Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: ryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: ryż. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 września 2025

Zotter Kürbis-Karamell und Erdbeeren / Pumpkin Caramel and Strawberries mleczna 60 % z solonym karmelem z białej czekolady i miso, kremem truskawkowym i nugatem dyniowym z wafelkami

Gdy zobaczyłam tę czekoladę wśród nowości i przeczytałam jej opis, od razu wydała mi się bardzo nie w moim typie, bo zbyt namieszana. Czułam, że pewnie wyjdzie z tego śmietnik wszystkiego, co dało się do niej wsadzić. Jakoś z niechęcią zostawiłam ją na koniec. Była, bo dostałam - sama na pewno bym jej nie kupiła. A może... Miałam bardzo się zdziwić? 


Zotter Kürbis-Karamell und Erdbeeren / Pumpkin Caramel and Strawberries to mleczna czekolada o zawartości 60% kakao nadziewana solonym maślanym karmelem na bazie białej czekolady i pasty miso (z fermentowanego ryżu), truskawkowym kremem na bazie truskawek i truskawkowej białej czekolady oraz praliną / nugatem z pestek dyni i białej czekolady z chrupiącymi wafelkami.

Po otwarciu poczułam bardzo, bardzo intensywny, słono-słodki zapach palonego karmelu opierającego się na maśle i mieszającego się z palono-drzewnymi nutami gorzkawej czekolady i nieprzesłodzonego nugatu. Jakby tabliczki nie wąchać, poważne, ciężkawe nuty przełamywały pudrowo słodkie i lekko kwaskawe truskawki. Gdy wąchałam wierzch, bardzo wyraźnie czułam solone masło i palony karmel. Doszukałam się też echa białej czekolady. Spód tabliczki pachniał wytrawniej w spokojniejszy sposób - czuć w nim prażone pestki dyni i jakby drobną sugestię migdałów. a w tle pobrzmiewało coś mięsnego. Orientalnie-mięsnego? W tym biało czekoladowa nuta zatracała się niemal zupełnie.
Po przełamaniu w karmelowym motywie doszukałam się wręcz alkoholowych sugestii.
To bardzo złożona, wytrawnie soczyście-mięsna, słona i maślana kompozycja z niemal uroczymi akcentami truskawek i białej czekolady, co wyszło jak dla mnie trochę odpychająco kontrastowo.

Tabliczka mimo że konkretna, wydała mi się delikatna. Nie trzaskała. W dotyku zwłaszcza na spodzie czuć tłustość. Przy łamaniu wykazywała twardość, ale nie po całości. Na pewno twarda była gruba czekolada na wierzchu. Nugat odznaczał się konkretem, lecz warstwa truskawkowa była już delikatniejsza i plastycznie-miękka, a karmel w ogóle miękki i lekko ciągnący. W nim doszukałam się czarnych kropeczek, za to zielony nugat wydawał się gładki (tak naprawdę kryło się w nim mnóstwo niewidocznych wafelków), a jedynie pewną kruchością i trzeszczeniem przy oddzielaniu kawałka zdradzał, że coś w nim siedzi. 
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Była gęsta i kremowo tłusta, dość mazista. Nadzienia rozpływały się z nią spójnie, wszystko miękło i mieszało się, stając się luźno-rzadkawą, tłustą zawiesiną, a wtedy sporadycznie wybijały się kawałki wafli, zaznaczające się na języku. 
Karmel ochoczo wyciskał się spod czekolady i częściowo rozłaził, a częściowo jakby starał się pewną zwartość zachować. Był lepki i wilgotny, plastyczny tak, że można z niego zrobić kulkę. Wyszedł dość tłusto, ale to w całości nie przeszkadzało. Z karmelu wyłaniały się jakieś miękkie czarne drobinki oraz przezroczystawo-żółte kulki o strukturze jakby twardo-surowego, trochę żelowo-gumowego ryżu. Po długim czasie trochę to miękło i częściowo się rozpuszczało. Kleiły się lekko do zębów.
Krem truskawkowy także wpisał się w miękkość. Był jakby lekko owocowo-żelowo zagęszczony, ale wciąż kremowy w białoczekoladowy sposób i minimalnie soczysty.
Z kolei nugat dyniowy wykazywał chwilowo twardość i konkret. Rozpływał się najbardziej spójnie z czekoladą, dając się poznać jako niezbyt gładki od wafelków (gdyby nie one, chyba byłby idealnie gładki), tłusty w sposób masywnie orzechowo-maślany, a zarazem oleisty. Rozpuszczał się trochę wodniście. Z niego wyłaniał się ogrom mikroskopijnych kawałków wafelków, nadających całości chrzęstu.
Wafelki były bardzo chrupiące. Trochę pogryzłam wcześniej, obok rozpływającej się reszty - wtedy wafelki kojarzyły mi się z trzeszczącymi kryształkami cukru. Gdy zostawiałam wafelki na koniec, wciąż były chrupiące. Wykazywały kruchość, mimo że łatwo nasiąkały i koniec końców niektóre miękły. Były delikatne, a jednak tak najeżyły nugat, że chwilami podczas jedzenia aż drapały podniebienie i język.

W smaku czekolada przywitała mnie średnio wysoką słodyczą o palonym charakterze, mieszającym się z subtelną, również paloną gorzkością, oraz mlekiem. Czekolada wydała mi się lekko drzewna, sama w sobie migdałowo-orzechowa. Mleczność, gdy nadzienia się odezwały, schowała się prawie zupełnie (wyraźnie czuć ją głównie w pierwszej sekundzie czy dwóch i przy spróbowaniu osobno).

Środek bombardował całym mnóstwem smaków, jako że warstwy odzywały się równocześnie i ścigały ze sobą. Nagle uderzyła wysoka słoność i słodycz karmelu, a także niedookreślona wytrawność, a tuż za nimi owocowa soczystość (lekkość?).

Dopiero po chwili udało się temu wszystkiemu nabrać klarowności.

Najłatwiej zwrócić uwagę na intensywny karmel, palony aż do goryczki i od soli wręcz kwaskawy. Słoność pojawiała się w nim falami, ale nawet gdy się oddalała, jej echo zostawało. Czułam tam też masło i wytrawność pasty miso. Ta wpisywała się w słoność - ba, z czasem ewidentnie czułam słonawe, orientalne miso. Kiedy mieszało się z bardzo słodkim, palonym karmelem, wyszło wręcz obrzydliwawo. Do tego epizodycznie dolatywał mięsny motyw... Mięsna soczystość?
Spróbowany osobno karmel smakował niczym solone masło wymieszane z nutką zupy miso, alkoholu i palonego karmelu. Był bardzo słony i słodki w ciężki sposób jak jakaś orientalna marynata, ale nie kojarzył się z mięsem. Jego goryczka wydała mi się wytrawna, nie karmelowa. W kompozycji przypisałam ją karmelowości, a ogólnie wydawał się niby trochę bardziej ugodowy (nie tak jaskrawo słony i intensywny), a mieszając się z nugatem z dyni, bardziej mięsno-wytrawny.

Zaraz po karmelu zaznaczyły swoją obecność truskawki, jednak to nugat łatwiej się eksponował. Po paru chwilach karmel oddawał im pole do popisu.

To wyszło spójnie z nugatem dyniowym. Rozchodził się spokojnie i konsekwentnie. Niby nie starał się dominować, ale miał tak specyficzny charakter, że i tak dobrze go czuć. Wyróżniał się pewną... nijakością? Drastycznie podniósł słodycz, podkręcając słodycz karmelu, ale też wplótł jakby wytrawniejszy, roślinny motyw. Czułam w nim delikatne prażone pestki dyni, ale i pewną mdłość. Chętnie łączyły się z solą z karmelu. Słodycz nugatu zdradzała nutę białej czekolady, jednak przy całej reszcie nie było tak oczywiste, że to z nugatu wypływa.
Na słodki nugat zwracały uwagę powoli wyłaniające się wafelki. W całości udawały mieszankę kryształków cukru z wafelkami.
Gdy spróbowałam trochę nugatu osobno, odkryłam w nim oleistość. Nie był słony, a bardzo słodki - ewidentnie mocno białoczekoladowy. Biała czekolada wychodziła w nim niemal przed dynię. Nawet spróbowany osobno nie był intensywnie dyniowy. A kiedy wyłaniały się wafelki, plątała się w nich odrobina słoności. 

Truskawkowa część smakowo stała w zasadzie obok nugatu. To, jak mocno było wyczuwalna, bardzo się różniło od miejsca, z którego gryzłam, bo z jednej strony truskawkowa warstwa była cieniutka, z drugiej gruba (zdecydowanie wolałam opcję bardziej truskawkową).
Pod kwasek słonego karmelu podpięły się truskawki. To, że to konkretnie one, na jaw wychodziło po krótkim czasie, nie od razu. Tchnęły w kompozycję owocową lekkość, ratowały od ciężkości. Wydawały się zaskakująco świeże, a jednak wpisywały się też trochę w motyw białej czekolady ze względu na słodką pudrowość. Jakby uczepiły się białoczekoladowego wątku nugatu. Kwasek owocowy epizodycznie wydawał się zaskakująco wysoki. Wtedy było prawie smacznie. Często jednak kwaśność truskawek wychodziła onieśmielona złudnie kwaskawym od soli karmelem.
Warstwa truskawkowa spróbowana osobno okazała się bardzo wyważona pod względem słodyczy i kwaśności. Jej słodycz była mocno pudrowa, jak się okazało, minimalnie biało czekoladowa i trochę świeżo truskawkowa. Kwaśność była z nią integralna, głównie truskawkowa, ale rzeczywiście trochę podkręcona cytryną.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wszystko się mieszało w dziwnie słono-słodką, kwaskawą kompozycję. Zupełnie jak jakieś dania orientalne "5 smaków". Słodycz trochę drapała - skumulowała się biała czekolada, która próbowała wejść na pierwszy plan i karmelowość, pudrowość, a jednocześnie jakoś nagle mało karmelowy karmel i nugat grały na wytrawność. Słoność podkręcała jedno i drugie. Podbiła też owocowość, która kompletnie nie pasowała. Dynia trochę się zatracała, zostawiając oleistość.

Jako że z warstw karmel rozpuszczał się najwolniej, przeważnie zostawał na koniec. Na przód znów wysuwał słoność i mieszankę miso, masła oraz wręcz słonej kwaśności. Kompletnie zagłuszył co łagodniejsze akcenty reszty.

Wafelki im bardziej się wyłaniały z nugatu, tym mocniej było czuć właśnie wafelkowość - nie musiałam ich gryźć, by uświadczyć pszenny, łagodny motyw. Starały się stonować intensywność reszty, ale koniec końców to i tak one przegrywały. Gryzione wcześniej udawały kryształki cukru, bo warstwy kompletnie zagłuszały ten ich lekko wypieczony smak.

Wafelki gryzione na koniec wyszły prawie neutralnie pszennie.
Z kolei czarne drobinki i większe, przezroczyście-żółtawe kulki z karmelu były dziwnie wytrawnie-żadne - to fragmenty pasty miso? Żółte pobrzmiewały mdłym ryżem. Gdy wszystko to gryzłam, wyszło waflowo-ryżowo neutralnie.

Po zjedzeniu został posmak wytrawny i niejednoznaczny, trochę ryżowy (ale nie założyłabym się, że czułam ryż); na pewno też słono-słodkiego, palonego i maślanego karmelu, przechodzącego w nutę orientalnej marynaty i zestawionego z wytrawnym, roślinnie-pestkowym motywem dyni. Ledwo wyłaniała się z tego wszystkiego. Truskawki zaznaczyły się jako pudrowy akcent owocowej białej czekolady.

Czekolada wyszła z jednej strony może i ciekawie, ale z drugiej, w moim odczuciu, zbyt chaotycznie. Chociaż... gdy próbowałam warstwy osobno, odebrałam je jako po prostu niesmaczne. W połączeniu już przynajmniej były ciekawe i nie niesmaczne. To kompozycja "5 smaków" i wytrawna, i słona, i słodka, a jednocześnie daleka od słodyczy, słodkości. To mi nie pasowało. Słony karmel, miso, wręcz mięsne motywy i masło, mieszające się z neutralnie-oleistym dyniowym nugatem, z którego dynia chwilami aż się zatracała - wszystko to było wytrawne, a jednocześnie w kompozycji sporo białoczekoladowej słodyczy i karmelu, pudrowych truskawek - te kontrasty, wzajemne przełamywanie się i przechodzenie smaków chwilami wyszło wręcz obrzydliwawo jak taki śmietnik smaków. W pewnym momencie już trudno to wszystko połapać i zostaje się ze smakiem dziwnym w niepozytywnym sensie. Ta kompozycja bardzo łatwo przytłacza.

Po 15 gramach miałam już dość tej jej dziwności i ataku intensywnymi, słono-wytrawnymi motywami, na które nadciągała biało czekoladowość i oddałam resztę Mamie.
Mama po zjedzeniu stwierdziła: "Cały czas się zastanawiam, czy mi ta czekolada smakuje, czy nie. Nic w niej nie czuję z tego, co jest, co ma być. Po prostu taka i słodka, i słona, i kwaśna trochę. No, trochę truskawkowa? Ten karmel niepotrzebnie taki... Słony i jakiś. Jakiś wytrawny? W ogóle tych smaków wszystkich nie umiem ponazywać, opisać. Jedyne, co mi w niej się podoba na pewno to struktura. Taka fajnie bardzo chrupiąca, trzeszcząca".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g - moja ważyła 79g; ja dostałam)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pestki dyni 9%, masło, śmietanka, pełne mleko w proszku, miso (ryż, soja, woda, sól), syrop cukru inwertowanego, chrupiące wafle 4% (mąka pszenna, cukier, masło, odtłuszczone mleko w proszku, ekstrakt słodu jęczmiennego w proszku, sól), liofilizowane truskawki 1%, odtłuszczone mleko w proszku, sól, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon

wtorek, 5 sierpnia 2025

Zotter Tangerine Tonka Caramel / Mandarine Tonka Karamell ciemna 70 % z mandarynkowym marcepanem i karmelowym kremem z ryżowej czekolady, kokosu i nugatu migdałowego z fasolą tonka i pieprzem oraz cienką warstwą ciemnej czekolady

Przy Zotter Cherry & Nut Waffle / Kirsch auf Nusswaffel trochę sobie ponarzekałam, że kwaśny krem owocowy nie pasuje mi do nugatu. Patrząc na dziś przedstawianą, zaczęłam się zastanawiać, czy wyjdzie podobnie nieprzyjemnie kontrastowo... czy może wręcz przeciwnie? Wszak mandarynki cechuje raczej słodycz. A czy one w ogóle pasują do karmelu? Miałam małe wątpliwości. Niemniej jednak Zotter Tangerine - Matcha - Coconut też połączyła mandarynkę z nieoczywistymi elementami i wyszła smacznie.


Zotter Tangerine Tonka Caramel / Mandarine Tonka Karamell to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana (28%) mandarynkowym marcepanem na bazie migdałów i mandarynek oraz (29%) wegańskim karmelowym kremem ("ganaszem") na bazie białej ryżowej czekolady, kokosa i praliny / nugatu migdałowego z fasolą / nasionami tonka i pieprzem Timut oraz cienką warstewką ciemnej czekolady (między warstwami).

Po otwarciu poczułam silny, szlachetnie słodki zapach wanilii i kwiatów, mieszających się z migdalowym nugatem i marcepanem. Kumulacja i dosadność tego miała wręcz perfumowy wydźwięk. Odnotowałam akcent pieprzu, który jeszcze podkreślił waniliowość, ciężkość marcerpanu i ogólną słodycz. Czułam też gorzkawo-paloną ciemną czekoladę przejawiającą chlebowe skłonności. Pod nie podpiął się marcepan. Był nieco wyraźniejszy, kiedy wąchałam wierzch. Z marcepanu dobiegała nie tylko ciężka słodycz, ale też łagodna soczystość cytrusów, w tym cytryny. Gdy wąchałam spód, wanilia dominowała, wraz z ciężką słodyczą marcepanu dyktując ogółowi czekoladkowo-bombonierkowy klimat. Po przełamaniu i w trakcie jedzenia ujawnił się też wegańsko karmelowy, również łagodny, słodki aspekt. Nasiliła się nugatowość.

Tabliczka była niby masywna przy łamaniu, przy którym słychać donośne chrupnięcio-trzaski grubej warstwy czekolady, ale nie całościowo twarda. Tylko czekolada była twarda.
Pod nią znalazły się dwie warstwy miękkich nadzień, przedzielonych średnio grubą warstewką ciemnej czekolady.
Górę stanowił wilgotny, plastyczny, ale jednocześnie zwarto-konkretny, grudkowaty marcepan mandarynkowy.
Na dole znalazł się tylko wyglądający na masywny, dość konkretny, ale realnie bardzo miękki i plastyczny krem karmelowo-nugatowy. Zaintrygowały mnie w nim plamki-kulki koloru białego - rozpuszczały się gładko wraz z resztą, a gdy jedną wyłuskałam, była tłusto-wodnista. Czyżby to... kawałki tej ryżowej kuwertury?
Przy robieniu kęsa czekolada chrupko trzaskała i wgniatała się w marcepan, a środek aż wilgotnie plaskał.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i maziście. Była gęsta i kremowa, powoli odslaniala masywne, ale łatwo mięknące nadzienia, bardzo z nią zgrane.
Karmelowy był niby zwarty, ale jednocześnie bardzo plastyczny i tłusto-miękki. Rozpływając się, przypominał masło ze znikomym oleiście-wodnistym motywem, które dopiero zaczynało ocieplać się. Podpinał się jakby trochę wymuszoną kremowością pod czekoladę.
Sporadycznie z kremu zostawały jakieś twarde, czarne drobinki.
Warstwa czekolady ze środka starała się zapewnić jak największą, kremową spójność.
Marcepan powoli wyciskał się spod innych warstw. Dodał całości trochę soczystości, jako że był bardzo soczyście-wilgotny. Czuć w nim typową drobną grudkowatość; mandarynki niespecjalnie ingerowały w jego strukturę. Rozpuszczał się wraz ze wszystkim w średnim tempie. Rzedł znacząco, a jego pojedyncze drobinki, zdradzające lekkie scukrzenie, czasem zostawały jeszcze, gdy wszystko inne się już rozpłynęło wraz z odrobiną proszku.
Czekolada z wierzchu i środka rozpływała się wraz z nadzieniami, zostając do końca.

W smaku czekolada przywitała mnie niską, palono-karmelową słodyczą, w harmonii mieszającą się z palono gorzkim, wręcz dymno-kawowym motywem. Karmelowosc słodyczy szybko podkreśliło wnętrze, a palonej nucie niemal chlebowy ton podszepnął marcepan. Czekolada była nieźle wyczuwalna cały czas - do momentu, gdy ujawniła się ta ze środka, a wtedy w ogóle była bardzo dobrze wyczuwalna.

Nadzienia dawały o sobie znać już po paru sekundach.

Marcepan łatwiej zwracał na siebie uwagę soczystością cytrusów - mandarynek, ale też cytryn, które mieszały się w dynamicznym splocie z ciężkawą nutą marcepanu migdałowego. Przez sekundę czy dwie wraz z gorzką czekoladą robił drobną aluzję do likieru kawowo-migdałowego, po czym na pewien czas trochę się wycofywał, pozwalając na debiut drugiej warstwie. 
Kiedy spróbowałam trochę marcepanu osobno, okazał się łączyć mandarynki właśnie z cytrynami, jednak nie był kwaśny, a jedynie soczysty i słodko marcepanowo-ciężkawy. Owoce stanowiły jedynie dodatek. W całości trochę podkreślał je na zasadzie kontrastu krem karmelowy.

Krem karmelowo-nugatowy rozchodził się wolniej, spokojniej, ale na pewno konsekwentnie. Podniósł słodycz całości. Wyraźnie czuć w nim nugatowość ewidentnie migdałową, wzbogaconą echem wiórków kokosowych. Mieszały się z mydlano-ryżowym, mdławym wątkiem, który pozwolił słodyczy wzrosnąć trochę przesadnie. Czuć sporo wanilii (pewnie podbitej tonka), której dosadność podkreśliła lekko ostrawo-ciężka nutka pieprzu. Czułam też maślany karmel, z kolei jakby nieco rozmyty wodniście-wegańskim, ryżowo-mdławym motywem. Słodycz rosła i rosła, ale nie była ogólnie przesadzona dzięki czekoladzie ciemnej i cytrusowej rześkości. Z czasem mdławy wątek określil się jako wegańska biała czekolada. Na szczęście kokos z czasem starał się to trochę sobą podkolorować, nadając karmelowi właśnie kokosowy wydźwięk.
Gdy spróbowałam trochę karmelowego kremu osobno, wydał mi się przesłodzony w waniliowo-perfumowy sposób i jednocześnie trochę zbyt wodniście-mdły.

Te jednak trochę przygłuszała ciemna, gorzko palona czekolada. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ciemna warstewka ze środka porządnie przypominała bowiem o ciemnej czekoladzie. Idealnie w czas! Słodycz zdradzała drapiące zapędy, a czekolada właśnie wtedy ją tonowała i wplotła lekko chlebowo-orzechową nutę, a także przełożyła się na myśl o naaromatyzowanej kawie. Drapiący aspekt przechwyciła lekka pikanteria.

Ta sprawiła, że marcepan znowu wskoczył na pierwszy plan. Wyprzedził słabnący krem karmelowo-nugatowy. Pod wpływem palono-słodkich nut reszty i odrobinki pieprzu oraz chlebowego echa czekolady, zaczął iść w kierunku migdałowo-cytrusowo-rodzynkowego piernika czekoladowego (bo i ciemna czekolada wciąż była wyraźnie wyczuwalna), po czym uprosił się, kończąc występ jako ciężkawy (co podbił pieprz) marcepan migdałowy jedynie z soczystym - trochę już cukierkowym? - echem. Ten smak kontynuowały pojedyncze pozostałe drobinki marcepanu.
Parę razy w ustach zostały też jakieś czarne drobinki, zdradzające znikomą ostrawość, ale w sumie o nieokreślonym smaku.

Po zjedzeniu został słodko-soczysty posmak mandarynek, ogólnie cytrusów i złudne rodzynkowy, mieszający się z ciężkim marcepanem i cierpko paloną czekolada. Czułam się też, jakbym zjadła jakaś czekoladowo-migdałowy piernik o karmelowej słodyczy z echem czegoś wegańskiego (obstawiałabym np. ciastowe batony jak od Legal Cakes.

Tabliczka wyszła całkiem ciekawie i smacznie, ale nie zachwycająco. Cytrusowy marcepan był ciekawy, jednak wolałabym, by był mocniej mandarynkowy, nie podkręcony cytryną. Krem karmelowy smakował trochę łagodnym karmelem, a jego słodycz szła w nieprzyjemnie perfumową stronę. Czuć w nim mydlaność ryżowej czekolady, co nie wyszło najlepiej. Na szczęście nugatowe migdały i kokos też miały sporo do powiedzenia. Dobra ciemna czekolada z wierzchu i środka oraz udany marcepan trochę kryły jego wady.
Choć nie wybitna, to zdecydowanie jedna z lepszych nadziewanych czekolad Zottera jakie ostatnio jadłam. Efekt nie do końca oddaje jednak tytuł, za co odjęłam punkt, bo w sumie pod względem smaku i struktury mogłaby i 8 mieć.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g - moja ważyła 67g; ja dostałam)
kaloryczność: 521 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, marcepan 21% (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego), tłuszcz kakaowy, koncentrat z mandarynek 5%, sproszkowany napój ryżowy (ryż, olej słonecznikowy, sól), mleko kokosowe, syrop z cukru inwertowanego, migdały, płatki kokosowe, syrop skrobiowy, proszek kokosowy (pasta kokosowa, mleko kokosowe, mąka kokosowa), cukier karmelowy (karmelizowany cukier, maltodekstryna), sól, sproszkowana fasola tonka 0,05%, pełny cukier trzcinowy, kurkuma, pieprz, emulgator: lecytyna słonecznikowa; proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sproszkowana wanilia, emulgator: lecytyna sojowa, sproszkowany imbir

niedziela, 24 marca 2024

Zotter Red Wine / Rotwein Vegan ciemna 70 % z czekoladowym kremem z czerwonym winem Olivin

Czekolad z czerwonym winem w ofercie Zotter miał/ma kilka. Konkretnie z winem Olivin winiarni Winkler-Hermaden jadłam dwie: w 2016 Red Wine Rush Olivin Winkler Hermaden oraz w 2021 Rotwein / Red Wine Olivin Winkler-Hermaden. Obie jednak w kremach zawierały mleko, opcję wegańską marka wprowadziła dopiero w roku 2023, jesienią. Choć nie przemawiają do mnie wegańskie zamienniki, biorąc pod uwagę, że ciemne z alkoholowymi nadzieniami Zottera w większości wspominam dobrze, uznałam, że i tej z ochotą spróbuję.

Zotter Red Wine / Rotwein Vegan to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana kremem z ciemnej czekolady i ryżowej białej czekolady (wegańskiej) z wanilią i czerwonym wytrawnym winem Blue Zweigelt (Winkler-Hermaden Olivin); wegańska.


Po otwarciu poczułam intensywny zapach czerwonego wina o mocno owocowym charakterze, mieszającego się z soczystą czekoladą. Ona także zdradzała wiśniowo-winne akcenty. Była gorzko palona, nieco dymna. Puściła jednak przodem alkohol - ewidentnie wino - oraz owoce. Obstawiam, że pochodziły głównie z wina, ale też trochę z czekolady. To porzeczki czarne, może trochę czerwonych, wiśnie i aronia. Do tego poczułam wanilię i jakby mdłą, wodnistą mleczność - te nasiliły się po przełamaniu. Jednocześnie czerwone, mocne wino wydało mi się wtedy wręcz mocarne - dominowało bez dwóch zdań.

Tabliczka była całościowo bardzo twarda i masywna. Przy łamaniu gruba warstwa czekolady trzaskała głośno, odsłaniając konkretne nadzienie. Wyglądało na suchawo-kruche i tłuste zarazem.
Czekolada z wierzchu pękała i z łatwością odpryskiwała, odskakiwała od nadzienia, co niezbyt mi się podobało i sugerowało niespójność, jednak w trakcie jedzenia całość nie miała z tym problemu.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo-maziście. Była maślano tłusta i gładka.
Nadzienie początkowo średnio się z nią łączyło, ale w końcu podpinało się maślaną mazistością. Było tłuste i konkretne. Z suchością nie miało nic wspólnego. Cechowała je gładkość. Zmieniało się w bardzo zbito-gęsty, masywny, dziwnie twardo-miękki krem, przypominając zastygniętą masę z czekolady i masła (np. do ciasta). Rozpływało się to wolno, chwilami przywodząc na myśl chłodne masło i sugerując lekką wodnistość oraz pylistość. Występ jednak i tak zakończyła czekolada.
Całość pozostawiła też wrażenie jakby alkoholowego podsuszenia.

W smaku czekolada przywitała mnie gorzkim smakiem dymu i drewna. Osłodził je palony karmel, a z tła dobiegła lekka, łagodząca maślaność. Czekolada sama w sobie zdawała się smakować winem i wiśniami, choć czuć, że i wnętrzem, czyli mocno alkoholowym winem, ewidentnie przesiąkła.

Alkohol z kremu szybko zaznaczył swoją obecność. Nadzienie dołączyło do czekolady poprzez nutę czerwonego wina i wiśni. Wydało mi się soczyste, wytrawne, a jednocześnie bardzo słodkie. Wystrzeliły czarne i czerwone porzeczki, a także inne ciemno-czerwone owoce. Wchodziły w alkoholową toń. Pomyślałam też o słodkawej, wiśniowo-czekoladowej masie, np. kremie do torto-ciasta. Słodycz owocowa mieszała się z wanilią, przekładając się na myśl o czerwonym winie - tym  razem już słodszym.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa alkohol zaczął wyraźnie rozgrzewać gardło i lekko przypiekać jezyk. Wydawało się, że słodycz mu pomagała, mimo że krem - podobnie jak czekolada - chwalił się również paloną, gorzką nutą. Pod nią jednak kryło się coś... jakby mączność, nijaka wodnistość? Mieszała się z maślanością i słodyczą - raz po raz nasuwając na myśl białą, wegańską czekoladę. Podsunęła kompozycji pudrowe echo, acz na szczęście wyraziste czerwone wino dobrze to chowało.
Krem spróbowany osobno był bardzo, bardzo słodki za sprawą wanilii. Mdława, a słodka wegańska czekolada miała wówczas więcej do powiedzenia, acz i tak wino sobie z nią poradziło

Wino z owocami rządziło, acz nie zagłuszyło czekolady. Jego owocowy bukiet zacnie mieszał się z soczystą czekoladą, idąc w lekki kwasek. Znów pomyślałam o czarnych i czerwonych porzeczkach, wiśniach i może cierpkiej aronii. Ich wyrazistość wydała mi się aż dziwna.

Z czasem wino podkręciło czekoladę, acz jednocześnie uprościło jej smak. Jawiła się jako winna i gorzko-palona. Nadzienie mieszało się z nią w jedno, dodatkowo osłabiając jej charakter maślanością i wodnistością, a także podnosząc słodycz całości. Z czasem wydała mi się wręcz nieco cukrowo-alkoholowa, co wyszło jakoś nalewkowo.

Pod koniec czekolada zaprezentowała się jako jeszcze dosadniej dymna, ale całość była też bardzo maślana. Wino nie osłabło ani na chwilę.

Po zjedzeniu czułam posmak czerwonego wina o owocowym charakterze. Czułam cierpkie porzeczki czarne i czerwone, wiśnie, aronię, a do tego dymno-paloną gorzkość. Osłodził ją karmel, jakby ewidentnie "alkoholowy palony cukier" i wanilia. Czułam niestety też ciepło i drapanie wynikające z połączenia alkoholu i słodyczy. Ta wyszła jakoś denerwująco, trochę biało czekoladowo, mimo że głębi ciemnej czekoladzie odmówić nie mogę.

Tabliczka była smaczna, ale bez zastrzeżeń się nie obyło. Sprawę trochę zawaliło nadzienie, w którym za dużo do powiedzenia miała słodko-mdła ryżowa biała czekolada. Na szczęście jednak całości nie brakowało ciemnoczekoladowej, dymno-palonej gorzkości i charakteru. Wino szokująco wyraźnie zaserwowało swoje nuty czarnych i czerwonych porzeczek, wiśni, aronii, które w harmonii mieszały się z czekoladą, która także jawiła się jako soczysta. Było słodko i soczyście-wytrawnie, ciężko w pozytywnym sensie. Bardzo mocno alkoholowo, a jednak nie tak, że alkohol zdominował czekoladę. Niestety jednak nie było idealnie - wolałabym, by czekolada i wino miały jakiś zacniejszy łącznik, a więc bazę pod krem, niż ta ryżowa czekolada biała - pamiętam, że sojowa świetnie wyszła w przypadku Zotter Chilli Bird's Eye. A jednak ogół udany. 


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 491 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, czerwone wino Olivin 14% (zawiera siarczany), tłuszcz kakaowy, syrop cukru inwertowanego, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), syrop skrobiowy, olej słonecznikowy, sproszkowana wanilia, sól, emulgator: lecytyna słonecznikowa

czwartek, 20 kwietnia 2023

Zotter Amalfi Lemon & Sage Marzipan / Amalfizitrone & Salbeimarzipan ciemna 70 % z marcepanem z szałwią oraz cytrynowym kremem na bazie przecieru z cytryn, ciemnej czekolady i białej ryżowej czekolady

Uwielbiam szałwię. Lubię zaparzoną, kocham jej zapach (zwykłej, niebieskiej, jak i białej); smak także jest mi miły, gdy chodzi o zioła. Bardzo praktyczna i przydatna w czarostwie roślina ogólnie jednak wydaje mi się niedoceniana. Jakże się ucieszyłam, gdy zobaczyłam czekoladę z nią! Miałam nadzieję, że będzie wyraźnym dodatkiem, choć obawiałam się, że to nie ona miała być gwiazdą degustacji, bo już w samym opisie Zotter skupił się na... cytrynach. Otóż dodał wyjątkowe, bo Amalfi, które swoją nazwę zawdzięczają włoskiemu wybrzeżu, z którego pochodzą. Nazywa się je też królowymi cytryn, a uprawia je tam od 2000 lat, choć kultura z tym związana na pewien czas zanikła. Są chronione oznaczeniem pochodzenia regionalnego. 


Zotter Amalfi Lemon & Sage Marzipan / Amalfizitrone & Salbeimarzipan to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana (31%) marcepanem z szałwią oraz (30%) cytrynowym kremem na bazie przecieru z cytryn, ciemnej czekolady i białej ryżowej czekolady.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach mocno palonej, trochę ziemistej  czekolady o karmelowej słodyczy i cytryny. Ich zapach wyraźniej płynął od spodu. Odważnie zawłaszczyły sobie nieco miejsca na pierwszym planie, podkreślając soczystą czarną ziemię. Wierzch wydał mi się łagodniejszy, w czekoladowo-migdałowy sposób. Po przełamaniu cytryna jeszcze się nasiliła, kojarząc się ze słodką masą/konfiturą cytrynową ze skórkami, a ja odnotowałam też szałwię. Marcepan wraz z czekoladą z kolei zasugerował nutkę piernikowo-ciemno chlebową.

Tabliczka była średnio konkretna. Przy łamaniu trzasnęła za sprawą bardzo grubej warstwy czekolady, odsłaniając nadzienia. Czekolada wgniatała się w nie, bo były bardzo plastyczne, mimo że "pełne".
Marcepan był miękko-konkretny, jednak nie zbity. Ewidentnie grudkowaty i wilgotny, rozłażący się przy robieniu kęsa.
Dolne nadzienie także było gęste, ale ani trochę nie twarde, a miękkie i bardzo, bardzo maziste. Do tego lepko-plastyczne i tłuste. 
W ustach czekolada rozpływała się gładko i kremowo. Nadzienia prędko dawały o sobie znać, rozpływając się mniej więcej równo, z tym, że grudki marcepanu szybciej się ujawniały dosłownie wyłażąc spod czekolady. Zostawały też dłużej. Całość rozpływała się w tempie umiarkowanym.
Krem cytrynowy okazał się bardziej spójny z czekoladą. Również był kremowy i czekoladowo gęstawy, acz tłustszy od niej. Mimo że mazisty i tłusty, to w zasadzie lekki. Rozpuszczał się jakby na tłuste mleko. Szybko jednak wykazywał także soczystość, która rozrzedzała całość, przyspieszając jej rozpuszczanie się.
Wydawało mi się, że nasącza to i tak już wilgotny, niezbity marcepan. W nim znalazła się siekana szałwia - mnóstwo mikroskopijnych drobinek, ale i sporo większych kawałków. Niektóre krucho trzeszczące, twardawe gałązki wydały mi się zaskakująco spore. Zostawały do pociamkania na koniec wraz z lekko trzeszczącymi miękkimi marcepanowymi "wiórkami" migdałów.
Całość była średnio harmonijna - jak dla mnie nadzienia wyszły nieco za delikatnie-miękko.

Czekolada przywitała się palonym duetem kawy i karmelowej słodyczy, do którego szybko dołączyła ziemia. Pomyślałam o wilgotnej czarnej, wręcz soczystej i kwaskawej. Musiała nieco przesiąknąć wnętrzem, bo cytrynowe echo ewidentnie czuć niemal od razu. Odnotowałam też jakby aluzję do piernika.

Marcepan dał o sobie znać bardzo szybko, wkradając się do czekolady jakby migdałowo-piernikowo-chlebową nutką i także słodyczą. Delikatnie pobrzmiewał migdałowością prawie cały czas, robiąc za nienachalne tło. Subtelna ziołowa nutka dbała jednocześnie o gorzkość.
Nadzienie cytrynowe z kolei podkręciło soczystość i... zlewało się z czekoladą.

Krem okazał się bowiem znacząco czekoladowy. Choć także mocno słodki, sporo w nim gorzkości zarówno kakao, jak i cytrynowej skórki. Kwaśność cytryny nie była mocna, ale wyraźnie przeplatała wszystko inne. Do głowy przyszła mi konfitura, masa z cytryn. Połączyły intensywny sok, skórkę, ale nie brakowało im słodyczy. Cytryny w pewnym momencie zdominowały kompozycję zupełnie. Trwało to chwilę, a potem podkreśliły ziemistość. Następnie słodycz, może na zasadzie kontrastu, bardziej zwróciła na siebie uwagę, mignęła mi pudrowość. Zrobiło się też bardziej maślano, a ja poczułam nutę białej czekolady i roślinność - nie tylko "wegańską" (ryżową), ale chyba też ocierającą się o zioła. Do tego dołączył karmel. Cytryna jednak stała na drodze ciężkości.

Wsparła ją rześko-ziołowa nuta szałwii, podkreślając konkretnie skórkę cytrynową. Chyba właśnie szałwia dopowiedziała słodyczy, która chwilami niebezpiecznie zmierzała ku grzaniu i drapaniu, ostrość ziołowego piernika. Wyskoczyła z subtelnie pobrzmiewającego marcepanu jakoś w połowie rozpływania się kęsa. Jej kwaskawo-goryczkowaty, specyficzny smak czuć świetnie i genialnie połączył cytrynę z migdałami. W kompozycji nie była jednak wyczuwalna bardzo. 
Na pewno w marcepanie spróbowanym osobno, w zasadzie dominowała swą ziołowością i przygłuszała trochę migdały (no i na koniec).

Te miały w pełni poważny, marcepanowy wydźwięk. On był "czysty" smakowo, przejrzysty właśnie w migdałowość. Marcepan ewidentnie nakręcał się z czekoladowymi wątkami. A to wiązało się też z wysoką słodyczą. Szałwia walczyła z nią o wytrawniejszy wydźwięk, wplatając ziołowość nieco goryczkowatą i świeżą.

Słodycz skumulowała się, jednak pod koniec sama czekolada wydała się z kolei bardziej gorzko-ziemista, cierpka i soczysta.

Pozostałe na koniec drobinki marcepanu z siekaną szałwią zaprezentowały swój smak, czyli właśnie przede wszystkim smakowicie ziołową szałwię na delikatnie migdałowym tle. Wreszcie to ona była numerem 1. Choć szałwia sama w sobie końcowo wyszła szlachetnie słodko, neutralizowała ogólną słodycz.

W posmaku została cierpkość kakao, ziołowa słodkawa goryczka szałwii i nutka palonej, cierpkiej kawy, ziemi, a także piernika. Te mieszały się z wyrazistą cytryną, cały czas walczącą o dominację. Było mi bardzo słodko, i to niestety w dość przeciętny sposób. Słodycz usilnie próbowała podyktować cytrynie pudrowy wydźwięk.

Całość bardzo mi smakowała, jednak mam ogromny żal do kompozycji, że w zasadzie szałwia przez większość czasu pełniła jedynie funkcje dopełniające, podkreślające. To, jak smakował sam marcepan mnie urzekło. Był tak intensywnie szałwiowy, że z ochotą zjadłabym ciemną tabliczkę z samym takim marcepanem. W tej czekoladzie bowiem pierwszą rolę grał krem cytrynowy. Rzeczywiście mocno cytrynowy, ale nie kwachowaty. Podobał mi się smak skórek, konfitury i soczystość, ale nie leżała mi słodycz, którą dodał. Wolałabym, by inaczej rozwiązano tę kwestię, a nie robiąc go m.in. na bazie białej ryżowej czekolady. Nie wyszło za słodko, ale dla mnie troszeczkę... niezgranie tak, jak bym chciała? Chyba. W dodatku wolałabym, by nadzienia nie były aż tak miękkie. Ubolewam nad tym, bo gdyby tak to poprawić, byłoby 10. To najlepsza tabliczka Zottera z tego rzutu nowości, które jadłam.


ocena: 9/10
kupiłam: zotter.pl
cena: 17,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, marcepan (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowe, syrop skrobiowy, sok z cytryny, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), napój ryżowy (woda, ryż, olej słonecznikowy, sól morska), koncentrat soku z cytryny, szałwia, sól, lecytyna słonecznikowa, sproszkowana wanilia, olejek szałwiowy

wtorek, 28 marca 2023

Zotter Sunflower & Golden Cherry ciemna 70% nadziewana marcepanem z żółtymi czereśniami i nugatem ze słonecznika

Tę tabliczkę zjadłam jako pierwszą spośród otrzymanych nowości Zottera. Idealnie według mnie oddaje schyłek lata, kiedy to po nią sięgnęłam. Lubię czereśnie, jednak latami żółtych jakoś mało w sumie jadłam (jak na moje możliwości owocowe gdy chodzi o sezonowe). Nigdy na straganach nie wyglądały jakoś szczególnie zachęcająco, bo zbrązowiałe, poobijane itd. Moje ulubione to niemal czarne, wielkie bomby. Tych jednak latem 2022 nie udało mi się nigdzie kupić. Spore ciemne owszem. Drobnych jasnoczerwonych fanką nie jestem, ale... przez ten brak "moich", w tym sezonie bardziej niż zwykle naszło mnie właśnie na żółte. A tu proszę! Przedłużenie sezonu na nie. Miło. Swoją drogą, chyba nigdy nie spotkałam wariantu czegokolwiek żółtoczereśniowego.


Zotter Sunflower & Golden Cherry / Sonnenblume & Goldkirsche to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana marcepanem z żółtymi czereśniami (30%) i słonecznikowym nugatem, zrobionym z z prażonych nasion słonecznika na bazie ryżowej czekolady białej i tłuszczu kakaowego (30%).

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach palono-karmelowo słodkiej, a jednocześnie satysfakcjonująco palono-gorzkiej czekolady, podkreślony goryczką orzechowo-pestkową. Wpisała się w nią nuta ciemnego chleba ze słonecznikiem (zwłaszcza, gdy nachylałam się nad spodem), a także towarzyszyła kwaśna soczystość. Owoce niosły słodycz, łącząc się z karmelem, ale nie były jednoznaczne. Gdzieś tam jedynie wisiało domniemanie wiśni i czereśni.
Po przełamaniu i w trakcie jedzenia soczysta, słodka wiśnio-czereśniowość wzrosła, a słonecznik jeszcze czytelniej się pokazał. Był goryczkowaty, razem z marcepanem budował poważniejszy klimat.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała jedynie trochę, bo za sprawą grubej czekolady. Wnętrze okazało się miękkawo-plastyczne i raczej delikatne.
Dolną część, czyli nugat cechowała zbitość, ale też plastyczność i tłusta mazistość. Marcepan już na oko był rzadkawo-grudkowaty i bardzo plastyczny, delikatny. W dotyku także wilgotny i lepkawy. Przy łamaniu zdarzyło mu się plasnąć. Co więcej, widać w nim kawałeczki i skórki czereśni.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i tłusto-kremowo, oblepiając podniebienie gęstą mazią. Całość szybko miękła i robiła się zawiesiście-miękkawa. Czekolada odsłaniała nadzienia, które nawzajem się przełamywały. Rozpływały się mniej więcej równocześnie, acz nugat znikał szybciej, marcepan zalegając jakby trochę czekał na swoją kolej.
Prędzej wypełzał (dosłownie) marcepan. Był bowiem wilgotnie-soczysty, rzadkawy, ale w sumie nie rzadki. Bardzo grudkowaty i miękki. Sok lał się z niego trochę, a on powoli ujawniał małe kawałki i mnóstwo skórek owoców. Trzeszczał od tych skórek, wpisującą się właśnie w trzeszczącą konwencję marcepanu.
Marcepan nieco tonował ciężką tłustość nugatu słonecznikowego. Ten okazał się zbity, ale miękki. Kojarzył się z ciepłym masłem. Był bardzo tłusty, z czasem coraz bardziej oleisty. Wyszedł bardziej integralnie z czekoladą od marcepanu. Najpierw wykazał się tłustą gładkością, a potem odsłonił gumowy efekt i lekką pylistość. Rozpływał się wraz z resztą dość długo, biorąc pod uwagę że jako twór sam w sobie znikał wodniście. Na koniec zostawały też resztki marcepanu, cienkie skórki i jędrne kawałki (też skórek niepozbawione) owoców.
Zostawała jednak też ona, czekolada.

W smaku najpierw rozeszła się palono karmelowa słodycz czekolady, ozdobiona wysoką, również paloną gorzkością. Sama w sobie wydała mi się lekko marcepanowo-orzechowa, jakby przesiąkła wnętrzem. Robiła też sugestie do razowego chleba, a czasem wydawało mi się, że gdzieś w tle pobrzmiewa kawa.
Mimo wyrazistych i znacząco słodkich nadzień, czekolada była wyczuwalna w zasadzie cały czas.

Marcepan szybko przebił się, a chociaż nugat nie spieszył się i wkraczał leniwie, już po paru sekundach zaczął podszeptywać nutkę chleba ze słonecznikiem. Choć nadzienia rozpływały się i roztaczały swój smak równo, najpierw przewodził nugat.

I okazał się nugatem definicyjnym. Bez wątpienia ten smak zaraz się umocnił. Ta część okazała się bardzo słodka i zaskakująco "mleczna" w neutralnie-roślinny sposób, jak to napoje roślinne. Pestki słonecznika raz po raz wychynęły wyraźnie, na parę sekund nawet wyszły na pierwszy plan, jednak nigdy nie były nutą dominującą. Wyraźną przez parę sekund - bardzo. Nugat wydał mi się subtelnie prażony, z czasem coraz bardziej znacząco gorzkawy. Połączył się tym z ciemną czekoladą i migdałami w bardzo udany sposób. Po paru chwilach jednak odbił w nieco mdławo-oleistym kierunku, co wykorzystała słodycz i ogólna oleistość, maślaność. 
Ogólnie słodyczy nie brakowało, zaś nugat zahaczał o lekką, tłustą białoczekoladowość, którą przez moment odebrałam jako wręcz drapiącą. Gdy się wczułam, wydawał mi się lekko mdławy, a do tego czułam specyficzną wegańskość  ryżowej czekolady białej.

Po paru chwilach odnotowałam soczystą słodycz, z lekko kwaśnym tłem, które otworzyło drogę smakowi wiśni i czereśni. Najpierw całej mieszance. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa na przód zaczęły wychodzić słodkie żółte czereśnie, że aż na sekundę-dwie były motywem dominującym. Kwasek jedynie za nimi podążał, ale całość i tak była bardzo soczysta.
Nie jednak lekka, bo wyraźnie zmieszał się z nimi marcepan i rosnąca słodycz. Delikatny, czysto migdałowy, pokazujący pazurki, ale też dokładający słodycz właśnie.

Czereśnie z wiśniowym echem w końcu nieco osłabły, marcepan zaś stracił impet, a słonecznik... miał się nieźle. Pod koniec jego goryczka znowu wzrosła, nie zapominając o jego smaku samym w sobie. To był słodko-maślany splot z echem słonecznikowego chleba. Palona czekolada wygłaskała to paloną słodyczą i cierpkością.

Właśnie ona zakończyła występ. Po wszystkim wydała mi się nieco bardziej kwaskawa, palona, a także bardziej gorzka.

Na koniec zostały jeszcze drobinki marcepanu czereśniowego. Podtrzymywały lekką, specyficzną migdałowość, ale właśnie też wątek kwaskawych owoców. Kawałki, które sporadycznie się trafiały, wbrew pozorom miały smak - ewidentnie jakby czereśnio-wiśni. O wiele więcej było nijakich skórek.

W posmaku zostały wyraziste pestki słonecznika, słodka, acz cierpka czekolada, a także delikatny, migdałowy marcepan. Czułam też nutkę soczyście-kwaskawą, powiedziałabym że "chyba wiśniową", ale już mało wyrazistą. W dodatku mnie zostało drapanie-przesłodzenie w gardle.

Tabliczka była smaczna, ale szału nie zrobiła. Wszystko w zasadzie było w niej poprawne, a jednak mam wiele "ale". Marcepan owocowy zaskoczył tak zgraną strukturą, ale w smaku... był lekko żółto czereśniowy, a właśnie skoro to tak rzadko spotykany dodatek, wolałabym, by te owoce mocno dominowały. Nugat jak dla mnie wyszedł za tłusto, jego wyraźna wegańskość też mi nie leżała. Pestki słonecznika choć czuć wyraźnie, były jakby tłumione.
Ciekawa, do zjedzenia ze smakiem jako ciekawostka, ale nieporywająca, a szkoda, bo składniki takie, że mogłaby.
Całość jak dla mnie za słodka, a jednak też nie przesłodzona - po prostu czy to czereśnie, czy słonecznik zostały za bardzo słodyczą obudowane, że przygłuszone.
W ogóle to zrobiłabym z niej dwie tabliczki, dla przejrzystości każdego z nadzień. Może byłyby wyrazistsze i smaczniejsze? Dokładnie to samo stwierdziła Mama, której zostawiłam kawałek na dosłownie kęsa, by pokazać jej, co ja tak narzekam na w sumie niezłą czekoladę. 


ocena: 7/10
kupiłam: zotter.pl
cena: 17,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 518 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, marcepan (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), nasiona słonecznika, tłuszcz kakaowy, żółte czereśnie suszone, syrop ze skrobi, mąka ze słonecznika, olej słonecznikowy, cukier trzcinowy cały, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), koncentrat wiśniowy, lecytyna słonecznikowa, sól, sproszkowana wanilia

sobota, 14 stycznia 2023

Rózsavolgyi Csokolade Sushi in White Chocolate biała z matchą, puffingowanym ryżem, czarnym sezamem, olejem z łososia i imbirem

O tej czekoladzie wspomniałam już przy Rozsavolgyi Chuno Nicaragua - Jinotega 72%. To właśnie ją postanowił mi kupić ojciec i razem zapłacić za przesyłkę. Mnie urzekło opakowanie (wydało mi się połączeniem moich tatuaży: z motywem sushi oraz czekoladą, bo też obrazek taki "rysowany"), bo smak samej czekolady nie bardzo - w końcu to biała i "dziwna", a obecnie jakoś i te bardzo dziwne przestały mnie ciekawić (wolę po prostu pyszne czyste ciemne). Kocham sushi, ale tu jestem dość konserwatywna - ryba musi być surowa i żadne jakieś opcje na słodko mi się nie podobają. Wracając do czekolady... Skład przeczytałam dokładnie (wcześniej wiedziałam tylko, że to pewnie "biała z dziwnymi dodatkami") dopiero, gdy do mnie dotarła i... nie ukrywam, że dwie rzeczy mnie przeraziły. Prażono-dmuchany ryż, bo go nie cierpię oraz... olej z łososia. Owszem, jadłam z wędzonym łososiem (Modern Dwellers Smoked Salmon 65% Chocolate Square), ale wytrawne ciemne czekolady wędzonymi nutami z czymś takim potrafią się zgrać, by jakoś smakować, natomiast coś takiego? Przerażało mnie. Tym bardziej, że nie lubię, gdy nawet w samym łososiu trafia się za dużo tego białego tłuszczu. Tylko że o ile w sushi to jakoś przejdzie, tak w czekoladzie...? No i zaczęłam się bać, jaki imbir dodali. Korzeń oraz sypką przyprawę lubię, ale tego do sushi nienawidzę. No cóż, poniekąd sama chciałam.

Rózsavölgyi Csokoládé Sushi in White Chocolate to biała czekolada (zawartość tłuszczu kakaowego to 29%) inspirowana sushi, czyli z zieloną herbatą matcha, puffingowanym ryżem, czarnym sezamem, olejem z łososia i imbirem.

Po otwarciu poczułam dominujący zapach nieco "gloniastej" zielonej herbaty matcha. Rozlewała się na nieśmiałym, białoczekoladowym tle o raczej niskiej słodyczy. Inne elementy jakoś się ukryły, nawet, gdy wąchałam spód. Może i wyłapałam pewną roślinność, ale podporządkowała się matchy.
Raz i drugi, naprawdę mocno się wczuwając, wyłapałam chyba pobrzmiewający odlegle olej, jakby motyw wędzonego łososia - właśnie o oleju z takiej pomyślałam, nie o samej rybie w sumie, i... to było tak delikatne, że nie wiem, na ile wynikało z obecności dodatku, na ile ze skojarzeń (niektórzy przecież samej matchy przypisują trochę rybie nuty).

W dotyku tabliczka była tłusta, jednak to, że cechowała ją miękkość, wyszło dopiero przy łamaniu. W zasadzie rozpadała się wtedy, bo sama w sobie była wgniatająco-miękka i krucha, a ogrom ryżu jednak odpowiadał za pewien konkret. Ten łamał się krucho-chrupko lub zostawał i "wyciągał" z masy czekoladowej. Umieszczono go głównie na spodzie, ale nie jako "posypka", a dodatek zalany czekoladą. Sezam znalazł się z kolei w masie "po całości", acz też najwięcej skumulowało się go na spodzie, wśród ryżu.
Odgryzając kawałek miałam wrażenie, jakbym wgryzała się w nadtopione, miękkie masło, pokrywające konkretniejszy ryż. Nie było to przyjemne.
W ustach miękła prędko i dość szybko się rozpływała. Potwierdziła swoją tłustość. Była idealnie gładka, niemal śliska. Cechowała ją śmietankowość i oleistość.
Dość szybko wyłaniały się spod niej duże ziarenka dmuchanego, białego ryżu. W dłuższym kontakcie ze śliną oczywiście nasiąkał, rozmiękał i rozpływał się, a gryziony okazał się delikatny, krucho-chrupki. Nie obklejał zębów, nie męczył. Popisał się jakością. Tonował zdecydowanie za tłustą, miękko-rzadkawą czekoladę, co wyszło na plus, mimo że dodali go bardzo, bardzo dużo, że wyszedł efekt szyszko-batona z ryżu oblanego czekoladą (acz i tak było jej dość sporo).
Sezamu dodano więcej niż na to wygląda, ale oczywiście mniej niż ryżu; wystarczającą ilość. Był chrupiąco-strzelający, a im dłuższej gryziony tym bardziej trzeszczący.
Dodatki o zacnej strukturze w odpychająco i nieszczególnie czekoladowo tłustej tabliczce, ot, co.
Co ciekawe, niezależnie od tego, jak ułożyło się kawałek w ustach, smaki rozchodziły się podobnie. Z tą różnicą, że gdy ryżem na język, to delikatniej (bo czekolada wiadomo, spływała po ryżu).

W smaku pierwsza wystrzeliła wysoka słodycz. Reprezentował ją zwykły cukier, który mi szybko zaczął przeszkadzać.

Zaraz jednak dołączyła do niego mdława nutka oleju... Oleju wytrawniejszego, niedookreślonego... Mieszającego się z delikatnym mlekiem.

I nagle słodycz pokazała się jako matcha latte, czyli ta zielona herbata zrobiona ze spienionym mlekiem. Do cukru dołączyła wanilia, a matcha odważnie, na zasadzie kontrastu, torowała sobie drogę  wytrawniejszą, ziołowo-algową nutką. Mignął mi ledwo uchwytny rybi wątek, po czym matcha wspięła się na wyżyny. Przez chwilę przygłuszyła słodycz, jednak zaraz się wycofała. Czułam wciąż wyrazisty smak delikatnej matchy, która naturalnie jest trochę słodkawa.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa matcha oddała sporo miejsca dla mocno maślanej białej czekolady. Maślano-śmietankowa nuta była nową siłą napędową dla słodyczy. Drastycznie i szybko rosła. Tym razem cukier zdecydowanie górował nad szlachetniejszą wanilią. Ryż, choć początkowo niewiele wnosił na smak, trochę jakby rozrzedzał tę słodycz. Co jednak nie stanęło na drodze temu, by w gardle zaczęło mnie strasznie drapać od słodyczy ogólnej. Czasem już w tym momencie zaznaczała się drobna pikanteria.

Zielona herbata matcha pobrzmiewała do końca bez większych problemów, a do mleko-śmietanki zaczęło dopływać coraz więcej nut oleju i masła. Mieszając się, znów wydobyły coś wytrawniejszego... Po chwili rozpoznałam rybią nutkę (rzeczywiście pomyślałam o łososiu, a dokładniej o jego białych paskach tłuszczu).

Nagle w tym wszystkim po dłuższym czasie zaczynała się tlić drobna ostrość. Poczułam ciepło, a drapanie słodyczy w gardle trochę wsparła rozgrzewająca ostrość. Ujawnił się subtelny imbir. Wtedy też dodatki zaczęły fizycznie wyłaniać się spod czekolady.

Niegryziony sezam nie wnosił nic, natomiast ryż trochę neutralniejszy wątek, którym osłabiał słodycz i jakby "czyścił" scenę pod olej, maślaność. 
Zdarzyło mi się nadgryzać dodatki "obok" czekolady pod koniec, ale większość zostawiałam już gdy ta zniknęła. Czasem właśnie jakby spomiędzy ciamkanych dodatków wypływała pikanteria.
Ryż gryziony okazał się bardzo zachowawczy, nie przygłuszał innych smaków. To delikatny, dmuchany ryż dobrej jakości, bez cienia goryczy itp. Wyszedł trochę papierowo (to stwierdzenie neutralne, chodzi mi o cechę raczej charakterystyczną; ja go tak odbieram), a jednak... smakował lekko ryżowo. Wydaje mi się, że jakoś swoim nijakim wątkiem podkręcał się wzajemnie z mdło-oleistą nutką. I trochę na koniec tonował słodycz.
Sezam gryziony dał się poznać jako roślinnie wytrawny. Był wyrazisty, trochę gorzkawy i sprawiał wrażenie surowego. Z mgiełką imbiru, wyłuskał z całej tej mieszaniny myśl o oleju, opakowaniu po wędzonym łososiu (oczami wyobraźni widziałam pustą paczkę po jego plastrach, nie samą rybę).

Po zjedzeniu został posmak białej, mocno maślano-mlecznej i przesłodzonej czekolady (jednak dobrej jakości, nie ciężkiej) wraz z ciepłem w gardle, na które złożyła się i słodycz, i nienachalny imbir. Ten czuć wyraźnie, ale właśnie - nie dano go dużo. Do tego gloniasto-roślinny splot matchy i ryżu dmuchanego, który czasem zupełnie dominował. Przy niektóych kęsach chwilowo mocniej wyłaniał się w posmaku rybi element, by po chwili zniknąć. Do tego czułam nieprzyjemną tłustość, w tym na ustach.

Całość okazała się zaskakująco dobrze, zachowawczo zrobioną "białą czekoladą w japońskim klimacie". Nie powiedziałabym, że sushi, ale wyszła po prostu z głową. Herbata do bazy pasowała, bo czuć i matchę, i białą czekoladę. Ryż naprawdę dobrej jakości, nieprzeszkadzający, a neutralizujący oleistość. Sezam był i podkręcał wytrawniejsze wątki, podobnie jak imbir. A rozumiem, że takie założenie było, skoro i olej z łososia się tam znalazł. Ten pobrzmiewał, ale na zasadzie zagadki (czuć go czy nie czuć?), a nie że dodali kawałki ryby. Przy jednak tej ilości ryżu, czuję, że mogliby sobie pozwolić nawet na dodatek taki jak we wspomnianej Modern Dwellers Smoked Salmon 65% (aczkolwiek czuję, że na europejskim rynku mogłoby się nie sprzedać). Kontrasty dziwnie podkreślały się w harmonii, czasem coś się wychyliło, ale wszystko wyglądało na zaplanowane. Jedyne, co ja na pewno bym zmieniła to cukier. Wanilię czuć przyjemnie, ale niestety w kontraście do ordynarnego białego. Z trzcinowym wyszłoby znacznie lepiej. Też nie przekonuje mnie ta ilość ryżu, ale z drugiej... nie wiem, jak to by było z mniejszą. Poza tym, takie rzeczy trudno czasem jednoznacznie ocenić, gdy człowiek próbuje czegoś zupełnie, z zasady nie w jego typie.
Reasumując, nie wyszła kontrowersyjnie, a nawet całkiem, choć w moim odczuciu nie jakoś szczególnie, ciekawie. Po prostu jak ktoś lubi białe czekolady z zieloną herbatą, dla niego smacznie. Mnie nie smakowało, bo po prostu nie lubię białych i zacukrzania się nimi, a słodka, tłusta tafla z ryżem to coś, do czego nie widzę sensu się zbliżać. Chylę jednak czoła w uznaniu, że zrobili coś, co naprawdę ma szansę posmakować, jest pomysłowe i w ogóle. Po 1/4 podziękowałam i oddałam Mamie. 
W miarę jej smakowała, jednak stwierdziła, że niczego oprócz ryżu i zielonej herbaty z dodatków nie czuła (sezam widziała). Obu nam przeszkadzał ryż przeszkadzał, bo go nam było za dużo, odciągał uwagę. Zgodziła się jednak, że przynajmniej faktycznie neutralizował słodycz. Usłyszałam: "lepiej by było, gdyby dali mniej cukru, i mniej ryżu". Tak jak ja, nie chciała jej gryźć (bo w ogóle wtedy to nie smakowało czekoladą), a jej o wiele bardziej niż mnie przeszkadzało, że ryż się rozpuszczał. Do tego: "bardzo poprawna". Obie się tylko tak zastanawiałyśmy - no, olej z łososia w zasadzie czuć leciutko (ona nie czuła), ale... żadna z nas nie chciała by go czuć. Stąd obie mamy obiekcje w sprawie składnika, a jednak tak - tabliczka jest, czym jest.


ocena: 8/10
kupiłam: rozsavolgyi.com (ojciec kupił)
cena: 2390 HUF, czyli ok. 30 zł (za 70g; acz jak wyżej)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: biała czekolada (cukier, mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, lecytyna rzepakowa, wanilia), zielona herbata matcha, ekologiczny ryż dmuchany, czarny sezam, olej z łososia norweskiego, imbir

niedziela, 7 sierpnia 2022

Zotter Stone Pine & Cranberry ciemna 70 % kakao nadziewana czekoladowym kremem ze schnappsem z sosny pinii i kremem żurawinowym

Z racji mojej miłości (obecnie nieco platonicznej) do gór w zasadzie już początek opisu mnie zainteresował. "Królowa Alp" - jak to dumnie brzmiało! Ponoć właśnie tak nazywane są sosny piniowe. Najpierw ogólnie na tę czekoladę pozytywnie się nastawiłam, bo wyobraziłam sobie nadzienie z orzeszków piniowych (które uważam za spoko, ale jadam... prawie nigdy). Niestety jednak, jedyna piniowość tej tabliczki miała wynikać ze schnappsu. Ten Zotter określił jako "old mountain cabin classic", czyli klasykę prosto ze starych, górskich chat, co mimo że do alkoholowych czekolad robię się coraz bardziej niechętna, przełożyło się na niezwykle klimatyczny obraz przytulnej chaty wśród szczytów, powstały w mojej głowie. Choć za żurawiną chyba nie przepadam, większości pewnie kojarzy się ze smakami gór (przez popularne zestawienie oscypków z nią?). Postanowiłam się za nią jako za kolejną zabrać, choć... nie byłam pewna. Z jednej strony chciałam zjeść jak najświeższą (bo alkoholowe nadzienia różnie mogą się zachować), z drugiej wolałabym, by jednak może potencjalnie mocny alkohol nieco zwietrzał... A jednak też nie chciałam, by to ona podsumowała próbowanie nadziewanych nowości, bo bałam się powtórki z Rum 'n' Raisin.


Zotter Stone Pine & Cranberry / Zirbe & Preiselbeer to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana (40%) czekoladowym kremem ze schnappsem z sosny pinii i (20%) kremem żurawinowym; wegańska, kremy zostały zrobione m.in. na bazie napoju ryżowego i kokosowego.

Po otwarciu poczułam zapach mocnego alkoholu i niemal równie mocny motyw drewna i gleby. Przyszły mi do głowy alkohole w beczkach, acz charakter tego, który czułam był trochę ordynarny. Wiązał się z niemal cukrową słodyczą, trochę karmelową. Za drewnem rozpościerała się gleba, muł, wegańska roślinność - to jak na dłoni było czuć, gdy nachylałam się nad spodem. Wierzch natomiast wplatał wyraźną soczystość czerwonych owoców (żurawin i jakby wiśni). Po przełamaniu kompozycja wydała mi się aż wódkowa. Mimo to, owoce też się nasiliły, a ja pomyślałam o wilgotnym torcie, przełożonym kremem czerwono owocowym i zalatującym nieco czekoladowo-torfowo. Ciasto zahaczyło o alkoholowy piernik z mocno drewnianym tłem, a owoce podszeptywały wino (karykaturalnie mocne... więc może raczej nalewkę?).

Tabliczka w dotyku była masywna. Łamała się z trzaskiem, wydając się twardą i kruchą.
I czekolada, i nadzienia były twarde. Z tym, że nadzienia szybko okazały się przeciwieństwem kruchości. Krem żurawinowy, choć zwarty, był się jednocześnie bardzo plastyczny i wilgotnie-lepkawy. Czekoladowy natomiast wyglądał na sucho-kruchy, ale to tylko złudzenie. Na pewno był gęsty i konkretny, ale też tłusty i mazisty.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo. Wykazywała tłustość i gęstość; zalepiała.
Nadzienia żurawinowego dodano mniej; wyciskało się spod czekolady nieco szybciej, chętniej, mimo iż cechowała je gęstawość. Miękło jednak szybko i trochę oklejało resztę kęsa oraz podniebienie. Znikało dość wodniście-soczyście. Doszukałam się w nim lekkiej proszkowości, ale wyszło raczej gładko. Na pewno nie tłusto. Trochę za to ślisko. Wypełniały go drobinki (w większości skórek, trochę pestek i malutko farfoclo-kawalątków) żurawin, zostające na koniec. Ratowały od obrzydzania, do jakiego zmierzała śliskawość i tłustość kremów.
Krem czekoladowy rozpływał się chętnie, ale spójniej z czekoladą; konsekwentnie. Wydał mi się ślisko-gładki i bardzo tłusty jak masło, z zawieszoną w oddali sugestią pylistości. Choć zwarty i masywny, znikał oleiście-wodniście.
We wszystkim czułam dziwny, nieprzyjemny  poślizg. Warstwy rozpuszczały się mniej więcej równocześnie; czekolada zaś sekundę-dwie po nich, by zostawić już tylko kawałki, drobinki, skórki i pesteczki żurawiny. Kawałków owoców-miąższu było strasznie mało, za to mnóstwo irytujących skórek i pesteczek (tak, żurawina ma pestki). Te były chrupiąco-miękkie, nie denerwowały.

Czekolada przywitała mnie paloną gorzkością dymu, delikatną nutką ciemnego chleba i stonowaną słodyczą o karmelowym charakterze. Dołączyła do niej maślaność, a i alkohol, którym niewątpliwie nasiąkła.

Nadzienia zdradzały swoją obecność szybko - schnapps uderzał już w chwili wkładania kawałka do ust. Pod wpływem czekolady skojarzył mi się z whisky o karmelowym charakterze. Owocowe jednak już w ustach szybciej się przebijało, dominowało przez chwilę, a potem uspokajało się i pobrzmiewało.

Żurawinowy krem przebił się kwaskiem czerwonych owoców, podkręconych soczyście cytrynowym smakiem. Dołączyła do tego pudrowa słodycz (irytująco wyraźnie wyczuwalna zwłaszcza przy spróbowaniu kremu osobno). Prędko i znacząco wzrosła, przy czym smak żurawiny ładnie się zarysował. Następnie jednak przygłuszyła go soczyście cytrynowa kwaśność. Wyszło to denerwująco kontrastowo, bo i słodziusio, i kwaśno, chwilami jakby żurawinowo-malinowo (to skojarzenie nasilała obecność pestek). Chwilami okazało się to zaskakująco świeżo owocowe (konkretnie suszona żurawina nie przyszła mi do głowy ani razu). Ten motyw nasilał się przy kawałkach żurawin. Myślałam wówczas o żurawinowo-malinowych syropach i nalewkach. Z czasem jednak brązowy krem napierał na ten motyw tak, że spychał go na tył.

Alkohol pobrzmiewający od początku, dodatkowo rozganiał nieco owoce, ale trochę kwasku sobie zostawił. Przez moment myślałam o jabłkach, a dokładniej cydrze... Był mocny, intensywny i przygłuszający mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa większość innych nut. Rozgrzewał usta i gardło, wzmacniając też poczucie słodyczy. Krem czekoladowy był słodko-gorzkawy, ale i mocno maślany - alkohol spłycał chwilowo jego smak. Wydawał się niedookreślony. Gdy nieco się rozszedł, wyłonił się motyw drewna i sosen, a lekki kwasek właśnie w nich osiadł. Pomyślałam o drewnie z kominka, lesie iglastym... Walczył z maślano-orzechową bazą, nieco mdławą nutą (jakiegoś wodnistego wegańskiego  deseru czekoladowego?)... Po czym odpuścił, bo dołożyła mu słodycz i kwaśność. Kwaśność obu części nakręcała się nawzajem.

Alkohol raz czy dwa zahaczył o przesadnie mocny, wódkowy, aż zapiekł w język ostrością "igiełek". Nasiliła to ogólna cukrowość. Gorzkawość czekolady jednak próbowała to przełamać, kwaśność żurawiny i cytryny też, ale słodycz alkoholu nieubłagalnie błądziła od bardziej cukrowej do karmelowej... Z czasem znów dzięki temu kojarzył się bardziej z whisky... whisky w beczce.

Po tym kremie lekka soczystość, kwaśność żurawinowego wydała mi się nieokreślona, a sama czekolada maślano-gorzka, bardziej płytka, a jednak pod koniec rozpuszczania się wszystkiego wyległa cierpkość (czerwonych owoców i kakao).

Czekolada, która została na sam koniec okazała się słodka, ale na szczęście też przyjemnie gorzka jak dym i... spalone drewno?

Kawałki skórki żurawiny smakowały prawie niczym. Co ciekawe, gdy mocno skupiłam się na pesteczkach, one lekką nutkę żurawiny miały. Niektóre były słodsze. Tonowały alkoholowość.

Posmak należał do mocnego, wódkowego alkoholu, słodyczy pudrowo-owocowej oraz niemal cukrowo-karmelowej. Czułam też kwaśność owoców: cytryn i czerwonych; soczystość, a także goryczkę kakao, czekolady, dym.

Całość jakoś do mnie nie przemówiła. Mocny alkohol, choć pod wpływem otoczenia (a może i sam taki był?) choć kojarzył się z whisky, to zalatywał też wódką i niestety spłycił resztę. Kontrastowy krem żurawinowy wyszedł dziwnie, był trochę nieokreślony. I cytrynowo kwaśny, i pudrowy. W dodatku ten smak żurawiny... był zaskakująco niejednoznaczny - z doświadczenia wiem, że świeża żurawina smakuje jak kwaśne jabłko i ten właśnie w tym kierunku poszedł (acz jabłka też są w składzie). W zasadzie to było dość ciekawe. Czekoladowy krem, choć mocno alkoholowy i trochę sosnowy (co akurat było intrygujące!), bazowo wydawał się mdły, maślany, wodnisty. W smak można się wciągnąć, można zjeść, ale bez emocji (więc dałam sobie spokój), z tym, że... Bardzo nie podobała mi się konsystencja kremów - ta śliskość wnętrza, maślaność i pylistość, i wodnistość. Niby zwarte i gęste (lubię takie), ale jakoś... w złym sensie. Tłusto, cukrowo, kwaśno, alkoholowo... a jednak w miarę poważnie i jednak nie mdło. Coś było w tym, że jedzenie tego było nieprzyjemne.
Nadzienie czekoladowe odlegle przypomniało mi "patyczkową" Firewood Brandy w tłuszczowo-mdławej wersji, jakby z dodatkiem czegoś w stylu Amarena Cherry.

Połowę oddałam Mamie; utwierdziłam się po prostu, że tego typu czekolady (alkoholowe, niedookreślone, gdzie królują dodatki - w tym przypadku nadzienia - a nie czekolada) już mnie nie interesują.
Smak Mamę zachwycił, tylko czekolada była jej trochę za gorzka. Wychwalała jednak "tę soczystą, owocową kwaśność, a i ten schnapps dobrze się wkomponował, nie był nachalny". Tylko przyznała się, że większość zjadła gryząc, uzasadniając: "bo to takie aż nieprzyjemnie śliskie było, jakbym czyste masło lizała, tak z poślizgiem okropnym się rozpływało; ale za sam smak 10 bym jej dała". I w zasadzie obie się zgodziłyśmy, że to nawet nie było to wszystko jakoś wyjątkowo tłuste, a dziwnie śliskie. Gdyby nie ten mankament, ja spokojnie dałabym 8.


ocena: 7/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 494 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, brandy z sosny pinii szwajcarskiej, syrop skrobiowy, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), napój ryżowy (woda, ryż, olej słonecznikowy, sól morska), żurawina, sok jabłkowy, koncentrat żurawinowy, orzechy laskowe, suszona żurawina, proszek kokosowy (pasta kokosowa, mleko kokosowe, mąka kokosowa), koncentrat soku cytrynowego, chipsy kokosowe, lecytyna sojowa, sól, lecytyna słonecznikowa, sproszkowana wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), pełny cukier trzcinowy, cynamon