Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Choceur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Choceur. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2026

Choceur Feinherb Nuss ciemna 50 % z orzechami laskowymi

Tę czekoladę kupiłam razem z Choceur Herbe Sahne / Śmietankowa Deserowa, by opłaciła się przesyłka. Pamiętałam Choceur Feinherb Mandel, która była po prostu w porządku i pomyślałam, że dziś przedstawiana w górach powinna się sprawdzić. Wzięłam ją w nie w drugiej połowie sierpnia. Dokładniej na Jarząbczy Wierch i Jakubinę od słowackiej strony, czyli z Uzkiej doliny, parkingu. Weszłam niebieskim, dość stromym, szlakiem przez Razcestie pod Hrubym Vrchom, przeszłam na zielony szlak i tak znalazłam się na Jarząbczym. Niestety okrutnie tam wiało, więc ze zdjęciami się spieszyłam. Z niego udałam się na Jakubinę, czyli Raczkową Czubę (dowiedziałam się o tym dopiero przygotowując tego posta), którą to Słowacy zwą Jakubiną, Polacy Raczkową. Potem zeszłam widokowymi Otargańcami, zataczając pętlę.


Choceur Feinherb Nuss to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z całymi orzechami laskowymi; wyprodukowana przez WIHA GmbH (właścicielem jest grupa Storck) dla niemieckiego Aldi.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach podprażonych orzechów laskowych w towarzystwie przesłodzonej cukrem i wanilią czekolady. Ta znajdowała się nieco za orzechami i w zasadzie trochę im przeszkadzała, przybierając nieco plastikowo-duszny wydźwięk. Wanilia wyszła jakoś tak... Tanio, jak rzeczy o smaku czy o zapachu, nie z wanilią. Przez myśl przemknęły mi jeszcze... miękkie czekoladowe ciastko-pierniki (w kształtach precli, gwiazdek itp., jak pierniki w czekoladzie Tesco Gingerbread Dark Chocolate Covered Soft & Sweet) w polewie kakaowej?

Na widok tak pokaźnej ilości orzechów aż wytrzeszczyłam oczy. Nie spodziewałam się, że zobaczę właściwie orzechy zlepione czekoladą. Niektóre siedziały dosłownie jeden na drugim.
Gruba czekolada była bardzo twarda. Zarówno ze względu na grubość, jak i ogólną masywność. Przy łamaniu trzaskała, właśnie zapowiadając masywność, ale też kruchą chrupkość orzechów. W ogóle orzechy dodały tabliczce trochę elementu kruchości, rozpadania się. Orzechy albo łamały się wraz z nią (rzadziej), albo zostawały w którejś części (przeważnie). Czasem zaś w ogóle wyłamywały się i wyskakiwały z czekoladowej tafli. Zdecydowanie dominowały całe, ale sporo było też połówek oraz parę kawałków. Pochwalić się mogły wielkimi rozmiarami, ale i trochę mniejszych było. Wszystkie za to łączył fakt, że nie posiadały skórek.
Da się zrobić jedynie malutkiego kęsa-kęsika bez orzechów.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko. Czuć w tym udział cukru - nie kryształki, ale jakby rozpuszczanie się cukru pudru (?). Była gęsta i tłusta w zbito-maślany sposób, przy czym czasem zahaczała ulepkowata plastikowość. Odebrałam ją jako teoretycznie gładką, ale z marginalną pylistością. Uparcie starała się pokrywać orzechy, jak długo się dało. Wolałam je więc zostawiać je na koniec, bo gdy gryzłam wcześniej, trudno było nie gryźć czekolady. A ta wtedy wychodziła bardziej ulepkowato.
Chwilami orzechów było aż trochę za dużo, bo uciekało poczucie czekoladowości. Czułam się, jakbym jadła orzechy w polewo-czekoladzie.
Orzechy gryzione były przeważnie chrupiące. Zwłaszcza całe. Niektóre bardziej, inne mniej kruche. Wśród połówek i kawałków trafiały się pojedyncze nieco bardziej miękkawe sztuki.

W smaku od razu poczułam przesadzoną słodycz. Błyskawicznie odezwała się nuta waniliowa, raczej aromatu niż wanilii, a tuż za nią cukrowość. Przybrały duszny wydźwięk. Rozbrzmiewały na równych prawach tak dosadnie, że wydawało się, że czekolada na słodyczy zakończy.

Orzechy laskowe dość szybko zaznaczały swoją obecność. Gdy robiąc kęsa zahaczyłam o któregoś, oczywiście od razu wyraźnie, a tak po prostu podkradając się pod słodycz.

Orzechów nie musiałam rozgryzać, by poczuć ich akcent. Gdy z ciekawości spróbowałam samej czekolady, okazała się lekko przesiąknięta prażonymi orzechami, ale w zasadzie zaskakująco słabo. Bez nich za to wydała mi się wyraźniej lukrowo-śmietankowa i bardziej waniliowa niż "o smaku wanilii".

Słodycz obok orzechów trwała w najlepsze. Niewiele robiła sobie z ich motywu - nie dały rady jej przełamać. Wanilia i cukier z czasem ułożyły się w motyw śmietankowego frostingu, śmietankowego lukru.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do słodyczy doleciała lekka cierpkość, która skojarzyła mi się z przesłodzonym, proszkowym budyniem czekoladowo-kakaowym. Przemknęła mi też smakowa, orzechowa kawa instant. Gorzkości jednak na próżno tu szukać.

Gdy z ciekawości ze dwa razy pogryzłam orzechy obok czekolady, rozbrzmiały wyraźnie, jednak zamiast przełamać słodycz, sprawiły, że czekolada wyszła bardziej plastikowo. Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Acz nawet bez rozgryzania orzechów, baza chyliła się trochę w plastikowym kierunku tego właśnie naaromatyzowanego budyniu nie najwyższych lotów. Plastikowo kakaowo-czekoladowego, w którym kawa szybko się zatracała, ale w którym znalazł się lukier i duszna wanilia. Właśnie też jakaś trochę plastikowa, acz starająca się zaskoczyć na naturalniejszy tor.

Do głowy przyszła mi jeszcze tania polewa waniliowa i jakaś cukrowo-lukrowa glazura np. na piernikach, którą próbowano uszlachetnić wanilia. I tak było jednak za słodko, a w gardle robiło się trochę ciepło. Acz przy tej ilości, czekolady nie było znowuż tak wiele, by mogła bardzo drapać. I tak jednak męczyła słodyczą i w zasadzie brakiem czegokolwiek innego. I tak bardzo delikatną gorzkość przysłoniła łagodna, maślana nutka.

Acz lekki akcent... a'la kawowy kawy instant z cukrem? Pierników czekoladowych w polewie kakaowej? Chyba próbował się jakoś chociaż w tle, za słodyczą, zaznaczyć.

Orzechy gryzione na koniec bez trudu przebijały się zza czekolady. smakowały naturalnie słodko, średnio mocno prażonymi laskowcami. Niektóre próbowały udawać surowawe. Gdy brałam się za orzechy, czekolada odchodziła w niepamięć.

Po zjedzeniu został posmak prażonych orzechów laskowych, w których czasem zaplątywała się goryczka. Ta wiązała się z cierpkością samej czekolady. Ta miała w sobie coś z kawy, ale jako proszkowy budyń czekoladowo-kakaowy. Ogólnie czułam też przesadzoną, duszną waniliowa słodycz i lekkie drapanie cukru w gardle.

Orzechów było aż za dużo, przez co ogół wyszedł mało czekoladowo. A jednak tak smakującej czekolady nie chciałabym więcej. Jako więc że orzechy były dobre, szczęśliwie nieprzeprażone, zwłaszcza w górach można zjeść. Przyszło mi ją kończyć w domu i... choć kiepskość i słodycz bazy dawały się we znaki, to też do zrobienia. Dziwne, jakby dobre, naturalnie smakujące orzechy podkreśliły kiepskość czekolady, a nawet ją... spotęgowały? Np. wanilia kojarzyła się z aromatem, mimo że dodano po prostu ekstrakt.
Gdy tak pomyślałam o Choceur Feinherb Mandel - czekolady w zasadzie były podobne, jednak migdały bardziej smakowo wtopiły się w czekoladę, wydobywając z niej nuty pierników i kawy. Orzechy laskowe były wyczuwalne jakby obok, przez co czekolada pozwoliła sobie na więcej tandety. Słodycz obrała w niej nieprzyjemnie lukrowo-waniliowy wydźwięk, a niska gorzkość i część wanilii poszła w plastikową czekoladowość.


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 12 zł (za 200g)
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, orzechy laskowe, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy

środa, 12 listopada 2025

Choceur Herbe Sahne / Śmietankowa Deserowa mleczna ciemna 45 %

Nie mogłam przeboleć, że Aldi wycofał Chateau Weisse Kokos / Biała z Kokosem i płatkami kukurydzianymi. Szukając, czy i z internetu ją wymiotło, przewijała mi się obecna oferta Aldiego i przypomniały mi się czekolady śmietankowe, od których w 2015 obudziła się moja miłość do odkrywania czekolad o wysokiej zawartości kakao. Pomyślałam, że z sentymentu mogłabym sobie taką - konkretniej Chateau Herbe Sahne / Mleczna Deserowa - przypomnieć, ale... Odkryłam, że chyba takie też wycofano. Ogólnie Chateau chyba przestały istnieć. Wiele smaków w Aldim się uchowało, jednak zmieniła się marka na Choceur. I gdy doszłam do wniosku, że te śmietankowe - czy to Chateau, czy Choceur - nie są już robione, zamówiłam ostatnią dostępną na allegro. By po paru tygodniach odkryć, że chyba jednak akurat te w Aldim wciąż bywają.


Choceur Herbe Sahne / Śmietankowa Deserowa to po prostu czekolada o zawartości 45% kakao ze śmietanką i mlekiem; wyprodukowana przez WIHA GmbH (właścicielem jest grupa Storck) u mnie dla niemieckiego Aldi.

Po otwarciu poczułam wyraźny, a zarazem łagodny zapach gęstej śmietanki, wręcz bitej śmietanki, stojącej obok cukrowej słodyczy. Tej trzymało się słodkie, waniliowo-jajeczne echo - niczym jajka ubite z cukrem i dosłodzone wanilią? Za tym zaznaczyła się palona cierpkość kakao, sprowadzająca słodycz do średniego poziomu.

Tabliczka w odcieniu czekolady mlecznej o podwyższonej zawartości kakao była twarda, acz przy łamaniu nie trzaskała, a pykała. Twardość wynikała więc głównie z grubości. Tabliczka ogólnie wydawała się masywna i konkretna. Z kolei przy odgryzaniu kęsa, wydawało się, że zęby stykają się z kawałkiem potencjalnie miękkawym. Trochę się też przy łamaniu kruszyła.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, pokrywając podniebienie lepkawymi smugami. Zachowała poczucie masywności i konkretu, ale w żadnym razie nie mogłabym nazwać jej twardą. Miękła, bardzo luźno zachowując kształt i wykazując wysoką tłustość pełnej śmietanki. Ogólnie wyszła właśnie bardzo pełna, choć z łatwością rzedła. Znikała w ogóle rzadko-wodniście, lecz wciąż tłusto.

W smaku przywitała mnie średnio wysoka, ale intensywna słodycz. Otarła się o cukrowość, acz zaraz dołączyła do niej śmietanka, trochę osłabiając poczucie cukrowości...

...i całkowicie zalewając usta. Pełna śmietanka - bardzo tłusta, zwana w anglojęzycznych przepisach "double cream", co najmniej 36% (ok, moje wyobrażenie o takiej) - pokazała się w pełni. Podkradło się do niej mleko, sprawiając, że kompozycja zrobiła się bardziej przystępna, harmonijna.

Słodycz w tym czasie pozwoliła sobie na dość szybki wzrost. Cukier mieszał się z waniliowym motywem, przywodząc na myśl cukier waniliowy - niekoniecznie wanilinę, ale i nie najszlachetniejszą, najprawdziwszą wanilię. Przemknęła mi jeszcze nuta... cukru ubijanego z jajkami? Sprawiło to, że ogólna słodycz choć nie przesadzona, miała ciężkawo-intensywny wydźwięk.

Zza coraz to kolejnych śmietankowo-mlecznych fal i odważnej, słodyczy, sporadycznie zdradzającej cukrowość, wyłoniła się cierpkość kakao. Początkowo prosta i delikatna, jednak nie pozostawająca bierna.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kakao połączyło się w jedno ze śmietankę, przekładając się na myśl o kakaowej bitej śmietance - takiej jak z deserów z koroną (np. Ehrmann High Protein Double Choc). Tylko takiej naprawdę mocno kakaowej. Śmietanka ta mogła osiąść na jakimś kakaowo/czekoladowo-maślanym, budyniowatym deserze (coś jak już wspomniany).

Pojawiła się nawet subtelna gorzkość o palonym charakterze. Przełamała słodycz, zastopowała jej wzrost i jeszcze podkreśliła pełną śmietankę, mieszając się z nią w harmonii poprzez kakaową maślaność.

Słodycz zatraciła cukrowość, chwytając się waniliowo-jajecznego motywu. Nie straciła jednak dosadności. Gęsta śmietanka 36%, śmietanka kremówka otuliła ją bardzo mocno, a końcowo także gorzkość. W stosunku do niej była mniej litościwa, gdyż przygłuszyła ją prawie zupełnie.

Ostała się tylko leciutka cierpkość, zupełnie podporządkowana splotowi śmietankowo-mlecznemu, który pozwolił przy sobie pobrzmiewać średnio wysokiej słodyczy. Potrafiła zaznaczyć się w gardle, ale nie drapać i nie męczyć w nim.

Po zjedzeniu został posmak cierpko kakaowej bitej śmietanki, trochę goryczkowo-palony, oraz pełnej tłustej śmietany. Było bardzo śmietankowo, ale i trochę mlecznie, więc nie przytłaczająco, nie aż tak bardzo tłusto-śmietanowo. Słodycz stanęła na poziomie średnio-wysokim, mając dosadny wydźwięk waniliowo-jajeczno-cukrowy, acz nie męczącym.

Czekolada nie smakowała mi aż tak, jak śmietankowe smakowały mi kiedyś, ale przyznaję, że była bardzo dobrze zrobiona, choć... ja wolę bardziej śmietankowo-mleczne tabliczki niż aż tak intensywnie, wręcz jaskrawo śmietankowe - pewnie dlatego, że zwyczajnie nie lubię śmietany, a jej nuty potrafię jedynie doceniać w zacnym otoczeniu. Tu śmietana grała pierwsze skrzypce. Odrobinka cierpkiego kakao jednak ładnie się przy niej zarysowała, a słodycz serwowała ciekawe, waniliowo-jajeczne, a nie tylko cukrowe nuty, stojąc na średnim poziomie.

Dziś przedstawiana wydała mi się bardzo podobna do Chateau Herbe Sahne / Mleczna Deserowa acz troszeczkę mniej gorzkawa (i mniej palona?) i bardziej tłusta smakowo - jakby... odrobinę więcej dali tłuszczu kakaowego kosztem miazgi kakaowej? Tak jednak malutko, że w składzie nic się nie zmieniło (w kaloriach natomiast owszem). Acz różnica to minimalna. Jednak aż mnie zaintrygowała i zaczęłam przeszukiwać internet. Podlinkowana miała "40,7g" tłuszczu na 100g, dziś przedstawiana 41g. Czyli coś faktycznie w tłuszczu pozmieniali (acz po tym trudno orzec, co, bo w sumie sama miazga też jest tłusta), a w tym przekonaniu utwierdza mnie jaśniejszy kolor.
Jak dla mnie ryzykownie słodka i mało, bardzo mało kakaowo-gorzka, jednak na ochotę na coś słodkiego i właśnie śmietankowego, w porządku, by trochę jakiegoś odpowiedniego dnia na taką zjeść.


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 12 zł (za 200g)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku (15,7%), pełne mleko w proszku (3,9%), lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii

niedziela, 31 sierpnia 2025

Choceur Orzechowa (Nussbeisser) Czekolada Mleczna z Całymi Orzechami Laskowymi

Nie spodziewałam się, że ta czekolada się u mnie pojawi, ani że w zasadzie to nią rozpocznę górski sezon. Poczęstowano mnie nią w drodze niebieskim szlakiem przez las na Lubań. Było bardzo stromo, a pogoda kojarzyła się raczej z wiosną czy jesienią niż zimą, choć było to pod koniec stycznia. A jednak... zabawnie wyszło, bo przecież Chateau Orzechowa (Nussbeisser) Czekolada Deserowa z Całymi Orzechami Laskowymi sezon górski zakończyłam. Miło więc, że zaczęłam bardzo podobną. Normalnie by mnie nie interesowała, ale ostatnio Aldi zaczął zmieniać nazwy marek własnych. Od dawna słyszałam głosy, że Chateau i Choceur to to samo, ale ja wolałam zweryfikować, czy dzisiaj przedstawiana to na pewno 1:1 to samo co Chateau Nussbeisser Edel-Vollmilchschokolade mit Ganzen Haselnussen. Składy miały identyczne, jednak wartości odżywcze trochę różne. A jeśli nie to samo, to chciałam sprawdzić, gdzie tkwią różnice. Swoją drogą, zainteresowało mnie, dlaczego mleczna wersja czekolady z orzechami Aldiego wciąż ma okienko, mimo zmiany marki, a ciemna nie. Jako ciekawostkę dodam, że "choceur" po francusku znaczy "ohyda" - oświecił mnie znajomy. Ładną sobie nazwę wybrali, nie ma co!


Choceur Orzechowa (Nussbeisser) Czekolada Mleczna z Całymi Orzechami Laskowymi to mleczna czekolada o zawartości 32% kakao z całymi orzechami laskowymi, które stanowią 27% tabliczki; marki własnej marketu Aldi.

Czekolada pachniała intensywnie waniliowo, a dopiero potem mlecznie. To była jednak głęboka mleczność. Słodycz ogólna stała na wysokim poziomie, a prażone orzechy laskowe wystąpiły dopiero w pewnym oddaleniu za czekoladą. Zapach wydał mi się bardziej waniliowy i mniej orzechowy niż w Chateau.

Orzechów dodano dużo. Głównie całych, ale zdarzały się też połówki.
W strukturze nie doszukałam się zmian. Przy łamaniu tabliczka średnio trzaskała, orzechy zostawały w którejś z części.
W ustach rozpływała się w średnim tempie. Miękła szybko i ochoczo, choć była zbita. Wydała mi się bardzo, bardzo gęsto kremowa, tłusta i trochę mazista. Leniwie odsłaniała orzechy w większości pozbawione skórek.
Orzechy cudownie chrupały. Były lekko prażone.

W smaku od początku czułam silną mleczność i smak waniliowy. Słodycz za jego sprawą dopiero rosła. A robiła to odważnie i znacząco.
Czekolada nieszczególnie przesiąkła orzechami - ich smak rozchodził się dopiero od nich, więc w kęsach pozbawionych orzechów, nie czuć ich. W kęsach z pobliża orzechów, dało się czegoś doszukać. Gdy zrobiłam gryza samej czekolady po orzechu, wydawała się jeszcze słodsza.

Wraz z ogólną słodyczą, znacząco rosła waniliowość. Nie czysta wanilia, a smak waniliowy. Sama baza mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wydała mi się ryzykownie słodka, zbliżała się do drapania w gardle.

Mleko nie dało się zagłuszyć. Wręcz przeciwnie - jako że to waniliowość, a nie cukier, rządziła, zawiązała z nią sztamę i wydawały się nawzajem wspierać.

Gdy na próbę raz pogryzłam orzecha obok czekolady, gdy ta się jeszcze rozpływała, nie miał problemu z przebiciem się przez słodycz. Poniekąd ją przełamywał, ale jednocześnie sprawiał, że drapanie trochę bardziej dawało się we znaki.
Gryzione orzechy  jednak to osłabiały. Były naturalnie słodkie i lekko prażone. Jednym słowem: cudowne. Wtedy w bardzo udany sposób, z łatwością tonowały poczucie przesłodzenia i prezentowały się w pełnej krasie.

Posmak należał głównie do pysznych, naturalnie lekko słodkawych orzechów laskowych, które przegoniły część słodyczy. Tę trochę czuć na poziomie gardła, ale nie wyszła chamsko. Waniliowa, mocno mleczna czekolada robiła orzechom tylko za leciutkie tło.

Czekoladę Chateau Nussbeisser Edel-Vollmilchschokolade mit Ganzen Haselnussen pamiętałam trochę inaczej - nie tak waniliowo. Orzechy z kolei były bardziej prażone (ale uwierzę, że to mogłaby być kwestia egzemplarza). Ciutke więc ma inny wydźwięk, ale powiedziałabym, że producent ten sam. Robiący nieco inaczej, ale na tym samym poziomie.


ocena: 8/10
kupiłam: poczęstowałam się (ale znajomy kupił w Aldim)
cena: zapytałam: 6,49 zł
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, orzechy laskowe (27%), pełne mleko w proszku (15,3%), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, maślanka w proszku, laktoza, lecytyna sojowa, wyciąg z wanilii

PS Spragnionych czekolad ciemnych, zapraszam na aktualizację recenzji Fin Carre 74 %.

poniedziałek, 9 czerwca 2025

(Terravita) Choceur Czekolada Mleczna

Ruszając jesienią na Czerwone Wierchy, myślałam, że czekolada, która ma być najsmaczniejsza, będzie ostatnią, po którą sięgnę - była to Vanini na Krzesanicy. Z niej poszłam połączeniem szlaków czerwonego i zielonego na Chudą Przełączkę, gdzie zatrzymałam się, by włożyć bluzę. Towarzysz wyprawy zaś sięgnął po czekoladę, zdawkowo pytając, że pewnie nie chcę, bo to jakiś zwyklak z Aldiego. A mnie jakby piorun strzelił. Zobaczyłam opakowanie Chateau, marki która wielce cenię i odpowiedziałam, że z chęcią, bo właśnie Chateau są bardzo dobre. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że małe, tańsze Chateau dla tego marketu robi Terravita. Żeby było śmieszniej, opinię właśnie o Terravicie zaktualizowałam sobie jakiś czas temu w bardzo podobny sposób, bo poczęstowana na szlaku. 

(Terravita) Choceur Czekolada Mleczna to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao, produkowana przez firmę Terravita dla Aldi.

Po otwarciu poczułam delikatny, ale bardzo słodki zapach o wyraźnie cukrowym charakterze, z lekkim echem wanilii. Jednocześnie bez wątpienia czuć mleczność, wręcz śmietankę. Wkradł się w to akcent kakałkowo-cukrowej polewy czekoladowej, wyrobu czekoladopodobnego, acz był ledwo uchwytny. Razem z poziomem słodyczy sprawił, że nie był to przyjemny, a tani zapach (a nie że tylko nie w moim stylu).

