Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Sao Tome. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Sao Tome. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 grudnia 2024

Czar Czekolady Czekolady Świata Sao Tome Dark Chocolate Single Origin 70 % Cocoa ciemna z Wysp Świętego Tomasza.

Ostatnia nadzieja na uznanie marki za całkiem ok, leżała w linii Czekolady Świata, gdy tak myślałam o asortymencie Czaru Czekolady. Musiałam przyznać, że Czar Czekolady Czekolady Świata Madagascar Dark Chocolate Single Origin 67,4 % Cocoa sprawiła, że co do dziś prezentowanej żywiłam pewne nadzieje. Może nie jakieś ogromne, ale zawsze coś.

Czar Czekolady Czekolady Świata Sao Tome Dark Chocolate Single Origin 70 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Wysp Świętego Tomasza.


Po otwarciu poczułam bardzo słodką mieszankę bananów i cukru z orzechami w łupinach. Właśnie na łupinach skupiły się moje myśli. Te zaś mieszały się z drewnem oraz konkretnie drewnem sandałowym i kwiatowymi kadzidłami z suszonych płatków; kadzidlaną słodyczą. Czułam cierpko-goryczkowaty wątek o poważnym charakterze poniekąd łączący się z tym "zwyklejszym / ogólniejszym" drewnem, a także obietnicę soczystości, jaką złożył sok brzoskwiniowo-marchwiowy.

Tabliczka była twarda, acz podczas łamania trzaskała jak suche gałązki, średnio głośno. Gdy odgryzałam kawałek, za chrupnięciem słychać było trochę pyliste trzeszczenie.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-wolnawym. Była gładka i tłusta, chwilami nieco wodnista, ale gęsta. Acz wyraźnie coraz gęściejsza wydawała się dopiero z czasem. Narastała też marginalna soczystość i drobna pylistość.

W smaku pierwsza wystrzeliła silna słodycz, której czuć ewidentnie cukrowy charakter. W tle przemknęło trochę słodkich bananów. Słodycz, skumulowana, weszła na wysoki poziom i przez jakiś czas przynajmniej nie rosła. Banany jednak jakby trochę walczyły o odwrócenie proporcji z cukrem.

Słodycz zaraz dogoniła silna gorzkość. Stworzyła palony klimat, i mimo swojej mocy, nie wydawała się szczególnie dominująca ze względu na spokojne usposobienie. Zakręciła się przy niej drzewna nuta z... jakimiś drewniano-orzechowymi zapędami. Czułam zarówno drewno suche, opadłe czy dawno już ścięte, jak również drzewa żywsze, rosnące. Koegzystowały ze sobą.

Orzechy zaprosiły do kompozycji też odrobinę maślaności, która potem tonowała gorzkość. To samo ze słodyczą próbowała robić soczystość, którą przemycały banany. Soczystość... bananowo-brzoskwiniowa?

Gorzkość i tak jednak rozwinęła palony wątek. Doszedł do niego dym znad kadzidełek. Naturalnych, sypanych kadzidełek z mnóstwem drewnianym składników i z suszonymi kwiatami. Na pewno czułam słodko-ciepłego sandałowca, ale nie tylko. W drzewnych tonach przemykały pojedyncze iglaste akcenty, sugerujące lekki kwasek.

Słodycz w obliczu gorzkości trochę zelżała na jakiś czas, ale mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zyskała nowe życia. Cukier wciąż czułam, acz nieco zmienił się w... lukier? Przemieszał się w jedno z bananami, że w głowie rozgościł mi się bananowy lukier. I zapuszczał się w soczystsze klimaty.

Drzewny kwasek za jego sprawą podkradł się pod soczystość. Nieśmiało popłynęło trochę soku brzoskwiniowo-marchwiowo-bananowego.

W oddali przemknęło mi jeszcze coś z czerwonych owoców - coś słodkiego, ale walczącego też o kwasek i wpisującego się w cierpkość? Granat? Albo raczej słodki napój w wariancie "granat", a mający w składzie całą mieszankę owoców i cukier. Albo napój nieudolnie naśladujący smak... arbuzowo-jakiś.

Końcowo spokojna gorzkość palono-dymna została uładzona maślaną nutą. Ta współpracowała z orzechami i tym razem to ona im pomogła. Pomyślałam o włoskich - właśnie wyłupywanych ze skorupek, ze wskazaniem na same "drewniane" skorupki.

Słodycz wykorzystała tę chwilę słabości gorzkości i mocno przysłodziła mieszanką cukru i suszonych kwiatów, co aż zadrapało w gardle.

Po zjedzeniu został posmak drzew iglastych z wpisanym lekkim kwaskiem i sandałowca o słodszym charakterze. Drewno mieszało się z palono-dymną goryczką. Całość jednak była też mocno słodka za sprawą cukru i bananów. Lekka, cierpkawa soczystość nieśmiało pobrzmiewała w oddali.

Czekolada była smaczna, ale... to tyle. Coś mi nie pasowało w jej strukturze i znikaniu, a w smaku niestety za bardzo wychylał się cukier. Wizja bananowego lukru do mnie nie przemówiła. Ogólnie było mi za słodko. Czuję, że gdyby zmieniono cukier, tabliczka mogłaby zachwycić - był w niej potencjał. A jednak nie mogę narzekać na brak gorzkości. Ta jednak, w tej kompozycji, wydawała się jakby... trochę znudzona? Dym, kadzidełka, drewno kryły w sobie ciepło i cierpkość. Słodycz kadzidlana i suszonych kwiatów dobrze do tego pasowała. Owocowych akcentów czułam niewiele, ale wizja soku brzoskwiniowo-marchwiowego była przyjemna - szkoda, że się nie rozwinęła. Kwasku prawie brak. 

Pomyślałam o U Dziwisza Czekolada Sao Tome Dark 80 % o nutach ziemi i wielu owocowych (fig świeżych i suszonych, arbuza), kwiatów i miodu, wina bananowego, nieostrym jalapeno. Było w obu coś dziwnie, ciężko-słodkiego i kontrastowo gorzkiego, z czym obie polskie marki poradziły sobie w porządku, ale nic więcej.

Co innego Letterpress Chocolate Sao Tome Limited Edition 70 %. Niby była mało kwaśno-gorzka, a bardzo słodka od bananów, miodu i kwiatów, ale to, jak to wkomponowała w czekoladowo-fistaszkowe cukierki, drzewa, kawę i tosty, paloność zacnie wyszło. Też miała wtrącenia czerwono owocowe. Po tych obu wydaje mi się, że tak, słodycz do Sao Tome bardzo dobrze pasuje, ale musi to być słodycz szlachetna jak w przypadku podlinkowanej, a nie dziś opisywanej, gdzie jednak ten biały cukier się wyłamuje.


ocena: 7,5/10
kupiłam: czarczekolady.pl (dostałam)
cena: 15 zł (ja dostałam)
kaloryczność: 554 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

sobota, 26 października 2024

U Dziwisza Czekolada Sao Tome Milk 50 % mleczna

Po U Dziwisza Czekolada Sao Tome Dark 80 % czekała mnie dzisiaj przedstawiana tabliczka. Normalnie mleczna za nic by mnie nie zaciekawiła, ale jak uzgadniałam z marką, co wyślą, napisano mi, że z tej są wyjątkowo zadowoleni i dumni i chcą mi ją pokazać. Uznałam, że spróbuję, ale nie w domowych warunkach, bo zwyczajnie mleczne to nie moja bajka. Wzięłam ją więc w Tatry. Jako że czekolada mogła być dość ciekawa, uznałam, że otworzę ją na znanym szczycie, Kasprowym. Weszłam na niego niebieskim szlakiem z Kuźnic przez Skupniów Upłaz (Karczmisko). To podejście jest sto razy dogodniejsze niż ostre równoległe żółtym szlakiem. Słońce trochę przygrzało, trochę sporo ludzi było, ale narzekać nie można. I tak bardzo się stęskniłam za wyższymi Tatrami! Miałam nadzieję, że czekolada okaże się godna, acz... miałam małe wątpliwości co do niej.

U Dziwisza Czekolada Sao Tome Milk 50 % to czekolada mleczna o zawartości 50 % kakao z Sao Tome.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach mleka, mieszającego się z niejasną, ale na pewno bardzo rześką owocową nutą. Pomyślałam o niedojrzałym arbuzie, świeżej fidze i czymś, czego nie umiałam nazwać. To już mieszało się z nieco cięższą słodyczą miodu i ziemistym akcentem. 

Lśniąca, dość tłusta w dotyku tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno i chrupko. Wydała mi się nieco krucha, ale nie kruszyła się. 
W ustach rozpływała się łatwo, w tempie szybkawo-umiarkowanym, po chwili kremowo, delikatnie mięknąc. Była tłusta, łącząc w sobie tłustość masła i śmietanki. Wyszła gładko i maziście. Połączyła rześkość, lekką soczystość i prawie wodnistość, z odrobiną ciężkości. Czułam w niej też pylistość. Znikała tłusto i rzadko jak mleko z wodą właśnie. 

W smaku przywitało mnie kakao sugerujące lekką ziemistość. Już po chwili podlało je pełne mleko, niosące swoją naturalną słodycz oraz subtelna słodycz kwiatów. Wyobraziłam sobie drobne, ale dosadnie pachnące białe kwiaty. Zaplątał się przy nich cierpkawy pyłek kwiatowy.

W słodyczy pojawił się przebłysk owoców. Czerwonych i egzotycznych? Na pewno bardzo rześkich, wręcz orzeźwiających. Czyżby przemknął mi niezbyt dojrzały arbuz? I... coś melonowego? Może też, ale ta to już prawie nieuchwytna, świeża figa?

Arbuz zaraz ukrył się w kwiatach. Słodycz rosła bowiem w kwiatowo-miodowym kierunku. Mniej więcej w połowie rozpływania się kąsa wielokwiatowy miód zajął niemal pierwsze miejsce w smaku, jednak ogół wcale nie był bardzo słodki. 

Lekka gorzkość odległe zasugerowała ziemię, lecz ze względu na ogólną rześkość wyobraziłam sobie raczej szary dym, który zaczyna rozwiewać wiatr. Wiatr rześki i lekko chłodny.

Owocowy wątek podszedł pod delikatny kwasek jakiś czerwonych owoców. Pomyślałam o niedojrzałym arbuzie, ale wmieszanym w... Owocowy koktajl? Sałatkę owocowa? Z arbuzem i... Zielonymi winogronami? 

To na zasadzie kontrastu podbiło mleko. Z czasem zrobiło się cięższe i zmieszało ze słodyczą miodu, fig tym razem suszonych i kwiatów. Słodycz pozwoliła sobie na więcej, jednak i lekka cierpkawość (dymu?) podskoczyła na końcówce. Mignęło mi też... cierpkawo-słodkie wino ni czerwone, ni jakieś różowe?

Po zjedzeniu został posmak bardzo rześki, owocowy - w głowie wciąż siedział mi arbuz, coś bardziej winnego - rześkiego, ale już nie świeżo owocowego - a także jeszcze coś egzotycznego i kwiatowego. Wszystko to mieszało się z dosadnym pełnym mlekiem. Cierpkość kakao dodała jeszcze sporo ziemi i już odrobinkę dymu.

Da się rozpoznać, że została zrobiona z tego samego kakao, co U Dziwisza Czekolada Sao Tome Dark 80 %  ze względu na specyficzne przebłyski arbuza, egzotycznej rześkości, przechodzącej w dziwne wino, słodycz miodu, fig i kwiatów. Akcent kwasku pojawił się też w dzisiaj przedstawianej, ale wyszedł bardziej rześko ze względu na kontrast z pełnym mlekiem. To uczyniło tę kompozycję soczyście-rześkawą i ciężkawą jednocześnie - wg mnie takie owoce niezbyt pasowały do mleka. Efekt interesujący, ale ciekawostkowo, w małej ilości. Zgrzyty między nutami przeszkadzały mi bardziej niż wersji 80%. Na plus jednak w porządku struktura. Czekolada nie była za słodka, ale jej gorzkość, niezdecydowany kwasek i jednak mleczność sprawiły, że zjadłam pół (większość w górach - w tym dwie kostki jako weryfikacja odczuć w domu) i tyle mi wystarczyło. Nie moja bajka, zbieranina różnych motywów, a brak jednego, naprawdę dosadnego. Czekolada spokojna, jakby próbowała być bardzo uniwersalna, przez co dla mnie trochę nudna.

Reszta powędrowała do Mamy. Po kostce powiedziała: "Niesmaczna, w ogóle jakby nie mleczna, a ciemna, jakby tak bardzo dużo kakao miała, tak z 80%, bo w gorzkość idzie, która aż w posmaku zostaje. Mało słodka, ale jednocześnie bez takich przyjemnych nut ciemnych czekolad, bez wyraźnej kwaśności czy takiej głębokiej gorzkości". I resztkę oddałyśmy ojcu.


ocena: 6/10
kupiłam: Sklep U Dziwisza (dostałam)
cena: 22 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, mleko w proszku, cukier trzcinowy

środa, 23 października 2024

U Dziwisza Czekolada Sao Tome Dark 80 % ciemna

Planując tę czekoladę byłam pewna, że jest to czekolada ciemna, ale w pewnym momencie zgłupiałam. Gdy dzień przed degustacją zaczęłam przygotowywać posta (a więc wstęp, przepisywać skład), odkryłam, że w składzie na stronie widnieje mleko. Okeej? Okazało się jednak, iż wkradł się błąd. To dobrze, bo chciałam poznać nową wizję czystych ciemnych U Dziwisza. Trzymałam mnie nadzieja, że marce udało się osiągnąć lepszy efekt od zjedzonych kiedyś czystych, jako że zamiast słodzika, zaczęli używać cukru trzcinowego. Oprócz tego, cieszyła mnie myśl, że będę miała okazję porównać tę czekoladę z jej mleczną wersją. Co prawda, gdy uzgadniałam z marką, jakie tabliczki mają do mnie trafić, zaznaczyłam, że interesują mnie tylko ciemne, ale otrzymałam odpowiedź, że te mleczne mogą mnie pozytywnie zaskoczyć. Hm, najpierw jednak czekała mnie ta z mojego ulubionego przedziału kakao (75%-80%).

U Dziwisza Czekolada Sao Tome Dark 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Sao Tome.
 
Po otwarciu zagrzmiała słodycz miodu i fig suszonych, fig wręcz miodowych, ale zestawionych z rześkimi, słodkimi owocami świeżymi z pełni lata: morelami i arbuzami. Arbuz raz po raz wychylał się ponad wszystko inne. W tle przewinął się chyba melon. W owocach zaplątał się lekki kwasek, też chyba owocowy, ale trudno powiedzieć z całą pewnością, jako że hamowały go kwiaty. Też słodkie, podobnie jak miód wręcz trochę drapiąco. Przeszło mi przez myśl dziwne, słodkie wino bananowe i.. wino arbuzowe? (wyobrażenia abstrakcyjne). Za słodyczą znalazła się wilgotna ziemia i rozgrzany, wilgotny asfalt, odpowiadające za lekką goryczkę.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno i krucho, obiecując zbitość. Nie kruszyła się jednak, mimo poczucia kruchości. Była twarda.
W ustach rozpływała się łatwo i gładko w tempie średnim. Była średnio tłusta i zbita tylko początkowo. Leciała w rzadko-gibkim kierunku. Czuć w niej proszkowość i marginalną mazistość. Tę rozbijała rosnąca soczystość. Gęstawość znalazła się dopiero na którymś planie, a całość znikała soczyście-rzadko.

W smaku pierwsza zjawiła się wysoka słodycz kwiatów i jasnego miodu, kierujące się w nieco drapiącą stronę. Przemknęły mi też suszone figi. Również bardzo słodkie, ale... też zbrązowiało-szarawe, źle ususzone i nieco... duszno-kwaskawe?

Odnotowałam lekki kwasek i rześkość niezbyt dojrzałego, jasnego arbuza. Dołączyły do niego świeże, słodkie do tego stopnia, że aż mdławe, ale też rześkie figi oraz melon... Galia o pomarańczowym, mniej słodkim miąższu? I drobne, niedojrzałe morele. Kwasek przedstawił mi jakieś egzotyczne, czerwone owoce, których nie umiałam nazwać. Arbuz z kolei pochylił się trochę w stronę... gumy balonowej?

Mimo pojawienia się wielu świeżych owoców, słodycz miała mocną pozycję za sprawą miodu i kwiatów. Trwała pewna siebie, acz nie starała się rządzić. Acz zdarzyło jej się jako swoiste ciepło zaznaczyć nawet w gardle.

Niedosuszone figi zniknęły, ale pobudziły... duszną goryczkę? Ta po chwili stała się pełną gorzkością. Nadciągnął szary, gęsty dym. Zbierało się go coraz więcej, a jednocześnie paloność stała na średnio mocnym stopniu.

Pomyślałam o parującym, gorącym asfalcie, który dobrze pamięta deszcz. Ten musiał się tylko co skończyć i zostawić wilgoć w powietrzu. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączyła do niego ziemia. Przez moment pomyślałam o czarnej, lekko wilgotnej, ale niekoniecznie... Gorzkości stanął na drodze kwasek - dał radę, mimo że sam nie był bardzo wysoki.

Rześkość wymknęła się w innym kierunku. Umocnił się arbuz jako owoc. Już nieco słodszy, ale z kolei jakby dopisanym wyższym kwaskiem. Kwaskiem... Cytrusa? Przemknął, ale uciekł. Egzotyczne czerwone owoce za to jakby zawisły w niepewności - ale wyczuwalne były. Odnotowałam za to na pewno nabiał: ni kefir, ni maślankę. Chyba raczej maślankę, nieco łagodniejszą...? I wręcz maślaność?

Rześkość owoców cały czas powoli rosła, ale z czasem zrobiła się niepewna, nieśmiała. Do arbuza dołączyły banany, ale z dziwną ciężkością. Wino bananowe? Zaraz jednak rozmyło się, a jego miejsce zalała nalewka z... czerwonych porzeczek? Zmieszała się z arbuzem, przypominając o jego gumo-cukierkowości.

Alkoholowe akcenty zasugerowały motyw ziemistego jalapeno, ale z kolei z dziwnie stłamszoną, niemal wyciętą ostrością. Po chwili zniknęło w ziemi. Tym razem była to na pewno ciemna, rozgrzana ziemia. Otulił ją dym wraz z lekką cierpkością. Przypomniało to też o wręcz drapiąco-grzejącej słodyczy kwiatów i miodu.

Po zjedzeniu został posmak przede wszystkim niedojrzałego arbuza. Mieszał się z kwaskiem nabiału i czerwonych owoców. Czułam też wysoką słodycz miodu i chyba świeże morele, próbujące połączyć miód z arbuzem, co wyszło dziwnie... cukierkowo? Do tego czułam gorycz dymu i rozgrzanego, wilgotnego asfaltu z echem ziemi, nieco złagodzone masłem.

Czekolada była interesująca i smaczna, ale mam parę ale. Słodycz miodu i kwiatów, suszone figi przechodzące w figi świeższe, niedojrzały arbuz i rześkość owoców z dosadnie zaznaczoną kwaśnością, rześkość wilgotnego asfaltu uciekające z czasem przed dymem i ziemią, ziemią rozgrzaną wyszły niecodziennie. Kwaskawe, niejasne przebłyski nabiału, wino bananowe i nieostre jalapeno były dziwne. Wszystko to mogłoby być przekornie pyszne, gdyby nie było chwilami tak niedopasowane. I tak jednak było smacznie i gdyby nie struktura, której proszkowość i rzadkość oraz tempo rozpływania się mi nie leżały, spokojnie dałabym 8. Ogółem jest to najlepsza czekolada U Dziwisza, jaką jadłam. 

Gdy pomyślałam o Zotterze Labooko Sao Tome 75 %, trochę wspólnych motywów było. W Zotterze też czułam figi, melony, morele, soczystość i lekkość, suszone owoce i kwiaty, a także gorzki dym i alkoholowe wtrącenia. Zotter był jednak łagodniejszy - a mimo to, mimo wyższej maślaności, jakoś bardziej mnie chwycił.
Chapon Cacao Rare Sao Tome 75 % z kolei bez trudu przebiła obie, mimo że była przesłodzona. Czułam w niej banany, róże, jaśmin, ciemny miód i kadzidlane rodzynki, zmieszane z korzennością, piernikiem i dymem. Po tym wszystkim stwierdzam, że do Sao Tome najwidoczniej słodycz po prostu pasuje. Bo nie każde nuty wychodzą dobrze przy niższej słodyczy (np. U Dziwisza wolałabym słodkiego arbuza niż niedojrzałego).


ocena: 7/10
kupiłam: Sklep U Dziwisza (dostałam)
cena: 22 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: 515 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

środa, 5 czerwca 2024

Zotter Labooko Opus 5 Cuvee 72% Dark Chocolate ciemna

W zasadzie można powiedzieć, że minął jakiś rok, odkąd jadłam nieznanego mi czystego Zottera - i właśnie była nim opcja limitowana na poprzedni (2023) rok, Opus. Na blogu pojawiły się nadziewane nowości, ja sobie do kilku czystych Labooko wróciłam, ale gdy chodzi o czyste ciemne... no właśnie, ciekawie z tymi Opusami to wyszło. Edycja na ten rok, czyli 2024/25, została zrobiona z innych regionów, ale także w tym roku ziarna do tego blendu zostały dokładnie wyselekcjonowane i wyprażone partiami: każdy region oddzielnie.

Zotter Labooko Opus 5 Cuvee 72% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao z Madagaskaru, Sao Tome, Republiki Dominikany, Haiti i Belize; blend na rok 2023/24.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach migdałów, za którymi podążał marcepanowy cień. Marcepanu z cytrusową nutą! Nie było kwaśno, ale soczyście-słodko. Pomyślałam o pomarańczowym marcepanie i kandyzowanych cytrusach. O słodkiej masie z migdałów z wymieszaną konfiturą cytrusową, z kawałkami owoców. Do głowy przyszedł mi też sok pomarańczowy. Migdały dominowały jednak jako one same, lekko prażone. Ta prażoność właśnie zaprosiła nutę pieczenia, która przedstawiła się jako ciastka. W tle przewinęło się trochę cierpkawo-goryczkowatych ziół, a mi przez myśl przemknęły rośliny doniczkowe z pojedynczymi kwiatami oraz... opony. Ostatnie mieszały się z soczystością, wydobywając odrobinę świeższych owoców (nie jako element marcepanu): czerwonych porzeczek i grejpfruta.

Tabliczka na dotyk sprawiała wrażenie tłustawej, ale była też po prostu masywna i twarda. Przy łamaniu trzaskała głośno i chrupko.
W ustach rozpływała się lepkawo i kremowo. Dała się poznać jako maślano-tłusta i zbita. Rozpływała się powoli i ochoczo. Powierzchownie miękła, jawiła się jako wręcz śmietankowo-rozlazła, acz jakby kryła zwarty rdzeń. Z czasem pojawiła się też dość wysoka soczystość, mieszająca się z tłustością, zamiast ją przełamać.

W smaku pierwsza polała się wysoka słodycz miodu, układająca się w mocno miodowy marcepan w cierpkawej czekoladzie.

Przemknęły mi kwiaty o słodko-ostrzejszym charakterze, który szybko zmieniły się w rośliny. Wyobraziłam sobie doniczkowe rośliny zielone, przy których ewidentnie zaznaczyła się lekka pikanteria. Ziemi? Przypraw na pewno.

Rześkość roślin nieco stonowała słodycz, a w oddali wskazała słodkie czerwone owoce. Jakby... malinowo-porzeczkowy puder? Niemal uroczo słodziutki.

Na marcepanowym tle pojawiły się migdały same w sobie. Lekko prażone i niezwykle intensywne. Ich smak umocnił się tak, że zajął zupełnie pierwszy plan. Marcepan stał się jedynie ich cieniem, cały czas będącym w pobliżu, ale już nie tak istotnym, ale ciągle podtrzymującym słodycz.

Za migdałami owocowa nuta pudru zmieniła się w śmietankowo-malinowy deser. Dołożył się do słodyczy, choć... zaczął też jakby przygotowywać grunt pod kwaśniejszy wątek.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w owocach pojawiło się trochę kwaśności - całej mieszanki, ale z limonką na pewno. Zgrała się z ostrymi wtrąceniami. Marcepan zaczął tracić na jednoznaczności... Na moment zanikł, acz wrócił jako echo. W dużej mierze wyparły go drzewa.

Drzewa rozgrzane słońcem podkręciły się z prażonymi migdałami. Ich duet zwieńczyły przyprawy. Nie było jednak bardzo pikantnie ze względu na swoistą rześkość... Wyobraziłam sobie zielone rośliny doniczkowe ogrzewane słońcem zza okna.

Prażony aspekt migdałów zaprosił pieczoną nutkę, która wywołała myśl o ciastkach korzennych. Jasnych, ale z przyprawami. Dominował słodko-ostry cynamon... który podkreślił miodową słodycz ciastek. Ciastek z migdałami! W oddali przemknęła dziwna nuta opony...

A mieszane owoce ograniczyły się do cytrusów. Kwaśność, która już nieźle się rozkręciła, zaobfitowała w pomarańczowy marcepan. Oto marcepan wrócił z nową siłą, acz już nie tak intensywny jak na początku. Wydawał się słodszy i soczystszy. Pojawiły się w nim jakieś inne kandyzowane cytrusy. Limonka i chyba jeszcze coś. Wspomnienie czerwonych owoców wydobyło grejpfruta.

Grejpfrut podkreślił z kolei drzewa i przyprawy. Wydały mi się bardziej goryczkowate. Rośliny dopowiedziały im świeże zioła - piołun? Z przypraw odnotowałam ziele angielskie, coś prawie gryzącego... imbir? W całej mieszance korzenności. Ogółem nie wyszło to więc mocno ostro-cierpko, bo tonęło w słodyczy.

Marcepan złagodniał. Zrobił się śmietankowy, a ja oczami wyobraźni zobaczyłam ni ciasto, ni tort z kremem śmietankowym i cienką warstwą marcepanu. Chyba cytrusowo-porzeczkowego. Ogólnie zrobiło się bardzo łagodnie, a migdały znów wyszły na przód.

Po zjedzeniu został posmak ogólnie cytrusowy, w tym konkretnie kandyzowanej limonki. Było kwaskawo, ale jednocześnie słodko wręcz nieco cukrowo. Wpisał się w to śmietankowy marcepan, migdały zatopione w śmietance. Słodkawe migdały lekko prażone też nieźle na koniec się zaznaczyły. A za nimi... delikatne ciastka? I jakby cierpkie drzewa. Czułam też pewną roślinność, świeże zioła, ogólną świeżość i jakby ciepło porannego, orzeźwiającego słońca. Rozgrzewało z ryzykowną słodyczą i imbirowym akcentem na języku.

Całość bardzo mi smakowała, acz mogłaby być mniej tłusta i nieco mniej słodka. Słodycz chwilami wydawała się lekko cukrowa, co czułam w kandyzowanych cytrusach. Marcepan, ogrom migdałów i ciastka, ciasto z marcepanowo-śmietankowymi warstwami z powagą drzew i sporą ilością ostrawych przypraw (cynamon, ziele angielski i imbir) i ziół (piołun?) to świetny splot. Echo czerwonych owoców wkomponowanych w coś słodkiego, potem więcej cytrusów (pomarańczowy marcepan, limonka, grejpfrut) wniosły soczystość, a doniczkowe rośliny rześkość. Pewne śmietankowe, łagodniejsze epizody nieco za bardzo to starały się wygłaskać, ale kompozycja i tak okazała się bardzo charakterna.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 19,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 25 stycznia 2024

Letterpress Chocolate Sao Tome Limited Edition 70 % Dark Chocolate ciemna z Wysp Świętego Tomasza i Książęcej

Bardzo lubię czekolady z Sao Tome, więc jako że to w dodatku limitowana edycja, musiałam ją wybrać podczas selekcji, co chcę ze strony Letterpress. Co w niej takiego ciekawego (oprócz potencjalnie genialnego smaku)? To ponoć pierwsza i jedyna w Stanach (wg producenta) czekolada z plantacji Satocao z São Tomé w Ameryce Północnej. Producent pochwalił się na stronie, że "musiał przewieźć ziarna samolotem" - na te słowa akurat zareagowałam ironicznym uśmiechem, a w głowie przemknęła mi myśl, że "a już myślałam, że piechotą". Kraj ten ma nie tylko ciekawą historię (ogromne skutki niewolnictwa, obecnie jedna z najbardziej stabilnych demokracji w Afryce), ale też warunki klimatyczne i glebę dla kakao. Niestety jednak to wciąż bardzo biedny kraj. Satocao działa od 2015 roku, zrzeszając około 400 farmerów z certyfikatem świadczącym o tym, że uprawa jest organiczna. Ponoć wyselekcjonowano tam małą ilość bardzo interesujących ziaren, z których Letterpress stworzyło blend, "niepowtarzalny" jak sami piszą.

Letterpress Chocolate Sao Tome Limited Edition 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Sao Tome (Wysp Świętego Tomasza i Książęcej).

Po otwarciu poczułam słodki zapach karmelu i bananów, jakby nieco sam w sobie się hamujący z racji palonego aspektu karmelu. Za nimi stała lekka gorzkość kawy, złagodzona drewnem i orzechami. Orzechy rysowały obraz fistaszków w czekoladowej toni... może cukierków czekoladowo-arachidowych? Z zaznaczonym akcentem kremu z orzeszków, trochę masłoorzechowego, trochę naturalniejszego. Banany wprowadziły też drobną soczystość, do której dołączyły wiśnie i czerwone morele. Te z kolei wydawały się nieco stopowane przez białe kwiaty.

Bardzo twarda tabliczka trzaskała głośno i krucho. Kojarzyła się ze stwardniałym, zgęstniałym kremem i nawet w dotyku pewną kremowość zdradzała. Przekrój z kolei sugerował ziarnistość.
W ustach rozpływała się powoli i aksamitnie gęsto. Okazała się niemal idealnie gładka. Miękła, stając się masywną, nieco maziście-lepką masą. Była maślano tłusta, bardzo kremowa i trochę soczysta.

W smaku pierwszy przemknął bananowy karmel; zdrowa, soczysta wersja zwykłego karmelu. Ten wątek jednak szybko rozszedł się na poszczególne nuty.

Poczułam palony karmel, jakby przygaszony kwiatami. Jego słodycz sama w sobie jakby też się powstrzymywała z racji palonego wydźwięku.

Banany odsunęły się od karmelu, budując słodko-soczysty motyw jakby nieco w tle. Czułam wyraziste, mocno dojrzałe owoce świeże, banany częściowo wchodziły w motyw czekoladowego chlebka bananowego. Słodycz rosła i umacniała się, ale robiła to powoli, spokojnie.

Na przodzie zaś rozbłysły czekoladowo-arachidowe cukierki. Rozkręciły słodycz, nadając jej dynamiki. Pomyślałam o kremie fistaszkowym i fistaszkach tonących w czekoladzie. Lekko prażone orzeszki same w sobie musiały być słodkie. Zaserwowały też nutę niemal maślanego kremu fistaszkowego i bardziej słodko-maślanego masła orzechowego.

Ożywiona słodycz podskoczyła, dodając jeszcze jasny miód. Pomyślałam o jakimś karmelowo smakującym miodzie lub karmelu zrobionym właśnie z miodu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do bananów doczłapały się czerwone morele. One też były bardzo słodkie, ale i z lekkim kwaskiem. Całość nie była jednak bardzo owocowa. Banany stworzyły wizję tostów z masłem orzechowym i bananem właśnie. Lekki kwasek jak już się jednak pojawił, tak w tle pobrzmiewał nieśmiało (nie zniknął zupełnie).

Maślaność zmieszała się też z karmelem. To bardzo słodki, maślany, choć wciąż palony karmel. Zapewnił złagodzenie, do którego dołączyły delikatne, acz gorzkie drzewa.

Wyobraziłam sobie złoto-żółte liście na drzewach jesienią. Wniosły lekkie ciepło, drobny korzenny akcent. Drewno i drzewa o delikatnej gorzkości umożliwiły po paru chwilach wkroczenie kawie. Kawa ośmieliła gorzkość i znacząco ją podniosła. Przystały na nią też fistaszki. Zwróciły bowiem uwagę na swoje gorzkawe skórki. Gorzkość chyba podkreśliła odrobina ziemi.

Gorzkość zmieszała się także z tostami, wywołując myśl o przypalonych tostach z bananami. Mnóstwem bardzo słodkich bananów. Arachidowość umknęła.

Wzrosła za to soczystość. Do czerwonych moreli, moreli ogółem, dołączyły cierpkawe wiśnie... Acz jako syrop wiśniowy z nutą kwiatów.

W posmaku zostały fistaszki i cierpkie, choć słodkie banany, ze słodyczą podkręconą karmelem i drapaniem miodu. Do tego pojawił się syrop z czerwonych owoców - może i wiśni, a także kawowo-drzewna gorzkość, podkręcona goryczką arachidowych skórek.

Całość była bardzo smaczna, jednak trochę... za bardzo tylko słodka. Nie mocno przesłodzona, a po prostu uboga w kwaśność czy delikatnie gorzka. Karmel, banany, niemal miód i trochę kwiatów w zasadzie nie szalały, choć w pewnym momencie słodycz bardzo podskoczyła, bo doszły do nich jeszcze czekoladowo-fistaszkowe cukierki. Arachidowość, drzewa i kawa były przyjemnie szlachetne, gorzkie. Tosty i przypalona nutka, ogólnie paloność karmelu też na plus. Przebłyski kwaśniejszych owoców takich jak czerwone morele i wiśnie jako syrop wiśniowy świetnie wpisały się w klimat. Wolałabym jednak silniejszą gorzkość - wtedy mogłabym się w tej czekoladzie zakochać.

Pomyślałam o Chapon Cacao Rare Sao Tome 75 % o nutach bananów, kwiatów, w tym konkretnie jaśminu i róży, kadzidlanych rodzynek i gorzkiej ziemi, drzew, piernika ostrego od przypraw korzennych. Była też bardzo słodka, leciutko tylko kwaśna, ale o wiele bardziej gorzka. Mimo głębokiej gorzkości, Letterpress wyszła głównie słodko.
Karmel, kwiaty, orzechy i morele przypomniały mi Zottera Labooko Sao Tome 75 %, który w zasadzie był zupełnie inny od obu. O wiele bardziej owocowy, a jednocześnie bardziej maślany. Pod względem smakowitości Letterpress znalazła się pomiędzy nimi.


ocena: 9/10
kupiłam: letterpresschocolate.com (przez osobę pośredniczącą)
cena: $19 (za 57g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 9 października 2023

Chapon Cacao Rare Sao Tome ciemna 75 % z Wysp Świętego Tomasza

Kiedy tylko marka Chapon wprowadziła nowości, uznałam, iż muszę je mieć. Wreszcie porwali się na wyższą zawartość kakao, jednak o dziwo, jakoś mój wzrok najbardziej przyciągała tabliczka z Sao Tome. Ostatnimi czasy naszło mnie na zgłębienie właśnie tego regionu. I miałam okazję zestawić ją z Zotterem stamtąd. Zastanawiałam się, czy nuty regionu w Chapon jakoś bardziej się wyklarują. Swoją drogą, w oczy rzuciło mi się opakowanie z grafiką, której jeszcze marka nie wykorzystywała (mają bowiem tendencję do powtarzania grafik). Choć nie w moim stylu, bardzo mi się spodobała.

Chapon Cacao Rare Sao Tome to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao z Sao Tome (Wysp Świętego Tomasza).

Już podczas otwierania opakowania dosłownie buchnął wyrazisty zapach kwiatów oraz bananów o wysokiej słodyczy i nie niższej soczystości. Słodyczy nadały jeszcze większej głębi charakterniejsze zioła. Może goryczkowato-ostrawy miód? Czułam też trochę suszonych owoców - słodkich moreli i zabójczo słodkich rodzynek, które jednak popisały się też kadzidlanym wątkiem. Całość po chwili zaserwowała mi jeszcze całe mnóstwo kwiatów, także reprezentujących słodycz. To głównie jaśmin i jasne róże. Mimo wszystko nie brakowało bardziej gorzkawo-ostrych nut, a więc niepewnego drewna, orzechów i mocno przypieczonego piernika. Acz prażenie ogólnie wydało mi się na średnio mocnym poziomie. Drzewa... ich korzenie porastały ostrawy - korzenny? - torf.

Tabliczka w dotyku wydała mi się pylista, ale z zapowiedzią kremowości. Była średnio twarda, a podczas łamania trzaskała właśnie średnio głośno, acz trochę skaliście.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, ale raczej "wolnawo", gęstawo zalepiając. Cechowała ją śmietankowa kremowość, ale też gibkość, trochę kojarząca się z pełnymi, lekko pylistymi lodami na śmietance kremówce, które nieco się ciągną. Jakby były dodatkowo zagęszczone, choć pod koniec czekolada łatwo znikała i rzedła za sprawą wypływającej z niej soczystości jakby wina, które lekko ściągało. 

W smaku pierwsza uderzyła słodycz bananów dojrzałych do miękkości i jakby nieco "wilgotnych" kwiatów. Przewodził im jaśmin.

Spod tego bukietu swoją obecność zapowiedziała gorzkość. Jako... drzewa? Akcent ciemnego, drzewnego miodu?

Odnotowałam też słodycz... drożdżówki z mocno mlecznym, łagodnym twarożkiem? Takiej przypieczonej porządnie, ale wilgotnej wewnątrz. W twarożku pojawiło się sporo rodzynek. Minimalnie soczystych, a jakby wręcz prawie czysto słodkich. Jedynie z odrobinę tlącym się kwaskiem.

Słodycz rozlała się po ustach, a do kwiatów dołączyło drapanie, przywodzące na myśl miód. Jaśmin jednak dominował. Pomagały mu jasne róże. Żywe i świeże, o wilgotnych płatkach. Słodycz drapała, rozgrzewała...

I nagle zorientowałam się, że rozgrzewanie nie miało tylko słodkiego pochodzenia. Należało też do korzenności. Przemknęły drzewa i na moment zatraciły się.

Gorzkość umocniła się. Mimo że nie jakoś szczególnie silna, to ona wydawała się stanowić bazę. Poczułam dym... jakby słodko-gorzki, kadzidlany? Miał w sobie pewną ciężkość, kojarzył się z jakąś procesją podczas której rzuca się wszędzie mnóstwo płatków kwiatów, a kadzidło dymi w najlepsze.

Rodzynki też zyskały kadzidlany, chwilami goryczkowaty charakter. Wciąż były słodkie, ale już nieco inaczej.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa korzenność wydała mi się ostrzejsza wyraźniej, a z kwiatów wymknęło się trochę ziół. Miodowy akcent z tła musiał należeć do goryczkowato-ostrzejszego miodu ciemnego, możliwe, że gryczanego; ewentualnie drzewno-leśnego (iglastego?)? Ogólnie jednak za bardzo się nie udzielał.

Przodem pomknął... bananowy piernik. Słodko-soczysty, ale też ostrawo-ciężkawy. Wyobraziłam sobie ciasto z wierzchu bardziej, prawie na chrupko przypieczone, a w środku miękkie i wilgotne. Podchwycił podpieczoną nutę od drożdżówki (która na jego rzecz zniknęła). Dojrzałe niemal do miękkości, prawie zasładzające banany harmonijnie zgrały się z jakby wilgotną słodyczą jaśminu.

Choć kwiaty w większości ustąpiły miejsca bananom, pomyślałam o kwitnących drzewach... I drzewach ogólnie. Drzewach, których korzenie porastają czarną ziemię, torf. Dym częściowo ustąpił miejsca właśnie lekkiej ziemistości i drzewom, które oprócz gorzkości w udany sposób zapewniały pewną świeżość. Drzewny, iglasty kwasek?

Poczułam też trochę orzechów... chyba gorzkawych włoskich... Takich świeżych i prosto z łupin. W tym czasie pikanteria piernika mieszała się z tą ziemiście-dymną gorzkością... Orzechy jakby je połączyły, gdyż znalazły się i w ziemi, i w pierniku.

W nim zaś doszukałam się jeszcze suszonych moreli, które dołączyły do rodzynek. Oczywiście wciąż kadzidlanych, ale już z kwaskiem. Także owoce zdecydowały się na trochę goryczki. A piernik na tym nie skończył. Rozgrzewał słodyczą i przyprawami korzennymi, co z czasem przeszło w kwaśne... wino-wiśnie? Jakby oprócz kwaskawo-słodkich rodzynek, trochę kwaśnych wiśni zawierał. Albo jakby go nasączono winem?

Lekko cierpkim winem o mocno kwiatowych nutach - jaśmin i róże zamknęły kompozycję.

W posmaku została wysoka słodycz kwiatów oraz bananów. Te były zaskakująco jednoznaczne i zgrane z korzennością. Znowu w głowie miałam piernik zrobiony m.in. na bazie bananów, z niewiarygodnie wysoką soczystością uzyskaną przez nasączenie go mocno wiśniowym winem. Czułam korzenne przyprawy, trochę kadzidlanego dymu i ziemiście-drzewny splot. Lekko pieczono-prażona nutka wpisała się właśnie w piernik i drzewa.

Czekolada zachwyciła mnie. Była bardzo, bardzo słodka, a jednocześnie słodka w pozytywny sposób. Banany, jaśmin i róże, kadzidlane rodzynki i akcent ciemnego miodu smakowały genialnie, jako że nie brakowało charakterniejszej korzenności, piernika i dymu. Ziemiście-drzewne zwieńczenie i soczystszy, leciuteńki kwasek pod koniec dopełniły kompozycję, stojąc na straży przesłodzenia.

Skojarzyła mi się trochę z bananowo-rodzynkowym, ziemiście-dymnym Pralusem Sao Tome & Principe Forastero 75 %, który zdecydował się bardziej na wyeksponowanie poszczególnych przypraw. Miał mniej słodki wydźwięk, a na jednak 9 nie 10 w jego przypadku miała wpływ tłustość. Tak obie czekolady uważam za wybitne. Zotter Labooko Sao Tome wyszedł gorzej, bo mniej jednoznacznie, a mimo natłoku różnych nut, spokojniej. Z tym też Chapon miało trochę wspólnego - choćby suszone owoce (morele), korzenność i kwiaty. Nawet one jednak nie były w przypadku Zottera tak określone.


ocena: 10/10
kupiłam: chapon.com
cena: 9,70 € (za 75g)
kaloryczność: 568 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 4 października 2023

Zotter Labooko Sao Tome 75 % ciemna z Wysp Świętego Tomasza

Na tę czekoladę czaiłam się, odkąd się pojawiła... a przynajmniej tak mi się wydawało. Lepiej będzie więc chyba powiedzieć, odkąd ją zauważyłam. Z poproszeniem o nią jednak trochę się wstrzymywałam, by ekipa Zottera nie musiała bawić się w wysyłanie jednej tabliczki, a dopiero, jak coś tam więcej się zebrało. Z tym z kolei coraz trudniej, bo oferta Zottera zaczęła wydawać się coraz mniej w moim typie. Czystych ciemnych nie dość, że mniej niż całej reszty, to jeszcze od dawna nowości wśród nich nie wprowadzono. I szczerze wejście tej jakoś przegapiłam. Nagle zorientowałam się, że jest jeszcze jedna plantacyjna czekolada, której nie jadłam. Ta była propozycją ciekawą, bo z w zasadzie z mało popularnej zachodnioafrykańskiej wyspy - Świętego Tomasza, dokładniej od kooperatywy CECAQ 11.

Zotter Labooko Sao Tome 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Sao Tome (Wysp Świętego Tomasza).

Po otwarciu poczułam pieczony zapach pszennego, drożdżowego wypieku - może tostów... albo po prostu jeszcze ciepłego chleba. Otulała go wysoka palono-miodowa słodycz, jakby z miodu zrobiono bardzo mocno palony, aż do goryczki, karmel. Soczystość przeszywała i otaczała te wątki jako suszone, ale bardzo soczyste (prawie kwaskawe?) morele. Ogólnie obok całego pieczenia-prażenia czułam sporo dymu. Osnuwał niejednoznaczne, ale wyraźne orzechy i piernik. Z nieco pieprzną nutą? Na pewno z suszonymi morelami. Chyba czułam też jakiś mocniejszy, ciężko-słodki alkohol morelowy. I wiśniowy? Owoce i soczystość w dużej mierze, z racji dymnej nuty, wydawała mi się wędzona. Wyłapałam ananasa i jakieś niejednoznaczne czerwone. Zapach był świeży, ale jednocześnie dość ciężki.

Tabliczka kremowość zdradziła już w dotyku. Przy łamaniu okazała się twarda, a trzaskała niczym dość grube, zdrowe gałęzie, obiecując przy tym gęstość. 
W ustach rozpływała się jednak średnio gęsto. W ciągu paru sekund pokrywała podniebienie zupełnie. Rozpływała się w tempie umiarkowanym, maślano-mlecznie tłusto. Wykazywała wysoką mazistą kremowość, a z czasem drobną soczystość jakby owocowo-mlecznego shake'a. Pod koniec lekko cierpko ściągała. 

W smaku najpierw pojawiła się leciutka jak rosa słodycz. Pomyślałam o wilgotnych, pokrytych rosą, kwiatach, choć nie była to bardzo zdecydowana myśl. Może to raczej jakiś kwiatowo smakujący owoc?

Dosłownie sekundę później nadeszła gorzkość dymu i prażenia oraz orzechy. Były to głównie orzechy pekan, acz w towarzystwie dosłownie paru laskowych. Jedne i drugie mocno prażone.

Kwiaty przeszły w jakby cierpki miód, a do tego błyskawicznie doskoczył dym i mocno go skarmelizował. Miodowy karmel był niemal goryczkowaty. Ogólnie prażona nuta znacząco wzrosła. Wydawała się niemal rozgrzewająca. Trochę korzenna?

Ta rześka, lekka słodycz z początku odezwała się ponownie jako owoce. Takie niemal wodniste w pewien sposób, ale bardzo słodkie. Sporo było wśród nich świeżych fig, ale też jakieś mi nieznane, egzotyczne - przecinały wszystko raz po raz jak soczyste brzytwy, były jakby niespełnionymi obietnicami kwasku. Przewinęły się tam morele... świeże ale dość mdłe.

Do moreli dołączył dym, trochę je podwędził...? Zreflektowały się, nabierając wyrazistości, w tym słodyczy. Owoce przez pewien czas jednak trochę się wycofały i tylko lekko pobrzmiewały.

Jednocześnie gorzkość rosła. Dym wydawał się wszechobecny, ale nie próbował się rządzić i dominować. Odnotowałam za nim lekką metaliczność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jednak dym nagle prawie zupełnie zniknął. Uwagę skupiło na sobie prażenie, serwując mi drożdżowo-chlebową nutę. Był to pszenny wypiek, chyba jeszcze ciepły. Tosty niekoniecznie... Po prostu chleb. Może indyjski naan? Z lekko mleczną nutą? Przez moment wydawało mi się, że czuję delikatny twarożek, kryjący ociupińkę jogurtowego kwasku.

Potem jednak kompozycja wydała mi się mocno maślana. Tu znów wychwyciłam lekką metaliczność.

Pod maślaność podeszły też delikatne, tłuste orzechy. Nie zgubiły jednak prażonej nuty. Pekan, laskowe... spotkały się jednak z mocno prażonymi pistacjami. Pistacje z orzechowych zastępów wyszły na przód, dominowały.

Pomyślałam o pierniku z pistacjami i innymi orzechami oraz suszonymi morelami. Był tak przyprawiony, że aż rozgrzewająco ostry.

Wróciły wyraziste owoce, które znacząco podniosły słodycz. Czułam świeże figi, trochę fig suszonych oraz ananasa - soczystego, ale też chyba częściowo suszonego? Może zaplątała się jakaś pojedyncza rodzynka? Egzotyczne owoce były bardzo, bardzo słodkie, a mimo to lekkie. Pomyślałam o melonach. Jak nic bardzo słodkie, niemal kwiatowe kantalupa i bardziej miodowe właśnie melony miodowe.

Zaraz za nimi były też owoce o cięższym wydźwięku. Skupiły się na słodyczy i kontynuowały rozgrzewanie. Najpierw wyobraziłam sobie jakieś dżemy i konfitury dodane do opisywanego chleba, lecz z czasem... wydały mi się tak ciężkie, że pomyślałam raczej o jakimś morelowym alkoholu. Likierze? Brandy (z "winogronowatą" nutą?)? I innym... z czerwonych owoców (porzeczek i wiśni?) z kwaskawym echem. Nie były to nuty mocne, ale znaczące. Te alkoholowo-owocowe tony przy rześkości słodko-egzotycznych melonów sprawiały wrażenie jeszcze cięższych.

Dosłownie na końcówce piernik zawalczył o gorzkość oraz częściowo zmienił wydźwięk mocno wypieczonego chleba na chleb raczej ciemny. Zrobiony na zakwasie, a więc lekko soczysty? Może jakiś z suszoną żurawiną czy innymi czerwonymi owocami?

Po zjedzeniu czułam posmak bardzo słodko-kwiatowego melona, może odrobinę fig i moreli, które nie mogły się zdecydować, czy pokazać się z bardziej soczystej, świeżej strony, czy słodszej suszonej. Do tego czułam soczyste, kwaskawe czerwone porzeczki i słodko-ciężkie, alkoholowe owoce czerwone (żurawina? wiśnie?). Cały owocowy bukiet otoczyło mnóstwo dymu i echo pikantnawego piernika. Ten podkreślał motyw ciemnego chleba, choć bazowo w posmaku dominował delikatniejszy drożdżowy. Ogólnie czułam też wysoką maślaność, może z echem bardziej mleczno-twarożkowym.
Trochę ściągała jak czerwone owoce.

Czekolada była bardzo smaczna, choć nie zachwyciła mnie tak, jak potrafią ciemne Zottery. Była mocno maślana i pod względem konsystencji, i smaku. Smak... no właśnie maślany, pieczono-prażony. Chlebowe, w dużej mierze pszenne wątki, niezbyt mi pasowały do owocowego bukietu. Ten był intrygujący - figi, morele, sporo egzotyki, soczystości i lekkości, ale równie sporo też słodyczy owoców suszonych. Melony, których czułam dużo, były wręcz kwiatowe. Karmel i alkoholowe wątki dodały owocom więcej cięższej słodyczy i spójnie łączyły je z dymem. Ten odpowiadał za wysoką gorzkość. Zachwyciła mnie pistacjowa nuta, a orzechy i piernik ogółem mi się podobały, choć zwłaszcza piernik, niespecjalnie pasował do egzotycznej rześkości. Mimo takiej dynamiki i bogactwa nut, czekolada faktycznie wyszła łagodnie - nie była ani przesłodzona, choć słodka, ani szczególnie gorzka, mimo że na brak gorzkości nie mogę narzekać. I sporo w niej jakby niedopowiedzeń, dużo sugestii i ledwo uchwytnych nut.

Piernik, dym, miód i ogrom owoców zarówno świeżych surowych, jak i suszono-dżemowato słodszych czułam także w Pralus Sao Tome & Principe Forastero 75 %, choć ona dzięki temu, że suszone to były w niej daktyle i kadzidlane rodzynki, wyszła o wiele spójniej.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 10 lipca 2023

(Słodki Przystanek) Beskid Chocolate Beer Time APA Sao Tome with Hops 75 % ciemna z chmielem, stylizowana na piwo (miniaturka 2022)

Na kolejną miniaturkę Beskidu wybrałam tę właśnie, ponieważ Beskid Chocolate Beer Time APA Sao Tome with Hops 75 % była bardzo złożona i naprawdę mnie ciekawiło, jak to wszystko pomieści mniejsza wersja, na ile odda pełnowymiarową.

Beskid Chocolate Beer Time APA Sao Tome with Hops 75 % Dark to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Sao Tome z olejkami z chmieli Azacca, El Dorado, Cascade, Chinook; stylizowana na piwo APA; wersja mini na 2022 o wadze około 10g.

Po otwarciu poczułam znajomy z dużej wersji zapach ziemi, torfu i orzechów, wyraźnie zestawionych ze słodem. Podkreśliła je pieprzność i podsyciły owoce. Te w przypadku miniaturki odegrały ważniejszą rolę. Cytrynę poganiały inne, mniej dookreślone - mieszanka kwaskawych jabłek i bardzo słodkich gruszek. Słodycz przybrała wręcz karmelizowany charakter, a ten mieszał się ze słodem i nutką wytrawności jakby duszono-marynowanych owoców i np. japońskiej rzepy oshinko, co na myśl ewidentnie nasunęło piwo.

Mimo że mała, przy łamaniu tabliczka trzaskała głośno z racji twardości.
W ustach rozpływała się gładko, utrzymując twardość. Ze zwartego kawałka z czasem jakby wypływało coraz więcej soku. Mimo pewnej rzadkawości tym wywołanej, czekolada wyszła gęsto i tak... pełno. Cały czas jednak zachowywała zwarty kształt. Była nieco śliskawa i tłustawa, ale nie ciężko.

W smaku pierwsza pojawiła się cytryna i lekka, jakby podkwaszona nuta. Cytrusowa, ale nie do końca. Tuż za nią gnał duet nieokreślonych, delikatnych orzechów i maślaność.

Błyskawicznie odezwała się też słodycz, przy której pomyślałam o cukrze trzcinowym (też właśnie trzcinie jako szeleszczącej roślinie) i...

...zaraz splotło się to w nutę cytryn na słodko, a więc takich... duszonych w tymże cukrze? Może to jednocześnie kandyzowana skórka cytryny? Za nią znalazło się też sporo różnych, soczyście kwaśnych cytrusów. Nie do połapania, ale na pewno z goryczką. Ta rosła i powoli zmieniała owoce w coś wytrawniejszego. Warzywa?

Wyraźnie zagrała nuta słodowa; pojawił się chmiel i ziemia. Trzcina zmieniła się w chmiel-roślinę, zboże. Orzechowo-ziemisty wątek przejął kwaskawość, która zmieniła się w wizję wyraźnie, klarownie chmielowego piwa. Podkreśliła je ziemia i czarny pieprz, kierujące orzechy - laskowe? pekan? - w gorzkawym kierunku.

Mimo to, czekoladowa gorzkość ogółu nie była wysoka. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz, wysoka już wcześniej, ale dotąd jakaś nie aż tak imperatywna, podskoczyła. To było uderzenie karmelu, nuty karmelizowania samego w sobie, jak i cukru trzcinowego.

Trochę było w tym też coś... roślinnie-trzcinowo-kwiatowego, też słodkiego. Pomyślałam o  gruszkach (konferencja?) i jabłkach. Bardzo słodkich, trochę kompotowych, duszonych, dżemowych...? Czy raczej marynowanych, przez co przeszywały je niby goryczkowate (ale nie do końca), wytrawniejsze ukłucia.

W tle przewijała się kwaśność, coraz jednak subtelniejsza i zmieszana zarówno ze słodyczą, jak i goryczką, gorzkawością. Nie sposób nie pomyśleć o piwie. Przełożyła się na myśl o marynowanych owocach i warzywach np. marynowanej rzepie japońskiej oshinko (może też po prostu rzepie?), burakach (z ziemistym echem). Karmelowa i w sumie ogólna słodycz zasugerowała też marynowaną tykwę. Pieprz i piwo nabierały mocy.

Roślinny aspekt tych nut aż krzyczał: "zboże i chmiel!". Oto przeniosłam się w wyobraźni na pole, gdzie rosło zboże. Z lekką gorzkością, orzechowością. Wszystko podkreślała ziemia. Mieszając się z owocami, zasugerowało to średnio jasne piwo.

Właśnie wizja piwa w końcu wychodziła na pierwszy plan. Było mocno zbożowe, takie aż "namacalnie". Chmiel czuć... jakby dosłodzony. Otoczony i zasypany słodyczą cukru trzcinowego, przy czym właśnie jakby i chmielowe zboże, i cukrowa trzcina się umówiły i nakręcały nawzajem.

Po zjedzeniu został posmak mocno chmielowy, ale i wysoce słodki. Lekko karmelowy, ale denerwująco znaczący. Towarzyszyła temu nutka cytryny.

Duża wersja, czyli Beskid Chocolate Beer Time APA Sao Tome with Hops 75 % była bardzo, bardzo bogata i taka "naładowana wszystkim". Nuty czekolady przeplatały się z piwnymi, nie zagłuszały się, a współgrały. Mała to prawdziwe streszczenie, przebieżka, która mnie w dodatku wydała się bardziej chmielowa - może w przypadku wersji mniejszej olejki jakoś bardziej przesyciły czekoladę? Wydała mi się też bardziej słodka, a mniej wyraźna w gorzkość kawowo-ziemistą bazy, na której ją zrobiono, czyli Beskid Sao Tome 70 %. Na szczęście wciąż była przyjemnie kwaśna. Dała dobre wyobrażenie tego, czego można się spodziewać, ale nie wyczerpała tematu. Od razu da się zgadnąć, co to za czekolada, a jednak przez mocniejszą piwną chmielowość i wyższą słodycz, mnie nie przekonuje.

To jakby okrojona duża, a z podkręconym chmielem (co przełożyło się na kilka aż dziwnych akcentów m.in. warzywnych) i słodyczą - wiadomo, że smaki rozchodzą się nieco inaczej, gdy czekolada jest po prostu cieńsza etc., aromaty inaczej się utrzymują w czymś dużym, a małym. W pewnej chwili miałam dodać jedynie jako aktualizację, ale... ten mocniejszy zbożowy smak chmielu jednak zmienił moją decyzję. Może teraz Beskid robi bardziej chmielowe Beskid Chocolate Beer Time APA Sao Tome with Hops 75 %? Choć i tak nie mam zamiaru do tej czekolady wrócić, mam nadzieję, że nie. Wolę, jak takie dodatki są subtelne, a gdy mi tak aż krzyczą... ja podziękuję.


ocena: 8/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: -
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy nierafinowany, olejek chmielowy (Azacca, El Dorado, Cascade, Chinook)

sobota, 6 maja 2023

(Słodki Przystanek) Beskid Chocolate Wyspy Św. Tomasza / Sao Tome 70 % ciemna (miniaturka 2022)

Po Beskidzie z Kuby wiedziałam już, że niektóre miniaturki Beskidu to świetne streszczenia pełnowymiarowych tabliczek. Uznałam więc, że recenzje miniaturek pododaję jako aktualizacje-dopiski do tabliczek, jednak w przypadku tej do końca nie wiedziałam, czy nie dodać jej jako nowy post. Jadłam bowiem Beskid Sao Tome 70 % (2019) był jeszcze sprzed sporych zmian, jakie zaszły w firmie. Zmienili gramatury, wygląd samych tabliczek, a i trochę sposób produkcji (z tego co wiem, zakupili inni sprzęt). Wyglądało na to, że może okazać się, że jak w przypadku Peru - zmiany dobrze wyczuwalne (mimo że nie ogromne). Z ochotą wróciłabym do dużej z Sao Tome, by sprawdzić, czy w niej są istotne smakowe zmiany, na razie jednak była niedostępna i musiałam zadowolić się miniaturką. Może ona miała mi podpowiedzieć, jak duże to zmiany mogą być?

Beskid Chocolate Wyspy Św. Tomasza / Sao Tome 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Sao Tome (Wysp Świętego Tomasza i Książęcej); wersja mini na 2022 o wadze około 10g.

Po otwarciu, jak w przypadku pełnowymiarowej, poczułam orientalną woń. Była jednak nieco inna. Obok przypraw podkreślonych prażeniem, tym razem znalazło się więcej dymu, kawa i orzechy, może nawet wędzenie... Marynowanie? Do głowy przyszła mi rzepa oshinko, kryjąca się za słodkim pomelo. Kwasek był bardzo niski, tylko trochę owocowy, a bardziej kefirowy. To aż o śmietankę zahaczało. A w oddali wyłapałam odrobinkę pudrowych malin. Słodką czerwonością mieszały się z grejpfrutem.

Tabliczka choć mała i cienka, była zaskakująco twarda i głośno trzaskała przy łamaniu.
W ustach rozpływała się w średnim tempie. Była gęsta i kremowa, trochę tłusta. Pokrywała usta maziście-soczystymi smugami.

Pierwsza rozbłysła słodycz, w dużej mierze pomelo. Szybko jednak rozchodziła się na dwa tory.

Słodka soczystość pomelo pognała w kierunku owoców. Były tam cytrusy, niestety niejednoznaczne. Jakby słodka cytryna, grejpfrut, wnoszący przyjemną cierpkość, i inne. Chyba też niezbyt dojrzała nektarynka ukryła się wśród nich. Nie brakowało im kwaśności, która wypływała potem przez cały czas epizodycznie. 

Z kolei słodycz bardziej esencjonalna poleciała w kierunku karmelowym. Karmel otulił orzechy. Wyobraziłam sobie skarmelizowane i zatopione np. w lodach śmietankowych, przez co karmelowa skorupka nieco się nadtopiła. W wyobraźni miałam całe mnóstwo orzechów, że aż nie do nazwania. Były lekko prażone, goryczka snuła się wśród nich. Czułam jakieś delikatniejsze, maślane, stanowiące bazę, trochę laskowych, ale i inne. Może fistaszki? Na pewno podprażone.

To prażenie chwilami było bardziej ciepłe, chwilami... kumulowała się w nim gorzkość. Jak w przypadku pełnowymiarowej złożyła się na nią kawa - chyba jako prażono-karmelizowane ziarna oraz dym. Miniaturka wydała mi się bardzo dymna. Właśnie ten dym przejawiał też pewną pikanterię. Odnotowałam ziemię i jej jakby... ostrą soczystość?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczyste owoce, kwasek i ta ostra soczystość, dym... przełożyły się na myśl o wędzeniu i marynowaniu. Poczułam charakterną marynowaną rzepę oshinko i inne... nie do połapania, bo obok już zaczęły odzywać się przyprawy korzenne. Głównie soczysty korzeń imbiru? Inne niejednoznaczne, ale chyba też słodki cynamon.

Je również osnuwał dym, dodając prażone, gorzko-ostrawe akcenty. W dymie wciąż kryły się też kawa i ziemia...

Słodycz narastała w zasadzie cały czas. Poniekąd trzymała się owoców - obok cytrusów wychwyciłam coś czerwonego, nawet nieco pudrowego. Maliny? Kwaskawe truskawki? Były uładzone wątkiem nabiału. Ten nie mógł się zdecydować, bo i trochę kwasek ciągnął jako kefir, a trochę odbijał w słodkawą stronę do śmietanki czy raczej lodów śmietankowych (truskawkowych?). Znów pomyślałam też o delikatnej mieszance karmelizowanych orzechów, które mogły być w nich zatopione.

W posmaku został dym, trochę kadzidlano-korzenny, trochę aż... brudnawy, zmieszany z ziemią. Ta z kolei wydobyła jakby marynowane owoce różne, a w tym cytrusy, m.in. grejpfruta i pomelo. Było też słodko w karmelizowanym sensie.

Miniaturka od pełnowymiarowej na pewno była mniej jednoznaczna, a nawet nieco... chaotyczna. Nuty mknęły, ścigały się, jakby bały się, że nie zdążą zaprezentować się wszystkie. Wyszła chyba bardziej gorzko za sprawą dymu, nie była tak... marynowana i ziołowo-ostra jak pełnowymiarowa. Wszelkie jednak nuty kawy, sporo cytrusów (głównie pomelo), korzenność, orzechy, śmietanka i karmel dobrze oddają pełnowymiarową dawną - nową być może też, bo jednak nie wszystko było w 100% takie samo co w dawnej. Może... miniaturka subtelnie wskazała, że jakieś różnice są? Znalazła się pomiędzy?
Lekka wytrawność, soczyste owoce, a dokładniej nektarynki i słodka korzenność, pewna śmietankowość przywiodła mi jednak na myśl Cluizela Plantation Vila Gracinda 73% - miały coś wspólnego.


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: -
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: spróbuję zdobyć ciemną pełnowymiarową

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy nierafinowany

PS Czekolada tak mała, że zapraszam na aktualizację czegoś... również małego. Napisałam ją dzięki Mamie. Chodzi o zmianę lidlowych wafelków - Sondey nie robi już Rizerów, a... ot, wafelki Sondey. Sami zobaczcie: tutaj.