Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vanini. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vanini. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 września 2026

Vanini fondente 62 % con biscotto al gusto di amaretto / dark chocolate 62 % with amaretto taste biscuit ciemna z ciastkami amaretto

Po kilku czekoladach Vanini, które jadłam ostatnimi czasy, chciałam skończyć już z tą marką mimo że ten wariant wydawał się bardziej obiecujący niż okrutnie przerysowane cytrusowe. Stąd decyzja, by właśnie dziś przedstawianą tabliczkę zabrać ze sobą w góry tym razem. W sklepie, jeszcze zanim poznałam tamte, ten wydał mi się bardzo kuszący. Chyba z sentymentu. Pierwsza wersja deseru Deluxe Creamy Mousse Amaretti Flavour with Cake Pieces rozkochała mnie w sobie i była jednym z pierwszych produktów na blogu. Po tym migdałowe ciastka amaretti i likier amaretto wydawały mi się czymś bardzo smakowitym. Pamiętam, jak podekscytowałam się zdobyciem Lindt Creation Amarettini, chyba jedyną tabliczką z tym dodatkiem, jaką jadłam. Ach, kiedy to było! Teraz już słabość do tego smaku mi przeszła, ale po latach jako wariant nadal wydaje się ciekawy. Pewnie dlatego, że rzadko pojawia się w czekoladach.
Zabrałam tę czekoladę na krótką trasę na Jaworzynę Kamienicką od razu jak w lutym odpuściły najgorsze mrozy. Ruszyłam z Łopusznej, Zarębka Niżnego zielonym szlakiem przez Polanę Wysznią i Kiczorę. Zdjęcia porobiłam na samej Polanie Jaworzyna Kamienicka. Chciałam podejść jeszcze kawałek do punktu, z którego jest ponoć widok na zbocza Kudłonia (?), ale czas trochę naglił, więc zaraz po sesji zdjęciowej zabrałam się za schodzenie (tylko razem szlakiem czarnym, równoległym do zielonego).

Vanini fondente 62% con biscotto al gusto di amaretto / dark chocolate 62% with amaretto taste biscuit to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru, z prowincji Bagua z kawałkami ciastek amaretto.

Po otwarciu rozszedł się zapach olejku migdałowego z echem bezalkoholowego amaretto i czekolady o mocno palonym, ale łagodnie gorzkim, w zasadzie jedynie gorzkawym charakterze z delikatnym wątkiem czerwonych owoców. Jej dość wysoka - ale nie przesadzona - słodycz kojarzyła mi się z.... marcepanowym budyniem? I miała w sobie coś z waniliowej lukro-polewy (na marcepanie?).
Co ciekawe, gdy otworzyłam ją w górach, a więc w chłodzie, sama olejkowość migdałowo-amaretto-marcepanowy była nieco mniej istotna względem innych nut niż gdy weryfikowałam odczucia w domu, w temp. pokojowej.

W dotyku tabliczka wydała mi się kremowa, ale bez wątpienia twarda. Podczas łamania słychać było przeciętnie głośne trzaski, jako że i twardość stała na średnim poziomie. Choć wyglądało na to, że ciastek dodano średnią ilość, w trakcie jedzenia okazało się, że było ich sporo. Łamały się wraz z czekoladą, a w przekroju wyglądały na pustawe. Dało się zrobić kęsa bez nich.
W ustach czekolada rozpływała się maziście w tempie średnim. Okazała się średnio tłusta i dość kremowa, od czego jednak z czasem odciągały uwagę małe kawałki ciastek. Sprawiały wrażenie suchych, ale choć po większej ilości drapały, to nie kaleczyły podniebienia. Były twarde i trochę nasiąkały. W dziwny jednak sposób. Niby wilgotniały, ale nie wydawały się wilgotne, a już na pewno nie miękkie. Częściowo malały, i rozchodziły się na coraz drobniejsze kawałki w nieco ziarnisty sposób. Ogółem, choć konkretne, nie były zwarte, a pustawe w środku.
Gdy gryzłam je wcześniej, obok czekolady, były nieznacznie konkretniejsze od tych gryzionych na koniec. Różnic trzeba było się doszukiwać. To czekolada wychodziła gorzej, bardziej ulepkowo, w zestawieniu z nimi.
Pod koniec czekolada robiła się coraz bardziej wodnista, mimo podtrzymania mazistości, i znikała łatwo, zostawiając dodatek.
Ciastka gryzione na koniec wciąż były dość twarde, raczej suche i chrupiąco-rzężące. Rozpadały się pod naciskiem zębów w mączny pyłek. Kojarzyły się trochę z chrupkami zbożowymi, nie takimi typowymi ciastkowymi ciastkami.

W smaku zawsze od razu czuć słodycz o średniej mocy, o nieco mgliście waniliowym charakterze. Po chwili dołączał do niej akcent ciężko-soczysty i echo olejku migdałowego.
Czasem, gdy zahaczyłam zębem o dodatek, od razu zaznaczało się w niej echo nie tylko aromatu migdałowego, ale też mdłego ciastka.

Zaraz odezwała się jeszcze delikatna, gorzkość. W pierwszej chwili skojarzyła mi się z gorącym kakao - z kakao w proszku - waniliowym, a po chwili wyraźnie zrobiła się nieco poważniejsza, palona. Niby rosła, ale nieznacznie, jedynie do średniego poziomu. Przy niej zaznaczył się jakby bezalkoholowy, goryczkowaty likier amaretto, wzmocniony aromatem migdałowym. Czuć go nawet w kęsach bez ciastek.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, okazała się pobrzmiewać nieco nutą likieru z aromatu i olejku / aromatu migdałowo-marcepanowego, niezależnie od ciastek. W kęsach bez ciastek, ten motyw grał nieco mniej istotną rolę, ale był wyraźny tak czy inaczej.

Wyłaniające się ciastka w zasadzie niewiele wnosiły... Acz mam wrażenie, że mogły trochę przygłuszyć nuty owocowe i stawały na drodze skojarzenia z marcepanem.

Jednak nie zupełnie. Czerwone, ciężkie owoce z czasem się nasilały. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa byłam w stanie powiedzieć, że przewija się tam żurawina i czerwone jabłka. Może jakiś ciężki sos do dań wytrawnych? Kontrast z aromatem migdałowo-likierowym działał na ich niekorzyść.

Trochę ziołowa goryczka bazy podkreślała właśnie gorzkawość tychże, ale ogólnie nie osiągnęła wysokiego poziomu, bo i słodycz się w tym czasie rozwinęła.

Słodycz oparła się na wanilii, też raczej z aromatu. Gdy ciastka zaczynały się trochę częściowo rozpuszczać, wtłaczały właśnie jasno ciasteczkowy akcent. Bardzo delikatny, ale dał radę trochę uzasadnić aromaty amaretto (bez alkoholu) i migdałowy.

Ciastka gryzione obok czekolady były mniej wyraźne niż na koniec, ale czuć je całkiem nieźle: pszenne, lekko słodkie i z nutą powyższych aromatów. 

Z czasem w czekoladzie zioła przechodziły w niewyraźną kawę, a cierpkość i coraz bledsza soczystość przez moment jakby zgrały się z nią, by potem zrobić drobną aluzję do ziół pobrzmiewających cytrusami, a w końcu jednak schować się i przystać na kawowy smak.

Ciastka gryzione na koniec były wyrazistsze, ale nie jakoś szczególnie wyraziste. Wykazały się delikatnie pieczonym smakiem, dość wysoką słodyczą oraz lekką migdałową nutą. Czuć jej sztuczny, olejkowy charakter, wpisany w pszenność. Da się poznać, że nie ma w nich migdałów, jednak ciastka ogólnie smakowały tak delikatnie, że mogłabym się nabrać, iż odrobinkę dodano.

Po zjedzeniu został posmak aromatu / olejku marcepanowo-migdałowego, ale też cierpkawych czerwonych owoców, ziół i jakby cytrusowych ziół (?) z lekką paloną goryczką. Do tego czułam średnią słodycz, jakby nieco przygaszoną.

Czekolada zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, mimo że nie była spełnieniem marzeń. Przede wszystkim cieszę się, że nie była aż tak naaromatyzowana jak jej owocowe koleżanki. Mimo wszystko aromat czuć zawsze, niezależnie od ciastek. Te były przeciętne, nie jakoś szczególnie intensywne, ale uwierzę, że amaretti same w sobie mogą być właśnie takie łagodniejsze. Owocowy wątek sosu z żurawiny i czerwonych jabłek co prawda nie pasował do migdałowego wątku amaretti, ale nie pchał się na przód, więc nie przeszkadzał. Słodycz trzymała się średniego poziomu, jakby pilnowała się nawzajem z olejkiem. Gorzkości wolałabym więcej, ale wbrew pozorom ta bardzo delikatna jako tako i tak tu wyszła ok.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, ciasteczka amaretto (mąka kukurydziana, mąka ryżowa, fruktoza, olej kokosowy, skrobia kukurydziana, syrop glukozowo-fruktozowy, substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromat, sól, kukurydza, substancja zagęszczająca: guma guar), emulgator: lecytyna sojowa, naturalny aromat amaretto, ekstrakt waniliowy

czwartek, 2 lipca 2026

Vanini fondente 62% con mango e passion fruit / dark chocolate 62% with mango and passion fruit ciemna z Peru o smaku marakui z mango

Po dwóch ostatnio jedzonych Vanini czułam, że mam kompletnie dość tej marki. A niestety w komodzie czekały jeszcze dwie tabliczki. W tym dziś przedstawiana, jak te dwie poprzednie, co mi podpadły, z owocami. Uznałam więc, że chcę ją mieć jak najszybciej z głowy.
Wzięłam ją końcem listopada w Tatry na trasę na Krzyżne. Otworzyłam jednak znacznie wcześniej, na Gęsiej Szyi, jako że pomyślałam, że skoro miałby mnie mordować jakiś olejek / aromat, to nim wejdę na Krzyżne i zabiorę się za kolejną tabliczkę, zdążę o nim zapomnieć i przepłukać parę razy usta. Otworzyłam ją więc na Gęsiej Szyi, na którą weszłam z Łysej Polany przez Rusinową Polanę. Taki niepozorny punkt, a widoki tak zachwycające... Czy czekolada okazała się ich godna?

Vanini fondente 62% con mango e passion fruit / dark chocolate 62% with mango and passion fruit to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami mango i marakują (aromatem).

Po otwarciu poczułam przerysowany zapach marakui, okrojonej z większości kwaśności. Miała władczy, dominujący charakter. Towarzyszyło jej delikatne, słodkie mango, a czekolada... Prawie się ukryła. Zajęła miejsce daleko w tle. Ogół wydał mi się nieprzesadnie, ale duszno słodki i z jedynie zaakcentowaną gorzkawością.

Tabliczka w dotyku obiecywała kremowość i lekką ulepkowatość. Przy łamaniu wykazywała twardość, obfitującą w głośne, chrupkie trzaski.
Na spodzie dało się dostrzec średnią ilość cząstek mango. Przekrój ujawnił dosłownie kilka średniej wielkości kawałków mango, które wyglądały na kruche i suche liofilizowane.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, kremowo maziście. Tłustość stanęła na średnim poziomie, a gdy zaczęły wyłaniać się z niej kawałki dodatku, doszła do tego lekka ulepkowatość i znikoma soczystość. Kawałki mango, które wyłaniały się z czekolady, wykazywały twardość. 
Gryzione wcześniej, obok czekolady, były twarde i kruche. Chrupały i skrzypiały, dając się poznać jako liofilizowane.
Na koniec czekolada znikała trochę wodniście, zostawiając kawałki mango. Nie było ich za wiele. Sporo kęsów była ich w ogóle pozbawiona.
Kawałki mango na koniec wciąż były twarde, acz nieco mniej. Acz... jedne nieco różniły się od drugich. Ich skrzypiąca kruchość utwierdziła mnie, że to liofilizowany owoc. Znalazła się w nim lekka proszkowość, ale gryzione na koniec, serwowały też sporo soczystości, by w większości przypadków zostawić jeszcze miękkie, delikatne farfocle. Jedne wydawały się bardziej rozpadać na proszek, inne zaś szły w farfoclowość.

W smaku od razu rozbrzmiała przesadzona słodycz. Zaleciała cukierkowym motywem egzotycznych owoców.

Zaraz odezwała się też leciutka goryczka. Dziwnie podkreśliła egzotyczny owoc.

Ten przedstawił się jako marakuja, choć trochę... karykaturalna? Z wyczuwalnej nuty zmieniła się w motyw przewodni. Choć ewidentnie marakujowy, owocowy wątek zapomniał o kwaśności. Marakuja, raczej słodka, nie była bardzo sztuczna, ale czasem naprawdę wydawała się przesadzona. Robiła wszystko, by zdominować kompozycję i na dłuższy czas jej to się udawało.

W kęsach nawet bez mango, smak tego owocu wtórował marakui, ale gdy kawałek się trafił, oczywiście bardziej. I czasem razem chyliły się ku cukierkowemu wydźwiękowi (przeważnie w kęsach bez kawałków mango), a czasem... mango i marakuja dziwnie splątały się z goryczką.
Gdy próbowałam samej czekolady, bez mango, czasem i tak pobrzmiewało. Ale bardzo rzadko i słabiutko.
Z ciekawości spróbowałam też pogryźć mango obok czekolady, wcześniej. Nie było wtedy jakoś szczególnie wyraziste, a czekolada wydawała się bardziej cukierkowa.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za marakują gorzkawość przywołała zioła. Były lekko cierpkie i z ogromną ochotą podchwyciły egzotyczny klimat. Do głowy przyszły mi jeszcze liście bananowca, pędy bambusa i grube zielone liście z tropików.

Już myślałam, że pojawi się jakiś kwasek, ale nie. Po tym nasileniu się goryczki, nasiliła się też słodycz. Trzymała się marakui, ale też... Przemykało mi tam coś nugatowego - pomyślałam o bardzo cukrowym białym nugacie turron. W oddali, ale jednak. Skojarzenie tu umacniała maślaność, jaka też się z czasem zjawiła. Słodycz czasem trochę przesadzała. W zestawieniu z egzotycznymi owocami, sprawiała wrażenie cukrowo dusznej. Męczyła. Nie jakoś bardzo, ale sprawiła, że kompozycja była ciężka w niepozytywnym sensie.

Marakuja trochę ustąpiła, i choć wciąż była wyrazista, już nie wydawała się taka dominująca.
Wykorzystała to goryczka. Gorzkością wprawdzie się nie stała, ale zrobiła jakąś aluzję do czarnej, ale nie mocnej, kawy.

Gryzione na koniec kawałki mango były wyrazistsze, acz nie wszystkie tak samo. Niektóre bardzo wyraziste, inne delikatne (wydawały się stłamszone przez intensywną słodycz i marakujowość). Utwierdziłam się, że to liofilizowane cząstki. Cechowała je wysoka soczystość i wyrównane słodycz z kwaśnością. Mango starało się odciągnąć uwagę od przerysowania marakui, wciągając ją w naturalniejszy, egzotyczny klimat.

Po zjedzeniu został posmak głównie niezbyt naturalnej, przerysowanej marakui i palonej czekolady o kawowym echu, ale też wysokiej, maślano-nugatowej, duszno cukrowej słodyczy.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie. Aromat choć dominujący, nie był aż tak nachalny jak w Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Trzeba przyznać, że ta tabliczka wyszła przystępniej niż Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron czy Vanini fondente 62 % con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62 % with orange zest and cashew. Aromatowy charakter mango i marakui powstrzymywały trochę kawałki mango. Tych poskąpiono - czyli przegięcie w drugą stronę względem podlinkowanych (tam dodatków było za dużo, że aż przeszkadzały). W dziś przedstawianej czekoladzie nieźle czuć lekko ziołową gorzkość, jednak i słodycz była wyższa niż we wspomnianych. Słodycz wyszła aż dusznie ciężko - myślę, że dołożył się do tego także kontrast z egzotyką. Ciekawe, że i w dzisiaj przedstawianej przez myśl przemknął mi nugat, bo nie zawierała miazgi z orzechów jak jej poprzedniczki. A jednak, nugat o którym myślałam, biały hiszpański, opiera się na cukrze, nie orzechach (w przypadku wspominanych myślałam o normalnych orzechowych nugatach). Gdyby tak pojawiło się w niej więcej owocowego kwasku, kawałków było nieco więcej, a marakuję dodano jako np. sok, a nie tylko aromat, spokojnie miałaby 7, a kto wie, czy nie 8.
Sporo czekolady z gór zostało mi do skończenia w domu i choć myślałam, że skończę całą, jakoś mnie zmęczyła, przytłoczyła i ostatnią kostkę wcisnęłam Mamie.

Mama po swojej kostce powiedziała: "Dla mnie ona taka nieprzyjemnie gorzka jak leki, mango i marakuja to tam jako te kawałki, tak? Niesmaczna ogólnie. Nawet nie przez taką faktycznie trochę sztucznie owocową nutę. A z kolei te kawałki, no czyli mango naturalne, też niefajne, takie gąbczaste".


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki mango 2%, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat mango 0,1%, naturalny aromat marakui 0,1%, ekstrakt waniliowy

wtorek, 23 czerwca 2026

Vanini fondente 62 % con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62 % with orange zest and cashew ciemna z Peru z karmelizowanymi orzechami nerkowca i kandyzowaną skórką pomarańczy

Poczułam się przytłoczona czekoladami z cytrusami, jakie miałam na wyjścia w góry. Nie są moimi ulubionymi, a miałam wrażenie, że zdominowały mi "górski stosik" w komodzie z czekoladami. Dziś przedstawianej czekolady trochę się bałam. Obstawiałam, że może być podobnie nijaka, a nachalnie olejkowa jak Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Niestety, kupiłam ją razem z innymi Vanini. Kupując ją, szczerze myślałam o niej jako o obiecującej, bo uwielbiam nerkowce. Tydzień po spróbowaniu wspomnianej, znów ruszałam w góry. I szczerze-szczerze, niespecjalnie miałam ochotę brać w nie kolejną Vanini. Przeważył fakt, że nie lubię za długo trzymać czekolad z orzechami, bo lubią iść od nich w plamki (chyba od wydzielającego się tłuszczu?), nawet mimo długich dat ważności. Wolałam więc czym prędzej wziąć się za pozostałe z orzechami, by żadna nie musiała zimować w mojej komodzie.
Sama nie wiem dlaczego, wątpliwą tabliczkę wybrałam na zwieńczenie listopadowej wyprawy na Świnicę. Weszłam na nią z Doliny Zielonej Gąsienicowej zimowym wejściem. Z czekanem poszło mi tak szybko, że aż się zdziwiłam i już byłam na Świnickiej Przełęczy. Dalszy odcinek po skałach i łańcuchach za kolei zaskoczył mnie brakiem śniegu. Na szczycie było przyjemnie, bo dość ciepło i nawet niespecjalnie wietrznie. Idealnie więc na czekoladę. A zeszłam przez Liliowe i wzdłuż kolejki na Kasprowy Wierch, Doliną Gąsienicową.

Vanini fondente 62% con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62% with orange zest and cashew to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami karmelizowanych orzechów nerkowca i kandyzowaną skórką pomarańczy.

Po otwarciu poczułam intensywny, zdecydowanie dominujący zapach olejku pomarańczowego z echem słodkiego soku / napoju pomarańczowego. Ledwo dopuszczał do głosu paloną, cierpką, ale niezbyt gorzką czekolada. Ogólna słodycz była średnio wysoka, ale i ona zdawała się podległa olejkowi, skądinąd sama wydawała się trochę pomarańczowa.

Tabliczka w dotyku wydawała się kremowa i potencjalnie ulepkowata. Kiedy ją łamałam, wykazywała twardość i porządnie, chrupko trzaskała. W przekroju pokazało się mnóstwo kawałków dodatków: średnio-małych nerkowców i średnich oraz dużych pomarańczy. Te drugie przybrały dziwnie zielonkawy odcień.

W ustach czekolada rozpływała się maziście, w tempie średnim. Dała się poznać jako średnio tłusta i kremowa. Po pewnym czasie wyłaniały się z niej dodatki. Jak się okazało, całe mnóstwo. Wprowadziły wodnistość, jako że z pomarańczy i nerkowców rozpuszczał się cukier. To subtelna karmelowa otoczka rozpuszczała się częściowo wraz z czekoladą. Acz była tak znikoma, delikatna, że uwierzę, że niektórzy mogli by nawet nie zarejestrować, że jakaś tam była.
Gdy z ciekawości raz i drugi pogryzłam dodatki wcześniej, obok czekolady, były twardsze. Zwłaszcza nerkowce wydały mi się niecodziennie twardo-chrupiące i w porywach pokryte trochę krucho-cukrową skorupką, a pomarańcza dlatego, że nie zdążyła jeszcze nasiąknąć i miała jeszcze suchą, aż dziwnie kruchą od cukru strukturę.
Czekolada w końcu stała się nazbyt najeżonym zlepem dodatków. Zrobienie kęsa bez dodatków w zasadzie było niemożliwe. By wczuć się w bazę, w domu odskrobałam trochę czekolady z brzegu przy pomocy noża.
Kawałki pomarańczy gryzione na koniec wciąż były suche i dość twarde, acz minimalnie bardziej miękkie. Rozpadały się częściowo na jakby pyłek z cukrem, częściowo wykazywały lepkawość.  
Nerkowce gryzione na koniec potrafiły jeszcze trochę chrupać, ale zaskoczyły na bardziej typowo nerkowcowy, miękkawy tor.

W smaku od razu dosadnie uderzał olejek pomarańczowy, zgrany w jedno ze słodyczą. Zaserwował motyw bardzo słodkiej, olejkowej pomarańczy. Z czasem robiła aluzje do soku / napoju pomarańczowego z kartonu.

Lekka goryczka, cierpkość płynęła z motywu olejku, acz przez moment zdobyła się na leciutką gorzkość. W tle doszukałam się lekko ziołowej nuty.

Zioła mieszając się z olejkiem pomarańczowym z pomarańczowej toni wydobyły cierpkawy akcent skórek, a do tego obudziły lekko cytrynowy wątek.

Smak pomarańczy olejkowej urozmaicał motyw skórek wraz z tym, jak wyłaniały się kawałki pomarańczy. Trzymał się ich jednak wręcz cukierkowo słodki motyw i ewidentnie nuta kandyzowania. Ogólna słodycz podkręcała pomarańczowość.

Gdy ciekawości pogryzłam dodatki wcześniej, pomarańcza dała się poznać jako mało wyrazista, a głównie słodka w sposób kandyzowany. Orzechy nerkowca jawiły się jako słodko-orzechowe, niekoniecznie nerkowcowe, ale trochę owszem.
Sama baza wtedy szarżowała jeszcze bardziej olejkiem.

Gdy spróbowałam troszeczkę samej czekolady, potwierdziło się, że zdominował ją olejek pomarańczowy, choć cały czas czułam też sugestie soku / napoju pomarańczowego (nie najwyższych lotów).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz wydała mi się ciężka, gorzkawość jeszcze osłabła. Miałam wrażenie, że na arenie został posłodzony cukrem olejek pomarańczowy.

Bardzo odlegle raz po raz doszukiwałam się nuty łagodnie, wręcz maślano orzechowej, lecz trudno stwierdzić, czy rozchodziła się od kawałków nerkowców, czy z bazy.

Wydawało mi się, że niegryzione nerkowce nie wnosiły niczego. Pomarańcza o wiele więcej, ale nawet te skórki nie zwalczyły olejku, który podyktował całości mocno przerysowany wydźwięk.

Gryzione na koniec dodatki były wyrazistsze. To, co dominowało, zależało od układu sił, ale ogólnie to pomarańcza stała na wygranej pozycji. Gdy gryzłam je razem, przeważnie dominowała pomarańcza. Tylko gdy nerkowców czasem zebrało się o więcej, także im udało się dojść do głosu. Czasem zadawałam sobie trud, by najpierw je sobie rozdzielać językiem i dopiero gryźć: oddzielnie nerkowce i oddzielenie pomarańcze. Wtedy czuć, i że to nerkowce, i że to pomarańcza.
Pomarańcza była bardzo słodka w cukierkowo-kandyzowany sposób, prawie nawet nieskórkowa i minimalnie cierpko-gorzka - prawie wcale.
Nerkowców trzymało się jeszcze prażone-słodkie echo, ale czuć też orzechowy smak. To jednak, że to akurat nerkowce, czuć w porywach. Często orzechy gubiły się wśród skórki pomarańczy, która stanowiła większość.

Po zjedzeniu został posmak głównie olejku pomarańczowego, wymieszanego z kandyzowaną do przesady, suchą skórką pomarańczy. W porywach czułam cierpkość... Ale nawet trudno dookreślić, czy czekolady, czy tez olejku. Z rzadka zaznaczał się jeszcze łagodny akcent nerkowców (gdy akurat trafiło się ich w kęsie więcej).

Tabliczka wyszła mocno niesatysfakcjonująco, męcząco od olejku. W zasadzie czułam się, jakbym jadła olejek w formie tabliczki, czyli powtórka z Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Chociaż... minimalnie więcej udało się tu zdziałać samej czekoladzie. Zaś nerkowców czułam... niedosyt. Były karmelizowane minimalnie, tylko że to i tak w ogóle niewiele dawało. Olejek i skórka pomarańczy je przytłoczyła. Gubiły się bardzo. Te sucho-kandyzowane kiepskie kawałki pomarańczy może i trochę odciągały uwagę od olejku, ale same w sobie też nie były atrakcyjne. 
Olejek pomarańczowy bardziej niż olejek cytronowy z Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron dopuszczał samą bazę, ale i tak za słabo ją czuć. Nerkowce w dziś przedstawianej były większe niż migdały we wspomnianej, więc to na plus, ale z kolei na ogromny minus ta sucho-cukrowa skórka pomarańczy, która odciągała od nich uwagę.
Nawet w górach mi to nie szło i zjadłam suma summarum jedynie 13 gramów. Była zbyt męcząca, bym dała radę więcej.


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane karmelizowane orzechy nerkowca 7% (orzechy nerkowca, cukier), kandyzowana skórka pomarańczowa 7% (skórka pomarańczowa, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, dekstroza, zagęszczony sok z cytryny), pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; olejek pomarańczowy 0,1%, ekstrakt waniliowy

środa, 17 czerwca 2026

Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron ciemna z Peru z migdałami i cytronem

Tajemniczego cytrusa z opakowania dziś przedstawianej tabliczki widywałam na pewno w internecie, ale na żywo chyba też. Nigdy też nie jadłam. Cytron to gatunek roślin wieloletnich z rodziny rutowatych o grubej skórze i mało soczystym miąższu. Prawdopodobnie pochodzi z podnóża Himalajów (północno-wschodnie Indie, północna Mjanma), ale już w starożytności dotarł do Chin i Europy, jako pierwszy z owoców cytrusowych ok. 300 r. p.n.e. Ponoć smakuje jak trochę słodsza cytryna.
Tabliczkę zabrałam ze sobą w góry, w dniu, w którym pogoda niestety mi nie dopisała. Miałam spontanicznie zdecydować, czy otworzę ją na Wołowcu (na którego weszłam z Rakonia), czy dalej, np. na Jarząbczym Wierchu, ale że widziałam zawracających ludzi, ostrzegających przed wiatrem na grani, wystraszyłam się, że potem zdjęcia mogą być problematyczne i porobiłam je na Wołowcu. Niestety osnutym mgłą i chmurami. Ale przynajmniej przestało padać. I akurat podczas tej sesji zdjęciowej, wietrzysko trochę odpuściło (więc potem mogłam kontynuować podróż przez Jarząbczy Wierch).

Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62% with almonds and citron to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami migdałów i cytronem (olejkiem cytronowym).

Po otwarciu rozszedł się głównie cytrusowy zapach, kojarzący się ze skórką cytryny i olejkiem cytrynowym, mieszających się z paloną, delikatnie gorzką czekoladą i orzechowym, niedookreślonym motywem. Słodycz, choć niewątpliwie obecna i prosta, nie odegrała większej roli.

Tabliczka w dotyku obiecywała kremowość. Łamana, dała się pozna jako twarda i przeciętnie trzaskająca. Przekrój ujawnił ogromną ilość małej wielkości migdałów, zlokalizowanych głównie bliżej spodu.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Była mazista i kremowa, a jej tłustość stanęła na średnim poziomie. Gdyby nie dodatek, byłaby gładka. Prędko zaczęły wyłaniać się z niej kawałki migdałów. Okazało się, że dodano ich jeszcze więcej, niż na to wyglądało. Z czasem zmieniły czekoladę w zlepa drobnicy.
Migdały były podobne niezależnie od momentu, w którym się je gryzło. Ja wolałam zostawiać je na koniec.
Czekolada najpierw zmieniała się w zlepek dodatków, by z łatwością zniknąć, i zostawić tylko je.
Kawałki migdałów były w większości pozbawione skórek, acz te czasem się zaplątały.
Migdały gryzione były niby w porywach chrupkawe, ale dość miękkie. Skrzypiały, trzeszczały. Bardzo kojarzyły się z twardawymi, mocno zmielonymi skórkami cytrusowymi (twardymi jak na skórki, nie migdały).

W smaku pierwszą poczułam słodycz natychmiastowo tonowaną olejkiem cytrusowym. Szły w parze, w zasadzie tworzyły jedność, bo zaraz także olejek wydał mi się głównie słodki.

Pomyślałam o słodkim, nieco wręcz napastliwym olejku cytrynowym, który bezkarnie podbił całą kompozycję. Czekoladzie pozwolił jedynie pobrzmiewać, zaś migdałów wcale nie dopuścił do głosu.

Słodycz dopiero pod egidą olejku cytrusowego zaczęła rosnąć. Serwowała trochę ciężki motyw cukru, ale nie była szczególnie wysoka czy znacząca.

Powoli wkroczyła palona, bardzo delikatna gorzkość, w której przemknął ziołowy akcent. Zgrał się z cytrusowym wątkiem, który zaczął kojarzyć się ze skórką cytryny, chyba kandyzowaną. Ta gorzko-ziołowa nuta wydała mi się okrutnie stłamszona słodkim smakiem skórki cytrynowej. Kawałki migdałów wpisywały się w to skojarzenie i udawały skórki, nie zdradzając swego migdałowego charakteru.

Gdy z ciekawości pogryzłam migdały wcześniej, obok czekolady, udawały słodką skórkę cytrynową, a czekolada smakowała w zasadzie tak samo mocno cytrusowo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada zaczęła wydawać mi się sama w sobie lekko cytrusowa, jako że cytrusowy motyw zrobił się nieco mniej olejkowy.
Utwierdziłam się w tym, gdy spróbowałam troszeczkę samej czekolady. Ogólnie smakowała bez zmian, tak, jak z migdałami.
Kiedy wydłubałam migdały, spróbowane okazały się bardzo nijakie. Mogłyby być każdymi innymi orzechami, czymkolwiek, wymieszanymi ze skórką (czyli migdały przesiąkły olejkiem?).

W tle wychwyciłam coś orzechowo-palonego, co zneutralizowało gorzkość i czasem sugerowało, że w kawałkach mogło zaplatać się coś orzechowego. Przez pewien czas czasem wydawało się, że czekolada chociaż zawalczy o siebie w tej kompozycji, ale nie. Nie wyszła przed cytrusy.

Słodycz wzrosła znacząco, do poziomu ciężkiego, ale jeszcze nie drapiącego. Cytrusowość jakby opierająca się na cytrynie, ale wpisanej w słodkie realia, skojarzyła mi się z mousse'em cytrynowym. Może na lekko przesłodzonym, orzechowo-kakaowym spodzie?

Migdałowa drobnica gryziona na koniec nadal udawała skórkę cytrynową, ale taką, w której raz po raz zaplątały się jakieś orzechy i/lub migdały. Nie przełamały cytrusowości, a tylko trochę tonowały słodycz.
Dopiero gryzione, ciamkane, mielone zębami bardzo długo, gdy zebrało się ich odpowiednio dużo, smakowały migdałami.

Po zjedzeniu został posmak olejku słodko cytrusowo-cytrynowego, lekka gorzkawość i akcent ni orzechów, ni migdałów.

Zupełnie nie przemówiła do mnie konwencja tej czekolady. Okrutnie posiekane migdały udawały skórkę cytryny lub... mogłyby udawać wszystko, co producent by sobie wymyślił. Może to i było w pewnym sensie ciekawe, ale kompletnie nie po mojemu. Zwłaszcza, że tej drobnicy było przesadnie dużo. Nie podobało mi się, że czekolada robiła tu jedynie za nośnik dla olejku. O tym powiedziałabym, że był cytrynowy. Słodycz nie musiała płynąć z cytryna, a po prostu cukier mógł się tak z olejkiem zgrać. Taka zachowawczo gorzka, acz nie przesłodzona baza wyszła bardzo nijako pod naporem intensywnych cytrusów. Może taki był zamysł, by zrobić trochę lepszą czekoladę z cytrusową, by pominąć skórkę i kandyzowanie, ale mnie to nie chwyciło. Czułam się, jakbym jadła olejek w tabliczce.
W Vanini dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt z łagodniejszymi dodatkami, bardziej pasowała. Do dziś przedstawianej aż się prosi dać charakterniejszą bazę.
Przypomniała mi się Auchan Noir Citron, która nadrabiała bardziej gorzkawym smakiem, ale w której niestety skórki cytryny były kiepsko zrobione, kandyzowane w syropie f-g. Dziś prezentowana podpadła mi tym, że spod cytrona nie czuć w niej za wiele z bazy, a już na pewno migdałów.

Zjadłam - razem i w górach, i w domu dla weryfikacji odczuć - jakieś 3 kostki i resztę oddałam Mamie. Jej opinia: "Okropna. Taka kwaśna jak nieprzyjemnie, tanio kwaśne ciemne czekolady. Nie wiedziałam, że ona z tym jakimś cytronem, ale tak, to mogło być to. To, że to jakiś olejek cytrynowy to od razu nie wpadłam. Jak potem kawałek zjadłam już świadomie, to faktycznie taki jakiś olejek na początku uderzył i potem na końcu bardziej znów go czuć. Ale powiedziałabym, że bardziej jakby cytrynowy. Ta drobnica mi nie odpowiadała. Pewnie jakieś orzechy, ale w zasadzie w ogóle nie czuć ich smaku. Czekolada nie była szczególnie ani słodka, ani gorzka, a niesmaczna. Kompletnie w ciemno, nie wiem dlaczego, dałabym jej 61%. Trochę zjadłam i więcej nie tknę".


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane migdały 8%, pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; olejek eteryczny z cytronu, ekstrakt waniliowy

poniedziałek, 8 czerwca 2026

Vanini fondente 62% con granella di nocciole caramello e sale / dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt ciemna z Peru z kawałkami orzechów laskowych, karmelem i solą

Solone orzechy laskowe? Z czymś takim w czekoladzie jeszcze się nie spotkałam. Fistaszki, migdały - te producenci solą ciągle, ale laskowe? Nie. Co innego, że uważam, że ich naprawdę nie ma sensu solić, bo to nie pasuje, no ale... Nie mogłam wiedzieć na pewno przed spróbowaniem. A markę Vanini kiedyś lubiłam (ale dawno nic od nich nie jadłam).
Za czekoladę wzięłam się na Świnickiej Przełęczy, na którą weszłam od Zielonego Stawu Gąsienicowego, idąc z Kościelca. Wspinając się w śniegu, cały czas zastanawiałam się, czy wchodzić na szczyt. Czasu było coraz mniej, a wiało coraz mocniej. Gdy w końcu Świnicę zasłoniły chmury i wyglądało na to, że będzie już tylko gorzej, pomyślałam, że nie ma sensu. Już na Świnickiej Przełęczy ledwo porobiłam zdjęcia czekoladzie bez straty kawałka. Było parę takich momentów, że musiałam łapać kostki. A na moje nieszczęście tabliczka była bardzo połamana.

Vanini fondente 62% con granella di nocciole caramello e sale / dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z posiekanymi orzechami laskowymi, karmelem i solą.

Po otwarciu poczułam zapach głównie znacząco palonej, ale nie mocno gorzkiej czekolady, mieszającej się z motywem wegańskiego budyniu orzechowego, z zaznaczonym w tle dodatkiem jakby cukierkowego karmelu. Orzechowość w zasadzie była trochę niejasna. Orzechy laskowe dało się rozpoznać, ale nie tak, bym miała się założyć i... wydawało się, że towarzyszą im fistaszki (może nawet trochę wyprzedzają?). Słodycz trochę sugerowała nugat, ze względu na gorzkawość, kakaowy. Po przełamania czy odgryzieniu kawałka czasem za to swoją obecność zdradzała sól.
Tabliczka na dotyk obiecywała kremowość, acz mimo twardości, podczas łamania trzaskała przeciętnie głośno, łącząc kruchą chrupkość z dźwiękiem suchych, łamanych gałęzi.
W przekroju zobaczyłam sporo średnich kawałków orzechów i głównie małych karmelu o niemal czarnym kolorze. Większość orzechów znalazła się bliżej spodu, karmel zaś przy wierzchu. Nie wiem, czy to przemyślane, czy tak wyszło. Szybko okazało się, że tak gęsto je rozmieszczono, że w zasadzie nie da się zrobić kęsa bez dodatków - by popróbować wszystkiego osobno, bawiłam się już w warunkach domowych z nożem i dobrym oświetleniem.
W ustach czekolada rozpływała się średnio wolno i bardzo maziście. Miękła, racząc mnie średnią tłustością i kremowością, którą z czasem zaczęły zaburzać wyłaniające się dodatki. Karmel w większości rozpuszczał się wraz z nią, dodając lekką wodnistość. Czekolada starała się jak najdłużej kryć dodatki, stąd gryzienie wcześniej bardzo mi nie odpowiadało. Z czasem w ustach zmieniało się to wszystko w przesadnie najeżony zlepek kawałków.
Na próbę raz czy dwa pogryzłam dodatki obok czekolady. O ile orzechy zawsze były takie same, tak karmel gryziony wcześniej... w ogóle wyraźnie był. Lekko skrzypiąco-skrzyliście chrupał. Potem w większości się rozpuszczał. Sól na szczęście też się rozpuszczała w większości.
Czekolada znikała maziście-wodniście i zostawało dużo kawałków, głównie orzechów.
Karmelu na koniec zostawało niewiele. Tak, że jakaś drobinkami czasem lekko skrzypnęła i tyle. 
Gryzione kawałki, kawałeczki i drobinki orzechów lekko chrupały z jakby skrzypiącym pogłosem. W większości były delikatne, tylko parę trafiło się twardszych.

W smaku najpierw przeważnie rozchodziła się słodycz. W przypadku niektórych kęsów czasem równo z nią zaznaczała się średnio silna nuta soli. Zaraz się rozchodziła i trochę wycofywała.

Do słodyczy dołączyła palona gorzkość. Wydawało się, że zacznie rosnąć, ale po lekkim wzroście, spoczęła na średnim poziomie.

W gorzkości poczułam trochę ziół. Cierpkich, właśnie gorzkawych... Acz zaraz zostały w tyle. Czasem ich cierpkość podkreślał subtelny akcent soli.

Słodycz bowiem rosła i skupiała na sobie większość uwagi. Miała w sobie coś lekko karmelowego, acz nie wyraźnie palonego, a także... orzechowego? Do głowy przyszły mi jakieś orzechowe placki, kombinowane pancake'i z masła orzechowego, może z dodatkiem kakao.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, wydała mi się sama w sobie lekko orzechowa jak kakaowy nugat, a także mniej karmelowa i mniej słodka. Orzechami laskowymi mogła przesiąknąć trochę, ale orzechowa nuta chyba płynęła i z niej samej. Motyw karmelu za to na pewno rozchodził się od kawałków.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kawałki wyraźnie wyłaniały się z czekolady. Karmel jednak ogólnie bardzo podpinał się pod samą czekoladę. Kawałki orzechów wnosiły niewiele, bo lekki orzechowy akcent, którym podczepiały się pod bardziej kakaowo-nugatową nutę bazy, acz osłabiały słodycz.

Dodatki gryzione wcześniej, obok czekolady, były mało wyraziste. Trudno było określić, jakie orzechy tam dodano, a karmel jawił się jako bardziej cukrowo-cukierkowy, trochę sztuczny, prawie nie palony (drobna paloność ujawniła się tylko przy rozpuszczaniu?). Czekolada z kolei wydawała mi się słodsza i zarazem bardziej tanio gorzka w niemal plastikowy sposób.

Gdy spróbowałam samego karmelu (z trudem wydobytego i wydzielonego), wydawał się smakować cukrem, trochę wręcz cukierkowo, ale nieokreślono.
Orzechy zawsze smakowały tak samo, ale przy próbowaniu osobno utwierdziłam się, że w bazie czuć nugatowo-pancake'owy motyw niezależnie od nich.

Z czasem odnotowałam nugatowo-karmelową kawę. Nie zawsze tak samo nugatową czy karmelową - te smaki pojawiały się w różnych proporcjach, na pewno jednak kawę smakową. Jakby głównie to rozpuszczający karmel ją sugerował. A z kolei karmelowość karmelu chyba podkreślała odrobinka soli. 
Samego wyraźnie karmelowego smaku uświadczyłam w tej kompozycji w sumie niewiele.

Raz po raz przewijała się nie nachalna, ale wyraźna sól. Podkręcała słodycz i smak nieszczególnie palonego karmelu, a także znikomą soczystość.

Bardzo odlegle przemykała owocowo-cierpkawy motyw. Jakby jakiegoś cierpkiego cytrusa? Czasem przychodziła mi do głowy owocowa bombonierka, cytrusowo-czerwono owocowa? Taka, w której dodano też parę czekoladek z warstwą kakaowo-nugatową z pieczonych orzechów?

Ogólna orzechowość czasem rozmywała się pod naporem rosnącej słodyczy. Ta przynajmniej zachowała jakiś ambitniejszy wydźwięk. Już nawet niekoniecznie nugatu, ale... czegoś, nie cukru. Choć trochę niedookreślona, na szczęście w pozytywnym sensie.

Dodatki, głównie orzechy, gryzione na koniec były wyraźniejsze. Orzechy laskowe do rozpoznania. Łączyła je lekko prażona nuta i łagodna neutralność. Niektóre były bardziej słodkawe, inne lekko gorzkie. Bardzo harmonijnie wkraczały po lekko nugatowej bazie.
Śladowe resztki karmelu smakowały bardziej cukrowo-karmelowo, może nie mocno palono, a bardziej karmelkowo, ale bez dziwnej cukierkowości.
Na szczęście sól na koniec nie zostawała.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków, a więc lekko prażonych orzechów. Czasem czułam też sól, a przy niej echo sztucznego, cukierkowego karmelu. Czekolada, jako słodko-gorzkawy, lekko palony splot, robiła im za tło.

Tabliczka ogólnie tylko trochę wybiła się ponad przeciętność. Wiele w niej kwestii bym bardzo pozmieniała. Sól zbędna, ale nie jakoś szczególnie przeszkadzająca. Dodano jej na tyle mało, że "uszła w tłumie". Orzechy jako zbyt drobne, a przez to pozbawione charakteru nie zachwyciły, a niesatysfakcjonująco karmelowy, cukrowo-sztucznawy karmel był kiepski. Niby fajne było to, że rozpływał się wraz z czekoladą, ale mogli dodać lepiej zrobiony. Przynajmniej baza dobra, choć nie idealna. Kojarzyła mi się trochę z tabliczkami marki Tesco finest (np. Tesco finest Peruvian 70 % Dark Chocolate ciemna z Peru o cierpkiej słodyczy), które chyba właśnie Vanini robiło, tylko w wersji nieco "tańszej". W sumie pomysł, by zrobić czekoladę o niższej zawartości kakao, ale która nie jest okrutnie cukrowa, a trochę orzechowa, ciekawy.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane orzechy laskowe 7%, kawałki karmelu 7% (cukier, syrop glukozowy), pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; sól 0,2%, ekstrakt waniliowy

niedziela, 21 grudnia 2025

Vanini Tasting Experience Double Cheesecake All'Amarena biała z wiśniami i ciastkami oraz mleczna

Tę czekoladę wzięłam w Beskid Niski w niezbyt widokowe, acz ciekawe miejsce: Kozie Żebro. Wybór miejsca jednak doceniłam w trakcie zdjęć. Otóż odkąd ruszyłam zielonym szlakiem z Wysowej-Zdroju, od rana lało. Jako że Kozie Żebro to niewysoki szczyt z kamieniami w lesie, mogłam spokojnie porobić zdjęcia, bo miałam naturalną osłonę od deszczu. Potem poszłam na klimatyczną Rotundę i dalej... ale, ale! Najpierw jeszcze o czekoladzie. Skąd takie dziwo u mnie? Z trochę chaotycznych zakupów z ojcem. Wybierałam czekolady z włoskiego rzutu - chyba na urodziny marketu - i było mnóstwo cen z krótkimi opisami. Jakoś gdy przeglądałam opisy mnóstwa tabliczek, odrzucając białe i mleczne, w końcu zostałam z mylnym wyobrażeniem, że ta jest ciemno-mleczna czy ciemno-biała. W domu miałam więc małą niespodziankę, co ja wzięłam... Bo zupełnie nie przemawia do mnie takie przesadne łączenie elementów. Nie mam pojęcia, co ta tabliczka ma mieć wspólnego z sernikiem... Ale jest i plus! Wszak dodano do niej ciekawy owoc, tzw. czarną wiśnię, czyli czeremchę amerykańską. Oczywiście nie liczyłam, że poczuję jej specyfikę, ale dobrze sobie przypomnieć o jej istnieniu (kiedyś w Stanach dziwiły mnie "wielkie i czarne... czereśnie? bo nie wiśnie!"). W recenzji będę raczej pisać skrótowo "wiśnie" od "wiśnie czarne", jako że i tak nie czuć ich specyfiki (a specyfika jest, ale taka jak w przypadku różnych, ale podobnych odmian czereśni czy wiśni).

Vanini Tasting Experience Double Cheesecake All'Amarena Cioccolato Bainco Con Amarena in Pezzi E Granella Di Biscotto & Cioccolato Al Latte to (50%) biała czekolada z kawałkami czarnej wiśni (czeremchy amerykańskiej) i pokruszonymi ciasteczkami oraz (50%) czekolada mleczna o zawartości 32 % kakao jako warstwa na spodzie.

Po otwarciu poczułam bardzo słodki zapach ciastek cynamonowych, mieszających się z maślaną, ciężko słodką czekoladą białą. Trzymało się jej lekkie tanie echo. Czułam też słodką śmietankę i wanilię, a także wyraźnie czekoladę mleczną - oczywiście wyraźniej, gdy nachylałam się nad spodem. Miała bardzo cukrowy charakter i to ona poniekąd dokładała się do skojarzenia z cynamonem. Przez to wszystko przemykały też kwaskawe, niezbyt jednoznacznie, ale chyba do rozpoznania wiśniowe wtrącenia.

Tabliczka w dotyku wydała mi się trochę plastelinowa, ale nie jakoś szczególnie tłusta, mimo że na taką wyglądała. Przy łamaniu twardawo-konkretna, ale bez trzasku. Miejscami wyglądało na to, że jest więcej białej, miejscami, że brązowej. Czyli ogólnie pewnie się wyrównało.
Warstwy dało się rozdzielić przy pomocy zębów lub łatwiej przy pomocy noża. O wiele trudniej wyłuskać fragment białej bez dodatków.
W ustach całość rozpływała się w średnim tempie, maziście. Czekolady rozpływały się mniej więcej w tym samym tempie, acz po kolei.
Część brązowa wykazywała niemal idealną gładkość. Miękła i roztaczała wszędzie maziste smugi, trzymając bazowy kształt. Była gęsta, ale nie zbita. Do tego dość tłusta i kremowa. 
Biała także miękła kremowo, ale odróżniała ją lekka pylistość i niższa gęstość. Jej zbitość trochę rozbijały dodatki, więc i jej nie odebrałam jako zbitą.
Wydawało się, że dodatków zatopiono mnóstwo, ale to za sprawą podrobienia. Wiśnie wystąpiły w postaci głównie skórek: malutkich, małych i mało-średnich, a ciastka w postaci niewielkich kawałków. Wiśnie przeważały do tego stopnia, że trudno o kęs bez nich. Bez ciastek kęsy zdarzały się dość często. 
Gryzione wcześniej ciastka były sucho-kruche, rozpadały się na pyliście-mączne grudki i pyłek. Częściowo rozpuszczały się wraz z czekoladami.
Wiśnie zaś najpierw jawiły się jako twardawe, ale delikatne skórki. Czasem trochę trzeszczały prawie chrupko. Wolałam je zostawiać na koniec.
Ciastka gryzione na koniec zachowały kruchą twardawość, ale i minimalnie nasiąkały. Nie zaburzyło to jednak rozchodzenia się na drobinki i mączny pyłek.
Wiśnie niewiele się zmieniły. Do końca były głównie cienkimi, twardawymi i delikatnymi zarazem skórkami. Rzadko trafiałam na bardziej miąższyste, soczyste kawałki.

W smaku pierwsza pokazała się mleczna czekolada ze swoją jawnie cukrową słodyczą. Po chwili doszło do tego intensywne, pełne mleko i odrobinka wanilii. Szybko dała się poznać jako za słodka.

Do mlecznej czekolady po chwili dołączyła biała. I tak jednak przez mniej więcej połowę dominowała mleczna, a biała dopiero po niej bardziej wchodziła do gry i wysuwała się na przód.

Gdy próbowałam osobno, odbierałam je gorzej. Obie części zyskiwały w połączeniu.

Gdy oddzieliłam kawałek mlecznej, by spróbować jej osobno, potwierdziła się jej cukrowa słodycz i wszystko to, co czułam, jedząc wszystko razem - acz wyraźniej. Słodycz, mimo pewnego ciepła, denerwowała zagłuszaniem mleczności.

Z czasem mleczna czekolada przejawiała pewne ciepło, przechodzące w złudną korzenność. To podkreśliła w niej biała warstwa. Jednocześnie słodycz rosła tak, że mleczność części brązowej aż się chwilami zatracała.

A może wyszła tak licho przy bardziej mleczno-śmietankowej białej? Motyw mleka i śmietanki miał ewidentnie białoczekoladowe pochodzenie. W kęsach, gdzie było mniej wiśni, gdzie prawie się kryły, przemykały mi myśli o czekoladkach Kinder. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa to biała wysuwała się na prowadzenie. Podwyższała słodycz, umacniała motyw śmietanki, zmieszanej z masłem w typowy, specyficznie dla białych czekolad ciężki sposób. Ją jednak raz po raz po pewnym czasie przeplatał smak dodatków.

Biała spróbowania osobno zasładzała szybciej, a do tego wyłaniał się z niej motyw taniości ciężkich białych czekolad - uwagę kierowały na niego dodatki, zwłaszcza kwaśne wiśnie.

Dodatki odzywały się raczej po dość długim czasie - to jedno było dość stałe. Tak to zapewniały bardzo różne odczucia. Nie musiałam ich gryźć, by dobrze je poczuć.
Raz trzeba było czekać na nie długo, raz odzywały się jeszcze, gdy to mleczna rządziła. Nie doszukałam się tu żadnej zasady. Czasem wiśnie ledwo pobrzmiewały, czasem przebijały wszystko kwaskiem.

Chwilami ciastka mieszając się z mleczną czekoladą sprawiały, że można by się upierać, że to ciasteczkowo-korzenna tabliczka.

Dodatki gryzione obok czekolady zaskoczyły mnie jednak tym, jak mało wyraziste się okazały. Ciastka wyszły mącznie-nijako, a wiśnie albo nijako, albo kwaśno-nijako.
Wołałam więc zostawiać je na koniec.

Mleczna czekolada znikała szybciej, a wtedy z białej i tak wyłamywała się tania nuta.

Dodatki gryzione na koniec smakowały sobą. Ogólnie wśród nich dominowały wiśnie, ciastek było mniej, a i smak miały łagodniejszy. Smakowo jednak nie ulegały wiśniom tak zupełnie. Czuć i je. Czasem nawet podszepnęły wiśniom słodycz.

Wiśnie przeważnie były delikatne, kwaskawe, ale dość często zbyt mało wiśniowe w smaku. Czasem bardziej nijakie, czasem kwaśniejsze. Rzadko soczyście kwaśne. Jawiły się bardziej niż ewidentnie wiśnie, to jako jakieś kwaskawe owoce, może i czerwone".

Ciastka gryzione na koniec były słodkie, ale nie jakoś zabójczo. Głównie czuć w nich pszenność. Ogólnie miały łagodny charakter. Wypieczono je lekko i trochę kojarzyły mi się z jasnym kruchym spodem ciasta lub niedopieczona kruszonką.

Posmak należał głównie do dodatków, a więc dużo zależało od tego, co na koniec zostało. Wiśniom łatwiej przychodziło dominowanie, ale i mączna, lekko podpieczona nuta miała się nieźle. Do tego dość wysoka słodycz raczej białej czekolady, jej ciężkość. Mleczna odchodziła w zapomnienie.

Czekolada może i ciekawa, na pewno niecodzienna, jednak... taka bez polotu, jakby z przypadkowo połączonymi składnikami. Bez większych wad, ale i bez czegoś konkretnego do chwalenia. Nie wiem jednak, co ona ma niby wspólnego z sernikiem.

Zjadłam ogólnie 8 kostek, czyli nawet nie 1/3 - większość w górach, trochę w domu by zweryfikować.
Mama próbowała kończyć, ale i ona sobie darowała. Jak to opisała: "Niesmaczna i tyle. Strasznie namieszana, te wiśnie jakieś takie malutkie, że w ogóle prawie nie czuć, że to wiśnie, a tylko jakaś kwaśność na koniec wyłazi. I to taka kwaśność niepozytywna, niepasująca; kwachowatość. Ciastka, no, sobie były i chrupały. Takie ot... Czekolada też przeciętna".


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 20,29 zł
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: biała czekolada z kawałkami czarnej wiśni i pokruszonymi ciasteczkami 50% [tłuszcz kakaowy, cukier, pełne mleko w proszku, pokruszone ciastka 4% (mąka kukurydziana, mąka ryżowa, cukier, olej kokosowy, skrobia kukurydziana, syrop glukozowo-fruktozowy, substancja spulchniająca: wodorowęglan sodu E500 ii; aromaty, sól, błonnik kukurydziany, substancja zagęszczająca: guma guar E 412), tłuszcz mleczny, liofilizowane kawałki czarnej wiśni 1,5%, emulgator: lecytyna sojowa, naturalny aromat, ekstrakt waniliowy], czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyna sojowa; ekstrakt waniliowy).