Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: słodzony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: słodzony. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 września 2026

Sante Krem orzechowo orzechowy z daktylami 84 % orzechów

Kiedy zleciłam ojcu trzy wówczas nowości Sante: kremy słodzone z daktylami, byłam zaciekawiona, ale nie na tyle, by dokładniej się nimi interesować, co i jak. Wystarczyło mi kontrolne spojrzenie na składy. Wtedy uznałam, że pewnie będą przesłodzone, ale miałam nadzieję, że w stopniu, który nie wyklucza jeszcze przyjemnej uczty. Składy więc widziałam. Nie wiem więc, skąd u mnie przekonanie, że dziś przedstawiany był na bazie orzechów laskowych. Przecież tych w jego składzie w ogóle nie ma. Dziwne. A co było? Moje ulubione orzechy! Włoskie i nerkowce to moje naj. Ale... nauczona doświadczeniem z wybuchami optymizmu byłam ostrożna. Raz, że wymieszanie dwóch najlepszych składników nie zawsze oznacza arcypyszny efekt, a dwa... Słodycz i sól potrafią wszystko zepsuć. Właśnie podobny krem Basia Basia Dolce Kita Krem z orzechów włoskich Orzech włoski + nerkowiec + daktyl rozczarował mnie. Ale... stworzyć coś z tym wszystkim oczywiście też można, nie wątpiłam. Ale właśnie i zepsuć. Do kremu podeszłam więc z ciekawością, a jednocześnie trochę sceptyczna.

Sante Krem orzechowo orzechowy z daktylami 84 % orzechów to krem z prażonych orzechów włoskich i nerkowca, słodzony daktylami w proszku.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach orzechów włoskich, osłodzonych motywem łagodnego, wręcz trochę krówkowego karmelu. Karmelu i krówek maślanych, które to skojarzenia podpowiadały nerkowce, jednocześnie do rozpoznania jako one same bez trudu. Słodycz stanęła jednak na średnim poziomie, gdyż przełamywały ją nutki z tła: goryczka skórek orzechów włoskich oraz trochę soli. Ta ostatnia osłabła po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia.

Na wierzchu wydzieliło się bardzo dużo oleju. Zlałam jakieś 3,5 łyżeczki, a wymieszałam 2-2,5, może nawet też 3 (trudno się doliczyć). Miałam wrażenie, że ten olej był jakby troszeczkę rozwodniony.
Gdy mieszałam, krem niżej wyglądał na suchy, więc myślałam, że jeszcze później z powrotem doleję więcej, ale nie. Dobrze więc, że od razu tego nie zrobiłam. Z łatwością przyjmował olej i robił się bardziej kremowy, jakby wilgotniał. Mimo to, trudno było uzyskać jednolitą konsystencję, bo grudko-zbitki kremu nie chciały się tak łatwo rozmieszać z resztą, nieco rzadszego, ciągnącego kremu. Widać w nim było coraz więcej drobinek i ciemnych kropek.
Mimo że miejscami krem wyglądał na suchy, jedzony jakby przybierał na wilgotności i przedstawił się z bardzo tłustej strony. Krem był gęsty i zbity, ale w trakcie jedzenia szybko zmieniał się w oleiście miękki. Zalepiał usta i gęstniał w sposób typowy dla czystych past orzechowych. Rozpływał się najpierw powoli, a potem coraz szybciej i szybciej, zapominając trochę o początkowej gęstości. Robił to z łatwością, gdyż zawierał sporo jakby kryształków. Te rozpuszczały się, udając zwykły cukier. Wraz z drobinkami orzechów dołożyły się do niemal ziarnistego, pylistego wrażenia. Nie było to wrażenie miazgowe, jakie czasem tworzą drobinki orzechów. Kryształki z czasem sprawiały wrażenie lekko zawilgoconego cukru. Gdy gryzłam je, także przypominały cukier. Wolałam więc dać im się rozpuszczać. Rozrzedzały więc masę, zmieniając ją w swego rodzaju zawiesinę, walczącą o zwięzłość. Z czasem w tłusto-ziarnistej zawiesinie pobrzmiewała jakby ukryta suchość orzechów włoskich. Całość zaś w końcu łatwo, wręcz trochę tłusto-wodniście znikała.
Ogólnie masa, pogryziona z ciekawości, trzeszczała, skrzypiała i pochrupywała; wtedy miałam wrażenie, że jest z drobnym cukrem.
Po zniknięciu masy i kryształków w ustach prawie nic nie zostawało. Naprawdę pojedyncze drobinki o mniej lub bardziej miękkiej strukturze, tak niewymagające, że nie trzeba było ich gryźć i dziwnie twarde drobinki trochę większe, których nie dało się gryźć, bo były twarde jak kamień - kawałki pestek daktyli czy co?

W smaku pierwsze odezwały się władcze orzechy włoskie  oraz przebłysk wysokiej, złudnie cukrowej słodyczy. Same w sobie orzechy wydały mi się lekko słodkawe, jak takie młodziutkie sztuki, w dodatku pozbawione skórek, ale też z nutką wręcz ciasteczkową tuż obok.

Ciasteczka wyobraziłam sobie jasne, maślane - takie przeuroczo słodziutkie, np. wyidealizowane herbatniki "zwierzaki". Ta ciasteczkowa słodycz wpisała się w orzechowość - nietrudno zgadnąć, że to orzechy nerkowca ją zbudowały. Nie kryły się z tym, że to właśnie one. Nerkowce czuć wyraźnie, ale dopiero za włoskimi.

Słodycz startująca z wysokiego pułapu ani myślała odpuszczać, mimo że orzechy włoskie zajęły pierwszy plan, jawiąc się jako coraz mniej słodkie. Nie to, że robiły się gorzkie, ale po prostu obok pojawiało się coraz więcej słodszych elementów, za sprawą których na jaw wychodził ten poważniejszy charakter lekko prażonych orzechów włoskich.

Ogólna słodycz bowiem rosła odważnie. Przez moment wydała mi się iść w nieco cukrowym kierunku, ale potem znów zaskoczyła na krówkowo-karmelowy tor, a zaraz i daktyle się zdradziły.

Raz po raz w tle przemknęło echo soli, podkreślające orzechy włoskie, ale i motywujące słodycz do działania.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji daktyle rozbrzmiały wyraźnie. Choć w żadnym wypadku nie przesłodziły kompozycji, czasem czuć ich lekko piekący efekt i zbliżały się ryzykownie do przesady. Zgrały się z lekko prażonymi nerkowcami, przywodząc na myśl ciasteczka karmelowe. Nerkowce właśnie nadawały słodyczy naturalniejszego, szlachetniejszego charakteru.

Orzechy włoskie dbały o to, by słodycz nie pozwoliła sobie na zbyt wiele. Raz po raz w tle przemykała delikatna, szlachetna goryczka skórek orzechów. Do głowy przyszła mi też "smakowa suchość", mimo oleistego echa, które pojawiło się przy włoskich. Rzadko, ale jednak, epizodycznie wychylała się odrobinka soli. Słodycz w końcu zdecydowała się trochę odpuścić.

Mimo to, i tak sporadycznie nawet w gardle się zaznaczała, choć faktycznie pod koniec już się oddalała. Nakręcała się nawzajem z tym poważniejszym, goryczkowatym motywem orzechów. Do głowy przyszedł mi wytrawniejszy tort z biszkoptu karmelowego z kremem z orzechów włoskich, a co jakiś czas, z czasem coraz częściej, wychylało się echo soli. Przełamywało słodycz i podkręcało motyw sucho-oleisty (?) orzechów włoskich. Nie jako krem czy tort, a po prostu podprażono-podsmażonych orzechów.

Po zjedzeniu został posmak orzechów włoskich wraz z goryczkowatym akcentem skórek, ale też ciasteczkowo-karmelowo słodki. Za niego odpowiadały wyraźnie wyczuwalne orzechy nerkowca i nieco mniej wyraźne, ale też do rozpoznania daktyle o wręcz piekących, ale nie przesłodzonym za cięciu. Wyraźnie wyłoniła się też sól.

Krem był smaczny, ale mam zastrzeżenia. Połączył goryczkę orzechów włoskich ze słodyczą niemal krówkowo-karmelowo-ciasteczkową, którą stworzył duet orzechów nerkowca i daktyli. Ciekawie splatały się tu niemal urocza słodycz z wytrawniejszą goryczką. Naprawdę bardzo ciekawa kompozycja, wyważona i zarazem trochę przyjemnie kontrastowa. Ryzykownie słodka, ale to jeszcze nie jest jej jednoznaczny minus. Na pewno minusem była sól, , która niczego dobrego nie wnosiła, a przeszkadzała, będąc jakby dodaną kompletnie bez sensu. Specyficzna, jakby sucho-oleiście-tłusta konsystencja kremów z orzechów włoskich została trochę uładzona i wtłoczona w realia reszty kremów orzechowych (wg mnie moje kochane włoskie niezbyt nadają się na kremy 100%). Wszystko byłoby dobrze, gdy o strukturę chodzi, gdyby nie te sporadycznie trafiające się kamienne drobinki, przez które bałam się o zęby. One i sól przełożyły się na odjęcie 2 punktów, za to 0,5 punktu poleciało za jednak czasem nieco za silną słodycz daktyli i jednak ogólny odbiór.
Niewątpliwie wyszedł więc lepiej niż zdecydowanie bardziej słony krem Basia Basia Dolce Kita Krem z orzechów włoskich Orzech włoski + nerkowiec + daktyl.


ocena: 7,5/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 180 g; sprawdziłam)
kaloryczność: 625 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy włoskie 52%, prażone orzechy nerkowca 32%, proszek daktylowy 16%, sól

wtorek, 8 września 2026

krem GymBeam Almond Butter + Coconut + White Chocolate / Masło migdałowe z kokosem i białą czekoladą

Do dziś przedstawianego kremu miałam bardzo mieszane uczucia. Jak zwykle: podobało mi się połączenie kokosa i migdałów, bo obiecywało efekt pyszny i... naturalnie słodki. Stąd nie rozumiem i nigdy nie pojmę, dlaczego różne marki go zawsze uparcie dosładzają czy to cukrem, czy białą czekoladą. To już zawsze grozi przesłodzeniem. I sprawia, że do takich wariantów jestem sceptyczna. Dziś opisywanego, mimo że wiem, że marka Gym Beam potrafi zrobić przepyszne pasty i dlatego weszłam z nią we współpracę, sama bym nie kupiła. Za duże ryzyko przesłodzenia. Skoro jednak pojawiła się okazja otrzymania kremu, postanowiłam dać szansę. A może miało to być przesłodzenie w dobrym stylu?

GymBeam Almond Butter + Coconut + White Chocolate  / Masło migdałowe z kokosem i białą czekoladą to krem z surowych blanszowanych migdałów i kokosa z białą czekoladą.

Po otwarciu poczułam zapach przede wszystkim kokosa, dokładniej wiórków kokosowych o naturalnej słodyczy. Był to zapach łagodny i zaskakująco naturalny. Trochę kojarzył się z Orzechownia Miazga orzechowa o smaku Kokosowej Praliny, ale w wersji biało migdałowej (nie nerkowcowej). Nie wydawało się, by kokos był tu jakoś szczególnie mocno dosłodzony, a tylko troszeczkę. Białą czekoladę na tym etapie jako element dodany trudno rozpoznać, acz czuć, że krem dosłodzono (nie jednak bardzo). Można by się nabrać, że to słodki kokos ze wsparciem delikatnych płatków migdałowych ją tak tylko sugerują.

Na wierzchu olej prawie się nie wydzielił, a krem wyglądał na zastygły jak polewa z czekolady i twardy, a tylko pokryty znikomą warstwą oleju. Tak cienką, że nie było, co zlewać, ale dodającą temu... wilgotny połysk? Wystarczyło jednak tylko tknąć łyżeczką, by okazał się wilgotny i wręcz luźny.
Podczas mieszania krem nie wykazywał najmniejszego oporu. Okazał się średnio gęsty, jakby złożony z grudkowej masy z przewagą kokosa oraz oleju. Ciągnął się i już na tym etapie dał się poznać jako niegładki i potencjalnie nawet niekoniecznie kremowy. Wydawał się oleiście tłusty.
Widać w nim pojedyncze ciemne kropeczki, a także mnóstwo przemielonych wiórków.
Gdy jadłam, krem od razu wydał mi się luźny. Chwilowo zalepiał usta i jakby szybko gęstniał, aż nieco przytykał, po czym nagle łatwo się rozpływał, rzednąc i zapominając o zalepianiu czy gęstości. Przypominał wtedy trochę nadto rozrzedzony kokosowy marcepan z motywem proszkowym, który to efekt z czasem krył się wśród wiórków. Krem był rzadkawy, ale w specyficzny sposób, i oleiście tłusty. Zmieniał się w zawiesinę z jakby nieco rozwodnionego oleju i średnio przemielonych, siekanych kawałków i wiórków kokosa z dodatkiem mąki migdałowej. Migdały tu jakby nie chciały za bardzo stworzyć integralnej masy z kokosem, który dużo miał w sobie z miazgi i oleju kokosowego. Mimo to krem nie był po prostu lejąco-rzadki. Półpłynny i nawet dość zwarty, ale właśnie... rzednący. Czekoladowa kremowość wydała się mi w nim marginalna.
A gdy krem zniknął dość rzadko, w ustach zostawał posiekany, wiórkowy kokos i pojedyncze kawałeczki migdałów. Zarówno cała masa gryziona trzeszczała i skrzypiała, jak gryzione na koniec drobinki i kawałki trzeszczały i skrzypiały. Trochę jednak inaczej. Masa wydawała się trzeszcząca w pylistym kontekście, a pozostałości na koniec trzeszczały i skrzypiały głównie za sprawą wiórków kokosowych, ale z marcepanowym echem.
To, co zostało można było gryźć i gryźć. Dominował siekany kokos, wiórki o chrupko-soczystej strukturze, który wyszedł masywnie. Pojedyncze kawałki migdałów były małe, ale i one wpisały się w to poczucie konkretu, mimo że twarde nie były.
Krem pozostawiał po sobie wrażenie otłuszczonych ust.

W smaku pierwsza na przód wyskoczyła słodycz. Silna, bo złożona z intensywnej, naturalnej słodyczy kokosa oraz nieco cukrowa. Ta druga pomknęła do gardła, acz nagle jakby straciła zapał.

Kokos dał się poznać jako wiórki kokosowe o naturalnej, imperatywnej słodyczy. Bez trudu zajęły pierwszy plan, przybierając tam na kremowości. Łatwo o myśl o naturalnym, choć słodkim kremie kokosowym i wafelku kokosowym, konkretniej o wyidealizowanej Princessie. Cukrowość podporządkowała się kokosowi i choć ogólnie było bardzo słodko, wydawało się, iż wycofała się w pośpiechu.

Do kokosa po paru chwilach dołączyły delikatne migdały, najpierw podczepiając się pod motyw wafelka, a potem podmieniając go. Przewinęła się myśl o Raffello, ale długo się nie utrzymała. Na myśl przyszły mi płatki migdałowe, migdały blanszowane. One też dołożyły się do słodyczy, ale już jej nie wzmacniając, a przekierowując na jeszcze bardziej naturalny tor.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach wiórkowy kokos i płatki migdałów zrównały się. Migdały, delikatne w wydźwięku, ale nie w smaku, na tym nie zatrzymały się i po paru chwilach to one wyszły na przód. Niczym szlachetny krem z naturalnie słodkich migdałów, krem leciuteńko... domowo marcepanowy? Mąka migdałowa?

Do tych nut dochodziła też słodycz, już ta dodana. I tak pomyślałam o batonie z blanszowanych migdałów zmielonych na mąkę w białej, czekoladzie; jakimś zdrowszym cieście bez pieczenia z migdałów i kokosa też właśnie dosłodzonych białą czekoladą. Jawnie cukrową, maślaną, ale nie zasładzającą zbyt okrutnie na smak.

Jedynie w gardle biała czekolada z poczuciem drapania się za bardzo zaznaczała. W kompozycji smakowej była podległa migdałom i kokosowi. Z których to na końcówce, wraz z tym jak wiórki zaczęły przeważać nad resztą masy, wiórkowy kokos znów dominował.

Gryzione na koniec kawałki okazały się głównie kokosem. Smakowały właśnie słodkimi w naturalny sposób wiórkami. Były intensywne, pełne smaku, toteż bez trudu tonowały smakową słodycz białej czekolady. Czasem wśród nich zaplątał się subtelny akcent migdałów bez skórek.

Po zjedzeniu został posmak wiórków kokosowych i płatków migdałowych, złączonych naturalną słodyczą i swoistą łagodnością. Trochę cukrowa słodycz stanęła za nimi, ale jakby lękała się bardziej narzucać i udanie trzymała tyłów i tylko w gardle pozwoliła sobie lekko się zaznaczyć jako drapanie.

Całość wyszła smacznie, aż się zdziwiłam. Podobało mi się to, jak schowała się słodycz "dodana". Biała czekolada przez większość czasu była bardzo nieoczywista. Można by się nabrać, że całość była słodka tylko za sprawą naturalnego smaku wiórkowego kokosa i blanszowanych migdałów, a dokładniej płatków migdałowych. Myślę, że wystarczyłyby - gdyby nie dodano białej czekolady albo dodano jej mniej, nie drapała by w gardle. A ten efekt akurat oczywiście mi się nie podobał. Zdecydowanie mogłoby więc być odrobinkę mniej słodko, ale obiektywnie krem na pewno do przesłodzonych nie należał.
Łatwo rzednąca, zawiesinowa i tłusta konsystencja mnie nie chwyciła, ale tragedii nie było. Wolałabym coś bardziej kremowego, jednak przy tej oleistej tłustości dobrze, że było tak wiele wiórków i drobinek, wymuszających ciągłe gryzienie.

Raz porcję z przyjemnością zjadłam po prostu łyżeczką (czyli jak zawsze), ale nie był to wymarzony deser, bo jednak ta konsystencja jakoś tak... niezbyt nadawała się do takiego jedzenia. Raz, drugi, ok, ale nie więcej. Stąd zaczęłam kombinować i oczywistym wyborem wydało mi się dodanie kremu do twarożku z migdałami: większością blanszowanych (bo założyłam, że będą pasować wydźwiękiem) oraz dodatkiem tych w skórkach. W takim wydaniu wady konsystencji się ukryły i krem dobrze pasował. Smakowo... był mniej słodki, ale nadal wyczuwalnie "dosłodzony" (to stwierdzenie, nie zarzut). Z migdałami blanszowanymi po prostu jako tako współgrał, natomiast z migdałami w skórkach zagrał bardzo dobrze, bo to połączenie umacniało skojarzenie z Raffello. Za to sama twarożkowa baza podkreślała w kremie mleczność, więc sprawiał wrażenie bardziej słodko-mlecznego niż białoczekoladowego. Udany słodki posiłek, ale też nie chwycił mnie tak bardzo, bym chciała do niego wracać.

Konsystencja przeważyła o tym, że wystawiłam mu niższą ocenę niż Grizly Krem migdałowy z białą czekoladą i kokosem. I w podlinkowanym bardziej odpowiadał mi charakter migdałów w skórkach, acz trudno te kremy porównywać, bo tamten był po prostu o wiele bardziej migdałowy, kokos robił tylko za dodatek. Dzisiaj przedstawiany to duet migdałów - w dodatku blanszowanych - i kokosa.
Na pewno w każdym aspekcie wyszedł lepiej niż przesłodzony i zbyt lejący Vilgain Sweet Nuts Coconut Almond czy tragicznie kryształkowo cukrowy Sticky Blenders Kokos.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 27,90 zł za 340g
kaloryczność: 657 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały łuskane 40%, kokos 40%, biała czekolada 20% (cukier, masło kakaowe, mleko w proszku, lecytyna sojowa E322)

piątek, 28 sierpnia 2026

krem Holy Cow Cacao & Almond Chocolate Spread

Kremy orzechowe, które uwielbiam łyżeczkować, to te naturalne, czasem smakowe, ale z jak najmniejszą ilością cukru, a już na pewno bez dodatku oleju innego niż ten, który się z bazowych orzechów wydziela. Stąd kremy bardziej "cukiernicze" znajdują się poza kręgiem mojego zainteresowania. A już na pewno nie patrzę na czekoladowe kremy marek od czekolad. Zwłaszcza, że produkty inne niż tabliczki moich marek "degustacyjnych" wydają mi się absurdalnie drogie. Popróbowalam parę Zottera i utwierdziłam się, że są nie dla mnie. Dziś przedstawiany jednak, jak i inne marki Holy Cow, wydał mi się kusząco tani, a w dodatku miał mało cukru. Czyli w zasadzie... może miał u mnie szansę? Patrzyłam bowiem, co by domówić do jednej czekolady, na której mi zależało (Holy Cow 85 % Speciality Cacao Kerala, India Monsoon). Niezbyt interesowały mnie inne ich tabliczki, bo pierwsza jedzona nie zwiastowała, że te o niższej zawartości kakao wyjdą lepiej. Smakowe, z dodatkami w tych cenach w góry też nie były tym, co chciała bym kupić. Dopiero przygotowując wstęp do tej recenzji, zaczęłam nabierać wątpliwości. Najpierw cieszyłam się, że krem zawiera tyle migdałów, ale potem zmartwiły mnie słowa "mąka migdałowa". Co jeśli to miała być powtórka z NaMa Crema di Cocco & Mandorla? Opis zdradzał też, że kremy są mielone na kamieniu. Jakoś nie umiałam sobie tego wyobrazić i nie wiedziałam już, czego się spodziewać. O mieleniu kakao na kamieniach słyszałam, ale żeby składniki kremu...? A właśnie! Kakao. Użyto kakao z indyjskiego regionu Kerala, a migdałów, typu Avijor, z Portugalii.

Holy Cow Cacao & Almond Chocolate Spread to krem czekoladowy na bazie migdałów nieprażonych (mąki migdałowej) z niealkalizowanym kakao z Indii.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu uderzył zapach wyrazistych, ale bardzo łagodnych pod względem charakteru migdałów. Powiedziałabym, że migdałów blanszowanych i nieprażonych. Dominowały zupełnie. Czekoladowość rodem z czekolady mlecznej, w której jednak choć bez gorzkości, zaznaczyło się kakao stała za nią. Całość choć nie wytrawna, a wręcz trochę złudnie mleczna, wyszła przyjemnie subtelnie słodko. W słodyczy odnotowałam palono karmelowe echo, idealnie zgrywające się ze słodko-wytrawną czekoladą oraz naturalną słodyczą jasnych migdałów.

Na wierzchu wydzieliła się niewielka ilość oleju, bo jakaś sowita łyżeczka, którą zlałam. Co nie było łatwe, bo krem bezpośrednio pod nią był niemal płynny, więc mało brakowało, a by się zlał z nią lub przemieszał. Przemieszałam krem tyle o ile, nie ruszając dna, w nadziei, że tam będzie gęstszy. Przy samym dnie faktycznie uświadczyłam masę mniej płynną, prawie kremowo gęstawą, ale było tego niewiele - niecałe pół cm od dna.
Mieszając, odebrałam krem jako aspirujący do pewnego czekoladowego zagęszczenia, konkretu i kremowości, jednak i tak był lejący. Lejący, ale w nieco ciągnący sposób, a także miękki. Już na tym etapie zdradziła się tłustość, a także widać w nim idealną gładkość. Dostrzegłam też pojedyncze niemal czarne kropeczki, ale w strukturze zupełnie ich nie czuć. Obstawiam pyłek kakao.
W trakcie jedzenia krem potwierdził swoją półpłynność, choć w ustach nie wydał mi się taki bardzo rzadki. Leciuteńko próbował nawet zgęstnieć, pokazując się ze swojej maziście-lepkiej czekoladowej strony. Wykazywał idealną gładkość, w której czuć śliską oleistość, a także miękkość. Chociaż... kryła się w nich ledwo uchwytna pylistość. Rozpuszczał się w tempie szybkim, klejąc się do podniebienia i zębów, udając mazisty, lepko-oleisty czekoladowy smar, a potem znikając tłusto-wodniście.
Gdy z ciekawości pogryzłam masę, lekko pyliście trzeszczała.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz. Choć nie była wysoka, dominowała. Reprezentowała mleczną czekoladą z subtelnie zaznaczonym niegorzkim kakao, wypełnioną, nadzianą toffi.

Słodycz rosła szybko i porządnie, zaraz dając się poznać już właśnie jako prawie wysoka, gdy nagle nastąpiło kolejne uderzenie.

To uderzenie jednak było migdałowe. Poczułam migdały blanszowane, przejmujące część słodyczy i podające ją na swój naturalny sposób. Wydały mi się nieprażone... a zarazem karmelizowane? Słodycz przy migdałach nabrała bardziej palonego charakteru, z toffi zmieniając się w karmel. Karmel splótł się z migdałami, otulił je porządnie. Słodycz rosła.

Migdały jeszcze się nasiliły, utwierdzając mnie w tym, że były surowe. I nagle zaznaczyła się w nich lekka, leciuteńka goryczka.

Karmelowość stojąca przy migdałach spodobała się czekoladzie, bo mimo utrzymującego się złudnego mlecznego echa, poszła w wytrawniejszym, bardziej kakaowym (palonym?) kierunku. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach powiedziałabym, że czuję dobrą ciemną mleczną czekoladę o ok. 60% kakao.

Goryczka migdałów szybko leciutko się nasiliła. Na obraz migdałów blanszowanych nałożyła migdały ze skórkami, bardziej charakterne, ale też w 100% surowe. Pilnowały, by mimo rosnącej słodyczy i nasilającego się wątku czekoladowego, to właśnie migdały odgrywały najważniejszą rolę.

Migdałowa, subtelna gorzkawość obudziła w czekoladowości goryczkę i oddała ją właśnie czekoladzie. Cały czas była niska, ale ta czekoladowa ciut wyższa niż migdałowa, która zresztą zaraz zniknęła. Ciemna mleczna, gorzkawa czekolada stanęła więc obok migdałów na powrót jasnych i blanszowanych. Słodycz w tym czasie trochę odpuściła i wycofała się. Pobrzmiewała jako karmel. Czekolada wraz z jasnymi migdałami zaczęła się chylić w stronę esencjonalnego nierozwodnionego mleka migdałowego.

Gdy jednak słodycz wychwyciła, że migdały zapomniały o motywie skórek, na powrót trochę wzrosła. Za sprawą czekolady ciemnej mlecznej (może wegańskiej alternatywy "mlecznej" migdałowej?), ale właśnie jednak słodkiej. Czasem aż ryzykownie. Jakby tak... to taką jak opisana tabliczkę nadziać karmelem. Ocierającym się o drapanie w gardle.

Po zjedzeniu został posmak wyrazistych migdałów - powiedziałabym, że mieszanki blanszowanych i tych w skórkach oraz słodkiej ciemnej, złudnie mlecznej czekolady z nutą karmelu. Czułam się lekko prawie przesłodzona.

Krem okazał się bardzo smaczny, a jego największą wadę widzę w konsystencji: wolałabym znacznie gęstszy krem. Krem, a nie niemal kremowy sos. Tam na samym dnie krem wydawał się cudny. Smak niewątpliwie nadrabiał, mimo że i do niego mam drobny zarzut. Wolałabym nieco niższą słodycz, a jednak więcej czekoladowej gorzkości. Przyjemny klimat nieprzesłodzonej, choć słodkiej czekolady ciemnej mlecznej, gdzie kakao się nie zatraciło nie zagłuszył, ale mocno podkolorował migdały. To one dominowały jako raczej blanszowane, choć nie wyprane z charakteru. Goryczka zawitała i do nich jako akcent skórek, i do kakao, co nadało kompozycji głębi.
Krem znacznie lepiej sprawdził by się w czymś, do czegoś (np. do twarożku) niż do jedzenia łyżeczką jak jadłam ja.

Trochę kojarzył mi się z Foods by Ann Chocolate & Coconut Spread, ale bez kokosowej nuty. Dziś przedstawiany był bardziej migdałowy, ale zarazem słodszy i mniej gorzki. Bardziej wyważony harmonijny pod względem słodyczy i gorzkości. Ja jednak wolałam bardziej gorzki podlinkowany. W kwestii słodyczy - w zasadzie była bardzo zbliżona, bo choć podlinkowany zawiera około 13% cukru (zliczyłam ten w czekoladzie i ten dodany do samego kremu), a dzisiaj prezentowany 15%, to jednak tam zastosowano cukier kokosowy o bardziej władczych zapędach.
Dziś prezentowany charakter Foods by Ann Chocolate & Coconut Spread jakby połączył trochę z Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts. Ten był z orzechów laskowych, ale miał bardzo podobną konsystencję i był bardzo słodki, choć ten Vilgain już zdecydowanie słodki w złym sensie.


ocena: 7/10
cena: € 9 (za 200g; około 39 zł)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mąka z nieprażonych migdałów 77%, cukier trzcinowy 15%, niealkalizowane kakao w proszku 8%

piątek, 10 lipca 2026

krem GymBeam Hazelnut Butter + Protein + Cocoa / Białkowa Pasta z Orzechów Laskowych

Jestem bardzo sceptyczna do produktów białkowych. W zasadzie do wszystkich zachwalanych jako 
funkcjonalne... Sama nie kupiłabym kremu czekoladowego proteinowego, który miałby w składzie podejrzane składniki, po których nie wiem, czego się spodziewać. Tak było właśnie z białkiem WPC. To kompletnie nie moja kategoria produktów. A jednak... lubię naturalne kremy orzechowe czekoladowe. Markę GymBeam bardzo polubiłam i weszłam z nimi we współpracę. Uznałam, że w jej ramach mogę dać szansę produktowi potencjalnie nie w moim typie. "Potencjalnie", bo na dobrą sprawę, wiedziałam, że GymBeam umieją zrobić naprawdę dobry krem. Założyłam więc, że może i białkowy wyda mi się udany.

GymBeam Hazelnut Butter + Protein + Cocoa  / Białkowa Pasta z Orzechów Laskowych to kakaowy krem z orzechów laskowych z białkiem GymBeam WPI, czyli izolatem białka serwatkowego.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu poczułam się, jakbym wąchała wafelki z kremem kakaowym, który miał szarawo-jasnobrązowy kolor i oddzielał od siebie blade, lekko wypieczone warstwy waflowe. Jeśli był oblany czekoladą, to tylko delikatnie po bokach. Taką słodką, niby cierpkawo kakaową, ale nie gorzką. Po chwili pomyślałam, że mógł to być wafelek z kremem kakaowo-orzechowym, bo orzechy laskowe zaprezentowały się całkiem przyzwoicie. Czuć naturalnie słodkawe prażone laskowce, ale niestety trzymało się ich metaliczne, sztuczne echo.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju. Zlałam jakieś 6,5 łyżeczki, a wymieszałam łyżeczkę.
Mieszanie nie było trudne, bo mimo wysokiej gęstości, krem cechowała miękkość. Wyglądał na zwięzły, ale nie zbity. Widać w nim też sporo drobinek i kropeczek skórek, które obiecywały miazgowy efekt.
W ustach krem od razu przedstawił się jako miękki i... aksamitny, ale tylko początkowo. Był masywny, gęsty, wręcz przytykający. Trochę oblepiał zęby, mimo że nie gryzłam. Wydawało się, że jeszcze gęstniał, po czym rozpływał się w średnim tempie. Raczył mnie wtedy efektem miazgowym, a także średnią tłustością. Szybko się jednak okazało, że to dziwna miazgowość. Nie wynikała bowiem tylko z drobinek orzechów. Krem powoli zmieniał się w zawiesinę drobinek orzechów oraz miękkich, lepkich kulek-zbitek proszku. Czuć w nim też proszkowość, która próbowała chować się w miazgowym efekcie. Miał w sobie też sporo z mleka w proszku, rozpuszczającego się w lepkim stylu oraz trochę ze trochę scukrzonego miodu.
Na koniec w ustach zostawały w dużej mierze drobinki orzechów, ale często też te drobinki zlepki proszku. Gryzione wydawały się miękko-gumiaste i wciąż lepkie.
Gryzione na koniec kawałki cechowała chrupkawość i delikatność. Były delikatne, mimo że wymagały ciamkania.
Zostawił po sobie trochę wręcz ściągające (od proszku? słodziku?) wrażenie.

W smaku od razu rozbrzmiała słodycz, kierująca moje myśli ku nieco przesłodzonemu wafelkowi. Przemknęła sztuczna... wanilina?... a potem umocniła się wizja wafelka z bladymi, słabo wypieczonymi warstwami waflowymi, poprzekładanymi jasnobrązowym, szarawym kremem kakaowym. Kremem zdecydowanie przesłodzonym i niegorzkim.

Wafelka uczepiła się sztuczność, kierująca go w tanim kierunku. Kakao zdobyło się na trochę cierpkości, sugerując, że może wafelek oblano po bokach... nie tyle czekoladą, co polewą kakaową.

Zaraz jednak do gry dołączyły orzechy. Dołożyły się do słodyczy, podrzucając jeszcze skojarzenie z niezbyt udaną podróbką Kinder Bueno. W tle zaznaczył się mleczny motyw... Niezupełnie jednak mleko. Bardziej coś z mlekiem w proszku.

Orzechy laskowe cały czas wiązały się ze słodyczą, ale po paru chwilach zmieniły jej wydźwięk za sprawą swej autentyczności. Wysoka słodycz w dużej mierze przeszła w naturalnie orzechową, acz... im więcej jadłam, tym bardziej i szybciej zaznaczał swą obecność słodzik. Prażone orzechy laskowe nie próżnowały, starały się jak mogły wyjść na prowadzenie. Acz nie udawało im się.

Niestety, dość długo i ich trzymało się sztucznawo-metaliczne echo. Cały czas czułam przesłodzonego, taniego wafelka, ale już bardziej kakaowo-orzechowego. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji słodycz przestała na trochę rosnąć rosnąć. Orzechy laskowe walczyły o dominację, ale trudno było skupiać się tylko na nich.

Słodycz na nowo zaczęła rosnąć, tym razem za sprawą słodziku.

Wafelkowy, przesłodzony motyw zaczął przejawiać coraz bardziej mleczne skłonności. Do głowy przyszły mi... kakaowo-orzechowe płatki śniadaniowe, które zdążyły zabarwiły już i zasłodziły mleko. Mleko po płatkach ze sztuczną słodyczą i niegorzkim, ale takim "komercyjnym" kakaowym smakiem przeszkadzały laskowcom.

Słodycz słodziku nagle wyrwała się na przód. Zrobiło się zdecydowanie za słodko i aż mało orzechowo. Słodycz podchwyciła metaliczność i dodała do niej chłód. Słodzikowy motyw zmieszał się z lichym kakao i orzechami, które z czasem wydały mi się zrezygnowane. Słodzikowość i jakby mdło kakaowy, słodzikowy krem z jakiś bezcukrowych wafelków zakończył kompozycję, aż wgryzając się w język.

Na koniec w ustach zostawały jeszcze dziwne kawałki i drobinki. Gryzione smakowały jak mleko w proszku ze sztucznie miodowym cukrem i orzechowo. Dominowało to pierwsze, mimo że drobinek nieorzechowych było mniej. Orzechy po prostu nie miały siły przebicia. Ich lekko prażony smak po tym wszystkim wydawał się bardzo zgaszony utrzymującym się motywem słodziku.

Po zjedzeniu został okropny posmak słodziku, który zdawał się aż wgryzać w język, sztucznego kremu kakaowo-orzechowego prosto z tanich wafelków, może też podróbek Kinder Bueno oraz motyw mleka po przesłodzonych płatkach kakaowych. Orzechy laskowe, nie za mocno prażone, znalazły się dopiero za tym wszystkim.

Krem bardzo mnie rozczarował. Liczyłam się z proszkowością i nutą tego izolatu, ale myślałam, że pójdzie bardziej w jakieś mleczno-mączne klimaty jak np. Vilgain Cheat Spread Choco Bar, a nie że to będzie białko tak mocno smakowe i słodkie od słodziku. O smaku tanich wafelków z kremem kakaowo-orzechowym, o smaku przesłodzonych kakaowo-orzechowych płatkach śniadaniowych zabarwiających mleko oraz mocno słodzikowe. Bardzo nie moje klimaty, a w dodatku jeszcze słodzik. W trakcie jedzenia jeszcze pół biedy, ale posmak był okrutnie słodzikowy. Orzechy, które stanowiły bazę kremu, się przed tym wszystkim chowały.
Mimo że za moją uwielbianą miazgowością kryła się proszkowość, konsystencja jeszcze nie była tragiczna. Myślę, że ta proszkowość jest zrozumiała.
Mimo szczerych chęci 96 gramów to moje maks, a i to się dziwię, że aż tyle zjadłam (akurat byłam trochę głodna). Resztę oddałam Mamie.

Opinia Mamy: "Okropny ten krem. Samego to na pewno nie da się jeść. Aż w nim orzechów prawie nie czuć przez ten słodzik i... yy, proteinę? Ale głównie słodzik wszystko popsuł. Bez niego chyba byłoby jeszcze w miarę, mogłoby być. A to było paskudnie słodzikowe, aż nieorzechowe. A w dodatku nie podobało mi się, jak ten krem oklejał zęby, przylepiał się do nich denerwująco, tak... proszkowo? Myślałam, na czym to by można jeść, by jakoś się dało... Na tostach z serem żółtym i dżemem był bardziej zjadliwy. Trochę wycofał się ten słodzik i... proteinowość? A sam krem na tostach poszedł w kierunku orzechowo-kakaowych, tanich wafelków. Też niesmacznych, ale nie aż tak słodzikowych przynajmniej. Ale nawet z tostami nie mam zamiaru go męczyć".
Niestety więc wyrzuciłyśmy.

Szkoda, że gdy sprawdzałam, co to za krem na stronie przed tym, jak o niego poprosiłam, nie dotarło do mnie, że w tym białku jest nie tylko białko, aromat i kakao, a właśnie też jeszcze ten słodzik. Gdyby nie on, myślę, że kremowi spokojnie dałabym 6. A kto wie, czy nie 7? Zależy, w jakim kierunku poszedł by smak.

Co do smaku... na pewno nie jest to krem, mogący przekonać do białkowych rzeczy. Jak ktoś ma do czynienia z takimi słodzikowymi białkami na co dzień, możliwe, że lepiej odbierze ten krem niż ja. Myślę jednak, że dodanie słodziku było strzałem w kolano. Samo białko mogłoby lepiej zagrać, a właśnie ten słodzik pokierował wszystko w obrzydliwym kierunku. Gdyby jeszcze dodano go znacznie mnie... a to niestety, zdominował krem. Nawet nie to, że tak go przesłodził, ale okropnie denerwował wydźwiękiem.
Poza tym... każdemu zdarzy się wpadka, więc mimo wszystko ten krem wybaczam i nie tracę wiary w kolejne (ale już na pewno nie białkowe!).


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 35,90 zł za 340g
kaloryczność: 626 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe 80%, białko GymBeam WPI 20% (izolat białka serwatkowego, odtłuszczone kakao w proszku 4%, aromat, barwnik: karmel amoniakalny; substancja słodząca: sukraloza; emulgator: lecytyna słonecznikowa)

piątek, 26 czerwca 2026

Sante Krem orzechowo kakaowy z daktylami

Gdy zobaczyłam w gazetce Lidla nową serię kremów Sante, ostrożnie się zainteresowałam. Choć zachowałam trochę podejrzliwość, serce zabiło mi szybciej. Słoiczki wyglądały jakoś... bardzo obiecująco. Obawiałam się, że mogą być przesłodzone, bo przy daktylach o to nie trudno, ale... Może nie? Zleciłam je ojcu i do dnia otrzymania w sumie nie wiedziałam, który otworzę jako pierwszy. Po paru dniach jednak po prostu spłynęła na mnie pewność, że to musi być krem czekoladowy. Dawno bowiem nie jadłam kupnego kremu czekoladowego. 

Sante Krem orzechowo kakaowy z daktylami 65 % orzechów to krem z prażonych orzechów laskowych i płatków kokosa z kakao, słodzony daktylami w proszku.

Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach prażonych orzechów laskowych o nieco słodkich skłonnościach, w których jednak wyraźnie czuć też orzechowe skórki. Ich lekką goryczkę podkręcało kakao w ilości sowitej. Przywodziło na myśl ciemne czekoladki, może też czekoladę z nadzieniem czekoladowo-orzechowym. Pomyślałam o Michałkach albo coś w tym stylu... Chyba raczej michałkowym brownie. Z kakaem wiązała się słodycz. Nie wysoka, ale jakby konwencjonalna, niejednoznaczna - daktyli bym nie zgadła! Do tego odnotowałam maślany akcent kokosa, łączący naturalną słodycz z drobną cierpkością oleju kokosowego oraz ogólną maślaność.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju, w zasadzie wyglądało to bardziej na jakby mieszankę wody i oleju. Zlałam 4 łyżeczki, wymieszałam prawie 1 łyżeczkę. Podczas mieszania wyglądało na to, że chyba będę musiała dolać znacznie więcej, ale uznałam, że jakby co, zrobię to już w trakcie jedzenia. I słusznie, bo wtedy krem okazał się jednak wystarczająco tłusty.
Krem choć miejscami wyglądał na suchawy, już w trakcie mieszania jakby nieco... wilgotniał? Ze zbito-gęstego i niemal sztywnego przechodził do oleiście tłustej struktury. Pod koniec jedzenia, gdy kremu zostało niewiele, a słoiczek ogrzał się od ręki, krem wykazywał skłonności do przechodzenia w stan bliski prawie płynnego, jak tłuszcz kokosowy.
Widać w nim trochę drobinek, na oko nie nazwałabym go kremowym.
W trakcie jedzenia krem przedstawiał się jako gęsty i masywny, po czym rozpływał się. Najpierw wolniej, potem coraz szybciej i łatwiej, że ogólnie tempo rozpuszczania się można określić jako średnie. Mimo masywności, z czasem zmieniał się w lepko-luźną i wręcz żujną masę. Trochę zalepiał, trochę przytykał, ale rzedł w nieco oleisty sposób. Kremowość pojawiła się, acz mieszając się z nieco papkowatym efektem oraz subtelnym akcentem miazgowym. Krem jednak nie miał nic wspólnego z gładkością. Choć miazgowość była subtelna, uraczył mnie niemal ziarnistą, drobinkowo-proszkową strukturą. Całość miała w sobie też coś z miazgi i oleju kokosowych, jej specyficzną cierpkość, a do tego chwilami wydawała się nieco pyliście trzeszcząca. Z czasem okazało się, że liczne drobinki to trochę jakby zawilgoconych kryształków i sporo mocno przemielonych, czasem wręcz drobinkowych wiórków kokosowych. Te dodały masie chrzęstu. Bardziej kryształkowe drobinki, przypominające rozpuszczający się cukier i dodały trochę wodnistości.
Kryształki istotnie rozpuszczały się wraz z masą. Po jej zniknięciu w ustach zostawała drobnica kokosowa. Nie wymagała porządnego gryzienia, wystarczyło leniwe ciamkanie. Wtedy ujawniała się trzeszcząco-skrzypiąca cecha wiórków kokosowych.
Całość pozostawiała lekko suchawe wrażenie w ustach i drobne otłuszczenie na ustach.

W smaku pierwsze pokazały się orzechy laskowe. Wyraźnie prażone, lekko słodkie. Orzechowa słodycz zdradzała gotowość do wzrostu.

Orzechom wtórowało kakao. W pierwszej chwili trochę onieśmielone prażonością, lecz zaraz zobaczyło, że orzechy są do nich jak najbardziej przyjaźnie nastawione. Połączyły się poprzez gorzkość. Kakaowa była oczywiście silniejsza, ale i orzechy za sprawą skórek jej nie żałowały. Ogólnie orzechy laskowe wyraźnie w kompozycji rządziły - za sprawą prażenia oraz wyważonego splotu słodyczy i skórek.

Cierpkie kakao po podkreśleniu skórek laskowców wskazało jeszcze lekko cierpkawy motyw oleju kokosowego.
W tym czasie, bardzo daleko w tle, dała o sobie znać też nienachalna słodycz.

Po oleju kokosowym zaznaczyła się też ogólnie kokosowa nuta. Weszła poprzez olej, ale mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach kokos zaskoczył na niemal maślany i naturalnie słodki tor. Kokos, wciąż pobrzmiewający olejem, na pewien czas zrównał się z orzechami laskowymi.

Ogólna słodycz rosła. Rosła ta kokosowa, ale też szlachetnie-palona, która starała się trzymać blisko kakao. Na tym etapie powiedziałabym, że to słodycz ciemnoczekoladowo-kakaowych cukierków z nadzieniem kakaowo-orzechowym. Może z nieco truflowym echem? Albo... brownie o truflowych zapędach? Za nic nie zgadłabym, że pochodzi z daktyli.

Wraz z tym, jak na języku zaznaczały się drobinki i kryształki, falowo rosła słodycz. Czasem wydawała się nieco karmelowa, czasem sporadycznie zdradzały się daktyle. Orzechy laskowe jednak ani na moment nie słabły. Po tym jednak, jak zostały osłodzone, ułożyły się w wizję czekoladowo-orzechowych cukierków typu Michałki albo raczej michałkowe brownie. Słodycz czasem zaskakująco udanie udawała konwencjonalną.

Kokosowa nuta z czasem trochę się wycofała. Olej kokosowy ukrył się w wyrazistej gorzkości kakao i brownie-czekoladowej toni. Kokos utrzymywał jednak pewną łagodność, maślaność. Ta zaś jeszcze podsycała myśl o nadzieniu wspomnianych cukierków. Nagle zrobiło się zaskakująco słodko, jednak cały czas nie za słodko. Czasem zdradzały się tu jakby karmelowe daktyle, kojarząc się daktyloczekoladą, masą daktylowo-czekoladową. Słodycz w punkcie kulminacyjnym nie wychodziła ponad średni poziom. Niby czuć lekko piekący efekt daktyli, ale nie było to pieczenie za wysokiej słodyczy. Skórki orzechów, cierpkie kakao i olej kokosowy stały na jej straży.

Raz po raz w tle zaznaczała swoją obecność sól. Podkreślała niemal ziemiste, kokosowo-michałkowe brownie oraz dosadną, karmelowo-daktylową słodycz.

Z czasem wracał właśnie olej kokosowy i orzechy laskowe ze skórkami.

Drobinki kokosa gryzione kontynuowały smak właśnie kokosowy, choć kierowały go w bardziej wiórkowym kierunku. Gdy za gryzienie brałam się nieco szybciej, plątało się tam jeszcze trochę słodyczy, jakby lekko karmelowej, czasem wydawało mi się, że też echo laskowców, ale może tylko życzeniowe.

Po zjedzeniu został posmak orzechów laskowych, w których prażenie i goryczkowate skórki odgrywały bardzo ważną rolę, ale którym jednocześnie nie brakowało naturalnej słodyczy. Mieszały się z kokosem słodkim i oleiście cierpkim, a także cierpkim kakao. Dało się doszukać echa daktyli.
 Mimo że nie było za słodko, pod koniec jedzenia daktyle i olej kokosowy zaznaczyły się jako lekkie pieczenie w gardle.

Krem wyszedł smacznie i niezaprzeczalnie ciekawie. Czekoladowo-kakaowo, wyraziście orzechowo laskowo, ale też zaskakująco kokosowo. Kojarzył się z tego powodu z cukierkami orzechowo-czekoladowymi, głównie Michałkami, ale wkomponował je w brownie i otulił kokosem. Ten łączył słodko-łagodną kokosowość z olejem kokosowym. Wszystko to przełożyło się na słodycz wyraźną, ale nie za silną. Daktyle wcale nie starały się jakoś szczególnie mocno tu zaprezentować. Przez większość czasu ich charakter raczej się chował. Porządnie gęsta, chwilami wręcz sztywna struktura kremu z lekkim miazgowym elementem w porządku. W niej już mocniej czuć daktyle. Podobałaby mi się bardziej bez lekko kryształkowego efektu, ziarnistości oraz tego, że miała w sobie coś z oleju kokosowego.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 180 g; sprawdziłam)
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym znów dostać

Skład: prażone orzechy laskowe 65%, proszek daktylowy 22%, płatki kokosa, kakao 6,5%, sól morska

piątek, 19 czerwca 2026

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym

Nie wiem dlaczego skoro odkryłam, że własny krem chałwowy, robiony z tahini Ekogram i odrobiny cukru trzcinowego, jest po prostu wybitny i wychodzi poza skale wszelakie, wciąż zwracam uwagę na kremy chałwowe... gdy się już jakiś napatoczy. Mimo że żaden kupny dotąd, po wycofaniu Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym nie satysfakcjonował. Dziś przedstawiany, czyli firmy zajmującej się zdrową żywnością Coco Farm nie zachwycał, gdy chodzi o ilość sezamu w składzie, jednak nie skreśliłam go, bo reszta to nie tylko słodzidło, a kokos. Pomyślałam, że chałwa z nutą kokosa może być ok, a przynajmniej warta spróbowania.

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym to krem sezamowo-kokosowy o smaku chałwy / "w naturalnym stylu chałwy sezamowej", wegański, słodzony cukrem kokosowym.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu słoika rozbrzmiała kokosowa symfonia, złożona przede wszystkim z oleju kokosowego oraz mleczka kokosowego, wiórków oraz wielkich płatko-chipsów kokosowych i miazgi kokosowej. Osłodził je motyw jakby kokosowego palonego karmelu, bardzo palonego, a jednocześnie rześkawego. To jednak, że krem zawiera cukier kokosowy akurat nie było aż tak oczywiste. Jego dosadna słodycz tu nieco wtopiła się w otoczenie. A na kokosie się nie kończyło. Za mleczkiem pobrzmiewał roślinny motyw, kojarzący się z wegańskimi deserami, budyniami, słodkościami i krył się nawet nieoczywisty prawie kwasek. Z roślinną wegańskością mieszał się ni fasolkowy, ni orzeszkowy motyw i sezam. Ten wydawał się dość neutralny, znikomo goryczkowaty i dość wycofany. Trochę wyraźniej raz po raz wychylał się podczas mieszania i jedzenia.
Złożony, ale raczej dziwnie namieszany niż głęboki, zapach nie był zbyt kuszący.

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju, z czego zlałam większość, czyli niecałe 3 łyżeczki.
Wymieszałam mniej niż 0,5 łyżeczki, ale dlatego, że to już trochę mieszało się z wierzchem półpłynnej, rzadkawej pasty. Ta ani trochę nie potrzebowała tego wydzielonego tłuszczu, bo była wręcz lejąca i bardzo tłusta. Bardzo łatwo go się mieszało.
W trakcie jedzenia krem wciąż wykazywał wysoką, nieco oleistą tłustość i jakby chciał choć na sekundę zgęstnieć, ale jednak tego nie czynił. Nie był kremowy, a przypominał oleistą maź z mnóstwem kryształków. Był rzadki i rozpuszczał się dość szybko. Kryształki przełożyły się na wręcz ziarnisty, mocno proszkowy efekt. Kryształki cukru, rozpuszczając się, jeszcze bardziej go rozrzedzały, dodając wodnisty efekt. W porywach zdobywał się na lepkawość, acz ogólnie bardziej przypominał olej i miazgę kokosową 100% z dodanym cukrem i trochę rozrzedzoną.
Masa gryziona raczej kryształkowo chrupała od cukru niż trzeszczała jak chałwa. Tego efektu trzeba było się bardzo, bardzo doszukiwać, by go jako tako wychwycić.
Co ciekawe, po spędzeniu dwóch dni w lodówce, krem zrobił się twardawy i wyglądał na bardzo suchy. Wystawiony do temperatury pokojowej powoli wracał do swej płynnej formy.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz karmelowo-kokosowa. Palony karmel mieszał się z naturalnie słodkimi wiórkami i miazgą kokosową, a po chwili ich drogi się rozeszły. Każdy bowiem się intensyfikował.

Palony wątek podkreślała lekka goryczka oleju kokosowego. Nie cały czas był tak samo wyraźny, ale co i raz przypominał o sobie jako niby łagodne, ale denerwujące echo. Sporadycznie przebijał się przy nim sezam.

Karmel przybrał na paloności i robił się dosadniejszy, niemal melasowy. Słodycz zajęła wysoki poziom i jeszcze epizodycznie podskakiwała. Cukier kokosowy bardzo łatwo było w tym rozpoznać, acz... jego rześkość jakby przeszła na stronę wyraźniej kokosową. Nie każde zagarnięcie było tak samo słodkie, ale przy niektórych słodycz już po paru chwilach trochę piekła w gardle.

Kokos miazgowo-oleisty, wiórkowe echo wydawały się w porywach niemal soczyste. Zaraz dołączyło do nich pełne mleczko kokosowe i stanęło z nimi na równi. Mimo że słodycz miała imperatywne zapędy, kokosowość rządziła kompozycją. W zasadzie jakby koleżeńsko ścigały się ze sobą, nawzajem się motywując.

W oddali za to czaiła się sól, jakby dopingując piekącą słodycz.

Przy niej odnotowałam jeszcze roślinność. Pod mleczko kokosowe podkradła się nuta wegańskich słodkości, budyniu czy czegoś takiego.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach poprzez wegańskość, roślinność wkroczył sezam. Nie wziął udziału w wyścigu słodyczy i kokosa. Sezam... dał się poznać jako neutralny, lekko wręcz goryczkowaty. Jego goryczkę wzmacniał olej kokosowy. Raz czy drugi zrobił aluzje do kawy. Przełamał nieco słodycz, a z chałwą... w porywach trochę się kojarzył... Acz nie była to wyrazista nuta. Bardziej jakby to była "udawana sezamowość".

Sezam bowiem mieszał się nie tylko z roślinnością, ale też z ogólnie orzechowym wątkiem. W pewnym momencie roślinny motyw mignął mi strączkami i... fasolkowymi fistaszkami? Przemknęła jeszcze coś jakby... mąka? Wszystko to podkreślała epizodycznie przypominająca o sobie sól. Nawet nie śmiała wyjść na przód, ale snuła się na tyłach. Trudno jednak było uchwycić te wszystkie wątki opisane w tym akapicie, jako że kokos starał się skupić na sobie uwagę, a słodycz podskoczyła do nieco przesadzonego poziomu. Wszystko to jednak przełożyło się na dość silne skojarzenie z batonem Legal Cakes Chiacho w wersji z 2020.

W tle przewijał się jeszcze pewien... "jakby kwasek". Niewyraźny, ale wpisujący się w olej kokosowy. Słodycz robiła się zdecydowanie zbyt ciężka, dosadnie karmelowo-melasowa i złudnie daktylowa. Miałam wrażenie, że czuję w gardle daktylowe pieczenie. Kokos jednak się jej nie wystraszył i jako ogrom wiórków z mleczkiem kokosowym zakończył występ.

Po zjedzeniu został posmak melasowo-rześkiego cukru kokosowego, wiórków i miazgi kokosowej. Za nimi starał się też pokazać nieco orzechowo-sezamowy motyw. Bardziej wegańsko-nugatowy niż chałwowy.

Choć moja norma jedzenia na raz w przypadku kremów to 130-200g, tu dałam radę ledwie 66g i to się już pod koniec męcząc. Ani smak, ani konsystencja mi się nie podobały.

Krem ten w smaku był za bardzo namieszany, a za mało chałowy. Nie rozumiem, po co producent obiecywał chałwę... równie dobrze mógł zrobić po prostu krem kokosowy i wtedy byłby niezły, bo realnie mocno kokosowy. Olej, miazga, mleczko kokosowe i nuta wiórków w asyście wyrazistej, palono karmelowej, złudnie daktylowej słodyczy w zasadzie wyszłyby smacznie, gdyby nie wszelkie dziwnie wegańsko-roślinnego, niedookreślone sezamowo-orzechowe akcenty. Pierwsze w ogóle mi się nie podobały (błonniki? mąka?), orzechowość była dziwnie nieokreślona, bo jej za mało, a sezam w ogóle... trochę się pojawił i nie ugrał za wiele, nawet nieszczególnie pasował. Myślę jednak, że krem może smakować miłośnikom Legal Cakes Chiacho (które swoją drogą pogorszyli w 2024).
Konsystencja zaś bardzo nie po mojemu, bo ogrom kryształków cukru w rzadko-lejącej, oleistej mazi to fuzja tego, czego w kremach nie lubię.

Krem powędrował do Mamy. Opisała go tak: "Pachnie to mocno kokosem, ale tym olejem, co nie lubię, a nie wiórkami. Smak trochę mnie zaskoczył. Bo choć najpierw buchnęła mi taka goryczka nieprzyjemna, to potem zaczął się rozpuszczać, zrobiło się słodko i było smacznie. Tylko jak zniknął z ust, ta gorycz nieprzyjemna wróciła. Taki ten... olej kokosowy? Tak to ogólnie nie wiem, co ja tam dokładnie czuję, ale byłby ogólnie w porządku, gdyby nie ta goryczka. Niestety, ona przy zjedzeniu większej ilości tak dawała się we znaki, że trudno myśleć o pozytywach. Pomyślałam, że na ciastkach czy na czymś, co ją trochę zagłuszy, może się sprawdzić. Na tostach z dżemem i serem za bardzo się przebijała. ". Mama zrobiła jeszcze jedno podejście do kremu w bardziej stałej wersji, uprzednio na krótko przed jedzeniem wystawiając z lodówki. Nałożyła sobie na bułeczkę mleczną Carrefour Classic z Kawałkami Czekolady po czym stwierdziła: "Bułeczki też mu nie pomogły. Nadal niesmaczny przez wszystko psujący goryczkowaty olej kokosowy".


ocena: 4/10
kupiłam: Rossmann
cena: 19,99 zł (za 280g; promocja)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: sezam 37%, cukier kokosowy 20%, miąższ kokosa 18%, mleko kokosowe w proszku 12%, błonnik pokarmowy, mąka z orzechów ziemnych, lecytyna słonecznikowa, sól himalajska różowa

piątek, 13 lutego 2026

4ProActive Pasta sezamowa z daktylami

Kiedy przypadkiem trafiłam na stornie 4ProActive, nie wydała mi się jakoś szczególnie kusząca do momentu, gdy zobaczyłam dzisiaj przedstawiany krem. Na cudownie wysoką zawartość sezamu rozbłysły mi oczy. Czyżbym znalazła godnego zastępcę kremu Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym?! Może oznaczało to koniec z wyliczaniem, ile dodać, ważeniem i mieszaniem Ekogram The Real Tahini z cukrem trzcinowym? Bałam się ucieszyć, ale długo nie czekając, zamówiłam. Niesyty, pomylili się i wysłali mi 4ProActive Pastę daktylową. Po podlinkowanej zaczęłam się trochę obawiać. Co, jeśli dziś przedstawiany krem miał iść w jakąś kwasotę albo struktura miała mi nie leżeć? Wprawdzie ten nie zawierał kwasku cytrynowego, ale co poradzę na to, że wyobraźnia swoje zrobiła? Opis ze strony producenta jednak trochę pocieszał, bo brzmiał następująco: "połączenie goryczki sezamu z daktylami dało efekt idealnego balansu smaków". A ja właśnie w chałwowych rzeczach lubię czuć tę specyficzną, lekko goryczkowatą nutkę sezamu.

4ProActive Pasta sezamowa z daktylami to pasta sezamowa z daktylami.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam głównie neutralny, tylko troszeczkę słodkawy sezam. Powiedziałabym, że prawie surowy, ale nie surowy. Bez jednak wyraźnego motywu prażenia. Podkradła się do niego niemal mleczno-maślana nuta, acz i niesezamowa słodycz zdradziła swą obecność. Była jednak niesamowicie niska, aż trudna do nazwania. Czuć, że to nie biały cukier, ale że daktyle też bym nie powiedziała. Odległe skojarzenie z chałwą, bardzo mało słodką, pojawiło się, acz nie było oczywiste.

Na wierzchu wydzieliła się mało-średnia ilość oleju, z czego zlałam 2,5, no, prawie 3 łyżeczki*. Było to dość trudne, bo wierzch pasty był rzadko-lejący.
Jakież było moje zdziwienie, gdy pod oleistą, rzadką warstwą pasty trafiłam na bardzo gęstą pastę o ewidentnie niegładkiej strukturze. Nie wydawała się wyschnięta, ale w pewien sposób... suchsza, acz nie do końca sucha. Mieszając trafiłam na pewien konkret, ale nie zbitość. Mieszanie w zasadzie przyszło z łatwością, a masa wchłaniała, co rzadsze i tłustsze i nie było widać efektu.
W trakcie jedzenia krem okazał się tłusty i znikomo wodnisty, a jednocześnie gęsty... A przynajmniej w pierwszej chwili, bo z gęstej masy przechodził w coraz rzadszą zawiesinę. Czuć w nim jednocześnie i oleistą, dość wysoką tłustość, i jakby ukrytą suchość. Zalepiał usta porządnie, kleił się do zębów i rozpływał się w tempie średnim. Był papkowo miękki i jakby trochę zwięzło-ciastowy, a także mocno proszkowo-miazgowy; wręcz ziarnisty. Przemielono go niedokładnie i często na języku zaznaczały się niedomielone kawałki sezamu. Często na języku pojawiały się drobinki, które proszkowość przemianowały na wręcz ziarnistość. Nie był to jednak efekt chałwowy, a trochę... twardo cukrowy. Jakby kryształków cukru daktylowego Gryzione czy to drobinki, czy cała pasta, wydawały się od tego twardawe w trochę utwardzono cukrowym stylu; twardość jakby osiadła w ziarnistości (?). Krem skrzypiał jednak trochę sezamowo-chałwowo, acz ogólnie nie wydawał się bardzo chałwowy. Brak też temu wszystkiemu kremowości.
Po zjedzeniu za to zostałam z jakby daktylową suchością w ustach. Mimo że i tłustość czułam.

*Struktura jakoś mi nie leżała i zaczęłam kombinować. Na małym fragmencie dodałam trochę z tego zlanego oleju, jednak nie przełożyło się to w najmniejszym stopniu na kremowość. Było po prostu miazgowo-proszkowo-zawiesinowo i tylko że bardziej tłusto. Przypomniały mi się przepisy na zdrowy krem chałwowy z daktyli i sezamu i tam było, by dodawać wodę z zalanych wrzątkiem daktyli do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Na małej części spróbowałam i tego, co okazało się totalną porażką, bo woda... wysuszyła ten krem. Zbił się w twardą, kruszącą się masę. Dziwna sprawa!

W smaku pierwsza rozeszła się neutralna, łagodna nuta sezamu. Sezamu, którego nie prażono prawie wcale, surowego i... obiecującego trochę słodyczy.

Po chwili przemknęła też lekka goryczka. Pojawiła się i cofnęła, osiadła gdzieś daleko w tle i... niemal się ukryła.

Sezam okazał się jednak głównie naturalnie lekko słodki, a subtelną słodycz wciąż spowijał dominujący, neutralny wątek. Prażenie odrobinkę się nasiliło, ale cały czas było niskie. Podszepnęło więcej naturalnie "orzechowej" słodyczy.

A jednak cały czas czuć też neutralność, która chyliła się trochę w bardziej roślinie-wytrawnym kierunku, jakby chciała w nim pójść, ale coś ją powstrzymywało (lekkie prażenie?). Podbudowała ją maślana, niemal mleczna nuta.

I mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach, słodycz wzrosła. A potem jeszcze trochę. W zasadzie słodycz nasilała się i wycofywała falowo, epizodycznie. Zaczęłam uświadczać coraz więcej słodkich przebłysków, które przełożyły się na miarowy wzrost. Czasem była trudna do nazwania, czasem udawała cukier, acz raczej trzcinowy, a więc trochę karmelowy w smaku.

W momentach kulminacyjnych, gdy słodycz osiągała dość wysoki poziom, robiła się trochę piekąca i wtedy wyraźnie czuć jej daktylowy charakter.

Słodycz mieszała się ze słodyczą sezamu, idąc w trochę chałwowym kierunku, jednak... i tak kompozycja wydała się rozchodzić na smak sezamowy i piekąco - i zarazem złudnie cukrowo - słodki. Słodycz wyraźnie rozchodziła się od wyłaniających się drobinek i stała jakby obok sezamowej bazy. Motywy te były niechętne do współpracy.

Słodycz wydobyła z sezamu odrobinkę goryczki. Ogólnie sezamowej, acz chwilami powiedziałabym, że bardziej wyraźnie oleju sezamowego. Ta nutka jednak w ogóle wydawała się marginalna i niemal nieistotna.

Skojarzenie z chałwą leniwie, niechętnie gdzieś tam się zaplątało, zwłaszcza pod koniec. Acz wciąż mowa o  chałwie stosunkowo mało słodkiej, acz zbliżającej się do pieczenia w gardle od słodyczy (ten piekący efekt był jednak od daktyli, nie tyle od samej wysokości słodyczy). Sezamu cały czas trzymało się jednak też jakby roślinnie-maślane echo, z kolei rozbijające skojarzenie z chałwą.

Po zjedzeniu został posmak neutralnego sezamu z echem oleju sezamowego oraz średnio wysoka słodycz. Połączyła się ta naturalnie sezamowa ze słodyczą dosadniejszą, acz niejasną. Miała w sobie i coś z cukru, i daktyli. Choć na smak daktyle nie były bardzo jednoznaczne, czuć ich specyficzny, lekko słodko-piekąco-suchawy efekt, nierównoznaczny z przesłodzeniem.

Krem bardzo mnie rozczarował. Mimo że był dobry! Po prostu gdybym przed nim nie poznała idealnego, nie czułabym braku tego, co sprawiało, że Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym był doskonały. Dziś przedstawiany wyszedł papkowo-suchawo, ale nie sucho. Wysoką tłustość czuć. Obstawiam, że daktyle odciągały strukturę od typowo kremowej czy chałwowej. W smaku wyszedł bardzo łagodnie, niemal neutralnie, a jednocześnie słodko - w niezgrany sposób. Przeszkadzał mi tu brak harmonii. Jego słodycz była niska i aż trudno określić, że daktylowa. Paradoksalnie, nie wyszło to na plus. Sezam starał się być neutralniejszy, co sprawiło, że pasta jakby nie wiedziała, czym chce być. Za słodka na neutralny krem sezamowy, za neutralna na coś chałwowego. Chałwa przewinęła się, ale nie miał z nią wiele wspólnego. Wyszedł słodkawo i ogólnie trochę mdławo. Wysokość słodyczy podobna jak Nutury, ale inny wydźwięk, dosadniejszy, bo nie w parze, a obok sezamu (daktyle są słodsze od cukru).


 ocena: 8/10
cena: 12,50 zł za 300 g
kaloryczność: 515 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażony sezam 91%, daktyle suszone 9%