Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praliny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praliny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 października 2020

(Biedronka) Praliny Halloween Sweets: orzechowe, truskawkowe

Tego posta miało nie być, ale powstał z irytacji.
W tym roku mnie i Mamie bardzo brakowało nam halloweenowej otoczki praktycznie wszędzie i pustki wśród halloweenowego badziewia w sklepach. Chciałyśmy tak... chociaż trochę. Mama w akcie desperacji kupiła jakąś drobnicę na wagę w Biedrze, trochę trując mi głowę, że mogłybyśmy sobie "takie średniaki" przypomnieć, że pewnie jak "te czekoladowe jajeczka sprzed lat, co to człowiek czuł, że kiepskie, ale i tak jadł" (mowa prawdopodobnie o tych od Millano)... etc. Dałam się Mamie namówić na wspólną degustację i przy okazji sprawdzenie, co też sklepy oferują najmłodszym ze względu na fajne okazje. Albo raczej jak wszechobecny jest obrzydliwy wyzysk i polowanie na okazję, by ludowi opchnąć coś niskiej jakości - przysłowiowe g* w ładnym papierku.


(Millano-Baron) Praliny Halloween Sweets to mieszanka mlecznych czekoladek-kulek wyprodukowana dla Biedronki na Hallowen  przez Millano-Baron. Zawiera warianty: orzechowy i truskawkowy. Sztuka waży ok. 10g.

Z naszych obserwacji wyszło, że mimo iż papierki mają różne wzory, kryją dwa smaki. Zarówno u mnie, jak i u Mamy to:
-duch, czarownica: orzechowe z chrupkami
-pająk, dynia, oko: mlecznoczekoladowe z truskawkowym sosem

Wszystkie kulki łączyła wysoka tłustość, wręcz lepkość i miękkawość. Mimo to, w dłoniach się nie rozpuszczały. To typowe ulepki, które łatwo "otworzyć na pół".

Nadziano je byle jak, wystąpiły luki wolnej przestrzeni. Nie podobało mi się rozlokowanie poszczególnych części (tak, można powiedzieć: warstw). Otóż na środku (w miejscu "styku", tam gdzie linia, po której można podważyć je nożem) był krem, a chrupacz lub sos w obu połówkach "na górze", czyli bezpośrednio pod czekoladą.

Warstwa czekolady była średniej grubości. To miękko-plastikowa, naaromatyzowana i zacukrzona czekolada smakująca jak zaskakująco wysoce mleczne, ale jednak jedynie wyroby czekoladopodobne, a nie czekolada. Zajeżdżała waniliną i taniością, przy czym doszukałam się... dziwnej nuty aromatu (jakby owocowego? którego na logikę nie powinno tam być, a który czuję niemal we wszystkich nadziewanych czekoladach Millano-Baron - czyżby to jego pralinki?).

Orzechowe to w istocie "praliny z czekolady mlecznej o zawartości 30 % kakao z nadzieniem (55%) o smaku kakaowo-nugatowym z chrupkami".

podważona
Już wąchając byłam w stanie powiedzieć, że skrywają orzechowy, czekoladopodobny i margarynowy krem, jak również pszenno-chrupkowy dodatek.
Te były nieco konkretniejsze: krem zwarty, a spore, suche chrupki lekkie i chrupiąco-świeże. Tworzyły całą warstwę pod czekoladą, tylko pojedyncze były wtopione bezpośrednio w krem.
Nie podobało mi się takie rozwiązanie, jak i to, że po prostu przesadzili z ilością tych tworów o ostrych krawędziach, odstających od reszty.
Krem odznaczał się bowiem wysoką, miękką tłustością i przypominał połączenie margaryny z ciepłą plasteliną. Był straszliwie proszkowo-ziarnisty od cukru.
Rozpływało się to, zalepiało i maziało, a chrupki kaleczyły podniebienie. Gryzione wprawdzie chrupały, ale... właściwie nie wiadomo, kiedy się za to brać. Obok tej miękkiej masy - niefajnie, zostawić na koniec - boli. Niezgrane i odpychające.

przekrojona
W smaku nadzienie uderzało głównie cukrem i jeszcze większą ilością cukru, by następnie smagnąć chemicznym i wręcz metalicznym orzechem laskowym. W tym czasie po ustach rozszedł się margarynowo-tłuszczowy smak, przedstawiający plastikową czekoladę i plastikowy nugat. 
Pszenne chrupki smakowały niczym, więc tylko tak trochę osłabiły cukrowość i sztucznego orzecha.
Potworność - aż doszłam do wniosku, że sama czekolada z wierzchu jeszcze nie była taka najpodlejsza.

Truskawkowe to w istocie "praliny z mlecznej czekolady o zawartości 30 % kakao z nadzieniem (25%) o smaku czekoladowym i nadzieniem (20%) truskawkowym".

przekrojona
podważona
Zapach napastował agresywną, kwaskawą chemiczną truskawką. Był jednocześnie lekko soczyście-dżemikowy, a w tle czekoladopodobny.

Kulki wydały mi się delikatniejsze, bo oprócz jasnobrązowego kremu znajdował się w nich ciągnący i niemożliwie klejący sos / rzadki żel. Dodano go średnio dużo, raczej przy czekoladzie, ale i w w środek się zapuszczał. A ten był lepkim i straszliwie miękkim, maziasto-rzadkawym kremem. Wydał mi się raczej gładki, acz językiem namacałam też grudki (nierozpuszczony cukier? scukrzony żel?).

W smaku krem wydał mi się straszliwie cukrowy, ale i pozujący na mlecznoczekoladowy... z tym, że oparty na margarynie (i cukrze). Wyszedł więc tanio i słodko-nijako. To figurka czekoladopodobna przerobiona na krem typu Nutella.

Ogromną część uwagi skupiał na sobie straszliwie sztuczny, wręcz gryzący sos. To truskawa z laboratorium, która uderzała wysoką cukrowo-palącą słodyczą i kwasem... cytrynowym? Była podrasowana także w tym kontekście. Czułam w tym nasiloną owocową cukierkowość z aromatu (podkreślającą tą zawartą w czekoladzie). W całej swej straszliwej sztuczności, pobrzmiewała "truskawkowym dżemikiem" i kojarzyła się z żelem z Wedla Mleczna Truskawkowa.
Całościowo w cukrowości trudno doszukać się konkretnych smaków, ale "chemiczny żel" dręczył jęzor bezsprzecznie.

--------------
Pralinki uważam za po prostu nędzne. W pewnym momencie nawet autentycznie miałam na nie ochotę nastawiając, że albo to coś jak baronowe jajeczka z twardawymi kremami i drobnymi chrupkami, albo zwykłe kulki z tanim kremem (jak np. armatnie). Takie, dla "halloweenowego funu" mogłabym zjeść np. po jednej, by tam się z Mamą pośmiać i ponarzekać i nawet nie wiem, czy bym recenzję napisała, ale te były tak złe... że po prostu nie mogłam się powstrzymać. Obstawiałam, że może spróbuję, pokręcę nosem i tyle, bo nie lubię czekoladek-kulek, tego typu produkty mnie nie interesują, szkoda mi na nie czasu i zachodu, a nawet kubków smakowych. Wiedziałam, że mi nie posmakują, więc nie zamierzałam pisać recenzji.
Recenzja jednak powstała, bo mało że niesmaczne. One były po prostu niezjadliwe, także według Mamy. To jedne z gorszych słodyczy, na jakie w życiu trafiłam i... to nawet siląc się na obiektywizm. Jakość podziemia - aż jesteśmy z Mamą w szoku. Ona najpierw próbowała "jeść na części" (jak ja) i uznała, że: "jakby z cukru zrobione, ale widać, że jakiś zamysł był. To znaczy w tej orzechowej to rzeczywiście pod tym cukrem i metalicznością tego orzecha czuć, w tym drugim sosik ciekawy... No takie trochę inne, tylko tak słodkie, że chyba jeszcze nigdy czegoś tak cukrowego nie jadłam." Potem jednak po jednej zjadła w całości (licząc, że tak "nie skupiając się" będzie lepiej) i... "Jednak miałaś rację. Tak parszywe, tak cukrowe i sztuczne, że okropny niesmak w ustach jest, zanim to jeszcze zniknie. Taki metal, laboratorium całe".
Bardzo subiektywnie z tych dwóch smaków orzechowy wydał nam się mniej podły, acz Mama dodała, że "truskawkowy chyba rzadziej spotykany w takiej formie". Niestety akurat "w tym cukry" częściowo zasłoniło (brawo ja - miszcz fotografii), ale to chyba 55 gramów... Przerażające.
W ciemno obstawiłam, że to Millano (nie lubię tej marki i wydaje mi się, że umiem ją rozpoznać), ale w przeciągu paru dni wybrałam się do Biedronki na małe dochodzenie i odszukałam pudło (zamieszczam informacje z niego także jako zdjęcie jako dowód). Wcześniej jeszcze napisałam do Biedronki, ale długo czekałam - stąd wyprawa. Tak, producent to Millano.

Dobrze, że wzięłam się za nie przed 31 października, bo tymi straszydłami zepsułabym sobie fajny dzień - halloweenową pełnię (wiecie, że dziś jest pełnia księżyca?). Smutno mi jednak, to irytujące, że producenci tak bazują na "okazjach" by sprzedać coś, co tylko wygląda (wg mnie nawet nie atrakcyjnie, a tylko tematycznie), nie smakuje.

ocena: 1/10
kupiłam: Biedronka
cena: 1,99 zł za 100 g (Mama kupiła ok. 105g)
kaloryczność: 518 kcal / 100 g
czy kupię znów: haha

Skład: cukier, tłuszcze roślinne w zmiennych proporcjach (palmowy, shea), nadzienie truskawkowe (cukier, syrop glukozowy, przecier truskawkowy 14%, substancja utrzymująca wilgoć: sorbitole; regulator kwasowości: kwas cytrynowy; naturalny aromat, koncentrat soku z czarnej marchwi, substancja zagęszczająca: pektyny), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, serwatka w proszku, mleko w proszku odtłuszczone, mleko w proszku pełne, chrupki 2,5% (mąka ryżowa, mąka pszenna, cukier, koncentrat soku jęczmiennego, sól), kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz mleczny, orzechy laskowe 0,7%, emulgatory: lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu; ekstrakt z wanilii; naturalny aromat orzecha laskowego, naturalny aromat

piątek, 18 września 2020

Ferrero Collection: Raffaello, Ferrero Rocher, Ferrero Rondnoir

Pomysł na tę recenzję zrodził się w mojej głowie, gdy radosna Mama poinformowała mnie o promocji na kulki Ferrero w Biedronce (grudzień 2019). Zależało jej, bym kupiła Ferrero Rocher, wracając z uczelni. Zgodziłam się pod jednym warunkiem: że weźmiemy mix i da mi po trochu "na bloga". Zdziwiła się, bo raz, że nie lubię pralinek, a dwa... Mimo iż obie kiedyś kochałyśmy Raffaello, gdy wróciłyśmy do nich jakoś w 2017, wydały nam się paskudnie margarynowe. Tak, dlatego tym bardziej zależało mi na miksie. Zwariowałam? Nope. Po prostu nie mogłam przeboleć, że mimo iż wiem, jaki mam stosunek do obecnego smaku tych pralinek, na blogu wciąż widnieje stara wersja, a nie zrobiłam aktualizacji (ani zdjęć, ani nic). A chciałam ją mieć... I ogólnie chciałam, by na blogu był aktualny "przegląd kulek dostępnych na rynku", skoro pojawiły się Giotto - tym bardziej, że zmieniły się składy. Tak więc wysępiłam po jednej Ferrero Rocher i Raffaello oraz dwie Rondnoir (te Mama zawsze omijała, "bo ciemne").


Raffaello to nadziewane kremem mleczno-śmietankowym i całym migdałem waflowe kulki w białej polewie z wiórkami kokosowymi. Pralinki te są produkowane przez Ferrero.

Już rozrywaniu folii towarzyszył kokosowo-cukrowy zapach, podszyty śmietankowo-migdałową bazą. Był w miarę niezły, choć duszny od cukru i, zwłaszcza po podzieleniu i przy degustacji, zalatywał margaryną.

Gdy chodzi o strukturę, jak na takie coś, to większych zarzutów nie mam. Mimo że wiórki strasznie się osypywały, było ich tak dużo, że nie miało to znaczenia. Wlepione w tłusto-proszkową i margarynowo-miękką polewę na szczęście odwracały od niej uwagę. Popisały się chrupiąco-trzeszczącą, pozytywnie twardawą strukturą.
Wafel wydał mi się konkretny, choć napowietrzony. Chrupiący i raczej świeży, utrzymywał mazisty, tłusto-miękki, niemal lejący krem. Był idealnie gładki i oleisty, czym mnie obrzydzał. To w nim zatopiono całego, zacnego migdała - niestety blanszowanego.

Wierzch smakował głównie wiórkami kokosowymi, jednak polewa dała radę zaserwować także cukier, margarynę i mleko w proszku.

Dobrze przełamał to niesłodki, mocno wypieczony wafelek, który jednak... wyszedł kartonowo. Może bardzo stetryczały nie był, ale nijaki.

Gdy doszło co do czego, kremowi nie pomógł. Ten to ogrom cukru i margaryny, ale też mleko i śmietanka. Skojarzył mi się z mlekiem skondensowanym, zagęszczonym cukrem. Niewątpliwie, oprócz margaryny, czułam też tłuszczową nijakość, olej (?). Zalatywało to migdałowo-kokosową nutą. Stojący na pierwszym miejscu cukier, drapiący w gardle po chwili, mieszał się z intensywnym kokosem i... tłumił potencjalną sztuczność.
Rozgryziony migdał rozpędził wady, wychodząc na prowadzenie. Był pyszny, smakował w 100 %-ach sobą, ale jako że delikatny (blanszowany) gubił się w otoczeniu.

Naturalny, świeży migdał przemieszany z kokosem i śmietankowo-margarynową tonią chwilowo wyszedł (mimo wszystko) spoko, jednak że do niemożliwości napierał na to cukier... nie było miło. Aż mi tam jakiś kwasek cukro-kokosa (pewnie jego sztuczności) się pokazał.

A po zjedzeniu dodatkowo nasilił się motyw margaryny i chemii. Co więcej, czułam się tym strasznie zatłuszczona w oleisty sposób. Poczucie po zjedzeniu było okropne. Kawałka (lubię takie rzeczy rozłupywać; nie wrzucam całości do ust) już nawet nie dojadłam, miałam potrzebę zapicia czarną herbatą.

Gdybym jadła w ciemno, nie powiedziałabym, że to Raffaello ze wspomnień. Na pewno nie warte swojej ceny i otoczki ekskluzywności. Ocenę wystawiam trochę bez przekonania - nie wiem, za co jest aż tak wysoka, ale nie chcę wystawić za niskiej, bo... po prostu nie cierpię takiej formy słodyczy i nie mam punktu odniesienia.
Mama, która zjadła ich zdecydowanie więcej, przyznała mi rację, że obecnie są niesmaczne. "I nawet migdał nie pomaga, bo jakoś nie pasuje" - stwierdziła. Uznała jednak, że obecnie woli je od Ferrero Rocher.


ocena: 3/10
kupiłam: Biedronka
cena: 14,99 zł (za Ferrero Collection, czyli 172g - miks trzech smaków)
kaloryczność: 628 kcal / 100 g; sztuka (ok. 10g) 63 kcal
czy kupię znów: nie

suszony kokos 25,5%, tłuszcze roślinne (palmowy, shea), cukier, migdał 8%, mleko odtłuszczone w proszku, serwatka w proszku, mąka pszenna, skrobia z tapioki, lecytyna sojowa, aromaty, substancja spulchniająca (wodorowęglan sodu), sól

-------------------

Ferrero Rocher to nadziewane kremem czekoladowo-orzechowym i całym orzechem laskowym waflowe kulki w mlecznej czekoladzie z kruszonymi orzechami laskowymi. Pralinki te są produkowane przez Ferrero.

Po wyjęciu kulki z opakowania odnotowałam wyrazisty orzechowo-czekoladowy zapach, z czego orzech był ewidentnie słodki i sztucznie podkręcony, a czekolada miała tani wydźwięk.

Pralinka nie spodobała mi się już na dotyk. Polewa na wierzchu wydała się proszkowo-sucha, a jednocześnie plastikowa i tłusta, wykazująca zapał do topienia się w palcach. Pokrywała posiekane orzechy, niektóre ze skórkami.
Wafelek pod spodem okazał się gruby, konkretny i napowietrzony zarazem. Chrupiący, raczej świeży utrzymywał gładki krem. Był oleiście-tłusty i mazisty, trochę gęstszy od tego z Raffaello. W nim znalazł się cały orzech laskowy - w moim przypadku nie za duży, ale świeży, fajny.

W smaku czekolada wyszła bardzo słodko, co jednak aż tak nie raziło, bo przesiąkła orzechami. Odrobina mleka też się zaznaczyła, a zaraz za nią... czekoladopodobna nuta, która aż mnie zaskoczyła.
Na szczęście skorupka dominowała smakiem wyrazistych orzechów laskowych - raczej świeżych (albo podprażonych naprawdę minimalnie), trochę naturalnie goryczkowatych. Ratowały sytuację.

Wafelek jednak zaraz to nieco ugładził swoim niesłodkim, mocno wypieczonym, ale w gruncie rzeczy nijakim smakiem.
Całościowo gwoździem programu był krem, którego orzechowością przesiąkło wszystko. Był orzechowo-czekoladowy i bardzo, bardzo słodki. Właśnie słodko wyszły w nim same orzechy laskowe, aż sztucznie niestety. Doszukałam się (mimo że specjalnie nie szukałam) w nim tłuszczowo-taniej nuty, też trochę mlecznej... choć krem wydawał się raczej czekoladowo-kakałkowy, niż np. mlecznoczekoladowy. Na pewno jednak nie był gorzko kakaowy.
Laskowe orzechy dominowały, co podkreślił wyrazisty, smaczny orzech laskowy. Świeży, surowy i bez skórki, a mimo to pełen smaku.

Po zjedzeniu, oprócz posmaku naturalnego orzecha i zacukrzenia, została też wręcz metaliczna orzechowość, jakaś taniość jak po wyrobach czekoladopodobnych i tłuszcz na ustach. Po jednej nie miałam ochoty na więcej.

To taki... tani krem orzechowo-czekoladowy dla dzieci w wersji pralinek, takie "a teraz pobawmy się, że jesteśmy na pewnym poziomie".
Mama, która latami je ubóstwiała, tym razem też poczuła, że zalatywały taniochą. Stwierdziła, że "nawet orzech mi tu jakoś do czekolady nie pasował, w moich ukochanych Toffifee to jest bardziej zgrane, a to? Jakieś tanie".


ocena: 4/10
kupiłam: Biedronka
cena: 14,99 zł (za Ferrero Collection, czyli 172g - miks trzech smaków)
kaloryczność: 603 kcal / 100 g; sztuka (ok. 12g) 72 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna 30% (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko odtłuszczone w proszku, masło odwodnione, lecytyna sojowa; wanilina), orzechy laskowe 28,5%, cukier, olej palmowy, mąka pszenna, serwatka w proszku, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, lecytyna sojowa; substancja spulchniająca (wodorowęglan sodu), sól, wanilina

-------------------

Ferrero Rondnoir to nadziewane kremem kakaowym i kulką z ciemnej czekolady waflowe kulki w ciemnej czekoladzie (też w formie kulek) i z ciemną czekoladą na wierzchu, dekorowane mleczną. Pralinki te są produkowane przez Ferrero.

Po otwarciu poczułam zapach ciemnoczekoladowego wafelka, zalatującego tanią nutą. Nie był straszny, ale szlachetny też nie.

Drobne kuleczki trochę się osypywały, ale było ich tak dużo, że nie uważam tego za wielki problem. Były dziwne, bo rozpuszczały się wodniście, a gryzione chrupały, rozpadając się na proszek (kakao?) i cukro-drobinki. Wtopione w tłustawą polewę pokrywały gruby, konkretny i jednocześnie napowietrzony wafelek. Na wierzchu była też gruba "czapeczka" z czekolady tłustej i plastikowej.
Wnętrze to z kolei tłusty krem. Był plastyczny i mazisty, gęstawo-oleisty. Chyba najgęstszy z całej trójki. Skrywał dziwo (w pierwszej chwili, spojrzawszy na skorupkę, ucieszyłam się, że wrócili do mitycznej wersji z migdałem sprzed lat): kulkę - niby z czekolady, ale... taką w skorupce jak draże. Pod nią była tłusta i zbita jak zimne masło. Rozpuszczała się powoli, opornie i maziście.

W smaku kuleczki wyszły słodko i nijako. Może trochę kakaowo, ale sztucznie jak tania ozdobna posypka.
Czekolada na nich już bardziej czekoladowo smakowała, choć też głównie słodko i jak polewa. Czuć w niej jednak lekko gorzkawe kakao.
Podobnie było czuć kakao w tej grudzie na wierzchu. Wyszła gorzkawo, choć słodko. Ogólnie łagodna, ale już znośna.
Taniość nakręcił dobrze wypieczony, niesłodki wafelek. Wyszedł nijako, ale nie źle.
Krem ewidentnie podkreślił kakaowo-czekoladowy smak. Był lekko cierpki. Raz po raz mignął mi w nim kakaowo-alkoholowy akcent (rodem z cukierków typu trufle, ale złudnie, bo bez procentów!). Niestety, także margarynowo-tłuszczowy motyw znalazł w nim miejsce, co przełożyło się na skojarzenie ze zwykłym ciemnoczekoldowym wafelkiem, a nie wytrawną pralinką.
Kulka wewnątrz to cukrowo-cierpkawa kakaowa bomba. Okazała się przypominać połączenie maślanego pseudo ciemnego Lindta (takiego 47-48%) i draży czekoladowych. Była więc przecukrzona, trochę wytrawnie-kakaowo-ciemnoczekoladowa, a jednocześnie tania (pewnie przez tę cukrową skorupkę).

Po wszystkim pozostał posmak taniego ciemnoczekoladowego wafelka oraz cierpkiego kakao. Na ustach zaś tłuszcz, też ogólne poczucie tłustości.
W zasadzie były zjadliwe, że dwie kulki od niechcenia zjadłam, ale o trzeciej nawet myśleć nie chciałam.

To trochę kojarzyło mi się z wafelkiem Eti Dare to Enjoy, tylko że... jego gorszym odpowiedniku np. "na wagę".
Mamie też te czekoladki smakowały najbardziej, co bardzo ją zdziwiło. Myślała, że "to jakieś kawowe" (dlatego nie nastawiła się negatywnie, że kakaowe), uznała, że kulka w środku była ciekawa (draże jej niestraszne - uwielbia taką formę słodyczy).


ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 14,99 zł (promocja; za Ferrero Collection, czyli 172g - miks trzech smaków)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g; sztuka (ok. 10g) 56 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada 40,5% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilina), cukier, olej palmowy, mąka pszenna, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 5,5%, serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, wanilina), skrobia pszenna, olej słonecznikowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, substancje glazurujące (guma arabska), białka mleka, miazga kakaowa, substancje spulchniające (wodorowęglan sodu, wodorowęglan amonu), sól, wanilina

-------------
Wiedziałam, że pralinki Ferrero na przestrzeni lat się zepsuły... nie myślałam jednak, że aż tak. W ogóle zdziwiłam się, że w zasadzie odwróciła się kolejność tego, jak mi smakowały. W sumie nigdy nie mogłam się zdecydować, czy wolę Rocher czy Rondnoir - teraz już jestem pewna, że te drugie, ale... Że Raffaello obecnie są aż tak wręcz... podłe? To aż mnie smuci.

środa, 16 września 2020

Ferrero: Giotto Haselnuss, Momenti Belgischer Spekulatius

Wyjątkowo nie lubię wszelkich pralinek, czekoladek i cukierków. Nawet po prostu nie umiem ich jeść: ani to na raz do ust wkładać, ani gryźć. Większość postrzegam też jako nieadekwatnie do smaku drogą. Czasem jednak negatywne nastawienie do czegoś i tak przegrywa u mnie z ciekawością. Jestem niesłodyczowa, gdy mowa o rzeczy inne niż czekolady, więc obecnie mam przeogromne zaległości w tym temacie i nie mam zamiaru nadrabiania ich, bo jedzenie "inności" nie sprawia mi przyjemności. Jednak gdy do domu trafia coś niedostępnego, a np. uwielbianego przez kogoś, kogo lubię (czyt. Olgę z livingonmyown), mam ochotę "sprawdzić, co to takiego". Zimą 2019 Mama zapragnęła zamówić sobie jakieś wyjątkowo w jej guście słodycze przez internet i jako że ona właśnie uwielbia kulki / pralinki, obowiązkowo znalazły się tam Giotto, wraz z limitką. Mama chciała obdarować czymś Olgę (w podziękowaniu za turrony, w których Mama się zakochała), a ja chciałam wiedzieć, co wysyłamy. Jako jednak że nie znam klasyka, jego też postanowiłam zjeść. I to najpierw.

Giotto Haselnuss to nadziewane orzechowym kremem mlecznym waflowe kulki pokryte kawałkami orzechów laskowych. Pralinki te są produkowane przez Ferrero.
Jedna "pałeczka" zawiera 9 kulek, czyli łącznie 38,7 g.

Nie zdążyłam na dobre otworzyć, a już uderzył mnie niezwykle intensywny zapach orzechów laskowych i mleka, za którymi kryła się nieśmiała mleczna czekolada i porządnie wypieczony wafelek. Wysoka słodycz zaznaczyła się już tu, a całość miała wręcz... pieszczotliwy charakter. Nie było to przerysowane ani sztuczne. Podobało mi się to, co czuję, bo skojarzyło się ze wspomnieniami o białym Kinder Bueno (jedyne, jakie uwielbiałam; innych nienawidzę - a do tego White niedługo wrócę).

Kulki nie wydały mi się zbyt delikatne, ale na pewno nie ciężkie. Orzechy nieźle się trzymały polewy, ale tę część dało się oddzielić. Była miękka. Spieszyła się z rozpuszczaniem.
Całość współpracowała, gdy chciałam ją podzielić, choć w zasadzie kulka miała taką wielkość, że całkiem w porządku można by zjeść też w całości, ponadgryzać i dać się rozpływać. (Ja tam wolę wszystko rozgrzebywać, gmerać i wszędzie zaglądać.)
Pralinki odznaczały się świeżością i chrupkością. Kawałki świeżych orzechów przyjemnie chrupały.
Świeży, chrupki i lekki wafelek nie odstawał tym od reszty. Wyglądał na gruby, jednak jako że był napowietrzony, nie dominował nad resztą, a trzymał ją w ryzach.
Wnętrze zaś to plastyczny, miękko-lepki krem o wysokiej tłustości. Był niemal oleisty, raczej gładki, acz wykazywał też pewne... orzechowo-miazgowe zagęszczenie. Rozpływał się dość szybko.
Jeszcze szybciej rozpływała się trochę wodnista i zarazem tłusta polewa, którą pokrywały orzechy.
Całość była konsekwentna w swej miękkiej tłustości i kremowości. Nie wyszło to jednak negatywnie dzięki chrupiącym elementom.

W smaku orzechy się popisały. Czuć ich moc, mimo że to posiekana drobnica.
Niemal zupełnie zdominowały smakowo polewę, w której siedziały. Ta tylko pobrzmiewała zza nich cukrem i tłuszczem - obstawiam więc, że nie była najlepsza.

Wafelek nie był słodki, a neutralny; odpowiednio wypieczony i pszeniczny.

Krem natychmiast mnie zasłodził i zadrapał w gardle. Zaraz jednak okazało się, że to także ogrom orzechów i mleka - duet delikatny gdy chodzi o klimat, ale intensywny w smak. Zaskoczył mnie jakością. Orzechy laskowe wyszły bardzo naturalnie, trochę podkreślała je urocza czekoladowość. Słodycz wystartowała z wysokiego poziomu, potem rosła już nieznacznie, ale cały czas była za silna.

Po wszystkim pozostał posmak cukru, a więc i całościowe zacukrzenie. Dopiero po zjedzeniu wyszła na jaw sztuczność orzecha i słodyczy - było tam coś wanilinowatego, nieprzyjemnego.
Oprócz tego czułam się nieprzyjemnie zatłuszczona.

Ogół jednak zaskoczył mnie pozytywnie. Pomijając przesłodzenie, tłustość i posmak, to fajny twór. Podobało mi się rozłożenie smaków i sam pomysł. Kojarzyło mi się to z bardziej czekoladowo-orzechowym wspomnieniem idealizowanego Kinder Bueno White.
Byłam zszokowana, gdy usłyszałam opinię Mamy. Odebrała to jako "gorszą wersję Raffaello"*, przy której doszła do wniosku, że chyba nie przepada za orzechowymi rzeczami. Zapytana, co by wystawiła, zaczęła wypytywać, mnie czy skład dobry, a na odpowiedź, że "taki jak i innych takich kulek w sumie", niepewnie odpowiedziała, że "chyba jakieś 6".

*Gdy jednak parę dni później wróciłyśmy i do Raffaello, przyznała rację, że jednak Giotto lepsze.


ocena: 6/10
kupiłam: podkradłam Mamie (a kupione na Allegro)
cena: zapłaciła jakieś 15 zł (za 154g)
kaloryczność: 632 kcal / 100 g; sztuka 4,3g - 28 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe 37%, tłuszcze roślinne (palmowy, shea), cukier, mąka pszenna, odtłuszczone mleko w proszku 7%, słodka serwatka w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, sól, wanilina, substancja spulchniająca (wodorowęglan sodu)

--------------

Giotto Momenti Belgischer Spekulatius to nadziewane karmelowo-cynamonowym kremem mlecznym waflowe kulki pokryte kawałkami karmelowo-cynamonowych ciastek. Pralinki te są produkowane przez Ferrero.
Jedna "pałeczka" zawiera 9 kulek, czyli łącznie 38,7 g.

Zaraz po otwarciu poczułam intensywny zapach cynamonu z cukrem i mlekiem. W tej kolejności. Właściwie to może bardziej... cynamonowy cukier, którym aż zagęszczono mleko? Zaraz za tym wszystkim trafiłam na jeszcze więcej słodyczy i bardziej wypieczono-wafelkowe nutki, pomyślałam też o coli (ale to bardzo subiektywne skojarzenie).

Kulki wydały mi się nieco konkretniejsze niż klasyczne. Ciasteczkowe kawałki trzymały się nieźle, ale te drobniejsze i już ciasteczkowy pyłek, sypały się. Było jednak ich na tyle dużo, że to nie kłopot.
Ciasteczka wydały mi się dziwne, bo miękkawo-twarde. Chrupały, ale i rozpływały się na gęstą, ciasteczkową masę. Odznaczały się tłustością, wydawały się nią zawilgocone, ale nie tak specjalnie negatywnie...
Możliwe, że efekt ten podyktowała polewa, którą oblepiały. Znikała szybko, ale jej wysokiej tłustości i plastycznej miękkości nie sposób przegapić.
Wafelek taki sam jak w klasyku.
Wnętrze z kolei okazało się oleiste, nieco rzadsze, podobnie (a może bardziej?) mięciutkie i rozpływające się, ale... z drobinkami: ciastek i cukru, przy czym ciasteczka ewidentnie chrupały, a cukier trzeszczał.

W smaku ciastka przywitały się wysoką słodyczą. Po chwili uderzyły cynamonem. Poczułam cynamonową słodycz, a zaraz za nią ostrość i w końcu nawet odrobinkę goryczki. Z tą niestety związała się kartonowość samych ciastek i skojarzenie z przypieczoną skórką kurczaka (trochę jak w ciastkach speculoos Lotus, tylko na szczęście mniej jednoznaczne). Mimo to, wyszły całkiem nieźle.

Ich ciasteczkową wypieczoność podkreślił wyrazisty, neutralnie-pszeniczny, dobrze wypieczony wafelek.

Krem uderzał kolejną falą słodyczy, cukrem dosłownie. Odebrałam to jednak jako... cukier cynamonowy! Czułam mnóstwo słodkiego cynamonu, nawet lekko podszytego pikanterią, ale też ogromem mleka. Pomyślałam o słodkim mleku z cynamonem, zasładzającym, a jednak wciąż wyrazistym smakowo.
Cukier i cynamon szybko zaznaczyły swoją obecność także w gardle jako drapanie.
Wafelek trochę podkreślił palony charakter tego, ale... czy czułam karmel? Może odlegle... Było w tym coś łączącego smak kremu z pieczonością wafelka i cynamonu, lekka goryczka, ale w ciemno nie powiedziałabym, że to karmel. Ciasteczka natomiast były cały czas wyczuwalne.

Bliżej końca mleczność w najlepsze szalała z cukrem i cynamonem, wyrównując się z ciasteczkowo-cynamonowym smakiem wierzchu i kawałków ze środka. Oczami wyobraźni widziałam ciasteczka korzenne w towarzystwie zacukrzonego mleka z cynamonem.

Po wszystkim pozostało drapiące w gardle przesłodzenie, posmak ostrawego cynamonu i charakterek korzenno-ciasteczkowy. Czułam również tłuszcz na ustach, co już takie miłe nie było. Cukrowy kac też nie. Dwie kulki to szczyt moich możliwości, a i tak dopadłam potem do czarnej herbaty. Cieszę się jednak, że to cukier mnie tu tak powalił, nie sztucznawość czy coś.

Całość wyszła jednak, mimo przecukrzenia i tłustości, zaskakująco smacznie. Nie powiem, czy lepiej od klasyka, bo to po prostu zupełnie inny wariant smakowy i nie widzę sensu porównywać.
Mama za to bez problemu stwierdziła, że te smakowały jej o wiele bardziej od klasycznych.


ocena: 6/10
kupiłam: podkradłam Mamie (a kupione na Allegro)
cena: zapłaciła jakieś 15 zł (za 154,8g)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g; sztuka 4,3g - 24 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcze roślinne (palmowy, shea), kawałki herbatników z karmelem i cynamonem 22,5% (mąka pszenna, cukier, olej słonecznikowy, syrop cukru skarmelizowanego 5,5% (syrop glukozowy, cukier), białka mleka, sproszkowany cynamon, sól), cukier, odtłuszczone mleko w proszku 11%, mąka pszenna, słodka serwatka w proszku, masło klarowane, olej słonecznikowy, cukier skarmelizowany, lecytyna sojowa, syrop karmelowy (syrop glukozowy, cukier), miazga kakaowa, białka mleka, sól, sproszkowany cynamon, naturalne aromaty (zawierają mleko), substancja spulchniająca (wodorowęglan sodu), wanilina

--------
Nie mam większych zarzutów co do tych pralinek, ale jakoś tak... nie zaiskrzyło. Przez cukier? Tłuszczowość? Chyba. I forma... Jestem ciekawa, jak by wyglądało moje nastawienie, gdyby były tabliczkami.

sobota, 23 lutego 2019

FA So Good! Raw Bites Kuleczki z figami

Nie lubię pralinkowej / kulkowej / cukierkowej formy słodyczy. Raw bary przeważnie mi smakują, ale jadam je sporadycznie, więc dzisiaj przedstawiany produkt można uznać za coś nie dla mnie. Trafił do mnie w wyniku małego nieporozumienia. Otóż te kulki wypatrzyłam z paroma innymi słodyczami dla Mamy, pokazałam jej i sobie parę nabrała. Ona bowiem uwielbia wszelkie cukierki, kulki, draże itd., a czasem ma zrywy na coś zdrowszego. Te wzięła dla mnie (nimi akurat machałam), widząc, że zawierają właściwie wszystko, co lubię: daktyle, figi i miód. Prawda to, acz... wszystko wolę oddzielnie (przy czym owoce w ogóle samodzielnie). Jedyny wyjątek, gdzie uwielbiam to połączenie (razem z innymi rzeczami "w podobie"), to masa makowa. Było mi jednak trochę głupio, toteż jaja kulki dla jaj z grzeczności przyjęłam. A poza tym, dlaczego nie? "Pewnie są smaczne." Zajrzawszy na stronę Fitness Authority trochę zwątpiłam widząc głównie odżywki białkowe i jakieś suplementy diety, które to wszystkie są dla mnie nieodkrytym, dzikim lądem, którego nie chcę nawet kartografować (a co dopiero przemierzać i odkrywać).

FA SoGood! Raw Bites Kuleczki z figami to... "kuleczki z figami", uściślając: kulki na bazie daktyli z figami i miodem, produkowane przez Fitness Authority.
Opakowanie zawiera 6 kulek, łącznie 60 gramów.

Po otwarciu poczułam zapach "ukwaszonych" suszonych owoców, który próbował wręcz udawać coś cytrusowego. Silna słodycz daktyli i fig z pomocą miodu przywodziła na myśl duszną masę makową, co z kolei przełożyło się na ulotne skojarzenie z orzechami (których w składzie brak).

Kulki były plastyczno-miękkie. Pod naporem noża lub zębów uginały się, były skore do rwania i ciągnięcia ciągnięcia. Lepiły się, ale żadnych plam nie zostawiały.
W ustach były dość zwarte, z czasem się rozchodziły, ale nie na daktylową papkę, bardziej jak miękki wypiek. Cechowała je wilgotność i silny stopień przemienia, przy czym pod koniec ujawniły lekko pyliście-mączny efekt. Całkiem sporo w nich strzelających pesteczek fig.

W smaku w pierwszej chwili... zaskoczył mnie kwasek, jakby "podkwaszone suszone owoce". Z małym opóźnieniem, ale wraz z nim po ustach rozszedł się nieśmiały smak miodu.

Tymczasem pojawiła się lekko chlebowa nuta i delikatne figi. Figi jako całość, szybko podkręciły słodycz, za sprawą której zaczęły dominować. Potem ich smak złagodniał, odszedł w jakąś duszno-roślinną mgłę. Taki jakiś nijaki chłodek? "Słodzikowa mąka" - to byłoby to, gdyby taka istniała.

Sytuację wykorzystał miód i wbił się na miejsce słodyczy. W pewnym momencie zrobiło się za słodko za sprawą jasnego miodu właśnie. Kręcił się przy nim lekki kwasek, co uprzyjemniło odbiór. Daktyle odeszły na tył, ukrywając się tam niemal zupełnie.

Na koniec do miodu dołączył mączno-nijaki, dziwnie duszny akcent.

W posmaku została właśnie mączność i poczucie scukrzonego, jasnego miodu, może też starych, scukrzonych fig.

Kulki mi nie podeszły. Forma nie moja, struktura bardzo przeciętna, a w smaku było coś dziwnego. Czuć figi i miód, a jednak to taka przesadzona i niezbyt przyjemna słodycz wymieszana... z jakimś kwaśnym posmakiem. A ten duszno-chłodny element to może... Mączność? Chyba tak.

To było tak średnie i dziwne w kontekście "nie chcę jeść czegoś takiego", że po jednej kulce oddałam Mamie. Wydobycie od niej, czy smakowały jej, było nie lada wyzwaniem. "No czuła figę z czymś..." - nie była pewna, czy mi smakowały i ją hojnie poczęstowałam, czy to odrzut, a wiedziała, że "to zdrowe". W końcu jednak usłyszałam: "z rzygami no". Stwierdziła, że do dziwnego posmaku jakoś przywykła po trzeciej, ale nie, nie smakowały jej.


ocena: 4/10
kupiłam: Lidl
cena: jakieś 8 zł (góra 10 zł; Mama płaciła) za 60 g
kaloryczność: 342 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: daktyle 50%, figi 20%, koncentrat białka serwatkowego, miód 10%

wtorek, 5 lutego 2019

Schluckwerden Jamaica - Rum Truffles / Kulki rumowe

Kiedy wybrałyśmy się z Mamą do Aldiego (btw. chyba pierwszy raz odmieniam tę nazwę i dziwnie się z tym czuję, bo odmieniana kojarzy mi się z imieniem Alojzy :O) po zimowe czekolady (które miały być od 15.10) i ich nie znalazłyśmy... ja się zirytowałam i postanowiłam objeździć inne Aldi w mieście, a Mama... ona to potrafi zadowolić się czymkolwiek. Znalazła sobie a to jakieś ciastka, a to rodzynki w czekoladzie, a to inne kulki-trufle. Limitki. Niby kulki to zupełnie forma nie moja, ale... Te jakoś na pierwszy rzut oka, gdy Mama wkładała je do koszyka, dobrze mi wyglądały. Skojarzyły mi się z jedzoną parę lat temu Bombą Hrabską z warszawskiej cukierki Lukullus, która wtedy wydała mi się tworem absurdalnym i... bardzo smacznym. A poza tym... jakoś tak po piracku, karaibsko rumowo-kokosowo, się kojarzyły. W domu porwałam je na sesję zdjęciową, po czym... odpodobały mi się, więc wzięłam tylko jedną. Normalny człowiek pewnie by je sobie w ogóle darował, ale ja poczułam potrzebę zjechania ich, że tak pozytywnie mi się skojarzyły, będąc badziewiem.

Schluckwerden Jamaica - Rum Truffles / Kulki rumowe to kakaowe cukierki z rumem w posypce produkowane przez Horst Schluckwerder OHG.

Przy otwieraniu dosłownie uderzył mnie zapach mocnego, niezbyt przyjemnego alkoholu. Do wyrazistego rumu niestety docierały "czekoladopodobne nuty taniości", przez co w mojej głowie pojawiło się jedno słowo: spiryt.

W opakowaniu było 20 sztuk. Ku mojemu zaskoczeniu całkiem spore kulki okazały się miękkie i tak obtoczone posypką, że nie odpadała, a trzymała się porządnie.
Posypka to typowy pseudoczekoladowy plastik rozpuszczający się jak cukier, a wnętrze... Bardzo miękka i plastyczna, niemożliwie tłusta masa z margaryny. Odznaczała się pewną rzadkością i wilgocią. Była jakby ulepiona z tłuszczu i trzeszczącego proszku, cukru lub skrystalizowanego alkoholu i ch... tylko producent wie czego jeszcze.

Posypka... skojarzyła mi się z czymś mało spożywczym, sztucznie naaromatyzowanym, jak tanie, paskudne i kolorowe cukierki i cukier. Gdy tylko odrobina tego zaczęła rozpuszczać mi się na języku poczułam potrzebę wyplucia tego i zdezynfekowania ust.

W smaku masy od samego początku na prowadzenie wyszedł smak taniości, a więc mieszaniny margaryny i czegoś czekoladopodobnego. Margaryna w czystej postaci szybko wyszła na pierwszy plan.
Słodycz była silna, wręcz porażająca, a i tak narastająca dopiero z czasem, wraz z alkoholem. Cukier i alkohol uderzały do głowy i drapały w gardle. Cukrowość wyszła tu bardziej cukro-pseudoczekoladowo (to prawie plus w porównaniu do posypki), ale alkohol przez taniość całości smakował po prostu najtańszym, najohydniejszym spirytusem. Gdybym nie widziała składu, nigdy nie powiedziałabym, że to rum.

Cukier i alkohol jakoś dziwnie wysuszyły usta, kakałkowy smak połączył się z wszechobecną margaryną, by razem pozostać w posmaku i na ustach.

Ostrożnie odgryzłam kawałek i... za chwilę wyplułam to, co nie zdążyło się rozpuścić. Okropny posmak jednak pozostał. Jego pozbyłam się mocną herbatą, ale traumy... już nie tak łatwo się pozbyć. "Mamo, dlaczego?!"


ocena: 1/10
kupiłam: podkradłam Mamie (a ona kupiła w Aldim)
cena: - (zapłaciła około 3,70 zł?)
kaloryczność: 395 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, syrop glukozowy, tłuszcz palmowy, rum z Jamajki 4%, mielone migdały, substancja zagęszczająca*: guma arabska; substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza; stabilizator: agar; emulgator: lecytyny
*tłumacz ładnie wybrnął, używając słowa: "zagęstnik"

wtorek, 22 sierpnia 2017

Raw & Happy Rawnello Figa z makiem

Odkąd tylko wróciłam z Lewiatana z działem ze zdrową żywnością do domu po tym, jak olałam leżące na półce bakaliowe kulki, towarzyszyło mi poczucie, że zrobiłam wielki błąd. Ponownie wybrałam się do sklepu kolejnego dnia, ale ciekawiącego mnie, a nie próbowanego wcześniej smaku nie było. Chodził za mną tak długo, aż postanowiłam złożyć zamówienie przez internet (albo właściwie: dołączyć je do zamówienia, nad którym trochę się wahałam). Czy słodycz, o którym tyle myślałam, był wart całego zachodu?

Raw & Happy Rawnello Figa z makiem to "bakaliowe smakołyki - kulki z figą", które ja bym nazwała surowymi pralinkami figowo-makowymi na bazie daktyli.

Spore kulki obtoczono makiem, który okropnie się osypywał. Nie wpłynęło to jakoś szczególnie na odbiór, ponieważ maku nie pożałowano.

Czuć to już w zapachu, bowiem dominował tu właśnie mak. Pod nim kryła się figowa słodycz, może i przywołująca dalekie skojarzenia z masą makową z bakaliami, ale taką... świeżo makową.

Konsystencja pralinek okazała się bardzo ciekawa, bo miękka i zarazem chrupiąco-strzelająca. Cudownie strzelały i pesteczki fig, i mak. To na nie skierowana była moja uwaga, bo daktyle specjalnie nie odznaczyły się ani w konsystencji (żadnego lubianego przeze mnie "daktylowego papu"), ani w smaku.

Ten był bardzo, bardzo słodki. Już po jednej kulce czułam lekkie drapanio-pieczenie w gardle, ale pralinki okazały się tak dobre, że na jednej nie skończyłam.
W pierwszej chwili czułam przede wszystkim mak, duużo maku, ale szybko zaczynał dominować wyrazisty smak fig. Połączyły się, otoczone ogólną mocarną słodyczą. Kulki okazały się głównie figowe; w tle pobrzmiewała jedynie słaba nutka daktyli, o wiele słabiej niż sugeruje ich ilość w składzie.

Kulki błogo zasładzają. To naturalna, dobra słodycz o niezwykle prostym smaku - w końcu to figi, których charakterek nieźle podrasował mak. Proste i ciekawe połączenie, mające urzekającą i niecodzienną strzelającą konsystencję.
Osobiście wolałabym, żeby przynajmniej część daktyli zastąpić jakimiś orzechami - łagodnymi, np. nerkowcami, żeby nie zaburzyć smaku i konsystencji, ale obniżyć słodycz, bo ta mimo że smakowita jest... olbrzymia. Gdyby ją osłabić, kulki mogłyby konkurować z Łatwym orzechem do zgryzienia, które bardzo mi smakowały.


ocena: 8/10
kupiłam: AleEko
cena: 8,84 zł (za 110 g; promocja)
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy znów kupię: raczej nie

Skład: daktyle, figi 35%, mak 5%

czwartek, 11 maja 2017

Raw & Happy Rawnello Łatwy orzech do zgryzienia

Jakiś czas temu recenzję tych pralinek wrzuciła Olga i... trafiła z nią w czasie idealnie, bo byłam akurat kilka dni po spróbowaniu RooBar Liquorice Chili, po którym tylko zwiększyła się moje uwielbienie do połączenia daktyli i nerkowców.
Jako że widziałam te kulki w dość niskiej cenie w stacjonarnym sklepie, to po wspomnianej recenzji po prostu ich zapragnęłam, mimo że "pralinki" i słodycze "cukierkowate" nie są w moim typie (mam na myśli ich formę).

Raw & Happy Rawnello Łatwy orzech do zgryzienia to bakaliowe kulki, zrobione z daktyli i nerkowców (40%).

W kartoniku znalazłam foliowe opakowanie z całkiem sporymi kulkami.

Po otwarciu poczułam cudowny zapach daktyli, słodkich, ale i jakby nieco podkwaszonych, co skojarzyło mi się z jabłkami. Leciutka nutka orzechów nadała temu delikatnie korzennego klimatu.

Kulki okazały się bardzo miękkie i lepkie. Były zupełnie zmielonymi daktylami z malutkimi i całkiem sporymi, delikatnymi, także miękkawymi, ale bardzo świeżymi kawałkami nerkowców.
Całość w ustach rozchodziła się na tłusto-soczyste "papu", co odebrałam jak najbardziej pozytywnie.

Smak wyszedł rewelacyjnie, choć wcale nie był tak prosty, jak mogłoby się wydawać.

Podobnie jak w zapachu, dominowały daktyle, było więc bardzo słodko. Bardzo i zarazem uroczo, bo tylko naturalnie daktylowo. Nie zrobiło się mdło, bo znów do akcji wkraczała kwaskowata nuta "jabłek".
Bardzo silnym motywem były orzechy, choć biorąc pod uwagę subtelny smak nerkowców, nie dominowały. Sprawiły, że całość była cudownie maślano-orzechowa.

To duet daktyli i nerkowców w idealnych proporcjach, do którego niewątpliwie wybrano najlepsze składniki o pełnym smaku i doskonałej konsystencji.
Jedno z najlepszych zasłodzeń, jakie można sobie wyobrazić, choć trochę żałuję, że ma to formę takich pralinek, a nie batona. 10-tki nie wystawiam także dlatego, że wszystkie tego typu słodycze są u mnie "za czekoladą" i żeby zdobyć 10/10 muszą mieć "to coś", czyli coś sprawiającego, że słodycz wbija mnie w fotel, jest na tyle charakterystyczny, że nigdy go nie zapomnę.


ocena: 9/10
kupiłam: Lewiatan (z działem rozszerzonym o dział eko i z produktami lokalnymi)
cena: 9,99 zł (za 110 g)
kaloryczność: 433 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie wykluczam

Skład: daktyle, orzechy nerkowca (40%)

niedziela, 7 sierpnia 2016

Godiva Chocolate Lava Cake Dessert Truffles trufle / cukierki: ciemna czekolada z sosem z ciemnej czekolady i kremem z ciemnej czekolady

O Godivii pisałam już dwukrotnie i dwukrotnie wyraziłam się bardzo pozytywnie (mleczna z solonym karmelem oraz ciemna z migdałami). Nie dość, że same czekolady są na dobrym poziomie, to jeszcze podoba mi się postać, jaką była uparta i odważna lady Godiva. Do Polski przywiozłam ze sobą jedynie czekoladki, bo... no cóż, gdy tylko zobaczyłam lava cake na opakowaniu, nie mogłam im się oprzeć.

Godiva Chocolate Lava Cake Dessert Truffles to czekoladki-cukierki / trufle inspirowane deserem "lava cake", czyli ciemna czekolada z sosem z ciemnej czekolady oraz ganaszem z ciemnej czekolady.

Zajrzałam do paczki i zobaczyłam parę dużych cukierków. Rozczarowana wysypałam je i... nagle okazało się, że cukierków, jest dość sporo. Jeszcze zanim odwinęłam poczułam zapach ciemnej czekolady.

Przyznam, że bardzo podoba mi się wygląd opakowania i papierków. Łagodny fiolet, grafika nie przesadzona, a co z cukierkami?
Wreszcie odwinęłam. Napis, literka "G", a tak to... zwykły cukierek-pralinka. Pachnie jak taki lepszy cukierek-pralinka, ale wciąż bez głębi. 

Spróbowałam. Poczułam gorzko-słodki smak czekolady. Była ona lekko tłusta, niezalepiająca, kremowa. Porządna, ale oczywiście nie z wyższej półki. Ewidentnie czuć, że to jakieś 50-60 % kakao, na pewno nie więcej, bo słodycz jest dość silna, jednak... w połączeniu z kakao było jak najbardziej w porządku, chociaż czuć, że jakość jest niższa niż w tabliczkach.

Czekolada szybko staje się miękka i pęka (co najpierw mi się nie podobało), a spod niej wypływa gęsty sos. Jest bardzo słodki, ale goryczka kakao została tu podkreślona takim... jakby alkholowym akcentem (mimo że alkoholu nie ma w składzie). Sprawia wrażenie trochę wytrawnego. To taki bardziej lejący i słodszy sos z Lindt'a (jakby połączenie Chocolate Mousse i dawnego Chocolate Cake). Nie ma go zbyt wiele, wiec szybko się rozchodzi, torując drogę drugiej warstwie.

Trufli jest znacznie więcej, ma ona konsystencję maślanego kremu, jest wilgotna, bardzo miękka i zdecydowanie bardziej gorzka od sosu, chociaż wciąż dość słodka. Jest zdecydowanie lepsza w smaku niż Lindt'owe trufle (to niebo i ziemia), jednak najpierw pomyślałam, że taka miękko-delikatna konsystencja zupełnie nie leży w moim guście.

Mimo wyraźnie wyczuwalnego kakao, dość silnej gorzkawości... za dużo mi tu było słodyczy po pewnym czasie (nie to, że są przesłodzone... są po prostu słodkie, to po prostu ja za dużo zeżarłam). To takie... proste cukierki. Niby gorzkawe, ale bez żadnej głębi czy bogactwa.

Przy trzecim cukierku zorientowałam się, że ta miękkość, szybkie wypływanie nadzienia nie są tu wadami. Wręcz przeciwnie. Te cukierki mają udawać "lava cake", a skoro tak... wierzch szybko ujawnia wypływający sos w otoczeniu miękkiego ciasta - to jest to! To właśnie lava cake w mini wersji w czekoladowej otoczce. 
Cukierki po prostu nie są moją formą słodyczy, zdecydowanie bardziej wolałabym tabliczkę, więc ciężko mi jest je ocenić, ale powiem tak: mając do wyboru wszelkie pralinki / cukierki pokroju Raffaello a te trufle, wybrałabym te trufle. 


ocena: 7.5/10
kupiłam: Wegmans
cena: 3.99 $ (za 122g)
kaloryczność: 439 kcal / 100 g 
czy kupię znów: nie

Skład: