Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: migdały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: migdały. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 września 2026

krem Bio Planet Krem Mix Orzechów Ziemne, Nerkowce, Laskowe, Migdały / Mixed nut Butter Peanuts Cashews, Hazelnuts, Almonds

Z jednej strony nie jestem fanką przesadzonego mieszania i robienia dań / produktów z powalająco dużej ilości elementów, ale muszę przyznać, że czasami mieszanie daje ciekawe efekty. W dziś przedstawianym kremie nie podobał mi się dodatek soli, ale postanowiłam zaryzykować, że to śladowa ilość "do smaku", która nie będzie wyczuwalna. Zwłaszcza, że produkt wypatrzyłam podczas zakupów z ojcem, kiedy to on płacił. W innym wypadku nie byłabym gotowa zaryzykować i dać szansy paście orzechowej z takim składem (tak, bałam się nawet takiej ilości soli).

Bio Planet Krem Mix Orzechów Ziemne, Nerkowce, Laskowe, Migdały / Mixed nut Butter Peanuts Cashews, Hazelnuts, Almonds to krem z 4 prażonych orzechów: arachidowych, nerkowca, laskowych i migdałów z dodatkiem soli.

Po odkręceniu poczułam zapach głównie prażonych fistaszków, podkreślonych solą. Przywodziły na myśl masła orzechowego typu amerykańskiego "peanut butter". Za nimi znalazło się troszeczkę nieco wytrawniejszych migdałów i trudna do uchwycenia, niezbyt zachęcająca goryczka. Trochę osłodziły je nieoczywiste, ale do rozpoznania nerkowce. Krem jednak nie wydawał się bardzo słodki, obrał tor prażono-słonawy, nawet po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia (czasem słonawe wrażenie wtedy zanika - nie w tym przypadku).

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się ogromna ilość oleju, z czego zlałam 4 łyżeczki, a wymieszałam 5 łyżeczek. Dokładnie popracowałam nad połową, którą miałam jeść, ale na samym dnie zostało jeszcze trochę suchszej części, więc zakładałam, że gdy się za nią zabiorę, jeszcze trochę zlanego oleju wróci, ale... stało się inaczej. O tym jednak za parę akapitów.
Wymieszanie nie należało do łatwych zadań, bo krem zupełnie wysechł i był twardy jak skała. Najpierw dźgałam go łyżką, by jakkolwiek olej trochę trochę wsiąkł, potem mieszałam, mieszałam i mieszałam. Dawno nie trafiłam na krem, który by aż tak zgęstniał, zastygł.
A miało co twardnieć! Był bowiem gęsty i konkretny, a także pełen malutkich kawałków i drobinek. Takich, że to już nie tylko efekt miazgowy, a po prostu krem z kawałeczkami orzechów wraz ze skórkami. Mimo męczenia się z oporem i długiego mieszania, w końcu osiągnęłam jednolity efekt bez suchych grudek. Acz krem nadal sprawiał wrażenie zbitego i zwartego.
Podczas jedzenia potwierdziła się gęstość i masywność, ale nie utrzymywała się do końca. Rozpływał się średnio powoli, początkowo konkretnie zalepiając usta. Szybko na języku zaznaczały się w nim drobinki i małe kawałki, sprawiając, że krem odebrałam jako ziarniście-piaszczysty. Były delikatne, ale nakręciły chrupkawe wrażenie, a do tego przyspieszały rozpuszczanie się pasty i ją rozrzedzały. Czasem aż prosiły się o gryzienie. Gdy z ciekawości parę razy gryzłam krem wcześniej, było bardzo chrupiąco. Mimo to i tego, jak dużo ich było, kremowość zupełnie nie uciekła. Czuć ją. Podobnie jak znaczącą, masywną tłustość orzechów oraz oleistość, która wyłaniała się z czasem.
Kawałeczki i drobinki orzechów zostawiałam na koniec, gdy pasta już zniknęła. Okazały się... różne, ale w większości chrupkie. Część subtelnie chrupkawa, delikatna, inne były twardsze (migdały, fistaszki), parę bardziej miękka (nerkowce). Znalazło się tam też trochę kruchych skórek. Ogólnie te pozornie niewymagające urozmaicenie sprawiło, że zęby ciągle miały co robić i wcale to takie niewymagające się nie okazało.

W smaku pierwsze rozbrzmiały fistaszki o znacząco prażonym charakterze. Nie była to jeszcze bardzo silna prażoność, ale miała znaczny udział w kompozycji, bo żadnych orzechów nie odstępowała ani na krok.

Arachidy po chwili zostały lekko osłodzone orzechami nerkowca. Te pokazały się i wycofały. Potem znowu lekko się wychyliły i znów się schowały. Acz tak po trochu, po troszeczku ogólnie cały czas trochę swej naturalnej słodyczy dokładały. Z tym że... potem jakoś uciekały, zostawiając tylko skąpą słodycz.

Słonawość wkraczała różnie. Czasem wraz ze słodyczą (wtedy nerkowce były mniej wyraźne), czasem trochę po słodyczy (i dopiero przeganiała nerkowce). Pokazała się i oddalała, ale w przeciwieństwie do smaku nerkowców nie znikając, a wisząc jak czasem burza potrafi wisieć w powietrzu.

Za nimi odnotowałam delikatną wytrawność i niedookreśloną gorzkość. Wytrawność jeszcze podkręciła i tak już dominujące fistaszki. Czasem dawała się dookreślić jako migdałowa, ale ogólnie zatracała się w fistaszkowości. Migdały dodawały arachidom jakby spokojną, szlachetniejszą nutkę i czasem szło o nich zapomnieć. Z kolei drobna goryczka podkreślała prażenie i gdy udało jej się trochę wychylić, przeszkadzała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach czasem przewijały się orzechy laskowe, jakby starające się trochę wspomóc nerkowce...? Nie przy każdym zagarnięciu wyczuwalne tak samo, czasem jedynie lekko pobrzmiewały, że jedząc bezmyślnie można by je przeoczyć. Acz jakby tak trochę przechwytywały słodycz.

Fistaszki w tym czasie nie próżnowały i przybrały wydźwięk amerykańskiego masła orzechowego "peanut butter". Raz po raz przemykała mi słonawość, która podkręcała prażony charakter arachidów. Drobinki i kawałeczki orzechów niegryzione wydawały się umacniać fistaszkowy smak, ogólnie upraszczać kompozycję. Przy niektórych zagarnięciach słoność była ledwo uchwytna, przy innych wyraźna.

Przy niektórych zagarnięciach sól już do końca utrzymywała arachidy, w których prażenie robiło się coraz dosadniejsze, u władzy. Chwilami prażenie zahaczało o przesadę - a wtedy trudno uchwycić orzechy inne niż arachidowe.

Czasem słodycz nerkowców końcowo jeszcze próbowała coś zaoferować, ale jednak ulegała wizji słodkawego i posolonego masła orzechowego. Gdy jednak pasta prawie znikała, a zostawały kawałeczki i drobinki, wizja masła orzechowego słono-słodkiego znikała, a smak zaskakiwał na po prostu prażony tor.

Kiedy gryzłam kawałeczki, kontynuowały prażony smak orzechów: głównie arachidowych, ale czasem odnotowałam w nich też laskowe i nerkowce. Wyraźniej je czuć, jak i migdały ze skórkami, gdy bawiłam się, wyłapując co większe i gryzłam je pojedynczo. Razem mieszały się w jeden ogólnie orzechowy, głównie arachidowy, miks. Kilka razy bardziej rzuciły mi się w oczy na język przeprażone kawałeczki fistaszków.

Po zjedzeniu został znacząco prażony  posmak fistaszków z solą, wspartych jakby wytrawniejszo-neutralnymi migdałami oraz słodyczą nerkowców. Raz po raz zaplątała się też orzechowa goryczka.

Krem mi nie podszedł. Struktura w ogóle mi się nie podobała - aż takie rozwarstwienie się i problematyczność w przemieszaniu to jedno, ale i ta konsystencja kremu najeżonego mnóstwem drobineczek, które przekładają się na chrupkość to nie moja bajka, wolę subtelniejszy efekt miazgowy lub gładkość albo od biedy gładką pastę z nieprzesadzonym dodatkiem sporych kawałków. Smak też nie spełnił oczekiwań, bo był głównie fistaszkowy i jeszcze raz fistaszkowy z malutką domieszką nerkowców, migdałów i w porywach laskowców. Wyszło więc za rozmaicie na zwykły krem fistaszkowy 100%, a jednak za słabo było czuć te inne orzechy na kompozycje ciekawszą, bardziej złożoną. Wolałabym, by te inne orzechy grały razem w zespole, a nie tylko kibicowały fistaszkom. I do tego sól - zupełnie mi tam nie pasowała, bo tylko podkreślała prażone arachidy, a zagłuszała co ciekawsze orzechy. Czyli nie wniosła niczego dobrego, a tylko uszkodziła. W tle czasem wychylał się jeszcze niedookreślony, jakby gorzkawy motyw, który też na korzyść nie działał. Im więcej kremu jadłam, tym bardziej mnie słoność męczyła i denerwowało mnie, że tak podkreśla dla mnie za mocno prażone arachidy. I choć najpierw byłam gotowa wystawić 6, przeprażenie i chowające się w nim pozostałe orzechy, przesądziły o ocenie i o tym, że więcej nie chciałam mieć z tym do czynienia.

Pozostała połowa trafiła do Mamy, która opisała to tak: "Jaka cegła! No, trzeba będzie tego oleju podlać i wymieszać. A smak, jak dla mnie obrzydliwy oprócz prażenia i soli. Coś w nim było, że mi nie smakował i oprócz fistaszków, to ja tam tego wszystkiego nie czułam. Acz na kanapkach z serem żółtym i dżemem jakoś tam dało się tego trochę zjeść, ale więcej nie chcę. Po co, skoro mamy boski (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 %?".


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: około 20 zł (za 250g; promocja)
kaloryczność: 662 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzeszki ziemne (49,7%), prażone orzechy nerkowca (20%), prażone orzechy laskowe (15%), prażone migdały (15%), sól morska

wtorek, 8 września 2026

krem GymBeam Almond Butter + Coconut + White Chocolate / Masło migdałowe z kokosem i białą czekoladą

Do dziś przedstawianego kremu miałam bardzo mieszane uczucia. Jak zwykle: podobało mi się połączenie kokosa i migdałów, bo obiecywało efekt pyszny i... naturalnie słodki. Stąd nie rozumiem i nigdy nie pojmę, dlaczego różne marki go zawsze uparcie dosładzają czy to cukrem, czy białą czekoladą. To już zawsze grozi przesłodzeniem. I sprawia, że do takich wariantów jestem sceptyczna. Dziś opisywanego, mimo że wiem, że marka Gym Beam potrafi zrobić przepyszne pasty i dlatego weszłam z nią we współpracę, sama bym nie kupiła. Za duże ryzyko przesłodzenia. Skoro jednak pojawiła się okazja otrzymania kremu, postanowiłam dać szansę. A może miało to być przesłodzenie w dobrym stylu?

GymBeam Almond Butter + Coconut + White Chocolate  / Masło migdałowe z kokosem i białą czekoladą to krem z surowych blanszowanych migdałów i kokosa z białą czekoladą.

Po otwarciu poczułam zapach przede wszystkim kokosa, dokładniej wiórków kokosowych o naturalnej słodyczy. Był to zapach łagodny i zaskakująco naturalny. Trochę kojarzył się z Orzechownia Miazga orzechowa o smaku Kokosowej Praliny, ale w wersji biało migdałowej (nie nerkowcowej). Nie wydawało się, by kokos był tu jakoś szczególnie mocno dosłodzony, a tylko troszeczkę. Białą czekoladę na tym etapie jako element dodany trudno rozpoznać, acz czuć, że krem dosłodzono (nie jednak bardzo). Można by się nabrać, że to słodki kokos ze wsparciem delikatnych płatków migdałowych ją tak tylko sugerują.

Na wierzchu olej prawie się nie wydzielił, a krem wyglądał na zastygły jak polewa z czekolady i twardy, a tylko pokryty znikomą warstwą oleju. Tak cienką, że nie było, co zlewać, ale dodającą temu... wilgotny połysk? Wystarczyło jednak tylko tknąć łyżeczką, by okazał się wilgotny i wręcz luźny.
Podczas mieszania krem nie wykazywał najmniejszego oporu. Okazał się średnio gęsty, jakby złożony z grudkowej masy z przewagą kokosa oraz oleju. Ciągnął się i już na tym etapie dał się poznać jako niegładki i potencjalnie nawet niekoniecznie kremowy. Wydawał się oleiście tłusty.
Widać w nim pojedyncze ciemne kropeczki, a także mnóstwo przemielonych wiórków.
Gdy jadłam, krem od razu wydał mi się luźny. Chwilowo zalepiał usta i jakby szybko gęstniał, aż nieco przytykał, po czym nagle łatwo się rozpływał, rzednąc i zapominając o zalepianiu czy gęstości. Przypominał wtedy trochę nadto rozrzedzony kokosowy marcepan z motywem proszkowym, który to efekt z czasem krył się wśród wiórków. Krem był rzadkawy, ale w specyficzny sposób, i oleiście tłusty. Zmieniał się w zawiesinę z jakby nieco rozwodnionego oleju i średnio przemielonych, siekanych kawałków i wiórków kokosa z dodatkiem mąki migdałowej. Migdały tu jakby nie chciały za bardzo stworzyć integralnej masy z kokosem, który dużo miał w sobie z miazgi i oleju kokosowego. Mimo to krem nie był po prostu lejąco-rzadki. Półpłynny i nawet dość zwarty, ale właśnie... rzednący. Czekoladowa kremowość wydała się mi w nim marginalna.
A gdy krem zniknął dość rzadko, w ustach zostawał posiekany, wiórkowy kokos i pojedyncze kawałeczki migdałów. Zarówno cała masa gryziona trzeszczała i skrzypiała, jak gryzione na koniec drobinki i kawałki trzeszczały i skrzypiały. Trochę jednak inaczej. Masa wydawała się trzeszcząca w pylistym kontekście, a pozostałości na koniec trzeszczały i skrzypiały głównie za sprawą wiórków kokosowych, ale z marcepanowym echem.
To, co zostało można było gryźć i gryźć. Dominował siekany kokos, wiórki o chrupko-soczystej strukturze, który wyszedł masywnie. Pojedyncze kawałki migdałów były małe, ale i one wpisały się w to poczucie konkretu, mimo że twarde nie były.
Krem pozostawiał po sobie wrażenie otłuszczonych ust.

W smaku pierwsza na przód wyskoczyła słodycz. Silna, bo złożona z intensywnej, naturalnej słodyczy kokosa oraz nieco cukrowa. Ta druga pomknęła do gardła, acz nagle jakby straciła zapał.

Kokos dał się poznać jako wiórki kokosowe o naturalnej, imperatywnej słodyczy. Bez trudu zajęły pierwszy plan, przybierając tam na kremowości. Łatwo o myśl o naturalnym, choć słodkim kremie kokosowym i wafelku kokosowym, konkretniej o wyidealizowanej Princessie. Cukrowość podporządkowała się kokosowi i choć ogólnie było bardzo słodko, wydawało się, iż wycofała się w pośpiechu.

Do kokosa po paru chwilach dołączyły delikatne migdały, najpierw podczepiając się pod motyw wafelka, a potem podmieniając go. Przewinęła się myśl o Raffello, ale długo się nie utrzymała. Na myśl przyszły mi płatki migdałowe, migdały blanszowane. One też dołożyły się do słodyczy, ale już jej nie wzmacniając, a przekierowując na jeszcze bardziej naturalny tor.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach wiórkowy kokos i płatki migdałów zrównały się. Migdały, delikatne w wydźwięku, ale nie w smaku, na tym nie zatrzymały się i po paru chwilach to one wyszły na przód. Niczym szlachetny krem z naturalnie słodkich migdałów, krem leciuteńko... domowo marcepanowy? Mąka migdałowa?

Do tych nut dochodziła też słodycz, już ta dodana. I tak pomyślałam o batonie z blanszowanych migdałów zmielonych na mąkę w białej, czekoladzie; jakimś zdrowszym cieście bez pieczenia z migdałów i kokosa też właśnie dosłodzonych białą czekoladą. Jawnie cukrową, maślaną, ale nie zasładzającą zbyt okrutnie na smak.

Jedynie w gardle biała czekolada z poczuciem drapania się za bardzo zaznaczała. W kompozycji smakowej była podległa migdałom i kokosowi. Z których to na końcówce, wraz z tym jak wiórki zaczęły przeważać nad resztą masy, wiórkowy kokos znów dominował.

Gryzione na koniec kawałki okazały się głównie kokosem. Smakowały właśnie słodkimi w naturalny sposób wiórkami. Były intensywne, pełne smaku, toteż bez trudu tonowały smakową słodycz białej czekolady. Czasem wśród nich zaplątał się subtelny akcent migdałów bez skórek.

Po zjedzeniu został posmak wiórków kokosowych i płatków migdałowych, złączonych naturalną słodyczą i swoistą łagodnością. Trochę cukrowa słodycz stanęła za nimi, ale jakby lękała się bardziej narzucać i udanie trzymała tyłów i tylko w gardle pozwoliła sobie lekko się zaznaczyć jako drapanie.

Całość wyszła smacznie, aż się zdziwiłam. Podobało mi się to, jak schowała się słodycz "dodana". Biała czekolada przez większość czasu była bardzo nieoczywista. Można by się nabrać, że całość była słodka tylko za sprawą naturalnego smaku wiórkowego kokosa i blanszowanych migdałów, a dokładniej płatków migdałowych. Myślę, że wystarczyłyby - gdyby nie dodano białej czekolady albo dodano jej mniej, nie drapała by w gardle. A ten efekt akurat oczywiście mi się nie podobał. Zdecydowanie mogłoby więc być odrobinkę mniej słodko, ale obiektywnie krem na pewno do przesłodzonych nie należał.
Łatwo rzednąca, zawiesinowa i tłusta konsystencja mnie nie chwyciła, ale tragedii nie było. Wolałabym coś bardziej kremowego, jednak przy tej oleistej tłustości dobrze, że było tak wiele wiórków i drobinek, wymuszających ciągłe gryzienie.

Raz porcję z przyjemnością zjadłam po prostu łyżeczką (czyli jak zawsze), ale nie był to wymarzony deser, bo jednak ta konsystencja jakoś tak... niezbyt nadawała się do takiego jedzenia. Raz, drugi, ok, ale nie więcej. Stąd zaczęłam kombinować i oczywistym wyborem wydało mi się dodanie kremu do twarożku z migdałami: większością blanszowanych (bo założyłam, że będą pasować wydźwiękiem) oraz dodatkiem tych w skórkach. W takim wydaniu wady konsystencji się ukryły i krem dobrze pasował. Smakowo... był mniej słodki, ale nadal wyczuwalnie "dosłodzony" (to stwierdzenie, nie zarzut). Z migdałami blanszowanymi po prostu jako tako współgrał, natomiast z migdałami w skórkach zagrał bardzo dobrze, bo to połączenie umacniało skojarzenie z Raffello. Za to sama twarożkowa baza podkreślała w kremie mleczność, więc sprawiał wrażenie bardziej słodko-mlecznego niż białoczekoladowego. Udany słodki posiłek, ale też nie chwycił mnie tak bardzo, bym chciała do niego wracać.

Konsystencja przeważyła o tym, że wystawiłam mu niższą ocenę niż Grizly Krem migdałowy z białą czekoladą i kokosem. I w podlinkowanym bardziej odpowiadał mi charakter migdałów w skórkach, acz trudno te kremy porównywać, bo tamten był po prostu o wiele bardziej migdałowy, kokos robił tylko za dodatek. Dzisiaj przedstawiany to duet migdałów - w dodatku blanszowanych - i kokosa.
Na pewno w każdym aspekcie wyszedł lepiej niż przesłodzony i zbyt lejący Vilgain Sweet Nuts Coconut Almond czy tragicznie kryształkowo cukrowy Sticky Blenders Kokos.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 27,90 zł za 340g
kaloryczność: 657 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały łuskane 40%, kokos 40%, biała czekolada 20% (cukier, masło kakaowe, mleko w proszku, lecytyna sojowa E322)

piątek, 28 sierpnia 2026

krem Holy Cow Cacao & Almond Chocolate Spread

Kremy orzechowe, które uwielbiam łyżeczkować, to te naturalne, czasem smakowe, ale z jak najmniejszą ilością cukru, a już na pewno bez dodatku oleju innego niż ten, który się z bazowych orzechów wydziela. Stąd kremy bardziej "cukiernicze" znajdują się poza kręgiem mojego zainteresowania. A już na pewno nie patrzę na czekoladowe kremy marek od czekolad. Zwłaszcza, że produkty inne niż tabliczki moich marek "degustacyjnych" wydają mi się absurdalnie drogie. Popróbowalam parę Zottera i utwierdziłam się, że są nie dla mnie. Dziś przedstawiany jednak, jak i inne marki Holy Cow, wydał mi się kusząco tani, a w dodatku miał mało cukru. Czyli w zasadzie... może miał u mnie szansę? Patrzyłam bowiem, co by domówić do jednej czekolady, na której mi zależało (Holy Cow 85 % Speciality Cacao Kerala, India Monsoon). Niezbyt interesowały mnie inne ich tabliczki, bo pierwsza jedzona nie zwiastowała, że te o niższej zawartości kakao wyjdą lepiej. Smakowe, z dodatkami w tych cenach w góry też nie były tym, co chciała bym kupić. Dopiero przygotowując wstęp do tej recenzji, zaczęłam nabierać wątpliwości. Najpierw cieszyłam się, że krem zawiera tyle migdałów, ale potem zmartwiły mnie słowa "mąka migdałowa". Co jeśli to miała być powtórka z NaMa Crema di Cocco & Mandorla? Opis zdradzał też, że kremy są mielone na kamieniu. Jakoś nie umiałam sobie tego wyobrazić i nie wiedziałam już, czego się spodziewać. O mieleniu kakao na kamieniach słyszałam, ale żeby składniki kremu...? A właśnie! Kakao. Użyto kakao z indyjskiego regionu Kerala, a migdałów, typu Avijor, z Portugalii.

Holy Cow Cacao & Almond Chocolate Spread to krem czekoladowy na bazie migdałów nieprażonych (mąki migdałowej) z niealkalizowanym kakao z Indii.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu uderzył zapach wyrazistych, ale bardzo łagodnych pod względem charakteru migdałów. Powiedziałabym, że migdałów blanszowanych i nieprażonych. Dominowały zupełnie. Czekoladowość rodem z czekolady mlecznej, w której jednak choć bez gorzkości, zaznaczyło się kakao stała za nią. Całość choć nie wytrawna, a wręcz trochę złudnie mleczna, wyszła przyjemnie subtelnie słodko. W słodyczy odnotowałam palono karmelowe echo, idealnie zgrywające się ze słodko-wytrawną czekoladą oraz naturalną słodyczą jasnych migdałów.

Na wierzchu wydzieliła się niewielka ilość oleju, bo jakaś sowita łyżeczka, którą zlałam. Co nie było łatwe, bo krem bezpośrednio pod nią był niemal płynny, więc mało brakowało, a by się zlał z nią lub przemieszał. Przemieszałam krem tyle o ile, nie ruszając dna, w nadziei, że tam będzie gęstszy. Przy samym dnie faktycznie uświadczyłam masę mniej płynną, prawie kremowo gęstawą, ale było tego niewiele - niecałe pół cm od dna.
Mieszając, odebrałam krem jako aspirujący do pewnego czekoladowego zagęszczenia, konkretu i kremowości, jednak i tak był lejący. Lejący, ale w nieco ciągnący sposób, a także miękki. Już na tym etapie zdradziła się tłustość, a także widać w nim idealną gładkość. Dostrzegłam też pojedyncze niemal czarne kropeczki, ale w strukturze zupełnie ich nie czuć. Obstawiam pyłek kakao.
W trakcie jedzenia krem potwierdził swoją półpłynność, choć w ustach nie wydał mi się taki bardzo rzadki. Leciuteńko próbował nawet zgęstnieć, pokazując się ze swojej maziście-lepkiej czekoladowej strony. Wykazywał idealną gładkość, w której czuć śliską oleistość, a także miękkość. Chociaż... kryła się w nich ledwo uchwytna pylistość. Rozpuszczał się w tempie szybkim, klejąc się do podniebienia i zębów, udając mazisty, lepko-oleisty czekoladowy smar, a potem znikając tłusto-wodniście.
Gdy z ciekawości pogryzłam masę, lekko pyliście trzeszczała.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz. Choć nie była wysoka, dominowała. Reprezentowała mleczną czekoladą z subtelnie zaznaczonym niegorzkim kakao, wypełnioną, nadzianą toffi.

Słodycz rosła szybko i porządnie, zaraz dając się poznać już właśnie jako prawie wysoka, gdy nagle nastąpiło kolejne uderzenie.

To uderzenie jednak było migdałowe. Poczułam migdały blanszowane, przejmujące część słodyczy i podające ją na swój naturalny sposób. Wydały mi się nieprażone... a zarazem karmelizowane? Słodycz przy migdałach nabrała bardziej palonego charakteru, z toffi zmieniając się w karmel. Karmel splótł się z migdałami, otulił je porządnie. Słodycz rosła.

Migdały jeszcze się nasiliły, utwierdzając mnie w tym, że były surowe. I nagle zaznaczyła się w nich lekka, leciuteńka goryczka.

Karmelowość stojąca przy migdałach spodobała się czekoladzie, bo mimo utrzymującego się złudnego mlecznego echa, poszła w wytrawniejszym, bardziej kakaowym (palonym?) kierunku. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach powiedziałabym, że czuję dobrą ciemną mleczną czekoladę o ok. 60% kakao.

Goryczka migdałów szybko leciutko się nasiliła. Na obraz migdałów blanszowanych nałożyła migdały ze skórkami, bardziej charakterne, ale też w 100% surowe. Pilnowały, by mimo rosnącej słodyczy i nasilającego się wątku czekoladowego, to właśnie migdały odgrywały najważniejszą rolę.

Migdałowa, subtelna gorzkawość obudziła w czekoladowości goryczkę i oddała ją właśnie czekoladzie. Cały czas była niska, ale ta czekoladowa ciut wyższa niż migdałowa, która zresztą zaraz zniknęła. Ciemna mleczna, gorzkawa czekolada stanęła więc obok migdałów na powrót jasnych i blanszowanych. Słodycz w tym czasie trochę odpuściła i wycofała się. Pobrzmiewała jako karmel. Czekolada wraz z jasnymi migdałami zaczęła się chylić w stronę esencjonalnego nierozwodnionego mleka migdałowego.

Gdy jednak słodycz wychwyciła, że migdały zapomniały o motywie skórek, na powrót trochę wzrosła. Za sprawą czekolady ciemnej mlecznej (może wegańskiej alternatywy "mlecznej" migdałowej?), ale właśnie jednak słodkiej. Czasem aż ryzykownie. Jakby tak... to taką jak opisana tabliczkę nadziać karmelem. Ocierającym się o drapanie w gardle.

Po zjedzeniu został posmak wyrazistych migdałów - powiedziałabym, że mieszanki blanszowanych i tych w skórkach oraz słodkiej ciemnej, złudnie mlecznej czekolady z nutą karmelu. Czułam się lekko prawie przesłodzona.

Krem okazał się bardzo smaczny, a jego największą wadę widzę w konsystencji: wolałabym znacznie gęstszy krem. Krem, a nie niemal kremowy sos. Tam na samym dnie krem wydawał się cudny. Smak niewątpliwie nadrabiał, mimo że i do niego mam drobny zarzut. Wolałabym nieco niższą słodycz, a jednak więcej czekoladowej gorzkości. Przyjemny klimat nieprzesłodzonej, choć słodkiej czekolady ciemnej mlecznej, gdzie kakao się nie zatraciło nie zagłuszył, ale mocno podkolorował migdały. To one dominowały jako raczej blanszowane, choć nie wyprane z charakteru. Goryczka zawitała i do nich jako akcent skórek, i do kakao, co nadało kompozycji głębi.
Krem znacznie lepiej sprawdził by się w czymś, do czegoś (np. do twarożku) niż do jedzenia łyżeczką jak jadłam ja.

Trochę kojarzył mi się z Foods by Ann Chocolate & Coconut Spread, ale bez kokosowej nuty. Dziś przedstawiany był bardziej migdałowy, ale zarazem słodszy i mniej gorzki. Bardziej wyważony harmonijny pod względem słodyczy i gorzkości. Ja jednak wolałam bardziej gorzki podlinkowany. W kwestii słodyczy - w zasadzie była bardzo zbliżona, bo choć podlinkowany zawiera około 13% cukru (zliczyłam ten w czekoladzie i ten dodany do samego kremu), a dzisiaj prezentowany 15%, to jednak tam zastosowano cukier kokosowy o bardziej władczych zapędach.
Dziś prezentowany charakter Foods by Ann Chocolate & Coconut Spread jakby połączył trochę z Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts. Ten był z orzechów laskowych, ale miał bardzo podobną konsystencję i był bardzo słodki, choć ten Vilgain już zdecydowanie słodki w złym sensie.


ocena: 7/10
cena: € 9 (za 200g; około 39 zł)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mąka z nieprażonych migdałów 77%, cukier trzcinowy 15%, niealkalizowane kakao w proszku 8%

poniedziałek, 25 maja 2026

krem Spichlerz Zdrowia 100 % Naturalne Masło Migdałowe

Odkąd zjadłam krem Sticky Blenders Migdał Vegan, wiedziałam, że będę chciała do niego wrócić. Albo do zbliżonego. Choć gdy mam jeść migdały, zdecydowanie wolę te w skórkach od blanszowanych, odkryłam, że kremy z blanszowanymi są... Niesamowite, odbierające mowę. Gdy mijałam nowe stoisko w galerii handlowej, w której raz w miesiącu bywam w Auchan, nie mogłam przejść obojętnie. Wypatrzyłam bowiem słoiczek, który natychmiast skojarzył mi się z podlinkowanym.

Spichlerz Zdrowia 100 % Naturalne Masło Migdałowe to krem 100% z blanszowanych migdałów.

Po odkręceniu poczułam niecodziennie delikatny zapach migdałów, kojarzący się z nierealistycznym marcepanem, zrobionym tylko i wyłącznie, w 100% z nieprażonych migdałów, bez dodatku żadnego słodzidła. Mieszał się z właśnie mieloną mąką migdałową i dosadną nutą oleju roślinnego, ogólnie neutralną roślinnością, śmietankowym echem - takiej bardzo tłustej, minimum 30% śmietany, a także krył w sobie leciuteńką słodycz. Ta, jak i motyw dziwnego marcepanu, przybrały na znaczeniu po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia.

przed i po uporaniu się z olejem
Krem miał bardzo dziwną strukturę. 
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju. Zlałam jakieś 5 łyżeczek, a od razu wymieszałam 3,5 łyżeczek. Robiłam to bez przekonania, bo w zasadzie krem nie wydawał się suchy, ale... daleko mu było do formy kremu-pasty orzechowej. Niestety, ile nie lałabym oleju, nie przybierał na kremowości, więc po tej ilości sobie darowałam. I bardzo dobrze! Na spodzie zostało bowiem trochę... niezupełnie suchych, ale suchszych kawałków i te w smaku były najlepsze, najwyrazistsze.
"Krem" przybrał formę papkowatego marcepanu z oleistym motywem. Im więcej dolewałam oleju, tym bardziej rzadki, ale wciąż tłusto-papkowaty się robił. Za nic nie przybierał na kremowości, wciąż utrzymywał formę masy-zbitki grudek. W trakcie jedzenia w dodatku odnotowałam, że co i raz olej jakby z niego wypływa - no nie chciał się łączyć i już.
W ustach krem rozpływał się w średnio-szybkim tempie. Chwilowo nieco gęstniał i jakby zwiększał objętość, ale daleko mu do kremowości. To raczej papka, grudki pozlepiane olejem, oleistą zawiesiną. Zalepiało to na moment konkretnie. Po chwili szedł w kierunku rozrzedzonej olejem masy marcepanowej z kawałkami migdałów, których sporo kryło się w grudkowatej masie. Czuć wysoką oleistość, a "krem" (?) rozchodził się w ustach na marcepanową, trochę zawiesinową papkę z mnóstwa drobinek, grudek i trzeszcząco-skrzypiących marcepanowych wiórków migdałowych. Czułam się, jakbym jadła miazgę i schłodzony olej kokosowy z rozmieszanym marcepanem.
Zagarniając uważnie, da się zagarnąć trochę samego gładkawego tłustego lepiszcza, bez kawałków.
Gryzione grudki, małe kawałki i wiórki trzeszczały i skrzypiały jak marcepan. Spora ilość małych kawałków okazała się subtelnie miękka, jakby marząca o chrupkawości. Pogryzienie wszystkiego, co w ustach zostawało trochę trwało.
Całość miała tak nieprzyjemną strukturę, że te wszelkie kawałki aż się chciało gryźć szybciej, już w trakcie rozpływania się masy.

W smaku pierwszą poczułam nutę jakby roślinną, a po chwili oleistą. Do głowy przyszedł mi olej roślinny... który zaraz zaskoczył na migdałowy tor.

Ten wprowadził marcepan - podobnie jak w zapachu dziwny, bo zupełnie niesłodki. Jakby marcepan zrobiony jedynie z migdałów, czysty 100% migdałowy twór. Migdałowy smak zaczął przybierać na sile, a oleisty wątek odszedł na tyły. Jedynie lekko pobrzmiewał.

Gdy zagarniałam masę z dna, tę suchszą, z którą nie wymieszałam oleju, odkryłam, że była intensywniej migdałowa, a oleista w stopniu znikomym. Wierzch, ten najdokładniej przemieszany z olejem, pobrzmiewał olejem zbyt wyraźnie, że to aż rozbijało smak migdałowy.

W tle też zaznaczyła się nieśmiała słodycz. Jakby trochę śmietankowa? Najpierw pomyślałam o zwykłej śmietance minimum 30%, wręcz naturalnie słodkawo-mdławej, ale z czasem i ona uległa ogólnej migdałowości.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach przyszły mi do głowy domowa mąka migdałowa i płatki migdałowe. Łagodne, nieprażone i leciutko słodkie. Za ich sprawą migdałowość wzrosła znacząco i nagle zrobiła się bardzo wyrazista. Czułam neutralne, blanszowane i nieprażone migdały. Ich neutralność igrała trochę ze słodyczą. Marcepan na pewien czas zniknął.

Raz po raz przemknęła mi jakby... niemal neutralna wytrawność? Do mąki migdałowej podkradł się akcent ciecierzycy. Nie przy każdym zagarnięciu jednak.

Słodycz na pewien czas lekko wzrosła, pozwalając także śmietance skąpać się w migdałowej chwale. Wraz z wyłanianiem się kawałków trochę nasilał się smak blanszowanych surowych migdałów, też właśnie z nutą śmietankową, już trochę słodszy.

W zagarnięciach, gdzie było mniej kawałków, a więcej "tłustego lepiszcza" smak robił się bardzo oleiście mdły i aż mało migdałowy.

Blanszowane, delikatne migdały końcowo trochę złagodniały, wracając do płatków migdałowych.

Gryzione kawałki serwowały łagodny smak słodkawo-neutralnych migdałów blanszowanych. Raczej surowych i choć ogólnie bardzo delikatnych, to po tej oleistej kompozycji, całkiem wyraźnych.

Po zjedzeniu został posmak właśnie płatków migdałowych. Delikatnych, naturalnie słodkawych, ale w zasadzie bardziej neutralnych. Czułam też lekką, prawie nieistotną oleistość.

Część na dnie, ta suchsza, złożona niemal z samych kawałków, była najsmaczniejsza. Im więcej oleistej masy, tym smakowo było gorzej.

Krem... nie podszedł mi. Nie podobała mi się struktura papkowatego lepiszcza z dodatkiem marcepanu. W trakcie jedzenia dolewałam trochę olejku i na bieżąco mieszałam, ale za nic nie chciało ułożyć się to w krem, a szło po prostu w kierunku rzadszej i bardziej oleistej marcepanowej papki. Smak w porządku, ale niestety też szedł w oleistość. Gdyby nie struktura, 6 by zdobył, bo był łagodnie słodkawy, bardziej neutralny i w dużej mierze bez wielkich wad... gdyby tak nie dodać do niego tego oleju, a cały zlać. Żałuję, że nie zlałam całości, bo część suchsza była nawet smaczna. Ta rozrzedzona olejem zbyt mdła. Ogół dziwnie kojarzył się z niesłodkim marcepanem, co było dość osobliwe, ale potem płatki migdałowe i same blanszowane migdały przy wtórowaniu śmietanki wyszły smacznie. Trochę przeszkadzała mi smakowa oleistość, ale akurat to nie była wielka wada. 
Dziwny twór. Mam wrażenie, że po prostu za krótko miksowali, mielili migdały, przez co nie osiągnęli efektu kremu, zatrzymując się przy etapie mąki migdałowej (z czymś podobnym zetknęłam się w przypadku NaMa Crema di Cocco & Mandorla) i oleju. Kremy orzechowe do 200g zjadam na raz, a tego nie byłam w stanie i po 133g odpadłam. To najgorszy krem 100% jaki jadłam w ciągu ostatnich lat (gorszy był tylko Sante Go On Peanut Butter Smooth 100 % Peanuts).

Resztka przypadła Mamie, która tak to opisała: "Ależ ten krem jest... żaden, prawie bez smaku, bez charakteru. Wzięłam tylko co i już mi się odrobinka oleju wydzieliła. Nijaki. Nałożyłam go na ciasto dyniowe z cynamonem i kompletnie się nie sprawdził, bo nic nie wnosił. Już bardziej do tostów z serem i dżemem mi pasował, ale też... w sumie go nie czuć. Bez sensu to jeść według mnie, jak się zatraca we wszystkim i go nie czuć. Nie podoba mi się". 


ocena: 5/10
kupiłam: stoisko-wysepka Spichlerz Zdrowia w krakowskim centrum handlowym Bonarka
cena: 20,99 zł (za 200g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały

piątek, 8 maja 2026

krem GymBeam Almond Butter / Masło migdałowe 100 %

Od jakiegoś czasu myślałam o zamówieniu jakiś kremów GymBeam, więc nawet trudno opisać moje zdziwienie, gdy marka napisała do mnie z propozycją współpracy. Bardzo się ucieszyłam, bo kilka już jadłam i były naprawdę smaczne. Spodobało mi się podejście firmy, atmosfera. Sama wybrałam, jakie produkty i kiedy chcę otrzymać do testów, stąd liczyłam, że to będzie bardzo miła przygoda. Od którego zacząć? A tu o dziwo nie miałam najmniejszego problemu, bo po prostu chodził za mną krem 100% z migdałów. Chciałam jakiś większy słoik takowego, bo po głowie chodziło mi parę rzeczy, które chciałam z nim zrobić (co u mnie nie jest takie typowe, ponieważ przeważnie kremy orzechowe jem po prostu łyżeczką). I do tych wymysłów potrzebny mi był właśnie bardziej "ciemny" migdałowy krem, nie z migdałów blanszowanych, ale z kolei nie za ciemny. A dziś przedstawiany dokładnie tak wyglądał. Na marginesie dodam jeszcze, że wszystkie słoiki, które otrzymałam w 2026 urzekły mnie zabezpieczeniem, a więc sreberkiem z języczkiem, który jest może detalem, ale niesamowicie ułatwiającym życie - wreszcie kremy, w których sreberko to można łatwo i czysto po prostu zerwać!

GymBeam Almond Butter / Masło migdałowe to krem 100% z prażonych migdałów.

przed i po uporaniu się z olejem
Po zerwaniu zabezpieczającego sreberka rozszedł się wyrazisty zapach migdałów średnio mocno prażonych z dodatkiem soli. Udawały trochę precelki... Wypieczone, lekko posolone, ale też pokryte miodem. Słodycz bowiem także się zaznaczyła, a nasiliła po uporaniu z olejem. Wtedy słoność przeszła jedynie w echo.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju, z czego zlałam trochę więcej niż 3 łyżeczki.
Od razu wymieszałam jedynie to, co mocno przemieszało się na wierzchu już z samą pastą, czyli jakieś niecałe 0,5 łyżeczki.
Olej zawsze zlewam do słoiczka i w przypadku większych słoików ewentualnie później dolewam. W tym przypadku ogólnie (to jeszcze do aktualizacji, bo kremu jeszcze nie skończyłam).

Mieszanie było w miarę łatwe i poszło szybko, mimo że krem na dole podsechł i mocno zgęstniał. Nie był strasznie suchy czy kamiennie twardy, ale suchawy i bardzo konkretny, gęsty i zbity. Chętnie jednak przyjmował olej i łatwo było uzyskać jednolitą konsystencję. Grudki suchszej pasty prędko przybierały postać pasty idealnie kremowej. Od razu widać, że tłustość stała na wysokim poziomie, a masę urozmaicało całe mnóstwo drobinek, w tym skórek migdałów.
W trakcie jedzenia potwierdziła się gęstość, przy czym chwilowo jeszcze jakby rosła, i masywność kremu. Po chwili dał się poznać jako tłusty i syty. Czuć konkretną, sytą maślaność, jak i leciuteńką, słabszą oleistość w tle. Mimo tłustości, czasem zaznaczało się jakby suchawe echo (pozytywnie tonujące tłustość). Pasta zalepiała usta zupełnie, po czym rozpływał się powoli. Eksponowały się wówczas drobinki, tworzące miazgowy efekt. Całość odebrałam jako bardzo kremową i aksamitną.
Gdy pasta zniknęła, w ustach zostawały drobinki i kawałeczki. Niby subtelne, ale do gryzienia, ciamkania. Były głównie leciutko chrupkawe, a trochę mniej skórek trzeszczących.

W smaku pierwszą poczułam słodycz o bardzo łagodnym charakterze. Miała naturalny, migdałowy charakter, a po chwili zrobiło się wręcz maślano. Bardzo maślano, cały czas w migdałowym ujęciu. Słodycz rosła, acz tak, że krem ogólnie można nazwać średnio słodkim.
Słodycz i maślaność nakręcały się nawzajem, aż w końcu w harmonii stały się jednym.

Prażenie podkradło się subtelnie, kojarząc się trochę z precelkami. Mocno wypieczonymi, trochę wytrawnymi, ale bez soli, a... z miodem. Słodycz robiła do niego aluzje, acz od pojawienia się precelkowej nutki prawie już nie rosła.

Pieczony motyw przeszedł w wyraźne prażenie. Przybierało na znaczeniu, dając się poznać jako średnio-silne. Ciągnęło za sobą słodycz, ale ta przed silniejszym wzrostem miała duże opory.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach do głowy przyszły mi maślane, słodkie bułeczki migdałowe, będące efektem splecionej słodyczy i maślaności. Bułeczki raczej drożdżowe, z przypieczonym kruchawym wierzchem, a łagodne i puchate wewnątrz. Słodycz zrobiła się wysoka i... przez chwilę czułam wręcz "słodziuteńkość", słodycz o uroczym wydźwięku, po czym zreflektowała się. Maślaność ją stonowała (przy jej pełnej zgodzie), kierując słodziutką bułeczkę w stronę jedynie słodkawej brioszki. Zdecydowanie ostrożniejszej w kwestii słodyczy. Za to posmarowanej masłem.

Maślaność ta przy okazji wyciszyła też prażenie, które po swoim debiucie znacząco słabło.

Jego miejsce, a także precelkowy akcent, zajął wytrawniejszy motyw migdałowych skórek.  Wyłaniał się z czasem coraz bardziej, ale nie zawojowywał tej łagodnej, słodkawo-maślanej kompozycji. Jedynie przecinał słodycz i rozganiał prażenie. I to właśnie o wytrawność, nie gorzkość dbał. Skórkowy akcent stanowił jedynie dodatek.

Gdy krem zniknął, a ja zajęłam się drobinkami, które nakręcały motyw prażonych migdałów oraz ich skórek. Tu już czasem przemknęła prawie goryczka.

Po zjedzeniu został posmak migdałów prażonych znikomo, których prażenie stonowały porządnie wypieczone z wierzchu maślane bułeczki, z echem wypieczonych precelków. Oczywiście wszystko to w migdałowych ramach. Było prażono, trochę skórkowo, ale przede wszystkim łagodnie maślano. Nie za słodko, ale i nie mocno wytrawnie.

Krem bardzo mi przypadł do gustu, bo miał charakter, a nie był ani za słodki, ani za wytrawny. Harmonijny, spokojny, ale właśnie pełen po prostu migdałowego smaku. Znaczące prażenie zatrzymało się w ostatnim punkcie, jaki uważam za przyjemny: jeszcze trochę i byłoby za silne. Takie jednak ok. Poszło w ciekawe skojarzenia z precelkami i sowicie wypieczonymi maślanymi bułeczkami. Ogół właśnie wyszedł tak maślano bułeczkowo, oczywiście w migdałowym kontekście.

To najlepszy krem z nieblanszowanych migdałów, jaki jadłam. Smaczniejszy i ciekawszy niż (Sante) Auchan Pasta z prażonych migdałów 100 %, który robił aluzje do smażenia. Przebił nawet Grizly Krem migdałowy 100% w tubce, bo ten GymBeam był gęstszy i konkretniejszy.

Do jedzenia tak osobno jego mniej charakterystyczny smak niż Ekogram The Real Almond Paste, a jednak nie brak głębi przypasował mi bardziej. Nie był bowiem "podstawowy", a wyrazisty, ale jakby... Łagodniejszy w swej wyrazistości.

Czułam, że świetnie będzie współpracował z innymi elementami, ale nie będzie zbyt uległy w kompozycjach, więc zrobiłam sobie na parę testów.

Krem był pyszny także w twarożku, jednym z moich ulubionych z migdałami i domową konfiturą z płatków róż ucieranych z cukrem trzcinowym. Acz trochę się zdziwiłam, bo w twarożku okazał się... trochę za łagodny. Nie jednak zupełnie łagodny czy mdły, o nie! Był wyrazisty, ale z resztą dodatków stał na równi, mieszał się z nimi w różnych proporcjach: zależy, jak zgarnęłam widelczykiem czy jak duży, jakiego migdała kawałek się trafił. Krem podkreślały migdały w skórkach. Blanszowane z kolei jeszcze łagodziły. Całościowo przy twarożku odnotowywałam czasem echo precelków, ale bardziej kojarzyło się to trochę drożdżówkowo, więc specyficzne nutki kremu nie uciekły. Twaróg w zasadzie podkręcał myśli o drożdżowce z twarożkiem. Róża też podsyciła motyw "skórki" drożdżówki. 
Twarożek był pyszny, ale z Ekogram The Real Almond Paste wychodzi lepszy, bo bardziej wyrazisty z tyloma dodatkami jednak lepiej wychodzi, rozdając karty.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 24,90 zł za 340g
kaloryczność: 647 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: prażone migdały

czwartek, 29 stycznia 2026

krem NaMa Crema di Cocco & Mandorla

Lubię połączenie migdałów i kokosa, więc jako że nie lubię białej czekolady, ubolewam, że przeważnie kremy w tym wariancie robią z nią. A jednak nawet one potrafią smakować! Dosłodzenie tym składnikom nie przeszkadza. Stąd dziś przedstawiany krem sycylijskiej marki NaMa wydał mi się obiecujący. Acz sama marka bardzo enigmatyczna: trudno znaleźć coś o niej. Ponoć pełna nazwa to Natura & Mandorle. Chociaż... w dniu degustacji zaczął mnie martwić inny element składu. O ile w pierwszej chwili zawahałam się, czy miód aby nie przesłodzi, tak później zaczęła mnie zastanawiać ta "mąka kokosowa". Najpierw założyłam, że chodzi o miazgę / pastę kokosową, ale w końcu zgłupiałam. A może miał to być twór nie wiadomo jaki jak "manna kokosowa" wymyślona przez Basię Basię na potrzeby Basia Basia Manna kokosowa Kokos + nic więcej? No nic, pozostało sprawdzenie.

NaMa Crema di Cocco & Mandorla to krem migdałowo-kokosowy z miodem.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam silny zapach słodko-neutralnych migdałów blanszowanych i płatków migdałowych oraz mąki kokosowej. Acz... w zasadzie nie tylko kokosowej, bo w zapachu było coś ogólnie mącznego. Do głowy przyszła mi też kasza manna zrobiona na mleku kokosowym lub z dodatkiem pasty kokosowej. Słodycz trzymała się średnio-niskiego poziomu i choć sugerowała trochę ciasteczka czy raczej surowawą masę na nie, kokosowe cookie dough z białą czekoladą, to wydawała się w pełni naturalnie migdałowo-kokosowa. Miód ukrył się w naturalnej słodyczy tych elementów. A do tego... odnotowałam dziwny, niejasny kwasek. Po zlaniu oleju i w trakcie jedzenia kompozycję wyraźnie przeplatał delikatny kwasek kokosa.

Na wierzchu wydzieliło się dużo oleju, który wyglądał jakoś tłusto-wodniście. Aż ostrożnie sprawdziłam, czy nie był to miód... Nie był. Zlałam 5 łyżeczek, a odrobinę, acz nawet nie połowę łyżeczki (jakąś 1/3?) już wymieszałam. Wyglądało na to, że krem podeschnął i może tego oleju potrzebować więcej, jednak jak mieszałam dłużej, pasta przybierała bardziej kremową strukturę, jakby nasiąkając od wierzchu i wilgotniejszych części. Jadłam, cały czas mieszając, i nie miałam wrażenia, że krem był wyschnięty. Z zaskoczeniem odnotowałam, że nie był jakoś szczególnie lepki (a tego spodziewałam się po dodatku miodu).
Ogólnie cechowała go gęstość i pewien konkret, jednak nie był to wyjątkowo syty krem. Tłusty na poziomie średnio-wysokim, okazał się bardzo zwarty, acz w miękki, wręcz mięciutki sposób i trochę ciągnący.
W ustach rozpływał się w tempie wolno-średnim, pokazując się z kremowej, plastycznie-zawiesinowej strony. Choć wyglądał na gładki, okazał się pyliście-proszkowy. Gdy na próbę trochę pogryzłam masę, wiórkowo trzeszczała i skrzypiała leciutko. Oprócz proszkowości czuć w nim znikomy motyw jakby... niezbyt gładkiego sernika z mocno zmielonymi wiórkami. Był trochę lepki, ale nie od miodu, a w sposób typowy dla kremów orzechowych, a do tego miękki. Końcowo na język wylegały drobinki i małe kawałki wiórków, w których raz po raz zaplątał się jakiś średni kawałek. Trochę to urozmaicało konsystencję, ale nie było zbyt wymagające, gdy o gryzienie chodzi. Ot, raz po raz można na tym było zawiesić ząb. Zmielone wiórki delikatnie skrzypiały, trzeszczały. Przy niektórych zagarnięciach były pojedyncze drobinki, przy paru nieco więcej.

W smaku najpierw przemknął mi motyw dość mdławy, przywodzący na myśl mąkę... Acz żadną konkretnie. Dopiero po sekundzie czy dwóch do głowy przyszła mi mąka kokosowa. Swą obecność zgłosiła też leciutka słodycz.

W tle przemknął niby kwasek. Niemal iluzoryczny, trudny do uchwycenia, a po chwili prawie zupełnie kryjący się.

Zaraz odezwały się też migdały. Pomyślałam o delikatnych, surowych migdałach blanszowanych o słodko-neutralnawym charakterze. Migdały te mknęły przed siebie, szczycąc się właśnie łagodnością. Po chwili wydały mi się bardzo wyraziste w tę swoją delikatność.

Czasem, gdzieś hen, w oddali doszukałam się miodu - tak delikatnego, że dałabym się nabrać, iż to tylko złudzenie. Takiego, którego jest za mało, by poczuć, że to miód, ale na tyle, by wplótł dziwne echo. Echo, które związało się z niby nieobecnym kwaskiem? Ale coś mi tam w tle wadziło.

Początkowy mączny akcent i migdałom zasugerował trochę mączne echo. Wyobraziłam sobie zblendowane płatki migdałowe, właśnie mąkę migdałową... Acz dzielnie zawróciła ona zaraz na tor płatków i w końcu samych migdałów. Wciąż pozbawionych skórek i surowych. Migdały wyraźnie stanowiły bazę i dominowały w pierwszej połowie rozpływania się porcji.

Słodycz poniekąd wiązała się z migdałami, jednak z czasem okazało się, że płynie też z kokosa. Za jej sprawą kokos i migdały połączyły się w harmonii. Kokos stał tuż za migdałami. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach do głowy przyszło mi słodkie kokosowe cookie dough. Wciąż wiele do powiedzenia miała mąka kokosowa, ale... wyobraziłam sobie masę na ciasteczka nie tylko z mąką kokosową, ale też podmielonymi wiórkami. Pewnie z kawałkami blanszowanych migdałów. Na pewien czas kokos prawie zrównał się z migdałami.

Słodycz rosła, umacniając wizję masy ciasteczkowej kokosowo-migdałowej, a także dopowiadając jej nutkę białej czekolady. Powiedziałabym, że cała słodycz płynie tylko z migdałów i kokosa. Miód skutecznie się ukrywał w zasadzie cały czas. Nie było czuć nuty miodu, ale dziwny, niedookreślony akcent. Delikatnie pobrzmiewał mi też kwasek - właśnie związany z tych echem miodu. Nawet nie mogłam dookreślić, czy to miód wyszedł kwaskawo, czy miód podkreślał kwasek (kokosa).

Wydawało mi się, że parę razy w tle wychwyciłam mglisty kwasek wyraźniej kokosa, ale potem kokos wracał do wizji kokosowego cookie dough, robiło się drapiąco słodko i... przechodził w mleczko kokosowe? Wyobraziłam sobie kaszę mannę na mleczku kokosowym, posypaną sporą ilością blanszowanych migdałów i trochę przesłodzoną. Końcowo migdały znów postarały się trochę wyprzedzić kokosa. Albo raczej na nowo przyciągnąć do siebie uwagę. W gardle zaś trochę drapało od słodyczy, jednak jakby w oderwaniu od smaku.

Po zjedzeniu został posmak migdałowo-kokosowy, słodki w naturalny sposób, jakby tylko za sprawą migdałów i kokosa. Myślę tu o migdałach łagodnych, pozbawionych skórek oraz mące kokosowej. Ta próbowała zdobyć się na pewną neutralność, jakby wbrew swojemu naturalnie słodkiemu charakterowi. Do głowy przyszła mi masa ciasteczkowa cookie dough kokosowa z migdałami. Do głowy przyszła mi raz czy drugi biała czekolada, ale i jakiś kwasek miodowo-kokosowy pobrzmiewał. Słodycz stała na średnim, ale niewiarygodnie naturalnie kokosowo-migdałowym tonie. Miód zupełnie się ukrył, wpisując się w kokosa i migdały, ale dodając też dziwnego kwasku albo podkreślając go.
Struktura, gęsta i nie za tłusta, a jednocześnie nie sucha, podobała mi się.

Ogólnie krem wyszedł mocno średnio (w nie średniej, a wysokiej cenie), bo sporo drobiazgów mi w nim nie grało, co jak się pozbierało, to razem przełożyło się na negatywny odbiór. Nie podobało mi się, że kokos tak ewidentnie smakował mąką kokosową, a miód wiązał się z kwaskiem, który był nie na miejscu. Miodu dodano za mało, by czuć wyraźnie, że tam jest, ale na tyle sporo, by wplótł czy podkreślił nieprzyjemne akcenty i drapał. Jak układał się w wizję kokosowego cookie dough, to ok, ale wolałabym, by był to bardziej kokos pastowy albo wiórkowy. Próbowałam się wkręcić, się wczuć, ale po jakiś 25 gramach sobie darowałam. Słodko i z dziwnymi posmakami, że zwyczajnie nie miałam z niego przyjemności. Nie lubię niedookreślonych kwasków i mącznego efektu. W dodatku nie widziało mi się próbowanie tego z czymś (np. w twarożku czy z jogurtem), bo po prostu brak w tym potencjału.

Dałam Mamie, ale nie chciała, bo po spróbowaniu powiedziała: "Okropny. Nawet nie umiem nic więcej o nim powiedzieć. Migdałów jak zwykle nie umiałam uchwycić, no, kokosa może czułam... Tak, kokosa to jeszcze...".


ocena: 4/10
kupiłam: guiltfree.pl
cena: 32,49 zł (za 200g)
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały 75%, mąka kokosowa, miód

wtorek, 20 stycznia 2026

Econoce 100 % Migdały i Pistacje Krem

Kremy 100% z pistacji nie są moimi ulubionymi, a ten zaciekawił tym, że połączył pistacje z innymi orzechami. Różne pasty właśnie z łączonych orzechów wspominam bardzo dobrze. Marki tej jednak nie znałam, więc jeszcze nie byłam taka "hurra optymistyczna", bo jedzona niedawno Pi-nuts Pasta z orzechów laskowych 100 % pokazała mi, że także kremy 100% czasem mogą zawieść.

Econoce 100 % Migdały i Pistacje Krem to krem orzechowy 100% z migdałów i pistacji.

Po otwarciu poczułam dość wytrawny, "zielono"-maślany zapach. Wydał mi się bardzo świeży i surowawy. Migdały i pistacje musiano prażyć minimalnie, ale za to zaplątała się tam nutka borowików na maśle. Osłabła jednak po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia, acz nigdy nie ucichła zupełnie. Sprawiała, że zapach nie był zbyt przyjemny. Obok czułam też niesłodki, delikatny marcepan - ten z kolei w trakcie jedzenia się nasilił. W tle wychwyciłam nutkę białej czekolady, nasilającej się i... podrzucającej myśl o marcepanie oblanym białą czekoladą (o niesłodkim środku, ale właśnie słodkim wierzchu).

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju, lecz spora część na wierzchu samego kremu też była oleista. Zlałam 3 łyżeczki, a trochę - tak z pół łyżeczki? - musiałam już przemieszać, bo mocno się to samo z siebie mieszało z pastą. I właśnie: ona wcale nie potrzebowała tego dodatkowego oleju, bo była lejąco-rzadka.
Mieszając, tylko na dnie trafiłam na pewną gęstość, ale i tam nie było naprawdę gęstej masy. Całość jawiła się jako płynno-półpłynna. Przemieszałam niedokładnie, by chociaż pod koniec mieć nieco gęstszy krem. Widać pojedyncze kropeczki, ale żadnych kawałków i drobinek. Choć w opisie jest "bez skórek" czarne punkciki były właśnie nimi. I na oko już mogłam stwierdzić, iż krem jest miękki i oleisty.
W trakcie jedzenia potwierdził swoją oleistość i miękkość. Wyszedł wręcz mięciutko i niemal idealnie gładko. Choć jakby ze świetnie skrywaną, prawie nieuchwytną, znikomą pylistością. Dosłownie kilka punkcików zaznaczyło się na języku - i tak jednak na tyle małych, że nie do gryzienia. Krem kleiście zalepiał usta i wydawał się lekko gęstnieć. Mimo że ogólnie dość rzadki, popisał się pewnym konkretem, sytością. Rozpuszczał się w tempie średnim. Jego tłustość chwilami mi przeszkadzała, acz nie wyszedł okrutnie ciężko. Jej odbiór nasilała idealnie gładka struktura. Kojarzyła się z aksamitnym, gęstawym sosem - ale jednak sosem - i smarem. A jednak... przewijała się w nim ledwo uchwytna, wręcz złudna proszkowość i jakby ukryta, iluzoryczna suchawość, wychylająca się sporadycznie. Co ciekawe, nie zaburzyły tego, że krem ogólnie wyszedł gładko. Bardzo gładko.

W smaku od razu poczułam słodycz, przypominającą łagodny, maślany krem. Krem... do przełożenia ciasta, tortu o jasnym kolorze i lekko migdałowym motywie. Słodycz rosła, sugerując biało czekoladowe ganache, krem śmietankowo-maślany.

Pistacje i migdały weszły do gry powoli. Najpierw wydały mi się wyrównane, lecz po chwili jakby trochę się rozdzieliły. Acz cały czas łączyła je subtelna słodycz.

Migdały trochę wyszły na przód i przez pewien czas lekko dominowały. Szybko umacniały się w swej naturalnej słodyczy. Powiedziałabym, że to wręcz migdały słodziutkie nieprażone. Na pewno pozbawione skórek, co pielęgnowało myśli o maślano-śmietankowym, słodkim, niemal biało czekoladowym kremie. Migdały przybrały nugatową szatę.

Pistacje także zawarły w sobie naturalną słodycz, jednak one miały i wytrawniejsze zapędy. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach wysunęły się na prowadzenie, trochę prześcigając migdały. Zrobiły drobną aluzję do borowików na maśle, umocniły ogólną maślaność. Przemknęło mi echo podprażenia, ale tak subtelne, że uwierzyłabym, iż złudne. Także pistacje wydawały się raczej surowe. Dodały pewnej świeżości, jakby "motyw zieleni", a jednak potem pozwoliły, by wszystko to zalała słodycz. Pistacjowego nugatu, nugato-ganachu na śmietance i białej czekoladzie.

Migdały też zmieniły się w jakiś baton z nugatem i chyba subtelnym dodatkiem marcepanu, sowicie oblany białą czekoladą najwyższej jakości. Wysoka słodycz i maślano-śmietankowy motyw rosły i rosły, zaskakująco jednoznacznie oddając biało czekoladowy krem. Pistacje i migdały na nowo się zrównały, splotły się na biało czekoladowej arenie. Słodycz wydała mi się przez moment aż ryzykownie wysoka, po czym odpuściła, oddając pole maślaności z echem śmietanki.

Po zjedzeniu został posmak słodkich pistacji i migdałów, wkomponowanych w szlachetne, biało czekoladowe nugaty, ganasze i inne kremy, słodkości. Czuć wyraźnie, że cała słodycz bawi się tylko tymi skojarzeniami, a w istocie jest w pełni naturalna. Wyszło to surowo i łagodnie, a jednak dosadnie w tym. Jednocześnie czułam wyraźną, jakby świeżo-roślinną, wytrawność. Raz po raz przyszła mi do głowy smakowa wytrawniejsza suchawość pistacjowych skórek, ale nie wyraźnie one. Czuć, że krem był bez nich, a to jedynie złudzenie.

Krem bardzo, bardzo mi smakował, a jedyny mój zarzut dotyczy konsystencji. Szkoda, że krem nie był gęstszy i że nie czuć w nim miazgowego efektu. O ile jednak gładkość uważam za ok (miazgowość wielbię), tak rzadkość mi przeszkadzała. Smak starał się nadrobić. Wytrawniejszy zapach nie sugerował tego, jak słodko to smakowało. A jakaż to była słodycz! Aż nierealistycznie szlachetnie biało czekoladowa, nie sposób nie myśleć o ciastach z kremem, ganache'ach i nugatach w czekoladzie białej, a jednak... wszystko to płynęło tylko z natury. Migdały i pistacje bez goryczkowatych skórek serwowały 200% słodyczy w dobrym stylu. W ciemno powiedziałabym, że w kremie jest po 50% jednych i drugich. Urzekł mnie też ich surowy wydźwięk. Wytrawniejsze akcenty wyszły ciekawie - borowiki na maśle? Myślę, że to przez kontrast do słodziuteńkości, napędzonej przez blanszowane migdały, tak ten naturalny wytrawniejszy element pistacji został jaskrawo podbity.

Krem smakował mi bardziej niż np. Olini Masło z nerkowców i pistacji, ale punkt odjęłam za konsystencję.


ocena: 9/10
kupiłam: Rossmann
cena: 34,99 zł (za 175g)
kaloryczność: 668 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: migdały 60%, pistacje 40%