Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: jeżyny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: jeżyny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 sierpnia 2026

Zotter Forest Miracle - Blackberry & Hazelnut / Waldwunder - Brombeer & Haselnuss ciemna mleczna 50 % z kremem jeżynowym z cytryną i nugatem z orzechów laskowych z olejkiem świerkowym

Sięgnięcie właśnie po tę tabliczkę, nie wiązało się z ochotą czy ciekawością, a po prostu uznałam, że orzechowym nadziewanym nowościom przyznałam pierwszeństwo ze względu na trwałość. A co z ochotą? Mimo że bardzo lubię i jeżyny, i orzechy laskowe, nie byłam przekonana do ich połączenia. W dodatku olej świerkowy? Nie wiedziałam, z czym go zjeść. Uwielbiam leśne nuty! Ale że taki olejek w czekoladzie...? Nie wiedziałam, czego się spodziewać.


Zotter Forest Miracle - Blackberry & Hazelnut / Waldwunder - Brombeer & Haselnuss to ciemna mleczna czekolada kasztanowa o zawartości 50 % kakao nadziewana (40%) kremem "ganache" jeżynowym z cytryną i (21%) praliną / nugatem z orzechów laskowych z olejkiem ze świerku.

Po otwarciu rozszedł się wyrazisty zapach słodko-orzechowej mlecznej czekolady oraz owoców: kwaskawo-cierpkich, pudrowo słodkich ciemnych owoców leśnych w towarzystwie również pudrowo słodkiej, a jednocześnie kwaśnej cytryny. Mleko przechodziło w śmietankę, a znaczący wątek maślany w harmonii podłączał pod nie orzechy. Pieczone kasztany też przyszły mi do głowy, a w dodatku czasem przemykało mi coś jakby żywicznego i leśno-kwaskawego. Gdy wąchałam spód, wydał mi się nieco kwaśniejszy, choć nie koniecznie bardziej owocowy. Ogólnie jednak zapach był bardzo wyrównany - nie zmieniło się to po przełamaniu.

Tabliczka w dłoniach wydawała się niezbyt masywna, a sama czekolada dziwnie suchawo-tłusta. Mimo że nie była miękka, przy łamaniu nie trzaskała. Średnio gruba warstwa czekolady czasem trochę odpryskiwała, a czasem trochę wgniatała się w nadzienie owocowe. Całość wydała mi się trochę krucha, mimo plastyczności grubszego (owocowego) kremu.
Jakież w ogóle było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam przekrój. Otóż u mnie warstwy były odwrotnie niż na stronie Zottera: owocowa część na górze, orzechowa na dole.
Wewnątrz znalazły się właśnie dwie warstwy: nieco konkretniejszy, wyglądający na sucho-kruchy, ale realnie tłusty nugat oraz miękki i plastyczny, acz dość zbity krem owocowy.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, maziście i kremowo, choć jakby trochę niezbyt chętnie. Miękła i mieszała się z nadzieniami.
Te rozpływały się równo, ale ze względu na proporcje. Owocowe zniknęło by szybciej, gdyby nie to, że stanowiło większość.
Krem owocowy szybko miękł, zmieniając się w śmietankowo tłustą masę, z której z czasem wypłynęła jeszcze soczystość. Miało w sobie coś z chmurkowego mousse'u, ale to potem umknęło, bo nadzienie zaczynało trochę gumowo się kulkować.
Krem orzechowy podczepiał się pod czekoladę. Był gęsty i maślany. Początkowo bardziej zbity, potem jednak coraz luźniejszy. Na jego tłustość złożyły się nie tylko orzechy i masło, ale też olej, który już sprawił, że zrobiło się za tłusto.

W smaku czekolada roztoczyła średnio wysoką, ale szybko rosnącą, słodycz karmelu, mieszkającą się z pełnym mlekiem. Z lekkim odciąganiem swoją obecność zaznaczyło kakao, ale nie goryczka. Jej miejsce zajął delikatny wątek kasztanów, przypominających niejednoznaczne pieczone orzechy. Pieczone kasztany były jednak jako tako do rozpoznania.

Czekolada spróbowana osobno wydawała się wyraźniej kasztanowa niż orzechowa. Nie powiedziałabym, że jakoś szczególnie przesiąkła orzechową warstwą. Owocami na pewno nie. Osobno jednak wydała mi się nieco za słodka, wręcz drapiąca w gardle.
Jej wysoka słodycz jednak sprawdziła się w zapewnianiu harmonii z nadzieniami, gdyż powstrzymywała kwaśność przed za silnym wzrostem i trochę upraszczała smak nugatu do właśnie nugatowego. Chociaż... sama z kolei przy wnętrzu robiła się mniej kasztanowa, a trochę mydlana.

Nadzienia bardzo szybko dawały o sobie znać. Orzechowe powoli podłączało się pod czekoladę. Początkowo, przez parę sekund owocowe także nie odstawało. Jedynie w chwili przegryzania się przez całość na przód wysuwało cytrynowy kwasek, po czym jednak na chwilę go cofało.

Krem owocowy podchwycił mleczny motyw, przedstawiając się jako shake / koktajl mleczno-owocowy. Kwasek, po pierwszym wyskoku, ruszył z małym opóźnieniem, ale jak już ruszył, prędko się rozkręcał. Nie była to jednak bardzo wysoka kwachowatość, a kwaśność cały czas trochę otulona nieco pudrową słodyczą. Przodowała w niej cytryna, a kwaśno-cierpkie jeżyny zdawały się jedynie składową mieszaniny ciemnych leśnych owoców (w tym porzeczek?). Cały czas przewijała się wśród nich kwaśna cytryna. Przy nich jeżyny zrobiły się słodsze w pudrowym kontekście. Pomyślałam o jakimś pudrowo słodkim, mlecznym budyniu ciemno owocowym, w porywach wyraźniej cierpko jeżynowym.

Krem owocowy spróbowany osobno potwierdził swoją kwaśną cytrynowość i pudrową słodycz. Nawet wtedy nie był taki jednoznacznie jeżynowy, a bardziej ciemno-leśno owocowy. Gdy jednak spróbowałam go samego, na pomyślałam jeszcze o owocowej białej czekoladzie (np. z linii Labooko fruit) - też właśnie niezbyt jednoznacznej kwestii owoców.

W zestawieniu z kwaśno owocowym kremem, nugat kiepsko radził sobie z porządnym przebiciem się.
Nugat podkręcił orzechowy charakter czekolady, bo i on oczywiście odznaczał się orzechowym smakiem. Co ciekawe, zdawał się skupiać w sobie mleczność, jakby podkradł ją czekoladzie. W zestawieniu z resztą trudno jednak było uchwycić konkretnie laskowce. Orzechy zaserwował w nugatowo osłodzony, mocno mleczno-maślany sposób. Z czasem, choć ogólnie nie była bardzo jednoznaczna, orzechowość zaczęła wydawać mi się trochę mydlana i... rozmyta oleistym wątkiem oraz... korzenną goryczką? W zestawieniu z drugą warstwą to prawie zupełnie zatracało się w kwaśno-cierpkich owocach.

Kiedy spróbowałam nugatu osobno, orzechy laskowe wyraźniej się w nim zaprezentowały, acz nadal wydawały się trochę rozmyte innymi, maślanością i... nutą oleistą, choć lekko drzewną, trochę żywiczną, która jednak właśnie wraz z cynamonem trochę rozmywała motyw orzechów laskowych.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa krem owocowy robił się bardziej cytrynowo kwaśny. Soczyście kwaśna cytryna niemal zupełnie zdominowała motyw owoców ciemno-leśnych, już na pewno bez niczego konkretnego. Owocowa warstwa prawie zupełnie zagłuszyła też wątek nugatu. Zezwoliła jednak na olejkowo- kwaskawe, złudnie iglaste echo - niemal nieuchwytne, ale przychodzące na myśl, gdy warstwy mieszały się ze sobą (luźna myśl zasugerowana tym, że wiedziałam o obecności olejku świerkowego?).

Czekolada w tle uległa mydlano-nugatowej orzechowości. W zestawieniu z nadzieniami, kasztanowość uciekała zupełnie.

Po zjedzeniu został bardzo słodki posmak pudrowych owoców ciemnych, leśnych, w tym jeżyn i iluzji czarnych porzeczek oraz kwaśnej cytryny. Czuć orzechowość, ale raczej ogólną niż jakąś konkretną, a do tego - ku mojemu zdziwieniu - wróciły kasztany. Na języku czułam dziwną oleistość, a ogólnie też lekkie przesłodzenie, mimo kwaśności.

Czekolada wyszła przeciętnie niby w porządku, ale z wieloma ale. Jak dla mnie za bardzo nijako-nieokreślono. Nie podobało mi się to, jak bardzo cytryny zasłoniły jeżyny. Te wyszły jako mieszanka owoców ciemnych, leśnych. Podobnie orzechy laskowe wystąpiły jako ogólna orzechowość, nugatowość. Olejek świerkowy w tej warstwie nie wniósł jakoś porywającego leśnego klimatu, a pobrzmiewał... trochę nie wiadomo czym. Kasztanowa nuta mlecznej czekolady była do wychwycenia, ale w całości też nie była specjalnie wyrazista. Sama w sobie wyszła całkiem smacznie, słodko-mlecznie, ale nie jakoś szczególnie ciekawie. Słodycz, olejek i aż trudno powiedzieć co dokładniej, ale coś kierowało nieowocowe wątki w mydlanym kierunku. To mi przeszkadzało. Niedookreśloność też. Całość więc odebrałam jako nazbyt namieszaną. Bez kolosalnych wad, ale też bez czegoś, za co mogłabym pochwalić i dlaczego warto byłoby to jeść. Za sam smak, gdyby to miała być po prostu mleczna owocowo-orzechowa czekolada, mogłaby zdobyć 5, ale obietnica leśnego klimatu czy nawet tytułowych orzechów laskowych i jeżyn, nie została najlepiej spełniona.
Po raptem 11 g czułam się tą niedookreślonością i słodko-mydlanymi nutami, które usilnie próbowała przysłonić kwaśność zmęczona i przytłoczona i resztę oddałam Mamie.

Mama jednak swojej części nie skończyła, stwierdzając: "No ja tu czułam tylko kwasek cytrynowy. Zupełnie wszystko zdominowała cytryna i choć lubię kwasek w słodyczach to nie taki. Tyle tam napchano, taki opis długi, a czuć tylko kwaśną cytrynę. Niesmacznie to wyszło".


ocena: 4/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 75g)
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
 
Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe 8%, miazga kakaowa, mleko, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, sproszkowane kasztany 3%, koncentrat jeżynowy 3%, liofilizowane jeżyny 3%, syrop z cukru inwertowanego, przecier jeżynowy 2%, syrop skrobiowy, masło, emulgator: lecytyna sojowa, sól, cukier trzcinowy pełnoziarnisty, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), sproszkowana wanilia, koncentrat soku z cytryny, emulgator: lecytyna słonecznikowa, olejek świerkowy 0,01%, cynamon

czwartek, 6 marca 2025

Cachet Dark Chocolate Ginger & Blackberry ciemna 57 % jeżynowa z imbirem; zmieniona 2023/24

Droga przy Litworowym i Zmarzłym Stawie pod Polskim Grzebieniem była przyjemna, a za nimi zaczęło się konkretniejsze podejście. Nawet jednak nie zauważyłam, a znalazłam się na przełęczy Polski Grzebień. Byłam tam już kiedyś, ale nie miałam widoków. Tym razem wręcz przeciwnie, więc uznałam, że to świetny moment na czekoladę. A tej się trochę obawiałam, bo zmiany w składzie budziły wielkie wątpliwości. Czekolada jeżynowa bez jeżyn? No brawo... Cachet Blackberry & Ginger z 2017 mi smakowała, ale coś czułam, że ta będzie zupełnie czymś innym. Zrobiło mi się z tego powodu smutno jeszcze przed otwarciem.

Cachet Dark Chocolate Ginger & Blackberry / Chocolat Noir Gingembre & Saveur Mure to ciemna czekolada o zawartości 57% kakao o smaku jeżyn / z aromatem jeżynowym i kawałkami imbiru; nowa / po zmianach 2023/24.

Po otwarciu poczułam intensywny, cukierkowy zapach jeżyn w wydaniu bardzo słodkich landrynek. Mimo to, cukrowość nie była aż tak jednoznaczna. Ten zapach dominował zupełnie, jednak czuć też paloną, gorzką czekoladę. Miała w sobie coś... Owocowego? Jakby próbowała się ciemnymi owocami leśnymi  dopasować do owocowej nuty. Imbir nawet po podziale specjalnie się nie ujawnił. 

Twarda tabliczka wyglądała na suchą, a przy łamaniu trzaskała głośno w chrupki sposób. Przekrój ujawnił sporo drobnych kawałków imbiru.
W ustach rozpływała się wolno i maziście-kremowo. Bazowo była raczej gładka, choć z domniemaniem pylistości. Z czasem na języku zaznaczały się drobne kawałki dodatku, a czekolada wydała mi się trochę sucha, mimo maślanej tłustości.
Kawałki imbiru, które wypadały z czekolady po dłuższym czasie, trochę cukrowo stukały o zęby. Inne zaś trzymały się kurczowo czekoladowej mazi.
Kawałki zostawiałam na koniec. W większości do końca były sucho-kruche, pod naporem zębów rozpadające się na proszkowo-pylista miazgę. Raz po raz trafiłam na włóknisty efekt. Nieliczne na sam koniec były nieco bardziej miękkie i właśnie jakby ciutkę włókniste.
Tylko przy dwóch-trzech kęsach pogryzłam je na spróbowanie obok czekolady. Wtedy jawiły się jako jeszcze bardziej suche.

W smaku pierwsza wystartowała słodycz, która szybko przybrała wydźwięk owocowo cukierkowej. Pomyślałam o landrynkach w wariancie jeżynowym i chyba owoców leśnych. Przez nie słodycz wyszła denerwująco, mimo że od razu nie była bardzo wysoka.

Zaraz poczułam słabą gorzkość palonej... kawy? W kęsach z mniejszą ilością imbiru zdarzyło na moment wyłonić się kakao w proszku. Gorzkość ogólnie wydawała się bardzo wycofana. A w dodatku łagodziła ją drobna maślaność.

Słodycz za to rosła, rozkręcała się. Cukrowy charakter nakręcał się z landrynkowymi jeżynami. 
Niegryziony imbir w zasadzie ukrywał się bardzo długo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do landrynkowej jeżyny dołączyło soczyste echo... Nieco bardziej naturalne. Czekolada jakby próbowała przydać jeżynom trochę bardziej naturalny wydźwięk, ale kiepsko jej szło.

Palona gorzkość za to trochę się nasiliła. Wydała mi się... Ciepła? Jakby palono-pieczona... Pomyślałam o bardzo maślanych truflach (może leciutko kawowych?) obtaczanych w kakao w proszku, acz zaraz umknęły.

Imbirowi raz po raz zdarzało się trochę nieśmiało pobrzmiewać, ale daleko w tle. Jego ciężka kandyzowana cukrowość na moment skierowała bazę w kierunku sosu/syropu kakaowo-jeżynowego.

Gdy kawałki długo już nasiąkały, podwyższały słodycz w cukrowym kontekście. Ewidentnie rozchodził się od nich motyw kandyzowania, a z czasem podchwycały ciepło. Gdy baza prawie znikała, wkraczał imbir, acz wciąż dokładający słodyczy. 
Końcowo kawałki imbiru nawet nie gryzione tchnęły niską, ciepłą ostrość. Zaznaczyły się jako pieczenie na języku i ociepliły trochę gardło. Słodycz chyba też miała w tym udział.
Gryzione kawałki wpierw wciąż serwowały cukrowo-kandyzowaną słodycz, ale nie brakowało im ostrości i smaku imbiru. Połączyły jakby docukrzony imbir-przyprawę oraz ewidentnie podsuszony korzeń. Wpisało się to w trochę korzenna słodycz. 
Gdy na próbę pogryzłam parę kawałków obok czekolady, przygłuszyły jej czekoladowość, a zostawiły landrynkowe jeżyny. Same zaś smakowały cukrem, kandyzowaniem i ostrością słodko-korzenną. 

Po zjedzeniu został posmak cukierkowy landrynek jeżynowych i może ciemno owocowych ogólnie. Czułam też lekką, korzenną ostrość imbiru, zmieszaną z kandyzowaniem. Czekolada w zasadzie odpadła.

Choć czekolada nie była skrajnie okropna, zostawiła ogromny niesmak i żal. Potwierdziły się moje obawy. Jak oni mogli tak zepsuć przyjemną Cachet Blackberry & Ginger z 2017?! Zamiast cukierkowo-naturalnych jeżyn w formie jeżynowych, całkiem w porządku kawałków, załatwili sprawę aromatem. Okropnie dominował. Imbir nie domagał i... po prostu sobie był. Sama baza przez to wszystko nie miała charakteru. Już lepiej by było, gdyby wcale zrezygnowali z jeżynowości, a zrobili po prostu ciemną z imbirem. Smakowała by pewnie ok i tyle. No, najlepiej, gdyby po prostu dali jeżyny, ale cóż... obecnie jak coś zmieniają, to jak widać przeważnie niestety na gorsze.

Dałam radę połowie - większość w górach od niechcenia, bo alternatywą była kompletnie nie w moim typie, zasładzająca Ritter Sport Knusper-Nuss (a mimo wszystko wolę kiepską ciemną od nawet udanej, ale zacukrzającej mlecznej). Trochę do zweryfikowania w domu i no nie, czekolada w ogóle nie sprawiała mi przyjemności. Jak ktoś nie ma problemu ze sztucznością, to pewnie odbierze ją bez jakichkolwiek emocji. Szkoda, bo Cachet Blackberry & Ginger z 2017 była naprawdę ciekawa.

Połowę oddałam Mamie. Opisała ją: "Niesmaczna. Jeżyn to ja w niej za bardzo nie czułam, ale ogólnie taka... słodka i niesmaczna po prostu, a te kawałki - imbir kandyzowany? - taki sobie. Nie lubię ani imbiru, ani kandyzowanych rzeczy, ale to nie było ani czymś porządnie kandyzowanym, ale wyraźnym imbirem. Jakoś tak kiepsko ten dodatek zrobiony, że zostawał na sam koniec w ustach i wtedy dopiero go czuć, bez zgrania z czekoladą".


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 10,99 zł
kaloryczność: 519 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kawałki imbiru 4%, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, naturalny aromat jeżynowy, lecytyna sojowa

wtorek, 16 sierpnia 2022

Zotter Blackberries / Brombeeren mleczna 40 % z nadzieniem z jeżyn z cytryną oraz z cienkimi warstwami czekolady białej

Na widok tej tabliczki od razu przypomniała mi się Blackcurrants in&out i pomyślałam, że będzie to coś w tym guście. Jako jednak że nie lubię już białej czekolady, owocowe białe mnie nie kręcą, ucieszyłam się, że to po prostu nadziewana jeżynowa tabliczka. Z tym że... czy mi do tych owoców pasuje mleczna czekolada? Jakoś tak niezbyt (wniosek m.in. na podstawie J.D. Gross Mousse au Chocolat Blackberry), już nawet pomijając, że mnie obecnie na mleczne nie nachodzi. W dodatku, na kilka dni przed degustacją, weszłam na stronę producenta i zobaczyłam na zdjęciu przekroju pewien szczegół... Warstwę białej czekolady. No jeszcze lepiej! Jako jednak że ogólnie, gdy chodzi o nowości z tego sezonu, zdarzyło się, że to, co na zdjęciu było nadzieniem górnym, u mnie było dolnym, liczyłam, że może w moim egzemplarzu białej warstwy nie będzie. Przy tej tabliczce w zasadzie też chciałam sprawdzić, czy w ogóle jeszcze nadziewane owocowe mają u mnie szanse. Jak pomyślałam ogólnie o czysto owocowych (tych kolorowych) Zotterach, obecnie ani trochę nie kuszą.


Zotter Blackberries / Brombeeren to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao nadziewana (40%) kremem z jeżyn z cytryną oraz z cienkimi warstwami czekolady białej.

Po otwarciu poczułam głównie naturalne, wyraziste mleko z nieprzesadzoną, nieco karmelową słodyczą. Mleko wydało mi się niemal siankowe, "inne" (np. kozie, ale bardzo leciutko)... W pewien sposób orzechowe? Do tego dołączyła maślaność. Nuta owoców była bardzo subtelna - nawet po przełamaniu nie wzrosła mocno, ale soczystość czuć. Jeżyn można się doszukać, ale nie wiem, czy bym je odgadła w ciemno. W trakcie jedzenia nasiliła się maślano-waniliowa nutka, początkowo raczej chowająca się. 

W dotyku tabliczka wydała mi się średnio masywna. Nie trzaskała, mimo że czekolada pękała, na pewno nie była miękka. I tak jednak wgniatała się miejscami w nadzienie. Ono było miękkie, mousse'owate i jakby spulchnione w pierwszym kontakcie. Pod czekoladą mleczną znalazła się znacznie grubsza od niej warstwa białej.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo-tłusto w śmietankowo-maślany sposób. Była gładka i zalepiająca.
Spójnie z nią rozpływała się za sprawą śmietanki, również tłusto-kremowa, czekolada biała. Zapewniła gładkie przejście do nadzienia. Obie po pewnym czasie miękły, zaś nadzienie było takie od początku.
Cechowała je śmietankowość i mazistość. Gładkie i kremowe, było lekko tłustawe w mlecznym kontekście. Odlegle kojarzyło się z mousse'em w nieco chmurkowo-gumowym, lepkim (trochę kleiło się do podniebienia) kontekście. Z czasem upuszczało soczystość i kulkowało się, rolowało, by w końcu soczyście zniknąć, nieco szybciej od czekolad.
Całościowo kompozycja przypominała średnio tłuste, mleczne lody owocowe albo shake mleczno-owocowy.

W smaku czekolada wykazała się wysoką, nieco palono karmelową słodyczą i maślano-orzechowym charakterem. Sprawiała wrażenie "ciepłej". Była maślano-mleczna, przy czym mleczność szybko rosła, przynosząc na swych falach wanilię - to już odzywała się biała czekolada. Ich duet cały czas miał mocny udział w całości.

Mleczność, a nawet śmietankę podkręciła czekolada biała - wyraźnie wyczuwalna. Jej słodycz okazała się głównie, dosadnie waniliowa. Chwilami miałam wrażenie, że podporządkowała sobie resztę kompozycji. Przełożyła się na skojarzenie ze śmietankowymi lodami lub mlecznym shake'iem...

W wariancie owocowym! Po paru sekundach bowiem nadzienie przebiło się kwaskiem. Poczułam niejednoznaczne owoce leśne ciemne, podkręcone cytryną. Dopiero z czasem wyłoniły się jeżyny. Otoczyła je jednak wysoka, pudrowa słodycz. Mieszała się ze śmietankowo-waniliową biało czekoladową, okazując się nieco za silną. Długo biała czekolada tłamsiła jeżynowość wnętrza. W końcu słodko-cierpkawe jeżyny rozkręcały się w swym smaku, jednak ani przez moment nie dominowały w kompozycji. W połowie rozpływania się kęsa wprawdzie wyraźnie je czułam, ale... w towarzystwie jagód. To jak intensywnie owocowy shake mleczny (koloru fioletowego) zrobiony z miękkich, dojrzałych owoców, z kwaskiem podkręconym cytryną. Z czasem znów słodycz ogólna rosła, kwasek natomiast wydał mi się dziwnie kontrastowo odstający (nawet nie to, że za silny).

Kwasek jeżyn podrasowała soczysta, kwaśna cytryna. Krem zrobił się bardziej kontrastowo kwaśnawo-nieokreślony, ale na pewno owocowo (próbowany osobno wcale tak mocno kwaśny nie był, więc obstawiam, że to czekolady na niego tak wpłynęły; sam w sobie raczej wyważony kwaskawo-słodki). Analogicznie wzrosła też słodycz, raz po raz drapiąc w gardle. Całość wyszła niczym ryzykownie mocno słodki mleczny shake owocowy... Z jeżyn, jagód i cytryn. Zaskakująco za to rześko owocowy, choć im bardziej kęs malał, tym mleczność i owocowość zrównywały się.

Otulała je czekolada mleczna, co chwilami wyszło dziwnie cierpko-soczyście i słodziaśnie... topornie. Pod koniec czekolada wydawała się cukrowo-maślana; acz nawet z nutką gorzkawo-cierpkawą. Jakby innego, "siankowego" mleka (koziego)? Doszukałam się też chyba nutki cynamonu. Wanilia płynąca z białej też ostała się do końca. 

Po zjedzeniu został bardzo słodki, acz namieszany posmak i kwasek cytryno-ogólnie owocowy. Cukrowo-waniliowe przesłodzenie bardziej niż w ustach, czułam w gardle. Smakowo to raczej owoce... leśne, jagody niż jeżyny. Do tego pudrowość, śmietanka, maślaność czekolad.

Całość wyszła w zasadzie smacznie, ale nazbyt kontrastowo. Taka słodycz i kwaśność podkręcone cytryną jakoś mi nie grały. Wolałabym bez podkręcania, a cukru mniej; np. ciemną czekoladę do tego? Miałoby to charakterniejszy wydźwięk. Ten, który był, wyszedł w porządku (słodko-kwaskawo i ogólnie owocowo), ale mogło być o wiele lepiej. Wydźwięk mlecznego shake'a owocowego był miłą niespodzianką, ale brakowało mi w tym tytułowych jeżyn. Czuć je bowiem jako jedną z wielu nut - obok cytryny, owoców leśnych (jagód).
Podobnie też konsystencja. Śmietankowa tłustość i miękkość kremu nie były złe, w zasadzie nieźle się wymieszały, mocno kojarząc się z lodami czy shake'iem mlecznym, ale niezbyt mi to pasowało całościowo. O dziwo zmieszanie tych konkretnych czekolad wyszło na plus (w końcu to biała zapewniła skojarzenie z shake'iem), ale... wolałabym, by jeżynowa tabliczka była w ogóle inaczej skonstruowana (właśnie by skupić się na cierpkości, charakterze tych owoców). Shakową, a niech będzie że i z białą, to widziałabym np. jagodową.

Około połowę oddałam Mamie, której czekolada "bardzo smakowała". Opisała ją; "Fajna, taka kwaskawa, jak lubię obecnie. Że jeżynowa nie powiedziałabym, a owocowo-kwaśna, wieloowocowa; na pewno cytrynę czuć. Przecież są wieloowocowe rzeczy i są smaczne. To najlepszy Zotter z tych, które kojarzę, co mi dawałaś".
Właśnie - gdybym wiedziała, że to taka wieloowocowa, słodko-kwaskawa - ja bym nie sięgnęła po nią. Nastawiłam się na jeżyny... bo w zasadzie na smak sam w sobie, spokojnie mogłaby mieć 8-9.


ocena: 7/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 498 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, mleko, syrop skrobiowy, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat jeżynowy, przecier jeżynowy, miazga kakaowa, suszone jagody, słodka serwatka w proszku, cukier trzcinowy pełny, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, sól, koncentrat soku z cytryny, proszek z cytryny (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon

czwartek, 30 lipca 2020

Cachet Bio Organic 57 % Dark Chocolate Forest Fruits ciemna z Tanzanii z owocami leśnymi: malinami, czarnymi porzeczkami, borówkami / jagodami i jeżynami

Lubię czekolady z ciekawymi dodatkami, ale jednocześnie... czekolada z kawałkami czego nie jest moją ulubioną formą. Dziwne? Przyznaję, jestem dziwadłem. To tak, jak to, że lubię fajne nadzienia, a jednocześnie nadziewane czekolady są mi za mało... czekoladowe. Pod to można też podciągnąć to, że uwielbiam owoce leśne, jednak w kwestii czekolad zawsze boję się, że wyjdą kiepsko, np. będą samymi pestkami czy coś. Z racji tego, jak bardzo lubię Cacheta, tę musiałam mieć.

Cachet Bio Organic 57 % Dark Chocolate Forest Fruits to ciemna czekolada o zawartości 57 % kakao z Tanzanii z owocami leśnymi: malinami, czarnymi porzeczkami, borówkami / jagodami i nutą jeżyn.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam bukiet słodkich owoców leśnych spleciony z palonym zapachem orzechów, w których przewiała się delikatna gorzkość. Z owoców wyraźnie czułam dominujące jeżyny i słodkie truskawko-maliny, trochę ogólnie drobnych ciemnych. Na przód wychylała się trochę cukierkowa jeżyna. Ogólnie jednak wydało mi się to cierpko-słodkie i apetyczne.

Tabliczka w dotyku sprawiała wrażenie dość suchej. Przy łamaniu ładnie trzaskała, ujawniając w przekroju ziarnistość i całkiem sporo drobnych kawałków owoców. Niektóre dziwnie połyskiwały, dostrzegłam wiele pestek.
W ustach rozpływała się powoli, ale nie opornie. Odrobinę miękła, po czym zmieniała się w lepki, gęsty i rozlazły krem, zachowujący formę oraz zostawiający leciutko pylisty efekt. Była dość tłusta, raczej gładka i bardzo w tym wszystkim w porządku. Mimo że miałam wrażenie, iż kryje mnóstwo dodatków, nie zrobił się z niej bezsensownie najeżony zlepek.
Spod czekolady wyłaniały się drobinki owoców w ilości ogromnej, ale niestety niezbyt pozytywnie rozumianej, bo ze sporą ilością pestek. Nie były to na szczęście same pestki, a też trochę farfocli.

W smaku od samego początku przywitała mnie cierpkość, należąca do gorzko-palonych orzechów i czarnej, rozgrzanej ziemi oraz trochę przearomatyzowany motyw słodkich owoców leśnych.

Do obu szybko dołączyła palona słodycz, odlegle przywodząca na myśl likier. Likier wręcz cukierkowo-jeżynowy i likier palono-karmelowy. Alkoholowość jednak odchodziła na tło, gdy na języku pojawiały się dodatki.

Ten pierwszy, a więc niemal cukierkowo-jeżynowy mieszał się ze słodkimi owocami: malinami, budzącymi skojarzenie z truskawkami. Było słodziutko, ale nie sztucznie. Nutka ta wydawała się na stałe zmieszana z czekoladą. Oczami wyobraźni widziałam jasne, tłustawe kremy owocowe. Wywołał to lekko pudrowy charakter jeżyn, oraz zgaszony karmel.

Kawałki wchodziły poprzez zaznaczenie swojego kwasku. Oto przodowały kwaskawo-suszone maliny, z czasem przybierające na słodyczy i soczystości. Zaraz pojawiły się słodko-podfermentowane nuty ogólnie owoców leśnych. W pewnym momencie wyraźnie poczułam cierpko-kwaśne czarne porzeczki. Jagódkowo-porzeczkowy miks przewijał się na tle orzechów i ziemi, by następnie kompozycja złagodniała. Wydawało mi się, że w całości pobrzmiewa też truskawka.

Po owocach sama baza wydała mi się bardziej maślana. Wciąż jak orzechy... więc może trochę nugatowa? A że powagi nie odtrąciła, pomyślałam o karmelowym nugacie z orzechów laskowych, który osnuwa gęstym dym. Myślę, że to taki spory udział pestek podkreślił wszelkie goryczki.

Po wszystkim pozostał posmak troszeczkę landrynkowych, ale i naturalnych jeżyn, wzmocniony jagódkowato-truskawkowym, naturalnym miksem owoców. Nie dała o sobie zapomnieć palono-orzechowa, nie za gorzka, nie za słodka czekoladowość. Wyraźnie pobrzmiewał także kwasek owoców.

Całość wyszła pozytywnie. To, że owoce podkręcono, nie ukryło się, ale było tak zrobione, że nie widzę w tym nic złego. Mało tego, uznałam to za przyjemne. Jednocześnie pestki trochę męczyły. To ciekawe, bo mimo wyraźnie wyczuwalnych, kwaskawych owoców, czekolada wcale taka mocno owocowa nie była. Ogólnie uważam ją za wyważoną w każdej kwestii, przystępną i odpowiednio mało słodką.

Może nie powinnam porównywać (bo kompletnie inne warianty, znaczy się: już sam zamysł), ale z jeżynowych Cachetów wolę Blackberry and Ginger.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,79 zł
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy , tłuszcz kakaowy, kawałki owoców leśnych 1,50% (malina, czarna porzeczka, borówka czarna), lecytyna sojowa, naturalny aromat jeżyny

piątek, 28 lutego 2020

J.D. Gross Summer Edition Mousse au Chocolat Blackberry mleczna z kremem / musem czekoladowym i nadzieniem jeżynowym

Uwielbiam jeżyny, ale gdy się pojawiają z kilku powodów nie opycham się nimi tak, jak np. wiśniami. Jeżynowych, dobrych czekolad mi z tego powodu brak. Gdy zobaczyłam tę, zastanowiłam się, czy warto zrobić zapas. Nie byłam wprawdzie przekonana co do tego, że dali mleczną a nie ciemną czekoladę, bo jakoś mleczna do jeżyn średnio mi pasuje, ale na mus czekoladowy a nie mleczny prawie mruczałam z zadowolenia. Po bananowej uznałam jednak, że tej zapasu na pewno nie będę chciała zrobić, że sobie poczeka. Gdy jednak zobaczyłam prognozy pogody na 32-37 stopni, postanowiłam łapać chłodne dni i ją chociaż spróbować w stanie dobrej żywotności. Wszystko przygotowałam, ale jeszcze przed degustacją zaczęłam zrzucać zdjęcia na komputer i... wyświetlił mi się "katastrofalny błąd" - zamiast do odpowiedniego folderu, przeniosło mi zdjęcia do kosza (a kosz wyczyściło). Poleciałam do okna robić zdjęcia na nowo, co było o tyle trudne, że... już trochę czekoladę podzieliłam. Czekoladowe puzzle! I nici z ładnych zdjęć... W pewnym momencie chciałam biec do Lidla po drugą, ale uspokoiłam się i pomyślałam, że najpierw spróbuję. A może będzie kiepska i nie będą mi przeszkadzać takie zdjęcia? Albo obejrzę je i okaże się, że jestem lepszym fotografem niż mi się wydaje i nie są tak tragiczne? Może coś się "poprawi"?

J.D.Gross Summer Edition Mousse au Chocolat Blackberry to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao z kremem / mousse'em czekoladowym (22%) i nadzieniem jeżynowym (17%).

Po otwarciu poczułam nienachalny, ale wyraźny zapach soczyście-kwaskowatych jeżyn i cytryn, otoczonych bardzo słodką, głęboko mleczną czekoladowością... nie, wręcz dziecięco-uroczą czekoladkowością. Przy jakimkolwiek podziale i jedzeniu, nasilił się zapach jeżyn... choć bardziej w wydaniu konfiturowo-cukierkowym.

Przy łamaniu i podziale tabliczka wydawała się dość konkretna, lekko krucha i tłusta. Zaskoczyła mnie jej zwartość, nie uginała się bowiem, nie rozwalał się ani nic z tych rzeczy.
Wierzch był bowiem gruby, ale nie skorupkowaty, a czekoladowy.
Pod nim krył się rzadkawy, ciągnąco-lepiący gładki żel wypełniający wypukły wierzch kostek.
Mousse'u dodano więcej. Tylko trochę mazisty, pozostawał zwarty, acz już na oko był lekki i roztrzepano-spulchniony... jak połączenie czekolady i bitej śmietanki.
W ustach czekolada rozpływała się przyjemnie powoli, zalepiając zupełnie, podczas gdy miękła i stawała się gęstym, aksamitnym kremem.
Lepiący żel wyciskał się spod niej nieco, ale nie znikał w sekundę. Lepił się do niej i mousse'u, zapewiając spójność, gdy tak wszystko miękło. Wydał mi się dziwnie zagęszczony.
Mousse, mimo iż znacznie delikatniejszy i rzadszy od czekolady, współgrał z nią. Był tłustszy jak połączenie śmietanki i oleju, ale poczucie to minimalizował lekko pyliście-suchawy efekt kakao. Nie spieszył się z rozpływaniem, dzięki czemu miałam sporo czasu, by utwierdzić się w przekonaniu, że to jakby... bita śmietanka. Nieźle mnie to zaskoczyło. Odrobinę  bąbelkująca, napowietrzona śmietanka jak nic!

W chwilę po zrobieniu kęsa usta zalało tsunami wyrazistego, pełnego mleka uderzającego tym samym ogromem cukru, który zaraz zadrapał w gardle. Wydała mi się wręcz śmietankowa i w swoim przesłodzeniu minimalnie waniliowa.

Nadzienie owocowe nieśmiało zasygnalizowało swoją obecność słodko-jeżynowym posmakiem, jednak to smak mlecznej czekolady i silna słodycz wydały mi się wiodące, wszechobecne.

Mousse okazał się kontynuacją smaku czekolady, ale w wydaniu kojarzącym się z... obłędnie mlecznoczekoladowymi lodami zrobionymi na śmietance. Silna słodycz przełamało lekko cierpkie kakao.
Gdy krem mieszał się z czekoladą, pomyślałam o kakao zrobionym na śmietance lub raczej lodach (również na niej) czekoladowych z wyczuwalnym kakao w proszku (w pozytywnym sensie). Chwilami wydawało mi się, że chylił się ku czemuś likierowo-kakałkowemu - zwłaszcza gdy owocowa warstwa wychodziła na przód.

Żel był zarówno zasładzająco słodki, jak i rześko kwaśny, soczysty. To smak jeżynowo-cytrusowy, cukierkowy, ale też częściowo naturalny. Na pewno jednak nie jak surowe owoce, a dżem, i to bardzo słodki. Zarejestrowałam delikatną kwaśność cytrusową, ale już cierpkość... jakby niemal nieuchwytna (a jednak leciutka się zaznaczyła!). Trochę podkreślały się wzajemnie wraz z odległą cierpkawością kakao. 
Miałam wrażenie, że  - zwłaszcza pod koniec - ta część pobrzmiewała sztuczną słodyczą. I to nie owocowy smak był tu sztuczny (a przynajmniej nie tylko), a właśnie jakby słodycz.

W posmaku pozostała sztucznawa słodycz, cukierkowość i cytrynowo-jeżynowy motyw jako dżem / nadzienie czegoś, zalatujący cukierkami. Oprócz tego wszystkie części zadbały o mocne zacukrzenie, choć i mleko przyjemnie się ostało.

Ta czekolada widzi mi się jako śmietankowy kremo-deser z mnóstwem czekoladowej bitej śmietanki i dżemo-sosem jeżynowym. Zasładzające to, lekko poważniejsze, bo a to odrobinka kakao, a to namiastka likieru i... naprawdę smaczne. Nie była jednak spełnieniem marzeń
W pewnych kwestiach tabliczka niestety tylko rozczochrała. Jeżyny czuć, ale podkręcone. Odrobinka kakao mogłaby być silniejsza, a całość o wiele, wiele mniej słodsza. Właśnie w tej słodyczy mi coś nie grało, już nie tylko gdy chodzi o natężenie. Sztucznawy posmak odebrał mi możliwość osiągnięcia nirwany.
Przyjemna śmietankowość pokazała co potrafi zarówno w smaku, jak i w konsystencji. Otóż mousse będący normalnie bitą śmietanką zachwycił mnie jak mało co w takich czekoladach, mimo że nie lubię bitej śmietany. Silna tłustość została jakby podsuszona kakao, ale całość i tak sprawiała wrażenie ciężkiej. Przy takiej słodyczy zbyt ciężkiej.

Wydaje mi się, że nawet obiektywnie wyszła gorzej od bananowej i choć zachwyciła mnie "czekoladowo-kakaowa bita śmietanka", ogólnie coś mi tu... Może to kwestia tego, że takie zacukrzenie o wiele bardziej pasuje do banana niż do jeżyn? Na bananowe smaki nastawiam się, że "będzie słodko". I... tu było za mało "jeżyn w jeżynach", a za dużo cytryny i cukierkowości.
Na dłuższą metę trochę mnie znudziła, bo czułam ciągle pobrzmiewającą cukierkowość i niedosyt jeżyn, więc mimo że podzieliłam sobie tabliczkę na 3 razy, to na dwóch posiedzeniach z nią zakończyłam, końcówkę (czyli trzecią porcję) oddając Mamie. Pozytywnie zaskoczył ją krem czekoladowy (nie przepada, woli jasne), bo "w dodatku tak fajnie jakoś trochę bąbelkował, a ja wiesz, nie przyzwyczajona do takich musów", całość bardzo jej smakowała, ale przyznała mi rację, że bardzo jeżynowa to ta czekolada nie była.


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl
cena: 8,99 zł (za 188 g)
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, mleko w proszku pełne, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, olej palmowy, syrop glukozowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, syrop glukozowo-fruktozowy, tłuszcz shea, substancja utrzymująca wilgoć: sorbitole; 0,9% zagęszczony sok jeżynowy, bezwodny tłuszcz mleczny, orzechy laskowe, lecytyna sojowa, regulator kwasowości: cytryniany sodu; stabilizatory: pektyny, mączka chleba świętojańskiego; kwas: kwas cytrynowy; zagęszczony sok z czarnej marchwi, naturalny aromat, ekstrakt z laski wanilii

PS Zapraszam do małej aktualizacji recenzji Zottera Almond Roses, o której wcześniej zapomniałam Wam wspomnieć. Mogło być tak pięknie... O co mi chodzi? Zapraszam.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Blackberry ciemna z Ekwadoru z nibsami i jeżynami

Uwielbiam owoce leśne, jednak przeszkadzają mi ich pestki. W przypadku świeżych, surowych owoców, o ile są dojrzałe i słodkie, wybaczam im to i zajadam, ile się da, ale w przypadku np. czekolad zawsze wcześniej liczę, że nie będzie pestko-porażenia. Że może akurat... Jeśli o czekolady Hachez chodzi, zdążyłam już sobie wyrobić opinię: są dla mnie za łagodne. Delikatność i maślaność nie pasuje mi ani do zawartości 77 %, ani do mango i chili. A do jeżyn? Tutaj idealne będzie chyba stwierdzenie: "zależy" - no tak, bo to, jak dana tabliczka wychodzi, zależy od tylu szczegółów... Najprostszym sposobem na przekonanie się, było wreszcie sięgnięcie po nią. Niestety, dopiero w dniu otwarcia zorientowałam się, że moim największym problemem mogą nie być pestki, a drugi dodatek, czyli nibsy... Stronię od tabliczek z nimi, a te - jak na złość! - głupio mnie prześladują.

Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Blackberry to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao z Ekwadoru z nibsami i jeżynami.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach cukierkowych jeżyn. Za owocową słodziuteńkowością stała delikatna, maślana i dość mocno palona czekolada bez kwasków czy gorzkości, za to z nutą kwiatów. Wpasowały się trochę w cukierkowość i sprawiły, że wyszła całkiem w porządku.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się twarda w sucho-kruchy sposób. Trochę się rozlatywała z racji w zasadzie dobrze wtopionych na gęsto dodatków. Na oko przeważały nibsy.
W ustach czekolada rozpływała się niczym kremowo-zbita grudka masła, a więc oczywiście tłusto, ale nie gładko. Cechowała ją pylistość i pozorna proszkowość.
Nibsy okazały się raczej drobne i twarde; drapały podniebienie. Nieliczne zachowały minimalną soczystość. Wśród nich kryły się drobinki jeżyn. Właściwie... w ciemno nie powiedziałabym, że jakieś drobinki owoców tam w ogóle są (tak mało, i tak drobnych). Całkiem spory udział (biorąc pod uwagę proporcje) miały pestki, które łatwo pomylić z nibsami. Niestety, odniosłam wrażenie, jakby było ich więcej niż samych owocowych farfocli. Na taką ilość to pestki naprawdę mogli sobie darować (wolałabym jakieś kawałki jeżynowe np. ze sproszkowanego soku).

W smaku, ku mojemu zaskoczeniu, czekolada przywitała mnie gorzkością. Nie była bardzo mocna, ale dość intensywna. Z dymu przeszła przez nieco spalone orzechy i osadziła się w bardziej zwęglono-ziemistej, niby zawilgoconej, bazie. Nieco osłabła, a w jej miejsce na pierwszym planie, jakby wykorzystując orzechy (laskowe?), wsunęła się maślaność.

Przy dymno-węgielkowej nucie pojawiła się cierpkość. Najpierw bardziej kakaowa, po chwili soczyście jeżynowa... tonęła w słodyczy. Ogólnie smak samych jeżyn rozczarowywał ulotnością. Szkoda, że bardziej się nie rozwinął. Pozornie zanosiło się na cierpkawy kwasek, ale nie - słodycz to zastopowała. Co prawda nie narzucała się zbytnio, pozostała jakby w pewien sposób ulotna, kwiatowa. Doszukałam się nie tylko akcentu jeżyn, ale i słodkich, soczystych śliwek.

Mniej więcej w połowie słodycz zaczęła znacząco rosnąć, przybierając cukierkową postać. Trochę cukrowopudrowa, znacząco landrynkowa i... nie da się ukryć, że jeżynowa. Wciąż dobiegał do niej motyw ciężkawych kwiatów, zapewniających spójność dodatku z samą czekoladą. Jaka by nie była, łącząc się z masłem nie odpowiadała mi. Nie była chemiczna, acz sztuczności odmówić jej nie można. Jakby zestawienie nut czekolady próbowano podkreślić cukierkowym aromatem.

Wraz z odsłaniającymi się dodatkami, pojawiło się trochę soczystości: zarówno owocowej, jak i takiej... ziemistej? Nibsy podkreśliły goryczkę i ziemistość właśnie. Przy nich myślałam o węglu i spaleniźnie. Kilka było "żadnych", bo suchych, trochę gorzko przypalonych, trochę specyficznie soczystych, nibsowych... podkreśliły jeżyny i tym razem goryczkowate suszone / wędzone śliwki, ale i na zasadzie kontrastu pudrowocukrową słodycz czekolady, a także jej maślaność. Lekko kwaskowate śliwki nadały temu trochę wilgoci / delikatnej owocowej rześkości.

W posmaku pozostały nibsy właśnie, ogólnie dymno-węgielna spalenizna i posmak jeżyn... wtłoczonych w cukierkowe przesłodzenie. Maślaność, która była bazą, osadziła się jako tłuszcz na ustach, co z poczuciem suchości wyszło dziwnie.

Całość niezbyt mi podeszła. Zdecydowanie za cukierkowo, mimo że czekolada aromatem nie waliła na kilometr. Za maślanie, za spalono. Niby goryczkowato, ale w towarzystwie masła i cukierkowości, efekt był wyjątkowo kiepski. Naturalnie jeżynowo-śliwkowo-kwiatowe nuty utemperowane maślanością próbowano chyba podrasować dodatkami. Aromat spłycił według mnie niezłą kompozycję, mimo że nie był strasznie napastliwy (ale jednak przy takiej cukierkowości trudno mówić o szlachetnej ciemnej czekoladzie), jeżyn pożałowano (gdybym nie wiedziała, że jakieś są, mogłabym nabrać się, że to tylko nibsy, a w kwestii jeżyn - że to tylko aromat), nibsy... niby ogólnie w porządku, ale według mnie za gęsto tych strasznie malutkich było, które tylko odbierały komfort jedzenia. Mogliby chociaż odwrócić proporcje jeżyn i nibsów.
Daleko jej do cudownej Cachet Blackberry & Ginger, w której może samych jeżyn też tak dużo nie było, ale były dobrze wyczuwalne, a całość cechowała spójność. W Cachet, dzięki wyrazistemu ogółowi, cukierkowość schodziła na dalszy plan, a Hachez... ogólnie miał problem z wyrazistością. Porównanie jednak nie ma sensu, bo wiadomo, że to inne zestawienia i w ogóle.


ocena: 6/10
kupiłam: internet
cena: 13 zł (za 100g)
kaloryczność: 570 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki ziaren kakao 5%, jeżyny 0,5%, naturalne aromaty, kwas: kwas cytrynowy, ekstrakt z wanilii bourbon, laska wanilii bourbon

piątek, 3 lutego 2017

Cachet Blackberry & Ginger ciemna 57 % z jeżyną i imbirem

Jeśli mam być szczera, likwidacja Almy specjalnie mnie nie obeszła, bo i tak zajeżdżałam do niej bardzo rzadko podczas moich wyjazdów "w Polskę". Może tylko trochę mi żal, że nie będę miała już okazji by przyjrzeć się niektórym czekoladom, ale z drugiej strony... Nie wiem, czy jeszcze jakieś stamtąd były moim niepróbowanym "must have"... oprócz tej dzisiaj opisywanej. Ta była "must have" i na szczęście zdążyła znaleźć się w mojej szufladzie.

Cachet Blackberry & Ginger to ciemna czekolada o zawartości 57 % kakao z jeżyną i imbirem.

Właściwie, zamiast kawałków owoców występują tu granulki na bazie inuliny, ale w tej kwestii wypowiem się w zakończeniu.

Po otwarciu poczułam bardzo smakowity zapach. Głównie składała się na niego wytrawna ciemna czekolada z mocno zaznaczonym kakao i delikatna soczystość, rześkość owoców leśnych i imbiru.

Czekolada była zadowalająco twarda. Po przełamaniu okazała się pełna owocowych drobinek.
W ustach stawała się gęsto-budyniowata, trochę tłustawa. Rozpuszczała się przyjemnie i powoli, dopiero po dłuższej chwili odsłaniając wspomniane już drobinki. Nie były one kawałkami owoców, a takimi... chrzęszczącymi, niezbyt twardymi kawałkami rozpuszczającymi się znacznie wolniej od czekolady.

Jako pierwszy przywitał mnie smak dobrej czekolady o nieco palono kawowym charakterze, mocy kakao przejawiającej się w przyjemnej goryczce oraz idealnie utrafionej słodyczy. Dane mi było przez dłuższy moment nacieszyć się nią, aż w końcu pojawiała się soczystość.

Był to ewidentnie naturalny, owocowy motyw. Bardzo szybko zrobił się wyraźniejszy - nie było mowy o niczym innym, jak jeżyny z ich specyficznym słodkim, kwaskowato-goryczkowatym smakiem. W tej soczystej goryczkowatości przemycono także imbir, który to wyłonił się nieco później. Ewidentnie był to świeży imbir, taki niosący gorzko-ostre orzeźwienie i nie powalający pikanterią. Podkreślał jedynie goryczkę kakao i charakterek jeżyn.
Jeżyny i imbir smakowały bardzo naturalnie, choć miały taki cukierkowy element, w którym jednak nie było ani odrobiny sztuczności. Były wyraziste, wyłaniały się z czekolady, ale też jej nie zakłócały. Sprowadzały jednak słodycz do minimum, dzięki czemu to te mocniejsze czekoladowe nuty wychodziły na przód.

Na koniec, oprócz posmaku ciemnej czekolady, czułam w ustach nienachalny i wręcz uroczy posmak owoców leśnych w naturalno-cukierkowym (?) wydaniu.

Cachet zaserwował mi coś mocno kakaowego i wyraziście świeżo jeżynowo-imbirowego. Cukierkowy element był ciekawy, ale schodził na dalszy plan. Wydaje mi się, że to zasługa inuliny jako bazy pod dodatek. Całość bardzo mi smakowała, dlatego że w sumie była prosta i interesująca zarazem, a też dawno nie jadłam czekolady z dodatkami, w której przy tej ilości kakao tak dużą rolę odegrałyby przyjemne "goryczki".

W kwestii inulinowych granulek... Dopiero po zjedzeniu czekolady zainteresowałam się tym dokładniej. Inulina to cukier, naturalny probiotyk, który według niektórych ma delikatnie słodki smak, według innych - nie ma smaku, a wzmacnia smak tego, do czego się go doda... Hm, to by wyjaśniało zarówno leciutką cukierkowość, jak i charakterność reszty.


ocena: 9/10
kupiłam: Alma
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 514 kcal / 100 g
czy kupię znów: z chęcią, no ale Alma upadła

Skład: miazga kakaowa, cukier, jeżynowe granulki 3,5% (inulina, naturalny aromat, jeżyna w proszku 2%), tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, imbirowe granulki 1,5% (inulina, naturalny aromat imbiru z innymi naturalnymi aromatami), lecytyna sojowa

piątek, 31 lipca 2015

Lindt Hello, My name is Berry Affair biała z nadzieniem wiśniowo-jeżynowo-jogurtowym

O białej czekoladzie na pewno zdarzyło mi się już pisać na blogu. Niczym nie zrażona, powtórzę raz jeszcze, że mimo iż przez wielu w ogóle nie jest uważana za czekoladę, ja ją lubię. Nielicznym firmom udaje się stworzyć ją wysokiej jakości, więc jadam dość rzadko. 

Lindt ma w swojej ofercie czekolady, które zdecydowanie mogę uznać za wyborne. 
Lindt'owskie białe specjały, edycje limitowane... To jest to! A właśnie, skoro już o nich mowa... 

Bohaterką dzisiejszej recenzji jest Lindt Hello, my name is Berry Affair, czyli czekolada biała z wiśniowo-jeżynowo-jogurtowym nadzieniem z letniej edycji, mówiąca: "Take me. Taste me. Love me." Tryb rozkazujący, jak widzę, więc czy zostaje mi jakiś wybór? 

Otworzyłam tekturową kopertę, która skrywała... różowe (czy tam fioletowe) sreberko. Nie powiem, zaskoczyło mnie to trochę, ale bardzo pasowało do eleganckiego, biało-fioletowego opakowania z wypukłymi elementami. 
W końcu i sreberko rozerwałam. Wokół mnie uniósł się smakowity, owocowy zapach. Owoce leśne i jogurt - to było właśnie to, co czułam. W końcu ujrzałam i samą tabliczkę. Spore, białe kostki, z małymi obrazeczkami każda, podbiły moje serce! Czy ta czekolada może być niesmaczna? 

Pierwsza kostka powędrowała do ust. Czekolada uwolniła wyraziście słodki, śmietankowy smak. Biała czekolada Lindt'a jest właśnie śmietankowo-mleczna, co w żadnym wypadku nie jest zakłócone przez nadmiar cukru, chociaż jest naprawdę silnie słodka. Nie sposób zasładzający, czy mulący jednak.

Tłustawa w dość przyjemny sposób, rozpuszcza się naprawdę gładko. Już w tym momencie poczułam smak także jeżyn. Czekolada była nimi nieco przesiąknięta. Jej gruba warstwa w końcu zaczęła znikać i pojawiła się kwaskowatość wiśni. Po chwili mieszała się ona z kwaśnym jogurtem naturalnym, a potem owoce leśne, jeżyny konkretnie (bo to je było tutaj wyraźnie czuć i nie potrzebne mi było czytanie napisów z opakowania), zdominowały wszystko. 
Gdy czekolada, jak i jogurtowe nadzienie, odsłoniły wreszcie kawałki owoców, byłam mile zaskoczona. Jak na takiej wielkości kostki, owoce były naprawdę spore. Wiśnie, lekko gumowate i twardawe, były lekko kwaśne, z soczystym, słodkim akcentem. One miały nawet skórki! Jeżyny z kolei... słodko-kwaśne, pełno tu było ich pestek, chrupiących pod naciskiem zębów, za których dodatkiem (czy to w jogurtach, czy to w czymkolwiek) nie przepadam. Mimo wszystko, muszę przyznać, że ich obecność dała efekt czegoś o wiele bardziej naturalnego. 

Kwaśny smak owoców rewelacyjnie równoważył słodkość białej czekolady, która już z definicji jest bardzo, bardzo słodka.
Z każdą kolejną kostką miałam wrażenie, że jem czekoladę z najprawdziwszym jogurtem z owocami leśnymi. 
Przypominała w sumie większość jogurtów sklepowych, jednak o tyle, o ile takie jogurty mnie nie pociągają, tak czekolada z takim nadzieniem - jak najbardziej. 
Była orzeźwiająca, kwaśno-słodka i niepowtarzalna. Długo broniłam się przed czekoladami owocowymi, ale takie tabliczki sprawiają, że moja ochota na nie, robi się coraz silniejsza.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam na "specjalne zamówienie"
cena: nie wiem
kaloryczność: 557 kcal / 100 g
czy znów kupię: z chęcią bym ją sobie kiedyś przypomniała

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka (5%), tłuszcz mleczny, olej palmowy, laktoza, częściowo odtłuszczone mleko w proszku, kawałki owoców (1,6%:jeżyny, wiśnie), śmietanka w proszku, lecytyna sojowa, naturalne aromaty, syrop glukozowy, koncentrat soku cytrynowego