle bardzo spodobał mi się zamysł na linię produktów i wydania ich jako duet, adekwatnie związany ze Słońcem i Księżycem z dopasowanym złotem i srebrem. Wszystko to utrzymano w moim guście. Od razu widać, że mają poczucie smaku co do wizualnej części! Astrologia bardzo mnie interesuje, więc wydawały się stworzone dla mnie. Napisałam do firmy i nawiązaliśmy małą współpracę, w ramach której dostałam tabliczki (dwie już wspomniane i dwie plantacyjne, które znalazłam na stronie i o które wyraźnie poprosiłam) do testów. Postanowiłam zacząć od tej, która nieco mniej do mnie pasowała, do słonecznej. Od producenta dowiedziałam się, że pracują na kakao Callebaut.

Czar Czekolady Cocoa Gloss Gold Sun Czekolada gorzka 70 % z płatkami jadalnego złota to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao forastero z dodatkiem płatków 23-karatowego jadalnego złota.

Po otwarciu poczułam średnio mocno, ale wyraźnie palony zapach zestawiony z wysoką słodyczą małych okrągłych biszkoptów i wanilii. Ta wydała mi się nadrzędna i ryzykowna. Mimo że obok stanął cierpkawy wątek kakao w proszku, które wprowadziło truflę czekoladową oraz krem kakaowo-orzechowy. Do głowy przyszedł mi też domowy blok czekoladowy, trochę drzew i grzybowy motyw kakaowych mousse'ów. W oddali przewinęła się lekka ziemistość i... nieokreślona rześkość? Wszystko to zdawało się wpisane w kakaowość, a i tak nie zdominowało to słodyczy.

Tabliczka ozdobiona paroma kawałeczkami złota wyglądała całkiem ładnie, ale... zwyczajnie. W dotyku wydała mi się niby masywna, ale delikatna zarazem. Mimo że była w sumie twarda, łamała się bez trzasku, jawiąc się jako krucha i nieco proszkowa masa. Gdy odgryzałam kawałek, towarzyszył temu lekko chrupki dźwięk i na pewno swoistą twardawość czułam.
W ustach rozpływała się w tempie średnim, jakby trochę jej się spieszyło. Dała się poznać jako trochę wodnista i gładka, lecz z czasem zaskoczyła na nieco gęstszy tor. Wciąż nie była to gęstość, ale jednak... pewna przytykająca kremowość. Powlekała podniebienie rzadkawą mazią jakby do końca próbując zachować pewną twardawość. znikała rzadko. Wyszła średnio tłusto i zostawiała lekko suchawe wrażenie.
W ustach złota nie czuć, znikało jakoś razem z czekoladą.

W smaku rozdźwięczała bardzo wysoka słodycz. Połączyła zbyt cukrowe okrągłe, twarde biszkopty ze sporą dawką wanilii. Wanilia podążała za nimi, by za chwilę się z nimi zrównać. Słodycz rosła, lecz pojawiło się też skojarzenie z blokiem czekoladowym.

Wkradł się do niego subtelny chłód, chwilowo zahaczający o... słodką ostrawość? Mignęła lukrecja, po czym zniknęła w intensywnie słodkim wątku.

Pojawiła się lekka gorzkość. Wypływała z domowej, niby czekoladowej masy i zmieniała się w trufle kakaowo-czekoladowe. A w zasadzie... masę truflową, jakieś... pozbawione alkoholu bajaderki?

Blok zniknął, ale pozostawił pewną mleczność. Czy nawet śmietankę? Bitą! Ułatwiła słodyczy ciągły wzrost. Ten nie był już drastyczny czy skokowy, ale jako że już zaczynała z wysokiego pułapu, zmierzała w ryzykownie duszno-drapiącym kierunku.

Trufle zalał syrop, sos czekoladowy. Wyobraziłam sobie deser-mousse kakaowy, w którym znalazł się grzybowy element. I... pewna maślaność? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość wydała mi się bardzo ugłaskana i wręcz stłamszona słodyczą. Dołożyła się do tego waniliowa bita śmietanka.

Gorzkość jednak walczyła o siebie. Szło jej... kiepsko, ale zaserwowała trochę średnio mocnej paloności, zahaczyła o ziemię i drewno, ale po chwili słodycz ją pokonała. Gorzkość stała się czekoladowo-orzechowym kremem o przesadzonej zawartości cukru. Orzechy laskowe jedynie w nim pobrzmiewały. Wypierała je... maślaność?

W oddali wychwyciłam niby soczystość... Przez moment przy jednym czy drugim kęsie pomyślałam nawet o jakimś ciemnym owocu, ale nie. Soczystość orzechów? Gubiły się jednak w lukrecjowym chłodzie, choć sama lukrecja nie miała za wiele do powiedzenia. Lukrecjowość osiadła w kakaowo-czekoladowym deserze ze sporą ilością kakao w proszku i sosem / syropem kakaowym; muląco słodkim. Od wanilii, ale końcowo pokazał się i cukier, męcząc już i drapiąc.

Po zjedzeniu został posmak cierpkiego kakao w proszku oraz deseru kakaowo-truflowego z cukrowo-waniliowo przesłodzonym sosem / syropem. Drapało w gardle - może nie straszliwie, ale zdecydowanie przeszkadzająco. Do przesłodzenia dołożyły się też biszkopty i wanilia oraz waniliowa bita śmietanka. Pojawiło się też marginalne poczucie chłodu, nasuwające na myśl lukrecję, ale nie lukrecja jako ona sama. Posmak zaznaczył się na języku na dość długo i było w nim coś... gryzącego, jakby niezbyt pożądanego.

Całość wyszła przeciętnie. Jak na produkt, który ma być elegancki, trochę zabrakło tej elegancji i wytrawności w smaku. Ten był przeciętnie smaczny. Czuć dużo kakao w proszku, co nie wyszło szlachetnie, ale nie było źle. Blok czekoladowy, trufla i mousse kakaowy, krem czekoladowo-orzechowy to w porządku nuty. Biszkopty, wanilia i bita śmietanka przy tej cukrowości przegięły. Myślę jednak, że z cukrem trzcinowym byłoby lepiej. Ogół był bowiem bardzo przesłodzony. Czekolada ze złotem wydała mi się tu więc po prostu atrakcją samą w sobie, że ze złotem. Szkoda, że smak nie był adekwatnie wykwintny. Konsystencja zbyt rzadka, wręcz wodnista też mnie nie chwyciła. Takie pieniądze lepiej wydać na dobrą czekoladę, ale... jak na kimś jadalne złoto robi wrażenie, to nie jest to jednocześnie strasznie wygórowana cena, bo czekolada w sumie i tak jest w porządku. Gdyby kosztowała do 10 zł, miałaby spokojnie 8; gdyby wówczas była gęstsza, rozpływała się wolniej, może bym nawet o 9 pomyślała.


ocena: 6,5/10
kupiłam: czarczekolady.pl (dostałam)
cena: 29 zł (ja dostałam)
kaloryczność: 539 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada ciemna (miazga kakaowa, cukier, proszek kakaowy o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy), 23 karatowe jadalne złoto w płatkach 0,01%

środa, 17 sierpnia 2022

Coco Gold, Frankincense & Myrrh Dark Chocolate 61 % ciemna z Kolumbii z mirrą, kadzidłem i złotem

To, że mam słabość do kadzideł, wosków, świec i tego typu rzeczy wiedzą nieliczni; ci którzy znają mnie przynajmniej nieźle i zapamiętują pomniejsze "durnoty", o których zdarza mi się (nieczęsto) nadmieniać. Gdy więc w jednej paczce od Piotra z Sekretów Czekolady znalazłam obiekt dzisiejszej recenzji, bardzo się ucieszyłam. Choć tak praktycznie tabliczka niezbyt mnie interesowała (nie kupiłabym jej), to jednak dodanie właśnie takiego gratisu, motywowane podejściem, że "kadzidlana czekolada" nie może mnie ominąć właśnie z racji zamiłowania do kadzideł, wprawiło mnie w dobry nastrój. Gdy chodzi o czekolady tego typu, to wbrew pozorom nie jest to dziwo, które się nie zdarza. Jadłam Rococo Gold Frankincense & Myrrh oraz Zotter Sacramental Wine and Frankincense i żadna z nich w zasadzie nie była jakoś nadzwyczaj pyszna czy aromatyczna. Pierwsza z podlinkowanych w ogóle nieszczególnie mi podeszła, co w tym przypadku działało na niekorzyść dzisiejszej, bo cień podejrzeń przez podobieństwo (nawet nazw) padł. Co z tego, że dwie różne marki - ale tak mi się skojarzyło i już. Pamiętałam też kiepskie Cocoloco... Coco to szkocka marka, która... ogólnie źle mi się kojarzyła. Wiedziałam też, że zdążyła mi czymś podpaść (jak się okazało Colombian Dark Chocolate 61 %).

Coco Chocolatier Gold, Frankincense & Myrrh Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 61 % kakao z Kolumbii z olejkiem z mirry, kadzidła (frankincense, czyli olibanum) i jadalnym złotem.

Otworzywszy, poczułam przesadnie, cukrowo słodkie kandyzowane pomarańcze i pomarańczowe, słodko-goryczkowate galaretki oraz soczyste czerwone owoce (maliny? porzeczki?). Całość była słodka, delikatna pod względem czekoladowości (taka dość "maślana"). Czułam lekką goryczkę w tle, przywodzącą na myśl dym i żywicę - właśnie może rzeczywiście w kadzidlanym sensie. Wydaje mi się, że byłabym w stanie określić nutę suchej mirry. A jednak kompozycja była aż cukrowa i duszna, ciężka. Wydawała się przearomatyzowana - i to w kwestii cytrusów.

To, co zobaczyłam po otwarciu, trochę mnie zaskoczyło. Tabliczka była jakby oprószona złotawym, lśniącym pyłkiem. "Jakby", bo nie tyle oprószona, co... on był raczej leciutko wtopiony, dzięki czemu przy dotykaniu nie zostawał w całości na dłoniach (dopiero po mocniejszym potarciu).
Choć tabliczka nie była bardzo twarda, łamała się z trzaskiem, w trochę kamienny sposób.
W ustach rozpływała się powoli, jakby nieco opornie, kryjąc w sobie coś ze smaru. Długo zachowywała zbity, zwarty kształt, wypuszczając z siebie nieco oleiste fale. Była raczej gładka i bardzo tłusta w sposób głównie maślany. Trochę śmietankowo, trochę oleiście... Na koniec znikała jak woda z olejem.

W smaku czekolada uderzyła cukrowo słodką, kandyzowaną pomarańczą. A dokładniej skórkami pomarańczy, bo także wyraźną goryczkę odnotowałam. Stąd też zaraz pomyślałam o galaretkach pomarańczowych i syropie pomarańczowym.

Niewątpliwie z olejkiem. Te twory zebrały w sobie więcej cytrusów ogółem. Mandarynki, może i cytryna, ale też zrobiona "jakoś na słodko". Wyłapałam również grejpfruta, a potem więcej czerwonych owoców. Również przesadnie zacukrzonych jak kiepski syrop malinowy lub z czerwonych porzeczek. 

Delikatna gorzkawość nieśmiało pobrzmiewała w tle, ale nie mogła się przebić. Wydała mi się nieokreślona.

Mniej więcej w połowie  rozpływania się kęsa słodycz nieco odcięła się od owoców, przytaczając wanilię. W tle pojawiła się przy niej nutka słodko-goryczkowata, może i trochę żywiczna, wrazz niemal mlecznym motywem (kadzidło olibanum właśnie tak trochę pachnie, ale nie powiedziałabym, że to konkretnie ten smak), ale... wszelkie nuty, które mogły należeć do dodanych olejków, tonęły w cukrowo-maślanej, łagodnej czekoladowej bazie. Choć od początku jedynie gorzkawa, z czasem dała się poznać jako bardzo maślano-śmietankowa.

A jednak lekka gorzkawość, goryczki cytrusów doprosiły się i właśnie o... trochę dymu, drzew. Palonego drewna? Rzeczywiście odrobinki kadzidlano-żywicznych akcentów wreszcie się doszukałam. Goryczka, pobrzmiewająca cały czas, wydawała się jednak nieprecyzyjna. W pewnym momencie drzewa, drewno pokazały się całkiem przyjemnie, by... następnie jednak zrezygnować i pozwolić działać maślaności oraz goryczce olejkowej.

Olejkowo wyszły bezlitosne pomarańcze, szczycące się irytującą słodyczą i drapiące w gardle. Dominowały i choć wciąż z goryczką galaretkowo-skórkową, wyszły przesłodzone do potęgi. Waniliowe echo, słodycz kadzidlana i po prostu cukier puder wsparły je w zasładzaniu.

Kontrastowo do przesadzonej słodyczy przy drewnie, żywicach doszukałam się echa goryczki... Dymu? Jednak też olejkowej. Chwilami wydawała się mocno pomarańczowa, chwilami olejkowa po prostu. Podrzuciła pomarańczy aż sztuczny wydźwięk.

Po zjedzeniu został posmak cukru, myśl o cukrze pudrze i kandyzowanych owocach, ale też jakby olejków goryczkowatego dymu... może i kadzideł żywicznych, a więc specyficzna drzewna goryczka, zmieszana z cierpkością "olejkową". 

Całość wyszła jeszcze gorzej, płasko niż czysta. Poziom cukrowości mnie wykańczał, olejkowo-napastliwe, przerysowane motywy pomarańczy irytowały i męczyły. Przez to brak jakiejkolwiek głębi. Dodane olejki podkreśliły sztuczny wydźwięk nut samej czekolady, a nie wniosły niczego wyrazistego, smakowitego od siebie. Goryczki mirry było niewiele, a słodkie kadzidło (olibanum) możliwe, że dołożyło się do słodyczy, jednak wcale nie tak wyraźnie wyczuwalne jako ono samo. Choć minimalnie więcej w niej gorzkawości, to jednak ta nijak miała się do poradzenia sobie ze słodyczą. Jadalne złoto to dodatek dla oka, wiadomo, ale... po co komu czekolada "dla oka", skoro reszta dodatków była prawie niewyczuwalna, a chyba tylko pogorszyła ogólny efekt?

Czekolada smakowała bardzo podobnie do Coco Colombian Dark Chocolate 61 %, która jednak była bogatsza w owoce, sporo było w niej też kwiatów, a gorzkawość była jak kawa z mlekiem. Także czysta wydawała mi się karykaturalnie olejkowo-sztuczna, ale dzisiaj opisywana wyraźnie olejkami jeszcze bardziej spłyciła bazę, zagłuszając w niej parę nut. A w ich miejsce dała niewiele w zamian. Na pewno jednak czułam w niej więcej goryczki (ale nie gorzkości).

Pomarańcza płynąca z kolumbijskiego kakao upodobniła tę czekoladę do Rococo Gold Frankincense & Myrrh. Kadzidła same w sobie mają cytrusowe nuty, tak jak i goryczkę czy waniliową mleczność, ale tu wyszło to tak, że nie da się zgadnąć, co płynie z kakao, a co z dodatków (a tylko znając czystą, uznałam, że dodatki niewiele wniosły).

Kostkę aż Mama spróbowała, ale uznała: "ja jej nie chcę; trudno się rozpuszcza. Ja nie powiedziałabym, że taka bardzo słodka, ale nudna jakaś". Jakieś 2/3 tabliczki trafiło do ojca.


ocena: 5/10
kupiłam: Sekrety Czekolady (dostałam)
cena: nie znam
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy, olejek z żywicy kadzidłowca frankincense (<1%), olejek z mirry (<1%), sproszkowane jadalne złoto (krzemian glinowo-potasowy; barwniki E171, E172)

poniedziałek, 31 lipca 2017

Rococo Gold Frankincense & Myrrh ciemna 65 % z pomarańczą, kadzidłem, mirrą i złotem

Zastanawialiście się kiedyś, co łączy olibanum i mirrę? Nie? Jakoś mnie to nie dziwi. Jedno i drugie to wonna żywica. To najpopularniejsze kadzidła używane przez religie monoteistyczne, i o ile mirra od razu kojarzy się z trzema królami i narodzeniem Jezusa (a przecież była także używana jako przyprawa, lekarstwo itp. - samo słowo "mirra" oznacza "gorzki"), tak pewnie zachodzicie w głowę, czym do jasnej Anielki jest olibanum. Prawdziwym kadzidłem, a czym! I to dosłownie, bo właśnie od słów "franc encens", czyli "prawdziwe kadzidło" wzięła się tego angielska nazwa - frankincense. To jest to kadzidło używane w kościołach. Taak, czekolada poszerza wiedzę we wszystkich kierunkach - jako ateistka dopiero przy tej tabliczce o tym wszystkim sobie poczytałam, jednak nawet ja mam tylko jedno skojarzenie, gdy do wspomnianych rzeczy dolatuje jest złoto. Dary trzech króli dla Jezusa ponad dwa tysiące lat temu obrosły w wiele mitów, podobne dary od Kimiko dla Kimiko... zaowocowały recenzją, ponieważ znalazły się w tabliczce niezwykłej czekolady.

Rococo Gold Frankincense & Myrrh Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z pomarańczą, kadzidłem, mirrą i złotem.

Po otwarciu pięknego opakowania poczułam przede wszystkim zapach pomarańczy (na granicy naturalnego, a takiego "galaretkowego") oraz słodkiej czekolady. Kadzidlano-kadzidełkowe nuty może gdzieś w tle nieśmiało się zaznaczały, ale ogólnie zapach wydał mi się zwyczajny, wręcz przeciętny.

Tabliczka bardzo spodobała mi się z wyglądu, zarówno jeśli chodzi o podział na rządki, jak i intensywny, głęboki ciemny kolor. Płatek jadalnego złota był mi jednak obojętny.

Przy łamaniu czekolada trochę trzaskała, ale mimo twardości była dość uległa. W ustach rozpływała się idealnie gładko, kremowo, raczej tłusto, ale i tak pozostawiała lekko wysuszający efekt.

W smaku czułam nieco bardziej rozwinięte nuty zapachu.
Zaraz po zrobieniu kęsa czułam bowiem silną słodycz i głównie pomarańczę. Ta pierwsza natychmiast kojarzyła mi się z wytrawnym, ciemnoczekoladowym sosem. Wraz z kolejnymi kęsami opisałabym to jako takowy sos zrobiony z dużą ilością miodu i kakao w proszku (nie chodzi mi o to przemysłowe, odtłuszczone).

Na szczęście wszystko to było podbudowane dość silną, lecz wciąż raczej o subtelnym charakterze, gorzkością. Łączyła w sobie kakao o orzechowym wyrazie, pewną korzenność i smaczek skórki pomarańczowej. Ta skórka nie była czystą skórką-skórką, bo ogólnie pomarańcza w tej czekoladzie wydała mi się bardziej galaretkowata. O dziwo nie był to minus, smaczek ten wyszedł w miarę naturalnie (jak na coś, co trochę przypomina).

Cały czas właśnie pomarańcza dominowała - do pary z przesadzoną słodyczą o nieco miodowym wydźwięku. Mimo przesłodzenia, gorzkość stała tu na dość wysokim poziomie - czyżby to zasługa mirry? Kadzidła jako takiego nie czułam, ewentualnie taką lekką korzenność, ale o "smaku zapachu kościoła" nie ma mowy. Jeśli jakiś był, skutecznie zagłuszyła go pomarańczowość.
Kadzidlana nuta o wiele lepiej wyszła w Zotter Sacramental Wine and Frankincense / Messwein und Weihrauch - tam, choć też za delikatnie, była wyczuwalna; w Rococo prawie w ogóle.

Dodatek jadalnego złota był oczywiście tylko dla oka, bo nawet nie zauważyłam, kiedy zniknęło - tak cieniutkie było (a tak swoją drogą, kiedyś widziałam wódkę z jadalnym złotem - ona to dopiero fajnie wyglądała, bo przez szkło te kawałki wyglądały na ogromne). Otrzymałam więc przesłodzoną pomarańczową czekoladę z nieśmiałymi, całkiem przyjemnymi nutkami. Nie żałuję, że spróbowałam, ale nie polecam.


ocena: 6/10
kupiłam: zamówienie przez e-mail
cena: 28,50 zł (za 70 g)
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, olejek ze słodkich pomarańczy (sweet orange oil), lecytyna sojowa, olejek kadzidłowy, olejek mirrowy, płatek 22-karatowego złota