Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manoa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manoa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 lipca 2023

Manoa Chocolate O'ahu Island Waimanalo Hawaii Dark Chocolate 70 % ciemna z Hawajów

Do marki Manoa nie potrafiłam wykrzesać w sobie jakiś szczególnie pozytywnych uczuć, nawet nie wiem, dlaczego.
Ta tabliczka skusiła mnie jednak, bo to edycja limitowana, niedostępna w Polsce. Okazuje się, iż wyjątkowa także dla samych właścicieli marki, bo to ich pierwsza czekolada, do której już ziarna wyhodowali sami. Waimanalo to małe miasto położone po wietrznej stronie wyspy O’ahu. Jest w nim plantacja kakao o wielkości akra, która jest domem dla około 130 kakaowców. Wszystko to jedynie 15 minut od fabryki Manoa. Przez jakieś 7 lat do 2021 ponoć zbiory były za małe, by coś z nich produkować, ale w końcu kakaowce urosły, jak trzeba i się udało.

Manoa Chocolate O'ahu Island Waimanalo Hawaii Dark Chocolate 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Hawajów, z wyspy O'ahu, z okolic miasta Waimanalo; edycja limitowana.

Po otwarciu uderzyła woń cytryny i limonki z podążającym za nimi dosłownie "kwaśnym zielonym jabłuszkiem". Mimo kwaśności więc miało to wręcz uroczy charakter. Słodycz i tak była wysoka, wyraźnie miodowa i zmieszana z nutą wina... różanego wina? Wyłapałam akcent wiśni także w wino wkomponowanych, a do głowy przyszły mi też myśli o czymś skwaśniałym, gnilnym. Może właśnie w odniesieniu do wina, a może też... nabiału? W dużej mierze mieszało się to z ziemią i nibsami kakaowymi, które chwilami wychodziły na pierwszy plan jako soczyste i jednocześnie mocno palone. Stworzyły pomost do goryczki oraz kwitnących drzew (pomyślałam konkretnie o lipie) i odrobiny orzechów.

Twarda tabliczka przy łamaniu wydała mi się bardzo gęsta i nieco krucha. Trzaskała średnio głośno w nieco kremowo-polewowym stylu, sugerując, że szybko i gęsto zmięknie. 
W ustach rozpływała się średnio szybko. Miękła już po chwili, stając się plastycznym, wyginającym się kawałkiem aksamitnego i zbitego kremu. Grudką, z której z czasem płynie lekka soczystość. Mimo to, bliżej końca wydawała się trochę pyliście sucha.

W smaku najpierw uderzył słodki, kwiatowy miód. Tuż za nim pojawiły się podobnie niemal miodowo słodkie suszone figi koloru złocistego.

Mimo że figi były bardzo słodkie, wplotły lekki kwasek jakby takich... skwaśniało-podgniłych owoców. Niedosuszonych czy coś... Wprowadziły więcej wyraźnie kwaśnych z zasady owoców, a więc cytrynę ściganą przez limonkę.

Słodycz jednak nie odpuszczała i rosła. Obok miodu bardzo istotne stały się kwiaty, a sam miód przedstawił mi się jako miodowy biszkopt. Sprawił, że słodycz nie miała tak uderzającego charakteru. W dodatku mógł kryć kawałki kruszonego ziarna kakaowego. Mimo to, słodycz wydała mi się aż drapiąca.
Znowu pomyślałam o kwitnących drzewach, tym razem konkretnie o lipie. Drapanie słodyczy zmieszało się jakby z... drapiącą goryczką? Pojawiać się zaczęło coraz więcej i więcej drzew.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do zielonej limonki podkradło się zielone, kwaśne jabłko. W sumie dosłownie "zielone jabłuszko" o nieco uroczym wydźwięku. Przy cytrusowo-kwaśnym wątku też znalazła się słodycz.

Drzewa zawarły w sobie goryczkę, podkreśloną goryczką czy raczej cierpkością jakby przypraw... ziół? Na moment zrobiło się trochę ziołowo, wyobraziłam sobie napar z lipy. Do drzew dołączyły orzechy włoskie. Ich nuta chwilami wiązała się z nutką przypalenia.

Z drzewno-orzechowego splotu wyskoczyły palone nibsy kakaowe. Ziarna kakao widziały mi się jednak... jakby polane, pokryte miodem? Na moment wraz z przypaloną nutką przytoczyły miodowy biszkopt nimi wypełniony. Nasączony miodem i soczystością na pewno. Orzechy też może w miodzie były? Czyżby to jakiś jogurt z orzechami i miodem? Miodowa słodycz otarła się o drapiącą przesadę. Zaraz jednak uwagę od tego wszystkiego odwróciła ziemia. Uderzyła nagle, wybijając się ponad wszystko.

Ziemia zmieszała się z gnilną nutą, która pojawiła się jako nieśmiała, a robiła się coraz wyrazistsza. Była to gnilno-skwaśniała, bardzo soczysta nuta. Przechodzić zaczęła w różane wino. Duet miodu i kwiatów stał przy nim, sprawiając, że słodycz nie dość, że mocno wzrosła, to zrobiła się ciężka. Róże trzymały się wina i zaraz w nim zatonęły. Wino zasugerowało trochę czerwonych owoców, w tym na pewno wiśni.

Kwaśno-winne wiśnie przywołały cytrusy, które na pewien czas gdzieś się nieco oddaliły. Chyba wyłapałam jeszcze czerwone porzeczki jako jakiś przetwór czy też wino.

Pod koniec ziemistość i kwiatowo-miodowa słodycz zamknęły to wszystko jakby w kakaowym ziarnie, nibsach.

Posmak kojarzył mi się ze skwaśniałym nabiałem, prawie zupełnie zalanym soczystymi cytrynami i limonką, z odlegle pobrzmiewającym winem. Zrobiło się też łagodniej w maślanym kontekście, za czym optowała też odrobinka orzechów. Na pewno czułam wysoką słodycz, bliżej jednak nieokreśloną, może trochę palono-miodową, drapiącą w gardle.

Całość wyszła w sumie smacznie, ale jak dla mnie za słodko, drapiąco kwiatowo-miodowo. Gorzkość była przyjemna, mimo że nie taka mocna. Jej nuty ziemi, drzew orzechów i nibsów świetnie zgrały się z limonką, cytryną i jabłkami. Do tego kwitnąca lipa czy różane wino uważam za nuty niezwykle ciekawe, niespotykane. Skwaśniałe i gnilne akcenty też wydały mi się intrygujące. Czekolada była  trochę dziwna (w pozytywnym sensie) i wciągająca (mimo drobnych wad).
Dzięki tej czekoladzie na markę spojrzałam o wiele przychylniejszym okiem!

Cytryna, mnóstwo kwiatów, wiśnie i alkohol przypomniały mi Manoę O'ahu Island Ko'olaupoko, która jednak była o wiele bardziej maślana, sporo w niej wypieków, np. rogalików. Dzisiaj prezentowana wyszła bardziej soczyście-świeżo, a jej paloność ograniczyła się do biszkoptu i nibsów. Drewno, motyw czegoś czymś nasączonego też wspólne. Dzisiaj opisywana zaserwowała mi soczyste wino, w momencie gdy podlinkowana była bardziej alkoholowa, w dodatku w ciężki sposób. O wiele bardziej przemówiła do mnie ta owocowa soczystość niż ciężkie maślane wypieki i mnóstwo alkoholi Manoa 70 % O'ahu Island Ko'olaupoko.


ocena: 9/10
cena: € 12,70 (za 60g; dostałam rabat)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 9 maja 2023

Manoa Chocolate O'ahu Island Ko'olaupoko Hawaii Dark Chocolate 70 % ciemna z Hawajów

Nie przepadam za marką Manoa, jednak gdy przeglądałam, co ciekawego mogę zamówić z The High Five Company, trafiłam na ich edycje limitowane i uznałam, że może jednak warto dać jeszcze szansę. 
Manoa dokładnie opisała i region, i hodowcę kakao, jakie użyto do produkcji tej czekolady, jednak mnie poszczególne miejsca na Hawajach wydają się abstrakcją i suma summarum niewiele mi to mówi. Wywnioskowałam tylko, że to porządnie uprawiane kakao dla nielicznych (mam nadzieję, że szczęśliwców). Ko’olaupoko to ponoć bardzo wietrzny region na wyspie O’ahu rozciągający się od Waimanalo do Kualoa. Właśnie tam jest ziemia o nazwie Mapele Fields, należąca do Bena Fielda, zrzeszającego lokalnych farmerów, zajmujących się kakao (nie tylko, bo także bananami i tajemniczym taro). To małe uprawy ludzi, którzy kochają swój region i naturę. Ben Field sam, ze swoją żoną i pracownikami, fermentuje i suszy ziarna na swojej farmie w Kahalu'u.

Manoa Chocolate O'ahu Island Ko'olaupoko Hawaii Dark Chocolate 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Hawajów, z wyspy O'ahu, regionu Ko’olaupoko, z plantacji Māpele Fields; edycja limitowana.

Po otwarciu uderzył zapach słodkich wiśni w likierze. Ich lekki kwasek zadbał o soczystość, którą kontynuował słodki nektar, miód... Bardzo mocno kwiatowy. Tak soczysty, że niemal owocowy, ale oprócz wiśni owoców w zasadzie nie było. Do słodyczy dołożyła się za to whisky - jakbym się pochyliła nad szklanką z nią! I jakbym właśnie jako nutę whisky czuła karmel. Wydźwięk był mocno alkoholowy, a jednocześnie słodki - na poważnie. Za whisky przewijało się też drewno, opalane beczki i niejednoznaczne orzechy. Może też coś pieczonego, "ciastkowego", ale w neutralnie-wytrawnym stylu?

Tabliczka była twardo-krucha, przy łamaniu trzaskająca średnio głośno. Miała w sobie coś trochę z polewy.
W ustach szybko zmieniała się w znacząco tłusty krem. Rozpływała się w tempie umiarkowanym, aksamitnie. Epizodycznie roztaczała soczystość. Była gładka i plastyczna. Wydała mi się... nie tyle lekka czy rzadka, co dziwnie niegęsta. Sprawiała wrażenie delikatnej, nieśmiało pokrywając podniebienie smugami, a pod koniec sugerując lekką pylistość czy jedynie wysuszenie.

W smaku najpierw zawisła sugestia maślaności, po czym pojawiły się rogaliki czy - jak kto woli - croissanty. Pomyślałam o cieście francuskim... Tu niby na słodko, ale z pewną wytrawnością.
Odnotowałam echo kwasku, więc mogły mieć owocowe nadzienie. Wiśniowe, podkręcone cytryną? Zaraz to się jednak rozmyło.

Maślaność ustanowiła niemal neutralną bazę, dopuszczając jedynie delikatną gorzkość.

Słodycz rosła powoli, jednak zaraz uderzyła whisky. Zupełnie, jakby czekolada była nią nasączona, naaromatyzowana - po prostu z dodatkiem. Intensywny i bardzo, bardzo słodki alkohol miał karmelowy, trochę waniliowy charakter. Whisky dominowała.

Pojawiła się lekka soczystość. Wyobraziłam sobie niemal gnilne, miękkie wiśnie. Po chwili wyparła je jednak wizja wiśni w likierze. Alkoholowość wciąż stała na wysokim poziomie, słodycz rosła za jej sprawą. Czekoladki typu wiśnie w likierze na moment wysunęły się na pierwszy plan, po czym whisky je z niego przegoniła. Wiśnie posłusznie oddaliły się na tyły, utrzymując soczystość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się trochę łagodniej, kwiatowo. Rozszedł się motyw lekko goryczkowatych, świeżych acz opadłych płatków. Mieszały się ze znacznie słodszymi kwiatami, które od razu kierują myśli ku nektarowi, jaki dają oraz ku miodzie. Miodzie oczywiście bardzo kwiatowym. Alkoholowy klimat zasugerował miód pitny, półtorak i takie rzeczy.

Do łagodności dołożyła się pieczono-maślana nuta. Wróciło ciasto francuskie, ale... jeszcze bardziej rozmyte. Pomyślałam po prostu o maśle i o czymś pieczonym, a wytrawniejszym, jakby ciastko-krakersach.

Soczystość z tła i wciąż znacząca whisky wypuściły z siebie trochę słodko-kwaskawych rodzynek. Koniecznie nasączonych alkoholem. Ten wciąż miał karmelowy charakter, ale gdy tylko owoce, a więc wiśnie i rodzynki znów odważniej się wyłoniły, pomyślałam o rumie. Rozgrzewał język i gardło.

Rumie prosto z drewnianych, opalanych beczek. Na łagodności zarysowały trochę gorzkości. Oprócz drewna poczułam sporo orzechów, nieokreślonych jednak. Lekko pieczonych, raczej maślanych. Do tego czułam jakby truflowo-maślaną nutę. Snuły się jakieś czekoladki alkoholowe, ale przez pewien czas nie mogły się zdeklarować. Na pewno lekko cierpko kakaowe. Takie z nutką dymu?

Nagle ułożyło się to w mocno, właśnie aż z nutami dymu, pieczony piernik czekoladowy nasączony rumem aż nieco do przesady (oczami wyobraźni patrzyłam na ciasto jak z etykietki wosku Holiday Rum Cake). Był ciepło-korzenny, maślano-truflowy. Ukrył w sobie rodzynki.

Pod koniec kwiaty wydały mi się lekko cytrusowe (?), ale i tak wyciszyły nieco soczystość, wypierając ją bardziej po prostu rześkością, która jednak nie osłabiła słodyczy. Ta zdążyła już porządnie nie tylko rozgrzać, ale i zadrapać w gardle. Końcówka wydała mi się aż mdława pod tą alkoholową słodyczą karmelu, wanilii i miodu. Wróciło whisky i znów zagłuszyło wszystko inne.

Posmak należał do pieczono-palonego, aż nieco dymnego wątku, który był lekko gorzki (truflowo-piernikowy?), ale też wiśni, jakby nieco podkręconych cytryną. Do tego czułam palony karmel i słodycz. Była przesadzona i kojarzyła się z miodem pitnym, whisky i rumem.

Całość zszokowała mnie, jak mocno alkoholowo wyszła (powiedziałabym, że to w ogóle coś typu Chocolate Tree 70 % Dark Whisky Nibs). Zupełnie nie spodziewałam się wiśni w likierze, whisky, rumu. Wiśnie i rodzynki miały poważny, minimalnie soczysty wydźwięk, a kwiaty wpuściły miodowość i ogrom słodyczy. Całość była właśnie bardzo, bardzo słodka - aż za - ale przynajmniej to słodycz dla dorosłych. Gdyby nie jej siła, wszystko to by bardziej mnie zachwyciło, a tak po prostu smakowało. Acz mam wątpliwości co do aż tak alkoholowego smaku. Niezbyt przemówiły do mnie też te nuty wypieków i maślaność. Czekolada dobra, na pewno niespotykana i - co za tym idzie - ciekawa, dzięki czemu słodycz była łatwiejsza do zniesienia.


ocena: 8/10
cena: € 12,70 (za 60g; dostałam rabat)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 28 stycznia 2022

Manoa Flavours of Hawaii Mai'a Banana 70 % ciemna z Hawajów z bananami

Uwielbiam banany i o ile kiedyś marzyło mi się sporo słodyczy / czekolad bananowych, o tyle teraz zrobiłam się ostrożna i zniechęciłam. Parę uświadomiło mi, że banany w czymś nie wychodzą tak autentycznie i smakowicie, jak bym chciała. A gdy dodać do tego nielubienie twardych (o potencjalnie ostrych krawędziach) dodatków-chrupaczy, uważam z kupowaniem czekolad z bananem. W końcu trafiłam jednak na Raaka 66% Bananas Foster, a więc ciemną ze sproszkowanym, wtopionym / zmielonym na gładko bananem i przepadłam! Zakochałam się. Zamawiając z Sekretów, tabliczki marki Manoa pomijałam, bo dwie jedzone niezbyt mi podeszły, więc najpierw ominęłam i bananową. Gdy jednak zorientowałam się, że banan na pewno sproszkowali, uznałam, że jednak dam szansę. Może banany wyratowały (potencjalnie) średnią czekoladę? I śmiesznie się złożyło, bo zaplanowałam ją sobie w okolicach Carrefour BIO Saveur Orange, a więc też "z owocem", który w kawałkach przeważnie wychodzi źle (powiedzmy, że z owocem - Carrefour jest z ekstraktem). Śmieszny zbieg okoliczności.
Ciekawostką związaną z tą tabliczką jest, że na Hawaje banany przybyły dzięki polinezyjskim osadnikom. Kolejną, że grafikę z kartonika stworzył lokalny hawajski artysta Shar Tuiasoa ze studia Punky Aloha, którzy zajęli się opakowaniami całej linii Flavors of Hawaii tej marki (swoją drogą, opakowanie bananowej uważam za najbrzydsze). Wchodzą w nią czekolady z dodatkami mające zapewnić jak najlepsze poznanie smaków tych wysp.

Manoa Flavours of Hawaii Mai'a Banana 70 % Dark Chocolate ciemna o zawartości 70% z Hawajów, z okolic miasta Kailua (hrabstwo Honolulu) z wyspy Oʻahu, z bananem.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach świeżych, surowych bananów i czarnej kawy, wilgotnej, czarnej ziemi... lub raczej nibsy kakaowe o mocno ziemistym charakterze. Te zadbały o charakterne podłoże m.in. z gorzkawych ziaren kawy i... wina? Jakby tak ono nasączało ziemię i dodawało soczystej, lekko kwaskawo wiśniowej nuty. Banany były słodkie, soczyste i mieszające się z... pewną roślinnoścą? Wyobraziłam sobie kiście bananów i drzewa... bananowce, ale nie tylko. Czyżby ogrzewało je słońce? Zaprosiło cieplejszy, i znacznie słodszy motyw bananów "na ciepło"? Pudrowych? Odnotowałam też jakby nieoczywiste sploty "warianty czegoś": kawa-kardamon, cynamon-wanilia. A to "coś" - to jakieś puddingi, desery, ewentualnie płatki (np. owsiane)? "Roślinne cosie".
Aromat wydał mi się dwupłaszczyznowy: świeżo-surowy i charakterny (ten przewodził), a jednocześnie ciepły i utulający, słodki.

Łamana czekolada wydawała głośne trzaski. Była twarda, konkretna i jakby nieco krusząca się. Na to zwracał uwagę piaszczysty przekrój.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i gęsto. Od początku szczyciła się niemal idealną gładkością. Prędko miękła i zalepiała, przybierając formę dość tłustawego, aksamitnego... kleistego kremo-puddingu? Z elementami śmietankowo-bananowego smoothie o niecodziennej gęstości, ale jednak właśnie wprowadzającego soczystość? To było trochę jak ugotowana gęstwina, a rozrzedzona sokiem czy czymś.

W smaku jako pierwsze wystrzeliły soczyste, surowe banany niosąc ogrom rześkości. W tę wpisały się też delikatne, orzeźwiająco słodkie lychee i melony galia, które wtórowały bananom. Ogrom egzotyki szybko zaczął rozkręcać i umacniać słodycz.

Nie było jednak tak łatwo, bo tuż-tuż za słodyczą pędziła czarna kawa i palone ziarna kawy niosące gorzkość, goryczkę. Wydawały się aż z nią zrównywać, by wówczas... odświeżyć się? Jak świeże ziarna kawy i kakao?

W dodatku po paru chwilach odnotowałam w tej słodycz również rosnący aspekt "roślinny". Najpierw pomyślałam o kiściach bananów i bananach w skórach, ale to szybko zaczęło stawać się... liśćmi i roślinami zielonymi, płatkami zbożowymi. Było to delikatne, niemal neutralne, rozbijające słodycz od środka, a jednak powiązane z nią. Słodycz wydawała mi się niby rozproszona, ale punktowo cały czas, konsekwentnie rosnąc. Może zbierała siły?

Dość prędko na tyłach pojawił się kwasek. Też jakby płynął z bananów, zawierał w sobie słodycz, jednak... po paru chwilach wystawił do wyścigu wino i wiśnie. Słodko-miękkie, nieco podfermentowane...? Jednak nie tylko. Także zestawione z bananem jako duet banan-wiśnia (jakiegoś smoothie?). Skojarzył mi się z nektarem bananowym (z nutą wiśni?). Soczysty, słodko-kwaśny i uzupełniający się. Do głowy przyszło mi lekkie, ale wytrawne czerwone wino. 

Pomogło przebić się goryczce i cierpkości. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa "neutralność" uderzyła ziemią, To była gorzkawa siekiera, niosąca lekką ostrość i jeszcze więcej goryczki. Wydawało się, że kawa wylała się na nią i nasączyła ją. Ich gorzkości połączyły się na pierwszym planie (obok bananów). Pomyślałam o orzechach włoskich w skórkach... może nie pierwszej świeżości? Roślinność też do cierpkości się dołożyła, ale po orzechach wróciły bardziej zbożowe motywy. Pomyślałam o gryce, owsie... owsianych płatkach? Takich, które leciutko przypalono i do których dodano i orzechy włoskie, i wręcz zasłądzające banany. I do których podano kawę zrobioną na mocno palonych ziarnach. Od ziemi odwróciły uwagę konary drzew ją porastające, a w końcu same drzewa. Drzewa... na które padało słońce?

Po winie, gdy już nabrałam pewności co do tego, że to raczej jakieś o lekkim charakterze, pojawiły się słodkie, dojrzałe gruszki. Pomachały do owoców z początku, a więc bananów i innych egzotycznych. Banany wyszły niemal na przód. To było jak... bardzo, bardzo słodki bananowy nektar lub przecier. Wydawały się przy tym aż przerysowane. 

Z  czasem kompozycja ociepliła się. Rozgrzane drzewa zasugerowały trochę przypraw: wanilia, chłodząco-ciepły anyż (ze względu na rześkość?), może bardzo słodki cynamon... Kardamon? Goryczka pobrzmiewała, ale wpisywała się w coraz silniejsze ciepło i słodycz. Roślinne nuty również... "zagotowały się", serwując mi jakieś słodkie od bananów roślinne puddingi na ciepło, płatki owsiane i/lub gryczane. Roślinność... chwilowo wydała mi się aż kwiatowa, po czym...

Bliżej końca usta zalała słodycz. Wyczuwalna wyraźnie cały czas, huknęła, dominując. Banany można by przy tym odmieniać przez wszystkie przypadki. Puddingi bananowe, bananowe owsianki i smoothie (roślinne?), banany świeże surowe i zacnie dojrzałe, ale... Po nektarowych, bardzo słodkich bananach przyszła pora na tak słodkie, że aż pudrowe i jakby nierealistyczne. "Przyprawy" jeszcze umocniły ich słodki charakter. Bananowo-waniliowy splot nie odciął się od innych owoców... czułam też jakby duet banan-gruszka i... gruszkę (z bananem?) z cynamonem?
Aż trochę w gardle zadrapało.

A jednak banan nagle się zreflektował i tchnął w to wszystko bananowy kwasek (takie dziwa się zdarzają!)... A ten przywrócił duet banan-wiśnia. Wyraźny i soczysty, acz chwilowy. Znów mignął melon (galia). I... jakby tak skropić to kropelką cytryny? Orzeźwiający kwasek wydał mi się też nieco ziemisty, nibsowy. Błyskawicznie podłapało to wino i... palone ziarna kawy.

W posmaku zostały właśnie banany - znów dwupłaszczyznowo - słodkie i dojrzałe, doprawione, ale też banany aż dziwnie kwaskawe. Towarzyszyło im lekkie wino, nibsowo-kawowy motyw cierpkości i delikatna goryczka. Było bardzo słodko, ale nie muląco, a egzotycznie-owocowo. Choć niestety z drapaniem w gardle.

Całość bardzo mi smakowała, lecz wydała mi się chwilami zbyt kontrastowo słodka. Znaczy... po siekierowych nutach ten jeden dłuższy moment słodyczy niezbyt mi się podobał, ale całościowo to interesująca kompozycja. Ta jej dwupłaszczyznowość była obłędna. Charakterność i świeżo-surowe klimaty, a potem ciepło, słodycz, urok... Tylko, że ja tam bym widziała nieco lepsze przejścia czy coś.
Rewelacyjnie czuć banany, a i otoczenie przyjemnie z nimi wyszło (to, co było na pierwszym planie, dominujące zmieniało się epizodycznie jakby segmentami: słodycz/neutralność, siekierowość, słodycz, siekierowość oraz obie na raz w posmaku). Nic się nie zagłuszało. Tak jak obstawiałam jedząc, czuć sporo nut Haiti (potem, by się upewnić, wróciłam do recenzji Georgii Ramon Haiti 80%): wino-wiśnie, zboża (w GR gryka), orzechy (też włoskie!), roślinność. Tylko że... właśnie Manoa wydawała mi się bardziej roślinna i - o dziwo - ziemista. To pewnie dzięki bananom. I w sumie nawet nie była aż tak drastycznie słodsza - to pewnie dzięki całej jej rześkości, soczystości.
Nie zachwyciła mnie jednak jak Raaka, bo tamta mimo charakterności, zachowała ogólną słodycz i harmonię (owoce "inne" łączyły dodatek bananów z wiśniową nutą czekolady; w Manoa "inne" owoce też były bardzo, bardzo słodkie), co bardziej pasuje do bananów. I wcale nie wydawała się słodsza - pewnie z racji kakao surowego.
A jednak ten dualizm też mi się podobał. I połączenia banan-wiśnia (nieoczywiste, ale jakże pyszne), banan z orzechami włoskimi, "coś bananowego" (np. nigdy nie chciałabym zjeść bananowej owsianki, bo nie lubię owsianek z owocami, ale taka nuta w tabliczce wychodzi zacnie nawet wg mnie)... A do tego kawa i ziemia! Tylko ta aż karykaturalna chwilami słodziuteńkość... Wydaje mi się, że stopień palenia ją tak uwypuklił. W zasadzie... sam smak mógłby i 9 zgarnąć, jednak jak pomyślę o cenie i pewnych jej aspektach (które wynikają ze sposobu zrobienia? obstawiam, że gdyby dali cukier trzcinowy, wyszłaby lepiej), nie... 


ocena: 8/10
cena: 59 zł (za 60g; cena półkowa)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, liofilizowane banany w proszku

sobota, 6 października 2018

Manoa Hawaii Milk Chocolate 50 % mleczna z Hawajów

Hawajskie kakao wciąż było dla mnie tajemnicą - nawet po zjedzeniu Manoa Chocolate Hawaii Dark 70 %. Byłam ciekawa, co też tym nutom może dodać mleko. Już trafiłam na czekolady, których to mleczne wersje wyszły ciekawiej (chodzi o te z małą rozpiętością zawartości kakao, np. ciemna 70 % i mleczna 50-60%), ale... No, po prostu nie wiedziałam, czego się spodziewać. Czułam, że nuty pasowałyby do mlecznej, ale z drugiej strony... jeszcze odejmować kakao? Gdyby tak dać więcej kakao + mleko, a nie np. zwiększać ilość cukru (mimo że do tej użyto innego)... Niee, nie było sensu tego rozkminiać przed zjedzeniem - tym bardziej, że z racji małego rozmiaru zrobiłam to tego samego dnia.

Manoa Chocolate Hawaii Milk Chocolate 50 % to czekolada mleczna o zawartości 50 % kakao z Hawajów, z regionu Hilo.

Po otwarciu poczułam mleko o naturalnym, wiejskim i trochę maślanym wyrazie, z którym łączyła się "naturalność" napędzana nutą wyraźnie prażonych orzechów.
Zapach miał ciepły wydźwięk, w co wpisały się też owoce: czerwone, ale i ogólnie leśne: jagody, jeżyny, borówki. Były dość charakterne, cierpkawe, a nie tylko słodkie, choć i słodyczy tej woni nie brak.

Już w dotyku ciemnomiedziana tabliczka wydała mi się tłusta, co słychać było nawet przy łamaniu. Lekko trzaskała, ale jak te tłustsze. W ustach również była dość tłusta, ale nie aż tak bardzo - może nie wydawała się taka, bo zabrakło jej pewnej gęstości.

Pierwszą nutą, jaką poczułam był "smak zapachu galaretek owocowych". Taki bardzo słodki, ale i goryczkowaty smak. Było to w pewien sposób soczyste, ale i ciężkie, bardzo słodkie. Sztuczność to na pewno nie była, ale skojarzyło mi się to z nie najlepszymi czekoladkami i nutą, którą zawsze czuję w nadziewanych czekoladach Baron-Millano. To niby wątłe skojarzenie, szybko przykrywane przez jagodowe i czerwonoowocowe, (bardziej świeże) akcenty, ale i tak wstęp już mi się nie spodobał.

Od skojarzenia z czekoladkami odchodziła mleczność, szybko ustępująca ogromowi masła. Czekolada wydała mi się w przeważającej mierze maślana i słodka, jak słodko-maślany wypiek.

Jej słodycz uratowały jednak nasilające się owoce. Najpierw nie były zbyt jednoznaczne - jakieś czerwone. Po chwili jednak wyróżniłabym sok z granatu i czerwone, słodziutkie jabłka.

Mniej więcej w połowie maślaność i słodkie jabłka bezkompromisowo wszystko zdominowały. Jabłka były tak słodkie, że w pewnym momencie wydały mi się suszone... suszone albo pieczone. Pieczone? Wyłoniła się prażona nuta i już przed oczami miałam tylko jedno: szarlotka.
Przy prażeniu wyszła i bardziej gorzkawa, pikantna nutka. Pojawiły się przyprawy - pikantne, korzenne, z cynamonem na czele. Słodkie jabłka łączyły się z nimi we wspomnianą szarlotkę, którą zwieńczała maślaność nutami maślanej kruszonki. Przy niej pojawiały się także nutki prażonych orzechów.

W posmaku pozostała szarlotka właśnie, prażone nuty i ni owocowa, ni szarlotkowo-galaretkowa czekoladkowość.

Całość odebrałam jako o wiele bardziej maślaną, niż mleczną. Nie wydała mi się cukrowa do potęgi, a jednak niepozytywnie zasładzała. Owoce przez ogrom maślaności i mleko wydały mi się jakieś nienaturalne. Czerwone... były, ale poszły raczej w jabłkowym kierunku. Sama szarlotka mogłaby być niezwykle smakowitą nutą, ale mnie jednak obrzydzała jej przesadzona słodyczy i jabłka podchodzące pod suszone.

Czekolada była inna, może i interesująca, ale raz, że nie wpisała się w mój gust, a dwa... ani jakoś specjalnie mleczna, ani cudnie kakaowa, więc te "mleczna 50 %" to tak... To nie była zła czekolada, ale i za co chwalić nie ma.
Czy przypominała 70%? Taak, miała jej nuty czerwonych owoców, pikantne przyprawy, ale "zobrzydliwione" masłem i jeszcze silniejszą słodyczą.


ocena: 6/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 8,48 zł (za 20 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko

czwartek, 4 października 2018

Manoa Hawaii Dark Chocolate 70 % ciemna z Hawajów

Nie rozumiem fenomenu miejsc takich jak Hawaje. W trochę starszych filmach pokazywali je jako wymarzone miejsce na urlop, ja ciągle gdzieś słyszę o amerykańskich emerytach wypoczywających albo na Hawajach, albo Florydzie. Hawajskie kwiatki, hawajki - ależ to swego czasu było modne! Jako że Hawaje widziały mi się zawsze jako raj dla plażowiczów, u mnie takie klimaty wywoływały tylko skrzywienie twarzy. Kakao stamtąd to jednak zupełnie inna bajka. Hawaje jako region jego uprawy stały się miejscem ciekawym.
Manoa Chocolate Hawaii to manufaktura założona w 2010, zajmująca się czekoladami bean-to-bar stamtąd. Weszłam w posiadanie dwóch maleństw, z czego postanowiłam najpierw sięgnąć po ciemną, ażeby lepiej się wczuć w nuty kakao.

Manoa Chocolate Hawaii Dark Chocolate 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Hawajów, z regionu Hilo.

Po otwarciu poczułam łagodny, acz wyrazisty zapach. Nie atakował, a głaskał, miział delikatnym prażeniem, przejawiającym się jako coś migdałowo-kokosowego, oraz słodką nutą owocową. Ta nuta sama w sobie była bardzo złożona, bo w pierwszej chwili na myśl przyszły mi borówki amerykańskie, delikatne kwiatki, potem jakiś taki borówkowy / jagodowy serek, aż w końcu ewidentnie sam serek homogenizowany waniliowy. Potem jednak miałam wrażenie, że to muszą być jakieś owoce - słodkie i egzotyczne.

Przy łamaniu ciepłobrązowa tabliczka trzaskała zacnie, trochę jakby była gęstą mleczną, ale gdy odgryzałam kawałek, wydawała mi się krucha.
W ustach rozpływała się na aksamitny, tłusty (ale do zniesienia) krem. Cieszyła idealnie gładką strukturą, a na koniec pozostawiała poczucie lekkiej pylistości, cierpkości.

W pierwszej chwili wydała mi się przesłodka, słodziuteńka. Szybko jednak spoważniała, stając się karmelem podszytym daktylami i bananami.

W tle zabłysła orzeźwiająca to nutka owoców. Wyłapałam sugestię kwaskowatych czerwonych, jednak wraz z rozwojem ogólnej słodyczy, także owoce się w nią wpisały. Niewątpliwie były egzotyczne, ale i jakieś leśne (z egzotycznego lasu?). Czułam bliżej nieokreślone borówko-jagódki i tego typu drobnicę, a później wróciły czerwone.
Pojawił się słodki granat oraz bardzo słodki, orzeźwiający i mięsiście-soczysty arbuz, może też trochę wiśni?
Wszystko to jednak miało pewną lekkość jak jakieś drobne, delikatne kwiaty.

Ogólna słodycz łączyła się ze stonowanymi, naturalnymi nutami. Spośród nich najszybciej wyeksponowała się maślaność, zaraz za nią zaś kokos. Tutaj wychyliła się lekko prażona nutka. Za ich sprawą słodycz  wpisała się w serek waniliowy. Jako że i owocowa nuta nie zniknęła, w tle pobrzmiewały banany. Smak kokosa stał się bardzo wyraźny, miał taki naturalnie "orzechowawy" wydźwięk (nie smakował wiórkami).

Kokos i egzotyka (w dużej mierze arbuz?) niosły orzeźwienie, ale im bliżej końca, tym kakao wyraźniej zaznaczało swoją obecność. Gorzkawość rozsypała pikantne przyprawy. Chili, coś bardziej świeżoziołowego i najpierw piekącego w język, potem niosącego chłodek. Ten chłodek to nie tylko lukrecja / anyż (acz one na pewno), ale też i kwiatowo-owocowe akcenty. Taak, bo i ciągle słodko było, ale tak jakby "zza mgły".

W posmaku z kolei pozostała gorzkość o prażonym wydźwięku, roztaczająca leciutką suchość. Pozostawał na dość długo.

Całość wyszła smacznie, o ciekawych zapędach, ale nic poza tym. Wszelkie nuty zostały osnute słodyczą i wkomponowane w nią. Karmel, daktyle, banany, a potem przejście w serkowo-maślano-kokosowe klimaty cały czas otaczały egzotyczne owoce - niestety w zasadzie trudne do jednoznacznego nazwania. Cała lekkość mogłaby znudzić, gdyby nie charakterniejsza, pikantniejsza końcówka.
Czekolada była słodka, jedynie z nutami gorzkości i właściwie bez kwasku (a takimi sugestiami bardziej rześkości / soczystości owoców egzotycznych).
Myślę, że większa zawartość kakao mogłaby podbić moje serce.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 8,48 zł (za 20 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy