Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Storck. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Storck. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 listopada 2025

Choceur Herbe Sahne / Śmietankowa Deserowa mleczna ciemna 45 %

Nie mogłam przeboleć, że Aldi wycofał Chateau Weisse Kokos / Biała z Kokosem i płatkami kukurydzianymi. Szukając, czy i z internetu ją wymiotło, przewijała mi się obecna oferta Aldiego i przypomniały mi się czekolady śmietankowe, od których w 2015 obudziła się moja miłość do odkrywania czekolad o wysokiej zawartości kakao. Pomyślałam, że z sentymentu mogłabym sobie taką - konkretniej Chateau Herbe Sahne / Mleczna Deserowa - przypomnieć, ale... Odkryłam, że chyba takie też wycofano. Ogólnie Chateau chyba przestały istnieć. Wiele smaków w Aldim się uchowało, jednak zmieniła się marka na Choceur. I gdy doszłam do wniosku, że te śmietankowe - czy to Chateau, czy Choceur - nie są już robione, zamówiłam ostatnią dostępną na allegro. By po paru tygodniach odkryć, że chyba jednak akurat te w Aldim wciąż bywają.


Choceur Herbe Sahne / Śmietankowa Deserowa to po prostu czekolada o zawartości 45% kakao ze śmietanką i mlekiem; wyprodukowana przez WIHA GmbH (właścicielem jest grupa Storck) u mnie dla niemieckiego Aldi.

Po otwarciu poczułam wyraźny, a zarazem łagodny zapach gęstej śmietanki, wręcz bitej śmietanki, stojącej obok cukrowej słodyczy. Tej trzymało się słodkie, waniliowo-jajeczne echo - niczym jajka ubite z cukrem i dosłodzone wanilią? Za tym zaznaczyła się palona cierpkość kakao, sprowadzająca słodycz do średniego poziomu.

Tabliczka w odcieniu czekolady mlecznej o podwyższonej zawartości kakao była twarda, acz przy łamaniu nie trzaskała, a pykała. Twardość wynikała więc głównie z grubości. Tabliczka ogólnie wydawała się masywna i konkretna. Z kolei przy odgryzaniu kęsa, wydawało się, że zęby stykają się z kawałkiem potencjalnie miękkawym. Trochę się też przy łamaniu kruszyła.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, pokrywając podniebienie lepkawymi smugami. Zachowała poczucie masywności i konkretu, ale w żadnym razie nie mogłabym nazwać jej twardą. Miękła, bardzo luźno zachowując kształt i wykazując wysoką tłustość pełnej śmietanki. Ogólnie wyszła właśnie bardzo pełna, choć z łatwością rzedła. Znikała w ogóle rzadko-wodniście, lecz wciąż tłusto.

W smaku przywitała mnie średnio wysoka, ale intensywna słodycz. Otarła się o cukrowość, acz zaraz dołączyła do niej śmietanka, trochę osłabiając poczucie cukrowości...

...i całkowicie zalewając usta. Pełna śmietanka - bardzo tłusta, zwana w anglojęzycznych przepisach "double cream", co najmniej 36% (ok, moje wyobrażenie o takiej) - pokazała się w pełni. Podkradło się do niej mleko, sprawiając, że kompozycja zrobiła się bardziej przystępna, harmonijna.

Słodycz w tym czasie pozwoliła sobie na dość szybki wzrost. Cukier mieszał się z waniliowym motywem, przywodząc na myśl cukier waniliowy - niekoniecznie wanilinę, ale i nie najszlachetniejszą, najprawdziwszą wanilię. Przemknęła mi jeszcze nuta... cukru ubijanego z jajkami? Sprawiło to, że ogólna słodycz choć nie przesadzona, miała ciężkawo-intensywny wydźwięk.

Zza coraz to kolejnych śmietankowo-mlecznych fal i odważnej, słodyczy, sporadycznie zdradzającej cukrowość, wyłoniła się cierpkość kakao. Początkowo prosta i delikatna, jednak nie pozostawająca bierna.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kakao połączyło się w jedno ze śmietankę, przekładając się na myśl o kakaowej bitej śmietance - takiej jak z deserów z koroną (np. Ehrmann High Protein Double Choc). Tylko takiej naprawdę mocno kakaowej. Śmietanka ta mogła osiąść na jakimś kakaowo/czekoladowo-maślanym, budyniowatym deserze (coś jak już wspomniany).

Pojawiła się nawet subtelna gorzkość o palonym charakterze. Przełamała słodycz, zastopowała jej wzrost i jeszcze podkreśliła pełną śmietankę, mieszając się z nią w harmonii poprzez kakaową maślaność.

Słodycz zatraciła cukrowość, chwytając się waniliowo-jajecznego motywu. Nie straciła jednak dosadności. Gęsta śmietanka 36%, śmietanka kremówka otuliła ją bardzo mocno, a końcowo także gorzkość. W stosunku do niej była mniej litościwa, gdyż przygłuszyła ją prawie zupełnie.

Ostała się tylko leciutka cierpkość, zupełnie podporządkowana splotowi śmietankowo-mlecznemu, który pozwolił przy sobie pobrzmiewać średnio wysokiej słodyczy. Potrafiła zaznaczyć się w gardle, ale nie drapać i nie męczyć w nim.

Po zjedzeniu został posmak cierpko kakaowej bitej śmietanki, trochę goryczkowo-palony, oraz pełnej tłustej śmietany. Było bardzo śmietankowo, ale i trochę mlecznie, więc nie przytłaczająco, nie aż tak bardzo tłusto-śmietanowo. Słodycz stanęła na poziomie średnio-wysokim, mając dosadny wydźwięk waniliowo-jajeczno-cukrowy, acz nie męczącym.

Czekolada nie smakowała mi aż tak, jak śmietankowe smakowały mi kiedyś, ale przyznaję, że była bardzo dobrze zrobiona, choć... ja wolę bardziej śmietankowo-mleczne tabliczki niż aż tak intensywnie, wręcz jaskrawo śmietankowe - pewnie dlatego, że zwyczajnie nie lubię śmietany, a jej nuty potrafię jedynie doceniać w zacnym otoczeniu. Tu śmietana grała pierwsze skrzypce. Odrobinka cierpkiego kakao jednak ładnie się przy niej zarysowała, a słodycz serwowała ciekawe, waniliowo-jajeczne, a nie tylko cukrowe nuty, stojąc na średnim poziomie.

Dziś przedstawiana wydała mi się bardzo podobna do Chateau Herbe Sahne / Mleczna Deserowa acz troszeczkę mniej gorzkawa (i mniej palona?) i bardziej tłusta smakowo - jakby... odrobinę więcej dali tłuszczu kakaowego kosztem miazgi kakaowej? Tak jednak malutko, że w składzie nic się nie zmieniło (w kaloriach natomiast owszem). Acz różnica to minimalna. Jednak aż mnie zaintrygowała i zaczęłam przeszukiwać internet. Podlinkowana miała "40,7g" tłuszczu na 100g, dziś przedstawiana 41g. Czyli coś faktycznie w tłuszczu pozmieniali (acz po tym trudno orzec, co, bo w sumie sama miazga też jest tłusta), a w tym przekonaniu utwierdza mnie jaśniejszy kolor.
Jak dla mnie ryzykownie słodka i mało, bardzo mało kakaowo-gorzka, jednak na ochotę na coś słodkiego i właśnie śmietankowego, w porządku, by trochę jakiegoś odpowiedniego dnia na taką zjeść.


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 12 zł (za 200g)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku (15,7%), pełne mleko w proszku (3,9%), lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii

czwartek, 19 października 2023

Merci Coconut Collection Dark Milk Chocolate Coconut ciemna mleczna śmietankowa 45 % nadziewana kremem kokosowym

Gdy w końcu przebrnęłam przez smaki Merci limitowanej wersji kokosowej, które ewidentnie nie były za bardzo w moim typie już z zasady, do tych nastawiłam się sceptycznie. Pierwotnie miały trafić do mnie tylko te, bo choć w moim odczuciu zasługują na miano jedynie ciemnych mlecznych, tata i jego partnerka uznali je za ciemne i nie chcieli. Po zrobieniu rozeznania i utwierdzeniu się w tym, że Merci są zupełnie niewarte uwagi, czekoladki, które teoretycznie powinny wciąż mieć jakieś szanse na bycie ok, wisiały nade mną jakoś tak... Jak gilotyna (zbliżające się lato wołało, że lepiej spróbować jak najszybciej, a nie lubię jakiejkolwiek presji, choćby i tylko pogodą wywoływanej). A jednak nie w pełni i nie zupełnie, bo... chciałam załapać ogląd ogółu i w końcu to wariant dość... kusząco brzmiący. To właśnie dobrze wyczuwalne kakao świetnie pasuje w moim odczuciu do kokosa, a mam wrażenie, jakby większość świata umówiło się, że jak kokos, to łączyć raczej z białą czy mleczną.

Merci Coconut Collection Dark Milk Chocolate Coconut to ciemna mleczna czekolada śmietankowa (wg producenta "deserowa") o zawartości 45 % kakao z nadzieniem kokosowym z wiórkami kokosowymi, wchodząca w skład kokosowej limitowanej edycji Merci; produkowana przez Storck.


Po rozwinięciu papierka poczułam dominujące wiórki kokosowe, a dopiero po nich zacukrzoną śmietankę i daleko w tle nieśmiały akcent czekolady o "orzechowawym" charakterze. Wyłapałam nutkę prostego kakao, a zwłaszcza po przełamaniu na jaw wyszedł też mleczny aspekt kokosa. Wtedy już wiadomo, że wiórki zatopiono w cukrowo słodkim, mleczno-śmietankowym nadzieniu o wątpliwej jakości, bo i sztuczność aromatów słodko-niedookreślonych się ujawniła. Na szczęście jednak dość delikatna.

Przy łamaniu czekoladka wydała mi się miękkawa, acz jeszcze w miarę konkretna.
Kremu nie pożałowano.
W ustach czekolada okazała się tłusto-kremowa oraz średnio gęsta. Zalepiała, acz znikała w średnim tempie w ewidentnie śmietankowy sposób.
Była spójna z nadzieniem, które też maziście i tłusto zalepiało. Okazało się od niej bardziej miękkie i oleiste. Na pewno tłustsze i plastyczne, wręcz gumiaste. Czułam w nim też pylistość, a z czasem mnóstwo całych i częściowo przemielonych wiórków kokosowych.
Gryzione wiórki w dużej mierze były chrupko-twarde, część bardziej chrupko-trzeszcząca. Bez problemu znikały, nie memłając się.
Całość zostawiała lekko pyliste wrażenie.

W smaku czekolada przywitała się słodyczą poskromioną lekko gorzkawym smakiem. Natychmiast napłynęła na to śmietanka i o wiele więcej cukru. Słodycz szybko wyrwała się na przód. Za nią czułam jedynie gorzkawość. Miała nieco palono-cierpkie zabarwienie, lecz jej wydźwięk osłabiało to, iż czekolada trochę przesiąkła wnętrzem. Mimo to, w kompozycji odegrała bardzo znaczącą rolę.

Nadzienie prędko wplotło swój smak - kokosowy. Początkowo był delikatny, płynął na śmietankowo-mlecznej fali. Po chwili krem jeszcze wzmocnił słodycz.

Wnętrze okazało się śmietankowo-mleczne i trochę margarynowe, tłuszczowe. Odnotowałam w nim sztuczność, acz dopiero za kokosem. Ten wyraźnie zaznaczył swoją obecność, choć nie dominował - raczej rozchodził się wraz ze śmietanką, w towarzystwie ciemnawo-śmietankowej czekolady.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kokos wymieszany ze śmietanką i mlekiem w proszku dał szansę pokazania się wiórkom. Ich smak, rozchodzący się od nich, zdawał się podkręcać nawzajem z samą cukrowo-gorzkawą czekoladą. Co więcej, w ich obliczu w nadzieniu doszukałam się małej sugestii kwasku - ni kokosa, ni sztucznej (sztucznego kokosa?).

Wiórki minimalnie rozbiły słodycz, lecz ona w zasadzie cały czas konsekwentnie rosła. Nie tak powalająco i przerażająco, ale jednak. Oprócz cukru czułam coś sztucznego - wanilinę? 

Bliżej końca pomyślałam o cukrowym likierze czy syropie kokosowo-czekoladowym, wymieszanym ze śmietankowym deserem. Czułam lekką cierpkość kakao i plastikowość, sztuczną cierpkość (?). Czekolada po debiucie środka wydała mi się bardziej maślana, a jednocześnie nieco odważniej palono-gorzkawa.

Wiórki gryzione na koniec, po zniknięciu reszty, okazały się wyraziste w swój lekko podprażony smak. Nie dały jednak rady pozbyć się echa reszty.

Po zjedzeniu zostało przecukrzenie i drapanie w gardle, ale też mocny niesmak sztuczności - chemii, taniego tłuszczu jako wręcz kwasek czy cierpkość. Nie pomogła lekka cierpkość i goryczka czekolady, śmietankowość, ani wyraźnie wiórkowo-kokosowy wątek. 

Czekoladki wyszły chyba najlepiej z zestawu, a jednocześnie po prostu przeciętnie. Jedynie gorzkawą czekoladę przesłodzono, acz trzeba jej przyznać, że była przyjemnie śmietankowa (czuć, że to Merci Dark Cream / Herbe Sahne). Nadzienie... wyraźnie śmietankowo-mleczne, ale jednocześnie trochę tanio tłuszczowe. Kokosowość wyraźna, ale niestety zmieszana ze sztucznością. Jedynym, co mogę szczerze w pełni pochwalić to spora ilość zacnych wiórków kokosowych. Dobrze też, że całość nie zabijała cukrem jak pozostałe warianty z pudełka. Jeśli o konsystencję chodzi, bardzo mi się nie podobała przez miękką tłustość.
Zasłodziłam się już jedną i w sumie mogłabym na niej poprzestać, ale zjadłam 2, przy czym pod koniec drugiej się już męczyłam (ale nie chciało mi się zostawiać). Choć przesłodzona i za miękko-tłusta, rozumiem, że... po prostu ma taka być i nawet nieźle chyba się wśród takich zwykłych nadziewanych czekolad to odnajduje.

Pozostałe 3 czekoladki oddałam Mamie. Powiedziała: "W smaku bardzo w porządku. Ta czekolada im dużo dała, bo nie było taka cukrowa. No taka... ciemnawa, śmietankowa. To jej największy plus. Nadzienie w porządku, wiórki trochę pochrupały. Bardzo mi jednak ta mazistość, miękkość przeszkadzała. Ciemna chyba nie powinna być tak miękka... Do tego stopnia mi przeszkadzało, że aż jedną zjadłam z lodówki. Ogólnie jednak niezłe, faktycznie najlepsze z zestawu, zwłaszcza jak pomyśli się o innych słodyczach ze średniej półki".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od ojca (on kupił w Biedronce)
cena: jak wyżej (ale zapłacił chyba około 16 zł za opakowanie 250g)
kaloryczność: 606 kcal / 100 g (wartość podana zbiorowo dla wszystkich smaków)
czy kupię znów: nie

Skład*: cukier, tłuszcz kakaowy, tłuszcze (shea, palmowy), mleko pełne w proszku, pełnotłuste mleko w proszku, wiórki kokosowe 5,6 (?), miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, maślanka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, aromaty, sól (?), ekstrakt słodu jęczmiennego (?)
*Skład na opakowaniu był zbiorczy, więc tu pozbyłam się składników, których niemal na pewno nie ma akurat w tym wariancie, a procent wiórków kokosowych - nie wiem, ten akurat zostawiłam bez zmian; podobnie nie mam pewności co do kolejności składników.

Skład zbiorczy dla wszystkich smaków (przepisany z opakowania): cukier, tłuszcz kakaowy, tłuszcze (shea, palmowy), mleko pełne w proszku, pełnotłuste mleko w proszku, wiórki kokosowe 5,6, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, maślanka w proszku, tłuszcz mleczny, siekane migdały 0,6%, lecytyna sojowa, kukurydza, aromaty, sól, ekstrakt słodu jęczmiennego

czwartek, 12 października 2023

Merci Coconut Collection Milk Chocolate Coconut mleczna nadziewana kremem kokosowym

Po białej nadziewanej paskudzie nie łudziłam się, że mleczna będzie lepsza. Nigdy nie byłam fanką mlecznych Merci (w sumie żadnych), więc obstawiałam, że... Będzie źle. A jednak już jak podjadłam się spróbowania wszystkich kokosowych, głupio mi było olać tę. A może właśnie ta, niepozorna, miała okazać się zaskoczeniem? 

Merci Coconut Collection Milk Chocolate Coconut to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao z nadzieniem kokosowym z wiórkami kokosowymi, wchodząca w skład kokosowej limitowanej edycji Merci; produkowana przez Storck.


Po otwarciu poczułam przede wszystkim zapach wiórków kokosowych, wkomponowanych jednak w kokosową słodycz tak, że da się zgadnąć, iż czekoladka zawiera nadzienie (acz bym się nie założyła). Czekolada stanowiła bardzo nieśmiałe, cukrowo-mleczne tło. Odnotowałam pewną plastikowość, taniość - chyba wanilinę.

Czekoladki cechowała tłustość już w dotyku, jakby zaraz miały się zacząć rozpuszczać już w dłoniach. Przy łamaniu nawet nie pykały, były delikatne. Gruba warstwa czekolady kryła tłuste, miękkie, ale jakby krucho grudkowate nadzienie w ilości dość pokaźnej.
W ustach czekolada była tłusta i kremowa. W mig obklejała podniebienie, wykazując jedynie gęstawość i miękkość. Rozpływała się dość szybko w śmietankowy sposób, w zasadzie przypominając bardziej krem czekoladowy niż czekoladę.
Okazała się spójna z lepko-miękkim nadzieniem. Było tłustsze w sposób oleisty. Wydało mi się nieco gumiaste, bardzo plastyczne. Wykazywało znaczącą pylistość, proszkowość. Brak mu gęstości - rozpływało się prędko na oleiście-pylistą zawiesinę.
Znikało mniej więcej równo z czekoladą. Trafiłam w nim na całkiem sporo przemielonych i całych wiórków kokosowych. Były bardzo chrupkie i trzeszczące. Łatwo się z nimi uporać, nie memłaly się irytująco. 

W smaku czekoladę cechowała wysoka mleczność, wręcz śmietanka. Okazała się jednak przesłodzona do granic możliwości. Uderzała cukrem, za którym odnotowałam trochę tanio-plastikowy akcent. Lekko przesiąkła wnętrzem. Już ona zacukrzała tak, że aż wykręcało.

Nadzienie szybko się odezwało kokosową nutką. Ta wydała mi się spokojna i delikatna. Znalazła się dopiero za słodyczą, jeszcze wyższą niż czekolady. Krem dosłownie uderzał cukrem.

Słodycz rysowała się na mlecznie-margarynowej fali. Krem pobrzmiewał tanim tłuszczem, a w jego słodyczy zaplątała się sztuczność. Także jego kokosowość częściowo wydawała się sztucznie podkręcona. Sztucznie-słodko wanilinowa? Trudno jednak stwierdzić to z pewnością, bo całościowo to wszystko w mgnieniu oka zasładzało.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodko-mleczny kokos szedł łeb w łeb z kokosem bardziej wiórkowym. Oba aspekty kokosa z czasem wydawały się coraz bardziej podporządkowane słodkiej mleczności. To taka... kokosowa mleczność, śmietankowość (ale nie mająca nic wspólnego z mleczkiem kokosowym), która spływając do gardła, bardzo je drapie.

Gdy wiórki wylegały na język, naturalny smak nieco wzrastał, rozbijając słodycz. Wiórki nie dały jednak rady jej złagodzić czy uprzyjemnić. I tak strasznie drapała w gardle. 

Na końcówce sama czekolada wydała mi się jeszcze bardziej cukrowo-plastikowa, mimo że w zasadzie też wciąż wyraźnie mleczna. 

Na koniec ciamkałam i gryzłam wiórki oraz ich kawałki. Smakowały lekko podprażonymi sobą, acz z całym tym cukrowym, tłuszczowym i sztucznym echem, nie robiły wrażenia. 

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie, w tym drapanie w gardle, a także poczucie zatłuszczenia - nawet ust. Czułam posmak wiórków kokosowych, ale też niesmak... sztuczności, cukrowości i ni oleju, ni margaryny - czegoś takiego, ale niejednoznacznego. Na pewno nie było to przyjemne.

Czekoladka była kiepska. Smakowała tanio przez akcent plastiku i waniliny. Przesłodzono ją, że w zasadzie po pierwszym kęsie w gardle strasznie drapało. Mleczność, wręcz śmietanka, wyrazista i wszechobecna na plus, ale niestety jakość wszystkiego nawaliła. Intensywnie kokosowy smak wnętrza i wiórki niestety też na wiele się nie zdały przy tak kiepskim otoczeniu cukrowo-tłuszczowym i przeciętnej mlecznej czekoladzie. Dałam sobie spokój po połowie czekoladki.
Jedynie trochę lepsza od białej. Była po prostu kiepska i o wiele za słodko-miękka, acz bez elementu obrzydliwości jak podlinkowana. 

Mama przejęła pół czekoladki zostawione przeze mnie i wpadła jej jeszcze cała. Zjadła i opisała: "Niesmaczne. Już sama czekolada jak taka tania, zła czekolada, chciała mnie zabić cukrem. Aż gryzła tą słodyczą. Największy plus nadzienia jest taki, że szybko znika, nawet trudno się na nim specjalnie skupić i potem fajnie tak zostają te wiórki. U mnie jednak mało ich było. One to w zasadzie najlepsza część tych czekoladek. Od nadziewanych białych jednak na pewno lepsze".
Zgodziłyśmy się, że fenomen Merci jest dla nas niepojęty. To smakowało po prostu jak tanie czekoladki na wagę czy coś takiego.


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od ojca (on kupił w Biedronce)
cena: jak wyżej (ale zapłacił chyba około 16 zł za opakowanie 250g)
kaloryczność: 606 kcal / 100 g (wartość podana zbiorowo dla wszystkich smaków)
czy kupię znów: nie

Skład*: cukier, tłuszcz kakaowy, tłuszcze (shea, palmowy), mleko pełne w proszku, pełnotłuste mleko w proszku, wiórki kokosowe 5,6 (?), miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, maślanka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, aromaty, sól (?), ekstrakt słodu jęczmiennego (?)
*Skład na opakowaniu był zbiorczy, więc tu pozbyłam się składników, których niemal na pewno nie ma akurat w tym wariancie, a procent wiórków kokosowych - nie wiem, ten akurat zostawiłam bez zmian; podobnie nie mam pewności co do kolejności składników.

Skład zbiorczy dla wszystkich smaków (przepisany z opakowania): cukier, tłuszcz kakaowy, tłuszcze (shea, palmowy), mleko pełne w proszku, pełnotłuste mleko w proszku, wiórki kokosowe 5,6, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, maślanka w proszku, tłuszcz mleczny, siekane migdały 0,6%, lecytyna sojowa, kukurydza, aromaty, sól, ekstrakt słodu jęczmiennego

czwartek, 5 października 2023

Merci Coconut Collection White Coconut-Almond biała nadziewana kremem kokosowym z siekanymi migdałami

Zakupowi kokosowych Merci ojcu przyświecał pomysł zjedzenia większości razem ze swoją partnerką. Tylko "ciemne" miały trafić do mnie, ale uznali, że pewnie z racji bloga będę chciała spróbować wszystkich smaków. I to sprawa bardziej złożona, bo odpowiedź brzmi "i tak, i nie". Nie kręcą, bo i Merci fanką nie jestem, a jednocześnie wydały mi się na tyle nietypowe - i jednak limitowane, i darmowe - że uznałam iż faktycznie popróbuję, przynajmniej po sztuce. Biała nadziewana brzmiała ryzykownie, a po Coconut Crisp straciłam wiarę, że będzie warta jedzenia, ale dotarło do mnie, jak - chyba, bo w białych się nie orientuję - to jednak rzadko spotykany wariant. Coś czułam, że wielkie i tak rozchwytywane Merci nie dorówna J.D. Gross Mousse au Lait Coconut Macaroon. I choćby przez swoją zgryźliwą naturę uznałam, że z ochotą się w tym utwierdzę.


Merci Coconut Collection White Coconut-Almond to biała czekolada z "nadzieniem kokosowo-migdałowym", a dokładniej z nadzieniem kokosowym z kawałkami siekanych migdałów i wiórkami kokosowymi, wchodząca w skład kokosowej limitowanej edycji Merci; produkowana przez Storck.
Tłuszcz kakaowy to 28%.

Po otwarciu poczułam duet wiórków kokosowych i cukru w waniliowo-mlecznej otoczce. Ta reprezentowała białą polewę czy czekoladę o sporym udziale mleka w proszku ze średniej półki. W ciemno powiedziałabym, że to po prostu biała z wiórkami, choć po podziale doszedł do tego jeszcze jakby "tłusto-kremowy", leciuteńki motyw. 

Czekoladka już w dotyku była gładko-tłusta. Wydawała delikatna, jakby zaraz miała zacząć mięknąć i rozpuszczać się w dłoniach. Przy łamaniu okazała się bardziej rwąca, niż właśnie łamiąca, ale zwartość zachowywała. Nadzienie stanowiło znaczną część. Odznaczało się miękkością i wyglądało na tłusto-maziste, bardzo plastyczne. Zawierało średnią ilość raczej drobnych kawałków migdałów.
Czekolada w ustach błyskawicznie miękła. Sama wierzchnia warstwa rozpływała się miękko-klejąco i mlecznie, dość szybko. Nadzienie okazało się od niej tłustsze i jeszcze bardziej miękkie. Wydało mi się mleczno-oleiste, margarynowo-lepkie. Rozpływało się na tłustą zawiesinę. Całość cechowała jedynie chwilowa gęstawość. Nie była ciężka, choć lekką też jej nie nazwę.
Z czasem na języku swoją obecność zaznaczały średniej i całkiem sporej wielkości kawałki migdałów oraz sporo zmielonych wiórków kokosowych różnej wielkości. Ich ilość uważam za optymalną, dobrze trafioną.
Zajęłam się nimi, gdy całość już zniknęła. Kawałki migdałów okazały się lekko chrupiące, delikatne i świeże. Obok nich wystąpiło sporo kawałków wiórków kokosowych: od mikroskopijnych drobinek po zwyczajne wiórki. Skrzypiały i trzeszczały, w porywach wykazując chrupkawość (wiórków podprażonych?).

W smaku od początku czuć wysoką słodycz i mleko w proszku. Przypominało to kiepskie białe czekolady i białe polewy. Sporo w tym waniliny, która nawet nie znalazła się w pobliżu prawdziwej wanilii.

Słodycz ta zarysowała się na mleczno-śmietankowym, raczej delikatnym tle. Wierzch lekko przesiąkł kokosowym nadzieniem o ewidentnie margarynowym podszyciu.

Środek prędko dawał o sobie znać, podwyższając słodycz i dokładając mleczność (na szczęście zwykłą, już nie tak jawnie z proszku). Sam w sobie smakował dość wyraźnie kokosem, ale niemal równie wyraźnie śmietanką oraz margaryną z olejem - kiepskim tłuszczem. Czułam też lekką maślaność i kwasek. Ni kokosa, ni śmietanki, niedookreślony. Z czasem jakby próbował ukryć się w cukrze. Obok niego pobrzmiewała też sztuczna słodka wanilina.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa osobliwa taniość, mieszanka margaryny, oleju i mleka w proszku zaprawionych cukrem i waniliną jakby aż próbowały odciągać uwagę od kokosa, lecz on się nie dał. Naturalnego kokosa, ewidentnie wzmocnili sztucznie-słodkim. Wszystko to nieprzyjemnie drapało w gardle i zasładzało.
Wyłapałam też akcent prażenia mieszający się z niezbyt naturalnym "pseudo migdałowawo-orzechowawy" elementem (ale też nie "walący chemią"). Olejkiem? W całej tonie kiepścizny, wyczuwalne językiem migdały w smaku zatraciły się zupełnie. Posiekany kokos za to podkręcał kokosowy smak, więc czuć go bardzo dobrze.

Po debiucie nadzienia czekolada wydawała się jeszcze bardziej plastikowo tania. W obliczu nadzienia jednak przynajmniej nie nazbyt cukrowo-słodka.

Gryzione kawałki migdałów smakowały już wyraźniej prażonymi sobą, acz wyszły mdło. Po całej tej słodyczy i plastikowości wydawały się pozbawione charakteru. Ciamkano-gryzione wiórki kokosowe z kolei zaskoczyły tym, że mimo nieprzyjemnej otoczki smakowały ewidentnie sobą. Przyjemnymi wiórkami kokosowymi.

Po zjedzeniu została cukrowość i sztuczna słodycz jako posmako-niesmak i poczucie, że tłuszcz pokrywa nawet usta. Czułam się przesłodzona już malutką ilością. Owszem, czułam też kokosa i śmietankowość, jednak daleko za "tanimi pralinkami", bo właśnie tak kiepskie tłuszcze i sztuczność się zapisały na koniec.

Czekoladka była beznadziejna. Już jej przeciętny zapach ostrzegał, żeby niczego wybitnego się nie spodziewać. W każdym milimetrze to smakowało tanio. Cukrowo-tłuszczowo i sztucznie. Owszem, czuć kokosa, ale pod całą kiepścizną, nie ma czego chwalić. Migdały były, bo były - w zasadzie mogli tam wrzucić cokolwiek, bo i tak prawie nie czuć. Sama czekolada zła, nadzienie jeszcze gorsze. Jakość parszywie niska, więc i smakowy efekt oraz konsystencja tylko sprawiają smutek.
Tak to wyszło, że nie miałam ochoty nawet mojej jednej sztuki skończyć. Już połowa okropnie mnie zatłuściła.
Pozostałą połowę oddałam Mamię i jej również nie smakowała. Powiedziała: "Ta czekoladka to sam cukier w smaku, a konsystencja po prostu obleśna, taka tłusto-lepka".


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam od ojca (on kupił w Biedronce)
cena: jak wyżej (ale zapłacił chyba około 16 zł za opakowanie 250g)
kaloryczność: 606 kcal / 100 g (wartość podana zbiorowo dla wszystkich smaków)
czy kupię znów: nie

Skład*: cukier, tłuszcz kakaowy, tłuszcze (shea, palmowy), mleko pełne w proszku, pełnotłuste mleko w proszku, wiórki kokosowe 5,6 (?), odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, maślanka w proszku, tłuszcz mleczny, siekane migdały 0,6%, lecytyna sojowa, aromaty, sól (?)
*Skład na opakowaniu był zbiorczy, więc tu pozbyłam się składników, których niemal na pewno nie ma akurat w tym wariancie, a procent wiórków kokosowych - nie wiem, ten akurat zostawiłam bez zmian.

