Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: 71% - 89 %. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: 71% - 89 %. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 września 2026

Meybona Feine Dunkle Schokolade Peru 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao ciemna

Choć moje początku z Meyboną były kiepskie, polubiłam tę markę po zmianach, jakie zaszły w ich czekoladach. Tym razem sięgnęłam po tę z peruwiańskiego kakao, bo czułam, że mniej więcej wiem, czego się spodziewać. Peru to dość wyrazisty, znany region. Zjadłam już resztę tabliczek z tej serii z mniej popularnych krajów i te, które miały mleczne odpowiedniki - wraz z tymi. Zostałam więc z Peru oraz blendem. Blendy mają to do siebie, że nie wiadomo, czego się spodziewać. Na niespodzianki tym razem nastroju nie miałam. Tę zrobiono z ziaren typu Oro Verde, czyli podtypu Criollo. Szkoda tylko, że do zawartości policzyli i miazgę, i tłuszcz, ale po tych poprzednio zjedzonych wiedziałam już, że w granicach rozsądku. 

Meybona Feine Dunkle Schokolade Peru 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 72% (miazga + tłuszcz) kakao Criollo z Peru; konszowanie trwało 48 godzin.

Po otwarciu poczułam średnio intensywny, ale wyraźny zapach miękkich, cynamonowych pierników nieczekoladowych, za to z mazistym lukrem na wierzchu. Ich "ciasteczkowość" poniekąd tworzyło subtelne prażenie. W piernikach dominował cynamon, ale przyprawy korzenne na nim się nie kończyły, bo jakby obok pierników wystąpiły jeszcze migdały w cukrowo-waniliowej mlecznej czekoladzie i cynamonie oraz jeszcze sporo kolendry i kardamonu, acz bez pikanterii. Całość była znacząco słodka, właśnie lukrowo, ale też waniliowo i trochę kwiatowo. W tle doszukałam się jeszcze wilgotnych daktyli. 

Tabliczka ze względu na porządną twardość podczas łamania trzaskała głośno i chrupko. 
W ustach czekolada rozpływała się wolno, jako że była bardzo gęsta i trochę kojarzyła się z gęstym serkiem homogenizowanym. Jej średnia tłustość dołożyła się do tego skojarzenia. Z czasem pojawiała się soczystość, przechodząca trochę w wodnistość - co z kolei znów podkręcało wizję serka: ale tym razem takiego, na którego wierzchu wydzieliła się woda. Końcowo odnotowałam lekko ściągającą pylistość.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz wanilii, wprowadzającą bardzo słodkie orzechy: w zasadzie nugat, pewnie posłodzony wanilią.

Pomyślałam o kremie z orzechów laskowych z dodatkiem mleka, a po chwili o mocno mlecznych lodach orzechowych. Wyobraziłam sobie lody zrobione na pełnej śmietance w wariancie "orzech laskowy", doprawione cynamonem. Mimo wiec skojarzenia z lodami, weszło - za sprawą cynamonu - ciepło.

W tle przemknęła nieśmiała, soczysta nutka trudno uchwytnych owoców. Czereśni?
Gorzkość też trochę się pokazała, ale trzymała się z boku, wprowadzając po prostu delikatny motyw palony.

Słodycz nie miała za to żadnych oporów. Rosła wraz z prażono-korzennym ciepłem, z czasem porzucając jednak wizję kremu nugatowego na rzecz migdałów w czekoladzie mlecznej i cynamonie. Z czasem orzechowe nuty przysłoniło trochę białych kwiatów, w tym jaśmin.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość z tła podkradła się do słodyczy a ja pomyślałam o soczystych świeżych daktylach Medjool. Choć orzechy się już wycofywały, daktyle podszepnęły im na odchodnym motyw karmelizowania.

Miękkie, słodkie daktyle i to karmelizowanie, ciepła obróbka nagle ułożyły się w miękkie pierniczki. Takie sowicie pokryte dobrej jakości, mazistym lukrem. Nie czekoladowe, łagodne i słodkie, ale niepodważalnie korzenne. Dominował w nich cynamon, ale czuć, że gdzieś wokół już zbierały się i inne przyprawy.

Soczystość przeszła w wyraźniejsze czerwone owoce. Zmieniły więc wydźwięk słodyczy na naturalniejszy, mniej zasładzający. Czułam przede wszystkim naturalnie bardzo słodkie świeże czereśnie. Za nimi, ze względu na ogólną wysoką słodycz przemknęła mi myśl o czerwonych jabłkach w karmelu, może karmelu waniliowym, ale potem czereśnie jednak odwracały od nich uwagę. Jakby już, już miały zaserwować trochę kwasku, a tu nagle zmieniły się w słodki, trochę przesłodzony owocowy sos... syrop! Żurawinowy.

Korzenność w tym czasie starała się zapobiec przesłodzeniu i wytoczyła kardamon i kolendrę. Zrównały i zmieszały się z łagodniejszym, słodkim cynamonem. Razem, lekką pikanterią i słodyczą, aż nieco przypiekły w język. Końcowo to w przyprawach osiadło trochę palono-ciepłej gorzkości.

Po zjedzeniu został posmak trochę palony, ale nie mocno gorzki. Czułam sporo mocno cynamonowych, ale słodkich i delikatnych miękkich pierników, a do tego jeszcze nugatowe lody. Jedne i drugie mogły być posłodzone wanilią, bo i jej sporo czułam. Słodycz wydała mi się ryzykownie wysoka, ale jeszcze nie bardzo zasładzająca. Chyba pomogło subtelne, choć w sumie też słodkie, acz przynajmniej soczyste echo czerwonych owoców.

Czekolada była smaczna, jednak doskwierał mi w niej prawie brak gorzkości. Lekko palone nuty gdzieś tam w tle osiadły i tyle. Odrobinka owoców nie przełożyła się na kwasek, ale już przynajmniej soczystość. Pracowały na nią świeże daktyle, jabłka w karmelu i syrop żurawinowy. Stanowiły jednak tylko wtrącenia, podczas gdy baza była głównie słodko pierniczkowa. Wizja miękkich, mocno cynamonowych pierników w lukrze niesamowicie jednoznaczna. Mieszała się z nugatem mlecznym i lodami z orzechami laskowymi oraz migdałami w cynamonie, a z czasem charakterniejszą korzennością kardamonu i kolendry. Kwiaty wszystko spajały zapewniając harmonię. Ogół był nieco za słodki i tutaj mam mieszane uczucia co do wanilii: z jednej strony było mi jej trochę za dużo, z drugiej jednak to ona przysłoniła cukrowość, która mogłaby wyjść chamsko.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 17,99 zł
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa 59%, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia Bourbon

piątek, 18 września 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Nacional Arriba Ekwador Hacienda Victoria z Ekwadoru

Z Ekwadoru zjadłam w swoim życiu bardzo dużo czekolad i choć to popularny region, wiem, że potrafi zaskoczyć. Dziś prezentowana przyciągnęła mój wzrok zawartością kakao i - jak myślałam, zmianą cukru na trzcinowy - ale naprawdę nakręciłam się porządnie na nią dopiero po zjedzeniu dwóch innych o tej samej zawartości Sopockiej Manufaktury. Otóż marka rozwinęła się na lepsze. I to bez zmiany cukru. Choć dalej nie mogę pojąć, skąd ten błąd: gdy kupowałam czekolady, na stronie w składzie tabliczek 85% znalazł się cukier trzcinowy. Gdy jednak czekolady otrzymałam, na etykiecie był biały. Gdy skontaktowałam się z Somato, okazało się, że na stronie jest błąd, a oni nadal stosują biały. Dziś prezentowaną jednak nadal mimo wszystko  postrzegałam jako ciekawą i potencjalnie pyszną (widać przy 85% cukier biały w ich czekoladach aż tak mi nie przeszkadza). Przede wszystkim dlatego, że dawno temu chciałam zakupić 70% z kakao z Ekwadoru od tej firmy, właśnie by zacząć z nią przygodę, ale przestali ją produkować ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, o czym pisałam przy Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo. Nie wiem, jak tamtą wycofaną, ale dziś przedstawianą zrobiono z odmiany Criollo Perla, uprawianej na rodzinnej plantacji Hacienda Victoria na wybrzeżu Ekwadoru. Ta jest znana z czystości odmian i po prostu wysokiej jakości. Odmianę tę Sopocka Manufaktura określiła jako "delikatna, kapryśna i... pełna charakteru" oraz stwierdziła, że "to nie kakao, które trzeba oswajać – to kakao, które zaprasza".

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Nacional Arriba Ekwador Hacienda Victoria to ciemna czekolada o zawartości 85% kakao Nacional Arriba z Ekwadoru, z prowincji Guayas.

Po otwarciu poczułam rześko-soczysty duet głównie kwiatów i gruszek. Gruszki przechodziły trochę w subtelnie alkoholowy likier gruszkowy o niewątpliwie wysokiej słodyczy. Ogół jednak nie był bardzo słodki ze względu na znaczący motyw ziemi i ziół, w tym wyraźnie szałwii oraz rześkość, kojarzącą się z aloesem i wilgotnymi roślinami, kwiatami, może też wilgotnymi ziołami. Gruszki wsparły soczyście-kwaskawe mandarynki i nieoczywisty, kwaśny pogłos octu balsamicznego winnego i czerwonych owoców: wiśni i / lub żurawiny w tle. Przez to wszystko przemykało jeszcze troszeczkę orzechów.


Dość twarda tabliczka łamana trzaskała głośno i chrupko. Zapowiadała się gęsto, w dotyku w dodatku kremowo-pyliście.
W ustach czekolada okazała się masywna, rozpływając się początkowo powoli, wręcz leniwie. Przedstawiła się jako gładko-mazista i trochę oleista, mimo że tłustość była niska. Kremowość mieszała się z zawiesinowym motywem, więc nie wydała mi się szczególnie wysoka. Z czasem odnotowałam szorstkość i lekką soczystość, po czym przyspieszyła rozpływać się i zniknęła.

W smaku najpierw przemknął jakiś nieokreślony czerwony owoc, a dosłownie w ułamek sekundy po nim rozbrzmiała słodycz kwiatów. Zapewniła rześkość, po czym stanęła na średnim poziomie i nie rosła już jakoś specjalnie.

Owocowy akcent szybko znów spróbował, tym razem podczepiając się pod słodycz kwiatów. Owoce i kwiaty weszły w sojusz, serwując mi gruszki oraz jakieś inne słodko-rześkie, lekko wodniste i właśnie jakby same w sobie kwiatowe owoce egzotyczne.

Z kolei akcent czerwonych  owoców związał się z kwaskiem, który znalazł miejsce na tyle i zaczął tam lekko pobrzmiewać, a po chwili rosnąć.

W tym czasie jednak zjawiła się gorzkość, zaraz przygaszając słodycz. Zadbała, by ta nie miała jak za bardzo wzrosnąć. Gorzkość przyniosła ze sobą sporo cierpkich ziół i dym. Wraz z dymem poczułam palony motyw, acz ten zaraz zaczął tworzyć tło, puszczając inne nuty przodem.

Zioła, w tym sporo szałwii jakby tylko na to czekały. Wsparła je ziemia, z którą ułożyły się w motyw zbutwiałego, zakopanego w wilgotnej, leśnej ziemi drewna.

Gdy gorzkość z łatwością przyciągała uwagę, gruszkowa nuta zaczęła przybierać na wytrawności, poprzez kwaskawe gruszki deserowe zmierzając ku gruszkowemu wytrawnemu białemu winu i poważniejszemu likierowi gruszkowemu, gruszkowo-kwiatowemu.

Kwaśność, ciągle rosnąca, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zaprezentowała się jako wiśnie i mandarynki. Do czerwonych owoców dołączyły słodko-kwaśne cytrusy. Ogólna kwaśność wzrosła, ale jakby mimowolnie pociągnęła za sobą trochę słodyczy.

Do głowy przyszedł mi ocet... ocet z ziołami? Czerwono winny ocet balsamiczny? Pokazał się i wycofał. Ocet z nutką drewna, jakby leżakowany w beczkach jak wino. W kwaśnej strefie z czasem wiśnie umocniły swoje wpływy, a do tego wsparły je słodko-kwaśne suszone żurawiny. Pomyślałam o takich soczystych, naturalnie słodzonych np. sokiem jabłkowym oraz... ocet winny balsamiczny? Wciąż wracał. Kwasek czasami pozwalał sobie jakby aż przypiec w gardło.

A z kolei gorzkość jakby trochę zelżała? Poprzez drewno i palone realia wkradły się pieczone... ciasteczka? Wypieczone trochę za mocno, ale jeszcze nie spalone, na pewno maślane ciastka z orzechami. Jakby palenie zaadoptowało słodycz? Słodycz i gorzkość zaczęły jakby w opozycji do kwaśności mieszać się w jedno.

Zioła zgrały się z kwiatami, idąc w stronę kwiatowych ziół, zioło-kwiatów, np. rumianku i ogólnie takich łagodniejszych roślin. Roślin wilgotnych, z ciemnej niskiej strefy lasu.

Kwaśność cytrusów odpadła wtedy z gry, choć jeszcze przez moment czułam mandarynkową słodycz... Kwiaty próbowały im pomóc, ale zniknęły razem... Z tym, że i kwaśność pociągnęły za sobą. Też prawie zupełnie zniknęła.

Końcowo, gdy słodycz się wycofała z kwaśnością, w miejsce ciasteczek maślanych wstrzeliły się niejednoznaczne, bardzo łagodne orzechy.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych wiśni i echo niemal octowe, do których jednak z powrotem przedarło się trochę mandarynek, a także kwiatowo-ziołowy wątek, łączący słodycz i cierpkość. Cierpkość ziół i ocet układały się we wręcz swego rodzaju pikanterię. Obok pojawiła się ziemia i zbutwiałe, zakopane w niej drewno z łagodzącą orzechową otoczką.

Czekolada była smaczna, ale jakoś mnie nie rozkochała w sobie, nawet nie umiem powiedzieć, dlaczego. Może przez to, że gorzkość nagle jakby odpadła i straciła na znaczeniu, po tym, jak obiecała wiele? Słodycz była bowiem przyjemnie niska: kwiaty, trochę gruszek i rześkich owoców na początku, trochę ciastek później. Nuty ziemi, zbutwiałego drewna, paloność bardzo na plus, tylko że jakby im się nagle odechciało. Za to kwaśność cały czas konsekwentnie dążyła do dominowania: od lekkich akcentów czerwonych owoców na początku, przez wiśnie i mandarynki, po dużo wiśni wspartych żurawiną na końcu.
Czekolada mogłaby też tak nie przyspieszać na koniec z rozpuszczaniem się, ale ogólnie nie mam nic więcej do zarzucenia konsystencji.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 65g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale w sumie mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa

środa, 9 września 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario Tanzania Kokoa Kamili ciemna z Tanzanii

Gdy dopiero poznawałam czekolady Sopockiej Manfaktury (Somato), uznałam, że to dobre czekolady, ale nie rozkochały mnie w sobie chyba przez biały cukier, który wprowadzał nuty, które mi nie leżały. Kiedy jednak weszły nowości - jak myślałam, z cukrem trzcinowym - zamówiłam. O tym fakcie jednak za wiele nie myślałam. Przyćmiła go radość z zawartości kakao. Może to i lepiej, bo po degustacji okazało się, że jednak wciąż stosują biały, a na stronie sformułowanie "cukier trzcinowy" wkradło się na skutek błędu. Pomyślałam jednak, że może nie będzie źle. Czułam bowiem, że ich styl pasuje do właśnie zawartości 85%. Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario/Criollo Filipiny Kablon Farms pokazała mi, że marka zmierza w bardzo dobrym kierunku i niedługo po niej sięgnęłam po kolejną zakupioną. Tą, której opis był wręcz poetycki: "ciemna, ale nie onieśmielająca. Codzienna – ale wyjątkowa. To czekolada, która mówi językiem wytrawności, ale nie zamyka się na przyjemność". Zaintrygowali mnie! Acz, jeśli mam być szczera, wystarczyło już samo pochodzenie kakao: kusząca Tanzania, a dokładniej dolina Kilombero, gdzie działa społeczne przedsiębiorstwo Kakao Kamili. Efekty od nich zawsze wychodzą dobre. Inicjatywa ta zapewnia wysoką jakość fermentacji i suszenia w jednym centralnym punkcie, gwarantując spójność i czystość smaku, a także Promuje transparentność w łańcuchu dostaw i rozwój lokalnych społeczności poprzez zrównoważone praktyki uprawy. Kakao Kamili współpracuje z drobnymi rolnikami, którym zapewnia uczciwe ceny oraz wsparcie techniczne i organizacyjne.

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario Tanzania Kokoa Kamili to ciemna czekolada o zawartości 85% kakao trinitario z Tanzanii, z doliny Kilombero.

Po otwarciu poczułam soczyście słodki zapach suszonych fig i śliwek suszonych, łączących w sobie słodycz z kwaśnością. Acz kwasek stanął w nich na drugim planie. Odnotowałam jeszcze morele i wydaje mi się, że w całości, soczystości, ale też dymie kryły się wiśnie. A przy nich motyw kandyzowania? Ogół, oprócz znaczącego motywu owoców, uraczył mnie jeszcze dziwnym, słodko-poważnym wątkiem nalewki jakby z owoców suszonych i miodu pitnego, może... miodowego piwa? Ogólną słodycz przełamała gorzkość jakby dymu znad ziołowych kadzideł. Te umocniły przyprawy: wręcz goryczkowaty cynamon i rześko-ostra lukrecja. Za przyprawami i dymem odnotowałam też niedookreśloną wytrawność, jakby nieco podwędzaną? I chyba trochę orzechów włoskich.

Średnio twarda podczas łamania tabliczka trzaskała bardzo głośno, trochę chrupko, zapowiadając, że jest gęsta. Dotyk i wygląd zaś świadczyły o kremowości.
W ustach masywna czekolada rozpływała się... najpierw wolno, a pod koniec mocno przyspieszając. Kremowość okazała się średnia. Mieszała się z nieco pylistym wrażeniem oraz soczystością. Tłustość, choć czuć lekką oleistość, stała na niskim poziomie. To, jak czekolada stawała się niby zawiesinowym, ale trzymającym kształt kawałkiem i szorstkość odciągały od niej uwagę.

W smaku najpierw rozeszła się łagodna maślaność, do której dołączyła słodycz.

Słodycz oddawała suszone figi. Ze słodyczą podkręconą miodem? Suszone owoce, jak się zaraz okazało nie tylko figi, odciągnęły uwagę od maślaności i zajęły pierwszy plan. Zaznaczył się w nich kwasek, za sprawą którego weszły suszone śliwki. Mieszanka kwaśnych z pestką z dodatkiem maziście-lepkich, bardziej słodkich kalifornijskich (albo tego typu). Odnotowałam jeszcze kwaskawe, soczyste morele suszone - chyba kwaśniejsza odmiana czerwona. O tak, wszystkie te owoce, mimo że suszone, były bardzo soczyste.

Miód zniknął i znów trochę wypłynął, ale z pewną dosadnością - musiał to być więc miód pitny o lekkim, alkoholowym zacięciu. W pewnej chwili w słodkiej toni zaznaczył mi się jeszcze karmel, palony, a maślany, ale zniknął w soczystości owoców i.... dymie. Acz jeszcze przez chwilę jakby pobrzmiewało wspomnienie czegoś "nabiałowego", ale już nie karmel, a... maślany twaróg? Wędzony?

Gorzkość wkroczyła właśnie jako dym, unoszący się znad ziołowych kadzideł. W ziołowej strefie czułam przede wszystkim słodko-cierpkawą lawendę, ale też inne takie bardziej "kwiatowe zioła".

Dym, podpływając do owoców, zaczął sugerować też coś podwędzanego kwaśno-soczystego, ale nie mogłam tego uchwycić. Wędzone śliwki? Niezupełnie, ale coś w tych klimatach?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość nieco zmieniła wydźwięk, bo doszły do niej orzechy włoskie.

Raz i drugi przemknęły mi wiśnie. Przez sekundę wydawało się, że zmienią owocowy motyw na bardziej świeżo-soczysty, ale to one przegrały. Słodycz fig, śliwek i moreli dopadła i je, przerabiając wiśnie świeże i cierpkie na kandyzowane. Słodycz przystała na trochę kwasku, ale właśnie podporządkowanego jej. Suszone śliwki przybrały na kwasku, zmieniając się w polskie; takie, co to trzeba je długo ssysać z pestki. Wydaje mi się, że kwasek czasem zerkał ku cytrynie, ale bardzo delikatnej.

Ziołowy motyw, już trochę zruszony orzechami włoskimi, zaczął przechodzić w przyprawy. Cynamon i lukrecja wprowadziły trochę pikanterii. Lukrecja zaczęła przemieniać soczystość bardziej w po prostu ostrawą rześkość.

Znów pomyślałam o bardziej kwiatowych ziołach i w końcu kwiatach... Kwiatach suszonych? Nie, jednak i żywszych... Słodycz z suszono owocowej zrobiła się bardziej rześka...

A to wykorzystały wiśnie, pokazując się ze świeżo-cierpkiej strony. Wsparły je suszone, ale już kwaśne śliwki. Może też śliwki świeższe, drobne? Cytryna też miała w tym swój udział.

Po zjedzeniu został posmak cierpkich, raczej świeżych wiśni oraz suszonych kwaśnych śliwek i drobnych śliwek świeżych. Ich cierpkość podkreślała lawenda i inne zioła. Cynamon połączył cierpkość i goryczkę ze słodyczą miodu pitnego z dodatkiem karmelu. Czułam też lekką dymną gorzkość i wyciszającą kompozycję maślaność.

Czekolada bardzo mi smakowała. Bardzo kwaśna, ale w sposób pożądany, a nie kwachowaty, no... i nie tylko kwaśna. Suszone owoce, a więc suszone figi, śliwki i morele przebyły długą drogą, najpierw dominując jako elementy słodzące, potem wchodząc w sojusz ze wiśniami. Choć te zahaczały o kandyzowanie, sprawiły, że końcówka była śliwkowo-wiśniowo kwaśna. Motyw miodu, miodu pitnego, odrobinki karmelu i kwiatów świetnie poprowadził resztę słodyczy. Podobało mi się to, jak dużo ziół, lawendy się tu znalazło. Świetnie pasowały do dymu i przypraw: cynamonu, lukrecji. Trochę orzechów włoskich i jakby podwędzenie sprawiły, że całość odebrałam jako nieprzewidywalną, z małymi niespodziankami, ale nie kontrastową.
Po zjedzeniu jednak zaczęłam się zastanawiać: z jednej strony czekolada mogłaby być słodzona cukrem trzcinowym, co by sugerowała nutka karmelu, ale... odnotowałam też ten motyw kandyzowany, który przypisałabym do białego. Aż napisałam do Somato i, jak się okazało, nadal stosują cukier biały. Muszę więc przyznać, że przy 85% kakao całkiem nieźle go ograli, że nie był taki jawny.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 65g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale w sumie mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa

niedziela, 6 września 2026

Aroko Chocolate 74 % Dark Ocumare Aragua, Venezuela ciemna z Wenezueli

Nazwa Aroko coś mi mówiła i wydawało mi się, że nawet jadłam jakąś ich czekoladę. Zaczęłam szukać na blogu i... Pomyliłam ją z Ara Chocolat. Jak?! Włoska marka Aroko ceni przede wszystkim wenezuelskie ziarna i poprzez czekolady chce oddać esencję tego kraju. Założyli ją Dubraska i Johonny, para z Wenezueli, która przeprowadziła się do Włoch około dekady temu. Łącząc swoje dziedzictwo z włoskim rzemiosłem, prażą, mielą i uszlachetniają każdą partię, aby wydobyć unikalny smak tkwiący w kakao. Aroko ściśle współpracuje z wenezuelskimi rolnikami, pozyskując mikropartie z pełną identyfikowalnością i zapewniając uczciwe wynagrodzenie za ich pracę.
Dziś przedstawianą czekoladę stworzono z kakao z plantacji Hacienda las Bromelias, na której uprawiane są odmiany kakao Ocumare 60, 61 i 67. Należy ona do rodziny Fischerów, którzy te genetyczne skarby hodują w ustronnym miejscu w małej wiosce Cumboto, zachowując wyjątkowy profil aromatyczny. Kakao Ocumare zasłużyło sobie na to! Jest bardzo cenione przez fachowców. 

Aroko Chocolate 74% Dark Ocumare Aragua, Venezuela to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao Ocumare 60, 61 i 67 z Wenezueli, ze stanu Aragua, z wioski Cumboto.

Po otwarciu rozbrzmiał intensywny, wytrawny zapach goryczkowatych ziół, niemal węgla, wędzonej papryczki chili oraz cytrusów. Wytrawne zioła przechodziły w za mocną, wręcz cierpką zieloną herbatę liściastą. Wędzenie i paloność do owoców też dołożyło motyw wędzenia i w głowie pojawiły mi się wędzone wiśnie. Choć cytrusowy wątek zdawał się bardzo złożony, namieszany, na pewno wyczułam tam wybijające się grejpfruty. Obok tego wszystkiego stanęła nuta nabiału ("diary" chciałoby się rzec), składająca się ze śmietany i masła. Bez wątpienia czuć jednak też słodycz. Podkreśloną kontrastem i jakby trochę niedopasowaną. Do głowy przyszło mi masło z miodem i nieśmiałe, trzymające się tyłów, kwiaty.

Mała, ale bardzo twarda ze względu na grubość tabliczka była tłusta w dotyku. Podczas łamania trzaskała głośno, wydając się bardzo pełną.
Czekolada najpierw powoli zaczynała się rozpuszczać, dając się poznać jako kremowo tłusta i istotnie bardzo gęsta. Trzymała kształt, lecz nagle zaczynała rozpuszczać się coraz szybciej w mocno wodniście-soczysty sposób, ujawniając ziarnistość. Wciąż była do pewnego stopnia kremowa, jakby wewnętrznie gęsto-zbita, ale zarazem łatwo rzednąca i znikająca na wodę.

W smaku przywitał mnie zaskakująco łagodny, maślano-śmietanowy splot. Był mocno nabiałowy, naturalny i dość tłusty. Po chwili masło zaczęło wybijać się na prowadzenie.

Pojawiła się też słodycz i kwaśny akcent czerwonych owoców. Słodycz błyskawicznie zmieszała się z masłem, serwując mi właśnie jakieś słodkie miodowe masło, może nawet lekko korzenne? Słodycz rosła i wyprzedziła maślaność, odchodzącą na tyły. Jasny, ale cierpkawo-charakterny miód przedstawił się jako on sam. Po chwili trochę scukrzony?

Za dość wysoką słodyczą rozwijała się kwaśność świeżych, niezbyt dojrzałych, cierpkich wiśni.

Do skrystalizowanego miodu dołączyła paloność, która trochę przyćmiła miodowy charakter. Słodycz zrobiła się bardziej karmelowa, a wraz z tym, jak przenikała do niej paloność, wydawała się bardziej stonowana. Zajęła średni poziom i się go raczej trzymała. Tylko co jakiś czas nieco bardziej się wychylając.

Wraz ze wzrostem słodyczy pojawiła się i także nasilała gorzkość. Przechwyciła cierpkość, jaka zaznaczyła się w miodzie, i podała ją na swój sposób. Do głowy przyszedł mi węgiel, mocno związany z palonością, a po chwili nieco za mocna zielona herbata liściasta. Zaraz dodano jednak do niej trochę osładzającego, tonującego cierpkość miodu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa silną, cierpką zieloną herbatę urozmaiciły rozmaite, cierpkawo-wytrawne zioła, w tym szałwia. To za ich sprawą rosła gorzkość. Gdy zrobiła się silna, zaprosiła kwaśność owoców. Wydobyła cytrusy, a ja poczułam się, jakbym piła ziołowy napar - bazujący na szałwii - z miodem, cukrem trzcinowym i cytryną.

Palony klimat mocno związany z węglem z czasem natrafił na masło i nabiałowe nuty, które przypomniały o sobie. Zaczęły trochę tonować gorzkość.

Wykorzystały to coraz mniej kwaśne, ale na pewno kwaskawe, owoce. Wiśnie zrobiły się... wędzone? I ciężkawe? Zmieszały się z wędzoną, słodką papryką i chyba jakimś palonym chili. Wyobraziłam sobie papryczki opalane i wpisane w jakiś sos wiśniowo-wytrawny, pikantny, ale też słodki, lepki od słodyczy. Trudne do było do uchwycenia, aż nagle przybyło więcej cytrusów. Niekoniecznie jednak bardzo kwaśnych. Cytrynie towarzyszył grejpfrut, który szybko stanął na czele owoców, łącząc w słodkie goryczkę, kwaśność i słodycz. Ogólnie, mimo że osłabła, kwaśność poszła w bardzo soczystym kierunku.

Słodycz wydała mi się w tym momencie z jednej strony ostrożna, z drugiej silna, bo podkreślona kontrastem i jakby niedopasowana... Pomyślałam o karmelizowanych cierpko-goryczkowatych ziołach. Suszonych i karmelizowanym, a wiec trochę jakby "ocukrzonym" rozmarynie i tymianku. Przemknął mi przy nich chyba akcent kwiatów... suszonych? I słodsza, ciepła korzenność cynamonu.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych cytryn i wiśni, z echem grejpfruta oraz cierpkiego splotu zielonej herbaty i wytrawnych ziół. Czułam też węgiel i gorzkość, ale i znaczący, nabiałowy, maślany, łagodzący motyw. Słodycz wydawała się trochę cukrowa, kontrastowa, ale i podkreślająca ciężką wytrawność.

Czekolada była bardzo ciekawa, dynamiczna i po prostu smaczna. Szkoda tylko, że dość tłusta i potem tak przyspieszająca z rozpuszczaniem się na wodę. Przez to w smaku miałam wrażenie, że wszystko dzieje się na raz i trudno delektować się poszczególnymi wątkami. A było czym! Mimo że chwilami słodycz dziwnie dawała się we znaki nie przez wysokość, bo była średnia, a przez niedopasowanie. Całość bowiem wyszła dość wytrawnie i teoretycznie kwaśno z wydźwięku owocowo. Nabiałowe nuty i sporo gorzkości palono-węglowej, ziołowej, zielonej herbaty, podkreślanej ziołami w tym szałwią, ziołami-przyprawami ciekawie przeplatały się z kwaśnymi wiśniami, wiśniami wędzonymi i cytryną z grejpfrutem. Herbata zielono-szałwiowa z cytryną, sos wiśniowo-paprykowy wędzony intrygowały. Teoretycznie kwaśne motywy nie wyszły tu jednoznacznie kwaśno. Nic w tej czekoladzie nie było jednoznaczne! Słodycz cierpkiego miodu i karmelizowania jak najbardziej starały się wpisać w konwencję, ale chwilami im nie szło, a jednak nie wyszły źle, a też na swój sposób ciekawie. Czuję, że gdyby tak wszystko rozpływało się i pokazywało wolniej - gdyby miała inną konsystencję - mogłaby mieć 9 albo i 10.

A. Morin Venezuela Ocumare noir 70 % smakowała zupełnie inaczej: ciasteczkowo, Duffy's Venezuela Ocumare 72 % też, bo słodko owocowo, Amano Ocumare Village Venezuela 70 % Dark Chocolate słodko od owoców i przypraw. Dziś prezentowaną trudno do jakiejkolwiek skojarzyć.


ocena: 8/10
cena: £8.95 (za 50g; około 44 zł)
kaloryczność: 570 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 3 września 2026

Equal Exchange Organic Dark Chocolate 71 % Cacao Very Dark Cacao from Dominican Republic & Peru ciemna z Dominikany i Peru

Kupując tę czekoladę kompletnie nic nie wiedziałam o niej czy o marce. Wyglądała po prostu na całkiem porządną. I wszystko wskazywało na to, że Equal Exchange faktycznie porządnie przykładają się do swoich produktów, używając dobrej jakości ekologicznych składników. Działają z wanilią z Madagaskaru oraz cukrem z Paragwaju i Kostaryki. Oczywiście na tym sprawdzonych źródeł nie koniec. Kakao kupują od małych spółdzielni rolników, w tym od 2004 z El Quinacho w Sivii w Peru. Ta spółdzielnia została założona w 1970 roku w dolinie rzeki Apurimac i obecnie ma 220 członków. Dba o to, by lokalne społeczności miały godne wynagrodzenie, dobrą pracę, co się chwali.
Oczywiście poczytałam też o samej marce. To amerykańska firma zajmująca się głównie czekoladą i kawą, która obrała model handlu, w którym ma się pod kontrolą każdy element łańcucha dostaw. Założyciele - Rink Dickinson, Jonathan Rosenthal i Michael Rozyne - zaczęli od nikaragujskiej kawy  Fair Trade w 1986 roku, wyrażając solidarność z z rolnikami z Ameryki Łacińskiej w czasach, gdy życie utrudniało im embargo. Potem zaczęli współpracę z plantatorami kakao ACOPAGRO w Peru. Obecnie pozyskują produkty od ponad 40 organizacji zrzeszających drobnych rolników na całym świecie, stawiając na długoletnie relacje oraz wysokiej jakości szkolenia i aktywizację zawodową kobiet.

Equal Exchange Organic Dark Chocolate 71 % Cacao Very Dark Cacao from Dominican Republic & Peru to ciemna czekolada o zawartości 71% kakao z Republiki Dominikany i Peru, z regionu rzeki Apurimac.

Po otwarciu poczułam intensywny, niemal dominujący zapach wanilii i cytrusów. Wtórowało im sporo drzew, których z kolei trzymało się orzechowe echo. Wanilia współpracowała z maślanością, razem z nią tworząc ciastowy wydźwięk. Do głowy przyszły mi maślane waniliowe bułeczki oraz po prostu miękkie, wilgotne ciasto maślane. Cytrusy dopraszały się o wizję babki cytrynowej. Z cytrusów czułam sporo właśnie cytryny, ale też grejpfruta sweetie - słodszego od czerwonego. Cytrusowość wydawała się znacząco osłodzona, niezbyt kwaśna. Wydaje mi się, że zwłaszcza już w trakcie degustacji, za cytrusami kryły się jeszcze kwaśno-cierpkie ciemne owoce. Drzewa wydawały się żywe, acz gdzieś w oddali i palony akcent się zaznaczył, dopowiadając im trochę palonego drewna.

Suchawa, a zarazem dość tłusta w dotyku czekolada była twarda i przy łamaniu trzaskała głośno zupełnie jak suche gałęzie.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i bardzo maziście. Była gęsta i tłusta w sposób maślany z trochę oleistym echem, a także gładka, choć z jakby ukrytą lekką suchością. Niemal do końca zachowywała kształt, z czasem lekko rzednąc w soczystym ujęciu.

W smaku od razu rozbrzmiała przede wszystkim wanilia, a więc też słodycz. Słodycz nie za wysoka, ale średnia i aspirująca do zajmowania pierwszego planu. Choć nie w odosobnieniu.

Szybko zaznaczył się też orzechowy wątek, który część słodyczy pokierował w stronę jakiejś słodkiej, naturalnej masy, np. zdrowszej wersji amerykańskich fudge w wariancie orzechowym. Z dużą ilością masła orzechowe arachidowego. Właśnie fistaszki miały wiele do powiedzenia w orzechowości. Łagodnie prażone i naturalnie słodkawe.

Dzięki orzechom wemknęła się gorzkość. Lekko wzrosła w harmonii z intensywną słodyczą wanilii.

W tle w tym czasie w dodatku zaznaczył się kwasek chyba grejpfruta, co dodatkowo trochę słodycz przełamało.

Słodycz ogólnie rosła znacząco, choć taka wysoka nie była. Dosadna, mocarna z wydźwięku owszem, ale nie zdominowała kompozycji. Wanilia zrobiła trochę miejsca palonego karmelowi (który zajął miejsce krówkowej nutki), za czym optowała paloność. Ta dopiero się rozkręcała.

Słodycz zasugerowała kwaskowi w tle bardzo ciemne, niemal czarne winogrona granatowe. Odciągały uwagę od grejpfruta, jako że były bardziej podporządkowane słodyczy. Nagle bardzo wyraźnie poczułam dżem winogronowy i do głowy przyszło mi połączenie kremu fistaszkowego z galaretką "jelly" z ciemnych winogron (PB&jelly).

Do orzeszków ziemnych dołączyły drzewa, a tuż za nimi bardziej palony motyw. Zasugerował części drzewom wydźwięk palonego drewna, a także otworzył drogę wypiekom.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wanilia zmieniła się w waniliowe maślane bułeczki i waniliową, na pewno jasną i puszystą babkę. Maślaność zaczęła przybierać na znaczeniu, stając na drodze gorzkości i krzyżując jej plany przejęcia pierwszego planu. Na szczęście załagodziła też trochę słodycz. Karmel zrobił się łagodniejszy, choć wciąż palony, bardziej maślany.

Jedna z babek okazała się cytrynowa. Specyficzny motyw cytrynowego wypieku podkręcił zatracający się w pewnym momencie akcent grejpfruta w tle. Jako jednak że ogólnie było słodko, okazało się że to słodszy grejpfrut o zielonej skórce i żółtym miąższu, sweetie. Cytryna też trzymała się słodkiego wydźwięku. Z czasem cytrusy traciły na jednoznaczności, a ich kwasek rozmywał się.

W tym czasie w wypiekach nastąpiła kumulacja maślaności, po czym... nagle do słodyczy dołączyła rześkość, a słodkie bułeczki i babki zrobiły się lekko nasączone wodą różaną. Słodycz nagle dziwnie zaczęła zmierzać ku przesadzie - mimo że tak wiele elementów ją a to przełamywało, a to łagodziło.

Woda różana podpowiedziała rozpraszającym się cytrusom trochę kwasku... dżemu z czarnych porzeczek? Owoce przeszły bez większych zgrzytów właśnie w ten motyw. Motyw bardzo słodki, mimo kwasku i cierpkości.

Palony wątek bardzo się nasilił, mimo że maślaność starała się, by gorzkość nie była za silna. Drzewa do reszty zmieniły się w palone drewno, a orzechy gdzieś się zgubiły. Pewna jednak maślaność, kwasek w połączeniu z palonością zasugerowały wilgotny żytni chleb. Chleb, na który nałożono ogromną porcję soczyście-cierpkiego i bardzo słodkiego dżemu z czarnych porzeczek, słodzonego wanilią.

Po zjedzeniu został posmak mocno waniliowy oraz cytrusów w wydaniu "na słodko", a więc głównie babki cytrynowej. Czułam też lekką kwaskawą cierpkość, zmieszaną ze słodyczą, dżemu z czarnych porzeczek i dużo, bardzo dużo spalonego drewna, ale też drzew żywszych; drzew po prostu.

Czekolada była smaczna, ale żałuję, że aż tak waniliowa. Jej słodycz była intensywna, ale średnio wysoka, nie przesadzona, więc tu bardziej problem miałam z tym, jak wanilia rozpychała się wśród nut samego kakao. Fistaszki, drzewa i drewno, na koniec trochę żytniego chleba wyszły smacznie i spójnie, mimo że wszystkiego trzymało się bardzo mocne palenie. Nic z tego nie nakręciło jednak silnej gorzkości, bo było też sporo masła. Szkoda. A jednak maślaność w połączeniu z wanilią przełożyła się na wizję bułeczek i babek, więc też nie było źle. Waniliowe wypieki i babka cytrynowa współgrały z cytrusami w wydaniu na słodko, podobnie jak czarno porzeczkowy dżem z chlebem na koniec. Nudno nie było, a wadom i tak udało się przeobrazić w coś przyjemnego, więc "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło".


ocena: 8/10
kupiłam: iHerb
cena: 22,13 zł (za 80g)
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, nierafinowany pełny cukier trzcinowy, mielone ziarna wanilii

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Chapon Cacao Rare Philippines ciemna 75 % z Filipin

Filipiny jako kraj pochodzenia kakao, po tym, jak zjadłam kilka czekolad z takiego, przestał robić na mnie takie wielkie wrażenie jak na początku, gdy wydawał się tajemniczą ciekawostką. Smakowo tabliczki z filipinskiego kakao raczej nie mają w sobie tego czegoś, co podbija me serce. W kwestii dziś przedstawianej tabliczki miałam jednak przeczucie. Uwielbiam markę Chapon, to jedna z moich ulubionych, która nawet po zmianach na gorsze (z trzcinowego cukru przerzucili się na biały), wciąż zachwyca swymi czekoladami. Byłam więc pewna, że i Filipiny od nich będą smakową bombą. Do zrobienia swojej tabliczki wykorzystali kakao zakupione od kooperatywy Paquibato.

Chapon Cacao Rare Philippines to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao z Filipin, z wyspy Mindanao.

Po otwarciu poczułam owoce i budyń w zasadzie zlane w jedno. Towarzyszyło im sporo kwiatów. Od razu pomyślałam o egzotycznym, specyficznym smakującym "budyniowo" owocu cherimoya, ale zaraz też o przeciero-musie bananowym. Oprócz bananów odnotowałam naturalne, przez co czarne, słodko-duszne, a zarazem kwaskawe morele suszone. Budyń przedstawił się jako śmietankowy. Przechodził w jakąś kaszkę na mleku, chyba mannę, możliwe, że z owocami. Chyba kryło się w nich też coś owocowo kwaskawo-cierpkawego. Słodycz budowały także kwiaty: przede wszystkim rześki jaśmin. Z kolei trochę łagodnych, niemal maślanych orzechów i drzew pilnowało, by nie było za słodko. Wskazałabym nerkowce i makadamia. Plątała się przy nich szczypta cynamonu i kurkumy, a bardzo odlegle niewyraźne echo grzybów, ale raczej takie jak z kakaowych mousse'ów (które przynajmniej mi się tak czasem kojarzą).

Twarda, masywna tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno, właśnie zapewniając mnie o swej masywności, acz trochę głucho.
W ustach czekolada rozpływała się średnio powoli, kremowo i gęsto. Miękła, przeobrażając się w aksamitny budyń. Upuszczała trochę soczystości, ale wpisywała ją właśnie w gęsto-lepkawy budyń.

W smaku przywitały mnie bardzo słodkie, dojrzałe brzoskwinie, które choć w pierwszych sekundach zerkały ku kwaskowi, to po chwili mieszały się z przeciero-musem bananowym. Za sprawą połączenia z nim, owocowa słodycz rosła prężnie.

Do owoców dołączył motyw budyniu. Początkowo przyszedł mi do głowy budyń bananowo-śmietankowy, ale to było tak zgrane, tworzyło idealną jedność, że pomyślałam o owocu, który w zasadzie sam w sobie smakuje trochę budyniem: cherimoi. Poprzez nią i budyń, do kompozycji dołączyła śmietanka, mleczność.

Za słodyczą, owocami zaznaczyła się subtelna gorzkość i trochę pieczono-palonych, ale nie jednoznacznych orzechów. Na pewno łagodziły gorzkość. Przez moment wychwyciłam nerkowce, ale zaraz rozmyły się, mieszając z innymi. Mimo łagodzącego efektu, nie zatrzymały miarowego wzrostu słodyczy, ale trochę ją przekierowały w kwiatową stronę.

Kwiaty wyszły bardzo rześko. Czułam przede wszystkim łagodny, rześki i bardzo świeży jaśmin, ale też inne delikatne kwiaty. Może fiołki czy coś. Na pewien czas trochę przysłoniły orzechy.

W oddali raz po raz próbowała o sobie przypominać leciuteńko kwaskawa nutka owoców żółtych (żółto-pomarańczowych?).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa śmietankowo-mleczny wątek i orzechowa łagodność podszepnęła mi dosłownie "kaszkę na mleczku". Łagodną, słodkawą mannę, może jakiś deser budyniowy z manną.

Ten motyw kaszy jednak wraz z lekką gorzkością nagle porwał się na coś nieco wytrawniejszego, ciepłego. Odnotowałam cynamon, wsparty łagodną, ale wytrawną kurkumą. Może jeszcze z odrobinką jakiś przypraw?

Po nich słodycz spróbowała jakby stać się esencjonalną, ciężkawą. Pojawiły się suszone, trochę muliście-duszne naturalne morele o niemal czarnym, ciemnym kolorze. Skryła się w nich... cierpkość? I nagle wyraźnie przewinął się owocowy kwasek, faktycznie lekko cierpki. Pomyślałam o słodkiej pomarańczy z motywem skórki (jako słodki sos?), a z czasem też o suszonej miechunce.

Przyprawy szły w jeszcze wytrawniejszym kierunku... Drzewno-leśnym? Czyżbym poczuła grzyby?

I nagle kwaskawo-cierpkie owoce jednak zatonęły w słodyczy bananowego budyniu śmietankowego, a wytrawność zaniehała ekspansji.

Ukrywające się wcześniej, lekko tylko pobrzmiewające orzechy nieco się nasiliły. Najpierw przekierowała budyń na budynio-kaszkę w wariancie nugatowym, potem po prostu stały się trochę mlecznym nugatem z łagodnych orzechów, może nerkowców i makadamia. Pewne ciepło, może też jakieś powidoki wytrawności, przywołały luźną myśl o pieczonych kasztanach.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkich owoców: bananów i suszonych moreli, wchodzących trochę w motyw śmietankowego budyniu. Otulały je też białe kwiaty, starając się przysłonić odrobinkę kwasku (moreli? pomarańczy?). Obok stanął delikatny, też jakby wręcz mleczny, maślany nugat z łagodnych orzechów, ale z echem wytrawniejszym - pieczonych kasztanów i grzybów?

Czekolada bardzo mi smakowała, lecz wyszła nieco za łagodnie, za słodko. Do takich śmietankowo-budyniowych nut, kaszki i nugatu oraz kwiatów widziałabym więcej kakao i cukier trzcinowy. Może wydobył by wytrawniejsze drzewa, pieczone kasztany i przyprawy, które tu stanowiły tylko drobniutki dodatek. Motyw "budyniowego owocu", przecieru bananowego i bananowego budyniu, trochę suszonych moreli i kwaskawej pomarańczy z miechunką w takim subtelnym wydaniu pasował. Silniejsze owoce mogłyby zaburzyć ten... milutki klimat. Bo właśnie taki był: milutki. I poniekąd to właśnie w tym tkwił urok tej czekolady. Doceniam, ale nie oddaję serca. Długo zastanawiałam się i chciałam wystawić jej raczej 8, ale w końcu uznałam, że należy jej się 9 ze względu na niespotykanie jednoznacznie budyniowy smak.

Wyszła niby zupełnie inaczej niż Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario/Criollo Filipiny Kablon Farms, ale jednak z motywami wspólnymi. Deser sticky mango rice z podlinkowanej i budyniowo-owocowe nuty dzisiejszej, banany i miechunka, wytrawne zapędy - to wszystko łatwo powiązać. Acz podlinkowana poszła w tym kierunku wytrawniejszym, przyprawionym, w momencie gdy Chapon jedynie ku niemu zerkała.


ocena: 9/10
cena: € 9,95 (za 75g; około 43 zł)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

wtorek, 25 sierpnia 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario/Criollo Filipiny Kablon Farms ciemna z Filipin

Sopocka Manufaktura o chyba pierwsza marka lepszych, tych degustacyjnych czekolad, której więcej niż czystych ciemnych tabliczek, zjadłam tych z dodatkami. Po prostu gdy składałam pierwsze zamówienie, w ofercie czysta była tylko jedna, a te dodatkami nie były zaporowo drogie, więc uznałam, że będą świetne w góry. Okazały się na tyle dobre, że gdy marka wprowadziła nowości, od razu się zainteresowałam. Tym bardziej, że miały przyjemnie wysoką zawartość kakao o nieczęsto spotykanym pochodzeniu, a cukier zmieniono z białego na trzcinowy (do czekolad ciemnych najlepszy!)... Już, już się ucieszyłam, aż się okazało, że na stronie wkradł się błąd. Jednak nadal używają cukru białego, nie trzcinowego. Dziś przedstawianą zrobiono z ziaren z rodzinnej plantacji Kablon Farms z Filipin, a opis obiecywał egzotyczna głębię i zrównoważoną dzikość. Ziarna fermentowały i suszyły się tam, na miejscu.
To pierwsza czekolada z kakao z Filipin tej polskiej marki z Sopotu.

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario/Criollo Filipiny Kablon Farms to ciemna czekolada o zawartości 85% kakao trinitario i Criollo z Filipin, z wyspy Mindanao.

Po otwarciu rozbrzmiał zapach egzotycznych, tropikalnych owoców i ziół. Owoce odpowiadały za słodycz, ale też cierpkości im nie brak. Obok bardzo słodkich bananów i śmietankowo-ryżowego deseru z mango ("sticky rice pudding") znalazły się cierpkie raczej suszone miechunki oraz cytrusy, a harmonię między nimi zapewniał... karmel yuzu-cytrynowy? Odrobinka lukru cytrynowego? Tuż przy nich prezentowały się zioła i przyprawy, w tym głównie niemal wytrawny tymianek. Za przyprawami przewijał się cierpkawy dym, a jeszcze dalej doszukałam się pieczonego - lekko orzechowego? - akcentu. Z tym wiązał się ledwo uchwytny, maślany karmel... Pomyślałam o leciutko podpieczonym spodzie do ciasta, może ciastowej tarty oraz o maślanych bułeczkach drożdżowych.

Tabliczka o bardzo kremowym wyglądzie przy łamaniu okazała się średnio twarda, lecz głośno trzaskająca. Dźwięk obiecywał gęstość i konkret.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, od początku zapewniając mnie o swej masywności. Była średnio kremowa, lekko pylista i coraz bardziej, choć nigdy jakoś szczególnie mocno, soczysta. Chwilami chyliła się ku zawiesinie, ale gęstej i lepkiej, ze względu na którą to lepkość kształt trzymała niemal do końca. Trochę oleista tłustość narastała, ale przełamała ją wręcz szorstkość, przewijająca się epizodycznie.

W smaku pierwszą poczułam słodycz tropikalnych żółtych owoców. Choć nie była wysoka, ze względu na odosobnienie, okazała się bardzo istotna. Przede wszystkim czułam banany, po chwili mieszające się w niemal równych proporcjach z mango... musem z mango prosto z deseru zrobionego z kleistego ryżu "sticky mango rice".

Za tym wszystkim zaznaczyła się cierpkość... goryczkowatego dymu?

Deser trochę ryżowy, trochę mleczny, nagle wydał mi się wręcz maślany (jakby zamiast na mleczku zrobić go na maśle). Maślaność ta kontynuowała słodycz, sugerując też mocno maślany, łagodnie palony karmel.

W tle przemknęła znów cierpka sugestia. Tym razem jednak bardziej owocowa, trochę jakby... czerwone porzeczki i coś bardziej cytrusowego? Miechunka? Zaraz mi umknęły, nim zdążyłam je dookreślić.

Słodycz w tym czasie zmieniła wydźwięk. Wciąż nie była wysoka, ale zdążyła już trochę wzrosnąć i rosła nadal. Maślany karmel wyszedł dość... ciastowo? Pomyślałam o tarcie na jasnym, lekko wypieczonym spodzie. Tarcie karmelowej? I o maślanych drożdżowych bułeczkach, na które to zaskoczył motyw owoców. Niczym puszysta bułeczka, na którą nałożone owocową, kwaskawą masę "curd" z cytrusowo-egzotycznych owoców.

Paloność rosła z lekkim opóźnieniem, po paru chwilach wydobyła gorzkość. Ta zaczęła rosnąć bez ociągania, częściowo odwracając uwagę od słodyczy i od owoców. Pomyślałam o niemal cierpkawym dymie, który po chwili opadł, odsłaniając przyprawy i zioła.

Zioła niosły ze sobą cierpkość i wytrawność. Dowodził w nich tymianek. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zioła prawie zdominowały kompozycję. Po debiucie jednak przywołały do siebie bardziej pikantnawo-słodki wątek. Oto zioła osłodził cynamon i zrobiło się bardziej ziołowo-korzennie (nie czysto ziołowo).

W tej ogólnej cierpkości miejsce znalazły i soczyste, cierpkawe właśnie owoce. Cytrusowe, ale nie tylko. Aż trudne do uchwycenia.

Cynamon, wraz ze specyficznym ciepłem, przywrócił nutę wypieku. Przemknęła mi przez głowę myśl o pieczonych orzechach, tarcie z orzechami i karmelem, ale nic z tego nie zatrzymało się na dłużej. W pewnym momencie wyobraziłam sobie tartę na bardziej biszkoptowym spodzie.

Tartę cytrusową! Wróciły owoce, tym raczej bardziej kwaśno-cierpkie. Znowu zaznaczyły się czerwone porzeczki, ale jakby wymieszane z egzotyką i cierpkimi cytrusami. Może specyficznym, złożonym w smaku yuzu? Z czasem przeszły w suszoną miechunkę o nawet lekko wytrawniejszych skłonnościach, ale i obecnej słodyczy.

Choć wzrost słodyczy stopowały różne elementy, udało jej się znowu trochę podskoczyć, a wszystko za nią działo się dosłownie w ułamku sekundy. Pomyślałam o dziwnym, wytrawniejszym karmelu, jakby zrobionego z miso (pastą z fermentowanej soi, ryżem)? A po chwili o karmelu egzotycznie kwaskawym, karmelu z cytrusem yuzu, przechodzącego w wizję tarty mango-miechunkowej a'la ten sticky rice.

Korzenny, trochę ziołowy motyw przemieszał się z tartą, jakby tę owocową słodycz próbowano przyprawić w nieoczywisty sposób, właśnie tymiankiem i cynamonem. Hamowały też egzotykę, uproszczając ją do cierpkawego kwasku cytrusów. A w zestawieniu do cierpko-kwaśnego wątku, nagle tło wydało mi się mocno maślane... niczym słodka maślana bułeczka porządnie posmarowana masłem.

Po zjedzeniu został posmak cierpkiej mieszaniny miechunek i cytrusów oraz cynamonowej tarty, której trochę tymianku i dym dołożyły niemal wytrawne echo. Karmelu z pastą miso? Mimo że ogólnie wciąż wydawała się lekko biszkoptowa. Do tego w głowie siedział mi maślany karmel i bardziej maślana wersja deseru "sticky mango rice".

Czekolada była bardzo wyważona: choć niewątpliwie słodka, to słodka w adekwatny do tej gorzkości sposób. Słodycz i gorzkość uzupełniały się i przeplatały. Trochę kwasku i cierpkości także się dopasowało. Banany, przechodzące w mango, miechunka i porzeczka, cytrusy ogólnie stanowiły tu tylko dodatek, kompozycja nie była bardzo owocowa. Więcej odegrał motyw pieczony, który połączył dym i orzechy z tartowo-wypiekowym wątkiem. Wytrawność przechodząca w karmel z miso i karmel z yuzu niesamowicie intrygująca. Wszystko to bardzo ciekawie urozmaiciły zioła z tymiankiem na czele oraz cynamon. Choć długo byłam przekonana, że wystawię 8, to jednak te wszystkie naprawdę niecodzienne nuty przeważyły o ocenie, że jednak 9. Czułam, jakby to, co mi nie grało w Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo, w tej zwyczajnie nie wystąpiło. Jej karmelowe nuty sugerowały cukier trzcinowy, ale przecież nadal dodają biały... Ach, ile jest w stanie zdziałać wyższa zawartość kakao!

Egzotyka, kwasek cytryny i przyprawy, a także specyficzne wątki maślano-orzechowo-słodowe z Dzika Czekolada Philippines - Regalo 80 % kojarzyły mi się trochę z wydźwięku i klimatu z dziś prezentowaną.
Chapon ogólnie w zasadzie też jako tako kojarzyła się pod pewnymi względami, jednak w smaku podobne nie były. Też przez zupełnie inną zawartość kakao - wszak Chapon poszła w słodszym kierunku, zrozumiałym dla jej 70%.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 65g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa

sobota, 22 sierpnia 2026

(Chocolarder) Kindred Forest Bolivian 75 % Wild Beniano Cacao ciemna z Boliwii

Nie myślałam, że tak szybko wezmę się za tę czekoladę, ale przysłano mi ją z absurdalnie krótką datą, mimo że składając zamówienie poprosiłam o sprawdzenie dat i w razie czego kontakt, czy wysyłać. Zapewniono mnie, że z magazynów wszystko rusza świeże. Mimo że poprosiłam o staranne zapakowanie, otrzymałam kilka czekolad luźno wrzuconych do wielkiego pudla. Czyli podejście do klienta i realizacja zamówień nic się nie zmieniał i z Cocoa Runners nadal nie warto zamawiać. Szkoda, bo mają sporo ciekawych marek w ofercie. Londyńska Kindred Forest wydała mi się właśnie ciekawa, bo po prostu zupełnie mi nieznana. Została założona w 2022 roku przez Bena Nicksona i Katyę Gorską i ponoć jest czymś więcej, niż tylko marką: małą społecznością, którą łączy wizja zachowania bioróżnorodności i kultury lasów deszczowych. Nic dziwnego, skoro przygodę z kakao zaczęli od wielu podróży po właśnie lasach deszczowych Ameryki Łacińskiej i Azji. I, czytając o tym wszystkim na ich stronie, nagle trafiłam na niespodziankę: Kindred nie są twórcami czekolady! Oni współpracują z czekoladnikami i różnymi markami, zajmując się sprawami bardziej organizacyjnymi, czyli współpracują też ze społecznościami, aby stworzyć przejrzysty łańcuch dostaw, gwarantujący etyczne pozyskiwanie najwyższej jakości surowców, wspierając zarówno naturę, jak i kulturę. To mnie trochę rozczarowało, bo liczyłam na zapoznanie się z nową marka twórców czekolad. No cóż... W przypadku dziś prezentowanej tabliczki produkcją zajęło się Chocolarder, co z kolei okazało się niezłym pocieszeniem, bo ich 2 czekolady, które jadłam, były smaczne. I, co ciekawe, na swojej stronie Chocolarder pod swoim logo nie ma żadnej tabliczki z Boliwii. A kakao z tego kraju bardzo lubię. Dziś przedstawianą czekoladę zrobiono z ziaren z prowincji Beni, gdzie kakaowce rosną na wzniesieniach, które w porze deszczowej stają się wysepkami, na które można wtedy dostać się tylko łodzią. Ciekawie - choć przejadłam wiele czekolad z boliwijskiego kakao, pierwszy raz o tym przeczytałam. W dodatku, jak się okazało po rozłożeniu kartonika, trafiłam na specjalną edycję z grafiką z obrazem lokalnego twórcy - Waldo Urazayegua - z Urubicha, wioski w boliwijskiej Amazonii.

(Chocolarder) Kindred Forest Bolivian 75% Wild Beniano Cacao to ciemna czekolada o zawartości 75 % dzikiego kakao Beniano z Boliwii, z prowincji Beni; wyprodukowana przez Chocolarder dla Kindred Forest.

Po otwarciu poczułam harmonijny teoretycznie duet kawy i cytrusów. Praktycznie "duet" to ogromne uproszczenie, ponieważ na cytrusowy motyw złożyły się niezbyt kwaśne, raczej słodko-cierpkawe pomarańcze i pomelo, a kawa wystąpiła pod postacią średnio mocno palonych ziaren oraz ewidentnie mlecznej kawy zaparzonej. Do głowy przyszły mi jeszcze orzechy laskowe w czekoladzie i wytrawny krem laskowo orzechowo-kakaowo-kawowy. W nich plątał się motyw jakby prostej słodyczy. O harmonię i szlachetny wydźwięk dbała wyraźna, choć o łagodnym charakterze, jakby trochę wycofana słodycz kremu 100% z orzechów nerkowca i mglistej nutki jasnego ciasta orzechowo-biszkoptowego z kruszonką.

Bardzo twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała krucho i głośno, trochę kojarząc się ze skałą. Mimo tego, że w dotyku była kremowo-tłusta, przekrój wygląda na ziarnisty. 
W ustach czekolada szybko zaczęła opływać jakby smarem, ogólnie rozpływając się w średnim tempie, a pod koniec przyspieszając znacząco. Robiła to bardzo ochoczo i trochę wodniście, mimo że bazowo zmieniała się w gęstą grudkę kremu. Kremowość była niezaprzeczalna, mimo wodnistości i pyliście-szorstkiego efektu. Tłustość za ich sprawą stanęła na średnio-wysokim poziomie. Na koniec, już po zniknięciu kawałka, tonowało ją szorstkawo-pyliste, wręcz suchawe wrażenie.

W smaku pierwsza rozeszła się słodycz. Odważniej rozbrzmiały słodkości z pogranicza amerykańskich "fudge" z mleka skondensowanego a polskich krówek, ale o nieco zredukowanej słodyczy.

Za nimi zaznaczyła się jakby owocowa rześkość. Niezupełnie po prostu owoce... Przez myśl przemknęły mi niemal nieuchwytne świeże figi i fioletowe winogrona, po czym, schowały się.

Szybko i mocno nasilała się słodycz krówkowa, ale w ramach wizji krówek podanych do kawy.

Odezwała się bowiem też gorzkość kawy właśnie. Początkowo subtelna, jako słodzona kawa z mlekiem. Zupełnie, jakby otrzymać taką z krówkami i kawałkiem ciasta i zacząć od raczenia się słodkościami. Słodycz rosła ostrożnie, ale dość dynamicznie zmieniała wydźwięk. Porzuciła krówki na rzecz jasnego bardzo wilgotnego biszkoptowego ciasta - może z maślanką? - z kruszonką.

Obok nasilała się gorzkość. Aromat zaparzonej kawy dopiero podbijał kompozycję. Nasilał się motyw palonych ziaren kawy. Takich palonych średnio mocno, w pewnym sensie... soczystych? Nie była to jednak czysta, silna gorzkość. Po głowie kręcił mi się też orzechowy krem kakaowo-kawowy - wytrawny, szlachetny, ale niezaprzeczalnie słodki oraz orzechy laskowe w ciemnej czekoladzie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zza kawy, z nieco mlecznego wątku, wyłoniły się orzechy nerkowca. Zupełnie zasłoniły krówkowy motyw. Ciasto, biszkopt jakoś tam starał się pobrzmiewać, więc przystały na biszkopt mocno orzechowy. Ale raczej z orzechów laskowych. Wystąpił on jako dodatek do orzechów nerkowca, które w sferze orzechowej dominowały, prezentując się jako pasta orzechowa 100%.

Orzechy zatrzymały wzrost słodyczy tak, że zatrzymała się na średnim poziomie, po czym zaczęły też nieco łagodzić kawę.

Przy tym złagodzeniu odnotowałam lekkie przebłyski owoców... cytrusów? Jakby walczących o trochę goryczki. Pomyślałam o słodko-cierpkich pomarańczach i pomelo, ale naprawdę trudno uchwytnych.

Owoce jednak też ani za mocno nie rozbrzmiały, ani za długo się nie utrzymały. Przeszły raczej w pewną rześkość, świeżość. Znowu pomyślałam o fioletowych winogronach, mieszających się z kwiatowym echem. Lekko pikantnawym? Może jednak tamto "coffee cake", ciasto biszkoptowe z kruszonką, było z odrobinką cynamonu?

I co słodsze, co delikatniejsze końcowo zatonęło w średnio mocnej, ale poważnej i wytrawnej gorzkiej nucie palonej. Należącej do ziaren kawy? Wciąż trzymającej się motywu ciasta i kremu?

Po zjedzeniu został posmak palonych ziaren kawy, wpisanej w słodką ciastowość, co przywodziło na myśl biszkoptowe, wilgotne jasne ciasto z ziarnami kawy i kruszonką. Możliwe, że ciasto z nerkowcami, bo i one, jako orzechowy, słodko-maślany akcent, zaznaczyły się. Czułam też rześkość świeżych fig, winogron i kwiatów, ale bardzo leciutką oraz cierpkość cytrusów.

Czekolada była smaczna, choć nie jakoś wybitnie porywająca. Bardzo żałuję, że rozpływała się tak szybko i nazbyt wodniście. Smakowi za to mam niewiele do zarzucenia: słodycz chwilami za bardzo uderzała i pobrzmiewała mi w niej taka... prostota, brak głębi. Ale tylko czasami. Słodycz, choć ogólnie średnia, sporo miała do powiedzenia. A jednak wizja biszkoptu z kruszonką, biszkoptu orzechowego, kremu orzechowego kakaowo-kawowego, słodzonej kawy z mlekiem, które to otaczały gorzkość palonych ziaren kawy, sporo orzechów nerkowca i akcenty rześkich fig i fioletowych winogron czy potem pomarańczy i pomelo ogólnie robiła dobre, przyjemne wrażenie, nie mogę powiedzieć. Wszystko to było bardzo harmonijne, spokojne. Właśnie "przyjemne" to słowo idealne.


ocena: 8/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £9.95 (49 zł za 70g)
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier