Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Millano. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Millano. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2026

(Millano) Choctopus Czekolada Deserowa ciemna 50 %

Nie robię zakupów w Żabce. Traktuję ją jako absolutną ostateczność w wyjątkowych sytuacjach, więc sama z siebie nie zainteresowałabym się ich czekoladą o niskiej zawartości kakao. Tym bardziej, że nawet jej opakowanie nie wpisywało się w moją estetykę. Motyw ośmiornic w porządku, ale nie taki "sweet". A w dodatku, kiedy czułam, że to pewnie Millano-Baron. Ojciec jednak wyskoczył z pytaniem, czy znam te czekolady. No... nie znałam. Pomyślałam więc, że w sumie mogę poznać. W zasadzie o samej marce za wiele nie znalazłam. Nawet jakiejś pewnej informacji, czy Choctopus to marka własna Żabki, czy można ją kupić też gdzie indziej. To, że produkuje ją niecierpiane Millano, zapowiadało niemiłe wrażenia, a zawartość kakao potencjalne przesłodzenie. Stąd decyzja, że mimo iż to czysta czekolada, wezmę ją w góry. Czułam, że w domowych warunkach odbiorę ją o wiele gorzej. Tak też otworzyłam ją na Sarniej Skale, na którą weszłam, idąc żółtym szlakiem z Doliny Białego przez Czerwona Przełęcz.

(Millano) Choctopus Czekolada Deserowa to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach, łączący nie za wysoką, ale wyraźną słodycz i leciuteńką gorzkość. Sporo wanilii przygłuszało trochę cukrowość, a w dodatku mieszało się z soczystym motywem. Za tło robiła im ciepła, niezbyt mocna "kawa mocy", czyli z dodanym olejem kokosowym, trochę drzew i orzechów (arachidowych?). Akcent oleju kokosowego i fistaszków sugerował jakieś zdrowe słodycze batono-ciasta jak np. Legal Cakes. Soczystość trudno było dookreślić, ale chyba należała do jakiegoś słodkiego czerwonego owocu.

Tabliczka była twarda w masywny sposób i adekwatnie trzaskała podczas łamania. 
W ustach rozpływała się w średnio-wolnym tempie, zachowując zbitość, mimo mięknięcia. Roztaczała maziste smugi, ujawniając proszkowość. Choć nie twarda, wydała mi się masywna, konkretna. Końcowo wyłoniła się do tego tłustość, jakby nieco oleisty poślizg, ani trochę nie osłabiający lekkiej proszkowości.

W smaku od początku czuć słodycz. Najpierw o zaskakująco nie wysokim poziomie. Przemknęła wanilia, a po chwili wkroczył cukier. Słodycz zaczęła rosnąć.

Zaznaczyła się lekka goryczka i nawet coś... soczystego?

Goryczka okazała się w zasadzie delikatną gorzkawością. Sporo w niej paloności, przelotnie nawet trochę spalenizny i trochę palonego drewna, ale nie tak w pełni jednoznacznego.

Soczystość podczepiła się pod słodycz. Pokazały się słodkie czerwone owoce. Nasiliły się wraz ze słodyczą, która wspięła się na wysoki, acz nie męczący poziom. W zasadzie nawet miała w sobie coś szlachetnego. Częściowo za sprawą wanilii, ale nie tylko. I nagle... czereśnie zaczęły przełamywać słodycz cukru i wanilii. Soczystość rozgościła się na dobre. Nie była silan, ale odkąd się wyłoniła, wyraźna.

Palone drewno pobrzmiewało na tyłach i... zaczęło słabnąć. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam bardzo delikatną kawę, walczącą o podtrzymanie gorzkawego wątku, jednak zaraz i ją złagodzono. Zrobiła to... odrobina mleka, wlewającego się do niej? Nuty ni mlecznej, ni oleju kokosowego?

Łagodnienie gorzkości ujawniło orzechowy akcent. Za sprawą soczystości wyobraziłam sobie PB&jelly, a więc połączenie masła orzechowego i galaretki / dżemu. Następnie przycichło, a mi przez myśl przemknął krem mleczno-arachidowy, by zmienić się zaraz w ogólną orzechowość i zatracić się w niemal piernikowym motywie.

Pomyślałam o czekoladowych piernikach, nadzianych dżemem z czerwonych owoców i niewątpliwie lekko korzennych. Z drobna cierpkością? Maźniętych kakaową polewą?

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodko waniliowo-owocowy, czereśniowy i lekko dżemowy, ale też drzewny i arachidowy. Towarzyszyła temu leciutka cierpkość prostego, ale nie taniego kakao.

Ciekawy pomysł na niezabójczo słodką niezbyt ciemną czekoladę. Acz dałabym jej nawet jakieś 55%, może 60%, a nie 50%. Dobrze, że część cukru zastąpiono innymi elementami, które dały ciekawy efekt. Soczyste czereśnie, dżem i masło orzechowe, krem orzechowo-mleczny przy odrobinie kawy, drzew i z waniliowo-cukrów słodyczą wyszły całkiem smacznie. Nie moja bajka, bo jednak było słodko i łagodnie, nie gorzko, ale w górach całkiem przyjemnie, gdy zapotrzebowanie na cukier rośnie (bo jednak trochę go tam było). Założę się, że ci, którzy nie przepadają za czekoladami o wysokiej zawartości kakao, ale nie chcą się też zacukrzyć, mogą być bardzo zadowoleni. 


ocena: 7/10
kupiłam: ojciec kupił w Żabce
cena: 8 zł (za 80g)
kaloryczność: 508 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgatory (lecytyny z soi, polirycynooleinian poliglicerolu), tłuszcz mleczny, pasta orzechowa (orzechy laskowe, orzeszki arachidowe), ekstrakt z wanilii

sobota, 27 września 2025

(Millano-Baron dla Dino) Deliss Dark 70 % Czekolada Gorzka ciemna

W sumie pojęcia nie miałam, czego spodziewać się po tej czekoladzie. Gdy zobaczyłam, że jakiś nieznany mi sklep ma całkiem nieźle prezentujące się tabliczki marki własnej, zleciłam je ojcu. Producent nie był ujawniony... przynajmniej na mojej, bo bardzo podobne w internecie widziałam produkcji Millano-Baron, co już trochę przerażało. Miałam jednak nadzieję, że np. na przestrzeni lat się zmienił i że nie władowałam się w niecierpianego producenta. Po tym jednak, jak zjadłam, aż napisałam do Dino, pytając o producenta. Okazało się, że to nadal Millano-Baron. Kto by pomyślał?

 Deliss Dark 70 % Czekolada Gorzka to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao, marki własnej Dino, produkowana przez Millano-Baron.

Po otwarciu poczułam bardzo mocno palony zapach, wiążący się z wyrazistą, choć średnio mocną gorzkością. Stał na równi z łagodniejszym, słodkawym wątkiem wanilii i fistaszków. Do głowy przyszło mi też typowe masło orzechowe z prażonych i minimalnie słonawych arachidów. Słodycz stała na średnim poziomie, jednak i tak wystąpił cukrowy zaduch. Trochę przysłaniał skrytą, nienachalną soczystość jakby nadzienia śliwkowego.

Tabliczka wyglądała na nieco suchą. Była skaliście twarda, więc przy łamaniu trzaskała głośno.
W ustach rozpływała się powoli, chwilowo jakby opornie, ale potem już z łatwością. Okazała się zbita i długo zachowywała kształt, jednocześnie wykazując gibkość. Była średnio tłusta w maślany sposób, a do tego mazista i trochę pylista. Znikała, zostawiając suche wrażenie.

W smaku najpierw poczułam niepewną siebie maślaność i łagodną słodycz wanilii.

Słodycz wanilii po chwili nieco wzmocnił cukier. Nie był nachalny, ale zaczął podnosić słodycz.

Maślaność skojarzyła mi się z palonym masłem, które obudziło ogólnie palony, gorzko-cierpkawy motyw. Dolatująca słodycz podszepnęła na chwilę palono-maślany karmel, jednak zaraz zniknął. 
Pomyślałam też o drewnie... Bardzo ogólnie, które po chwili przedstawiło mi obraz niedawno ściętego drewna, jeszcze jakby trochę soczyście-żywego w formie poukładanych bali, czekających w lesie na wywiezienie. Drewno zaprosiło do gry fistaszki. Drzewa i orzeszki łagodziły gorzkość, która na pewien czas się trochę wycofała.

W żywszym, drzewnym motywie mignęła marginalna soczystość, sugerująca ciemne owoce. Po chwili przedstawiły się jako dokładniej czarne porzeczki. Kryły się w oddali, nie narzucając się reszcie.

Arachidy wystąpiły jako łagodne i naturalnie słodkawe, jednak podchwyciły paloną nutę i zaserwowały mi też swoją prażoność. Skojarzyły mi się tym samym z amerykańskim masłem orzechowym. Lekko słonawym, ale i bardzo słodkim. Słodkim od... wanilii?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz osiągnęła średni poziom i już jakoś znacząco nie rosła. Połączyła cukier z wanilią, które to w fistaszkowym wątku dopraszały się o wizję kremu. Kremu ze zmielonych orzeszków, słodzonego wanilią. Ze względu na soczystość z tła, do głowy przyszło mi połączenie masła orzechowego z dżemem... z czarnych porzeczek?

Masłoorzechowy krem zmienił się jednak w krem łagodniejszy, maślany - taki do ciast, tortów.

Fistaszki z czasem trochę się odłączyły od słodyczy, a w głowie została mi wizja po prostu maślanego kremu waniliowego do przekładania ciast. Mimo że słodycz ogólnie nie była zbyt wysoka, przybrała przez to ciężkawy wydźwięk.

Fistaszki słabły. Spróbowały jeszcze uczepić się kakao, co przełożyło się na przebłysk kremu arachidowo-kakaowego, ale zaraz rozmył się. Cierpkość kakao wyłoniło się wyraźniej i wpuściło do kompozycji kwasek suszonych śliwek.

Suszone śliwki nie były szczególnie intensywne - zdawały się przechodzić w śliwki ukryte w... czekoladowo-kakaowych piernikach? Jako ich słodko-kwaskawe nadzienie, gdzie mieszały się z porzeczkami. Wyobraziłam sobie miękkie, niespecjalnie korzenne pierniki oblane cierpkawą. ciemną polewą.

Po zjedzeniu został posmak maślany - jakby kremu do ciasta - i miękkich, łagodnych pierników czekoladowych, w cierpkawej polewie kakaowej, wypełnionych nadzieniem ze śliwek i cierpkawych czarnych porzeczek. Do tego wróciło masło orzechowe arachidowe, posłodzone wanilią. Trzymała się go duszna słodycz, w której wyłonił się cukier.

Czekolada wyszła zwyczajnie i... bardzo smacznie. Prosta, nie za mocna i palona gorzkość mieszała się z nutą drzew i fistaszków jako masło orzechowe i krem arachidowy z wanilią. Mimo jej obecności, cukier też miał sporo do powiedzenia, a jednak nie było za słodko. Lekki akcent czarnych porzeczek i śliwek oraz pierników w polewie wyszedł w porządku i odciągały trochę uwagę od maślanego motywu tak udanie, że choć w pierwszej chwili myślałam, że wystawię 7, po paru kęsach wiedziałam, że czekolada zasłużyła na więcej. Spokojnie może się mierzyć z Lindt Excellence Dark 70 % (od 2021), który w roku 2025 bardzo podrożał. Za nic nie powiedziałabym, że stoi za nią ten sam producent co np. (Millano) Baron DelicaDore Intense Dark 70 %.


ocena: 9/10
kupiłam: Dino (ojciec kupił)
cena: 9,99 zł (dopytałam; on płacił)
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie, ale mogłabym wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii

sobota, 16 listopada 2024

(Millano) Delicadore Czekolada z wiórkami kokosowymi ciemna 40 %

Ta czekolada znalazła się tu tylko i wyłącznie dlatego, że zostałam nią poczęstowana. Gdy robiłam zdjęcia DM Bio Schokolade Single Origin 72 % Kakao Sierra Leone Feine Bitter mit Kokoschips, znajomy wyjął ją z uśmiechem z plecaka. Co prawda zdziwił się, że chcę spróbować tak niecierpianego producenta, ale ja wręcz uwielbiam różne porównania! Baronowi-Millano tym razem trafiło się aż nieadekwatnie do niego cudowne - szlachetne? - otoczenie, bo zajęłam się nim tuż pod Świnicą (na samym szczycie był tłum), na którą weszłam z Zawratu.

(Millano) Delicadore Czekolada z wiórkami kokosowymi to ciemna czekolada o zawartości 40% kakao z wiórkami kokosowymi, produkowana przez Millano-Baron.

Po otwarciu sreberka poczułam zapach cukru i wiórków kokosa z plastikowym kakałkiem w tle. Powiedziałabym, że to polewowa i raczej mleczna czekolada, kojarząca się z tanimi figurkami czekoladopodobnymi - na pewno nie miała charakteru ciemnej. Kokos bardzo dobrze się z niej wyłonił, trochę ratując sytuację.

Tabliczka już w dotyku zdradzała ulepkowatość i tłustość. Wydawała się polewowa. Mimo że twardawa, łamała się prawie bez trzasku, ale z chrzęstem wiórków.
Tych w przekroju widać ogrom. Dodano ich tyle, że nie da się zrobić kęsa bez nich.

W ustach czekolada rozpływała się łatwo i szybko jak masło w ciepłe. Była tłusta, że aż śliskawa, a do tego odrobinę wodnista, acz od tego trochę odwracał uwagę wiórki, którymi była wręcz najeżona.
Wiórki kokosowe gryzłam głównie, gdy czekolada już zniknęła. Okazały się twardawo chrupkawe, niektóre twardawe i kruche. Gryzione dłużej trochę trzeszczały i skrzypiały, ale nie memłały się.

W smaku pierwsza zaszarżowała wysoka słodycz i masło, które nakierowało ją w mleczną stronę, ale mleka jako takiego w sumie nie czuć... A może jednak echo?

Obok niego szybko zaznaczył się kokos, nawet niegryziony. Przemknęły mi przez myśl draże kokosowe, ale w o wiele słodszej wersji.

Przodem jednak poleciała prosta słodycz, przeginając. Było bardzo cukrowo i drapało w gardle, mimo że przesłodzony smak starały się tonować wiórki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa doleciał lekko kakaowy... czy w zasadzie jedynie "kakałkowy", prawie nesquikowy akcent i dziwna oleistość. Na pewno nie było gorzko, ale mlecznie też nie. Maślano jednak owszem. Masło łącząc się z kokosem i za sprawą aromatów kojarzyło się jednak z mlekiem.

Końcowo sama czekolada była okrutnie, cukrowo słodka i plastikowa, trochę jak mleczno czekoladowy plastik czy polewa. Miała znikomy akcent kakao, ale takiego... figurkowo-polewowego.

Wiórki gryzione obok czekolady w zasadzie czuć nieźle, ale lepiej, gdy gryzłam już na koniec, kiedy czekolada już zniknęła. Wiórki okazały się podprażone i naturalnie lekko słodkawe, z echem prawie orzechowawym. 

Po zjedzeniu zostało przecukrzenie wraz z drapaniem w gardle, ale w smaku zmieszane z nieco tonującymi, intensywnymi wiórkami kokosowymi. Zaznaczyło się echo plastiku, sztuczności i maślaność, udająca mleczno czekoladowa polewę.

Trudno mi znaleźć jakieś plusy tej tabliczki oprócz wiórków. Za nie jednak też nie mam zamiaru jej za bardzo chwalić, bo wiórki z zasady są dobre. To jednak, do czego je dodano... Strasznie słodka, tanio-plastikowa baza, która nie jest ani mleczna, ani ciemna... Może zamysł był, by stworzyć coś uniwersalnego? Jednak ta jej maślaność i pobrzmiewające aromaty nie wyszły dobrze. Nie sądzę, by komuś spodobał się efekt echa kakałka i udawanego mleka. Wydaje się, że baza miała być tylko nośnikiem pod dodatek, jaki stanowił ogrom dobrych wiórków. I znów - gdyby baza była smaczna, ilość by aż przytłoczyła, a tak... no chyba tylko o nie chodziło. Dla mnie bez sensu, by to jeść.

Znajomemu smakowała "ze względu na tego kokosa. Po prostu bardzo lubię kokosa i mi wiele więcej do szczęście nie trzeba. On tak zdawał się trochę słodycz przygaszać". Poczęstowałam się od niego niecałymi 3 kostkami, z czego 1 przywiozłam Mamie. Opisała ją: "Tak szybko, tłusto i jak woda się rozpłynęła, a kokosa tak dużo, że aż trudno o samej czekoladzie coś powiedzieć. Na szczęście niczym paskudnym nie powaliła, ale za dobra chyba też nie była. No widać, że w niej najważniejszy ten kokos, którego bardzo dużo było".


ocena: 3/10
kupiłam: poczęstowałam się
cena: ktoś dostał z krwiodawstwa
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, wiórki kokosowe 18%, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu; aromat

piątek, 13 września 2024

(Millano) Delicadore 70 % Czekolada ciemna

Prawdę mówiąc, przy Baron Delicadore Intense Dark 70 %, szczerze myślałam, że za dziś przedstawianą wezmę się szybciej, ale jakoś... nie miałam na nią ochoty. Nie ufam firmie Millano, marka Baron mnie odstrasza, a także wiem, że nawet "ukryty Baron" lepiej nie wyjdzie. Niemniej ta miała prostszy skład, co trochę pocieszało. Ok, im mniej składników do sknocenia czegoś, tym lepiej, ale jednak... Cóż, trzeba było spróbować.

(Millano) Delicadore 70 % Czekolada to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao, produkowana przez Millano-Baron.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach waniliny i plastikowej czekolady. Cechowała ją niska, palona gorzkość i słodycz. Ta wyszła ciężko, acz nie strasznie wysoko. Wydawało się, że cukier ukrył się za aromatami, acz nie zupełnie, bo i tak go trochę czuć. Miało to tani wydźwięk, czemu nie pomogły nawet cynamon i odrobinka drzew, mieszających się z wątkiem zwykłego kakao w proszku.

Lśniąca tabliczka była strasznie twarda. Normalnie jak kamień, a przy łamaniu trzaskała bardzo głośno. Gdy odgryzałam kawałek, aż trochę bolały zęby.
W ustach rozpływała się maziście i powoli; od początku łatwo, choć w pierwszej chwili jakby niechętnie. Było w niej coś woskowo-tłustego (przesadzili z lecytyną?). Tłustość rosła i rosła, a gładka czekolada długo zachowywała kształt i zbitość. Próbowała nawet utrzymać pewną twardawość, ale miękła i tak. Wydawała się nieco plastelinowo-ulepkowa. W pewnym momencie jednak zdobyła się na lekką kremowość, a jednocześnie tłusto przytykała. Znikała za to jakby wodniście-oleiście, ale wciąż przytykająco.

W smaku pierwsza pojawiła się średnio wysoka słodycz, która szybko podskoczyła do miana wysokiej. Po niej poczułam jeszcze więcej słodyczy, a także... goryczkowato-ciepłe echo cynamonu?

Cukier pokazał się i zaraz schował za... waniliowo-wanilinowym splotem? Coś z wanilii odnotowałam, ale wygrała sztuczna wanilina. Pomyślałam o plastikowej wanilii i... wanilinowym cukrze? 

Szczypta cynamonu pobrzmiewała zza słodyczy. Wyszła ciepło-goryczkowato, nienachlanie i też słodko, ale w innym sensie.

Nieśmiała gorzkość odezwała się z opóźnieniem. Trzymała się cały czas niskiego poziomu. Poprzez nią wkroczyło cierpkie kakao w proszku - najprostsze, najzwyklejsze. By nie zrobiło się bardziej gorzko, pilnowała maślaność i tłustość... dziwna, plastikowa, ale na szczęście ledwo uchwytna. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pojawiły się drzewa, które spróbowały zawalczyć trochę o gorzkość i wytrawność ciemnoczekoladową. Słodycz prawie cały czas była wysoka, ale na chwilę jakby zrobiła sobie przerwę. Drzewa przeszły w palone drewno, a te zmieszało się z prostym kakao.

Kakao i drzewa przypomniały o cynamonie. Łagodząco-tłustawy wątek jednak i do tego się dobrał. Wyobraziłam sobie ciepłe mleko z cynamonem i masłem (wyobrażenia na podstawie prozdrowotnościowej babcinej mikstury "mleko, masło i miód", ale właśnie z miodem zamienionym na cynamon).

Wróciła wysoka, wanilinowo sztuczna słodycz, co także gorzkawemu wątkowi podrzuciło plastikowe brzmienie. Pomyślałam o jakiś kosmetykach w wariancie "czekolada", bez głębi, a zasypanych kakao w proszku. I ze słodyczą męczącą już nawet nie samą wysokością, co przytłaczająco-ciężkim charakterem.

Na samej końcówce z cierpkości kakao i spośród słabnących już drzew wyłoniła się lekka kwaskawość... Czy wręcz tylko sugestia? Osadzona w kakao w proszku.

Po zjedzeniu został posmak drzew i plastikowej wanilio-waniliny. Było słodko-ciężko, acz za słodko tylko w sumie trochę. Od tego uwagę odciągał tanio-czekoladowy, przearomatyzowany klimat ogółu. Gorzkość była znikoma; czułam jedynie trochę cierpkości, kakaowy kwasek i nieprzyjemny, niedookreślony tłusty motyw. To nie był przyjemny posmak.

Czekolada wyszła zaskakująco w porządku, mimo że tanio i sztucznie przez dodane aromaty. Szkoda, bo czuję, że bez nich mogłoby by być bardziej przeciętnie i przy niskiej cenie zrozumiale. Słodka, ale nie straszliwie, lekko gorzka, przy czym dla mnie zdecydowanie za mało, wyszła nudnawo, ale tak nudno-do zjedzenia, gdy człowiek jakoś przejdzie do porządku dziennego nad aromatami. W zasadzie i w niej pojawił się całkiem interesujący akcent - cynamonu. Mi nie leżały wspominane aromaty, ale zdaję sobie sprawę, że większość ludzi z nimi aż takiego problemu nie ma. Oprócz nich, przeszkadzało mi tłuste wykończenie, ale i tak, jak na Millano i najniższą półkę całkiem pozytywnie się zdziwiłam. Tyle waniliny i jednak plastik przy niskiej gorzkości wydawały mi się nawet gorszego dnia, kiedy szkoda prawdziwie dobrej czekolady, zbyt mdlące, ale trochę można podjeść. Wyszła na pewno lepiej i bardziej zwyczajnie ciemnoczekoladowo (choć tanio!) od niby ekskluztwnej (Millano) Baron Delicaore Intense Dark 70 %. Zjadłam sporo, bo zostały tylko 4 kostki, których już nie mogłam, bo mnie przytkało i zostawiłam je na brownie, które czasem z Mamą robimy.

Poziom w zasadzie zbliżony do E. Wedel Mocno Gorzka 80 %, tylko oczywiście dziś prezentowana wyszła bardziej słodko-tłusto, co zrozumiałe ze względu na zawartość kakao. Chodzi mi jednak o jakość i przearomatyzowanie waniliną.


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam (od kogoś, kto z kolei dostał przy krwiodawstwie)
cena: jak wyżej
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, emulgatory: lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu; aromat

wtorek, 16 lipca 2024

(Millano) Baron DelicaDore Intense Dark 70 % ciemna

Choć źle, materialistycznie, to zabrzmi, to poznawanie nowych ludzi u mnie wiąże się z poznawaniem czekolad. Gdy ktoś mnie lepiej pozna, polubi, zazwyczaj prędzej czy później daje mi czekoladę. Lepsze, gorsze - obecnie potrafię się z każdej otrzymanej cieszyć, bo to daje możliwość poznania tych, których sama bym nawet spojrzeniem nie zaszczyciła. A przez takie podejście i uprzedzenia mogą mi uciekać produkty warte uwagi. Piszę to co prawda z ironicznym uśmiechem, wiedząc, czego dotyczy wstęp, no... ale cóż. Ta czekolada nigdy mnie nie interesowała, bo nie cierpię Millano-Baron. A czekało mnie porównanie dwóch czekolad 70 % tego producenta. Na pierwszy ogień poszła ta ze względu na datę, bo nie wiem, czym miałabym się kierować. Jak rozumiem, to ekskluzywniejsza linia?

Baron DelicaDore Intense Dark 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao, produkowana przez Millano.

Po otwarciu poczułam zapach kawy, choć gorzkiej, to chyba z mlekiem oraz wyraźnie przypalony piernik czekoladowy. Zadbał o gorzkość, acz całość nie była mocarnie gorzka. Słodycz jednak też zaznaczyła się delikatnie, nienachalnie. Była jednak wyraźna - sugerowała raczej jakieś cukierki czekoladowo-orzechowe niż czekoladę. Poczułam w dodatku pewną neutralność, kojarzącą się z ziarenkami dla ptaków (i takimi naturalnymi karmami, pełnymi pestek, orzechów itp.).

W opakowaniu było 5 małych, oddzielnie pakowanych tabliczek.
W dotyku mini tabliczki wydawały się trochę tłusto-polewowe, ale i potencjalnie kremowe. Przy łamaniu trzaskały średnio głośno, jako że i średnio twarde były. Na pewno jednak dały się poznać jako masywne. 
W ustach czekolada rozpływała się chętnie, w tempie średnio-szybkawym. Pokrywała podniebienie lepkawą mazią. Była bardzo tłusta w maślano-oleisty sposób i bardzo kremowa. Miękła, ujawniając zaskakującą śmietankowość, mleczność - struktura przypominała bardziej mleczne niż ciemne czekolady. Wyszła plastycznie, było w niej coś ulepkowatego i przytykającego. Wyszła gładko, a tylko pod koniec pozostawiała drobną cierpkość.

W smaku pierwsza przywitała mnie odważna, ale nie za wysoka słodycz. Wtórowała jej maślaność i sugestia mleka. Słodycz była to prosta, zwyczajna i początkowo nie narzucająca się. W maślaności za to przemknęła mi dziwna metaliczność.

Zaraz zaznaczyła się też gorzkość. Wskoczyła na dość wysoki poziom i rozdzieliła się na dwa wątki. Oba rosły. Jeden był pozytywny: przedstawiał piernik mocno czekoladowy. Drugi okazał się gorzkością w złym rozumieniu: spalenizny. Rozwijała się, docierając do poszczególnych innych nut.

Słodycz mieszała się z nutką... czekoladkową, jakby jakiś nadzień lub... jakby ten piernik był przełożony jakimś kremem? Do głowy przyszły mi też cukierki czekoladowo-orzechowe, powstrzymujące gorzkość mimo cierpkości kakao. Za sprawą tego wszystkiego słodycz rosła i robiła się coraz cięższa, trochę drażniąca.

Pojawiła się kawa - właśnie i do niej trochę spalenizny podpłynęło. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kawa jednak umiejętnie ją poskromiła. Do kawy dołączył akcent mleka, a jednak ona i tak pozostała lekko gorzka.

Cierpkość spalenizny podkradła się do czekoladowego piernika, a wtedy spalenizna zyskała nieco lepszy, przez niektórych czasem pożądany charakter. Słodycz za sprawą czekoladowego piernika ze znikomą ilością przypraw korzennych rosła. Ten nie był właśnie mocno przyprawiony, ale cechowało go ciepło, wzmacniające słodycz, która zrobiła się przesadzona i drapiąca. Przez myśl przemknęły mi kwaskawe śliwkowe powidła, ale nie realnie wyraźna, jednoznaczna kwaśność.

Słodycz cały czas miała jawnie cukrowy charakter, ale z czasem wzmocniła ją wanilia. Nie ukryła cukru, a dołączyła do niego, przez co słodycz zrobiła się za mocna. Umacniała się, ale jakby próbując trzymać się trochę z boku, choć jej toporność nie pozwoliła jej się ukryć. W pewnym momencie podszepnęła jakieś przesłodzone czekoladki z... echem orzechów? Piernikowo-orzechowo-kawowe cukierki czekoladowe?

Kawa wydała mi się rozgrzewająca, jeszcze bardziej mleczna, a piernik... może był jeszcze ciepły? Albo właśnie polewany roztopioną polewą czekoladowo-kakaową (nie czekoladą!) z lekką cierpkością.

Po zjedzeniu zostało poczucie ciepła, rozgrzanie języka, wzmocnione słodyczą. Ta po zniknięciu czekolady wyszła bardzo męcząco. Słodycz białego cukru i ciepło zaznaczyły się też w gardle wraz z poczuciem ciepła. Do tego cierpkawy posmak spalenizny i kawy gorzkiej, ale z mlekiem. Maślany, czekoladowy piernik pojawił się jako echo. Chyba i w posmaku mógł być przełożony powidlaną warstwą.

Całość zaskoczyła mnie pozytywnie. Nastawiłam się na potworność, a trafiłam na przeciętną, tanią czekoladę o całkiem niezłym poziomie gorzkości i prostej, męczącej słodyczy. Choć przesadzona, nie porażała jakoś wyjątkowo straszliwie. Mi za bardzo dawała się we znaki, ale przez jej prosty charakter i jawność, natłok, nie tyle przez samą wysokość. Nuta spalenizny, przepalonego kakao na minus, ale summa summarum i ona jakoś się tu odnalazła. Trochę mlecznej kawy też w porządku. Dziwną, cukierkowo-czekoladkową nutę zwalam na obecność pasty z orzeszków, której dali tak mało, że trudno ją wychwycić, ale coś pobrzmiewa. Dziwny zabieg, ale lepsze to niż mieliby coś gorszego wepchnąć. Przeszkadzała mi też jej mleczno-maślana, tłusto-miękka konsystencja nieciemnej czekolady, ale uwierzę, że inni mogą nie uważać tego za wadę. W zasadzie po jednej mini tabliczce miałam dość i jeszcze wtedy byłam pewna, że zasłużyła na 6, ale gdy zamuliłam się drugą, zwątpiłam. Myślę jednak, że lubiącym mleczne, a dopiero przekonującym się do ciemnych mogłaby się spodobać. Wyszła jak... nie aż tak chamsko cukrowa deserówka, o!

Resztę dałam Mamie, której jednak nie smakowała: "Niesmaczna, taka zła ciemna, ale nie jakoś drastycznie rażąca. Po prostu tak nieprzyjemnie gorzka, bez żadnej kwaśności. Dla mnie ona nie była mleczna czy nawet za bardzo miękka jak mleczna się nie wydawała, a tak gorzka nieambitnie". Reszta minitabliczek (ja zjadłam dwie) powędrowała do ojca.

Przypomniała mi (Millano-Baron) Luximo Premium 74 % Madagaskar, która smakowała zwęglonymi orzechami, mleczną kawą i kryła sugestię kwasku. Była jednak wytrawniejsza i miała bardziej ciemną strukturę. Dzisiaj prezentowana była niby mleczna, miękka, jakby mniej ciemna.


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam (od kogoś, kto z kolei dostał przy krwiodawstwie)
cena: jak wyżej
kaloryczność: 545 kcal / 100 g; sztuka 130 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny (z soi), ekstrakt z wanilii, pasta z orzeszków arachidowych

niedziela, 10 grudnia 2023

Baron Kocie Języczki Dark 70 % Cocoa ciemna dekorowana białą

Mam słabość do kotów i nic nie poradzę na to, że kuszą mnie opakowania z kotami. Marki Baron nie cierpię, jednak kocie języczki w wersji ciemnej przemówiły do mnie na tyle, że nie mogąc znaleźć ich stacjonarnie, zaczęłam nawet sprawdzać internet. Na szczęście jednak w końcu znalazłam (bo głupotą byłoby je zamówić). Z dzieciństwa kojarzę mleczno-białe czekoladki "kocie języczki", ale już wtedy wolałam tabliczki (uwaga: ciemne Wedle). "Kocie języczki" kupowało się u nas w domu, ale głównie dlatego, że chciałam opakowanie z kotami, zaś zawartość zjadała Mama. Obu nam układ odpowiadał. Nigdy nie rozumiałam jednak skąd pomysł na akurat języki i to kocie. Machnęłam na to ręką. Nie zrozumiem, jak i wielu np. dziwnych przysłów nie rozumiem.

Baron Kocie Języczki Dark 70 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao, dekorowana czekolada białą (5%), w formie czekoladek "kocie języczki", produkowana przez Millano.

Po otwarciu poczułam średnio intensywny zapach dość mocno palonego kakao, związanego z soczystą cierpkością skórki pomarańczowej oraz margarynowym poniuchem. Wąchając dokładnie wierzch, czułam też akcent mleka w proszku. Oba kolory miały tani wydźwięk kiepskiej czekolady. Całość wyszła cukrowo słodko na przeciętnym poziomie.

W dotyku czekoladki były trochę plastikowe, gładkie w przypadku ciemnej. Tam, gdzie było białe zdobienie, czuć proszkowość i suchą ulepkowatość. Łamały się ze średnio głośnym trzaskiem, dając się poznać jako twarde. Białe plamki okazały się jakby "naklejone". Dało się je na upartego zgryźć ("spiłować zębami").
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, lepko i maziście. Była oporna i tłusta w maślano-margarynowy sposób. Zachowywała ogólną twardość, acz jakby powierzchownie miękła ulepkowato. 
Biała rozpuszczała się wodniście-proszkowo i maślano tłusto. Była proszkowym, wręcz szorstkawym ulepkiem do kwadratu.
Czekolady wydały mi się kiepsko zgrane.

W smaku ciemna czekolada przywitała się paloną gorzkością i cukrem. Nie było go jakoś szczególnie dużo, ale od razu się odzywał jako ciężki i wprowadził taniość, tandetę.

Kontrastowo palona goryczka poszła w lekką spaleniznę. Cierpkość wzrosła, a gorzkość przytoczyła spalone drewno i węgiel. Pomyślałam też o za mocno prażonych ziarnach kawy, aż wyprażonych ze smaku. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość przez chwilę wyraźnie wyprzedziła słodycz, lecz potem szybko osłabła. Obok ziaren kawy pojawiły się... kakaowe płatki-kulki (typu Nesquik) do mleka?

Słodyczy zaś ochoty do działania nie brakowało. Zrobiła się już nie tylko cukrowo ciężka, ale też duszna. Odnotowałam wanilię i akcent kandyzowanej skórki pomarańczy.

Gdy robiłam kęsa samej ciemnej po kęsie z białą, pod koniec ta soczysta cierpkość ciemnej wydawała się istotniejsza, ale nie uporała się z właśnie ciężką słodyczą. Ta mimo iż nie strasznie wysoka, męczyła (wydźwiękiem). Pojawił się też akcent kiepskiej kawy z dużą ilością mleka.

Kiedy spróbowałam samej białej (zgryzając ją), w głowie rozbłysła mi myśl: "margarynowy cukier". Mleko w proszku zdradziło swoją obecność, z białym cukrem po chwili układając się w lukier. Lukier trochę waniliowy? Niestety jakoś sztucznie i z pobrzmiewającym kwaskiem daleko w tle.

Po zjedzeniu został posmak cierpko-palony i nieco soczysty, kwaskawy jak duet pomarańczy i kakao w proszku.

W połączeniu wyszło to trochę kontrastowo. Ciemna była cukrowo słodka, ale nadal nie za mocno. W połowie rozpływania się kęsa umocniła się jej cierpkość, a pomarańczowy akcent wydał mi się kwaśniejszy za sprawą bardzo słodkiej białej. Ta z kolei wplotła nutkę mleczną i jakby lekko orzechową, acz zawarła w sobie też wątek po prostu taniej, margarynowej białej czekolady. Nie jakoś harmonijnie, a po po prostu obok ciemnej. Ta straciła jednak trochę na gorzkości. Do głowy przyszło mi chrupanie kakaowych płatków do mleka i popijanie je mlekiem ze szklanki/kubka.
W posmaku biała się nie przebiła. Przełożyła się tylko na wyższą odczuwalną słodycz.

Całość była po prostu zła. Czekoladki biły po kubkach smakowych i nosie nijakością i tandetą. Gorzka jakby głównie od spalenia ciemna o lichych nutach kawy i pomarańczy i margarynowo-cukrowa biała przełożyły się na kompozycję po prostu nieprzyjemną. Gorzko było, ale delikatnie i niegłęboko, słodko nie straszliwie, ale jednak - i za ciężko, nieprzyjemnie. Biała niczego ciekawego nie wniosła, a trochę zasłodziła, zaś orzechowy wątek był po prostu dziwny (najpierw nie bardzo wiedziałam, o co chodzi, ale skład wyjaśnił - dodali pastę orzechową), a kontrast wydobył raczej te negatywne wątki. To, co miało harmonizować (orzechowy element?) nie sprawdziło się.
Mało więc, że to kiepska czekolada ciemna i zła czekolada biała. Połączenie ich wcale żadnej nie pomogło. Obie już lepiej chyba zaprezentowałyby się kompletnie oddzielnie, np. nie jako złe, a kiepskie. Tak to już po 3,5 (od ostatniej odłamałam połowę samej ciemnej) czekoladkach odechciało mi się to jeść. Nie wywołały traumy, ale były tak nudne, płaskie, że już nie lepiej nic nie jeść, niż męczyć je.
Jak pomyślę, że to produkt za 7,69 za 100g, chce się płakać. To nie majątek, ale zwykła tabliczkowa czekolada w tej cenie potrafi smakować po prostu smacznie, jak np. Kaufland Bio Schweizer Edelbitterschokolade 70 % czy Lindt Excellence Dark 70 % Cocoa.
Jeśli patrzeć na to jako na czekoladki, a więc coś teoretycznie bardziej eleganckiego, to... też nie wyszło. Po otwarciu trafia się na spody, a względnie ładne kocie zdobienia na plastiku ukryto. Trzeba dopiero cały ten plastik z tekturki wyjąć, by je odkryć - a wyjęcie go jest bardzo trudne i praktycznie niemożliwe, by nie wypadły przy tym czekoladki.

Czekoladki oddałam ojcu, acz najpierw jeszcze Mama parę spróbowała. Opisała je, acz ciągnięta za język (huehue): "Okropne czekoladki. Trudno i nieprzyjemnie się rozpuszczały, a w smaku nijakie, zupełnie bez charakteru. Aż nie da się o nich nic powiedzieć. Tandetne, ale nawet ta tandeta tak nie powalała. Były takie żadne, że nie widziałam sensu, by je jeść. Nie powiedziałabym, że to 70 % kakao, bo nawet specjalnie gorzkie nie były. Ta ich gorzkość była płaska, a biała tylko zasłodziła i nic to nie wniosło. Takie zrobione byle jak, aby wszystkich - czyli nikogo - zadowolić".


ocena: 2/10
kupiłam: Auchan
cena: 7,69 zł
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, serwatka w proszku, lecytyna słonecznikowa, tłuszcz mleczny, pasta orzechowa (orzechy laskowe, orzechy arachidowe), ekstrakt z wanilii

sobota, 16 kwietnia 2022

(Millano-Baron) Kaufland Classic Finest Dark Chocolate 74 % Cocoa ciemna

"Za nic nie kupię więcej Barona", "Barona unikam jak ognia" - to tylko kilka moich mott, gdy chodzi o produkty Baron / Millano. A tutaj co? No właśnie. Jako że producenta tego nie cierpię, nie interesowałam się nim. Nie wiedziałam nic o żadnych zmianach, ani też czy to samo "Millano", czy poprawny jest zapis łączony. Czekolady marek własnych marketów sprawdzam uważnie, czy nie czai się tam jakiś Baron czy inny Wawel, a w przypadku tej musiałam rzucić okiem, nie dostrzec "B" z przodu i poczuć się bezpiecznie. Dopiero na krótko przed degustacją zobaczyłam napis "Millano", a kilka dni wcześniej Olga z LivingOnMyOwn (w komentarzach) zwróciła mi uwagę, że nie wszystko, co Millano, musi produkować Baron. Siadając do tej czekolady już sama nie wiedziałam, do czego ja właściwie siadam, acz wygląd kostek wciąż właśnie raczej Barona sugerował. Potem sprawę mailowo wyjaśniłam z producentem. Jak się okazuje, baronowanie wszystkiego może nie było poprawne co do nazewnictwa, ale wszystko, co "Millano", robi jeden producent. Ma on różne marki (np. Baron, Hibbi), są marki własne dla sklepów, ale robi je jeden i ten sam osobnik. Z czystym sumieniem pozostanę więc przy "baronowaniu", bo odmiana tego jest łatwiejsza niż "Millano" (i by jednak na blogu utrzymać ciągłość). Mam jednak nadzieję, że nie będę musiała tego robić, bo nie będę musiała z tym mieć więcej do czynienia.

Kaufland Classic Finest Dark Chocolate 74 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao, wyprodukowana dla Kauflandu przez Millano (Baron).

Otwierając, poczułam bardzo mocno palony zapach, aż w pewien sposób suchy. Mieszał się z ciężkim aromatem rodem z ciasta waniliowego. Myślę tu o miękkiej babce / biszkopcie... Śmietankowym? Śmietanka plątała się, dokładając jeszcze ciężkości. Całość była słodka właśnie w duszny sposób. Lekka gorzkość wydawała się należeć raczej do spalenizny i zwęglonego drewna niż kakao... Choć może trochę takiego sucho-spalonego owszem? Do głowy przyszła mi jeszcze zwietrzała, pylista kawa rozpuszczalna, a potem też kawa... zrobiona z cynamonem.

Tabliczka sprawiała wrażenie bardzo twardej, masywnej jak kamień, a jednak przy łamaniu trzaskała głośno, ale... jak suche, cienkie gałęzie. Wówczas okazała się bardziej porcelanowa, już nie tak twarda. Zobaczyłam przekrój, który wprawił mnie w lekkie osłupienie. W gęstą, zbitą masę wtopiono niebieski kawałek plastiku / plastiko-folii. Już na tym etapie chciałam w sumie zakończyć degustację, bo taka jakość... ale jednak wypadki się zdarzają, więc... no dobra, "zdarzyło się", przymknę na taką bylejakość oko.
W ustach czekolada rozpływała się bardzo powoli, średnio chętnie. Jakakolwiek twardość odchodziła w niepamięć. Zachowywała w dużej mierze kształt do samego końca, trochę tylko miękła, łącząc właściwości plasteliny i masła. Kryła w sobie coś suchego, a jednocześnie okazała się bardzo tłusta. Była bardzo maślana. Właśnie tłustymi, mazistymi smugami nieco obklejała podniebienie. Wydała mi się kleista jak jakiś wyjątkowo gęsty kubeczkowy pudding / budyń (chodzi mi o różne desery lodówkowe, np. wegańskie czy proteinowe). Bardzo tym samym przytykała.

niespodzianka!
W smaku, już odgryzając kawałek poczułam kawę rozpuszczalną w proszku. Zwietrzałą, acz niewątpliwie gorzką. Była to jednak gorzkość prosta i delikatna... 

Niemal natychmiast obskoczyły ją motywy maślano-mleczne, śmietankowe, jakby bały się, że kawa pozwoli sobie na zbyt wiele. Były słodkie, ale zachowawczo. Od razu wyobraziłam sobie maślane, tłuste kremy, torty z kremami w wariancie delikatnie kawowym.

Pojawiła się nuta palona. Pomyślałam o palonym, nieco zwęglonym drewnie. Kawa w tym czasie się zaparzyła.

Uderzyła prosta, za wysoka słodycz. Od początku cukrowa, z czasem zaczęła przybierać na ciężkości, kojarząc się z aromatem waniliowym. Wiązał się trochę z ciastowo-biszkoptowym, przytłaczającym motywem. Cukier prawie dominował, a potem... miękkie i tłuste ciasto zaczęło nieco go hamować śmietankowym wątkiem. Słodycz może nie była więc straszliwie wysoka, ale przytłaczająca. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam, jak śmietanka zalewa kawę. Zrobiło się z niej cappuccino; w dodatku takie z cukrowymi, "waniliowatymi" nutami, przesłodzone i ciężko-tłuste. Tłustość za sprawą mleka podkradała się pod pod kawę, umacniając tym samym skojarzenie tłusto-ciastowe... i nie tylko ciastowe. Do głowy przyszły mi ciężkie desery typu creme brulee.
Mleko / śmietanka, dodatkowo osłabiały gorzkawość kawy. Odnotowałam tłuszczową nutę, zahaczającą o pewną metaliczność, cierpkość. Nijaki tłuszcz rozbijał co charakterniejsze nuty, spłycił je. A potem znów uwagę od niego zaczęło odciągać spienione mleko i wyobrażenie o tortach z maślanymi kremami oraz budyniowych cremach brulee... w wariancie cappuccino.

W kompozycji przewijała się pewna kurzowość, podkreślająca dziwny, tandetny, metaliczny aspekt (związany z tłuszczem?). Chwilami robiło się przez to cierpkawo. Wyłapałam nawet raz po raz trochę drewnianych nut, kory... Może cynamonu. Coś bowiem grzało gardło - na pewno słodycz, ale właśnie może też cynamon...

Cynamon palono-przypalony? Znów goryczka dziwnie wyłoniła się na przód. Pomyślałam o przypalonym cukrze (cukrze cynamonowym?) i... palonym maśle? Z cukrem? Jakby jakiś "mistrz cukiernictwa" zawalił sprawę z jakimś cremem brulee, prawie spalając kuchnię.

Po zjedzeniu została maślaność, też jako zatłuszczenie ust i lekka cierpkość kakao, kawy w proszku, kurz i goryczka jakby aromatu waniliowego. Czułam sugestię drzew i ciężki cukier, które razem przełożyły się na pewne ciepło.

Całość była odpychająca, gdy o strukturę chodzi (tłusta i aż tą maślaną tłustością kleiście przytykająca) i kiepska, nudna, gdy o smak. Tłuszczowy motyw w smaku rozbił kompletnie coś, co w zasadzie mogło być średnią czekoladą. Połączony z ciężką słodyczą i jakby aromatem był okropny. Nie wiem, skąd się on wziął - może to ta palona goryczka tak z ekstraktem waniliowym dziwnie wyszła? Realnie bowiem w składzie - przypominam - nie ma aromatu. Może to ta pasta z fistaszków? I też nie wiem, po co ona... Mdło-cappuccinowe, tłuste torty, cała ta mleczność, śmietankowość w ciemnej czekoladzie były nudne. Tania gorzkawość nie wyszła mocno... prawie w ogóle nie wyszła. Zamiast "czekolada ciemna / mleczna..." tę można by spokojnie nazwać czekoladą maślaną. Może nie była okropnie przesłodzona, ale jej słodycz trafiła na maślaność i... tyle. Zero wykwintnej gorzkości, głębi. Trochę jak jeszcze gorsza, tańsza wersja Lindta Mild 70 %.
Po dwóch kostkach odpadłam, resztę oddając ojcu. A i nie było miło jeść w niepewności, czy nie ma w niej więcej niebieskich niespodzianek.


ocena: 4/10
kupiłam: Kaufland
cena: 3,49 zł
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii, pasta z orzechów arachidowych

poniedziałek, 22 marca 2021

Luximo Premium 72 % Ekwador Czekolada gorzka / ciemna z kawałkami karmelu i solą morską

Nie lubię Millano-Barona, aczkolwiek parę ich czekolad produkowanych dla Biedronki pozytywnie mnie zaskoczyło. Gdy jakiś czas po kupnie Moser Roth Dark Caramel Sea Salt dostrzegłam analogiczny smak w tymże markecie właśnie, kupiłam z przekonaniem, że na pewno tragedii nie będzie. Luximo Premium 70 % z solą morską była naprawdę dobra, więc mimo że Luximo Premium 72 % z kawałkami karmelu mi nie podeszła, myśląc o dzisiaj prezentowanej, czułam się... bezpiecznie. Wreszcie przynajmniej słuszna zawartość kakao, a nie jak w podlinkowanej już MR.

Luximo Premium 72 % Ekwador Czekolada gorzka z kawałkami karmelu i solą morską to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Ekwadoru z solonymi karmelem, produkowana przez Baron-Millano dla Biedronki.  Występuje jako 126-gramowa czekolada podzielona na 6 mini-tabliczek.

Rozchylając papierek poczułam słodkie, delikatne kwiaty i gorzki zapach spalenizny, jak również gorzkich orzechów... laskowych? Odnotowałam też tanie karmelki... nie do końca czysto karmelowe, ale chyba z sugestią soli. Potem pomyślałam także o kawie i węglu. Po przełamaniu umocniły się karmelki, do których dołączyło przypalone masło i karmelowo-cukierkowa sztuczność. Sól wszystko to podkreślała, przekładając się na lekką rześkość. Wszystko to miało niestety dość tani wydźwięk bez polotu.

Twarda, ale sprawiająca wrażenie dość tłustej tabliczka elegancko, głośno trzaskała przy łamaniu. Ujawniała przekrój z dużą ilością lśniących kawałków karmelu koloru ecru ("brudnobiałych").
W ustach rozpływała się powoli. Początkowo trochę stawiała opór, ale w końcu miękła na gęsty krem. Trochę oblepiała podniebienie i usta, kojarząc się z miękkawą, ciepłą plasteliną. W kremie tym bliżej końca odnotowałam pyłkowość; pewnie trzeszczałaby, gdybym czekoladę gryzła.
Dość szybko zaczęły wyłaniać się większe i mniejsze kawałki karmelu. Nie wydawało się, że tabliczka to zlepek-ulepek, ale na ich brak narzekać nie można. Rozpływały się w miarę spójnie z resztą, a chrupnięte szybciej nie sprawiały większego kłopotu.
Karmel bowiem był szkliście chrupiąco-trzeszczący, mimo że się rozpuszczał. Zostawał do końca i wtedy dał się poznać jako wręcz skrzypiący, chrupiący, ale już dość miękkawy i trochę na krótko przylepiający się do zębów. W sumie nie irytował.
Soli było niewiele, musiała być bardzo drobna i rozpuszczająca się wraz z otoczeniem, ALE... W 3 na 5 tabliczek soli prawie nie było, a jak już to w ilości i formie zupełnie do przeoczenia w większości. Trafiłam tylko (aż?) na 5-6 kryształków i płatków wielkości karmelu skumulowanych w dwóch mini tabliczkach (i to ze 4 w jednej, 1 w drugiej...). Rosyjska ruletka? Bez komentarza.

W smaku przywitała mnie delikatna słodycz o wydźwięku kwiatów i cukru pudru oraz gorzkość spalenizny i palonej kawy. Zdarzało się (nawet bardzo często), że za nimi zarysowała się lekka słonawość lub karmelkowość, gdy odgryzając kawałek akurat trafiłam zębem na karmel.

Najprędzej i najkonsekwentniej rozchodziła się łagodna i przystępna gorzkość. Połączyła w sobie nieco spaloną nutę z węglem i odległymi, zgorzkniałymi orzechami. Wydała mi się w tym nieco kakaowo niegłęboka, ale w sumie nie w negatywnym sensie. Pomyślałam o przypalonym cieście kawowo-czekoladowym, może pierniku, zrobionym niestety ze sporą ilością masła. Dodano do niego trochę kawy i kawą prawdopodobnie się przy nim raczono. Nie wykluczyłabym, że to kawa z mlekiem, bo i jego posmak wyłapałam.

Po pewnym czasie, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, gdy spod czekolady wyłaniały się kawałki karmelu, rosła słodycz, Masło, trochę palone i dość natrętne, nabrało znaczenia, wychodząc na przód. Trzymała się go lekka mleczność i sztucznie cukierkowa nuta niby karmelu. Do głowy przyszły mi głównie cukrowo-sztucznawe, maślano-tanie karmelki. Ich słodki, coraz bardziej maślano-mleczny smak rósł. Wyszedł jakoś mało wyraziście, słodko-słodko, i nijako. Odrobinka soli, pojawiającej się przy nim bardzo rzadko, epizodycznie, podkreśliła w nim... niekarmelowość.
Gdy jednak raz czy dwa trafiło mi się nieco więcej soli (na całe opakowanie przypadły dwie mini tabliczki, w których były duże kryształki), zwróciła uwagę na drobną cierpkość czekolady.

Zza dodatku wychyliła się jakby mleczna nutka. Słodycz rosła, i choć nie była bardzo za silna, wyszła natrętnie. Wyraźnie czuć wanilię, ale też przytłaczający, kwiatowo-pudrowy i cukrowy motyw. Jakby i mleczne karmelki, i ciasto oprószyć zamiecią cukru pudru. To zaś zasugerowało pewną mleczność samej bazy.

Bliżej końca ciasto kakaowe podjęło walkę z cukierkami, ale bez efektu. Ciasto (piernik?) na pewno posypano cukrem pudrem, bo bliżej końca słodycz zrobiła się zwyklejsza, nudna, lecz wciąż nie zacukrzająca. Gdy czekolada już zniknęła, zostałam ze słodkim, mało karmelowym karmelem. Wzrosła jego cukierkowość, wydał mi się nijako-mlecznawy. Gdy przyspieszałam językiem jego rozpuszczanie się, trochę podgryzłam, wydał mi się jeszcze bardziej mleczny. Czyżbym wyłapała namiastkę słonawości? Tak mało, że nabrałabym się, iż to tylko iluzja, acz raz i drugi autentycznie poczułam szczyptę soli (podkreślającą maślaność i mleczność, nie karmel).

W posmaku oprócz po prostu słodkiego i cukierkowych, mleczno-maślanych karmelków został posmak delikatnej, palono-rozpuszczalnej kawy oraz leciutka cierpkość.

Czekolada wyszła dość budżetowo, bez polotu, ale sama w sobie raczej zadowalająco. Mimo maślaności w smaku, nie była bardzo tłusta. Sama w sobie przesłodzona nie była tak bardzo, to karmel ją przesłodził. Na szczęście jednak ilościowo nie było go tyle, by miał odciągać uwagę od bazy. Paloność... zostawała w sferze przyjemnej, poprzypalano-węgielnej, jeszcze nie czystej, okropnej spalenizny. Karmel mi jednak nie odpowiadał. Czysty cukier zabarwiony cukierkowością oraz mlekiem i masłem? Sól też okazała się problematyczna. Dodali ją okropnie: jakby kilka gigantycznych kawałów miało załatwić sprawę, a przez większość czasu miałam wrażenie, że o soli zapomnieli, ale... do takiego "karmelu" nie pasowałaby. Powinni lepiej ją wmieszać, drobniejszą. Coś tu nie zagrało, ale ogółem źle nie było.
Okropny był strach, że skoro zjadłam prawie całą mini tabliczkę i nie trafiłam na sól, to w końcu zamiast karmelu, chrupnę jej kulę... I to się powtarzało. Dwie były jakby bez soli, jedna ogólnie wyszła bardzo wypełniona... w tym solą. Beznadziejnie rozlokowali dodatki.
Jadłam sobie jadłam od biedy, ale gdy w przedostatniej tabliczce trafiłam na gigantyczną bryłę soli równą całej grubości tabliczki... straciłam apetyt.
Karmel z tej czekolady był jeszcze mniej karmelowo-palony (nawet po kolorze to widać) niż w Luximo Premium 72 % Ekwador Czekolada gorzka z kawałkami karmelu ciemna z Ekwadoru, a bardziej mleczno-maślany, przez co cała tabliczka wydawała się jeszcze mniej kawowo gorzka.
Zdecydowanie jednak wyszła o wiele lepiej niż Moser Roth Dark Caramel Sea Salt - Luximo miała ambitniejszy smak samej bazy, karmel dodano w odpowiedniej ilości i całość reprezentuje wyższą jakość. Spokojnie mogłaby mieć 7, gdyby nie problem soli.


ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 4,99 zł (za 125g)
kaloryczność: 529 kcal / 100 g; 1 mini tabliczka (21g) - 111kcal
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kawałki karmelu 15% (cukier, syrop glukozowy, tłuszcz mleczny, sól, naturalny aromat, lecytyna sojowa), sól 0,5%, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii

sobota, 31 października 2020

(Biedronka) Praliny Halloween Sweets: orzechowe, truskawkowe

Tego posta miało nie być, ale powstał z irytacji.
W tym roku mnie i Mamie bardzo brakowało nam halloweenowej otoczki praktycznie wszędzie i pustki wśród halloweenowego badziewia w sklepach. Chciałyśmy tak... chociaż trochę. Mama w akcie desperacji kupiła jakąś drobnicę na wagę w Biedrze, trochę trując mi głowę, że mogłybyśmy sobie "takie średniaki" przypomnieć, że pewnie jak "te czekoladowe jajeczka sprzed lat, co to człowiek czuł, że kiepskie, ale i tak jadł" (mowa prawdopodobnie o tych od Millano)... etc. Dałam się Mamie namówić na wspólną degustację i przy okazji sprawdzenie, co też sklepy oferują najmłodszym ze względu na fajne okazje. Albo raczej jak wszechobecny jest obrzydliwy wyzysk i polowanie na okazję, by ludowi opchnąć coś niskiej jakości - przysłowiowe g* w ładnym papierku.


(Millano-Baron) Praliny Halloween Sweets to mieszanka mlecznych czekoladek-kulek wyprodukowana dla Biedronki na Hallowen  przez Millano-Baron. Zawiera warianty: orzechowy i truskawkowy. Sztuka waży ok. 10g.

Z naszych obserwacji wyszło, że mimo iż papierki mają różne wzory, kryją dwa smaki. Zarówno u mnie, jak i u Mamy to:
-duch, czarownica: orzechowe z chrupkami
-pająk, dynia, oko: mlecznoczekoladowe z truskawkowym sosem

Wszystkie kulki łączyła wysoka tłustość, wręcz lepkość i miękkawość. Mimo to, w dłoniach się nie rozpuszczały. To typowe ulepki, które łatwo "otworzyć na pół".

Nadziano je byle jak, wystąpiły luki wolnej przestrzeni. Nie podobało mi się rozlokowanie poszczególnych części (tak, można powiedzieć: warstw). Otóż na środku (w miejscu "styku", tam gdzie linia, po której można podważyć je nożem) był krem, a chrupacz lub sos w obu połówkach "na górze", czyli bezpośrednio pod czekoladą.

Warstwa czekolady była średniej grubości. To miękko-plastikowa, naaromatyzowana i zacukrzona czekolada smakująca jak zaskakująco wysoce mleczne, ale jednak jedynie wyroby czekoladopodobne, a nie czekolada. Zajeżdżała waniliną i taniością, przy czym doszukałam się... dziwnej nuty aromatu (jakby owocowego? którego na logikę nie powinno tam być, a który czuję niemal we wszystkich nadziewanych czekoladach Millano-Baron - czyżby to jego pralinki?).

Orzechowe to w istocie "praliny z czekolady mlecznej o zawartości 30 % kakao z nadzieniem (55%) o smaku kakaowo-nugatowym z chrupkami".

podważona
Już wąchając byłam w stanie powiedzieć, że skrywają orzechowy, czekoladopodobny i margarynowy krem, jak również pszenno-chrupkowy dodatek.
Te były nieco konkretniejsze: krem zwarty, a spore, suche chrupki lekkie i chrupiąco-świeże. Tworzyły całą warstwę pod czekoladą, tylko pojedyncze były wtopione bezpośrednio w krem.
Nie podobało mi się takie rozwiązanie, jak i to, że po prostu przesadzili z ilością tych tworów o ostrych krawędziach, odstających od reszty.
Krem odznaczał się bowiem wysoką, miękką tłustością i przypominał połączenie margaryny z ciepłą plasteliną. Był straszliwie proszkowo-ziarnisty od cukru.
Rozpływało się to, zalepiało i maziało, a chrupki kaleczyły podniebienie. Gryzione wprawdzie chrupały, ale... właściwie nie wiadomo, kiedy się za to brać. Obok tej miękkiej masy - niefajnie, zostawić na koniec - boli. Niezgrane i odpychające.

przekrojona
W smaku nadzienie uderzało głównie cukrem i jeszcze większą ilością cukru, by następnie smagnąć chemicznym i wręcz metalicznym orzechem laskowym. W tym czasie po ustach rozszedł się margarynowo-tłuszczowy smak, przedstawiający plastikową czekoladę i plastikowy nugat. 
Pszenne chrupki smakowały niczym, więc tylko tak trochę osłabiły cukrowość i sztucznego orzecha.
Potworność - aż doszłam do wniosku, że sama czekolada z wierzchu jeszcze nie była taka najpodlejsza.

Truskawkowe to w istocie "praliny z mlecznej czekolady o zawartości 30 % kakao z nadzieniem (25%) o smaku czekoladowym i nadzieniem (20%) truskawkowym".

przekrojona
podważona
Zapach napastował agresywną, kwaskawą chemiczną truskawką. Był jednocześnie lekko soczyście-dżemikowy, a w tle czekoladopodobny.

Kulki wydały mi się delikatniejsze, bo oprócz jasnobrązowego kremu znajdował się w nich ciągnący i niemożliwie klejący sos / rzadki żel. Dodano go średnio dużo, raczej przy czekoladzie, ale i w w środek się zapuszczał. A ten był lepkim i straszliwie miękkim, maziasto-rzadkawym kremem. Wydał mi się raczej gładki, acz językiem namacałam też grudki (nierozpuszczony cukier? scukrzony żel?).

W smaku krem wydał mi się straszliwie cukrowy, ale i pozujący na mlecznoczekoladowy... z tym, że oparty na margarynie (i cukrze). Wyszedł więc tanio i słodko-nijako. To figurka czekoladopodobna przerobiona na krem typu Nutella.

Ogromną część uwagi skupiał na sobie straszliwie sztuczny, wręcz gryzący sos. To truskawa z laboratorium, która uderzała wysoką cukrowo-palącą słodyczą i kwasem... cytrynowym? Była podrasowana także w tym kontekście. Czułam w tym nasiloną owocową cukierkowość z aromatu (podkreślającą tą zawartą w czekoladzie). W całej swej straszliwej sztuczności, pobrzmiewała "truskawkowym dżemikiem" i kojarzyła się z żelem z Wedla Mleczna Truskawkowa.
Całościowo w cukrowości trudno doszukać się konkretnych smaków, ale "chemiczny żel" dręczył jęzor bezsprzecznie.

--------------
Pralinki uważam za po prostu nędzne. W pewnym momencie nawet autentycznie miałam na nie ochotę nastawiając, że albo to coś jak baronowe jajeczka z twardawymi kremami i drobnymi chrupkami, albo zwykłe kulki z tanim kremem (jak np. armatnie). Takie, dla "halloweenowego funu" mogłabym zjeść np. po jednej, by tam się z Mamą pośmiać i ponarzekać i nawet nie wiem, czy bym recenzję napisała, ale te były tak złe... że po prostu nie mogłam się powstrzymać. Obstawiałam, że może spróbuję, pokręcę nosem i tyle, bo nie lubię czekoladek-kulek, tego typu produkty mnie nie interesują, szkoda mi na nie czasu i zachodu, a nawet kubków smakowych. Wiedziałam, że mi nie posmakują, więc nie zamierzałam pisać recenzji.
Recenzja jednak powstała, bo mało że niesmaczne. One były po prostu niezjadliwe, także według Mamy. To jedne z gorszych słodyczy, na jakie w życiu trafiłam i... to nawet siląc się na obiektywizm. Jakość podziemia - aż jesteśmy z Mamą w szoku. Ona najpierw próbowała "jeść na części" (jak ja) i uznała, że: "jakby z cukru zrobione, ale widać, że jakiś zamysł był. To znaczy w tej orzechowej to rzeczywiście pod tym cukrem i metalicznością tego orzecha czuć, w tym drugim sosik ciekawy... No takie trochę inne, tylko tak słodkie, że chyba jeszcze nigdy czegoś tak cukrowego nie jadłam." Potem jednak po jednej zjadła w całości (licząc, że tak "nie skupiając się" będzie lepiej) i... "Jednak miałaś rację. Tak parszywe, tak cukrowe i sztuczne, że okropny niesmak w ustach jest, zanim to jeszcze zniknie. Taki metal, laboratorium całe".
Bardzo subiektywnie z tych dwóch smaków orzechowy wydał nam się mniej podły, acz Mama dodała, że "truskawkowy chyba rzadziej spotykany w takiej formie". Niestety akurat "w tym cukry" częściowo zasłoniło (brawo ja - miszcz fotografii), ale to chyba 55 gramów... Przerażające.
W ciemno obstawiłam, że to Millano (nie lubię tej marki i wydaje mi się, że umiem ją rozpoznać), ale w przeciągu paru dni wybrałam się do Biedronki na małe dochodzenie i odszukałam pudło (zamieszczam informacje z niego także jako zdjęcie jako dowód). Wcześniej jeszcze napisałam do Biedronki, ale długo czekałam - stąd wyprawa. Tak, producent to Millano.

Dobrze, że wzięłam się za nie przed 31 października, bo tymi straszydłami zepsułabym sobie fajny dzień - halloweenową pełnię (wiecie, że dziś jest pełnia księżyca?). Smutno mi jednak, to irytujące, że producenci tak bazują na "okazjach" by sprzedać coś, co tylko wygląda (wg mnie nawet nie atrakcyjnie, a tylko tematycznie), nie smakuje.

ocena: 1/10
kupiłam: Biedronka
cena: 1,99 zł za 100 g (Mama kupiła ok. 105g)
kaloryczność: 518 kcal / 100 g
czy kupię znów: haha

Skład: cukier, tłuszcze roślinne w zmiennych proporcjach (palmowy, shea), nadzienie truskawkowe (cukier, syrop glukozowy, przecier truskawkowy 14%, substancja utrzymująca wilgoć: sorbitole; regulator kwasowości: kwas cytrynowy; naturalny aromat, koncentrat soku z czarnej marchwi, substancja zagęszczająca: pektyny), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, serwatka w proszku, mleko w proszku odtłuszczone, mleko w proszku pełne, chrupki 2,5% (mąka ryżowa, mąka pszenna, cukier, koncentrat soku jęczmiennego, sól), kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz mleczny, orzechy laskowe 0,7%, emulgatory: lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu; ekstrakt z wanilii; naturalny aromat orzecha laskowego, naturalny aromat