Skład zbiorczy dla wszystkich smaków (przepisany z opakowania): cukier, tłuszcz kakaowy, tłuszcze (shea, palmowy), mleko pełne w proszku, pełnotłuste mleko w proszku, wiórki kokosowe 5,6, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, maślanka w proszku, tłuszcz mleczny, siekane migdały 0,6%, lecytyna sojowa, kukurydza, aromaty, sól, ekstrakt słodu jęczmiennego

poniedziałek, 19 lipca 2021

Choceur Feinherb Mandel ciemna 50 % z migdałami

Kiedyś słodycze z Aldiego postrzegałam jako pyszne i naprawdę warte uwagi. Potem się to zmieniło na "od biedy warte uwagi, czyli, że można spróbować". Byłam wówczas w stanie po prostu pójść po kilka Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 % od Halba i skierować się do kasy, nie rozglądając się za nowościami. Gdy jednak market wycofał te moje ukochane czekolady, ja w ogóle przestałam go odwiedzać. Ta recenzja jest jedynie wynikiem tego, że dosłownie kilka tabliczek dostałam od kogoś, kto kupił je (po mojej sugestii) w Aldim w Niemczech. To były właśnie takie typowe "od biedy może i mogę zjeść". Ta miała o tyle dodatkowy plus w moich oczach już na starcie, że była względnie ciemnawa, a po J.D.Grossie Superieur 45 % z migdałami i RS Cashews czułam niedosyt czekolady "z czymś całym". Już mi było obojętne, czy to orzechy (jakie?), czy migdały, oby tylko były dobre i wtopione w dobrą bazę. Dopiero przy jedzeniu przypomniałam sobie (bo wiedziałam, a zapomniałam), że za Choceur stoi Storck (posiadający także Chateau i Moser-Roth). Może nie jest to moja ulubiona marka, ale wiadomość tę przywitałam uśmiechem, bo wcześniej dochodziły mnie nieprawdziwe słuchy o tym, że marka należy do koncernu Ludwig od Schogetten.


Choceur Feinherb Mandel to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z całymi migdałami; wyprodukowana przez WIHA GmbH (właścicielem jest grupa Storck) dla niemieckiego Aldi.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach prażonych migdałów ze słodko-cierpkawą czekoladą o wyraźnie zaznaczonym kakao i palono-piernikowej sugestii. Pierwszy dominował jednak, gdy wąchałam spód. Ogólnie snuła się za migdałami też palona nutka kawy, która z kolei wydała się złudnie... lekko śmietankowa. Połączyła poczucie wytrawności i bezsprzecznie silną słodycz. (Wydaje mi się, że migdały w zapachu wyszły tak prażono właśnie ze względu na ogólną paloność, bo w smaku prażenie wydawało się znacznie delikatniejsze.)

Tabliczka była bardzo, bardzo twarda, co częściowo wynikało z jej grubości. Przy łamaniu lekko trzaskała i sprawiała wrażenie zwartej, solidnej, tak jak i migdały w niej zatopione. Nie pożałowano ich. Głównie całe, wielkie i porządne, jak również duże kawałki (głównie połówki - i to sztuk przeogromnych) wtopiono bez zarzutów. Część łamała się wraz z czekoladą (a część zostawała w którymś z kawałków).
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym (umiarkowanym-wolnym) i bardzo gęsto. Cechowała ją znacząca, maślana tłustość, chwilami zakrawająca o śliskawość, jak również lekko pyłkowy efekt, osłabiający to. Rzeczywiście była pełna i dość zbita. Dodatki wypuszczała ze swych gęstych objęć leniwie. 
Migdałami zajmowałam się już na koniec, głównie gdy czekolada zniknęła. Potwierdziły swą nienaganną jakość. Były chrupiąco-kruche, acz z zachowaną naturalną soczystą tłustość. Obstawiam, że leciutko je podprażyli.

W smaku od początku czekolada serwowała sporo słodyczy. Cukier mieszał się z cukrem bardziej palonym, a więc wręcz karmelem. Mimo to, wydawała się wręcz słodziutka. Słodycz po chwili dopuściła do siebie także migdałowy wątek.

Migdały zdawały się integralne z czekoladą, gdyż pojawiło się między nimi pewne... maślane złagodzenie. Skojarzyło mi się z delikatnymi, tłustawymi i teoretycznie miękkimi piernikami w glazurze... coraz bardziej korzennymi. Piernikami zdecydowanie cukrowymi, wręcz z naciskiem na cukrową glazurę.

Otóż szybko poczułam leciutką gorzkawość, może nawet cierpkość o palonym charakterze, przejawiającej się coraz odważniej jako kawa i pierniki. Kawa trochę dopraszała się o śmietankę, podszeptywała ją. Chwilami może i dałabym radę się nabrać, że jest to czekolada śmietankowa. Z tym że... biorąc pod uwagę wyraźną nutę migdałów... czekolada ze śmietanką migdałową? Jednocześnie wciąż trzymała się wytrawności, co podkreśliła drobna cierpkość. W tej z kolei raz i drugi umykała przede mną smakowa tłusta polewowość.

W połowie rozpływania się kęsa w słodyczy i palono-prażonym tonie wyraźnie rozgościły się pierniki z dżemami bliżej nieokreślonymi (może nawet bardziej z nadzieniem? np. orzechowym), ale nieco cierpkawymi, przesłodzonymi. Wciąż jednak smacznymi. Pierniki z maślaną nutą... pełne migdałów. Ich smak wyraźniej czuć już w połowie rozpływania się kęsa, gdy zaczęły się wyłaniać (nie musiałam ich gryźć). Podkreśliły gorzkawość, uwypukliły paloność, a i słodycz przecięły. Były to jedynie podprażone, świeże migdały, mieszające się z piernikowym, nieco zbyt słodkim otoczeniem.

Z czasem słodycz, jakby pod wpływem wytrawnego splotu goryczki i cierpkości, zrobiła się nieco bardziej waniliowa. Zaczęła mimo wszystko dawać się we znaki niemal drapiąc w gardle. W smaku podporządkowała się palonościom, ale i cukrem wciąż nieco zajeżdżała. Ogólnie jednak zwłaszcza dzięki migdałom, smakowo udało się jej wyjść w miarę przystępnie. Na koniec wyszło to jak przesłodzona, nieco karmelowo-waniliowa przez syropy kawa z cukrowymi piernikami w glazurze.

Gdy zajęłam się migdałami, oczywiście to one dominowały, wyciszając słodycz, osłabiając posmak wszystkiego. Smakowały w pełni sobą. Cudownymi sobą! Były świeże, podkreślone minimalnym prażeniem, a więc charakterne i wciąż... naturalnie słodkawe i "suchawo"-maślane w smaku. Ta ostatnia nutka mieszała się z  czekoladową cierpkością i maślanością. Pochłaniały się wzajemnie, aczkolwiek... po migdale, robiąc kęsa z większą ilością czekolady, tę postrzegałam jako słodszą (kontrastowo).

W posmaku pozostały oczywiście migdały głównie delikatnie podprażone, lekkie palone przesłodzenie i cierpkość kawowo-piernikowa. Czułam sugestię wanilii, mnóstwo cukru, ale wkomponowanych właśnie w te nuty.
Po trochę więcej niż pasku, drapiąca (już nieustannie) słodycz w gardle mi przeszkadzała, acz dzięki migdałom odczucie smakowe nie było strasznie cukrowe. Tłustość z kolei tylko chwilami, bo i od niej ratowały migdały. Przy pierwszym podejściu podczas zdalnego nauczania zjadłam 4 paski, co prawda potem nieco zdychając z cukrowości, ale też bez efektu "błagam zabierzcie to ode mnie", bo wciąż było smacznie.

Czekolada mimo przesadniej słodyczy miała przyjemne nuty kawy i pierników. Lekka nutka wanilii i sugestywna śmietanka pasowały jak najbardziej. Migdały wydawały się być i w kawie (jako syrop), i w piernikach... wszędzie! Także jako składowa nuta. Czekolada musiała nimi przesiąknąć, co wyszło na dobre. Nie ukrywam jednak, że z nut, to wolałabym jakieś pierniki w czekoladzie / polewie, a nie glazurze. Tak samo zdecydowanie wolałabym niższą tłustość, ale przy tej zawartości kakao, aż tak nie dziwi. Zjadłam jednak prawie całość podczas wykładów (rozbijając na dwa dni, a już tylko ostatni pasek oddając ojcu).


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 10 zł (za 200g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (ale mogłabym np. w góry, gdybym była w sklepie, była ta, a nie było nic ciekawszego)

Skład: cukier, miazga kakaowa, migdały, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Merci Dark Chocolate 72 % ciemna

Nigdy specjalnie nie przepadałam za czekoladkami Merci. Mleczne warianty mi nie smakowały, ciemne jakoś tam lepiej szły, ale fenomenu za nic pojąć nie mogę. W dodatku zawsze postrzegałam je jako marny prezent kupowany przeważnie "na odwal", nie interesując się, co ktoś lubi. To takie pójście na łatwiznę... Gdy daje się to komuś, kogo nie zna się zbyt dobrze, to jeszcze rozumiem, bo w takim miksie jest szansa, że coś sobie znajdzie. Ale córce? Na takie coś twarz wykrzywia mi się w grymasie. Po słowach: "mlecznych chyba nie lubisz, a to... może być?" jednak jakoś mięknę. Tym razem tato nie kupił żadnych Luximo czy Heidi, a tabliczkę z "przykasowej przeceny" w Biedrze, uznając ją za godną "córki degustatorki", co szczerze doceniam. I co rzeczywiście jakoś tam mnie ucieszyło, bo sama nigdy bym tego nie kupiła, a czysta tak wysokoprocentowa Merci? Tego jak żyję nie widziałam. Niestety do otwarcia i tak musiałam się trochę przymusić, bo po Moser Roth Nougat 'N' Crisp i skojarzeniu z migdałową Merci, jakie wywołała, do niej wcale mi się nie spieszyło.


Merci Dark Chocolate 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao; produkowana przez Storck i dostępna w opakowaniach  100, w których są 4 oddzielnie pakowane minitabliczki.

Rozchyliwszy złoty papierek, poczułam intensywny, mocno korzenny zapach palonych, czekoladowych pierników z nadzieniem truskawkowym. Opiewała to maślaność, przywołująca skojarzenie z tłusto-czekoladową polewą z tychże pierników... I trochę jak masło topiące się na ciepłym, przypalonym toście z dżemem. Słodycz nie była za wysoka;a przybrała nawet lekko waniliowy charakter.

Karykaturalnie czarna tabliczka w dotyku wydawała się idealnie gładka.
Cicho trzaskała, kiedy ją łamałam, przy czym twardości odmówić jej nie mogę, ale już w trakcie robienia kęsa sugerowała miękkawość.
Twardość odpływała zupełnie w niepamięć w ustach, ponieważ prędko miękła. Znikała w tempie umiarkowanym, nie ociągając się. Była dość tłusta w gładko-kremowy sposób. Pozostawiała zawiesinowe smugi, którymi trochę tylko zalepiała... mimo całej kremowości kojarzącej się aż ze śmietanką, wyszła jakoś nieco polewowo, bez czekoladowej gęstości, znikając jak woda z pyłkiem i ten pyłkowy efekt pozostawiając. Taka miękkość ni jak mi nie pasuje do ciemnych czekolad.

Robiąc kęsa poczułam wysoką gorzkość, która w ciągu ułamku sekundy znalazła się na równi ze słodyczą. Okazały się idealnie wyważone, po czym nagle zaczęła rosnąć cukrowość, jakbym przełknęła kawę z bardzo słodkim syropem. Na szczęście robiła to w tle - nie była chamska, mimo że zbyt wysoka.

Na przodzie bowiem rozlała się kawa. Gorzka kawa, kawa mocno palona. Pobrzmiewał przy niej lekki kwasek kakao i cierpkość. Stała się smakiem bazowym. Pomyślałam o przypalonych piernikach i.... korzennych ciastkach speculoos. Czekoladowe pierniki w polewie plątały się w tej kompozycji, ale to właśnie te twarde, specyficzne speculoos zwróciły moją uwagę. Podciągnęły trochę cukrowej słodyczy z tła, a z kwaskiem zasugerowały scukrzone suszone owoce i... więcej jakiś różnych ciastek.

Ciastek albo czegokolwiek chrupiąco-twardego i spalonego w pozytywnym sensie. Palona kawa podkręcała to skojarzenie. Kawa pita... w towarzystwie tostów! Trochę przypalonych, ale sucho-trzeszczących, rwących się i... z ogromem masła. Masła topiącego się, na które dołożono... dżem? Słodki dżem truskawkowy słodzony wanilią? Mógł on wypełniać również tamte pierniki...?

Bliżej końca od maślano-tostowych nut, zmieszanych z cierpkością i gorzkością kakao wyraźnie rozchodził się smak korzennych pierników w czekoladzie / polewie czekoladowej. Te były bardzo czekoladowe, bardzo palone i bardzo tłuste.

Pod koniec jednak znów pojawiła się cierpkość i goryczka kakao, lekko ściągnęły, nie odganiając nieśmiałego kwasku. Zrobiło się też bardzo słodko, znacząco waniliowo. Drapało w gardle.

Posmak był już bardziej cukrowy, ale wymieszany z wanilią. Wanilia wydała mi się nie do końca naturalna (ale też nie sztuczna), a dzięki temu stanowiąca dobre przejście do goryczkowatej spalenizny i przypraw. Z cierpko-gorzkim, palonym motywem kawy i kakao...wych pierników. Z tłustą polewą! Utrzymywał się średnio długo i był raczej neutralny niż jednoznacznie przyjemny.

Czekolada właściwie zszokowała mnie, że wyszła tak dobrze. Gdyby nie cała ta smakowa maślaność... w ogóle piałabym z zachwytu nad smakiem. To ciepła korzenność i kawa; można by powiedzieć, że kolejno kawa z ciastkami speculoos, tostami z masłem oraz z piernikami w czekoladzie z dżemikiem. Jednoznaczne jakby trzy rozdziały podczas degustacji; słodkie, o łagodnym charakterze, a jednak wyraziste w smak. Czuć gorzkość, ale mocno gorzko nie było.
Niestety, gdy chodzi o konsystencję, była mi za miękko-tłusta i rzadka jak na 70 %. Zdecydowanie miększa i rzadsza od Lindta 70 % (tu jednak nie ma co patrzeć na całość, bo jest sprzed poznania wielu innych; aczkolwiek zdradzę, że nowa recenzja - też 9/10 - za jakiś czas), ale w smaku lepsza. Zarazem też słodko-tłustsza (na smak) od Grossa 70 %.
Gdyby nie struktura, biorąc pod uwagę cenę i wspomnianą konkurencję, może miałaby 9 - choć tu nie wiem jeszcze, jak ze słodyczą (może byłaby mniej uciążliwa, a tak za szybko spływała do gardła drapiąc w nim).
Najbliżej jej do J.D. Gross Amazonas 60 % pod względem smaku - pod względem struktury właśnie nawet Gross Amazonas 60 % był o wiele bardziej ciemnoczekoladowy. Biorąc pod uwagę zawartość (najwyższa ze wszystkich wspomnianych!) za te łagodności poleciały punkty w dół.
Jestem daleka od dzielenia czekolad na gorzkie i deserowe (uznaję po prostu "ciemne"), ale ta miała... taki właśnie "deserówkowy" klimat. Po jednej minitabliczce właściwie nie ma się ogromnej ochoty na kolejną przez silną słodycz, przy której jednocześnie wstępny kakaowy głód jakoś tam się zaspokoiło, ale można zjeść. Ja zjadłam kolejne i całością nieźle się już zasłodziłam, ale wiedziałam, że nie będzie mi się chciało kolejnego dnia do niej wracać. Acz od niechcenia można by.

Jadłam ją dobrze pamiętając Cachet Milk Banana & Fudge - struktura tamtej również bardzo mi się nie podobała, jednak Merci była po prostu niemoja, smak pomógł, w efekcie czego można znieść. Z kolei Cachet była zbyt irytująca,  mimo że smaczna.


 ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: - (ona chyba kosztuje jakieś 6 zł za 100 g np. w Biedronce)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym dostać

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy

środa, 8 maja 2019

Merci Creme Fruit Lemon-Joghurt / Lemon-creme mleczna z kremem cytrynowym

Cytrynowo-jogurtowa Merci została mi na koniec z serii owocowej bez specjalnego powodu. To znaczy... tak wyszło, gdy po kolei sobie wybierałam, jakie zjem w następnej kolejności. Dopiero z perspektywy czasu, kiedy został już tylko ten smak, wszystko mi się pięknie ułożyło. Otóż ten wariant odróżniał się od innych, bo nie był tylko owocowy, a owocowo-jogurtowy (albo nie? w sumie, że to czekolada cytrynowo-jogurtowa pada tylko w tłumaczeniu na węgierski) - to raz, a dwa... przyszło mi zjeść te czekoladki dzień po Lindt Excellence Lemon with a Touch of Ginger. Hm, degustacyjne serie same mi się układają!

 Merci Limited Edition Creme Fruit Lemon-Joghurt / Lemon-creme to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao z kremem cytrynowo-jogurtowym.
Oczywiście w formie czekoladek, edycji limitowanej na lato 2018 zawierającej owocowe smaki, produkowanej przez Storck.

Czekoladki pachniały bardzo delikatnie. Dopiero po przełamaniu skąpany w mlecznej słodyczy niemal maślanej mlecznej czekolady zaznaczył się kwasek: nie taki jednoznaczny, choć rzeczywiście jogurtowo-cytrusowy. Wydaje mi się, że mleko w proszku miało tu jakoś wyjątkowo duży udział.

W dotyku wydały mi się tłustawe, choć konkretne, a nie miękkie. Przy łamaniu lekko pykały.
Wnętrze okazało się dość zbite, lekko tylko plastyczne.
W ustach tłusta czekolada rozpływała się w średnim tempie, zalepiając w kremowo-proszkowy sposób. Gęste nadzienie było od niej trochę rzadsze - w oleistym choć i nieco soczystszym kontekście. Nie było bardzo tłuste, ale lekkie też nie. Wydało mi się gładsze od czekolady.

W smaku czekolada rozpoczęła wszystko przesadzoną, choć uroczą słodyczą mleczno-maślanej czekolady.

Mleko szybko wzrosło. Wtórowała mu słodycz, rozwijająca mdławy wątek.

Nadzienie okazało się mdło-mleczne, z przebijającym się przerysowanym kwaskiem, który szybko się rozmył. Wyraźnie poczułam słodką cytrynę, a po chwili bardziej jogurtowy akcent, znikający na rzecz cukrowo-mleczno-nijakiej toni. Cukrowość niezwykle podkreśliła sztucznie cytrynowa nuta. Taka cukierkowa przez chwilę dominowała, ale to bardziej sama sztucznawość pobrzmiewała do końca. Przez moment skojarzyła mi się trochę z limonką, może zrobiło się trochę naturalniej, a bliżej końca znów się niby kwaśniej.

Cytrynowa, acz słodka soczystość i pewna lekkość łączyły się z czekoladą, nieco neutralizując jej smak.

Końcówka była dziwna... niby słodko-uroczo mleczna i cukierkowa, a jednak mdło-kwaśna. Sztuczna cytryna była zarówno zbyt słodziaśna, jak i jakaś niby kwaskowata (a nie kwaśna). Czułam olej - może przez chemię? Wydaje się, że za nim chował się jogurt, choć ten to mógł być i wyobrażony.

Na ustach pozostał tłuszcz, na języku chemia, a w posmaku przecukrzenie, niezła mleczna czekolada i cytrusowy wątek.

Całość niezbyt mi smakowała. Nie była jogurtowa, a mlecznie-oleiście mdła. Troszeczkę kwasku tylko uwypukliło nijakość i słodycz, nie przełamało, jak trzeba (bo było go za mało?). Czekolada wyszła tu gorzej, jakoś mleczna czekolada mi tu nie pasowała (biała? ciemna?) Cytryna... była wyczuwalna, ale strasznie mdło i zbyt sztucznie.
Niby zjadliwie, ale niesatysfakcjonująco.
Może czekoladki nie wyszły bardzo źle, ale jak na tak rześko-kwaśny smak wydały mi się strasznie mdłe. Tłuste i nijakie, niby cytrynowe, ale... Dochodzące do kwasku jak prezes do prawdy.
Miały w sobie coś, co po zjedzeniu skojarzyło mi się dwóch z niekwaśną wersją Princessy Lemon - tylko że w przypadku wafelka takie coś wypada lepiej i... jednak z kwaskiem. Poza tym, ona była w białej czekoladzie, więc słodycz i tłustość bardziej zasadna, a coś z tytułu cytrynowo-jogurtowego?
Jestem zaskoczona, że wyszły na tyle źle, słodko-nijako, że aż 3 i pół z pięciu oddałam Mamie w momencie, gdy poprzednie zjadłam po 5 na raz (każdy smak = 1 degustacja).


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 578 kcal / 100 g (podane dla wszystkich smaków)
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, oleje roślinne (palmowy, shea), pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, jogurt w proszku, śmietanka w proszku, maślanka w proszku, laktoza, maltodekstryna, aromaty, lecytyna sojowa, kwas cytrynowy, barwnik (ekstrakt z marchwi)(?)*
*Skład podany dla wszystkich smaków, usunęłam tylko inne owoce, bo to na pewno nie z tych czekoladek; tam, gdzie znaki zapytania to wątpię, by były w tym smaku, ale mogą być

czwartek, 2 maja 2019

Merci Creme Fruit Kirsch-Creme / Cherry-creme mleczna z kremem wiśniowo-śmietankowym

Po który smak Merci sięgnąć w następnej kolejności... Nie wiedziałam. Oba pozostałe mogły wyjść albo bardzo dobrze, albo bardzo źle. Żeby tchnąć trochę kolorytu, postanowiłam przepleść degustacje czerwone-żółte-czerwone... Padło więc na wiśniowe.

Merci Limited Edition Creme Fruit Kirsch-Creme / Cherry-creme to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao z wiśniowym kremem śmietankowym.
Oczywiście w formie czekoladek, edycji limitowanej na lato 2018 zawierającej owocowe smaki, produkowanej przez Storck.

Po otwarciu dobiegł mnie wyrazisty, bardzo słodki zapach wiśni wtopionej w ogrom mleka. Od razu pomyślałam o jakimś wiśniowym deserze śmietankowym lub jogurcie, bo to była właśnie tego typu, "umleczniona", wiśnia, a nie świeża i charakterna. W tle pobrzmiewała słodko-mleczna, urocza czekolada.

Czekoladki już w dotyku były tłuste, ale przy łamaniu przyjemnie pykały. Gruba warstwa czekolady skrywała wysoce mazisto-plastyczne nadzienie.
W ustach czekolada okazała się tradycyjnie tłusto-kremowa, bardzo gęsta i zalepiająca, z silnie proszkowym motywem.
Przejście do nadzienia było lepiszczo-gładkie. Cechowała je co prawda oleistość, a więc i silna tłustość, ale i taki "śmietankowo-mleczny", rzadszy tłuszcz niż w przypadku czekolady, a także pewna soczystość.

W smaku czekolada roztaczała silny smak mleka, posłodzonego do granic możliwości. Delikatna, w pewien sposób urocza i niemal maślana, rozmywała się nieco, gdy do głosu dobiegały nuty ze środka.

Na mlecznej fali wypłynęły śmietanka i słodycz "jogurtowej" albo raczej "umlecznionej" wiśni, która szybko zaczęła podchodzić pod konfiturowo-dżemowate tony. Lekki kwasek przebił się przez resztę, po czym uplasował się za słodyczą. Wiśnie ewidentnie przybrały formę konfitury. Była słodka, soczysta i naturalna, choć w tle pobrzmiewała nuta aromatu. Maślano-delikatna czekolada i margarynowe przebłyski nadzienia mieszając się z tym wszystkim zasugerowały... wiśniowy marcepan?

Wszystko to było słodkie do tego stopnia, że cukier drapał w gardle, ale na szczęście nie zdominował poszczególnych smaków.

Bliżej końca kwasek mocniej zaakcentował swoją obecność (wydał mi się nieco przerysowany - może przez cukrowość), podkreślając soczystość tych jogurtowo-konfiturowych wiśni, więc niezachwiana słodycz i reszta smaków wchodzących w pewną nijakość, jakoś tak zaskakiwały na... naaromtyzowany korzenny tor.

W posmaku pozostało przesłodzenie, wyraziste wiśnie (mieszanina "jogurtowo"-konfiturowych, z nutą chemii), maślano-marcepanowa korzenność i pewna sztuczność, zaliczająca się jednak do tej "do przyjęcia". W sumie nie był to posmak negatywny, ale niestety towarzyszyło mu poczucie silnego przetłuszczenia i oleju na ustach.

Sztucznawy marcepan z ogromem smakowitych wiśni i przesadzoną ilością cukru jako okropnie tłusta czekoladka... miał swój urok. To aż dziwne, że nie wyszło tanio i tandetnie, a całkiem wciągająco. To dziwna smakowitość z nutą obrzydliwości.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 578 kcal / 100 g (podane dla wszystkich smaków)
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, oleje roślinne (palmowy, shea), pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, jogurt w proszku (?), śmietanka w proszku, maślanka w proszku (?), laktoza, maltodekstryna, skoncentrowany przecier z truskawek (?), aromaty, lecytyna sojowa, skoncentrowany przecier z wiśni, kwas cytrynowy, barwnik (ekstrakt z marchwi)(?)*
*Skład podany dla wszystkich smaków, usunęłam tylko brzoskwinię i marakuję, bo to na pewno nie z tych czekoladek; tam, gdzie znaki zapytania to wątpię, by były w tym smaku, ale mogą być

czwartek, 25 kwietnia 2019

Merci Creme Fruit Pfirsich-Maracuja / Peach and passion fruit mleczna z kremem brzoskwiniowo-marakujowym

Początkowo po pysznych truskawkowych Merci chciałam sięgnąć po "drugie czerwone", ale kolejny "dzień Merci" przypadł w okolicy zjedzenia batona Bombus Raw Energy Maracuja & Coconut i czekolady Orion 68 % z morelami i chili, a lubię serie tematyczne, więc padło na dzisiaj przedstawiane. Brzoskwinie uwielbiam (acz muszę trafić na przystępną skórkę, więc dużo ich w sezonie nie jem), marakuje też (a te drogie, małe i wkurzająco pestkowe, stąd też prawie ich nie jem), więc liczyłam na wiele. Połączenie to chodziło za mną, odkąd tylko spróbowałam truskawkowe. Orion z morelami tylko mi przypomniał o tych owocach i skłonił do zjedzenia tych czekoladek dnia kolejnego. Co mają do brzoskwini morele? A no, tak tematycznie... mam wrażenie, że brzoskwinie / morele / marakuja dość często występują w połączeniu.

Merci Limited Edition Creme Fruit Pfirsich-Maracuja / Peach and passion fruit to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao z kremem brzoskwiniowo-marakujowym.
Oczywiście w formie czekoladek, edycji limitowanej na lato 2018 zawierającej owocowe smaki, produkowanej przez Storck.

Po otwarciu poczułam obłędny, niezwykle intensywny zapach marakui i brzoskwini. Był soczyście kwaśny, autentyczny i wkomponowany w słodziutką mleczną czekoladę. Było to naturalnie rześkie i zarazem dziecinnie urocze.

Czekoladki łamały się z łatwością, ale nie przez miękkość. Owszem czuło się ich tłustość i delikatność, ale na tym etapie jeszcze nie w pełni.
Miękły dopiero w ustach, gdy rozpływała się bardzo kremowo-tłusta, zalepiająca czekolada z proszkowym efektem. Dość szybko ujawniała rzadsze od niej, bardziej oleiste, kremowo-plastyczne nadzienie. Miałam wrażenie, że kryło się w nim parę drobinek (?). Całość z czasem stawała się miękką, kremową masą.

Czekolada od samego początku serwowała bezkresną toń cukrowości i pełnej, wyrazistej mleczności. Obie wydawały się niepohamowane i rosły, ale mimo lekkiej waniliowości, mleko było w tym bardziej złożone.

Mignęło mi mleko w proszku, lecz już po chwili wzrosła jego śmietankowość, zagarniająca do siebie słodycz i nadająca jej rześkości. Pomyślałam o śmietankowych lodach, gdy za soczystością przebił się kwasek.

Krem uderzał kwaśną, w pełni naturalną i soczystą potęgą brzoskwini i marakui. Zagarnęły do siebie słodycz, a same splotły się ze sobą. Marakuja przecinała szlak, otwierała drogę rozlewającej się dooła brzoskwini. Soczystość na moment wybiła się ponad wszystko inne. Słodziutkie owoce zatapiały się mniej więcej w połowie w mleku, za sprawą którego wyszły tak... niczym w jakimś jogurcie czy owocowych lodach / deserze. Ich smaki złagodniały, zrobiły się mniej jednoznaczne, a cukierkowość zrównała się z naturalnie owocową soczystością. Zrobiło się bardziej cukierkowo-słodko. Poczułam przez to wzmożoną, zdecydowanie za silną słodycz.

Cukrowość i sztuczność dopuściły echo margaryny, co starała się przyćmić czekolada. Na zasadzie kontrastu z owocami z nadzienia jednak nie udało jej się.

Po wszystkim pozostał intensywny posmak rześko-kwaśnej marakui, soczystej, dżemowatej brzoskwini w mlecznoczekoladowo-mlecznej toni. Niestety poczucie zacukrzenia i oleju na ustach tutaj już odegrały istotną rolę.

Całość wyszła zaskakująco smakowicie i naturalnie, ale... jednocześnie kontrastowo i trochę przerysowanie. Soczysta kwaskowatość zestawiona z taką ilością cukru i bardzo, bardzo słodko-mleczną, uroczą czekoladą... wyszła aż nachalnie. Marakuje i brzoskwinie przewodziły przez większość jedzenia, ale w końcu robiło się dziwnie mdło, sztucznawo (nie umiem określić tej "cukierkowości" - to nie była czysta chemia, ale dziwny posmak - Olga pisała o gumie arbuzowej, co wydaje mi się... poniekąd pasujące, ale raczej podkreśliłabym tu gumę balonową, niż arbuza, choć ja takich tworów nigdy nie jadałam; lubiłam za to, jak ktoś w pobliżu jadł różowe Orbit - o! to jest to!). Czekoladki wyszły lekko, a jednocześnie męczyły olejem. Były jednak na tyle autentycznie owocowe, ciekawe, że zjedzenie pięciu to była... przyjemność z elementem obrzydzenia.


 ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 578 kcal / 100 g (podane dla wszystkich smaków)
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, oleje roślinne (palmowy, shea), pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, jogurt w proszku (?), śmietanka w proszku, maślanka w proszku (?), laktoza, maltodekstryna, aromaty, lecytyna sojowa, skoncentrowany sok z marakui, skoncentrowany przecier z brzoskwini, kwas cytrynowy, barwnik (ekstrakt z marchwi)*
*Skład podany dla wszystkich smaków, usunęłam tylko wiśnię i truskawkę, bo to na pewno nie z tych czekoladek; tam, gdzie znaki zapytania to wątpię, by były w tym smaku, ale mogą być