Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciastka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciastka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 maja 2026

biszkopty Italliamo Savoiardi Sardi

Mam stały plan, system recenzowania słodkości. Zdjęcia zawsze muszą być rano, w kuchni, przy odpowiednim świetle. Tym razem się z tego wyłamałam i w ogóle na to, by obiekt dzisiejszej recenzji obfotografować i opisać, wpadłam spontanicznie. A jestem uosobieniem braku spontaniczności. Robiłam wieczorem Mamie tiramisu i zorientowałam się, że dziś przedstawiane biszkopty są zupełnie inne niż Andante Biszkopty Ladyfingers. Przy podlinkowanych zastanawiałam się, czy nie są przypadkiem bardzo bazowe, charakterystyczne dla tego typu biszkoptów. Te dały mi odpowiedź. 

Italliamo Savoiardi Sardi to "sardyńskie podłużne biszkopty" typu ladyfingers marki własnej Lidla, wyprodukowane we Włoszech dla Lidla.

Po otwarciu poczułam zapach słodkich, jajecznych biszkoptów z echem jakby wytrawnych, trochę tekturowych wafli. Coś mi w nich nie grało.

Wielkie, grube biszkopty były zaskakująco lekkie jak na swoje gabaryty. Wyglądały na wypieczone minimalnie i lśniły od drobnych kryształków cukru.
Biszkopty w dotyku wydawały się suchawe i delikatne, ale gdy tylko je przełamałam czy odgryzłam kawałek, zdradziła się ich miękkość. O ile wierzch, skorupka była nieco bardziej twardo-krucha, tak środek wydał mi się dosłownie mięciutki i puszysty, lekki, trochę wręcz "bułeczkowaty". Jakby spulchniono napowietrzony?
W trakcie jedzenia biszkopty trzeszczały od cukru, który widać gołym okiem na wierzchu i miękko wlepiały się w zęby, po czym zaraz się rozpuszczały. Gdy w ogóle ich nie gryzłam, a pozwoliłam im się rozpuszczać, jakby uchodziło z nich powietrze, a one dały się poznać jako puszyste, piankowe i spulchnione. Mięciutkie i delikatne. Do jedzenia osobno taka forma może i jest przyjemniejsza od masywnych i suchych Andante Biszkopty Ladyfingers, ale w tiramisu to nie grało (więcej o tym, jak sprawdzają się w tiramisu, na dole, pod recenzją). 

W smaku zależy jak się je ugryzie.
Gdy najpierw brzeżek, gdzie więcej skorupki, od razu czuć wysoką słodycz. Zapewne od kryształków.

Gdy nie gryzie się samych "końcówek", gdzie najwięcej brzegów (dziwnie to brzmi), a tak bardziej ze środka (czyli dotyczy to większości każdego biszkopta) wydawały się najpierw zachowawczo słodkie. Słodycz powoli rosła wraz z wyraźnym, jajecznym smakiem. Ogólnie były bardzo łagodne, wypieczone leciutko, a w tle odnotowałam jakby papierowo-kartonowy motyw. Nie zdążyłam się na nim skupić i już szarżowała słodycz od rozpuszczających się drobnych kryształków.

Choć biszkopty wydały mi się nie takie ogólnie przecukrzone, to słodkie nierównomiernie, przez co w pewnym momencie słodycz bardziej porażała i denerwowała.

Andante Biszkopty Ladyfingers mają inne wady, dziś przedstawiane inne, i szczerze, jakbym miała któreś jeść osobno, wolę opcję pomiędzy, czyli małe okrągłe (np. Auchan Biszkopty). A jednak... takie długie ponoć służą głównie do tiramisu. Stąd i recenzując, także to, jak się w nim sprawdzają, warto uwzględnić.

Jak dziś prezentowanym poszło w tiramisu?
Namaczane szybko za bardzo miękły i potrafiły się rozpadać. W zasadzie wystarczy sekunda nieuwagi, by się wygięły i rozpadły w palcach. Gdy Mama zabrała się do nakładania tiramisu, okazało się, że biszkopty tak rozmiękły, rozmokły że nie da się wyłożyć na talerzyk kształtnego kawałka. Ciasto rozpadało się. Kiedy zasiadła do jedzenia, okazało się, że "nasączenie" wypłynęło z nich na spód. Były miękkie i ponoć zdecydowanie za bardzo mokre. Mama podsumowała, że nie nadają się do tiramisu (mimo że na opakowaniu takie przedstawiono ich przeznaczenie). Ich smak ponoć w tiramisu też się nie sprawdził, bo nie zachował kawy, którą je nasączyłam, a same po prostu... były. Co ciekawe, likier amaretto jakoś dał radę się w nich utrzymać. Odrobinkę skubnęłam i... faktycznie. Czuć słodkawo-kartonowy biszkopt i likier, pobrzmiewała jakaś goryczka, ale kawa jakby... wypłynęła z nich? Dziwny efekt. Okropny. Kompletnie mokra struktura, jakby wyjęte z wody, to porażka.

Do tiramisu - a takie przeznaczenie podano na opakowaniu ("idealnie smakują jako przekąska lub jako składnik tiramisu czy innych deserów") - nie nadają się. To przesądziło, że wystawiłam 4, nie 5. Bo gdyby jeszcze nic nie pisali, nie sugerowali przeznaczenia... Biszkopty jako jakieś tam biszkopty no, mogły by być. Uznałabym, że twórcy po prostu mieli taki pomysł: na miękkie biszkopty. No, ale nie do tiramisu mi z tym, moi drodzy... Forma do czegokolwiek nieporęczna. Smak niby w porządku, a gdyby był bardziej wyważony, bez cukru na wierzchu, mogłyby być przyjemne.

Sprawdzając recenzję tknęło mnie, by zgooglać "sardyńskie biszkopty". Nie znalazłam nic konkretnego oprócz paru zdjęć słodkości wyglądających jak eklery z takimi biszkoptami i kremem z mascarpone. Do tego takie długie, duże biszkopty mogłyby pasować, jednak coś czuję, że te zrecenzowane szybko by zamokły.


ocena: 4/10
kupiłam: Mama kupiła w Lidlu
cena: nie pamięta
kaloryczność: 361 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: 45% jaja, mąka pszenna, cukier

niedziela, 5 kwietnia 2026

Andante Biszkopty Ladyfingers

Mama uwielbia tiramisu, ale sklepowe z kiepskimi składami przestają jej odpowiadać. Choć nigdy nie próbowała, ma jakieś opory przed zrobieniem go, stąd słysząc już po raz kolejny, jak to chciałaby zjeść dobre włoskie tiramisu, zaczęłam przeglądać rozmaite przepisy i uznałam, że jej to tiramisu w końcu zrobię. Wszak likier likier Bartex Amaretto Diletto [18 LAT+] wciąż stał i czekał. Nie myślałam, że ta recenzja się tu pojawi, jednak dosłownie w ostatniej chwili, spontanicznie pomyślałam, że chyba jednak trzeba ich spróbować, by wiedzieć, jak słodzić resztę. Swoją drogą, marka ciekawie podaje skład - wszystko "na 100g produktu". Przygotowując recenzję do publikacji, z zaskoczeniem odkryłam, że stoi za nimi producent Góralków i Lusette.

Andante Biszkopty Ladyfingers to biszkopty typu ladyfingers (sponge fingers / savoiardi / boudoirs), produkowane przez I.D.C. Polonia S.A.

Biszkopty pachniały wyraziście, ale delikatnie najzwyklejszymi, słodkimi w prosty sposób biszkoptami. Nie do końca jednak okrągłymi, choć niewątpliwie był to zapach zwykłych: jajecznie-pszennych i o dziwo nie uderzających cukrem. Wydały mi się bardzo bazowe, podstawowe, a jednocześnie... już w zapachu delikatniejsze od okrągłych biszkoptów.

W dotyku biszkopty były suche i sypały się. Długie i grube ciastka wydały mi się jednak zaskakujące lekkie i jednocześnie konkretne. Łatwo je przełamać - nie wydawały dźwięku. Przy odgryzaniu kawałka zaś trafiałam na jakby pewną wewnętrzną miękkawość. Środek był właśnie jakby bardziej miękki niż sucha "skorupka", skórka na wierzchu. Ogólnie jednak i tak jawiły się jako w pewien sposób konkretne. Nie ciężkie, a konkretne.
W ustach biszkopty natychmiast miękły, zmieniając się w gęstą i w pewien sposób masywną papkę. Bardzo wklejały się w zęby. Rozpuszczały się szybko, przy czym suchość natychmiast odchodziła w zapomnienie.
Wydały mi się konkretniejsze, jednak nie twardsze - od przeciętnych okrągłych biszkoptów (za takie uważam np. biszkopty Delicpol dla Auchan).

Robiąc tiramisu, nasączałam je w kawie z likierem. Bardzo łatwo nasiąkały tą mieszanką, miękły i robiły się bardziej pulchne, ale nie rozpadały się. Uginały pod naciskiem, ale zachowywały swój kształt.

W smaku pierwsza rozeszła się słodycz. Wyraźna, średnio wysoka. Cukrowość o dziwo wcale nie szarżowała, a słodycz wpisała się w łagodny, zwyczajnie biszkoptowy klimat.

Czuć, że to biszkopty jajeczne i pszenne. Były łagodnie wypieczone i właśnie... ogólnie bardzo łagodne. Głównie za sprawą tego naprawdę bardzo delikatnego stopnia wypieczenia. Słodycz po chwili zaczęła jednak szybko rosnąć. Bardzo szybko, że po chwili zrobiło się za słodko. Słodycz zdominowała resztę, zbytnio się rządziła. Motyw łagodnych, wyważonych w kwestii jajeczności i pszenności, biszkoptów, wręcz biszkopcików pozostał w tle. Nie odnotowałam tam jednak żadnych innych nieprzyjemnych posmaków - wyszły niczym biszkopty ze zwykłej, naturalnej cukierenki.

Końcowo słodycz wyszła zbyt cukrowo, trochę nachalnie, ale w zasadzie jeszcze nie tak okrutnie cukrowo, jak można by się obawiać. Ogół do końca, mimo przesadzonej słodyczy, jawił się jako łagodniejszy, delikatniejszy od przeciętnych biszkoptów okrągłych (odnoszę się do np. biszkoptów Delicpol dla Auchan).

Po zjedzeniu już małej ilości czułam się przesłodzona, ale nie było to drapanie cukru, a po prostu posmak za słodkich, jasnych jajecznych biszkoptów-biszkopcików.

To najzwyklejsze, słodkie biszkopty, które smakują właśnie tylko i aż biszkoptami. Charakteryzują się łagodniejszym, mniej wypieczonym smakiem, więc na pewno posmakują osobom, które nie lubią mocno wypieczonych ciastek. Ogólnie jawią się jako bardzo bazowe, wyjściowe, ale zdecydowanie przesłodzone. Dobrze, że po prostu cukrem, a nie syropem i aromatami. A strukturę miały dość masywną. Do jedzenia osobno chyba nieco zbyt sucho-masywną, jednak gdy pomyślę o tym, że to biszkopty do tiramisu, masywność tę widzę w pozytywnym świetle.

Do tiramisu się sprawdziły, acz musiałam trochę ostrożniej podejść do kwestii słodyczy ogółu. 

Mama kończyła biszkopty, które zostały z tiramisu i wydała taki osąd: "No, biszkopty same w sobie to obecnie nie moja bajka. Słodkie, za słodkie, a tak... faktycznie jakby takie delikatne, leciutko wypieczone. Strukturę za to mają bardzo masywną, konkretniejszą niż te zwykłe okrągłe. Wydaje się, że idealna do ciast, że lepiej się jako warstwa niż te okrągłe mogą sprawdzać. Do jedzenia osobno są jednak za suche, bez mleka nie przejdą".

Obie jednak przyznałyśmy, że odnosimy się do okrągłych biszkoptów ze wspomnień, dawno takich nie jadłyśmy (nawet biszkopty Delicpol dla Auchan recenzowałam przecież w 2020). Nie mamy też porównania z innymi długimi biszkoptami. Możliwe, że trafiłyśmy na konkretniejsze w strukturze i łagodniejsze w smaku. Kto wie, czy to norma, czy wiele zależy od konkretnego producenta etc.? Wiem jedno: ich neutralność, bazowość, czyniąca je uniwersalnymi, to niepodważalny plus. Pozwolę sobie trochę zaspoilerować, że niebawem miałyśmy się dowiedzieć...
Swoją drogą, na dopisek "without sugar topping" zwróciłam uwagę dopiero dodając zdjęcia do posta, po tym, jak poznałam........


ocena: 6/10
kupiłam: Mama kupiła w Kauflandzie (chyba)
cena: 8 zł (za 220g)
kaloryczność: 380 kcal / 100 g
czy znów kupię: ja nie; Mama do tiramisu może

Skład: na 100g: mąka pszenna 50g, jaja 47g, cukier 42g, sól 0,3g

sobota, 28 lutego 2026

ciastka korzenne Tago Dzwoneczki / Ginger Bells

Jakiś rok czy dwa lata temu Mama co i raz powtarzała, że zjadłaby dobre ciastka korzenne, a ja się cieszyłam, że mnie nie ciągnie, bo jak to ciastka, w ogóle mogłyby dla mnie nie istnieć. Potem jednak przyszedł mi pomysł na twarożek stylizowany na lody Magnum Double Gold Caramel Billionaire Golden Caramel Chocolate Tub, do którego to właśnie potrzebne są ciastka korzenne. Annas Original Ginger Thins; po zmianach 2024 sprawdzały się, mimo że nie były ideałem. Nie widziało mi się jednak znowu wydawanie takiej kwoty na jedynie trochę ponadprzeciętne ciastka. Pomyślałam, że pierwsze lepsze z dobrym składem powinny dać radę, ale Coppenrath Cosmo Cookie Butter + Spices pokazały mi, że tak łatwo nie jest. A niezłe ciastka korzenne zaczęły mi być coraz bardziej potrzebne, bo do głowy przyszedł mi jeszcze sernik, do którego miały robić za spod. Mama podpowiedziała, bym kupiła jakieś w Auchan, bo pewnie tam jest największy wybór. Jakież było moje zdziwienie, gdy były... Tylko te. I tak w akcie desperacji, trochę obrażona na jakieś drogie wielkie marki, kupiłam. Cena wydała mi się niska i nie obiecywała niczego szlachetnego, ale miałam już pokaz, że i droższe ciastka nie spełniają oczekiwań. Pamiętałam niby, że Tago Delicious Cookies ciastka korzenne były dobre, ale tyle się pozmieniało przez te lata... No, i nie był to dokładnie ten sam produkt.

Tago Dzwoneczki / Ginger Bells to herbatniki korzenne; sztuka waży 3g.

Po otwarciu poczułam silny zapach cukru i przypraw korzennych, wymieszanych w jedno oraz motyw silnego wypieczenia. Za nimi krył się sztucznawo-plastikowy, tani wątek. Trudny do uchwycenia, ale obecny. Z przypraw za to bez trudu da się wyróżnić słodki cynamon, imbir i echo goździków, mających ostrawe zapędy. Słodycz stała na średnim poziomie, lecz w niej też - jak i w ogóle - było coś rozgrzewająco-ostrego.

Ciastka w dotyku wydały mi się bardzo suche i lekko pyliste, bo i zostawiały pyłek na dłoniach. Były twardawe i kruche, przy czym dość mocno się kruszyły.
Podczas gryzienia twardo i bardzo głośno chrupały, gdyż istotnie były bardzo twarde. Potwierdziła się też ich suchość. W ustach zmieniały się w jakby lekko ziarnistą zawiesinę. Nasiąkały średnio ochoczo, ale gdy im się na to pozwoliło, nasiąkały i rozpuszczały się. Robiły to jednak w sposób ziarnisty, z wyczuwalnymi drobinkami przypraw i kryształkami cukru.

W smaku ciastka uderzyły słodyczą. Była średnio wysoka, ale dosadna. Wydała mi się rozgrzewająca, po czym okazało się, że to dają o sobie znać przyprawy korzennymi. To jednak słodycz prawie cały czas dominowała.

Za przyprawami przemknęła dziwna, sztuczna, wpisująca się w słodycz, nuta, po czym przyprawy się nasiliły, odciągając od tego uwagę. Wyłonił się cynamon, mieszający się z także niespieszącym się imbirem. Zrównały się. Zaznaczyła się przy nich lekka goryczka, a następnie odezwały się ostre, ale nie silne, goździki.

Słodycz rosła i rosła w czysto cukrowy, drapiący sposób. Mniej więcej w połowie jedzenia kęsa, przyprawy prawie się z nią zrównały, acz i tak to ona rozdawała karty. Raz po raz trochę nasilała się a to któraś z przypraw, a to mocno cukier.  Smaki rozchodziły się bowiem też z drobinek, zaznaczających się na języku. Słodycz podskakiwała raz po raz, gdy trafiał się kryształek. Chwilami jakby próbowała przygłuszyć przyprawy korzenne.

Kiedy tak cukrowa, przesadzona słodycz prezentowała się ze wszystkich stron i drapała w gardle, a przyprawy korzenne próbowały nieudolnie za nią nadążyć, w tle przewinął się motyw kartonowo-pszenny, mocno wypieczony i lekko w tym goryczkowaty.

Końcowo słodycz trochę drapała w gardle, ale związało się to z rozgrzewającym, korzennym tonem. Na końcówce zrobiło się bardziej imbirowo-cynamonowo-goździkowo, acz i słodycz nie utraciła siły.

Po zjedzeniu został posmak mocno korzenny, wręcz ostro piekący w język, w czym czuć imbir, cynamon i goździki, a całość wpisywała się w mocne, goryczkowate wypieczenie tanich ciastek. Słodycz trochę dawała się we znaki na poziomie gardła, ale po zjedzeniu nie wydawała się aż tak męcząca, bo częściowo przykryła ją pikanteria. Ona jakby... próbowała zwalić to drapanie na przyprawy. Czuć, że to słodycz, ale w posmaku nie tak strasznie jawna.

Po tych ciastkach muszę zwrócić honor dla Annas Original Ginger Thins po zmianach 2024 (a więc pogorszonych względem wersji z 2015).
Do bólu kiepsko-średnie. Same w sobie smakowo może jeszcze by wyciągnęły, ale nie podobała mi się twarda w niepozytywny sposób struktura.

Były tak do bólu średnio półkowe, tak słodkie i za mało charakternie korzenne, że w pewnej chwili zlękniona, stwierdziłam, że nie chcę z nimi robić wspomnianego sernika, bo zwyczajnie go nimi zepsuję. Acz pomyślałam na spokojnie i doszłam do wniosku, że może jako spód z masłem i dodatkowymi przyprawami jakoś się jednak sprawdzą.
Ciastka zmieliłam i wymieszałam z masłem oraz łyżeczką przypraw (cynamon, imbir. goździki), wyłożyłam na spód blaszki do pieczenia. Wylałam na to masę serową i upiekłam. Efekt był... tragiczny. Spodem zepsułam sobie swój idealny sernik. Korzenność się schowała, ciasteczkowość jakoś też uciekła. Na przód wybiła dziwna goryczka, dyktując spodowi jakby spalony, ale nie w 100%, charakter. Poszedł w dziwną wytrawność jakby... spalonego kurczaka? Paluszków, ale z goryczką zamiast soli, trochę jak Lotus The Original Speculoos? W dodatku masa serowa od nich, od dołu wchłonęła jakby trochę dziwną słodycz. Zastanawiam się, czy gdybym piekła krócej, nie poszłyby w spaleniznę... Tylko że wtedy masa serowa mogła by się nie dopiec, więc trochę kiepsko.
Spód z tych ciastek był co prawda wilgotny od masy, ale trochę nazbyt... sypko-luźny. Zupełnie do czegoś takiego się nie nadają. 
By zjeść sernik ze smakiem, musiałam odciąć i wyrzucić spód. Mama, którą kawałkiem poczęstowałam, zrobiła to samo, bo "ten spód okropny, gorzki jakiś...".

Mama wierzyła mi z tym... umiarkowanie, przebąkując, że może po prostu za długo piekłam i przypaliłam, przejęła ciastka i zrobiła z nimi sernik na zimno, bez pieczenia (po prostu poukładała i wylała na nie masę). Werdykt: "Ciastka zepsuły mi ciasto! Zrobiły się okropnie gorzkie. Słodkie i gorzkie, a mało korzenne. Nie mam pojęcia, dlaczego, skoro ich nie piekłam. Nasiąkły i nie były już takie twarde, więc struktura w porządku, ale ten smak... No okropne".

Jak pisałam, trochę (15g) dodałam do twarożku stylizowanego na lody Double Gold Caramel Billionaire. Twarożek (jogurt typu greckiego Piątnicy i pół twarogu Pilos) wymieszałam z 2 łyżeczkami cynamonu, dodałam jakieś 30g orzechów pekan, 15g Zottera Labooko Caramel i ciastka Tago.
Twarożek i zacne dodatki tylko podkreśliły wady ciastek. Słodycz wydała mi się jeszcze silniejsza. Ciastka smakowały za cukrowo słodko nawet przy białej karmelowej czekoladzie. Jej szlachetność nie działała na korzyść ciastek. Chwilami ich słodycz zalatywała mi dziwną sztucznością. W obliczu mocno cynamonowej twarożkowej bazy, przypraw w ciastkach brakowało mi jeszcze bardziej. A jednak dołożyły się do grzania i drapania w gardle. Oczywiście wraz ze słodyczą. W tym wydaniu wyraźniej czuć goryczkę, która przeszkadzała nie tylko w odbiorze ciastek, ale całego deseru. 
Przynajmniej strukturę mogę pochwalić, bo do twarożku pasowała. Ciastka nie rozpuszczały się bowiem za szybko, a powoli nasiąkały i miękły. Nie męczyły już twardością i suchością.

Te ciastka do kombinacji się nie nadają. Za to same w sobie są zwyczajnie nieciekawie średnie.


 ocena: 4/10 (jako spód 2/10, w twarożku 4/10)
kupiłam: Auchan
cena: 9,99 zł (za 300g)
kaloryczność: 442 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, cukier, syrop cukru inwertowanego, tłuszcz palmowy, przyprawy korzenne (1,3%): cynamon, goździk, imbir; substancja spulchniająca: węglany sodu

sobota, 7 lutego 2026

ciastka Coppenrath Cosmo Cookie Butter + Spices

Nie pamiętam już, kiedy to jadłam jakieś ciastka tak o, dla przyjemności jako ciastka po prostu. Obecnie to kompletnie nie moja bajka. Jedyna forma, w jakiej jakieś obecnie jadam, to pokruszone w twarożku, stylizowanym na Magnum Double Gold Caramel Billionaire. Paczka Annas Original Ginger Thins; po zmianach 2024 do tego starczyła mi na bardzo długo, ale w końcu ciastka zaczęły się kończyć. Szczęśliwym trafem, niedługo przed tym dostałam of ojca dziś przedstawiane. Wie, że uwielbiam gry komputerowe i mam słabość do kosmicznych tematów, dodał więc dwa do dwóch i tak oto ta paczka trafiła do mnie. Zgooglałam, cóż to i okazało się, że ciastka firmy, którą z widzenia znałam. Często przewijała mi się w internecie w sklepach z produktami z Niemiec itd. Acz sama niczego od Coppenrath nie jadłam.

Coppenrath Cosmo Cookie Butter + Spices to maślane ciastka korzenne / z przyprawami korzennymi; opakowanie zawierało 110g.

Po otwarciu rozszedł się intensywny maślany zapach, idący w stronę kruchych, wytrawniejszych ciastek - coś jak shortbread? W zasadzie mojego wyobrażenia o nich. Przez myśl przemknął mi nawet łagodniejszy, słodkawy ser żółty. Mieszał się ze sporą ilością przypraw korzennych, w których wyraźnie dominował cynamon. W tle poczułam lekki kwasek, cytrusową nutę. Słodycz wydała mi się niska, a wydźwięk ciastek sugerował bardzo mocne wypieczenie. Mimo nuty przypraw, nie powiedziałabym, że wącham ciastka korzenne. Zapach nie zachęcał do dalszych kroków (czyli jedzenia).

Zważone ciasteczkowe krążki ważyły głównie po 3 gramy, kilka 2g.
Ciastka w dotyku wydały mi się twarde i konkretne, mimo że drobne. Pokrywał je ciasteczkowy pyłek, wzmacniający to, że odebrałam je jako suche. Przy łamaniu okazały się bardzo twarde. Słychać wtedy aż konkretne chrupnięcie. Także zębami trafiłam na twardość.
W trakcie jedzenia dały się poznać jako bardzo suche i trochę kruche. Chrupały przepotężnie w suchy sposób. Były twarde wręcz kamiennie i niezbyt chętnie rozpływały się. Raczej wolały rozpadać na coraz to mniejsze kawałeczki, drobinki i aż w końcu pyłek. Po długim czasie trochę wilgotniały i rozpuszczały się na zawiesinę.

W smaku od razu poczułam wysoką słodycz. Zahaczyła o cukrowość, ale po chwili zdobyła się na ciepło-palony wydźwięk. Ciastka dały się poznać jako mocno wypieczone. Słodycz jednak nie zdecydowała się pójść w bardziej palono-karmelowym kierunku, osiadła w cukrowości.

Cynamon podkreślił jednak ciepło ogólne, stając na czele nieśmiałych innych przypraw korzennych. Przewinęła się tam lekka ostrawość. Ogólnie jednak inne przyprawy prawie uciekały, tylko cynamon czuć wyraźnie. A i to ciastka nie były mocno cynamonowe. Łagodziła je maślaność. Starała się trochę zepchnąć cynamon na jak najdalszy plan, choć ten trzymał się dzielnie, mieszając w jedno ze słodyczą. Nakręcały się w swoim wręcz drapiącym cieple i mnie szybko robiło się za słodko.

Po chwili nasiliła się też maślaność. Pomyślałam o kruchych, wręcz wytrawnych ciastkach brytyjskich "shortbread" (?). Ich motyw stanął jakby obok słodyczy. Sporadycznie w tle pojawiła się nutka kwaskawo-cytrusowa. Lekko pobrzmiewała, wychylała się i nie była zbyt oczywista.

Spowodowała jednak, że końcowo słodycz jeszcze bardziej dawała się we znaki przez kontrast. Jej cukrowość, nakręcona cynamonem, aż trochę drapała. A na języku z kolei drapała ostrość, podskakująca na sam koniec. Tę z kolei podkręciła maślaność, zupełnie nie zgrywająca się z cynamonem.

Po zjedzeniu został posmak cukrowo-słodkich ciastek o przesadzonej maślaności i z intensywną trochę olejkową, pomarańczową nutą. Cynamon też czułam wyraźnie, nawet zdobył się na pikanterię, trwającą na języku, ale zupełnie się z tym wszystkim nie zgrywał w ciastka korzenne. Po prostu wszystko to sobie było, jakby obok.

Do jedzenia osobno ciastka za nic mi nie pasowały. Tak sucho-twarde były nieprzyjemne w strukturze, a smak nie zachęcał. Za wysoka, cukrowa słodycz nie pasowała do tego niemal wytrawnego motywu masła. Żadne z nich nie pasowało do cynamonu, który odstawał jakby nie na miejscu i był rozczarowująco delikatny, a nuta pomarańczy nie wniosła niczego pozytywnego. Brakowało mi tu ogólnie korzenności - czuć głównie cynamon. Z różnymi smakami namieszali tu, namieszali, a końcowy efekt niecodzienny i dziwny, przekombinowany, a jednocześnie słodko-nudny.

Po spróbowaniu uznałam, że ze względu na twardość może przynajmniej w twarożku się sprawdzą, więc dam im szansę. Twarożek (jogurt typu greckiego Piątnicy i pół twarogu Pilos) wymieszałam z 2 łyżeczkami cynamonu, dodałam jakieś 35g orzechów pekan, 15g czekolady Wedel Karmelowa i 5 ciastek.
Ku mojemu zaskoczeniu, w zasadzie w ogóle nie nasiąkały i nie miękły w twarożku. Cały czas były kamiennie twarde. W smaku też się nie sprawdziły, bo choć cynamonowa baza podkreśliła cynamonowość tych ciastek, to jednak i tak jawiły się jako mało korzenne. Do tego mojej kompozycji nie pasowały mi po prostu ciastka maślane, a ich słodycz przesadnie mi to wszystko zasłodziła. Nie odnalazły się w tym.

Resztę oddałam Mamie, ale i jej nie pasowały, więc wróciły do ojca. Opinia Mamy: "Mają dziwny zapach, aż nie umiem określić. Na pewno mi czymś kwaśnym zajechały. Strasznie twarde, że aż się nie chce ich jeść. By skupić się na smaku za tą twardością, musiałam sięgnąć po kolejne ciastko. No... mocno maślane i słodkie. Takie po prostu cukrowo-maślane, a cynamon czuć, ale na tyle słabo, że nie nazwałabym ich ciastkami korzennymi. Dziwne".


 ocena: 3/10
kupiłam: dostałam od ojca (kupił "chyba w Dealz")
cena: nie znam
kaloryczność: 455 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, surowy cukier trzcinowy, 17% masło, karmelizowany syrop cukrowy, inulina, cynamon, przyprawy, skórka pomarańczowa, naturalny aromat cynamonowy, sól, środki spulchniające (wodorowęglan amonu, wodorowęglan sodu)

piątek, 12 grudnia 2025

MixIt Creme Boule Pistachio Mio

Kiedy zobaczyłam dziś przedstawiane kulki, zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Już wcześniej widziałam w internecie zdjęcia nowości MixIt, jakie zawitały do Rossmannów: właśnie takich kulek w różnych smakach. Poprosiłam ojca, by przy okazji się za nimi rozejrzał, ale żadnych nie znalazł. Podczas pewnej wizyty w Auchan z ojcem, ja znalazłam dziś przedstawiane, czyli smak o istnieniu którego nie wiedziałam. I zarazem chyba najmniej ciekawy z oferty. Acz opis na stronie... cóż, zachęcali do spróbowania ze wszystkich sił: "O Sole Mio, Pistachio Mio! Masz zielone światło, aby spróbować nasze nowe Crème boule". Zachwalali, że dodali wysokiej jakości kakao Single Origin z Peru. Ciekawe, czy miało zapewnić jakieś nuty? 

MixIt Crème Boule Pistachio Mio to ciastko daktylowe z kakao nadziewane kremem pistacjowym.

Po otwarciu poczułam dominujący zapach daktyli o trochę ciężkawym charakterze. Udawały palony karmel, ale choć wyraźnie daktylowe, nie wyszły bardzo słodko. Obok znalazła się lekka ziemistość związana z cierpkawym kakao - to niby trzymało się tyłów, ale podszepnęło poważniejszy klimat. W oddali zarysowało się coś orzechowego - po podziale wyszło na jaw, że słodko-prażone pistacje. Pistacje wkomponowane w śmietankę, ale też nie w wydaniu bardzo słodkim.

Kulki w dotyku wydały mi się twarde i bardzo masywne. Niby suche, a jednak jakby obiecujące wilgotnienie. Pokrywała je odrobinka drobinek pistacji, a na spodzie jakiś biały pyłek. 
Do przekrajania trzeba było użyć siły. Kawałek grubej, wierzchniej warstwy dało się też odłamać, ale tu już zdradzały się potencjalne skłonności do mięknięcia. Konkretny i twardy wierzch skrywał bardzo miękki, mazisty i delikatny krem. Rzadki, ale nie płynny. Na szczęście był właśnie dość zwarty, więc nie wylewał się. Kremu nie pożałowano, ale nie wypełniał kulek w całości. Między nim, a otoczką wystąpiło trochę pustej przestrzeni.
Niestety jednak, gdy robiłam kęsa, wierzch wgniatał się w środek, a ten wyciskał się na zewnątrz. Niezgrane konsystencje przełożyły się na niezbyt czyste, komfortowe jedzenie.
W trakcie jedzenia wierzch początkowo jeszcze podtrzymywał swoją twardość, jednak po chwili odrobinę wilgotniał i rozchodził się. Nie miękł za bardzo, a i nasiąkał tylko trochę. Gdy go gryzłam, jawił się jako coraz mniej twardy i specyficznie skrzypiał, trzeszczał w twardo daktylowy sposób, jakby zmielono tam daktyle z twardymi skórkami. Gdy zaś pozwoliłam masie daktylowej się rozpuszczać, dała się poznać jako zawiesinowa. Rozchodziła się na grudki trochę jak gumka do mazania, a jednocześnie miała w sobie coś z twardej daktylowej papki.
Drobinki pistacji dały się poznać jako miękkie - nie wszystkie wymagały gryzienia, trochę tylko urozmaicały strukturę, zaznaczając się na języku.
Krem był znacznie rzadszy i tłusty w oleiście-śmietankowy sposób. Miał niemal gładką strukturę. Tylko gdy spróbowałam go osobno, wychwyciłam lekką pylistość. Znikał szybciej od otoczki.
Całość wyszła zaskakująco syto jak na taki drobiażdżek.

W smaku sama daktylowa otoczka przywitała się słodyczą, w której bez dwóch zdań czuć przede wszystkim daktyle. Suszone, bardzo słodkie daktyle, do których podkradło się echo palone, jakby trochę karmelowo-kawowe. Słodycz rosła w piekącym kontekście, lecz wyłaniające się zza niej echo kakao trochę to poskromiło. Dodało też nutę kakaowego ciasta-chlebka, które poszło w nieco chlebowym, poważniejszym kierunku. Kakao wpisało się w paloną nutę, raz po raz otarło się o trochę ziemistości czy mignęło leciutką, niemal czerwono owocową soczystość. Nadało daktylom poważniejszego, nie tak zabójczo słodkiego charakteru. Słodycz dopiero z czasem mocno wzrosła.

Drobinkom pistacji raz czy drugi udało się trochę zaznaczyć w smaku, ale w całości odegrały marginalną rolę. Wyszły słodko, lekko prażono i zapewniły wierzchowi harmonijne przejście do nadzienia.

Wierch spróbowany osobno był jedynie w porządku, nie robił wielkiego wrażenia - ot, chlebowy daktyl z odrobinką kakao.
Nadzienie spróbowane osobno też nie było szczególnie zachwycające... W zasadzie osobno w ogóle nie było smaczne. Czuć w nim olej i smakową tłustość, przechodzącą w oleiście-rybią nutę, co podyktowało mu trochę wytrawny charakter. Rozbrzmiewało to na równych prawach ze słodyczą i pistacjami. A te wyszły niby wyraźnie, słodko w naturalny sposób, ale... krem i tak jawił się jako mdławy. Słodycz lekko prażonych pistacji wzmocniono słodyczą... pralinkowego, trochę białoczekoladowego kremu? To skojarzenie wieńczył trochę nijaki akcent mleka.

Gdy jadłam warstwy razem, to, która dominowała, zależało od sposobu jedzenia. Podczas gryzienia zupełnie dominowała otoczka, szybko piekąco-zasładzając, mimo chlebowo-kakaowych nut, do których podłączyły się tłuszczowo-mdławo-pistacjowe nuty nadzienia.

W połączeniu, gdy pozwalałam się kęsowi swobodnie rozpuszczać, obie warstwy zyskiwały. Krem, gdy tylko się wyłonił, przez długi czas dominował (ale nie zupełnie). Z daktylowo-kakaowej toni nadzienie wydobyło motyw kakao i pewną soczystość. Lekko gorzkawe kakao przełamało więc ogólną słodycz, a to z kolei zaraz wykorzystały pistacje i na moment wyszły na pierwszy plan. Możliwe, że trochę pomogły tu drobinki - kierowały uwagę właśnie na słodkie, podprażone pistacje. Nuty mleczno-oleiste wciąż się ich trzymały, nadal było tam coś wytrawniejszego, ale intensywny duet daktyli i kakao starał się to zagłuszyć. Odrobina mleka kierowała pistacje w pralinkowo-słodziutką stronę. W dodatku, w zestawieniu z ciężkawym wierzchem, krem wydał mi się rześki, trochę jak mięta. To kolejny element, który trochę rozmywał pistacjowość. Z czasem zadziałał kontrast i środek wydawał się jeszcze bardziej pralinkowy, jeszcze słodszy, a wierzch charakternie palony, poważniejszy, wręcz ziemisty. I wszystko to wydało mi się uzupełniające się, zgrane w swej kontrastowości.

Jako że krem znikał szybciej, występ kończyła masa daktylowo-kakaowa. Słodycz już porządnie zaczęła piec w specyficzny, daktylowy sposób. Zrobiło się ciężko słodko. Cierpkość kakao wycofała się, ustępując twardym, suszonym daktylom.

Po zjedzeniu został słodki posmak daktyli wraz z ich trochę piekącym efektem, echo cierpkawego, suchego kakao oraz pistacji. Pistacji wpisanych w oleiście-mleczny, słodki motyw praliny. Do tego pobrzmiewała specyficzna rześkość, kojarząca mi się z miętą.

Kulki uważam za słodycz jako tako przemyślane, warte pochwały i spróbowania, ale nie za wszelką cenę i nie dla każdego. Mnie co prawda nie chwyciły, jednak to całkiem ciekawe maleństwa, gdy ktoś lubi te wszelkie pistacjowo-dubajskie klimaty. Niezły skład (co w przypadku takich wariantów to chyba rzadkość), smaczny efekt. Fakt, ja wolałabym lepszy skład (choćby żeby pistacje były na pierwszym miejscu składu nadzienia), ale ogólnie narzekać nie można. Słodycz przewidywalna, jeszcze bez tragedii. Smaki wyraziste i zgrane, jeśli je się razem, bez bawienia się i większego wczuwania w warstwy osobno.
Forma taka sobie - zbyt masywny wierzch do zbyt delikatnego, rzadkiego kremu mnie nie chwyciły, ale jakoś to pracowało.
Ogólnie to było trochę dziwne. Czy na plus, czy na minus zastanawiałam się podczas całego posiedzenia z kulką. Myślałam, że zjem obie, jednak skończywszy jedną, wiedziałam na pewno, że nie chcę drugiej. By zaspokoić ciekawość, jedna wystarczy.

Drugą kulkę oddałam Mamie. Mama opisała to tak: "nie smakuje mi to. Przede wszystkim dla mnie okropny ten wierzch, ale to pewnie dlatego, że daktylowy, a ja bardzo nie lubię daktyli. Do końca jednak nie umiałam nazwać, że to daktyle. Najpierw wydało mi się to kawowe, potem gorzkie jakby przypalone. Kakaowe? No może i kakaowe. A środek też niedobry. Nie rozpoznałam pistacji. Jakiś taki bez wyrazu. Tłusty, słodki i tyle, ale aż takich skrajnych skojarzeń wytrawnych to ja nie miałam. Struktura kompletnie niezgrana, ale to w tym czekoladkach i cukierkach często tak, że polewy są za ciężkie, za twarde."


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 6,79 zł (za 30g)
kaloryczność: 397 kcal / 100 g; sztuka 30g - 119 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: daktyle suszone 59,6%, krem pistacjowy 33,3% (tłuszcz roślinny: masło shea; cukier, pistacje 20%, mleko odtłuszczone w proszku, słodka serwatka w proszku, emulgator: lecytyna), kakao w proszku z niską zawartością tłuszczu 5,9%, pistacje mielone 1,2%

niedziela, 13 kwietnia 2025

ciastka Annas Original Ginger Thins; po zmianach 2024

Dobierając składniki do deseru stylizowanego na Magnum Double Gold Caramel Billionaire robiłam w głowie przegląd dobrych ciastek korzennych. Nie mam w nich rozeznania, a w ciągu ostatnich lat zupełnie odleciałam od rynku słodyczy innych niż czekolady. Kojarzyłam, że te w 2015 mi pasowały, więc je właśnie kupiłam. Nim jednak dodałam do deseru, trochę spróbowałam osobno, by sprawdzić, czy wciąż odbieram je pozytywnie. Najpierw byłam pewna, że zrobię tylko aktualizację, ale... niestety. I znów, po czymś takim, zapewnienia producenta o tym, jakie to ciastka są tradycyjne (rzekomo od 1929 wypiekane wg receptury Anny Karlsson, zgodnie z tradycją jak się powinno szwedzkie pepparkakor wypiekać - ta, jasne, na pewno).


 Annas Original Ginger Thins, to "ciasteczka imbirowe"; wg mnie korzenne; sztuka (1 ciastko) to 5g; wersja po zmianach 2024.

Po otwarciu poczułam ogrom cynamonu i imbiru (właśnie w tej kolejności), zarysowanych na ciasteczkowej pieczoności, kojarzącej się z ciasteczkami domowymi. Zaraz za nimi pojawiły się goździki. Słodycz wyszła dzięki temu znacząco, ostro, ale nie męcząco. Co ciekawe, zapach ciastek z 2015 pamiętałam jako bardziej imbirowy - dziś przedstawiana wersja wydała mi się bardziej cynamonowa.

Mimo zacnej kruchości i chrupkości, ciastka nie grubsze niż dwuzłotówka, kruszyły się minimalnie.
W trakcie jedzenia gdy gryzłam, były definicyjnie chrupiące, ale... też jakby z pewnym zawilgoceniem, które w Annas wydało mi się nowością. Podczas gryzienia, czuć w nich lekką ziarnistość (przypraw) i drobną, epizodyczną kryształkowość. Kiedy zostawiałam je na języku, błogo się rozpływały.
Prawie idealna struktura - podobną, ale nie taką samą 1:1 zapamiętałam.

W smaku jednak... od pierwszej sekundy czekał mnie duży zawód. Gdy tylko zrobiłam kęsa, iluzja jakiejkolwiek domowości zniknęła. Przemknęła niedookreślona goryczka, a potem polała się korzenność i słodycz, splecione w jedno. Cynamon pokazywał się pierwszy. Imbir podyktował mu bardzo pikantny wydźwięk, acz cały czas trzymała się też ich ta goryczka... Goryczka sodowa? Ostrość przypiekła trochę w język, rozgrzała gardło. Wpisała się w to słodycz. Na szczęście przybrała mocno korzenny ton, więc mimo wysokości, wydawała się w pełni uzasadniona. W tle przewinęły się goździki i... i tam ta goryczko-sodowość również pomykała. Wszystko to na sowicie wypieczonej płaszczyźnie, która jednak z domowymi ciastkami nic wspólnego nie miała. 
W smaku nie czuć tak jawnie gorszych składników, bo korzenność starała się to maskować, ale wydaje mi się, że przebijały się - acz uwierzę, że to tylko soda tak wybijała.

Ciastka z 2015 dobrze pamiętałam, więc bez trudu stwierdziłam, że te były inne. Pachniały podobnie, ale w smaku mocno się różniły. W dzisiaj przedstawianych mocno czuć sodę, co sprawiło, że zwyczajnie... element smaczności uciekał. Z rzeczy neutralnych za to: dziś przedstawiane wydawały mi się nieco bardziej cynamonowe niż imbirowe (minimalnie jednak). To, że ciastka obecnie to nie moja bajka to jedno, ale ta sodowość...
A jakiś czas temu Mama opowiadała mi, jak zepsuła sobie jedno ciasto, dodając sodę jak w przepisie - teraz mi się przypomniało. Mówiła, że poszło jej w dziwną gorycz i chyba czułam coś podobnego. Nie rozumiem więc, po co ten składnik pchać... Bo po tych jej słowach, dokładnie przeanalizowałam skład i faktycznie, to soda wskoczyła na wyższe miejsce.

Tym razem były mi potrzebne do deseru stylizowanego na lody Double Gold Caramel Billionaire. Twarożek (jogurt typu greckiego Piątnicy i pół twarogu Pilos) wymieszałam z 2 łyżeczkami cynamonu, dodałam jakieś 30g orzechów pekan, 15g Zottera Labooko Caramel i 3 ciastka Annas. (Na moje nieszczęście dodałam też trochę mleka karmelowego JAL, co było wielkim błędem, bo nic dobrego nie wniosło.)
W twarożku ciastka bardzo szybko wilgotniały i trochę się rozpływały. Wyszły nieco bardziej mdławo, ale wciąż intensywnie korzennie i z pobrzmiewającą, goryczkowatą sodą. Kompozycja im nie pomogła. Wady nie ukryły się, nie rozeszły się, a szkoda.


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 7.64 zł (za 150g)
kaloryczność: 471 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, cukier, oleje roślinne (palmowy, rzepakowy, kokosowy), syrop cukrowy, środek spulchniający: wodorowęglan sodu; cynamon, sól, imbir 0,3%, goździki

piątek, 1 listopada 2024

ciastka CELPOL Mr Sweetso Halloween Biscuits Spooky Treat Duszki; Wesołe Dynie

Uf, przeżyłam wszelkie halloweenowe słodkości z tamtego roku, chyba mogę być dumna... I załamana tym, co oferują różni producenci. Ojciec wie, że mam bloga z recenzjami czekolad i za fajne uważa różne porównania. W większości przypadków tu się z nim zgadzam, ale... nie gdy chodzi o kiepściznę. Tej wolę po prostu nie tykać, ale wolę też nie sprawiać problemów. Dlatego gdy mnie zapytał, czy chcę "do porównania fajne halloweenowe ciasta", zaczął mi wymieniać co i jak, przystałam na "ciastka dynie". On często się oburza na "kręcenie nosem", gdy ktoś np. nie lubi czegoś, co on. Wyszłam z założenia, że to pewnie będą najzwyklejsze, niebudzące emocji ciastka. Myliłam się. To, czym ojciec mnie obdarował... cóż. Było tego trochę. Otóż kupił dwa rodzaje ciastek firmy Celpol, a także teoretycznie te same ciastka, tego samego producenta, ale w wersji "na wagę". On ma zdanie, że "wymyślne opakowania" są tylko po to, by podyktować wyższą cenę i "na wagę sobie takie same, albo i lepsze". Powiedział, że "porównam sobie". Ja mam zdanie odmienne - że w przypadku dużych opakowań i wersji "luzem" producenci pozwalają sobie na bylejakość, ale cóż. Miałam sprawdzić. Oba rodzaje ciastek jednak mnie przerażały. Bynajmniej nie dlatego, że to jakieś zjawy rodem z horrorów. "Duchy" to po prostu typ ciastek, który zawsze mnie odpychał - w cukrowej glazurze. Wszelkie takie glazury, "lukry na pączkach" to straszak na mnie. "Dynie" jednak... nie pozostawały gorsze. Te straszyły obietnicą maślaności i orzechowości bez masła i orzechów w składzie. Śmiech przez łzy.

Mr Sweetso Halloween Biscuits Spooky Treat Duszki to "herbatniki w kształcie duszków w glazurze cukrowej (38%)", produkowane przez CELPOL z okazji Halloween; w tym przypadku wersja paczkowana 200g, dostępna m.in. w Dealz.

Niespodzianka czekała mnie już na wstępie, bo ciastka paczkowane a kupowane na wagę bardzo różniły się zapachem - jak dwa zupełnie inne produkty. Z ciekawości aż zadałam sobie trud, by je poważyć - i wagą się różniły. Minimalnie, ale jednak. A smak... no, po kolei.

Po otwarciu paczki z duszkami poczułam wyraźnie mocny zapach cytryny, mieszanki cytrusów. Było to soczyste i sztucznawe, sugerujące olejek, aromat cytrynowy. Cytryna mieszała się z cukrowością i lukrem, ale też mlecznym akcentem i ewidentnie motywem samych ciastek. Te przedstawiły się jako średnio mocno wypieczone jasne ciastka z nutą margaryny i sody. Całościowo nie wyszło to duszno, ale przyjemnie też nie.

W paczce było 19 duchów, przedzielonych papierem (pewnie by lepiej wyglądały). 
Jeden duch z paczki (zważyłam z 6 sztuk) ważył 11g. W dotyku ciastka wydawały się twardawe, ale nie ciężkie. Wyszły raczej delikatnie. Gdy je przełamywałam czy odgryzałam kawałek, kruszyły się. Potwierdziła się wtedy pewna delikatność. Glazura mocno się ich trzymała. Stanowiła jednolitą, średnio grubą warstwę na wierzchu. Na spodzie było jej mniej - prześwitywała.
Cukrowa skorupka rozpuszczała się rzadko i wodniście, bez oporu. Robiła to w tempie umiarkowanym, acz z malutkim oporem. Gryziona przedstawiła się jako chrupiąco-rzężąca, twarda. Kojarzyła mi się z cukrowym szkłem. 
Ciastka okazały się ziarniste, jakby grudkowate i nieco "spulchnione". Rozpuszczały się dziwnie, bo jakby rozpadając na grudki w nieco pylistej zawiesinie. Gryzione trochę oblepiały zęby. Nie brakowało im masywności, ale nie były mocno twarde. Mimo suchości, czułam w nich też jakby zatłuszczenie. Połączyły margarynowość z lekką oleistością. W porywach wydawały się kryształkowe, a raz po raz coś mi w nich zatrzeszczało jak wiórek kokosowy.

W smaku przywitała mnie cytrusowa nuta olejku, aromatu, ale nie kwaśność. Rozeszła się za to dość wysoka, acz nie powalająca słodycz. Reprezentowała najzwyklejsze, średnio mocno wypieczone kruche ciastka.

Jak się okazało, gdy próbowałam oddzielić glazurę od herbatnika, to z niej płynęła cytrynowość. Glazura oprócz cukrowo-ciężkiego, nieco lukrowego smaku przewodniego, okazała się bowiem lekko cytrynowa, cytrusowa. Nie była w całości to dominująca nuta, ale wyczuwalna wyraźnie prawie cały czas.

Same herbatniki lekko nią przesiąkły. W nich jednak słodycz wydawała się zwyczajniej cukrowa, a ogólnie duży udział miała margaryna. Podkreśliła sztuczność i taniość.

Wysoka słodycz rosła cały czas, drapiąc i męcząc mimo soczystości związanej z cytrynowym olejkiem. On wzmocnił sztuczność, która mieszała się za to z sodową nutą. To trochę hamowało słodycz samą w sobie.

Glazura z czasem, gdy już zniknęła, zostawiła tylko plastikowo lukrowe echo, acz w ogóle obudziła jakby nijako mleczny akcent. Dzięki temu jasne, mleczno-margarynowe ciastka porzuciły już taką margarynową ordynarność.

Całość wydała mi się ciężka, ale nie mocno duszna. Wszystko szybko męczyło i drapało słodyczą, choć ta nie była tu taka czysta, a wzbogacona cytrusami, osadzona w jasno ciastkowych realiach.

Po zjedzeniu został posmak cukru, jakby lukrowo-cukrowej figurki cukierniczej, sucho-plastikowego lukru. Olejek cytrynowo-cytrusowy przeszedł na tyły. Wyraźnie wyłoniło się za to mnóstwo chemii, w tym olejek, ale już bliżej nieokreślony, i margaryna, wraz z poczuciem tłustości.

Spróbowałam przepić to trochę herbatą, ale niezbyt im pomogła, bo zagłuszyła cytrusową nutę, a na zasadzie kontrastu jeszcze wydobyła cukrową słodycz.

Przypomniały mi beznadziejne ciastka Cukry Nyskie Herbatniki Stokłoski, ale właśnie wzbogacone o lukrowo-cukrową skorupkę.


ocena: 3/10
kupiłam: ojciec kupił w Dealz
cena: 6 zł (za 200 g; jak wyżej)
kaloryczność: 414 kcal / 100 g; sztuka ok. 46 kcal
czy kupię znów: nie

-----------
CELPOL Duszki, czyli też "herbatniki w kształcie duszków w glazurze cukrowej (38%)" są także dostępne w kartonach 1,5 kg do sprzedaży na wagę.

Ciastka "duchy" sprzedawane na wagę, kupione w cukierni różniły się m.in. wagą. Były lżejsze; ważyły po 10g / sztuka.
Zapach duchów na wagę to czysty cukro-lukier. Duszna cukrowość przełożyła się na skojarzenie z wsadzeniem nosa w torbę cukru. Do tego pojawiła się margaryna i jakby nieśmiałe, mleczne echo. Aż samo ciastko się schowało. Nie ukryła się za to sztuczność, taniość. Wydało mi się to wszystko duszno-mdlące. Obstawiam, że w ich przypadku dodano mniej aromatów i/lub te już zwietrzały.
Ciastka wydały mi się masywniejsze i bardziej zwarte, twardsze (możliwe, że stwardniałe). Glazura była cienka i prześwitująca. Choć na nich popękała, ogólnie kruszyły się mniej niż paczkowane. Wydawały się konkretne i zbite. W trakcie jedzenia odebrałam je jako dziwnie utwardzone i jednocześnie jakby rozmiękłe od tłuszczu. To było bardzo dziwne wrażenie.
W smaku wydały mi się o wiele bardziej cukrowe, słodsze, a tym samym prostsze (w gorszym sensie). Samo ciastko dało się poznać jako mieszanka cukru, margaryny i chemii. Cukrowa glazura dopełniła cukrowość, kierując ją w kierunku sztucznego, suchego lukru. W smaku jednak i w niej pojawiło się echo cytryn i ogólnie cytrusów. Czułam też sztuczność i taniość. Ciastka wyszły, oprócz cukru, mdło. To ewidentnie słabo wypieczone, nijakie ciastka ze złym składem, opierającym się na cukrze. Ten męczył szybko, zasładzając kompletnie.

ocena: 2/10
kupiłam: ojciec kupił w małej cukierni
cena: zapomniał
kaloryczność: 457 kcal / 100 g; sztuka ok. 69 kcal
czy kupię znów: nie

Żadnego z ciastek nie dałam rady zjeść całego - suma summarum jednego ducha. Resztę oddałam Mamie. Pozwolę sobie ją zacytować: "Pachną zupełnie inaczej, jedne i drugie nawet przyjemnie. Na wagę tak cukrowo-lukrowo, bardzo słodko i lekko mlecznie jakby, ale przeciętnie. W smaku te okropne, bo słodkie bardziej i z jakby nutą sztucznego mleka. Ogólnie sztuczne. Cytrusowości w nich prawie nie czułam. Z paczki pachniały o wiele przyjemniej, tak soczyście-owocowo, wyraźnie cytrusowo i dopiero cukrowo-mlecznie ciastkowo. W smaku też wyszły lepiej. W pierwszej chwili wydały mi się nawet smaczne, dopiero potem jak zaczęłam gryźć, już nie i aż się zdziwiłam, co w nich smacznego mi się wydało. Takie tanie herbatniki z cytrusową nutą i tą taką polewą cukrową. Jej za dużo było, że wyraźnie czuć, że kiepska, ale i same ciastka dobre nie były, więc ona im ani nie przeszkadzała, ani nie pomagała."
Zgodziła się ze mną co do ocen. I obie nie mogłyśmy się nadziwić, że w przypadku czegoś takiego producentom i tak opłaca się różnicować recepturę na rzeczy paczkowane, a na wagę.

Skład: cukier, mąka pszenna, margaryna (tłuszcz palmowy, olej rzepakowy, woda, emulgator: mono-i-diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyny sojowe), sól, substancja konserwująca E202, regulator kwasowości E330, aromat, barwnik (karoteny), skrobia ziemniaczana, syrop cukru inwertowanego, serwatka (z mleka), w proszku, suszone białko jaja kurzego, substancja stabilizująca E414, żelatyna, substancja spulchniająca E500, E503,sól, aromat, barwniki: E160b(ii), E101

Skład na wagę - w zasadzie taki sam

-----------

Mr Sweetso Halloween Biscuits Spooky Treat Wesołe Dynie to "herbatniki w kształcie dyni z kremem 9% o smaku orzechowym, podlane polewą kakaową 10,5%", produkowane przez CELPOL z okazji Halloween; w tym przypadku wersja paczkowana 200g, dostępna m.in. w Dealz.

Dynie też różniły się między sobą - wersja paczkowana była inna niż na wagę, ale w kwestii zapachu i smaku oraz wyglądu, nie wagi. Ogólnie jednak dynie od dyń różniły się mniej niż duchy.

Po otwarciu paczki poczułam wyrazisty zapach maślano-margarynowych herbatników o mocnym stopniu wypieczenia, które lekko zalatywały nutami cytrusową i sodową. Mieszały się z dosadnie zaznaczonym motywem duetu kakao i fistaszków. Zawarł w sobie cierpkość, nawet lekką gorzkawość, ale też cukrowość i duszność. To było ciężkie i trochę tandetne, co zwieńczyła margaryna. Całościowo prezentowało się to typowo dla niskiej jakości herbatników z polewą kakaową.

W opakowaniu było 15 sztuk. Dynie ważyły 14 lub 15 gramów. 
Ciastka były masywne, twarde i ciężkie w dotyku. Na spodzie była spora ilość plastelinowej, plastycznie-ulepkowatej polewy kakaowej, która sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała zacząć się rozpuszczać. Dodano jej średnią ilość - miejscami była grubsza, miejscami prześwitująca.
Oczy i buzie dyń wypełniał z kolei miękki, tłusto-plastelinowy krem orzechowy. Ten otłuszczał dłonie, brudził trochę wszystko, co dotknął i łatwo zostawić w nim odciski palców.
W trakcie jedzenia ciastka potwierdziły swoją masywność i poczucie konkretu, acz wydawały mi się też jakby trochę spulchnione. Cechowała je ziarnistość, grudkowatość. Trochę obklejały zęby, a częściowo zmieniały się w tłusto-grudkowatą zawiesinę. Czuć w nich margarynowość i oleistość, a sporadycznie też kryształki cukru. To herbatniki typu ciężkiego. Nie były jednak bardzo twarde, a nieco jakby zawilgocone tłuszczem.
Polewa spodziewanie okazała się ulepkowato-plastelinowa. Bardzo łatwo ją zeskrobać np. zębami. Rozpuszczała się w tempie umiarkowanie szybkim. Była śliskawa i tłusta, rzadka, ale jednocześnie nieco gumiasta. Z czasem ujawniała też lekką pylistość, proszkowość. Okazało się, iż jest jej mniej, niż na to wygląda.
Krem w trakcie jedzenia okazał się bardzo miękki, niczym ciepła plastelina. Rozpuszczał się niby szybko, a jakby go coś hamowało. Połączył miękkość i zbitość. To dosłownie margaryna z proszkiem i lekkim, wodnistym efektem. W dodatku był okropnie tłusty, mimo prochowości.
Między polewą a kremem wersji z paczki były spore różnice, choć czuć je głównie, gdy jadłam skupiając się na poszczególnych elementach. 

W smaku od początku czuć cukrową, ciężką słodycz herbatnika, która została przełamana nutą średnio mocnego wypieczenia. Ułożyło się to w bardzo bazowy, pszeniczny charakter, który podkreślił sodowy akcent.

Słodycz podkręciła dość szybko polewa kakaowa, także nieszczędząca cukru, ale nie czysto cukrowa. Zawarła w sobie też lekką cierpkość, obietnicę gorzkości. Koło czekolady nie stała i nawet nie próbowała jej udawać. Odnotowałam w niej za to margarynę.

Margaryna i nuta maślana rozchodziły się z czasem z samych herbatników - jakby ciemne elementy ciastek zmotywowały je do działania. Była to jednak maślaność... niemaślana, a sztuczna, udawana i nieprzyjemna. Maślano-margarynowy splot prześcignął pszenno-pieczony wątek. Słodycz zreflektowała się. Choć była mocna, trochę się rozeszła i nie przyciągała uwagi tak bardzo. 

Ciężkość i cukrowość płynęły jednak też z kremu orzechowego, który, choć ewidentnie słodszy, początkowo także wydawał się trochę kakaowy. Czy raczej "kakałkowy" jak przecukrzone figurki czekoladopodobne. Ani trochę nie był gorzki, za to bardzo margarynowy. Oprócz tego odnotowałam w nim sztuczno-metaliczne echo, wpisane w ciężkość. Do głowy przyszły mi nieorzechowe fistaszki, a także jakiś wyjątkowo tani krem kakaowo-orzechowy z laskowcami. To jednak tylko, gdy bardzo się skupiłam. Na szczęście (jako że jej pochodzenie było jednoznacznie sztuczne) orzechowa nuta była bowiem bardzo delikatna, wręcz ledwo uchwytna.

Polewa kakaowa po tym wydała mi się nieco bardziej gorzkawa, ale też jeszcze bardziej typowo margarynowo-polewowa i tandetna. Mimo lekkiej gorzkości, serwowała słodycz. Mimo to, końcowo nie prowadziła ona do przecukrzenia.

Po zjedzeniu został posmak maślano-margarynowych, średnio mocno wypieczonych herbatników i lekka cierpkość zarówno kakao, jak i aromatu, chemii bliżej nieokreślonej.

Ciastka jawiły się bardzo... tanio-bazowo. Niesmacznie i tanio jak dla mnie, sztucznie i jakby próbowały udawać zwykłe ciastka. Skojarzyły mi się z jedzonymi w dzieciństwie herbatnikami w kształcie listków, tylko że w dzisiaj przedstawianych dyniach wszystko wyszło mocno "udawane" i to zawaliło sprawę. Były bardzo niesmaczne.


ocena: 2/10
kupiłam: ojciec kupił w Dealz
cena: 6 zł (za 200 g; jak wyżej)
kaloryczność: 457 kcal / 100 g; sztuka ok. 69 kcal
czy kupię znów: nie

--------
CELPOL Wesołe Dynie, czyli też "herbatniki w kształcie dyni z kremem 9% o smaku orzechowym, podlane polewą kakaową 10,5%" są także dostępne w kartonach 2 kg do sprzedaży na wagę.

Dynie kupione na wagę pachniały zupełnie inaczej. Czy raczej śmierdziały... W zapachu dominował cukier, pod którym umiejscowiła się przypalona nuta. Tandetę i taniość wieńczył plastikowy, czekoladopodobny akcent. O ile zapach dyń z paczki był "dość tani, taniawy, przeciętny", tak dynie na wagę to definicja odpychającej, nijakiej taniości i tandety.

Wagowo nie różniły się zbytnio od tych z paczki, acz wśród otrzymanych tylko jedna dynia ważyła 15g, reszta 14g - średnio może więc były lżejsze. A jednak z wyglądu łatwo je odróżnić, bo na wagę miały ciemniejszy, bardziej pomarańczowo-przypieczony kolor.
Tłuste, masywne i konkretne herbatniki pokrywała średniawa (mniejsza niż w przypadku tych z paczki) ilość tłustej polewy kakaowej, a w miejscu oczu i buź umieszczono miękki, plastyczny krem. Wydaje mi się, że w przypadku ciastek na wagę kremu było mniej.
W trakcie jedzenia zachowywały się niby podobnie, ale inaczej niż te z paczki. Ogólnie były jakby twardszą, może stwardniałą wersją, w której jednocześnie czuć też zawilgocenie. Powiedziałabym, że tłuszczem. Polewa i krem wersji na wagę były podobne do siebie.

po lewej z paczki, po prawej na wagę
Dynie na wagę w smaku zaserwowały głównie cukier, wydobywający się już z samego herbatnika. Miał ciężki, duszny charakter, który podkręciła margaryna. Raz po raz zaleciały mi spalenizną, acz tylko jako echo gdzieś w oddali. Ciastko wydało mi się przesłodzono-mdłe, w aż samą ciastkowość jakieś ubogie, mimo mocniejszego stopnia wypieczenia.

Tę mocniej wypieczoną nutę szybko otulała polewa kakaowa. Okazała się wyrazista, acz też bardzo margarynowa i cukrowa. W obliczu mdławego ciastka pokusiła się o lekką gorzkość i cierpkość. Te jakby próbowały ukryć, a właśnie chwilami przypominały, spalony akcent.

Krem orzechowy też nie pomógł, bo serwował mnóstwo cukru i margaryny. Wyszedł w tym aż mdły, acz również on zaleciał lekko... No właśnie nie kakao (nawet nie "kakałkiem"), a plastikową, czekoladopodobną figurką pozbawioną gorzkości. Sztuczność w nim czułam, ale orzechowej nuty raczej nie (uwierzę, że wydawało mi się, że "coś tam czuję" tylko dlatego, że wiedziałam, że krem ma być orzechowy). Krem był odpychająco margarynowo-cukrowy.

Gdy nie bawiłam się w oddzielanie elementów, po prostu jedząc, polewa i krem wersji na wagę bardzo się do siebie upodobniły.

Końcowo same ciastka wydały mi się jeszcze bardziej margarynowo-cukrowo nijakie, acz wypieczone na pewno. Taniość z nich aż krzyczała.

Po zjedzeniu małej ilości czułam przecukrzenie i sztuczność. Plastikowa, kakaowa czekolado-nieczekolada i plastikowość (od aromatu orzechowego, ale nie realna nuta orzechów?) mieszały się z margaryną, co przedstawiło się po prostu bardzo tandetnie. W odniesieniu do wersji z paczki były sztuczno-udawane, ale niedookreślone.

ocena: 1/10
kupiłam: ojciec kupił w małej cukierni
cena: zapomniał
kaloryczność: 457 kcal / 100 g; sztuka ok. 69 kcal
czy kupię znów: nie

W przypadku dyń czuć sporą różnicę co do jakości. Wersja z paczki była sztuczna i tanio-niesmaczna - jak to zbyt naaromatyzowane kiepskie herbatniki z polewą kakaową i kremem, natomiast na  wagę popisały się tandetą, taniością i... nieświeżością? Jakby zwykłe składniki, np. kakao, ciastkowość zwietrzały, a zostały te sztuczne, mieszające się z margaryną i większą ilością cukru. I może... chemia obroniła się mimo mocniejszego wypieczenia? Biorąc pod uwagę kolor i smak, wydaje mi się, że może tak być, iż za mocno przypieczone ciastka dają na wagę.
Żadnej dyni nie dałam rady zjeść całej, ale bezpieczniejsza opcja to ta z paczki. Na wagę po prostu przeraża ta niedookreśloność i już po pierwszym kęsie człowiek ma ochotę od tego uciec. Dynie może i wesołe, ale ja mająca z nimi do czynienia znacznie mniej.

Mama stwierdziła: "Maślaność tych ciastek jest okropnie odpychająco taka sztuczna, nachalnie wymuszona, tania, że aż wykręca. Ja aż nie wiem, które gorsze. Te paczkowane to jakby aż krzyczą tym sztucznym masłem, próbują zwykłe maślane ciastka udawać, ale te na wagę... te są sztuczne i niesmaczne, ale jakieś takie w ogóle żadne. Ani w jednych, ani w drugich nie czułam orzechów. Myślałam, że oczy i buzie też są polewą kakaową. Okropne, już chyba tamte duchy minimalnie lepsze."
Nie sądziłyśmy, że to przyznamy, ale chyba gorzej wyglądające Duchy może i faktycznie były mniej podłe... A w przypadku dyń to producent ma talent - zepsuł coś w zasadzie zwykłego, prostego, że myślałam, że się nie da (no, ale jak się robi ciastka maślane z kremem orzechowym bez masła i bez orzechów...).

Skład: mąka pszenna, cukier, margaryna (tłuszcz palmowy, olej rzepakowy, woda, emulgator: mono-i-diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyny sojowe), sól, substancja konserwująca E202, regulator kwasowości E330, aromat, barwnik (karoteny), tłuszcz roślinny nieuwodorniony rafinowany (palmowy), syrop cukru inwertowanego, serwatka (z mleka) w proszku, oleje roślinne (palmowy, rzepakowy), tłuszcz palmowy częściowo utwardzony, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, olej rzepakowy, substancja spulchniająca: E500, E503, sól, aromat, emulgator: lecytyna sojowa, barwniki E160b(ii), E101

Skład na wagę - w zasadzie taki sam