Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marana. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 grudnia 2021

Marana Peru Cusco 70% ciemna

Ostatnimi czasy krążyłam jakoś między Tanzanią i Panamą jeśli chodzi o czekolady i... odkryłam, że na dobre wsiąkłam w te regiony. Pokochałam je! Wcześniej czekolady mi z nich smakowały, ale samym regionom niczego tak klarownie i mocno nie przypisywałam, aż w końcu... stało się. Mimo że lubię robić sobie degustacyjne serie, lubię trafiać tylko na dobre czekolady, czasem wolę nie mieć pasm samych zachwytów (nie to, że chcę trafiać na coś rozczarowującego; po prostu te najlepsze lubię sobie przedzielać zwykłą, dobrą czekoladą) czy za długich serii danego regionu. Wtedy czuję psychiczny przesyt, potrzebę przełamania, zmiany. To chyba wynika z lęku, że co mnie tak zachwyca, spowszechnieje i przestanie zachwycać. Peru jako region i Maranę jako markę też uwielbiam (cóż... jestem człowiekiem i czego bym nie napisała... lubię być czekoladą zachwycona), ale... wydało mi się to po prostu czymś innym od tego, co ostatnio jadłam. A i... to moja ostatnia posiadana tabliczka. Śmiesznie się złożyło, bo ostatnie Cusco to klasyczne 70 %, zaczęłam zaś od 100 %, potem 80 %, czyli jakoś... zupełnie nie po mojemu, ale bo tu akurat czułam, że tak lepiej.

Marana Peru Cusco 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Chuncho z Peru z regionu Cusco z okolic miasta Quillabamba.

Po otwarciu poczułam słodycz soczystych borówek amerykańskich i jagód, po których pojawiły się też dojrzałe truskawki, którym charakteru dodała odrobinka jeżyn. Odlegle może i cytrusowa nuta się zawinęła, jednak nikła pod naporem kwiatów i wanilii. Te wydawały się pochodzić od sernika zrobionego na porządnym twarogu. Leciuteńko, smakowicie kwaskawym. Kwiaty... zrobiły drobny ukłon w kierunku ziół, dzięki którym spod sernika i jego twarogowej części wydobyły odrobinę... melasowo-kruchego (maślanego?) spodu. W trakcie degustacji chwilami migał mi nawet jakiś... waniliowo-cukrowy bourbon?

Łamiąc trafiłam na niezły opór - tabliczka wykazywała porządną twardość, mimo wrażenia tłustości. Trzaskała głośno, jeszcze potwierdzając swą twardość.
W ustach z ochotą miękła, ale rozpływała się opornie w umiarkowanie wolnym tempie. Kawałek zachowywał kształt niemal do końca z racji zbitości i masywności, a maślaności mu nie brak. Gęsta, kremowa czekolada pokrywała usta lepko-tłustymi smugami, po pewnym czasie rozrzedzając je nieco soczystością. Ogólnie nie było na szczęście za tłusto dzięki szorstkawemu efektowi, wyczuwalnemu w porywach.
Jedynie nieco, bo pod koniec i tak trochę zatłuszczała. Towarzyszyło temu lekkie ściągnięcie z pogranicza owocowego a nabiałowego. Muszę przyznać, że oddawało to smak: kremowawy, owocowy sernik z twarogu miejscami średnio przemielonego, może ze scukrzonym sosem i spodem z grudek ze zmielonych ciastek.

W smaku pierwszą poczułam słodycz wanilii i kwiatów. Oczami wyobraźni patrzyłam na kwiaty wanilii, które jak wachlarz powoli odsłaniały karmel, mieszający się z masłem, że aż zmieniający się w toffi. To była dosłownie słodziuteńkość - nie ukrywam, że już na starcie nieco za silna.

Wspomniana maślaność zaprosiła sernik. Był to sernik maślany, delikatnie śmietankowy. Gładki, kremowy... w stylu amerykańskim. Przez chwilę pomyślałam, że ścieka z niego karmelowy sos, ale wtedy pojawiły się owoce.

Zaczęło się od słodkich, dojrzałych truskawek. Mignęły mi słodko-rześkie czerwone winogrona, a potem owoce przytoczyły nieco wyrazistszy, leśny smak. To ogrom jagódek, lekko cierpkawych, a po chwili... też słodkich. Poczułam gigantyczne, dojrzałe borówki amerykańskie. Słodycz rosła i odniosłam wrażenie, jakbym znalazła się w cukierni z sernikami amerykańskimi. Owocowymi i z owocami. Jasny, śmietankowy sernik z borówkami, a obok podobny, ale czysty, a z sosem... truskawkowym? Czerwony sos częściowo odpłynął w kierunku wina, które kryło się gdzieś na tyle. Tu jednak znów słodycz wirowała i przyniesiono kolejny sernik - cytrynowy. Oczywiście wysoce, chwilami aż cukrowo słodkie. Wszystko jednak podlegało motywowi przewodniemu: sernikowi.

Oprócz serników owocowych, śmietankowych na pierwszym planie w pewnym momencie znalazł się sernik czysty. Po prostu twarogowy, z najlepszego twarogu, jaki można sobie wyobrazić. Twaróg średnio przemielony, wilgotny, naturalnie mlecznie słodkawy. Twaróg odmieniany przez wszelkie przypadki, bez niechcianych kwasków, a jednak ze specyficznym charakterkiem. Twaróg marzeń, władający innymi nutami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa konkretniejsza nuta czerwonego wina wciąż związana ze słodyczą, zaczęła budować charakter kompozycji. Słodycz kwiatów z początku ruszyła nieśmiało ku ziołom, a ja poczułam lekką gorzkawość. Przez chwilę pomyślałam o ciastach z galaretkowymi warstwami albo... o galaretkach w ciemnej czekoladzie / polewie?

Cierpkość i lekka goryczka zasugerowały kakaowo-gorzkawe spody do serników. Takie... lekko twarogiem przesiąknięte. Wyobraziłam sobie spód tak zawilgocony, że udający wilgotnie maziste brownie. Wyszło to słodko, maślano, a jednak też sowicie kakaowo i jakby nasączono to procentami. Leciutko ziemiście? Procentami, które rozgrzewały, acz...

Nagle okazało się, że alkohol to raczej nie był, schował się przynajmniej. Sernik, utrzymując i opiewając nutę nabiału, stał na straży delikatności, choć i odrobinkę kwasku trzymał w ryzach. 

Wszystko utrzymywało też słodką soczystość, która na dłuższą chwilę nieco się przyczaiła. Po chwili wychynęła w nieco bardziej egzotycznym klimacie. Cytrusy (głównie cytryna, może podkręcona grejpfrutem) miały w tym swój udział. Oto popłynął sok z dojrzałych, miękkich brzoskwiń. Podkreśliły je muląco słodkie banany, kaki. Twaróg bardziej śmietankowy, kremowo-maślany po chwili je jednak w sobie zamknął, znów wyciszając niemal do drobnego, owocowego echa.

Ciemniejszy spód odszedł w zapomnienie; zwróciłam uwagę na jakiś zrobiony z... orzechów i daktyli? Zasładzających, trochę tonowanych maślanym motywem...? Albo zrobiony z przemielonych ciastek? Ta nuta nieco przypomniała o paloności, lekkiej ostrości.
Pojawiły się myśli o wypieku-spodzie... jaśniejszym, acz wciąż palonym. I nawet goryczkowatym? Melasowym! Poczułam drobną ziemistość i trochę dymu, mieszające się z lekko ostrą, niby korzennie karmelową słodyczą. W głowie był mi już nie spód, a ciastka. Ciastka maślano-melasowe, wciąż z sernikiem w tle. Robiło się jednak i coraz ostrzej, i słodycz rosła, nieco drapiąc w gardle. Jakby je coś rozgrzało... Jakieś whisky czy bourbon?

Posmak należał głównie do słodyczy kwiatów, wanilii i serników. Serników z maślanymi nutami, ale i słodkich owoców: leśnych, egzotycznych niedookreślonych. Wyraźnie czułam także łagodny twaróg. Było też lekkie ciepełko jakby... delikatnego, słodkiego alkoholu? Czegoś pikantniejszego i zasładzającego? 

Mleczna, serkowo-twarogowa i kwiatowa, karmelowa i korzenna, a także wyraźnie owocowa (owoce czerwone i cytrusy) była też Cacaosuyo, ale ta przegięła ze słodyczą przypalonego cukru pudru.
Kwiatowo-waniliowa, nabiałowa i owocowa (truskawki, cytrusy, ale i ogrom egzotycznych, soczystych) to też Marana Peru Cusco 80 %. Podlinkowana była jednak kwaśniejsza.
Dzisiaj opisywana nie wyszła kwaśno, gdy zaś o gorzkość chodzi - mowa jedynie o gorzkawości. Oparła się na neutralności twarogu i słodyczy. Urzekła mnie tym twarogiem i sernikami, obrazowością. Gdyby nie tak wysoka słodycz, miałaby maksymalną ocenę.


ocena: 9/10
cena: 38 zł (za 70 g - cena półkowa)
kaloryczność: 609 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

sobota, 16 października 2021

Marana Peru San Martin 80% ciemna

W zasadzie nawet nie zauważyłam, kiedy to w marce Marana się zakochałam. Podobnie zresztą nagle zakochałam się konkretnie w Peru San Martin 70%. Minęło raptem kilka dni, gdy poczułam ogromną ochotę na ich kolejną tabliczkę. Podlinkowana wydawała się tak pyszna, że trudno było mi wyobrazić sobie jeszcze lepszą. A dodatkowe 10 % kakao sugerowało, że... to jednak możliwe?!
Przy tej ponadto dowiedziałam się (albo sobie przypomniałam), że "Marana" wzięło się od słowa "maran", czyli nazwy kamiennego przyrządu, którym Peruwiańczycy mielili kakao. 

Marana Peru San Martin 80% to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao odmiany Amazonico z Peru z regionu San Martin z okolic miasta Tarapoto.

Po otwarciu poczułam soczysty splot limonki i cytryny, kwaskowością mieszający się i automatycznie przez to łagodzony przez jogurt. Nasączały czarną, wilgotną glebę, udekorowaną orzechami. Wyszła wilgotnie, mrocznie i... świeżo-"soczyście". Poprzez tę lekkość dochodziło do niej sporo delikatnych, jasnych kwiatów, dodających słodyczy. Ta wydała mi się chwilami aż odrobinkę pudrowa.
W tle czaił się charakterek, z racji którego pomyślałam o gorącym asfalcie zlanym letnim deszczem i wilgotnych liściach tabaki (składowanych do suszenia?), a także... czekoladowym mole (danie / sos meksykański).

Przy łamaniu tabliczka głośno trzaskała, ale nie była bardzo twarda. Doskonałym określeniem będzie za to: masywna.
Czekolada w ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym. Była kremowo-gładka, jedynie z pojedynczymi ziarnistymi wahnięciami; tłusto-zbita, gęsta, ale jednocześnie... jakby wyciskał się z niej sok. W dodatku lepki, zmieniający się w takową zawiesinę z echem tłustości. Kojarzyła mi się trochę z raw barem, z którego dosłownie wyciska się tłustość / oleistość orzechów i sok owoców.

Od początku czułam delikatny, wodnieście-soczysty, słodki motyw. Najpierw mignął mi jasny miód (niemal przezroczyście-słomkowy), zaraz jakby słodzik (dziwnie korzenny? melasa?). Słodycz była rześka, ulotna. Przypominała rosę na drobnych, zielonych roślinkach i jaśniutkich, delikatnych kwiatkach. 

W pewnym momencie pojawiła się gorzkawość i zaczęła rosnąć jako duet wilgotnej ziemi i orzechów. Wkroczyła ziemistość o roślinnie-cierpkawym wydźwięku, wciąż jednak nie dominująca. Raczej trzymała się naturalnie leśnego, trochę drzewnego klimatu. Pojawiło się lekkie ciepło, a z racji rześkości kompozycji przedstawiło się jako rozgrzany asfalt, który zlał deszcz. Deszcz... letni i przyjemny.

W połowie rozpływania się kęsa kompozycja na moment złagodniała. Lekko maślana, a trochę... jak łagodny, wręcz mleczny jogurt. Może aż nabiałowo słodkawy? Wydał mi się lekko przykryty kwiatami... Ich biel złączyła się w jedność.

Od ich rześkości i lekkości popłynął drobny kwasek, może cierpkość. Jogurtu greckiego? Nagle wzrosła, a takowy jogurt wyszedł niemal na pierwszy plan. Potem jednak opłynęła go soczysta, słodka kwaśność. Poczułam sok jabłkowy, robiący więcej miejsca kwaśności, która przywołała więcej owoców egzotycznych, acz nieokreślonych i cytrusów. Mandarynka zakręciła z cytryną, limonką. Z tą drugą gdzieś czmychnęła, zostawiając cytrynę. Ta wysforowała się naprzód, by następnie pocieszyć się słodyczą, dobierając ją sobie. Owoce zrobiły się słodko-kwaśne, ale zaraz straciły na pewności siebie. Chyba wyłapałam fioletowe winogrona. Kwiaty i rześkość przemieszały się z nimi, niwelując kwaśność.

Poczułam... melona. Najpierw kwaskawo-mdławego, wodnistego, potem intensywnie i soczyście melonowego, dojrzałego jak trzeba. Pomyślałam o melonie miodowym, za sprawą którego wrócił miód - lipowy?

Ziemia pod koniec po nich ukryła się pod wilgotną trawą, przypominając o powadze, ale mocno zmienionej (przybrała postać słodowej, na co wpłynął chyba motyw soku jabłkowego, który sam w sobie kojarzy mi się z piwem). Znów do głowy przyszły mi orzechy, asfalt... wilgotna ostrawość? Coś trochę jak słodzik? Melasa? W głowie zbierały mi się złudnie korzenne raw bary (z bananem?) i ciastka melasowo-słodzikowe. Trochę pikantniejsze, trochę "ciepłe" w wydźwięku. 

Pod koniec słodycz ta i ziemia pozmieniały owoce... ze świeżych w raczej liofilizowano-suszone... słodkie i aż nieco... pudrowe? Pudrowe, a jednak soczyste.

Po zjedzeniu został kwaskawy posmak cytryn, słodkich, wyrazistych melonów, miodu, ale i drobny akcent owoców bliżej nieokreślonych. Czułam kwiatowe złagodzenie, które głaskało jogurt i ziemię w wydaniu czyściutkim i lekkim. Asfalt odpowiadał za goryczkę, nawet pewne ściągnięcie.

Całość bardzo mi smakowała, a także zaintrygowała. Połączyła dosłownie delikatniusiość (kwiaty, melon, miód, roślinki) z mniej spożywczymi (ziemia, asfalt), charakternymi nutami Peru. Wiele zdziałał w tej sprawie rześki jogurt i jakby słodzikowy akcent.

Zupełnie inna niż 70 %, ale wcale nie charakterniejsza. Dziwnie wręcz łagodniejsza, acz nie słodsza a na pewno, gdy o moc chodzi. Jej kwaskawość była zrównoważona, a gorzkość całkiem nieźle wyczuwalna. Jednocześnie nie była tak siekierowa jak od 80 % można by oczekiwać. 
Może konsystencja do zmiany, ale smak nadrobił.


ocena: 10/10
cena: 38 zł (za 70 g - cena półkowa)
kaloryczność: 644 kcal / 100 g
czy znów kupię: może i bym mogła

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

niedziela, 19 września 2021

Marana Peru San Martin 70% ciemna

Myśląc o czekoladach zjedzonych w ostatnim czasie i rozplanowując kolejne degustacje aż się zastanowiłam, czy nie popadam w swego rodzaju rutynę. Chodziło o regiony i marki. Może dla kogoś z zewnątrz mogłoby się to więc wydać nudne, ja jednak... utwierdziłam się, że taką "nudę" lubię bardzo. W kwestii jedzenia "codziennego" jestem dość ograniczona, prawie ciągle jem to samo. A swoje "to samo" urozmaicam ciekawostkami, to jednak... no właśnie, tylko pojedyncze urozmaicenia. Dlaczego to piszę? Markę Marana postrzegam właśnie jako "niby prawie to samo, ALE". Ale wychodzi tak, że prawie każda tabliczka jest inna. Marka i kraj te same, zawartości niewiele się różnią; opakowania bardzo podobne. Smak jednak...? Tu już za każdym razem jest, co odkrywać! Tym bardziej, że to miała być moja pierwsza 70tka od Marany. Warto też jednak chwilę - pozornie! - podobnym opakowaniom poświęcić. Marana stara się pokazywać swoją tożsamość kulturową, dziedzictwo. Opakowania linii San Martin są inspirowane amazońskimi rycinami, nawiązującymi do magii i mistycyzmu, ale i codziennego życia mieszkańców Amazonii. Gigantyczne boa, syreny… zaraz obok farmerów w dżungli. 

Marana Peru San Martin 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Amazonico z Peru, z regionu San Martin z okolic miasta Tarapoto.

Po otwarciu poczułam wyrazisty, dość kwaskawy zapach kojarzący się z cytrynami "na słodko". Pomyślałam o orzeźwiającej lemoniadzie, ale zarejestrowałam też niemal śmietanową nutę. Oczami wyobraźni zobaczyłam śmietankowy krem cytrynowy; krem... aż nieco maślany? Był poniekąd łagodny "bazowo", ale soczyście owocowy jednocześnie. Za lemoniadą stały czerwone porzeczki, może też... hibiskus? Herbata z niego? Czułam też słodkie, trochę wodniste niby ciemnawe winogrona, może fioletowe... i egzotykę mieszanki w stylu "winogrona&guarana", coś trudnego do nazwania. Jakby taka... goryczkowata charakterność owoców, ale... ze złagodzeniem. Kwiatowym, jak upewniłam się w trakcie jedzenia.

Przy łamaniu gładko-tłusta już na dotyk tabliczka przedstawiła się jako bardzo twarda. Trzaskała niczym łamane suche i bardzo grube gałęzie, odznaczając się przy tym masywnością.
Ta w ustach w dużej mierze prędko odchodziła w niepamięć. Rozpływała się w umiarkowanym tempie, mięknąc, acz zachowując kształt i formę. Była nieco zbita, ale przy tym kremowa niczym gęsty, maślany krem. Tworzyła trochę pylistą zawiesinę, którą rozganiały trochę soczyste, niewielkie fale. I tak na przemian, aby w końcu zniknąć z lekkim ściągnięciem. Po zjedzeniu całości, czułam tłustawość na ustach. Jak dla mnie rozpływała się nieco za szybko i nie podobało mi się wrażenie tłustości.

Smak przywitał mnie wycofaną słodyczą. Mignął delikatny, śmietankowy biszkopt, rozwijający się nieśmiało w tle; pomachały do mnie owoce.

To na nie w pierwszej kolejności zwracałam każdorazowo uwagę. Otóż były słodko-kwaśne i egzotyczne, do głowy przyszły mi porzeczkowate, czerwone nie do sprecyzowania, ale... ususzone na jakiś herbato-napar. Otulone kwiatową słodyczą i delikatnością. Pojawiły się... guarana i hibiskus. O tak, hibiskus wyraźnie wplótł kwasek. Guarana zaprosiła cierpkość i goryczkę, ale... taką owocową (przypomniała mi się może raz w życiu jedzona papaja - słodko-mdła z goryczowatymi pestkami nie do jedzenia). 

Po chwili jednak do naparu wlał się miód. Mnóstwo, ogrom miodu. Złocistego, jasnego i zasładzającego. Słodycz wzrosła, będąc aż lekko mdławą. Czysta słodycz... skojarzyła mi się z zasładzającymi, a wodnistymi winogronami... niby ciemnymi, ale coś nie bardzo. Bardzo słodkimi, a jednak z domniemaniem kwasku. Takimi fioletowymi, różowawymi. 

Słodycz rosła, ale nie zapomniała o lekkim kwasku, z którym tworzyła dziwną jedność, stąd moje myśli powędrowały ku rodzynkom i figom...  jakby podkwaszonym? Albo kwaskawym miodzie? Albo otulającym coś kwaskawego. Pomyślałam o owocach "zrobionych na słodko". Jakby jakaś suszona / kandyzowana egzotyczna kostka? Na pewno m.in. kwaśno-słodki ananas. Potem jeszcze cytryna... ale w wydaniu orzeźwiającej - mimo że słodkiej - lemoniady? Może też marakuja (suszono-kandyzowana?)? Znów kwiaty wygładziły to swymi delikatnymi, słodkawymi płatkami.

Kwasek związany z lekką cierpkością mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa uderzył herbatą. Zabiły herbaciane dzwony wzywając wszelkie kwiatowe i suszkowato-roślinne, nieco korzonkowe motywy. Kompozycja zrobiła się nieco wilgotna... chłodna. Pomyślałam więc o korzeniach, drewnie porośniętym mchem... Lekko bagnisty klimat ustabilizowały orzechy pekan, same w wydaniu jakiegoś... maślanego kremu? Po czym wszystko to pochłonęła maślaność właśnie, nie zaburzając jednak owocowej soczystości.

Kompozycja złagodniała. Pokazała odrobinkę orzechów - tłustych pekanów konkretniej. Kwaśność owoców poprzez śmietanowo-śmietankowe tony przeszła w mleczność. Czekolada z czasem zaczęła wydawać się mleczna... Niczym mleko zasłodzone miodem do prawie złotego koloru i gęstości.
Śmietanka... skojarzyła mi się z jakąś biszkoptową, wilgotną roladą przeplecioną właśnie śmietankowym kremem... Na pewno miękką i wilgotną... aż lepką od miodu? Może był w niej też kwaskawo owocowy zawijas z żółtych egzotycznych? A na wierzchu... kandyzowano-miodowe, suszone owoce. Także pewna kwiatowość, bardziej jako łagodzący element miała się tu w najlepsze.

Bliżej końca poczułam, jakby tak te słodko-kwaśne owoce dodać do herbaty... Czyli jakbym miała do czynienia z herbatą owocową? Mocno owocową. To jedno, a drugi wątek obok: zupełnie jakby przepijać ten śmietankowy biszkopt herbatą. Pod koniec wyrazistszą i gorzkawą. Dziwnie płynęły obok siebie (a nie jakby biszkopt przepijać herbatą owocową).

Po zjedzeniu został posmak słodko-kwaśny i nieco goryczkowaty. Przeważająco owocowo-egzotyczny (trudny do nazwania), nieco herbaciany, ale także kwaśno-orzeźwiający. Jak soczyste cytryny (lemoniada?) i hibiskus. Czułam jednak także wysoką słodycz miodu... oblepiającego owoce łączące naturalnie kwaśność ze słodyczą właśnie. 

Czekolada wyszła słodko-kwaśno, jakby aż zapominając o gorzkości. Hibiskus, czerwone i inne owoce, winogrona oraz egzotyczne cytryny, a także niejasna mieszanina w wydaniu suszono-dosłodzonym wyszły intrygująco i orzeźwiająco, mimo że właśnie bardzo słodko. Ciekawa goryczka owoców rewelacyjnie wplotła herbatę i pekany. Maślana baza wcale nie wpłynęła na nie negatywnie, ciężko. Tyle tylko, że łagodziła, jak i kwiaty, ale... to wyszło raczej jakby stały na straży, by słodycz nie zasłodziła, a kwaśność nie przegięła. Dopomógł tu mleczny wątek. Już przy pierwszej kostce wiedziałam, ze będzie 9. Jedząc jednak, tak się wciągnęłam, nuty okazały się tak interesująco zestawione, że nawet nie zauważyłam, kiedy się w niej zakochałam. Niezwykle nieciężka jak na taką tłustość i słodycz, nieprzytłaczająca, a jednak z poczuciem konkretu (czekoladowego!).

Z regionu San Martin jadłam już Zottera Labooko Peru "Cacao Tocache" 72 %. Gdy tylko to sobie uzmysłowiłam... tak! Przecież to ten sam "słodki kwach" lub "kwaśna słodycz". Niezwykle dziwny wydźwięk... obstawiam, że jakiś egzotycznych owoców, których po prostu nie znam (a krążę nazywając je naokoło). Miód, egzotyczne owoce (kandyzowany ananas), cytryny, granat, a oprócz tego wiklina były podobne do mieszaniny egzotycznie-suszonych Marany, hibiskusa i herbacianych tonów z miodem. Maślaność w Maranie wyszła za to idealnie trafiona, w Zotterze zbytnio się narzucała.
Zotter Labooko Peru Milk 70 % smakowała mocno maślano-śmietankowym lemon curdem - mleczność tamtej do regionu jak widać świetnie się wpasowała.
A miodzikowość i kwiaty przy cytrusach i kwaśnych owocach rodem ze Standout Peru 70 %.


ocena: 10/10
cena: 38 zł (za 70 g - cena półkowa)
kaloryczność: 609 kcal / 100 g
czy znów kupię: może i bym mogła

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 13 sierpnia 2021

Marana Peru Cusco 80 % ciemna

Po Maranie Cusco 100 % uznałam, że pójdę tak trochę nietypowo dla mnie tym razem: od najwyższej zawartości do najniższej. I... w sumie nie miałabym nic do dodania, gdyby nie to, że decyzja zapadła dzień przed zjedzeniem, a pisząc wstęp - nie wiem dlaczego - przypomniałam sobie disneyowskiego Kuzco i jego lamią wersję. To ten, tego... lepiej się już czekoladą zajmijmy.

Marana Peru Cusco 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao Chuncho z Peru z regionu Cusco z okolic miasta Quillabamba.

Już otwierając opakowanie poczułam intensywny zapach limonek i cytryn w wydaniu nieco galaretkowo-goryczkowatym oraz kefiru czy raczej maślanki wpływających w... bezkresną czekoladowość. Jakby tak otulała pierwsze i wciągała drugie. Wydała mi się niecodziennie spotęgowana i podkręcona orzechami, jak również suszonymi liśćmi tabaki i ... drewnianymi pudełkami na cygara (ciekawostka: nazywa się to humidor)? Zaplątała się w tym lekka słodycz, jakby niemająca zupełnie znaczenia w tym wszystkim, a jednak reprezentująca konkretnie wanilię i kwiaty.
O wiele większą wyrazistością cieszyły się limonki i inne owoce egzotyczne: kwaśne, których nie umiałam nazwać. Była tam też cytryna... wydało mi się to aż takie... musujące jak... wino (musujące właśnie)? Piwo? Ono i jego słodowość zawracały myśli ku czekoladowości. Chwilami wydaje mi się, że kryła się w niej truskawka (może i truskawkowe / czerwone galaretki w czekoladzie?)... też jakby łącząca owoce z resztą.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała głośno z racji tego, jak twarda była.
Wrażenie to podtrzymała w ustach. Rozpływała się do pewnego momentu powoli, gęsto i maziście, zachowując zwarto-zbity kształt. Wydała mi się jędrna i mięsista, bardzo konkretna i za tłusta. Trochę jak... budyniowo rozpływający się tłusty deser, coś mulistego... ale z owocowym, minimalnie to rozrzedzającym wsadem-sosem, za sprawą którego pod koniec przyspieszała rozpuszczanie się i znikała.

W smaku od początku czułam nie za wysoką słodycz. Wydała mi się wręcz zwiewna, jak nieuchwytne, jasne winogrona rosnące jeszcze na winorośli. Odnotowałam wanilię oraz duet owoców i kwiatów. Jakby... chodziło o kwiaty wanilii i owoce rosnące wśród kwiatów na krzaczkach?

Oczami wyobraźni zobaczyłam krzaczki truskawek i poziomek, na których drobne czerwone owoce kryją się wśród kwiatów. Myślałam o... kolorze jasnym... beżowo-żółtym? Jakby słodycz miała jego wydźwięk. Kwiaty wanilii i jakieś żółtawe, słodko-kwaśne owoce - chyba brzoskwinie. Mignęły mi nawet dosłodzone wanilią... truskawkowe słodkości - naturalny, domowy zrobiony z nich dżemo-żel / galaretka?

Następnie opływała to łagodząca nuta nabiału. Maślanka? Odnotowałam drobny kwasek... coś kefirowo-śmietankowego... Smakowity kwasek rósł, ale nie mocno. To było jak picie chłodnej maślanki / kefiru w upalny dzień, a potem... Nabiał zmienił się w śmietankowo-waniliowy budyń... na pełnym... czy może jakimś kokosowym mleku / śmietance? By później pojawiła się nieco cięższa maślaność, odchodząca na tył.

Tam, po paru chwilach czekała ją niespodzianka. Wtopiła się w niekończącą się czekoladowość. Pomyślałam o dość tłustym, budyniowym brownie (albo "browniowatym budyniu") z cierpkawym motywem. Były w nim orzechy, nakręcające sprężystość, soczystość... młodych, świeżo-ciastowowilgotnych sztuk.

Orzeźwienie już wcześniej przejawiało leciutki kwasek (nabiału). Myślałam o takim podbuzowanym... Zaraz jednak ta czekoladowość i cierpkawość przywiodły coś aż musująco-bąbelkującego... Zasugerowały piwo z odrobinką kwasku, też podchodzące pod limonkę, ale myślałam o nim raczej jako o słodzie i... Do głowy przyszło mi wino, ale raczej jako "nuty wina" niż alkohol.

Wina różowego? Pojawiły się słodkie owoce. Truskawki i poziomki zmieniały się w fioletowy agrest i... Fioletowe winogrona...? Jakby suszące się? Toż to rodzynki! Wzrosła słodycz. Pojawiły się czerwone owoce oraz marakuja, ale także inne, egzotyczne, których nie umiałam nazwać. Pomyślałam o rodzynkach, niemal karmelowych i... orzechowo-soczystych? Może też z papkowatymi, naturalnie karmelowymi daktylami? Nagle objęły dowodzenie nad całą słodyczą Specyficzne, bo zestawione z innymi suszono-egzotycznymi owocami. To niemal muląco słodka, soczyście-jędrna brzoskwinia i... ananas? Słodko-kwaśne marakuje i miechunki? Przewijał się w nich kwasek, stąd i cytrusy z czasem się wychyliły. Cytryna, może odrobinka limonki... W nieco jednak żelowo-galaretkowatym (w 100%ach naturalnym) wydaniu, a więc złagodzonym i słodszym? Znów na myśl przyszły mi physalis i marakuja, ale... też trochę innych żółtych suszonych?

Te, wraz z rosnącą słodyczą zdawały się jednak wtapiać w ciasto. Niczym w brownie-czekoladowym bagnie / ruchomych piaskach. Zupełnie jakby tak... zrobić brownie na bazie daktyli? To już trochę zasładzało... Odnotowałam na szczęście znowu drzewną, żywszą nutę. Jak tabaka... lekko zawilgocona "czekoladowo", pudełka na cygara i... drzewna słodycz? Wanilii i suszonych owoców?

Pod koniec złagodziła to trochę maślano-orzechowa czekoladowość, by zostać w posmaku jako dość tłuste, cierpkawe brownie zestawione z kwaskiem słodkich owców (marakuja, cytrusy, winogrono-rodzynki) i odrobinką nabiału. Niby łagodnego, ale też z odrobinką kwasku. 

Całość wyszła bardzo ciekawie - zwłaszcza ten smak czegoś musującego i poziom czekoladowości. Mimo wielu kwaskawych nut, nie było bardzo kwaśno. Naturalne kwaśności były tu naturalnie łagodzone. Taak, właśnie łagodnie to to wyszło, a i tak pysznie. Chociaż... za nic nie zgadłabym, że to 80 %; obstawiałabym 70. Silną słodycz jednak wybaczam, zwłaszcza, że wpisała się w daktylowe brownie. 
Nuty nabiału od maślanki po budyń oraz te żółto-złote owoce (soczyste brzoskwinie, egzotyczny miks marakui, ananasów, miechunek - trochę podsuszonych) z czerwonymi (truskawki i inne) cudownie splótł winogronowo-rodzynkowy smak. Ten napędził słodycz aż karmelowo-daktylową, a wanilia... ta doprawiała owoce cały czas. Gorzkości prawie nie uświadczyłam, ale goryczek nie brakowało, a poziom czekoladowości i tak był wysoki. Podobało mi się jego podsycenie orzechowo-drewniano-cygarowymi nutami.
Wolałabym jednak mniej tłustą konsystencję, aczkolwiek... nie mogę powiedzieć, by ta mazistość i mięsistość nie pasowały do smaku. Akurat dzisiejszy oddawały doskonale.
Czekolada przez duże C.

Browniowato-budyniowa, a więc też "śmiesznie" wytworowa jak np. "sernik, którym była Cusco 100 %". Aż mnie zaskoczyły, ile w nich nut zbliżonych, ale tu ewidentnie zmienionych za sprawą słodyczy. Kwaśny kefiro-twaróg, gorzkawo-ciastowe orzechy, wiśnie, alkoholowo-beczkowe, czerwone wino 100 % kolejno można przypisać maślance i śmietankowemu budyniowi, orzechowemu brownie, truskawkom z wanilią, cygarowym pudełkom i musującym piwom / winom dzisiejszej. Różnią je jednak owoce: 100 % to więcej cytrusów (w tym słodkie pomarańcze), 80 % to o wiele więcej ogółem, ale w tym słodko-kwaśne egzotyczne i suszone (rodzynki, daktyle). Bardzo istotna różnica to to, że 100 % była aż korzennie ostrawa chwilami.
Wszystkie te owoce, karmelizowano-orzechowa słodycz i "wegańska śmietanka" za to pasują do nut Piura 80 %. 
Marana jak widać, ciekawie oddaje regiony. Wyciąga z nich, co charakterystyczne, co oczywiście umożliwia % kakao.
Winogrono-rodzynki z alkoholowym podszyciem, maślaność, drewno i delikatne orzechy normalnie rodem z Zotter Labooko Peru Chuncho 72%. Zotter jednak o wiele bardziej podpadł mi strukturą awokado.


ocena: 9/10
cena: 38 zł (za 70 g - cena półkowa)
kaloryczność: 644 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

niedziela, 8 sierpnia 2021

Marana Peru Cusco 100 % ciemna

Wybór pierwszej czekolady marki Marana był łatwy - Peru Piura 80 % bardzo wyróżniała się opakowaniem (i datą). Problem był, po którą sięgnąć jako po następną? Zdecydowałam, że po najmniej moją, czyli dzisiaj przedstawianą.

Marana Peru Cusco 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao Chuncho z Peru z regionu Cusco z doliny Quillabamba.

Po otwarciu poczułam wręcz przenikliwy zapach cytrusów nasączających i tak już wilgotny twaróg oraz ciemną ziemię. Wszystko to gubiło się częściowo w kawie. Cytryna i słodko-kwaśna pomarańcza zaraz złagodniały, mieszając się z innymi owocami. Czułam wiśnie podbudowane alkoholem, kojarzące się trochę z winem i... zawilgoconymi, nasączonymi nim beczkami i korkami od butelek. Ziemiście-kawowe tony z czasem odsłoniły sporo orzechów: głównie włoskich, ale i laskowych... Były to jednak orzechy jakby z ciasta wyjęte... wilgotnego ciasta? Sernika również ze skórkami pomarańczy? Wilgotna była na pewno nuta twarogu. To właśnie nabiał z czasem przejął kwasek, kojarząc się z niemal podbuzowanym kefirem.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała pięknie, bo była bardzo twarda. Gdy kostka zahaczała o inną, potrafiła wyrzeźbić w niej rysę.
W ustach rozpływała się długo, ale nie opornie. Pomyślałam o trzymanym w lodówce gęstym maśle orzechowym z drobinkami, które dopiero się ociepla. Kawałek niechętnie zmieniał formę, wolał roztaczać wokół siebie gęstą, wysoce lepką masę. Czekolada niby była gładka, ale chwilami trafiłam na grudkowaty efekt. Była niczym... wilgotny, lepki twaróg (sprzedawany w kostkach). Udawała go doskonale - aż byłam w szoku. Potem doszła do tego lekka soczystość, jednak i tak wyszło to dość ciężko... Tak lepiszczo, pozytywnie ciężko, nie że za tłusto.

Smak ruszył ostrożnie, zaczynając od niemal neutralnego nabiału i maślaności. Pomyślałam o delikatnym twarogu i wysoce maślanym cieście lub... tłustym kremie z orzechów. Jakby masło orzechowe z np. laskowców? Albo orzechowy sernik? Sernik z zacnego, smakowitego twarogu: wilgotny i lepki. Ser biały ze specyficznym kwaskiem okazał się charakterną bazą.

Szybko odezwały się owoce, nadające kompozycji jeszcze więcej życia. Wzrosła kwaśność, za czym stanęły cytrusy. Zreflektowała się jednak prędko, a one zdecydowały się na goryczkę. Wyraźnie czułam gorzkawe skórki słodkich pomarańczy i innych.

Oto wiśnie ruszyły z impetem. Słodko-kwaśny, cierpkawy smak rozpłynął się po ustach. Pomyślałam o czerwonym winie dość słodkim, lekko "beczkowym", drewnianym i alkoholowej, dobrej bombonierce. Zawierać musiała wiśnie w alkoholu, ale też jakieś wiśniowe trufle? I może nie tylko. Do głowy przyszły mi też rodzynki nasączone alkoholem.

W tym czasie zmieniać zaczął się także nabiał. Jakoś w połowie rozpływania się kęsa jego kwaśność stanęła na pierwszym planie. Jakbym miała do czynienia z podbuzowanym, wyrazistym kefirem. Skończył się jednak po pewnym czasie, a twaróg... trwał, tonując już kwaśność, ale nie odrzucając jej zupełnie. I z nim zmieszała się goryczka. Pomyślałam o... twarogu "dziadkowo-wioskowym", nieco... starym? Takim właśnie goryczkowatym... Któremu jednak częściowo udało mu się zachować smakowity charakter i kwasek. Poniekąd odpowiadał za łagodzenie.

W tym pomogły mu orzechy. Odjęły mu część gorzkości. Wyraźnie czułam orzechy włoskie i pekan, wzmocnione ziemistymi tonami. Były to orzechy zgorzkniałe, może również starawe... I jak z ciasta wyjęte? Zawilgocone? Jako zawilgocony, orzechowy spód sernika? Do głowy przyszły mi jakieś pestki, ale nawet nie wiem, czy pestki-ziarenka czy pestki owoców... Zbyt szybko umknęły (przy każdym kęsie!). Ponownie pomyślałam o drewnie i beczkach nasączonych alkoholem. Wyłapałam odrobinę słodko-korzennych, cieplejszych sugestii.

Cierpkość kakao i ziemi bliżej końca wygładziły się... zaczęły chylić się trochę ku kawie. Ta aż kwaskiem na koniec mignęła, acz... jakby osłodziło ją coś korzennie... melasowego?

W posmaku pozostała kwaśność... cytrusowo-nabiałowo-wiśniowa (jakby tym razem przekornie to twaróg zamknąć w owocach). Czułam taninę wina czerwonego, jak również kefirowo-twarogowy splot. To jednak wydawało się otoczone i złagodzone mieszanką orzechów i oprószone kakao po prostu. Było soczyście, a przy tym... jakby esencjonalnie... twarogowo-orzechowo.

Dawno nie jadłam tak dziwnej czekolady. To dosłownie twaróg z różnymi niuansami w formie tabliczki. I struktura, i smak... no twaróg! Aż nie mogę się nadziwić. Była o wiele bardziej twarogowa niż wiele czekolad mających oddawać sernik, a przy tym... aż mało czekoladowa. Kupiła mnie tym jako "dziwo-ciekawostka". Wszelkie "stare" nuty może nie brzmią dobrze, ale była to ich taka "starość" w odpowiednim punkcie. W niektórych było coś tak specyficznego, że aż uzależniającego.
Twaróg, orzechy oraz sporo wiśni, wina i cytrusów, podkreślonych alkoholowo-drzewnym, przyprawionym akcentem sprawiło, że kompozycja wyszła prosto, przejrzyście i genialnie w tym. Mało słodka, znacząco kwaśna i gorzkawa, konsekwentna w swej niecodzienności.
Przypomniała mi się "maślankowo kwaśna maślaność" Morina Perou Chanchamayo Noir 100 % - jak dobrze, że Marana nie była maślana! Meybol 77 % wyszła bogatsza w nuty, ale wiodące kwaśny nabiał i cytrusy, podszyte ziemią i przyprawami w sumie się pokryły.


ocena: 10/10
cena: 40 zł (za 70 g - cena półkowa)
kaloryczność: 663 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa

sobota, 31 lipca 2021

Marana Peru Piura 80 % ciemna

 Nie lubię zaczynać serii od potencjalnie najlepszych, ale tym razem tak się stało. W dodatku w przypadku marki dotąd mi nieznanej. Po prostu ta jedna raz, że miała krótszą datę, a dwa... też jej opakowanie się wyróżniało i tym samym rzuciła mi się w oczy. Doczytałam, że pochodzi z linii inspirowanej akwarelami peruwiańskiego malarza Pancho Fierro, który w swych pracach uwiecznił życie i zwyczaje Peruwiańczyków z XIX w.
Ciekawe, że nazwa tej marki to celtyckie imię oznaczające "wodna", ale... obstawiam, że twórcy nie to mieli na myśli, bo są z Peru i angażują się lokalnie (więc wątpię, by interesowali się Celtami). Farmerzy od lat uprawiają tam organiczne kakao ręcznie, a marka podpisując z nimi umowy, odmieniła ich codzienność na lepsze. Dbając o środowisko, chce przedstawić światu korzenie smakowe tego kraju. Na dobrą sprawę, dopiero czytając o tym wszystkim zorientowałam się, że... jak nic wpisało się to w moją "peruwiańską serię"!

Marana Peru Piura 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao odmiany Blanco z Peru, z regionu doliny Alto Piura.

Po otwarciu uderzył mnie soczyście-kwaskawy zapach owoców z cytrynami na czele, które to zdawały się zalewać i nasączać ciemną ziemię i dym. Te odpowiadały za gorzkość w tle. Raz po raz mignęły mi za jej sprawą orzechy, może słód. Wśród owoców czułam jeszcze niezbyt dojrzałe, kwaskawe wiśnie i egzotyczne żółte, odpowiadające za słodycz. Dojrzały ananas i jakieś nieokreślone. Słodycz ogólnie była niska, ale i karmelowe echo się znalazło. Łagodziła kwasek, który chwilami pokazywał także nabiał: kefir, mieszający się ze śmietanką.

Tabliczka miała kolor ciemnej mlecznej, a i twarda była jakby głównie dzięki grubości. Trzaskała, acz nie bardzo głośno, przy łamaniu sprawiając wrażenie, jakby była bardzo pylista. Taka tłustawo-pylista tafla.
W ustach rozpływała się bardzo łatwo i kremowo w średnim tempie. Była przesadnie tłusta i raczej esencjonalnie zbita; konkretna. Pozostawiała gładko-maziste smugi, przeplatając je nieco soczystymi "dopływami", by znikając, zostawić smugi tłuszczu. Na szczęście nie wyszła jak gruda tłuszczu, bo nie brakowało jej pylistego efektu, który wkraczał chwilami. 

Jako pierwszą poczułam słodycz palonego cukru i egzotycznych, soczystych owoców. Na pewno dominowały żółte, ale i czerwonych nie brak. Najpierw pomyślałam o dojrzałym mango i cierpkawym ananasie, do których zaczęła docierać żywsza, lekko kwaskawa soczystość. Chyba wyłapałam cytryny, niedojrzałe nektarynki (?), po czym mignęły mi pomarańcze.

Karmel i pomarańcze, a dokładniej ich lekko goryczkowata skórka zaprosiły gorzkość dymu. To było trochę jak zasłona dymna dla niektórych owoców. Soczystsze na chwilę przeszły w bardziej po prostu słodkie, suszono-duszne morele z gorzkawo-suszonym zacięciem.

Kwaśność odleciała od nich, wpisała się w dym i przywiodła ziemię. W połowie rozpływania się kęsa dym kłębił się i kłębił, walcząc z wilgotną, chłodną ziemią. Był to jakby... ciężko-wilgotny dym na mnóstwie ziemi. Nagle dosadna gorzkość dosłownie uderzyła. Dym i ziemia zderzyły się ze sobą, upuszczając ten drobny chłodek...

Który z czasem chwilami podchodził pod chłodno-tłustawą nijakość. Jakby czekolada rozrzedziła się smakowo. Zaraz jednak załapałam, że to smak maślany, taki... tłuszczowy. Czułam tłusty nabiał: śmietankę? Śmietanę? Może nawet orzechową (wegańską; moje wyobrażenie)?

Wilgotny dym zdawał się nasączony cytrusami. W pewnym momencie pomyślałam o surowym kakao i słodzie... To znów więcej gorzkości... rozmytych / przysłoniętych orzechów nie pierwszej świeżości. Wyrazista ziemia wyszła na pierwszy plan. Słodycz też się nie poddała - trwała obok, sugerując karmelizowane orzechy... Cukrowo-przypalone aż do goryczki? Tak, ta też zdecydowanie wzrosła w karmelowym kontekście.

Oto po dłuższym czasie rozpływania się kęsa dym nieco opadł nieco, pokazując sporo gorzkiej ziemi. Gorzko-kwaśnej, bo kryły się w niej też wiśnie i inne drobne czerwone... jakieś różne i kwaśno-niedojrzałe i takie miękko-cierpkie... Sugerujące cierpkość także nabiałowi, z czego wyszedł kefir i śmietana. 

Czekolada pod koniec złagodniała w słodko-tłustym i jednocześnie śmietanowo-cierpkim kontekście. Maślaność mieszała się z karmelem... dziwnie jednak lekko soczystym. Pomyślałam o morelach i jakiś egzotycznych owocach... "lekko gryzącym" efekcie po zjedzeniu ananasa?

Po zjedzeniu został posmak cytrusowo-ananasowo-ziemisty, bardzo zadymiony i śmietankowo-śmietanowy. Czułam lekkie ściągnięcie, jakby taninę. 

Całość była smaczna, ale o nieprzyjemnej konsystencji (za tłustej!). Już nawet nie chodzi o to, że nie lubię zbyt tłustych tabliczek, ale w przypadku tak soczyście-rześkiego smaku to nawet nie pasowało. Nuty cytrusów, egzotycznych mango, ananasów oraz moreli i wiśni, ziemia, dym i orzechy były po prostu boskie, acz obracające się wokół kwaśności. Stąd wolałabym, by nieco ująć słodyczy, a podrasować gorzkość (np. zmieniając cukier z białego na trzcinowy?). Gdyby tak choć jeden z tych elementów zmienić, miałabym problem, czy 9 to nie za mało. A tak... niestety ocena aż do 8 spadła.

Przypomniałam sobie również łagodną śmietanowo-śmietankową, a jednak niepozbawioną charakteru ziemi, ze sporą ilością owoców (w tym podobnych moreli i czerwonych, cytrusów) i orzechami OB Piura Porcelana 75 %. Tamta jednak była słodka w przyjemniejszy, karmelowo-miodowy sposób, a znacząco odróżniła ją nuta przypraw korzennych.
Również cytrusowa, morelowo-mangowa i ogólnie owocowa, ziemista (choć bardziej drzewna) była Pacari Piura Quemazón 70 %. W niej czułam "wegański sernik", co w dzisiaj opisywanym można porównać do "orzechowej śmietano-śmietanki" oraz wino - w dzisiejszej "wiśnie i inne czerwone".
Nutę nadpsuto-karmelizowanych orzechów przypomniała mi za to Zottera Labooko Peru 100%, ale przy tym dotarło do mnie, że za nic nie zgadłabym zawartości kakao dzisiejszej. Mimo wszystko obstawiałabym raczej granicę 70-75 %.


ocena: 8/10
cena: 38 zł (za 70 g - cena półkowa)
kaloryczność: 644 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy