sobota, 6 października 2018

Manoa Hawaii Milk Chocolate 50 % mleczna z Hawaii

Hawajskie kakao wciąż było dla mnie tajemnicą - nawet po zjedzeniu Manoa Chocolate Hawaii Dark 70 %. Byłam ciekawa, co też tym nutom może dodać mleko. Już trafiłam na czekolady, których to mleczne wersje wyszły ciekawiej (chodzi o te z małą rozpiętością zawartości kakao, np. ciemna 70 % i mleczna 50-60%), ale... No, po prostu nie wiedziałam, czego się spodziewać. Czułam, że nuty pasowałyby do mlecznej, ale z drugiej strony... jeszcze odejmować kakao? Gdyby tak dać więcej kakao + mleko, a nie np. zwiększać ilość cukru (mimo że do tej użyto innego)... Niee, nie było sensu tego rozkminiać przed zjedzeniem - tym bardziej, że z racji małego rozmiaru zrobiłam to tego samego dnia.

Manoa Chocolate Hawaii Milk Chocolate 50 % to czekolada mleczna o zawartości 50 % kakao z Hawaii, z regionu Hilo.

Po otwarciu poczułam mleko o naturalnym, wiejskim i trochę maślanym wyrazie, z którym łączyła się "naturalność" napędzana nutą wyraźnie prażonych orzechów.
Zapach miał ciepły wydźwięk, w co wpisały się też owoce: czerwone, ale i ogólnie leśne: jagody, jeżyny, borówki. Były dość charakterne, cierpkawe, a nie tylko słodkie, choć i słodyczy tej woni nie brak.

Już w dotyku ciemnomiedziana tabliczka wydała mi się tłusta, co słychać było nawet przy łamaniu. Lekko trzaskała, ale jak te tłustsze. W ustach również była dość tłusta, ale nie aż tak bardzo - może nie wydawała się taka, bo zabrakło jej pewnej gęstości.

Pierwszą nutą, jaką poczułam był "smak zapachu galaretek owocowych". Taki bardzo słodki, ale i goryczkowaty smak. Było to w pewien sposób soczyste, ale i ciężkie, bardzo słodkie. Sztuczność to na pewno nie była, ale skojarzyło mi się to z nie najlepszymi czekoladkami i nutą, którą zawsze czuję w nadziewanych czekoladach Baron-Millano. To niby wątłe skojarzenie, szybko przykrywane przez jagodowe i czerwonoowocowe, (bardziej świeże) akcenty, ale i tak wstęp już mi się nie spodobał.

Od skojarzenia z czekoladkami odchodziła mleczność, szybko ustępująca ogromowi masła. Czekolada wydała mi się w przeważającej mierze maślana i słodka, jak słodko-maślany wypiek.

Jej słodycz uratowały jednak nasilające się owoce. Najpierw nie były zbyt jednoznaczne - jakieś czerwone. Po chwili jednak wyróżniłabym sok z granatu i czerwone, słodziutkie jabłka.

Mniej więcej w połowie maślaność i słodkie jabłka bezkompromisowo wszystko zdominowały. Jabłka były tak słodkie, że w pewnym momencie wydały mi się suszone... suszone albo pieczone. Pieczone? Wyłoniła się prażona nuta i już przed oczami miałam tylko jedno: szarlotka.
Przy prażeniu wyszła i bardziej gorzkawa, pikantna nutka. Pojawiły się przyprawy - pikantne, korzenne, z cynamonem na czele. Słodkie jabłka łączyły się z nimi we wspomnianą szarlotkę, którą zwieńczała maślaność nutami maślanej kruszonki. Przy niej pojawiały się także nutki prażonych orzechów.

W posmaku pozostała szarlotka właśnie, prażone nuty i ni owocowa, ni szarlotkowo-galaretkowa czekoladkowość.

Całość odebrałam jako o wiele bardziej maślaną, niż mleczną. Nie wydała mi się cukrowa do potęgi, a jednak niepozytywnie zasładzała. Owoce przez ogrom maślaności i mleko wydały mi się jakieś nienaturalne. Czerwone... były, ale poszły raczej w jabłkowym kierunku. Sama szarlotka mogłaby być niezwykle smakowitą nutą, ale mnie jednak obrzydzała jej przesadzona słodyczy i jabłka podchodzące pod suszone.

Czekolada była inna, może i interesująca, ale raz, że nie wpisała się w mój gust, a dwa... ani jakoś specjalnie mleczna, ani cudnie kakaowa, więc te "mleczna 50 %" to tak... To nie była zła czekolada, ale i za co chwalić nie ma.
Czy przypominała 70%? Taak, miała jej nuty czerwonych owoców, pikantne przyprawy, ale "zobrzydliwione" masłem i jeszcze silniejszą słodyczą.


ocena: 6/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 8,48 zł (za 20 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko

5 komentarzy:

  1. Nie ma jej na razie w sprzedaży, dlatego nie spróbuję. Chyba bym kupił z ciekawości, mnie ta maślaność tak nie odstrasza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak maślaność Ci nie straszna, to myślę, że na pewno odebrałbyś ją lepiej ode mnie.

      Usuń
  2. Nie pamiętam, kiedy ostatnio - a raczej czy w ogóle - trafiła Ci się mleczna czekolada o smaku szarlotki. Mnie na pewno nigdy. Przygarnęłabym, bo mleczna.

    Z tym smakiem zapachu owocowych galaretek zabawna rzecz. One nigdy nie smakują tak dobrze, jak pachną, ale każdy - lub większość - wie, jak by smakowały, gdyby jednak oddawały zapach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio próbowałam mleczną "z nadzieniem szarlotkowym", ale właśnie nuty rzeczywiście są niespotykane. Jakoś pierniki częściej się pojawiają.

      A moja Mama... nie zwraca uwagi na zapach. Czasem ona po prostu je, a ja siedzę i wącham. Przy książce o pierdzącym Zawiszy Czarnym ostatnio.

      Usuń
  3. Ciekawe jak bardzo różni się nasza percepcja tych hawajskich tabliczek - dla mnie ona jest jak spotkanie z dobrą whisky. Zdecydowanie Manoa jest na liście czekolad, które mnie oczarowały i do których chętnie będę wracać. Ale w sumie ja bardzo lubię tłuste mleczne czekolady jak Bonnat Asfarth. Właśnie uśmiecham się szeroko bo przyjechała paczka z nowym darkmilkiem z meksykańskich ziaren (Morenita) od Bonnata.

    OdpowiedzUsuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.