sobota, 26 marca 2022

(Słodki Przystanek) Beskid Cuba Baracoa 70 % ciemna z Kuby

Kakao z Kuby nie zapadło mi w pamięć jako jakoś specjalnie pyszne, a kubański reżim dodatkowo mnie nie nie przyciąga, choć wiadomo, że na smak kakao wpływu nie ma. Podobnie jak nie jestem za np. nakładaniem sankcji uderzających w obywateli jakiegoś kraju, a nie w tego, kogo powinny, czyli władze. Tak samo i tu - fajnie byłoby wesprzeć i jakoś pomóc małym farmerom z Kuby, nie wspierając "gór", nie zaś nie kupować od małych przedsiębiorców "bo Kuba zła". Trudne tematy mi tu do głowy zaczęły przychodzić, bo cóż... wiedziałam, że na żadne trudności ze strony czekolady nie trafię. To w końcu Beskid, a więc marka-pewniak, że wszystko będzie, jak ma być. A nawet, najprawdopodobniej, lepiej.

Beskid Chocolate  Cuba Baracoa 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Kuby, z regionu Baracoa. 
Rafinowana (rozdrabniana) i konszowana 72 godziny w kamiennych młynach.

Po otwarciu poczułam drobny kwasek słodkich cytrusów, m.in. pomarańczy (reszta była niejednoznaczna) i jakby dymu. To jednak przechodziło w rześkość i soczystość. Rozeszło się sporo egzotycznych nut: jako owoce, w tym cytrusy, ale też jako kwiaty. Te mieszały się ze słodkimi, soczystymi melonami. Dbały o lekki i zwiewny wydźwięk, w momencie gdy za sprawą bananów rosła słodycz. Wyłapałam chyba też coś truskawkowego, ale było to tak marginalne, że nie jestem pewna. Wysoka słodycz okazała się złożona. Z racji kwiatów, roślin, pomyślałam o słodkiej trawie, a od niej już blisko było do słodkiej kadzidlaności. Słodko-gorzkawy dym mieszał się z... naturalnie słodkawą... "orzechową" kokosowością? Tym samym zapach zatoczył krąg, bo i z tym wiązał się leciuteńki kwasek. 

Przeciętnie twarda tabliczka przy łamaniu bardziej niż trzaskała, to dosłownie strzelała. Sprawiała wrażenie bardzo zbitej, sprasowanej (?) i lekko ziarnistej.
Rozpływała się w średnio-wolnym tempie, ale chętnie. Jakby opływała gęstym, tłustawym kremem, bazowo zostając grudką-kawałkiem. Przypominała trochę powoli topiące się i zaskakująco dobrze udające konwencjonalnie śmietankowe lody wegańskie (np. na mleczku kokosowym / migdałowym). Jakby rzedła, dzięki czemu zupełnie nie była ciężka. Długo zachowywała formę i kształt, acz miękła i obklejała podniebienie kremowymi smugami. Pod koniec nieco się rozrzedzała w wodnisty sposób i tak też znikała. Pozostawiała lekką cierpkość i... rześkość.

W smaku pierwsze po ustach rozlało się mleczko kokosowe: trochę mdławe, jednocześnie naturalnie słodkawe. Niosło pewną rześkość / lekkość smaku, co prędko podłapały również słodkie i wręcz mdławe, słodko-mdławe owoce.

Owoce nasiliły się prędko. Wyraźnie poczułam melony - głównie kantalupa. W wyobraźni widziałam ich pomarańczowy środek, czułam smak włókien przy samych pestkach. Od tego odszedł leciutki kwasek. Wydał mi się nieco cytrusowy. Pomarańcza jednak połączyła i słodycz, i kwasek tak, że wśród owoców słodycz zajęła nadrzędną rolę.

Pod cytrusami jednak pewien kwasek rozgościł się. Zawiązał tam spółkę z kokosem. To już nie było tylko mleczko, a też wiórki i kokos niemal trochę likierowy, charakterniejszy. Czyżby mignęły mi jakieś kwiaty (różne, ale głównie białe?).

W tym czasie rosła też ogólna słodycz. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam banany w akompaniamencie innych, słodko-rześkich owoców. Jakieś soczyste i czerwone, bardzo słodkie... Powiedziałabym, że truskawki, ale w egzotycznym wydaniu. Czerwone, niedookreślone (pewnie ich nie znam po prostu). Przy bananach za sprawą mleczka kokosowego pojawiły się kwiaty. Kwiatów zbierało się coraz więcej. Oczywiście również były egzotyczne i coraz bardziej wielobarwne. Aż dominowały. I nagle... pojawiła się przy nich słodka trawa. Zarówno jako rześko-słodka pachnąca zielenina jak i kadzidło. Dodała goryczki, której zdarzyło się zahaczyć o mocno (aż do przesady?) palone ziarna kawy. Aż jakby... leciutko przepalono-podwędzone?

Po słodkiej trawie gorzkawość nieco wzrosła, choć nadal była subtelna. Dym, kadzidlany motyw wiązał się cały czas i ze słodyczą, i z kwaskiem. Poprzez niego w dym wskoczył kokos. Odymiony, palony kokos? W pewnej chwili wyszedł niemal na przód. Kokos, początkowo mleczkowy, z czasem zmienił się w bardziej orzechowy, chwilami sugerujący nutkę palono-kawową. Myślałam o ciemnych łupinach kokosa i wiórkach kokosowych. Te przejawiały lekką kwaskawość. Kokos i orzechy pozwoliły sobie na nieco podwędzony, ale nieciężki ton. Pomyślałam o alkoholu Malibu, a raczej pewnej jego pikanterii (bez procentów i ordynarności).

A kwasek kokosa bliżej końca przejęły czerwone owoce, podsycone cytrusową mgiełką. Zaprezentowały się z taninowej strony. Pomyślałam o niemal czarnych winogronach (np. Melody), a potem... o winie. Cierpkawym, czerwonym i smakującym trochę truskawkowo, trochę wiśniowo. Wciąż jednak także pewna egzotyka się ich trzymała. Może też nieco pomarańczowa nuta?

Czerwone, egzotyczne truskawko-wiśnie razem ze swoistą cierpkością tak nasączyły kokosa i orzechy, dym, że... aż wydobyły z nich nieco ziemistą nutkę. Pomyślałam o pikantniejszym,  alkoholowym echu. Jak jakaś bananowa Pina Colada lub Bahama Mama (nie piłam; wyobrażenie o kokosowo-cytrusowym drinku)? Szybko jednak zniknęła na rzecz innych owoców, kwiatów i dymu.

Po zjedzeniu zostałam z kwiatami, melonami i bananami w ustach, zestawionymi ze ściągnięciem / cierpkością / taniną. Posmak był bardzo rześki, a jednocześnie... wyraźnie czułam i mleczko kokosowe, i dym. Dym... słodko-kwaskawy i kadzidlany. Daleko w tle przewinęła się nieuchwytna gorzkawość i domniemanie pikanterii-rozgrzewania (jak po kokosowo-owocowym alkoholu?).

Całość bardzo mi smakowała. Niektóre nuty wydawały się nieco mdławe, ale... mdławe w sposób zrozumiały dla konkretnych rzeczy (mleczko kokosowe, melony). Sporo w niej egzotyki bardzo ciekawej, bo nie tylko owocowej, ale też roślinnej. Kwiaty, kokos świetnie pasowały do kokosowo "drinkowej" kropelki, jak również słodyczy bananów i drobnego, soczyście owocowego kwasku (trochę cytrusów, trochę czerwonych i winogron). Bardzo, bardzo rześka, choć z cudną dosadnością w tle. To taka... zabawa na Kubie, przeciągająca się do późnego wieczoru; kolorowy obrazek palm, "oldschoolowych bryk". Odrealniony i wesoły.

Była dość podobna do Pralusa Cuba Trinitario 75 % - połączyły je nuty kadzidlanego dymu (w Pralusie wytrawniejszy, bardziej wędzony), suszone liści (Pralus to tabaka; Beskid trawy kadzidlane), jedynie podkwaszenie (Pralus to daktyle, Beskid kokos) i pewna pikanteria (Pralus to przyprawy, w tym pieprz, Beskid Malibu). Soczystość melona Pralusa wiązała się z gruszkami. Też był wyraźnie rześko-owocowy, ale ogólnie mniej słodki. Także jednak nie gorzki; bardziej neutralnawy. Beskid pozwolił sobie na o wiele więcej owoców; słodycz bananów, kwiatów, słodkiego kadzidła. A jednak ze słodyczą nie przesadził, dzięki bazowo niemal mlecznego smaku mleczka kokosowego.
Pralus wyszedł znacznie poważniej, ale nie bardzo gorzko, a niemal neutralnie (np. makaronowa nuta). Przez to wodnisto-rześkie melony i jego gruszki nie wprawiły mnie w zachwyt zupełny. A Beskid, jako kompozycja rześka, a nie bardzo słodka (obawiałam się tego przy tych nutach i 70 % kakao), zachwycił.
Bardzo orzeźwiający był także Morin Cuba noir 70 %, ale kojarzył się głównie z błotem i wietrzykiem od morza, też nie był gorzka. Odebrałam go jako "smakowo rozjechanego". 


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy nierafinowany

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.