Tabliczka przy łamaniu była twarda i trochę krucha. Już w dotyku wydała mi się tłusto-kremowa, a także trochę plastikowa.
W ustach potwierdziła się jej kremowość i gęstość, a także wysoka tłustość. Rozpływała się w tempie umiarkowanym, bez oporu i bardzo kleiście-lepko. Aż trochę przytykająco.

W smaku uderzyła mnie wysoka, cukrowa słodycz. Szybko zaczęła się mieszać z mlekiem. I śmietanką, co trochę łagodziło jej dosadność. I tak jednak szybko osiągnęła poziom przesady.

W oddali poczułam niedookreślony posmak. Oleiście-margarynowy? Upodobniło to czekoladę do taniej polewy, wyrobu czekoladopodobnego.

Słodycz rosła okrutnie. Zadrapała w gardle i choć przemknęło mi trochę wanilii, bardziej aromatu waniliowego, to cukier dominował. Mleczność, zaskakująco wyraźna, jak na taką cukrowość, starała się pomóc wanilii, ratować sytuację, ale i tak cukier szalał.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przemknęła wręcz aluzja do kwasku - chyba przez niemożliwą wręcz ilość cukru. 

O dziwo do końca było wyraźnie mlecznie. Z tym że mleko coraz bardziej mieszało się z tłuszczowo-plastikowym posmakiem. Tłuszczowo-mdło-wodnistym? Nie dawał zapomnieć o wyrobach czekoladopodobnych. Chyba dołożył się do tego, jak topornie wyszła słodycz.

Po zjedzeniu zostało przecukrzenie, drapanie w gardle (nic dziwnego, skoro "w tym cukry" to 59g). Czułam echo aromatu, waniliowego i coś jeszcze. Coś a'la kwasek, ale nie kwasek? A do tego ni maślaność, ni margarynę prosto z plastikowych figurek czekoladopodobnych. 

Przerażające, że w zasadzie już po połowie kostki trudno przez słodycz i taniość jeść więcej. Mimo, że w górach poczęstowałam się kostką, zaczęło mnie drapać w gardle w połowie, więc to zabrałam do domu, by zweryfikować odczucia. I w domu drugie pół znów mnie zmogło.

Przy pierwszym kęsie tknęło mnie, że jest w tym coś znajomego, ale jakby pogorszonego - najpierw zwaliłam na to, że może w warunkach górskich, w chłodzie, po znacznie lepszych czekoladach tak ją odebrałam, ale gdy wzięłam się w domu za weryfikację, miałam podobne odczucia, a po sprawdzeniu papierka wyszło na jaw, że to... Terravita. Ale jeszcze gorsza niż na krwiodawstwo ((Terravita) Czekolada Mleczna dla TwojaKrew.pl). Dziwny posmak margarynowo-tłuszczowy zwalam na polirycynooleinian poliglicerolu, bo tym - oprócz zawartości kakao - różnią się czekolady. Czyżby to Aldi zleciło tak kiepską czekoladę? Czy Terravita uznała, że na market można tak dowalić?


ocena: 4/10
kupiłam: poczęstowałam się
cena: -
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko w proszku pełne, serwatka w proszku, mleko w proszku odtłuszczona, tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyny, polirycynooleinian poliglicerolu, ekstrakt wanilii

środa, 10 lipca 2024

Choceur Erdnuss & Flakes mleczna z prażonymi, solonymi orzeszkami ziemnymi i płatkami kukurydzianymi

Po wypadzie w góry w środku lutego nie mogłam przestać myśleć o górach i już mi w głowie siedział kolejny wyskok. W ramach wracania do dawnej formy postanowiłam pozaliczać trasy piękne, ale mniej wymagające. O Sarniej Skale myślałam od dawna, bo słyszałam wiele zachwytów widokiem z niej na Giewont. Biorąc pod uwagę, że jak na samym Giewoncie byłam, widoczność była chyba gorzej niż zerowa, uznałam, że z ochotą zobaczę go z oddali, tak jak i resztę okolicznych szczytów. Czekoladę wzięłam ze sobą bardziej ryzykowną - jako że to krótka, niemęcząca trasa, nawet gdyby miało się skończyć, że za wiele jej nie zjem, nie byłoby tak źle. Dodałam ją do jednego zamówienia z Mamą, które chciała, bym nam zrobiła na Allegro. Dodając do koszyka byłam pewna, że to czekolada po prostu z orzeszkami i płatkami kukurydzianymi. Dopiero w domu odkryłam, że zawierała orzeszki... solone, jak głosił opis. Cóż, zaczęło mi grozić, że nie dość, że się zacukrzę, to jeszcze zasolę. Na konkretnych trasach nie zafundowałabym sobie czegoś takiego, ale prosta droga z Doliny Strążyskiej, a w końcu sama Sarnia wydawały się w miarę odpowiednie na potencjalne niespodzianki. W kierunku Drogi nad Reglami szlak w zasadzie był dosłownie prosty - wtedy zaczęło coś mi świtać, że trasę planowałam inną, no ale trudno. Ta też wyglądała na zacną. Dopiero potem droga zaczęła iść trochę pod górę. Mijałam sporo szumiącej wody, wodospady... Śniegu było niewiele, że na całą trasę raczki przydały się tylko przez chwilę. Do Czerwonej Przełęczy przyjemnie szło mi się po naturalnych, kamiennych jakby schodach (jedyne, jakie lubię - bo zwykłe to zło). Króciutki odcinek na szczyt i z powrotem był co prawda już o wiele trudniejszy jako że wzrostu za wiele nie mam, ale dotarłam. Nie wiem, gdzie tu niby miałabym widzieć sarnę w tych skałach, ale co tam. Na pewno wiem, że straszliwie wiało. A jednak i tak parę chwil przyjemnie tam spędziłam, porobiłam zdjęcia czekoladzie, trochę się bojąc, że mi ją zwieje, a potem zeszłam ku Czerwonej Dolinie, uważając, by nie poślizgnąć się na czerwonawej glinie. Nim wróciłam na parking w Dolinie Strążyskiej zahaczyłam jeszcze o Siklawicę. Tu już mnie utwierdziło, że poszłam jakoś dziwnie inaczej niż planowałam, bo normalnie powinnam pójść jakby chyba trochę odwrotnie, by wodospad zaliczyć przed Sarnią. No i ominęłam Kalatówki, gdzie też chciałam zajść, ale trudno.


Choceur Erdnuss & Flakes to mleczna czekolada o zawartości 32% kakao z prażonymi, solonymi orzeszkami ziemnymi (20%) i płatkami kukurydzianymi (5%); wyprodukowana przez WIHA GmbH (właścicielem jest grupa Storck) dla niemieckiego Aldi.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach jednoznacznie kojarzący się z amerykańskim masłem orzechowym o wysokiej, nieco waniliowej słodyczy i z odrobineczką soli. Płatki kukurydziane prawie się ukryły, choć po podziale raz czy drugi chyba mi mignęły. Całość jawiła się też jako ryzykownie słodka, może lekko plastikowa.

Także wyglądająca na trochę plastikową, gruba tabliczka przy łamaniu głośno trzaskała. Wydała mi się nieco krucha, acz to z racji ilości orzeszków i posiekanych płatków kukurydzianych. Tych nie pożałowano.
Czekolada w ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym. Ochoczo lekko miękła, stając się gładką masą mocno oblekającą dodatki. Wyszła tłusto mleczne, ale nie ciężko.
Gdy dodatki wyłaniały się niechętnie z czekolady, część płatków wydała mi się ostra, potencjalnie kalecząca podniebienie, ale na szczęście to tylko pierwsze wrażenie.
Ogólnie dodatków było mnóstwo, miejscami aż nieco za dużo, że tabliczka szła w kierunku ich zlepa. Rozmieszczono je za to bardzo dobrze, że trafiałam przeważnie i na to, i na to, a raz na orzeszka, raz na płatki.
Zdarzało mi się podgryzać dodatki wcześniej, ale większość przeważnie zostawiałam na koniec. 
Gryzione fistaszki okazały się lekko chrupiące i ni twarde, ni miękkie. Wyszły świeżawo - podprażono je naprawdę minimalnie. Dodano je w postaci połówek i całych orzeszków. Trafiłam na tylko kilka mniejszych kawałków.
Płatki kukurydziane zaś wystąpiły w postaci posiekanej i drobnej. Było ich bardzo dużo, miejscami stanowiły zbitki kawałków. Gryzione dały się poznać jako bardzo chrupiąco-trzeszczące. Ostrość jakoś umykała, a niektóre z czasem w ogóle lekko nasiąkały i miękły. Nie rozpuszczały się jednak zbytnio.
W czekoladzie na szczęście prawie nie było soli w postaci kryształków (a tego się trochę obawiałam) - raz czy drugi w natłoku dodatków może i coś się przewinęło, ale tak zgranie, że nie przeszkadzało.

W smaku czekolada przywitała mnie stonowaną słodyczą. W tle zawisła sugestia wanilii, a do słodyczy dopłynęła lekka mleczność.

Nagle pojawiła się myśl o łagodnym, słodkim maśle orzechowym amerykańskim. Takim... sugestywnie mlecznym. Motyw masła orzechowego płynął z całości - czekolada musiała nieco przesiąknąć arachidami.

Do mleka dołączyła lekka maślaność, umacniająca skojarzenie z kremem z fistaszków. Czekoladowość jednak niestety otarła się o drobny plastik. Słodycz wzrosła, przypieczętowując to. Nie było jednak najgorzej. Dodatkowo plus, że słodycz cały czas trzymała się nieprzesadzonego poziomu. Była wyraźna, ale nie wysoka jak na zwykłą mleczną.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mleczność także się rozkręciła, a ja pomyślałam o smakowym mleku w wariancie "peanut butter". W tle przewinął się jakby... kajmak? W którym właśnie osiadło plastikowe echo. Mimo to, słodycz wciąż próbowała się prezentować jako delikatna. Wydaje mi się, że choć sól prawie nie była wyczuwalna, wydobyła wady tej tabliczki, w tym tę lekką plastikowość.

Dodatki nierozgryzane coraz więcej wtrącały. Fistaszki ewidentnie pobrzmiewały, zaś corn flakesy różnie. Raz chyba dodały lekko prażonej nutki, raz nikły; czasem wyłaniały się też dość jednoznacznie. Raz po raz właśnie wśród płatków mignęła lekko słonawa nuta.
Po tym, jak trafiło mi się parę kęsów pozbawionych soli, a także kilka z nią, jednoznacznie mogę stwierdzić, że niewiele wnosiła od siebie, a wskazywała to, co gorsze, czyli plastikowość i jakoś niepotrzebnie wzmacniała słodycz.

Przy dodatkach czekolada wyszła jeszcze bardziej mlecznie, plastikowo i niestety jawniej cukrowo, choć wciąż nie mocno słodko. Po prostu pochodzenie słodyczy przy nich jakoś się zdradziło. Ta pobrzmiewała im jako echo.

Gryzione fistaszki okazały się podprażone bardzo delikatnie, były bliskie surowych. Skórki się nie trafiały, a orzeszki pokazały swój słodki, delikatny i jakże intensywny w tej delikatności, smak. Może tylko raz czy dwa przy orzeszku mignęła mi odrobinka soli.

Płatki kukurydziane podczas gryzienia dały się poznać jako mocno wypieczone, charakterne. Były wyraziste w swój smak, który z natury nie miał imperatywnych zapędów. To przy nich zaplątało się nieco więcej soli, co raz po raz podszepnęło im niemal wytrawniejszy charakter. Świetnie się to zgrało z arachidami.

Gdy gryzłam dodatki, dominowały fistaszki, ale nie zupełnie - płatki im towarzyszyły, a sól była jedynie delikatnymi wtrąceniami. Kolejne kęsy czekolady przez nie wydawały się jednak słodsze. 

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkiej, nieco plastikowej czekolady z echem masła orzechowego oraz płatków kukurydzianych z solą i arachidów. Do tego czułam lekkie zmęczenie słodyczą. Nie wysokie przesłodzenie, ale cukrowość podkreślona naturalniejszymi dodatkami i słoną nutką, niepotrzebnie się wybiła.

Czekolada była ciekawa. W smaku samej bazy coś mi nie grało - mimo że nie była przesłodzona, szła w plastikowym kierunku. Co prawda kryła się w niej interesująca nuta masła orzechowego, ale to za mało, by mnie zachwycić. Cudowne orzeszki to ogromna zaleta. Pasujące płatki kukurydziane wyszły przyjemnie, a i sól dodano z głową. Aby utwierdzić się we wnioskach, część dojadłam już w warunkach domowych, po górach, ale w nich mnie jakoś męczyła i reszta powędrowała do Mamy. Mimo to muszę jej przyznać, że jest, czy miała być.

Mama podsumowała: "Czekolada byłaby bardzo smaczna, wręcz idealna, dokładnie taka, jaka miała być, gdyby nie ta sól. Słoność wyczuwalna chwilami niczego dobrego nie wniosła, a podkreśliła wady, taką lekką tandetę i słodycz chyba podkręciła. Zupełnie niepotrzebnie, bo tak całość była naprawdę dobra i ciekawa".


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 11,99 zł (za 200g)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, orzeszki ziemne, mleko w proszku (15,7%), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, kukurydza, maślanka w proszku, laktoza, olej rzepakowy, sól, lecytyna sojowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, ekstrakt wanilii

środa, 20 października 2021

Choceur Caramel Meersalz mleczna z karmelem i solą morską

Sprawdzając recenzję Lindta Creation Caramel pomyślałam, że fajnie będzie trochę poporównywać szerzej, a nie tylko wspomnianego do ciemnego Creation 70 % Edelbitter Mousse Caramel & Salz. Miałam w końcu drugą sporą tabliczkę mleczną z solonym karmelem, ale... tym razem z kawałkami. Tylko że... myślenie swoją drogą, a ochota na konkretną tabliczkę swoją. I tak dzisiaj opisywana musiała poczekać znacznie dłużej, niż początkowo założyłam.


Choceur Caramel Meersalz to mleczna czekolada z kawałkami solonego karmelu; wyprodukowana przez WIHA GmbH (właścicielem jest grupa Storck) dla niemieckiego Aldi.

Po rozchyleniu opakowania, poczułam intensywny zapach mleka, cukru i maślanych karmelków z dużą ilością soli, która to napędzała maślaność. Mleko, naturalne i pełne, trąciło też mlekiem w proszku. Ogólnie samo w sobie wydawało się słodziutkie i wręcz śmietankowe, czym łączyło się z maślano-śmietankowym karmelem-karmelkami. 

Już na dotyk tablica zdradzała tłustość. Była twarda, ale raczej z racji grubości. Lekko pykała, pokazując proszkowy przekrój urozmaicony sporą ilością kawałków karmelu o wielkości średniej i drobnej. Większość z nich osadziła się w wierzchach kostek, ale nie wydaje mi się, by ogólnie była w ich rozmieszczeniu jakaś logika.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, ale łatwo. Prędko zalepiała usta, zmieniając się w gęsty, pełnotłusty w maślano-śmietankowym kontekście, kremo-budyń. Okazała się znacząco proszkowa, wręcz szorstkawa. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyłaniał się dodatek.
Karmel rozpływał się powoli z racji tego, że to typ chrupiący i jedynie twardawy, nie zaś kamienny. Część jego kawałków nasiąkała i rozmiękała. Zostawiałam go na koniec, gdy czekolada już zniknęła. Wtedy częściowo lekko skrzypiał-chrupał jak szkliste, delikatne karmelki. Oblepiał zęby dosłownie na sekundę, minimalnie, a zaraz znikał. Dłużej podsysany, ciamkany miękł na grudki kojarzące się z miękko-suchawą krówką, które to nie lepiły się specjalnie do zębów, a także znikały. Wydaje mi się, że to on w dużej mierze był posolony, ale sól wystąpiła też luzem, między tymi kawałkami. W większości rozpływała się razem z resztą, ale zdarzało się, że trochę zostało jej na koniec z karmelkami.
Dodatków nie pożałowano. Wydaje mi się, że dodano do tabliczki dwa rodzaje (albo podczas produkcji to tak wyszło): więcej kawałków wtopionych w "wierzch" skrzypiało-chrupało, a więcej z "dołu-podstawki" wykazywało chęć mięknięcia i rozpadania się na grudki. Chociaż wątpię, by była na to jakaś zasada, to tylko taka luźna obserwacja, bo karmelu dodali dużo całościowo. Mnie zwłaszcza pod koniec degustacji już trochę zbytnio męczył język i podniebienie (tablicę podzieliłam sobie na dwa razy).

W smaku czekolada uderzyła cukrem i mlekiem w bardzo naturalnym i dość uroczym wydaniu. Pomyślałam o mleku zacukrzonym do gęstości, mleku pełnym i aż śmietankowym. Od tego odeszła maślana nuta, do której zaraz doszedł łagodnie karmelowy, maślano-karmelowy akcent. Nie wiem, czy to naturalny smak czekolady, czy przesiąkła dodatkiem, ale wszystko zaskoczyło harmonią.

Mimo to, już po paru chwilach w gardle aż zadrapało, a w ustach poczułam sól. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wzrosła maślaność, a karmel zmienił się w śmietankowo-maślaną karmelkowość. Epizodycznie zaczęła narastać słoność. Chwilami były to mocne prztyczki, chwilami jedynie echo. Cały czas jednak była.
Wyłaniające się dodatki wprowadzały raz po raz smak łagodnych karmelków mleczno-maślanych. Bardzo słodkich i delikatnych (nie był to palony karmel). 

Wszystko jednak tonęło w cukrowości i pełnym mleku bazy. Ta nie dała się wyprowadzić dodatkowi z równowagi, ani przygłuszyć. Po sporej dawce soli, która to bliżej końca trochę odpuściła, pierzchnąć gdzieś i jedynie pobrzmiewając, wydała mi się jeszcze słodsza, ale i bardziej śmietankowa i dziwnie... soczysta. Soczysta jak... suszone owoce? Rodzynki?

Gdy czekolada zniknęła, właśnie wyraźnie zaprezentował się karmel, który po większej ilości soli, okazał się ewidentnie delikatny, cukrowo-mleczny, a przez to jeszcze wyraźniej nie karmelowy a karmelkowy jak mleczno-maślane cukierki. Niektóre kawałki (te nasiąkająco-grudkowe) - zwłaszcza, gdy je podsysałam i tylko lekko naciskałam zębami - podchodziły pod mleczne karmelko-krówki. Chrupany wydawał się bardziej mdły, a tyle, że słodki. Parę podszyła za to drobną budżetowość, taka... sztucznie cukierkowa. Zdarzyło się, że ostało się troszeczkę soli, ale bardzo rzadko.

Po zjedzeniu czułam palenie cukru w gardle i posmak białego cukru oraz cukru-karmelkowego, właśnie tanich karmelków mleczno-maślanych o nieprzyjemnych, niemal landrynkowych zapędach (tak odbieram posmak syropu glukozowego). Także wspomnienie w ustach, że jadłam coś słonego.
(I efekt był podobny niezależnie od wziętej porcji: podzieliłam ją sobie na trzy razy, przy czym za pierwszym razem było to 100 gramów + kostka, a ostatniego dnia 4 kostki).

Całość zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Już w pewnym momencie zaczęłam się bać, że okaże się to słodkim zlepkiem-ulepkiem z przesolonym dodatkiem, a tutaj... niezła, mocno mleczna czekolada (nie wydaje się dużo gorsza od np. Chateau czy Lindta) była wprawdzie całościowo przesłodzona, ale soli dodano całkiem sporo w taki sposób, że umiejętnie to przełamała. Była wyczuwalna w całości, nigdy samodzielnie. Karmel może nie był karmelem, ale wyszedł w porządku jako cukierki mleczno-maślane. Do soli taki średnio mi pasuje, ale przynajmniej struktura bardzo przystępna. Co prawda w moim odczuciu ilość chrupiącego dodatku była na granicy przesady, ale nie przekroczyła jej.
Całkiem dobrze zrobiony zasładzacz smaczny, ale nie wolny od wad. Tabliczka w sumie wyszła, jak pewnie wyjść miała i wśród jej podobnych (półkowo i cenowo), wyróżnia się pozytywnie.


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 10 zł (za 200g)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, 14,2 % śmietanka w proszku, miazga kakaowa, 4,9 % pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, syrop glukozowy, 0,9% masło klarowane, sól, lecytyna sojowa, aromaty

piątek, 3 września 2021

Choceur Pfefferminz ciemna 50 % z nadzieniem miętowym

Lubiłam markę Chateau (obecnie nie wiem) i zdarzyło mi się w przeszłości w Aldim zastanawiać się, czy by nie dać szansy ich nadziewanej propozycji: z karmelem. Mogłabym się taką podzielić z Mamą, nie miałabym wielkiego, niezbyt w moim typie czekoladziska całego dla siebie. Bo taka jednodniowa zachcianka, a potem zastanawianie się co z resztą zrobić to kiepski interes... Gdy jednak dowiedziałam się o możliwości zdobycia ciemnej miętowej, waga nie miała znaczenia. Lubię i markę, i ten wariant, więc uznałam, że z chęcią z czekoladą taką spędzę dwa-trzy dni. Dopiero, gdy już czekoladę trzymałam w rękach, dostrzegłam, że dostałam Choceur. Wprawdzie stoi za nimi ta sama firma (Storck), niemniej próbowane 200 gramowe Chateau w większości bardziej mi smakowały od Choceur (Weisse Cookies, Feinherb Mandel). Stąd mieszane uczucia, ale... jako że w zasadzie dobre nadziewane miętowe czekolady lubię, a obecnie są rzadkością, liczyłam, że sprosta oczekiwaniom. Mam bowiem wrażenie, że ostatnio producenci w odniesieniu do "czekolad miętowych" ograniczyli się do robienia takich z chrupiącym dodatkiem, a nie właśnie nadziewanych czy gładkich z olejkiem.


Choceur Pfefferminz to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z nadzieniem miętowym.

Już otwierając sreberko poczułam gorzkawą czekoladę o orzechowo-kawowym zarysie, ale też wysokiej słodyczy, kojarzącej się z likierem. Na równi z nią stała cukrowość słodkiej mięty w typowo cukierniczym wydaniu. Od razu wiadomo, że to czekolada z nadzieniem, które kojarzyło się z miętowym lukrem, polewą, może też warstwą... miętowo-czekoladowego ciasta. Mięta nawet zawarła w sobie leciutką naturalność. Drobna cierpkość dwóch nut przyjemnie złączyła się za plecami cukrowości, zwłaszcza przy podziale, w trakcie jedzenia czyniąc zapach lekko chłodniejszym, charakterniejszym.

Łamana tabliczka ładnie trzaskała, bo gruba warstwa czekolady była twarda i chrupka. Przy odgryzaniu kawałka kostki wchodziła trochę w miękkawe, plastyczne nadzienie. Ono jednak trzymało się wewnątrz, trochę tylko się wyciągając i... czasami wracając. Jego konsystencja była dość... nibystała, dziwna. Z taką się jeszcze nie spotkałam. Wyglądało jak krówka-mordoklejka. Nie wypełniało w całości całej kostki; nie brakowało pustej przestrzeni.
W ustach czekolada rozpływała się dość powoli, niby bez oporu, ale trochę podkradała się pod miękko-gęsty ulepek. Miękła, wykazując maślaną tłustość z trochę ulepkowym, śliskim elementem.
Nadzienie szybko się z niej wyciskało i... wcale zbyt chętnie się nie rozpuszczało. Było miękkie, ale dziwnie gumowate. Kojarzyło mi się z ciągnącą, mordoklejną krówką zmieszaną z cukrową żelko-gumą (Mentosy!), która klei się do wszystkiego, by rozpuścić się po dłuższym czasie na wodę. Najpierw wydawało się gładkie, jednak z czasem wykazywało pyłkowość / pudrowość. Śmiało można je nazwać wilgotnym i nietłustym.
Także czekoladzie podyktowało lekką pylistość (którą jakby przejęła). Tabliczce o dziwo udało się więc zachować spójność, bo zlepiały się i znikały mniej więcej równocześnie w miękko-gęstym, mocno zalepiającym ulepkowym kontekście.

W smaku czekolada uderzyła cukrem, na który nasunęła się nutka wanilii, zaraz jednak przyćmiona miętą, którą wierzch nieco przesiąkł. Nie mocno, ale troszeczkę, bliżej środka. Podkreśliła cukrowość, niemal lukrowość czekolady.
Delikatna gorzkawość wyszła przez to czekoladkowo-likierowo. Odnotowałam w tym wyraźnie paloną, trochę kawowo-orzechową nutę. Była łagodna, chwilami maślana w kwestii czekoladowości. Już sama czekolada zasładzała.

Łagodność poniekąd kontynuowało nadzienie, jakby najpierw lekkim ochłodzeniem przygotowując sobie grunt. Była to niepozytywna, mdła łagodność bliżej nieokreślona, a po prostu słodka. Słodycz nadzienia należała do cukru, lukru, cukru-pudru i wszelkich innych słodzideł, jak również do... smaku jakby "sztucznego cukru".

W słodyczy tej wyraźnie czuć cukierniczą, delikatną i właśnie słodką miętę. Kojarzyła mi się z miętówkowo-chłodzącym lukrem... Słodko-cukrowa mięta zasładzała drapiąc w gardle, a jednocześnie mocno chłodziła. W ciągu paru chwil, a już na pewno w połowie rozpływania się kęsa, miętowy, podkradający się pod mentol, motyw podszczypywał zimnem w język. Gdy spróbowałam osobno, wyjaśniło się: toż to miętowe Mentosy (te jasne; próbowałam lata temu i mało pamiętam, więc to może być po części raczej wyobrażenie, ale... to smak znajomy!). Mieszając się z czekoladą przywołało skojarzenie z likierem, tym razem miętowo-cukrowym... To, oczywiście słodyczą, aż paliło w gardle jak alkohol... Jednak mimo wszystkich tych miętowych aspektów, nadzienie sprawiało wrażenie zrobionego z cukru wymieszanego z cukrem i syropem cukrowym. Co ciekawe, nawet w punkcie kulminacyjnym jedynie zrównywało się z czekoladą, nie zagłuszając jej... acz, łączyły się, bo i ona była bardzo cukrowa.

Mięta sama w sobie przejawiała odrobinkę naturalności, może nawet ziołowości... też jednak słodkiej i, gdy już nadzienie na dobre wylazło spod czekolady, ewidentnie obok tej cukierkowo-sztucznej słodyczy. Nie umiem tego lepiej opisać, ale kojarzy mi się to z cukrem nasączonym jakimś aromatem cukierkowym. Częściowo kryło to jednak mentosowe ochłodzenie.

Po tym wszystkim, sama czekolada smakowała jeszcze bardziej cukrowo, ale... zagrała jeszcze w cierpkawo-palonym tonie. Wydała mi się jednocześnie maślana, ale w nieco bardziej orzechowym sensie... Mimo że na końcówce czekolada wyszła przez miętę, niestety, gdy wszystko prawie znikało, wysforowała się sztuczność.

W posmaku na pewno została cukierkowo-cierpkawa sztuczność. To była cukierkowa landrynkowość, niekoniecznie sztuczna mięta, ale i motyw miętowych gumo-cukierków. Cukrowość była mocna i paląco-drapiąca w gardle, choć "na smak" dzięki chłodzącemu efektowi aż tak nie dawała się we znaki. Czułam, jakbym usta miała wyprane cukrem i miętą, a ślina jakby mi gęstniała w gardle. Nie było miętowego odświeżenia, a niesmak.
Zjadłam niecałe 4 kostki - nie byłam w stanie skończyć paska, mimo ogromnej ochoty na miętową nadziewaną czekoladę.

Całość uważam za dziwną, ale nawet nie to, że bardzo złą, a niesatysfakcjonującą i nie w moim guście. Przesłodzona kompozycja była w pewien sposób do zjedzenia, ale jednak w pewnym momencie ta cukrowość już przegięła. Nadzieniu przydałby się jeszcze jakiś składnik... nie czyste słodzidła, a np. śmietanka? A tak? Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jem czekoladę z mentosem w środku. W smaku to po prostu nie pasowało do siebie w żaden sposób. Dziwna była sztuczność - nie mięty, a "nadzieniowa". Nie zabiło to czekolady, ale że i ona była cukrowa... Nie smakowała mi. Co więcej, taka klejąca, miękka konsystencja też zupełnie nie jest w moim guście. Szkoda, bo mogło być wspaniale, a wyszło... z takimi wadami, że nie sposób nad tabliczką piać z zachwytu. Jej największą wadą jest chyba niedopasowanie - takie miętowe coś nie pasuje do czekolady. Jako że Mentosów od lat nienawidzę, to czekolada zupełnie nie dla mnie.
Resztę dałam Mamie, by "dziwactwo jej pokazać", obstawiając, że skończy tylko tę niecałą kostkę, a reszta pójdzie dla ojca, ale... zjadła ze dwie. Opinia Mamy - nielubiącej ciemnych czekolad, ale lubiącej Mentosy: "dla mnie środek smakował, na pewno bardziej niż czekolada. Raz jednak jakby troszeczkę pastą do zębów mi zaleciał. Całość zaskakująco niezła, ale ta czekolada... no ciemna, ale dziwnie słodka też bardzo, za bardzo jak na ciemną. Całość bardzo słodka; niby dobra, ale coś jest w niej, że więcej to się tego nie chce jeść.". Nie chciała, bo cukrowo-ciemna, no ale właśnie... nie jest to tabliczka-potwór.


ocena: 5/10
kupiłam: odkupiona od kogoś
cena: 8zł (za 205g)
kaloryczność: 462 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy), cukier, syrop glukozowy, substancja utrzymująca wilgoć: syrop sorbitolowy, naturalny aromat miętowy

poniedziałek, 19 lipca 2021

Choceur Feinherb Mandel ciemna 50 % z migdałami

Kiedyś słodycze z Aldiego postrzegałam jako pyszne i naprawdę warte uwagi. Potem się to zmieniło na "od biedy warte uwagi, czyli, że można spróbować". Byłam wówczas w stanie po prostu pójść po kilka Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 % od Halba i skierować się do kasy, nie rozglądając się za nowościami. Gdy jednak market wycofał te moje ukochane czekolady, ja w ogóle przestałam go odwiedzać. Ta recenzja jest jedynie wynikiem tego, że dosłownie kilka tabliczek dostałam od kogoś, kto kupił je (po mojej sugestii) w Aldim w Niemczech. To były właśnie takie typowe "od biedy może i mogę zjeść". Ta miała o tyle dodatkowy plus w moich oczach już na starcie, że była względnie ciemnawa, a po J.D.Grossie Superieur 45 % z migdałami i RS Cashews czułam niedosyt czekolady "z czymś całym". Już mi było obojętne, czy to orzechy (jakie?), czy migdały, oby tylko były dobre i wtopione w dobrą bazę. Dopiero przy jedzeniu przypomniałam sobie (bo wiedziałam, a zapomniałam), że za Choceur stoi Storck (posiadający także Chateau i Moser-Roth). Może nie jest to moja ulubiona marka, ale wiadomość tę przywitałam uśmiechem, bo wcześniej dochodziły mnie nieprawdziwe słuchy o tym, że marka należy do koncernu Ludwig od Schogetten.


Choceur Feinherb Mandel to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z całymi migdałami; wyprodukowana przez WIHA GmbH (właścicielem jest grupa Storck) dla niemieckiego Aldi.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach prażonych migdałów ze słodko-cierpkawą czekoladą o wyraźnie zaznaczonym kakao i palono-piernikowej sugestii. Pierwszy dominował jednak, gdy wąchałam spód. Ogólnie snuła się za migdałami też palona nutka kawy, która z kolei wydała się złudnie... lekko śmietankowa. Połączyła poczucie wytrawności i bezsprzecznie silną słodycz. (Wydaje mi się, że migdały w zapachu wyszły tak prażono właśnie ze względu na ogólną paloność, bo w smaku prażenie wydawało się znacznie delikatniejsze.)

Tabliczka była bardzo, bardzo twarda, co częściowo wynikało z jej grubości. Przy łamaniu lekko trzaskała i sprawiała wrażenie zwartej, solidnej, tak jak i migdały w niej zatopione. Nie pożałowano ich. Głównie całe, wielkie i porządne, jak również duże kawałki (głównie połówki - i to sztuk przeogromnych) wtopiono bez zarzutów. Część łamała się wraz z czekoladą (a część zostawała w którymś z kawałków).
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym (umiarkowanym-wolnym) i bardzo gęsto. Cechowała ją znacząca, maślana tłustość, chwilami zakrawająca o śliskawość, jak również lekko pyłkowy efekt, osłabiający to. Rzeczywiście była pełna i dość zbita. Dodatki wypuszczała ze swych gęstych objęć leniwie. 
Migdałami zajmowałam się już na koniec, głównie gdy czekolada zniknęła. Potwierdziły swą nienaganną jakość. Były chrupiąco-kruche, acz z zachowaną naturalną soczystą tłustość. Obstawiam, że leciutko je podprażyli.

W smaku od początku czekolada serwowała sporo słodyczy. Cukier mieszał się z cukrem bardziej palonym, a więc wręcz karmelem. Mimo to, wydawała się wręcz słodziutka. Słodycz po chwili dopuściła do siebie także migdałowy wątek.

Migdały zdawały się integralne z czekoladą, gdyż pojawiło się między nimi pewne... maślane złagodzenie. Skojarzyło mi się z delikatnymi, tłustawymi i teoretycznie miękkimi piernikami w glazurze... coraz bardziej korzennymi. Piernikami zdecydowanie cukrowymi, wręcz z naciskiem na cukrową glazurę.

Otóż szybko poczułam leciutką gorzkawość, może nawet cierpkość o palonym charakterze, przejawiającej się coraz odważniej jako kawa i pierniki. Kawa trochę dopraszała się o śmietankę, podszeptywała ją. Chwilami może i dałabym radę się nabrać, że jest to czekolada śmietankowa. Z tym że... biorąc pod uwagę wyraźną nutę migdałów... czekolada ze śmietanką migdałową? Jednocześnie wciąż trzymała się wytrawności, co podkreśliła drobna cierpkość. W tej z kolei raz i drugi umykała przede mną smakowa tłusta polewowość.

W połowie rozpływania się kęsa w słodyczy i palono-prażonym tonie wyraźnie rozgościły się pierniki z dżemami bliżej nieokreślonymi (może nawet bardziej z nadzieniem? np. orzechowym), ale nieco cierpkawymi, przesłodzonymi. Wciąż jednak smacznymi. Pierniki z maślaną nutą... pełne migdałów. Ich smak wyraźniej czuć już w połowie rozpływania się kęsa, gdy zaczęły się wyłaniać (nie musiałam ich gryźć). Podkreśliły gorzkawość, uwypukliły paloność, a i słodycz przecięły. Były to jedynie podprażone, świeże migdały, mieszające się z piernikowym, nieco zbyt słodkim otoczeniem.

Z czasem słodycz, jakby pod wpływem wytrawnego splotu goryczki i cierpkości, zrobiła się nieco bardziej waniliowa. Zaczęła mimo wszystko dawać się we znaki niemal drapiąc w gardle. W smaku podporządkowała się palonościom, ale i cukrem wciąż nieco zajeżdżała. Ogólnie jednak zwłaszcza dzięki migdałom, smakowo udało się jej wyjść w miarę przystępnie. Na koniec wyszło to jak przesłodzona, nieco karmelowo-waniliowa przez syropy kawa z cukrowymi piernikami w glazurze.

Gdy zajęłam się migdałami, oczywiście to one dominowały, wyciszając słodycz, osłabiając posmak wszystkiego. Smakowały w pełni sobą. Cudownymi sobą! Były świeże, podkreślone minimalnym prażeniem, a więc charakterne i wciąż... naturalnie słodkawe i "suchawo"-maślane w smaku. Ta ostatnia nutka mieszała się z  czekoladową cierpkością i maślanością. Pochłaniały się wzajemnie, aczkolwiek... po migdale, robiąc kęsa z większą ilością czekolady, tę postrzegałam jako słodszą (kontrastowo).

W posmaku pozostały oczywiście migdały głównie delikatnie podprażone, lekkie palone przesłodzenie i cierpkość kawowo-piernikowa. Czułam sugestię wanilii, mnóstwo cukru, ale wkomponowanych właśnie w te nuty.
Po trochę więcej niż pasku, drapiąca (już nieustannie) słodycz w gardle mi przeszkadzała, acz dzięki migdałom odczucie smakowe nie było strasznie cukrowe. Tłustość z kolei tylko chwilami, bo i od niej ratowały migdały. Przy pierwszym podejściu podczas zdalnego nauczania zjadłam 4 paski, co prawda potem nieco zdychając z cukrowości, ale też bez efektu "błagam zabierzcie to ode mnie", bo wciąż było smacznie.

Czekolada mimo przesadniej słodyczy miała przyjemne nuty kawy i pierników. Lekka nutka wanilii i sugestywna śmietanka pasowały jak najbardziej. Migdały wydawały się być i w kawie (jako syrop), i w piernikach... wszędzie! Także jako składowa nuta. Czekolada musiała nimi przesiąknąć, co wyszło na dobre. Nie ukrywam jednak, że z nut, to wolałabym jakieś pierniki w czekoladzie / polewie, a nie glazurze. Tak samo zdecydowanie wolałabym niższą tłustość, ale przy tej zawartości kakao, aż tak nie dziwi. Zjadłam jednak prawie całość podczas wykładów (rozbijając na dwa dni, a już tylko ostatni pasek oddając ojcu).


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 10 zł (za 200g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (ale mogłabym np. w góry, gdybym była w sklepie, była ta, a nie było nic ciekawszego)

Skład: cukier, miazga kakaowa, migdały, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy