Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maua. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maua. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 lutego 2026

Maua India Idukki District, Kerala Trinitarios y Forasteros 71 % Craft Chocolate ciemna z Indii

To, dlaczego kupiłam tę czekoladę, jest nie do końca dla mnie zrozumiałe. Dwie tabliczki hiszpańskiej marki Maua, które jadłam były po prostu ok i jakoś marka przestała mnie ciekawić. Ta znalazła się w kolejnym zamówieniu nie dlatego, iż uznałam, że dam jej szansę. Po prostu zaintrygowały mnie nuty tej, a jednocześnie wspomnienia o tym, w jaki sposób tamte były niesatysfakcjonujące, trochę zaszły mgłą. Wierzyłam, że może mimo wszystko te nuty zrobią wrażenie, ale nie wierzyłam, że ta tabliczka może zmienić moją ogólną opinię o marce.

Maüa India Idukki District, Kerala Trinitarios y Forasteros 71% Craft Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 71% kakao trinitario i forastero z Indii, ze stanu Kerala, z dystryktu Idukki.

Po otwarciu poczułam zapach trochę suchych (i jakby trochę starawych?) orzechów włoskich i dymu, mieszających się z przyprawami o ziołowo-ostrawym charakterze. Do głowy przyszedł mi pieprz, pieprz cayenne i tymianek, albo coś w jego klimacie, zbliżonego. Do tego trochę wyraźnie cieplejszych przypraw korzennych. Te mieszały się ze słodyczą słabo palonego karmelu i wręcz trochę... wodnistą (?) słodyczą zielonych winogron. Odnotowałam też miód oraz jakby słodko-ziemisty motyw... liści? 

Trochę tłusta w dotyku tabliczka przy łamaniu dała się poznać jako delikatna, a zarazem twarda. Trzaskała wtedy głośno i chrupko-donośnie.
W ustach rozpływała się w średnim tempie. Potwierdziła się jej tłustość, ale mieszająca się z lekką pylistością. Czekoladowa masa starała się znikomo maziście pokrywać podniebienie. Była gładka i kremowa, lekko soczysta, a w tle wisiała sugestia ulepkowatości. Znikała rzadko, łącząc lekką soczystość z wodnistym motywem.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz, w której dużo do powiedzenia miały zielone winogrona oraz miód... Winogrona słodkie, ale jednocześnie trochę wodniste? Pomyślałam o konkretnie bezpestkowych, bardzo jasnych, których słodycz mieszała się z inną słodyczą. Jasny miód trochę się rozpychał, jakby chciał zawładnąć całą słodycz (a może i kompozycję?).

Słodycz ogólnie rosła, zbierało się jej więcej i więcej. Odniosłam wrażenie, że próbuje podkraść się pod owoce i zająć ich miejsce? Na pewno był to miód, ale nie tylko.

Winogrona zaczęły się rozmywać... Ich zieloność przeszła w zieleń... liści? Do głowy przyszły mi liście winogron w ramach jakiegoś dania, może sałatki... subtelnie skropionej kwaskawym dressingiem, przyprawionej ziołowymi przyprawami, w tym tymiankiem? Przewijały się też korzenne, słodkawe. Korzenna słodycz dołożyła się do ogólnego, ciągłego wzrostu słodyczy.

Pojawiła się maślaność, idąca w parze z lekką gorzkością. W zasadzie gorzkość, nawet drobna cierpkość, jakby niepewna siebie przemykała za bardziej wyrazistą maślanością. Obok miodu chyba zaznaczył się mało palony karmel...?

Owocowe echo odeszło na tyły. Przemykał raz po raz drobny kwasek - trochę winogronowy, trochę niedookreślony. Jakiś słodko-kwasek. Wtedy jednak słodycz - znów wyraźnie bardziej miodowa - upewniwszy się co do swojego miejsca na pierwszym planie, zostawiła owoce samym sobie i zajęła się czymś innym. Do miodu dopłynęła wanilia.

Wanilia mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączyła do przypraw i osłodziła także je. Zrobiły się słodsze, bardziej głównie korzenne, choć pikanteria nie dawała o sobie zapomnieć. Wanilia wymieszała się z pieprzem.

Wanilia i wytrawniejsze przyprawy przełożyły się na myśl o liściach, ale już suchych, szeleszczących i słodkawo-ziemistych.

W tym czasie owoce zdobyły się na odrobinę więcej kwasku. Pomyślałam o jasnych, średnio dojrzałych winogronach, jabłkach oraz chyba morelach, też łączących słodycz z kwaskiem. Jabłkach, szybko zmieniających się w przecier? Próbowały się przebić coraz mocniej, acz owoce ogólnie stanowiły łagodną nutę.

Po suchych liściach przyszła pora na drewno i... orzechy włoskie? Takie nie pierwszej świeżości, przypominające o lekkiej gorzkości. Nagle trochę podkręcił ją dym - w sumie zgrany z tymi liśćmi. Orzechy zdawały się trochę w dymie właśnie ukrywać, ale nie powiedziałabym, że one były jakoś szczególnie palone. Zaraz jednak masło przypomniało sobie o swojej łagodzącej roli i nieco tę gorzkość wygłaskało.

Także zapędy owoców ukróciło i je przyćmiło. Maślaność po tym zmieszała się bardzo mocno ze słodyczą miodu, idąc w stronę jakiegoś... miodowego masła. Masła jabłkowego (ale nie do końca "apple butter", które przeważnie robi się bez masła, z tego co widziałam po przepisach)? Zrobionego z miodem i wanilią, które aż zaznaczały się w gardle.

Po zjedzeniu został posmak wanilii z pieprzem - może też tymiankiem lub czymś podobnym do niego? - przechodzących w liście. Zarówno suche, cierpkawe liście, mieszających się z orzechami włoskimi, osnutymi dymem, jak i trochę liście świeższe, zielone. Może liście winogron? Oraz same winogrona z miodem i miodowe masło jabłkowe, ale o jakby... w dużej mierze zredukowanej owocowości, soczystości.

Czekolada była w porządku, ale mnie nie porwała. Za dużo było mi w niej słodyczy i maślaności, które łagodziły i owocową soczystość, i gorzkość. Słodycz miodu, wanilii i owoców, ale bez charakternej owocowości, szły nie w tym kierunku, co bym chciała i w pewnym momencie zaczynały już denerwować. Czułam niedosyt winogron, moreli i jabłek wyrazistych w smak. Liście winogron, pod wpływem ziół, w tym tymianku i przypraw korzennych z pieprzem, zmieniające się w słodko-ziemiste suche liście bardzo mi się podobały, ale niestety nie udało im się tak pokierować kompozycją tak, by było satysfakcjonująco charakternie. Odrobina orzechów włoskich i dymu nie zapewniły tyle gorzkości, ile bym chciała. Ciekawą nutą było masło jabłkowe, ale ogólnie mi całość była za maślana. I ogólnie Maua już mnie do siebie nie przekona. Tabliczka ciekawsza od dwóch poprzednich jedzonych, ale nie smaczniejsza od Maua Nicaragua Waslala Region Caribe Norte 75 %.


ocena: 7,5/10
cena: €8,60 (za 70g; około 37 zł)
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

środa, 16 października 2024

Maua Panama Finca Rio Uyama Bocas Del Toro Trinitario 72 % Craft Chocolate ciemna z Panamy

Kiedy zobaczyłam tę tabliczkę w sklepie internetowym, zwróciła na siebie moją uwagę paroma rzeczami. Przede wszystkim regionem, bo do Panamy mam słabość, i samą marką / nazwą - wszak tej nie znałam. Zamawiając z niepolskich stron, odkryłam, że w sumie jest mnóstwo mi nieznanych. Co mnie cieszyło, bo w świecie kakao było wciąż mnóstwo do odkrycia. Maüa to marka z Hiszpanii, choć po zapisie bym nie zgadła. To ponoć "mieszanka kultur wyrażona w czekoladzie", stworzona przez urodzoną w Nikaragui Sylvię i Jaume z Majorki, który zawodowo zajmuje się kakao od 2008 i który to wyjechał do Nikaragui, by tam żyć. Zakochali się w sobie, dzieląc pasję do czekolady. Ich marka ponoć łączy "ciepło Morza Śródziemnego i blask Majorki z obfitością i żywiołowością tropików, skąd pochodzi kakao". Obecnie robią czekolady z kakao nie tylko lokalnego, ale kupują też z innych krajów.
A region, o którym wspomniałam? Cóż... No przede wszystkim skusiła mnie sama Panama (dawno nie jadłam), ale Bocas del Toro - miasto w archipelagu o tej samej nazwie - od razu skojarzyło mi się ze świetnym reżyserem, Guillermo del Toro. No, bo gdyby w mojej głowie nie pojawiało się kilkaset skojarzeń na sekundę, nie byłabym sobą.

Maüa Panama Finca Rio Uyama Bocas Del Toro Trinitario 72% Craft Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao trinitario acriollado z Panamy, z regionu miasta Bocas del Toro, znad rzeki Uyama.

Po otwarciu uderzył zapach lukrecji ugłaskanej masłem i przeplecionej wyrazistą, ciężko-soczystą wiśnią. Do głowy przyszła mi też nalewka wiśniowa. Wiśniowa cierpkość mieszała się z innymi, charakternymi czerwonymi owocami (porzeczkami?) i ostrymi przyprawami. Oprócz lukrecji czułam chili i wręcz przenikliwe goździki. W oddali poczułam jakby... kwaskawy miód? A także słodycz waniliowego ciasta. Wszystko to zarysowało się na ziemistym, ale nie mocno gorzkim, podłożu. Paloność przewinęła się, podbita maślanym motywem.

Tabliczka wyglądała ulepkowato i była tłusta w dotyku, lecz przy łamaniu okazała się twarda. Wydawała dosadnie-donośne, ale nie bardzo głośne trzaski podczas łamania.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym i bardzo maziście. Wykazywała wysoką tłustość, chyląc się w nieco ulepkowatym kierunku, ale także gładką kremowość i soczystość.
Końcowo trochę ściągała.

W smaku pierwszą poczułam słodycz... miodu, a właściwie czegoś słodkiego, do czego akurat miodu dodano tak mało, że ledwo go czuć i bardziej przeszkadza, niż pomaga ogólnemu wydźwiękowi słodyczy. Przez myśl przemknęła mi jakaś jasna babka, babeczka waniliowa z dodatkiem miodu.

Słodycz jednak zaraz nabrała charakteru owoców. Pomyślałam o bananowo-jabłkowym przecierze, który zaraz przecięła ostrożna kwaskawo wiśniowa nalewka. Podkreśliła banana, który wyszedł niemal na pierwszy plan jako bardzo dojrzały owoc.

Nalewka wiśniowa jakby trochę zadrapała, po czym wzmocniła słodycz. Nieco wyraźniej wyłonił się miód. Miała ciężki charakter, choć alkoholowość po chwili się zagubiła, zostawiając samą, bardzo dojrzałą głównie słodką, ale jednocześnie cierpką i kwaśną wiśnię. Słodycz dodała do niej jeszcze truskawki... ale wręcz gnilne, ciemne.

W oddali zaznaczyła się gorzkość. Wyszła delikatnie, tym bardziej, że od razu trzymała jej się maślaność. I jakby... zbyt łagodny, przesłodzony, złudnie alkoholowy, marcepan w cierpko-ciemnej czekoladzie?
W gorzkości przemknęła mi też bardzo łagodna, czarna herbata o jasnobursztynowym kolorze.

Babeczka waniliowa zmieniła się w...  za wysokie waniliowe lody?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa znowu poczułam miód, ale tym razem już więcej. Zarysował się wyraźnie przy świeżych, kwaśnych morelach. Takich niezbyt dojrzałych, co to próbowano je dosłodzić miodem? Dosłodzone owoce pomagały wzmocnić słodycz. Mimo kwaśniejszych elementów, czuć bardziej dosadną słodycz niż niską kwaśność - ta trzymała się tyłów.

Acz w niej właśnie nieśmiało zaznaczył się... przecier tym razem bardziej... jabłkowo-ananasowy? Niby kwaskawy, ale też słodki i niknący w kompozycji.

W kwasku mignęła jeszcze odrobina śmietanki. Umocniła wizję lodów zrobionych na śmietance. Naprawdę pełnej, tłustej, przez co wyszły ciężkawo. Też dołożyła się do łagodzenia gorzkości, ale chyba też trochę słodyczy. Ta przestała być tak intensywna, ale wyszło to kosztem owoców, bo przycichły słodkie banany. Mi do głowy przyszło jakieś miodowo-waniliowe ciasto z kremem. I podane z lodami!

Po herbacie zjawiła się... odrobinka ziemi? Palono-dymny motyw trochę wzmocnił gorzkość, a ziemia ustabilizowała się. Zaserwowała ziemiście-korzenne przyprawy, z lukrecją na czele. Była słodka, rześka, ale i ostra... Tylko ostrawa? Poczułam odrobinę goździków i chili. Nieco zgłuszyły słodycz.

Po zjedzeniu został posmak ziemistych przypraw i samej ziemi. Na pewno czułam chili, lukrecję i goździki, ale nie mocno ostre. Ostrość złagodziła kwaśność moreli i wiśni. Może też gnilne truskawki?
Te były już słodsze. Ogólna słodycz jawiła się jako wysoka, ale bardzo... namieszana. M.in. czułam w niej jakby za małą ilość miodu - za małą, by go dobrze poczuć i by zachwycił, a tylko dziwnie pobrzmiewający. Bo słodko było wystarczająco, nawet ryzykownie.

Całość smakowała mi, ale parę zastrzeżeń mam. Była bardzo słodka i niestety za mało gorzka. Gdyby gorzkość była wyższa, ta słodycz byłaby ok, ale przy takiej tylko gorzkawości, mi za bardzo się rządziła. Gorzkawość łagodnej herbaty, ziemi trochę za bardzo odpuściła. Wkroczyła maślana nuta, wpuszczająca śmietankę i łagodny marcepan. Kwaśność mogłaby się lepiej rozwinąć właśnie z gorzkością. Wiśnie, wiśniowa nalewna, gnilne truskawki i niedojrzałe morele mieszały się z bardzo słodkimi bananami, co zapewniło bogaty owocowy splot, jednak o dziwo nie uczyniło kompozycji przede wszystkim owocową. Akcenty miodu i przypraw z lukrecją na czele miały wiele do powiedzenia i to chyba dlatego. Konsystencja i tłustość niestety trochę leciały w kierunku ulepka, było tłusto, co mi niezbyt podeszło. A jednak wrażenie ogólne w porządku.

Też bardzo słodka od dosłownie "owocków", ale z poważniejszym karmelem Georgia Ramon Panama Finca Quebrada Limon Trinitario 72 % była o wiele bardziej gorzka, dzięki czemu smaczniejsza. Była bogata w nuty czerwonych owoców (w tym też głównie wiśni i trochę truskawek), ale cechowała ją drzewność i orzechowość oraz nutka liści tabaki.
Korzenność i echo miodu, nieznaczną kwaśność czułam też w Zotter Labooko Panama 72 % z 2021, ale ogólnie nie były zbyt podobne ze względu na kawowe i piernikowo-chlebowe nuty Zottera. Zotter zachwycił, tylko tłustością podpadł.


ocena: 7/10
cena: 6,82 € (za 70g; około 30 zł)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 28 lutego 2024

Maua Nicaragua Waslala Region Caribe Norte 75 % ciemna z Nikaragui

Tę czekoladę też wybrałam m.in. głównie dlatego, że zrobił ją producent, o którym nawet nie słyszałam, do momentu przeglądania strony Club del Chocolate i namyślania się, co mogłabym stamtąd zamówić. Maüa to hiszpańska marka, która sama siebie opisuje jako fuzję Majorki i Nikaragui. Ponoć łączą kulturę, smaki i tradycje, starannie wybierając kakao na swoje czekolady. Byłam ciekawa efektu, nie powiem. Kupiłam dwie, a zacząć postanowiłam od swojej ulubionej zawartości kakao. O marce wiedziałam więc niewiele, ale już na wstępie bardzo mi się spodobało, jak wiele detali podają o surowcach, na których pracują. W przypadku tabliczek z Nikaragui np. kakao pochodzi z regionu Wasala, a dokładniej RACCN (Región Autónoma Costa Caribe Norte), czyli z jednego z 2 regionów autonomicznych Nikaragui, a mianowicie Wybrzeża Karaibskiego Północnego, którego podali nawet dokładne współrzędne geograficzne. Pracują tam mali producenci, którzy nie mają plantacji większych niż 2ha, skupieni w kooperatywach. Ci konkretni, od których Maua kupują, w CACAONICA R.L. Zrównoważone rolnictwo itp. - wiadomo. Zajmują się jednak uprawą nie tylko kakao. O kakao wiadomo za to, że to trinitario oraz Acriolladas, zbierane głównie od października do grudnia, a także od kwietnia do czerwca. Jako że kakaowce rosną obok siebie, wiele z nich zaczęło naturalnie wymieniać się cechami, więc powstały hybrydy. Ciekawe, że region Waslala został wręcz okrzyknięty stolicą kakao. Wspomnieli też, że ich cukier trzcinowy pochodzi z Paragwaju.

Maüa Nicaragua Waslala Region Caribe Norte 75% Organic Craft Choclate to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario i Acriolladas z Nikaragui, z regionu Waslala.

Po otwarciu poczułam prażono-gorzki zapach, kojarzący się z alkoholowymi cukierkami czekoladowymi "trufle" oraz cukierkami czekoladowo-orzechowymi. Wyraźnie pojawiły się orzechy laskowe, acz nie jako one same, a w czekoladowej toni i jako likier orzechowy. Kompozycja zaserwowała sporo alkoholu, także czerwone wino, wprowadzające owoce o nieco grzańcowych skłonnościach. Pomyślałam o kwaskawych rodzynkach nasączonych winem oraz o mieszance słodko-kwaskawych czerwonych owoców (m.in. z granatem?). W tle zaznaczyła swoją obecność także soczysta, ale nieco ciężej, wędzona śliwka... w czekoladzie i alkoholu? Łączyły alkohol i soczystą świeżość.

Tabliczka wyglądała na kremową i masywną. Przy łamaniu trzaskała nie za głośno, ale dosadnie chrupko. Brzmiała trochę jak suche i cienkie, częściowo giętkie gałązki drzew iglastych. Już przy odgryzaniu kawałka sugerowała miękkość.
W ustach rozpływała się bardzo kremowo, z ochotą mięknąc. Robiła to w umiarkowanym tempie. Dała się poznać jako dość tłusta w śmietankowy sposób. Trochę zalepiała, idąc w mazistym kierunku. Była jedynie gęstawa, niezbita i tylko lekko soczysta. Niemal do końca jawiła się jako gładko-aksamitna, a jedynie pod koniec zrobiła sugestię do pylistości, którą czułam jeszcze jakiś czas po zniknięciu kawałka z ust.

W smaku pierwsza przywitała mnie odważna słodycz. Wydała się bardzo wysoka, acz już po chwili zelżała. Wydała mi się rześka, trochę jak cukier kokosowy, lecz jej charakter zaczął przechodzić w melasę. Już cięższą.

W tym czasie przemknęła mi pudrowo-cukierkowa słodycz czerwonych owoców. W pierwszej chwili i one wydały mi się wręcz cukrowe, landrynkowe, ale zaraz soczystość nakierowała je w bardziej po prostu owocowym kierunku. Ich splot nie był jednoznaczny. Przemknęły truskawki, potem wiśnie i żurawiny. Te utrzymały się nieco dłużej... acz nie tylko jako owoce same w sobie, ale też owoce w czekoladzie. Z racji rześkości i nieco egzotycznego wątku, do głowy przyszedł mi jeszcze granat. 

Melasa do słodyczy dodała paloną gorzkość. Strąciła ona słodycz z piedestału i zaczęła się rządzić. Nie była jednak siekierą, gdyż obok znalazły się orzechy laskowe. Wyłaniały się z palonego motywu, acz same nie były gorzkie, a słodko-maślane. Z gorzkością jednak związane... jakbym jadła ciemno czekoladowe cukierki orzechowe.

Nieco cierpko-kakaowy wątek tychże cukierków wprowadził alkoholowo-czekoladowe cukierki. Zdominowały te orzechowe, lecz nie miały imperatywnych zapędów. Raczej współpracowały ze sobą, uzupełniając się. Więzy między nimi zacisnęła goryczkowata, ciężka słodycz melasy. Przez myśl przemknął mi karmel, ale słodycz robiła nawet pewne sugestie do korzenności, stąd... wydała mi się za ciepło-ciężkawa na karmel. Ale na pewno palona.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa alkoholowość trufli zmieniła się w wino. Wytrawne, z nutami owoców czerwonych. Wydało mi się też leciutko ziołowe. Pomogło owocom rozwinąć kwasek. Cały czas jednak był raczej drobny. Acz soczystość na pewno wzrosła.

Ziołowo-winny, truflowy wątek zaserwował mi jeszcze sporo wilgotnej, czarnej ziemi. I węgiel roślinny? Gorzkość wciąż miała się świetnie, zajmując nadrzędną pozycję, ale nie wyszła siekierowo. Cały czas ugłaskiwały ją orzechy laskowe prosto z czekoladowych cukierków i z echem likieru orzechowo-czekoladowego.

Węgiel roślinny i alkoholowa pikanteria z czasem przeszły w cierpko-goryczkowate zioła. Do głowy przyszedł mi suszony koper włoski (fenkuł) i anyż. Słodycz znów zmieszała rześkość i ciepło. Paloność subtelnie je podkreśliła, nie dając o sobie zapomnieć.

Po rozwinięciu kwasku, owoce zrobiły się bardziej cierpkie. Poczułam słodko-kwaskawe pomarańcze, w których skórka o gorzkim smaku sporo miała do powiedzenia. To... pomarańcza grzańcowa? Wkrojona do grzańca? Pojawiły się też słodko-kwaskawe rodzynki nasączone alkoholem oraz wędzone śliwki. Też jako cukierki czekoladowe z alkoholem. Usadziły soczystość w cięższych realiach, czemu pomogła palona nuta.

Zioła i trochę ciepłych przypraw oraz alkohol o owocowym charakterze pod koniec rozgrzewały i przypiekały język, chowając trochę słodycz cukrowo-melasowo-owocową. Ta choć w smaku nie była jawnie wyczuwalna, wraz z ciepłem zaznaczyła się w gardle, nieco już męcząco. Gorzkość jednak zelżała, a ja wyobraziłam sobie czekoladowe cukierki o orzechowych, łagodniejszych w kontekście czekoladowości, niemal śmietankowo-maślanych wnętrzach. Pod koniec zrobiło się bardziej śmietankowo, co wykorzystały orzechy laskowe, by się jeszcze raz dobrze zaprezentować.

Po zjedzeniu został posmak skórki pomarańczy jakby zatopionej w winie i niejasny duet wiśni z winem. Wyraźnie czułam alkoholowo-czekoladowe trufle... Może z orzechami laskowymi? Na pewno w cierpkawo kakaowej polewie. Wszystko to przedstawiało się na wilgotnej, czarnej ziemi z chłodną goryczką, cierpkością ziół

Całość nie tylko mi bardzo smakowała, ale też intrygowała. Jej mocno alkoholowy charakter zaserwował kolejno czekoladowe trufle, likier orzechowy, czerwono-wytrawne wino i owocowe grzańce. Myśli o czekoladowych cukierkach pojawiały się w zasadzie cały czas. Gorzkość rządziła, acz cały czas łagodziły ją orzechy laskowe (co mi nie przeszkadzało, bo same w sobie były zacną nutą). Słodycz w porywach miała bardziej cukrowe zapędy (landrynki czerwono owocowe), ale ogólnie jej ciepła melasowość dobrze tu wyszła. Mieszanka czerwonych, ale nie zbyt narzucających się owoców, znikomy kwasek także do tej ciepłej, ziemiście-ziołowej kompozycji pasowały. Rodzynki w winie, owocowość właśnie cięższa (np. wędzone śliwki) - to było to.
Nie przemówiła do mnie jednak tak mocno śmietankowa struktura i rozpływanie się szybsze, niż przyzwyczaiły mnie czekolady o tej zawartości kakao. I co do oceny się wahałam, bo jednak ogólnie była za smaczna na 8, ale konsystencja plus parę akcentów mniej w moim typie uniemożliwiały wystawienie 9. Stąd połówka, której nie lubię - gdyby rozpływała się wolniej i była gęstsza, dałabym 9.

Wyszła zupełnie inaczej niż pełna egzotycznych, rześkich owoców Vinte-Vinte Nicaragua 75 %. Co ciekawe, mimo owocowych nut żadna z nich nie była tak owocowo dosadna, mocna. Połączyła je wyraźna gorzkość i paloność, a także to, jak znacząca była nuta orzechów. W Vinte-Vinte Nicaragua 75 % jednak całej mieszanki, w dzisiaj przedstawianej tylko laskowych.


ocena: 8,5/10
cena: 6,82 € (za 70g; około 30 zł)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy