Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: orzechy pekan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: orzechy pekan. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 czerwca 2026

krem GymBeam Pecan Butter / Masło z Orzechów Pekan 100 %

Choć przejadłam w życiu naprawdę sporo kremów orzechowych, z orzechów pekan 100% jadłam tylko Maslove Pekan 100 % Zmielony Pieczony. Niestety jednak przez jego formę, konsystencję nie mogłam się wczuć w smak tak, jak bym chciała. Zlepek kawałków orzechów do gryzienia? Niee, wolę kremowe kremy. A jednak sama jakoś nie szukałam, gdzie by tu zakupić inny z pekanów, ze względu na wysoką cenę, a jednak wątpliwy efekt. Wszak to bardzo tłuste orzechy i wiedziałam, że kremy z takich niekoniecznie muszą być zachwycające, co pokazały mi kremy z orzechów włoskich (na razie w kolejce do publikacji), jednych z dwóch moich najukochańszych orzechów. Gdy jednak zaczęłam współpracę z GymBeam, dziś przedstawiany był jednym z pierwszych słoików, o jakie poprosiłam. Opis ("Pokochasz jego delikatnie słodki, maślany smak, który z pewnością przekona każdego fana masła orzechowego") zachęcał. 

GymBeam Pecan Butter / Masło z Orzechów Pekan to krem 100% z surowych orzechów pekan.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam zapach surowych orzechów pekan z wyraźnym motywem niegorzkich skórek. Wyobraziłam sobie całe orzechy o naturalnej lekkiej słodyczy i wysokiej tłustości, aż trzeszczące pod naciskiem zębów, nie chrupiące. Po zlaniu oleju do kompozycji dołączyła jeszcze subtelna goryczka, kojarząca się bardziej z orzechami włoskimi.

Na wierzchu wydzieliła się bardzo duża ilość oleju, z czego zlałam jakieś 77g, czyli 19 łyżeczek (jak zawsze do słoiczka, na wypadek, gdyby trzeba było dolać więcej), a wymieszałam niecałe dwie łyżeczki. Co ciekawe, najpierw wydzieliło się jakieś 72g, nałożyłam sobie porcję, wstawiłam do lodówki. Kiedy przyszła pora na dokończenie kremu, wtedy na wierzchu znowu wydzielił się olej - te kolejne gramy. Zaskoczyło mnie to, bo zazwyczaj kremy orzechowe raczej podsychają i wtedy dolewam ze słoiczka odpowiednią ilość.
Krem wyglądał interesująco, bo pod warstwą oleju, patrząc przez słoik, wyglądał na dwukolorowy: beżowy z ciemnobrązowymi, niemal czarnymi zawijasami. Po przemieszaniu zrobił się ciemny, w odcieniu pekanowych skórek.
Mieszając ze zdziwieniem odkryłam, że wyglądało, iż z kremu nie uciekł żaden olej, bo nadal był bardzo tłusty. Mieszał się łatwo, bo ogólnie mimo konkretu, był tłustą, lepko-plaskającą masą.  Wydawało się, że olej aż się z niego cały czas wyciskał. Krem wyglądał na trochę jakby papkowato-ciastowy, ale też miazgowy, usiany mnóstwem drobinek i malutkich kawałków, a także skórek.
Jedzony przedstawił się jako tłusty, już trochę ciężko-przytykająco tłusty, ale nie tak okrutnie tłusty, jak można by się obawiać. Choć wyraźnie czuć oleistość, nie wydawała się jego najistotniejszą cechą. Rozpływał się w tempie średnim, na pewien czas jakby gęstniejąc, po czym jednak rozchodził się na coś, przypominającego bardzo tłustą, ciastowatą papkę i tłustą zawiesinę z drobinkami. Znalazł się w nim ogrom malutkich kawałków i drobinek, a więc uwielbiany przeze mnie efekt miazgowy, a także dosłownie parę większych kawałków. Trochę odciągał uwagę od tłustości.
Gryziony krem wyszedł całościowo chrupko.
Gryzione po zniknięciu bazy drobinki i kawałeczki były całkiem angażujące. Niektóre bardziej trzeszczące, inne masywniej chrupiące.
Po zjedzeniu pasta zostawiała sucho-cierpkie wrażenie.

W smaku najpierw rozbrzmiała wysoka, intensywna słodycz, należąca do orzechów pekan o maślanym charakterze. Tłustość dała o sobie znać w smaku.

Słodycz wydała mi się bardzo dynamiczna. Czasem wyskakiwała ponad wszystko na poziom tak wysoki, jakby pasta była lekko dosłodzona. Słodycz ogólnie rosła, jakby jej się spieszyło, po czym... Zatrzymała się. Czasem w oddali zaznaczała się ledwo uchwytna goryczka. I... zaraz zniknęła?

Słodycz robiła się bardziej zachowawcza. Maślaność zaczęła ją coraz bardziej tonować, rozbijać. Sama nasilała się, utwierdzając mnie w przekonaniu, że orzechów nie prażono. W głowie siedziały mi cały surowe orzechy pekan, co jeszcze wzmacniało smakowo tłusty wydźwięk kremu. Ewidentnie wraz ze skórkami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach goryczka trochę wracała. Czasem bardziej, czasem słabiej. Miałam wrażenie, że wiąże się z wyłaniającymi się z masy kawałeczkami. Nie wydawała się należeć do skórek, które jawiły się tu bardziej jako neutralne. Goryczka zerkała raczej w stronę orzechów włoskich.

Słodycz, choć już stonowana, trochę przyciszona, wciąż była obecna. Gorzkawość nasilała się pod jej przyzwoleniem. Czasem zaskakiwała na bardziej neutralnie-skórkowy tor... A chwilami pekany ze skórkami uparcie mieszały się z jakby echem goryczkowatego oleju z orzechów włoskich.

Gryzione na koniec kawałeczki orzechów pekan chwilami wydawały się jakby lekko podprażone. W większości jednak surowe, tylko przy niektórych zagarnięciach tak się ze mnie naigrywały. Kawałeczki połączyły w sobie słodycz z neutralnymi skórkami pekanów oraz goryczkę o różnym nasileniu. I w różnych proporcjach.

Po zjedzeniu został posmak gorzko-oleisty. Powiedziałabym, że mieszanki orzechów włoskich i pekan w skórkach. Pekany na koniec wywalczyły trochę maślanej słodyczy, wpisując ją w wizję surowych orzechów. Posmak wskazywał na krem i olej z orzechów, czuć, że to nie orzechy sobie chrupałam. Nie był zbyt przyjemny.

Krem wydał mi się ciekawy i smaczny, choć też mnie w sobie nie rozkochał. Podobał mi się surowy charakter orzechów. Zaskoczyła mnie początkowa wysoka słodycz i to, że w zasadzie trwała do końca. Gorzkość okazała się niska, czasem udawała orzechy włoskie, ale w negatywnym sensie, bo wyszła orzechowo oleiście - to trochę mi nie podeszło, ale też nie było złe. Jako że mieszała się z naturalną, maślaną słodyczą, nie męczyła, a współpracowała z resztą nut. Orzechy pekan całkiem nieźle wyszły jako krem, ale wolę je jednak po prostu, jako orzechy.
Konsystencja miała wady tylko te wynikające z natury kremu z pekanów, włoskich i tego typu orzechów. Gdy chodzi o wykonanie kremu, zrobili go w najlepszej możliwej opcji, czyli kremowo-miazgowej. Z drobinkami, ale nie kawałkami jak kremy typu "crunchy".

Choć zmogła mnie papkowata, tłustość i nie podobała mi się oleista goryczka, nie sądzę, by można było lepiej zrobić krem z orzechów pekan. Jasne, sama wolę jeść łyżeczką kremy z innych orzechów, od tego w zasadzie nawet wiele kremów, którym wystawiłam np. 8, ale to wybitny krem 100% z pekanów.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 40,90 zł za 340g
kaloryczność: 732 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy pekan 100%

piątek, 18 lipca 2025

Dobry Orzech Pasta z Orzechów Pekan z Mleczną Czekoladą i Kawą

Ten krem od razu wydał mi się i ciekawy, i ryzykowny. Jeszcze nie trafiłam na obłędny krem z pekanów, ale też za wiele ich nie jadłam. Kawowe kremy orzechowe jakoś do mnie nie przemawiały. Obecnie jakoś nie przepadam i nie piję kawy, ale wciąż lubię takie nuty np. w czekoladach. Nie podoba mi się jednak dodatek twardych kawałków kawy, na co czasami decydują się producenci. Co mnie tu czekało? To była wielka niewiadoma. Wiem jednak, że na pewno nie kupiłabym tego kremu, gdyby nie połączono kawy z czekoladą. Sama w kremie orzechowym nie kusiła. Niestety, po Dobry Orzech Pasta z Orzechów Laskowych z Mleczną Czekoladą nie liczyłam, że czekolada w tym wyjdzie jakoś przełomowo. 

Dobry Orzech Pasta z Orzechów Pekan z Mleczną Czekoladą i Kawą to czekoladowo-orzechowy krem z prażonych orzechów pekan z mleczną czekoladą i kawą.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu poczułam dominujący zapach palonych ziaren kawy. Były gorzkie, jednak całość jako tak bardzo gorzka się nie jawiła ze względu na słodycz, jaka otulała kawę. Pomyślałam o ocukrzonych, niby karmelizowanych ziarnach w cukrze. Słodycz oddawała też nadto cukrową, nieśmiałą w czekoladowość czekoladę. Tłuste pekany zaznaczyły się całkiem nieźle. Słodycz przy nich chyba zahaczała trochę o karmel. W oddali, za tym wszystkim, snuła się jeszcze sugestia niedookreślonego kwasku. 

Na wierzchu wydzieliło się dużo oleju - zlałam prawie całość, czyli jakieś 5,5 czy nawet prawie 6 łyżeczek. Wierzch także był lejąco-ruchomy, a przy mieszaniu okazało się, że krem i tak zachował wystarczającą tłustość. Dał się poznać jako ciągnąco-lejący i nie za gęsty. Wyglądał na wilgotny i oleisty także na samym dnie - acz fakt, że tam minimalnie zgęstniał i zastygł - zaraz jednak wchłonął wilgoć reszty.
Widać w nim całkiem sporo drobinek mielonej kawy i mniej jasnych punkcików orzechów. Oprócz niej nie powiedziałabym, że krem był miazgowy, a raczej bazowo gładki (w kwestii orzechów). Miał w sobie coś z tłustego, plaskającego, rzadkawego ciasta.
Krem podczas jedzenia okazał się minimalnie gęstniejący, ale wciąż dość rzadki. Rozpływał się łatwo w tempie umiarkowanym - wydaje mi się, że kawa przyspieszała rozpuszczanie się orzechowej bazy. I wymuszała wcześniejsze podgryzanie masy. Czułam w nim oleistą tłustość i mimo bardzo wysokiej tłustości, wydawało mi się, że brak mu orzechowego konkretu. Niby zachował pewną zwartość i lepkość, ale nie był zbyt masywny. Ciężki owszem. Zmieniał się w ustach w luźno-rzadkawą papko-zawiesinę, przywodzącą na myśl blok czekoladowy i tłuste ciasto. Uraczył mnie ziarnistością, która trochę udawała tak lubiany przeze mnie miazgowy efekt. Tu jednak, drobinki, które zaznaczały się na języku, były zmielonymi ziarnami kawy. Drobinki orzechów tylko plątały się wśród nich, gubiąc się.
Nie dało się zagarnąć kremu tak, by nie trafić na kawę. Wystąpiła bowiem nie tylko pod postacią malutkich kawałeczków do gryzienia, ale też mocno zmieloną, przejawiającą się jako proszkowa ziarnistość.
Gdy gryzłam całą masę, trochę trzeszczała i chrupała od kawy. Drobinki gryzione na koniec były chrupiące i twarde, przy czym im dłużej gryzione, tym bardziej trzeszczące. 
Po zjedzeniu w dodatku w ustach zostawało suche wrażenie.

W smaku występ rozpoczęła delikatna słodycz. Mimo niskiego poziomu, oddawała charakterem cukrową chyba czekoladę. Bardzo, bardzo łagodną, gdy o czekoladowość chodzi.

W oddali przemknęły gorzkawe, palone ziarna kawy, a słodycz zaczęła rosnąć. Mieszała się z odrobiną mleka, po którym odważyły się pokazać pekany. Orzechy wydawały się prażone minimalnie albo wręcz wcale. Wpisały się w łagodność, jednak gorzkość kawy podszepnęła im charakterniejsze, goryczkowate orzechy włoskie.

Kawa wypływała na wierzch co jakiś czas, dając rozejść się też innym nutom. Orzechom pekan chwilami, gdy akurat trochę się wycofywała, zdarzało się iść w gorycz. To zaś znów podkręcało kawę. To, jak intensywnie była wyczuwalna, zależało też od tego, ile akurat drobinek kawy znalazło się w porcji władowanej do ust, a także jak mocno się wyłoniły z masy.

Kawa ogólnie nasilała się, idąc w kierunku palonych, gorzkich ziaren. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przestała już epizodycznie się wybijać, a zaczęła dominować ciągle. Zagłuszyła orzechowość i na chwilę też czekoladę, ale... tylko po to, by właśnie czekoladę zaraz wydobyć.

Orzechy pekan wywalczyły sobie pozycję w tle. Wyszły trochę maślano, co połączyło je z mleczną nutą.

Mleczna czekolada z intensywnymi ziarnami kawy zaserwowała mi subtelną wizję słodkiej kawy z mlekiem. Na sekundę przyszło mi do głowy też cappuccino, ale potem po prostu zwyklejsza kawa z cukrem i domieszką mleka wygrywała. Chyba na zasadzie kontrastu bowiem, przy kawowej nucie, bardzo wzrosła też słodycz. Głównie "dodana" - choć czuć też czekoladową, jawiła się dość cukrowo. Orzechy dołożyły się do niej nieznacznie. Oczami wyobraźni patrzyłam na karmelizowane, pokryte cukrową otoczką ziarna kawy.

Końcowo jednak, nagle zrobiło się bardziej maślano, co złagodziło słodycz. Orzechy przy niektórych zagarnięciach wychodziły wyraźniej, przy innych słabiej. Wpisywały się w tę maślaność, ale czasem dokładały do niej też goryczkę.

Gryzione na koniec ziarna kawy smakowały po prostu sobą - gorzkimi, palonymi.

Po zjedzeniu został posmak głównie palonych ziaren kawy. Daleko za kawą znalazło się echo mleka i cukru, przekładających się na myśl o słodkiej kawie z mlekiem. Czekolada prawie umknęła. Tłuste pekany mieszały się z goryczką kawy, trochę udając orzechy włoskie.

Krem mnie nie chwycił. Już sam zapach jakoś mnie nie zachęcił, bo gorzkie, palone ziarna kawy zwyczajnie mi tu jakoś... nie grały. Nie pomogła "dodana" słodycz i za delikatna czekoladowość. Co do struktury - bałam się, że będzie bardziej lejąca, a jednak i do niej mam zastrzeżenia. Twarde, chrupiące kawałeczki kawy nie dały rady zastąpić mi miazgowego od orzechów efektu. I w końcu sam smak - to, że nie przekonuje mnie połączenie pekanów z kawą, to jedno, ale... gorzka kawa w ogóle z tą za delikatną, a choć nie przesłodzoną to cukrową w charakterze, czekoladą niespecjalnie wyszła. Trochę słodyczy, trochę mleka... ale jakoś nie chwyciło. Myśli o cappuccino pojawiły się, ale nie był to smak wiodący (a to obiecywał producent). Ot, można zjeść jako ciekawostkę bez emocji, ale to raczej niewypał. Nie przekonał mnie też do kremów orzechowych z kawą (ta perspektywa drobinek zmielonej kawy w kremie nie podoba mi się).
Nie mogę powiedzieć, by krem był zły, po prostu też nie dobry i bardzo nie w moim typie.


ocena: 7/10
kupiłam: dobry-orzech.pl
cena: 35 zł za 180g
kaloryczność: 663 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy pekan 85%, czekolada mleczna 14,5% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), kawa 0,5%

piątek, 10 maja 2024

krem Cinnamon - Peanut Butter - White Chocolate - Pecans

Do niedawna, jeśli miałabym wskazać niezawodną markę kremów orzechowych, jedną z takich na pewno byłaby Grizly. Znaczy... mają trochę kremów nie w moim stylu, ale łatwo po opisie poznać, które to i zwyczajnie je omijać. Niestety po Grizly Láska Nebeská / To Właśnie Miłość trochę zwątpiłam w ich limitki nawet te, które wydają się "moje". Niestety dzisiaj prezentowany krem kupiłam przed dwoma podobnymi, które kompletnie mi nie pasowały. Czy gdybym je znała, zrezygnowałabym z zakupu? Sama nie wiem. Lubię zimowe smaki, ale chyba jeszcze nie trafiłam na pyszny, zniewalający krem orzechowy w takim wariancie. GymBeam Cashew Butter Cinnamon Rolls był niesmaczny dla mnie, taki "nie po mojemu", a Sticky Blenders Migdał Ciasteczka Korzenne po prostu okropny. W dodatku w międzyczasie doszłam do wniosku, że od cynamonu cejlońskiego na pewno wolę zwykły (porównywałam je na instagramie), a ten krem właśnie m.in. cejlońską przyprawę zawierał. Krótko przed degustacją przypomniał mi się Vilgain Sweet Nuts Chocolate Coconut Pecan - też z pekanami, niestety nienajlepszy. Miałam nadzieję, by nie było kolejnego nieudanego kremu z pekanami. Na pewno podoba mi się za to podejście marki, bo z opisu wynikało, że w roku 2023 wydano ten krem na zimę po raz drugi, ale wprowadzając poprawki, jakie sugerowali konsumenci, czyli np. zwiększając ilość cynamonu.

Grizly Christmas Nut Butter Cinnamon - Peanut Butter - White Chocolate - Pecans to krem z prażonych na sucho orzeszków ziemnych z belgijską białą czekoladą i cynamonem cejlońskim oraz kawałkami prażonych orzechów pekan; dostępny w opakowaniach 450g jako edycja limitowana na zimę / Gwiazdkę (mój z edycji 2023/24).

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach średnio mocno prażonych orzeszków arachidowych, za którymi podążały znacznie delikatniejsze orzechy pekan. Orzeszki otuliła wysoka, maślano-mleczna słodycz. Wprowadziła białą czekoladę, acz częściowo wydawała się naturalnie fistaszkowa. Biała czekolada przedstawiła się jako szlachetna i zmieszana z karmelowo-ciasteczkową nutką, którą zwieńczył także słodki, ciepły cynamon.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju, z czego zlałam około 5,5 łyżeczki, może prawie 6 łyżeczek - starałam się bowiem zlać jak najwięcej - do słoiczka w razie gdyby pod koniec słoika już podsechł. Około 1 łyżeczkę już wymieszałam, bo olej za bardzo mieszał się z dość ruchomym wierzchem. Najpierw krem nie potrzebował szczególnie tego oleju. Dopiero gdy postał w lodówce może ze 2 tygodnie, okazało się, że potrzebuje i to bardzo. Cały zlany olej wrócił ze słoiczka do kremu, a i tak był na dnie nazbyt podeschnięty (to wiem od Mamy, bo ona kończyła).

Pełna średniej i małej wielkości kawałków pekanów masa była ciągnąco-ruchoma. Gęsta, ale w miękki i kremowy sposób. Wyglądała na dość tłustą i zwięzłą. Oprócz orzechów widać w nim minimalny miazgowy efekt i trochę kropeczek cynamonu oraz skórek orzechów.
W trakcie jedzenia potwierdziła się kremowa, miękka gęstość, szybko zmieniająca się w jedynie gęstawość. Masa po pewnym czasie zmieniała się w gęstawą zawiesinę, łącząc w sobie trochę konkretu orzechowego kremu z kremową aksamitnością czekolady. Zalepiała usta średnio mocno i rozpływała się powoli. Okazała się bardzo tłusta w czekoladowo sposób, co mi trochę przeszkadzało (orzechowa tłustość na ogół mi nie przeszkadza). Początkowo krem jawił się jako gładkawy. Przypominał tłusty, z czasem pylisty budyń z minimalnym miazgowym efektem. Czuć w nim namiastkę drobinkowej miazgowości, wpisaną w lekką pylistość. 
Drobinek było tak mało i były tak malusieńkie, że w zasadzie nawet za bardzo nie urozmaicały konsystencji. Punkciki skórek i cynamonu też nie. Robiły to za to pekany.
Na języku dość szybko zaznaczały się drobne i średniej wielkości kawałki orzechów pekan. Dodano ich sporo, ale wciąż stanowiły jedynie dodatek - to nie był jakiś zlep pekanów.
Pekany gryzłam, przeważnie gdy wszystko inne się już rozpłynęło. Z rzadka podgryzałam już nieco wcześniej 
Kawałki okazały się chrupko-kruche z racji podprażenia, ale wciąż tłusto-miękkie i trochę trzeszczące w charakterystyczny dla nich sposób. To w większości średnie kawałki, ale też sporo małych i mniej bardzo małych.
Kropeczki cynamonu czy skórek orzechowych trudno z całości wyłowić, by chrupnąć, nawet na upartego.

W smaku przywitała mnie słodycz białej czekolady o znaczącym charakterze, ale zaskakująco przystępnym poziomie. Dała się poznać jako szlachetna i mocno maślano-mleczna.

Maślana słodycz umocniła się ze względu na orzeszki ziemne. Podkręciły ją, poniekąd same przedstawiając się właśnie jako maślane, a trochę na zasadzie kontrastu. Zaznaczyły swój średnio, acz dosadnie prażony akcent. Po chwili wyprzedziły białą czekoladę i znalazły się na pierwszym planie.

Słodycz rozwinęła się, ale już nie rosła. Zaserwowała maślane ciastka, obok których pojawił się delikatny, palony, ale maślany karmel. W jego paloności zagościło ciepło. Właśnie w cieple osiadł cynamon, który pojawił się w tym czasie w tle.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach cynamon przybrał na sile, ale ogólnie wyszedł łagodnie i słodko. Nie był ostry, a ciepły. Ewidentnie czuć, że to cynamon cejloński! Znacząco rozgrzewał, ale bez piekącego aspektu. Wprowadził do gry nutę pekanów, które leciutko czuć nawet bez rozgryzania.

Słodycz należąca do białej czekolady była szlachetna, trochę karmelowa i dzięki temu harmonijnie połączyła się ze słodkim, subtelnym i specyficznym cynamonem cejlońskim. Razem zagłuszyły prażony wątek orzeszków ziemnych. Nagle zaczęły wydawać się niemal surowe i naturalnie słodziuteńkie. Zdarzyło im się zrobić aluzję do nerkowców.

Krem stał się bardziej maślano-mleczny, słodki w ciepły sposób niczym maślano-śmietankowy, ciepły budyń z odrobiną cynamonu cejlońskiego. Fistaszki końcowo dopuściły do głosu sporo orzechów pekan.

Pekany gryzione na koniec okazały się bardzo wyraziste. Tak jak arachidowa baza, były lekko podprażone. Zaserwowały 200% swego smaku, który połączył słodycz i naturalną, orzechową maślaność. Robiły aluzje do goryczki skórek, jakby smakowej, ciepłej suchości, a także tonowały słodycz "dodaną", czyli białej czekolady.

Po zjedzeniu został posmak maślano-mlecznej czekolady o zgaszonej, szlachetnej słodyczy, ciepło łączące cynamon ewidentnie cejloński i trochę karmelu oraz arachidów o znów wyraźniej prażonym charakterze. Stały na równi z tylko co pogryzionymi pekanami.

Krem okazał się niezły i bardzo przemyślany, ale nie w moim typie. W zasadzie trudno mu coś zarzucić, ale mi brakowało w nim pazura. Wszystko tu wydawało się subtelne i zgrane. Wyraziste orzeszki ziemne to idealna baza pod ryzykowne połączenie białej czekolady i cynamonu. Z nimi nie przesadzono, dzięki czekolada jedynie przyozdobiła wszystko szlachetną słodyczą, a cynamon nie gryzł w język. Wyraźnie czuć, że to delikatniejszy, słodki i dość specyficzny cynamon cejloński - ja utwierdziłam się, że nie przepadam za nim, wolę kasję. Arachidowa baza pod ich wpływem ciekawie przeszła od średnio mocno prażonej do niemal nieprażonej. Pekany wniosły wiele dobrego, bo po prostu były smaczne i pasowały tu do wszystkiego. A jednak dla mnie fistaszki z białą czekoladą i takim innym, w pewnym sensie łagodniusim cynamonem to po prostu trochę nuda. Raz (145g) zjadłam jako ciekawostkę w sumie ze smakiem do pewnego momentu (końcowo uznałam, że mogłam nałożyć znacznie mniej, mimo że dobrych kremów to tyle zjadam spokojnie), ale na resztę nie miałam ochoty i wolałam oddać Mamie (gdyby nie ona, jakoś bym zmęczyła).

Mama zjadła troszeczkę łyżeczką, sporo na ciastkach. Jej ogólna opinia: "Rzeczywiście ten krem w zasadzie nie jest zły, że nie można nic zarzucić. W sumie nawet dobry, jak tak się wczuć. A jednak i dla mnie coś w nim nie pasowało - właśnie ja też nie lubię cynamonu cejlońskiego, a w tym kremie bardzo dobrze czuć, że dodali właśnie cejloński. Myślę, że ze zwykłym to wyszłoby o wiele lepiej, z charakterem. A tak ten posmak cejlońskiego cały czas był i przeszkadzał, niczego dobrego nie wnosząc. Może jak ktoś lubi cejloński, to się ucieszy, ale ktoś przyzwyczajony do zwykłego, to nie wiem. Szkoda tylko, że na koniec, na dnie funduje taką niespodziankę i tak zasycha na twardo. Próbowałam je na tostach z serem żółtym i dżemem, ale do tego połączenia było za słodkie.".


ocena: 7/10
kupiłam: grizly.pl
cena: 29,99 zł za 450g
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 72% orzeszki ziemne prażone, 18% biała czekolada (cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku), 10% prażone orzechy pekan, cynamon cejloński

sobota, 13 kwietnia 2024

krem Vilgain Sweet Nuts Chocolate Coconut Pecan

Na ten krem zdecydowałam się w ostatniej chwili przed opłaceniem - jak mi się wydawało - gotowego już zamówienia. Wtedy pomyślałam, że mam ogromne szczęście, iż go dostrzegłam. Ciekawiło mnie, jak wyjdą pekany w kremie, acz po Maslove Pekan 100 % Zmielony Pieczony raczej nie chciałam kupować kremu tylko z pekanów (i Vilgain takiego nie ma). Gdy jednak parę kremów tej marki już przejadłam, przestał wydawać mi się tak atrakcyjny. Obstawiałam, że będzie bardzo podobny do Vilgain Cheat Spread Chocolate Cinnamon, który mnie nie zachwycił. Po cichu liczyłam, że nie będzie tak rzadki i mlecznoczekoladowy, że pójdzie w kierunku gęstszego Vilgain Sweet Nuts Coconut Chocolate. I cóż... nie wiedziałam, czego się spodziewać po słodyczy i czekoladowości. W sumie nie wyglądało, że będzie bardzo słodki - miał 13g "w tym cukry" na 100g. Ale kto ich tam wie... Krótko przed otwarciem go pomyślałam, że gdybym znała smak podlinkowanych przed zakupem, z tego już bym zrezygnowała, ech. Smutno mi się zrobiło, że ucieszyłam się, że to już ostatni smakowy krem tej marki, która wyglądała tak obiecująco... No, ale może wtedy ominęło by mnie coś dobrego? Sama siebie próbowałam na różne sposoby pocieszać, bo miałam mieszane uczucia.

Vilgain Sweet Nuts Chocolate Coconut Pecan to ciemno czekoladowy krem migdałowy z prażonych na sucho migdałów z orzechami pekan i rozdrobnionym kokosem.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam intensywny zapach, w którym nieco dominował słodki kokos. "Nieco", bo migdały były tuż za nim. Wydawały się tak słodkie, jakby były w miodzie. Pojawił się też maślany wątek, kojarzący się z migdałowo-miodowym nugatem, a także czekolada. Próbowała dołączyć do kokosa i migdałów na pierwszym planie, ale nie udawało się jej. Została w tyle jako ocierająca się o plastik czekoladka z nadzieniem "masło orzechowe" z lekko prażonych migdałów (niczym wyidealizowana migdałowa wersja Reese's?). 

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju - zlałam około 4,5 łyżeczki, a trochę (chyba mniej niż 0,5 łyżeczki) wymieszałam, bo ruchomy wierzch był pełen dodatków i nie dało się zlać wszystkiego idealnie. Jak się szybko okazało, krem nie potrzebował w zasadzie nawet tej małej ilości, bo był dość rzadki i tłusty. 
Masie blisko do stanu półpłynnego, była ruchoma i kojarzyła się z tłustym zlepkiem mnóstwa dodatków. W zasadzie chwilami miałam wrażenie, że ona opiera się na kawałkach pekanów i wiórkach kokosa, a gładszy krem migdałowy stanowił tylko spoiwo. Na oko wyglądał właśnie gładko, żadnego miazgowego efektu, a tylko widoczne kropeczki (skórek migdałów? może też kakao).
Krem był ciągnący, miejscami mniej rzadki, ale gęstym za nic go nazwać nie mogę.
W trakcie jedzenia dał się poznać jako właśnie miękki i tłusty w oleisty sposób. Rozpływał się w umiarkowanie-szybkawym tempie, minimalnie zaklejając usta. Łatwo rzedł. Choć nie był zupełnie lejący, ale brak mu konkretu i masywności, a nawet kremowości. W sensie... samemu, gładkiemu kremowi-bazie. I też nie do końca gładkiemu, bo szybko okazał się jakby chropowaty, bardzo proszkowy. Ta "baza" - czy raczej spoiwo - zlepiała całe mnóstwo kawałków różnej wielkości.
Kawałki to orzechy pekan i kokos. Jedne i drugie wystąpiły pod postacią wielkich kawałów, kawałków średnich i bardziej przemielonych, malutkich. Kokos to nie tylko wiórki, ale też wióro-kawały, naprawdę gigantyczne słupki. Orzechy pekan były częściowo z delikatnymi skórkami.
Dodatki dodały chrupkości - gryzłam je, gdy krem się już rozpuścił. Orzechy wyszły tłusto-miękko świeżo (obstawiam, że jeśli je podprażyli, to minimalnie), były delikatne. Kokos okazał się twardszy, chrupko-prażony, a końcowo też trzeszcząco-skrzypiący. Zęby cały czas miały co robić - to pasta do gryzienia, co po dłuższym czasie zaczynało trochę męczyć.
Nie przemawia do mnie konwencja kremu do gryzienia, ani taka rzadkawo-oleista baza-spoiwo, która końcowo aż otłuszcza usta.

W smaku najpierw rozchodziła się wyrazista słodycz, kojarząca się z miodem i karmelem z miodu, do której prędko dołączyła naturalna słodycz kokosa. Słodycz wydała mi się wręcz przenikliwa, nieco piekąca w język jak jakiś pikantniejszy miód.

Kokos szybko umocnił swój udział. Pomyślałam o słodziutkiej miazdze kokosowej, kokosowym kremie z jakiś wyidealizowanych pralinek i wiórkach, które dopuszczają do głosu czekoladę. W harmonii splotła się z kokosem poprzez słodycz. Ta rosła nieustannie. Czekolada w zasadzie cały czas była niedookreślona, łagodna, maślana... Kokos podpowiadał mleczność, chwilami aż zaskakująco mocną.

Prażona nuta migdałów trzymała się tyłów przez pewien czas. Była spokojna, ale i ona powoli zaczęła wkraczać na pierwszy plan. Zrównała się z kokosem, także idąc w słodkim kierunku. Pomyślałam o prażonych i karmelizowanych w miodzie migdałach. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach zrobiło się za słodko, mimo że raz po raz przewinęła się też lekka goryczka, gorzkawość.

Od wyłaniających się pekanów rozchodził się ich subtelny smaczek, ale nie czuć ich tak ewidentnie, raczej podkreślały ogólną migdałowo-orzechowość. Migdały zwróciły się w nieco wytrawniejszym kierunku, acz zwolniły i zostały za kokosem, bardziej mieszając się z czekoladą. Ta jednak niebezpiecznie zmierzała w plastikowym kierunku. Do głowy przyszły mi czekoladki "babeczki z masłem orzechowym" - tylko że zrobionym z migdałów. Migdały obudziły w czekoladzie lekko gorzkawy akcent. Nie gorzkość, ale charakter, który też trochę pomógł złagodzić słodycz. Gdy udało mi się raz czy drugi zagarnąć prawie samą masę, bez chrupaczy, odnotowałam echo oleju kokosowego.

Smak kokosa, który odchodził od jego kawałków też był słodki, ale nieco inaczej. Trochę rozbijał przesłodzony smak całości, ale... nie tonował słodyczy.

Pekany i kokos w większości stały bowiem obok zasłodzenia, jakie fundowała masa. Nie okiełznały jej - chyba nawet przeciwnie. Przy nich jej słodycz chwilami wydawała się wręcz przenikliwa.

Końcowo krem wydawał się aż muląco-czekoladowo słodki, trochę karmelowo-miodowy, ale wyraźnie migdałowo-kokosowy. Gryzione dodatki niby były przedłużeniem tego, ale... trochę zerowały słodycz.

Pekany podczas gryzienia okazały się dość podobne gdy chodzi o charakter do migdałowej bazy - naturalnie bardzo słodkie. Do tego wręcz świeżo - jeśli były prażone, to minimalnie. Wydały mi się maślano-gorzkawe, neutralne w obliczu słodkiej masy. Gorzkawe to w sumie tylko pojedyncze większe kawałki ze skórką.
Z chrupaczy, gdy ich mieszanina została na koniec, dominował kokos. Ilościowo i pod względem charakteru, wyrazistości smaku.
Gryziony kokos smakował słodko wiórkowo, co podkreśliło lekkie podprażenie. On także tonował słodycz, jaką zostawił słodki krem.

Po zjedzeniu został posmak bardzo, bardzo słodki, wręcz zamulenie, mimo że w zasadzie najwyraźniej czułam tylko co pogryzione pekany i kokosa. Czułam przesłodzoną czekoladę o karmelowo-plastikowym charakterze, liche echo goryczki - splot kakao i migdałów, może pekanów. Pobrzmiewał w niej też olej kokosowy. Migdały jako one same złączyły się z kokosem w słodkim wirze, kojarząc się z kremem, nugatem, nadzieniem jakiś słodkości. Wiórkowo-pekanowy, neutralniejszy wątek też się pojawił, acz stał jakby obok przesłodzenia.

Krem mnie nie usatysfakcjonował ani w smaku, ani pod względem konsystencji. Był rzadkim zlepkiem mnóstwa kawałków, co uczyniło go czymś do ciągłego gryzienia, gryzienia i jeszcze raz gryzienia, że aż wyszedł mało kremowo. Był tłusty w oleisty sposób i brakowało mu kremowości (ale przynajmniej nie kojarzył się z orzechowym kisielem, jak inne Vilgain). Kawałki były zacne, ale wolałabym ich mniej w gęstszej bazie. W smaku kawałkom do zarzucenia nie mam absolutnie nic. Bazie-kremowi natomiast owszem. Był za słodki w mulący, nachalny sposób. Karmelowo-miodowe nuty czekoladę przesłodziły i poszła we wręcz plastikowym kierunku (a liczyłam na ciemną i gorzkawą). Migdałowo-kokosowy splot podobał mi się bardzo, był wyważony i zacny, tylko że właśnie za bardzo dosłodzony (może też to kwestia tego, że zdecydowali się na zbyt wyrazisty w smaku cukier?), a szkoda. Potencjał więc w kremie był, ale niestety bardzo ukryty.
Wady podobne co Vilgain Sweet Nuts Coconut Chocolate, ale jeszcze bardziej "zlepowo-dogryzienia". Wspomniany ogólnie był nieco bardziej zgrany (i słodki w mniej nachalny sposób - podlinkowany posłodzono cukrem trzcinowym, nie kokosowym, więc może w tym tkwi "clue"?), kremowy i bardziej do mnie przemówił. Samą masę dzisiaj przedstawianego produktu bardzo przesłodzono - wszak spory procent składu to dodatki będące jakby obok smaku, jaki fundowała.


ocena: 6/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 34,90 zł (za 200 g)
kaloryczność: 657 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone migdały, orzechy pekan 30%, rozdrobniony kokos 27%, cukier kokosowy, miazga kakaowa

czwartek, 21 marca 2024

krem Vilgain Cheat Spread Chocolate & Cinnamon

Zamawiając ten krem skupiłam się na kuszącym połączeniu smakowym czekolady i cynamonu, ale także smakowicie zapowiadającym się orzechowym trio: laskowców, pekanów i nerkowców. Choć widziałam, że w składzie jest też "jakiś koncentrat białka serwatkowego", nieszczególnie mnie to obeszło. Gdy jednak już trochę markę poznałam, dosłownie wszystko zaczynało budzić małe wątpliwości. Opis na stronie: "w 100% naturalne masło orzechowe z grass-fed białkiem" akurat mnie pozytywnie nie nastawiał. Miałam nadzieję, że skupiając się na "grass-fedowym białku", nie umknęło im, że krem ma smakować. A bałam się już trochę, jak on smakować będzie, bo Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts był bardzo słodki. Co prawda dziś przedstawiany zawierał "w tym cukry" znacznie mniej i bliżej mu tym samym było do Sweet Nuts Coconut Chocolate, ale i tak się trochę obawiałam. Liczyłam, że przez swoją proteinowość, nie będzie rzadki jak wspomniany już Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts.

Vilgain Cheat Spread Chocolate & Cinnamon to czekoladowy krem z orzechów laskowych i nerkowca z kawałkami orzechów pekan, cynamonem i białkiem serwatkowym.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam zapach maślano-cynamonowych ciastek o wysokiej, karmelowej słodyczy bez wątpienia oblanych czekoladą. Obok ciastek rozchodziła się naturalnie słodka, lekko prażona nuta orzechów laskowych. Stanowiły bazę kompozycji. Czekolada przejawiała słodycz niemal cukrową, też trochę karmelową, a także głęboką mleczność. Wiązała się z maślanością nerkowcowego pochodzenia. Zaznaczyły się one w tle. Wszystko to przeplotło prażenie, zapewniając harmonię. W oddali w pierwszych chwilach odnotowałam jeszcze sugestię soli, lecz po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia ten akcent ukrył się zupełnie. Wtedy za to umocnił się cynamon.

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju - zlałam, ile się dało, czyli jakieś 2 łyżeczki. A nie było to takie łatwe, bo masa zwłaszcza na wierzchu była wręcz płynna, bardzo ruchoma i rzadkawa.
Resztę przemieszałam średnio dokładnie. Krem okazał się miękko-ciągnący i lejący, acz wydawał się jakby.... Nieco zagęszczono-zglutowiały. Wyglądał na bazowo gładki i nieco kisielowaty. Bazowo, bo rzadka masa zlepiała sporo pokaźnych kawałków orzechów pekan.
W trakcie jedzenia masa dała się poznać jako miękka i jedynie półpłynna. Nie wydawała się już tak bardzo rzadka, jako że w ustach jakby nieco gęstniała. Do gęstości jej jednak i tak daleko. Zaklejała usta zupełnie. Rozpływała się w tempie umiarkowanym, wykazując tłustość, która połączyła w sobie dużo oleistości i trochę maślaności. Nie było to zbyt syte, a jakby nieco rozrzedzone, lecz mimo to wyszło przytykająco. Do głowy przyszła mi myśl o orzechowym kisielu. Bazowo krem był niemal idealnie gładki, acz pełen kawałków orzechów. Te podgryzałam w trakcie rozpływania się kremu, ale w większości zostawiałam na koniec, gdy wszystko już zniknęło.
Kawałki orzechów to tylko orzechy pekan, w większości ze skórkami. Wszystkie były lekko pochrupujące i świeżo soczyście-miękkawe (nie zaś rozmiękłe). Tylko kilka trafiło się bardziej krucho-twardszych. To były kawałki średniej wielkości, niewiele malutkich i dosłownie parę większych - ćwiartek.

W smaku pierwsza dała o sobie znać czekolada o wysokiej, karmelowej słodyczy. Zbudowała ciepły klimat, w którym subtelnie zaznaczył się też cynamon.

Szybko dołączyła do niej maślaność nerkowców. Czuć je, acz przywiodły na myśl raczej maślane ciastka karmelowe, może już w tym momencie lekko korzenne i na pewno oblane czekoladą mleczną. Maślaność i łagodność nerkowców właśnie mleczny wątek wprowadziły. Po chwili umocnił się, za sprawą przesłodzonej, może lekko cukrowej, ale też wręcz uroczej czekolady mlecznej.

Orzechy laskowe pojawiły się chwilę później. Może i już szybciej zdradzały swoją obecność, ale po paru chwilach wystąpiły jako baza kompozycji i zajęły pierwszy plan. Wpisały się w ciepło z racji tego, że okazały się lekko prażone. Także od nich rozchodziła się słodycz - w pełni naturalna.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach cynamon odważnie, z pełną siłą dołączył do orzechów laskowych. Razem rozgościły się na pierwszym planie, na który wkradała się też mleczna czekolada. Przez moment myśl o maślano-korzennych, już mocno cynamonowych ciastkach z czekoladą trwała jeszcze, ale zaczęła się zmieniać w wizję mlecznej tabliczki czekolady z całymi, pełnymi smaku orzechami laskowymi.

Cynamon ją doprawił, do ciepła dodając lekką pikanterię, przypiekając nieco w język. Rozgrzewała wraz z wysoką, karmelowo-cukrową słodyczą, drapiąc trochę w gardle. Wychwyciłam przy karmelowej nucie echo soli, ale tak delikatne, że jakby tylko iluzoryczne.

Z czasem, po tym, jak cynamon mignął wręcz ostrawo-goryczkowato, sam krem wydawał się jeszcze bardziej mleczno-maślany i delikatny, a także bardziej zasładzający. Od coraz lepiej wyłaniających się kawałków pekanów odchodziła nieśmiała orzechowość, ale gdy ich nie gryzłam, niewiele wnosiły. Wpisały się w mleczną czekoladę i cynamon.

Gdy jednak gryzłam pekany podczas gdy masa się rozpływała, dołożyły maślaności, a ich skórki z kolei podkreśliły cynamon i lichą ilość kakao. Masa zagarnięta po pekanach, bez nich jawiła się jako jeszcze bardziej czekoladowa. Czekoladowo-czekoladowa!

Tak czy inaczej, pod koniec robiło się już bardzo, bardzo słodko. Za słodko. Wróciły karmelowo-maślane ciasteczka z cynamonem i mleczną czekoladą o przesadzonej, drapiącej słodyczy.

Orzechy gryzione na koniec trochę tę słodycz tonowały. Orzechy pekan smakowały sobą bardzo wyraźnie. Wydały mi się prażone minimalnie albo wręcz zupełnie surowe - może przez kontrast do "ciepłej", czekoladowej masy. Były tradycyjnie bardzo tłuste, słodkawe i z gorzkawą skórką, niczym o wiele łagodniejsza i tłustsza wersja włoskich, udających laskowe.

W posmaku został ostrawy cynamon, nieco przypiekający w język i rozgrzewający gardło wraz z karmelowo-cukrową słodyczą. Utrzymało się skojarzenie z karmelowo-cynamonowymi ciastkami. Orzechowość nieco się rozmyła, ale laskowce czuć. Pekany całkiem nieźle także. Nerkowce się zgubiły, acz pozostawiły "orzechową maślaność". Ogólnie było bardzo... ciepło.

Krem miał wady i zalety. Zjadłam z paroma zastrzeżeniami, acz w zasadzie ze smakiem. Na pewno nie odpowiadała mi taka lejąca, oleiście-półpłynna konsystencja. Lekkie gęstnienie i kawałki orzechów ratowały sytuację, ale wolałabym gęstszy krem. Kawałki przypadły mi do gustu tym, że nie było ich za wiele do przesady i były przystępne. W smaku... cóż. Na pewno było mi za słodko. To, jak karmelowy ten krem się wydawał, było aż dziwne. Smak mlecznej czekolady i cynamonu przyjemnie zgrał się właśnie z takim zestawieniem orzechów. Jak na orzechowo-czekoladowy krem, to i mleko jak dla mnie miało nieco za duży udział - bo pozwoliło szaleć słodyczy, że z czasem aż trochę muliła. Wyraziste laskowe idealnie pasowały do tej kompozycji, a nerkowce cudnie wplotły mleczność i maślaność, podkręcając czekoladowy wydźwięk, ale... wydaje mi się, że w samej masie orzechy miały jakoś tak... za mały udział? Że za dużo miejsca zostawiły cukrowi i białku mleka. W końcu w "orzechy" wymienili też pekany, które ewidentnie wystąpiły tylko (albo głównie) w postaci kawałków. Te były zacne, ale wolałabym, by jeszcze więcej zmielonych orzechów dali w kremie. Czuję też jednak, że jakieś charakterniejsze, np. włoskie spisałyby się lepiej.
Krem skojarzył mi się z bardziej mleczną, a tym samym mniej słodką ("w tym cukry" miał o połowę mniej), wersją Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts z dorzuconymi kawałkami pekanów i cynamonem. Szkoda, że nie był gęsty jak Vilgain Sweet Nuts Coconut Chocolate.


ocena: 7/10
kupiłam: Vilgain.pl
cena: 37,90 zł (za 200g)
kaloryczność: 620 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy (laskowe, pekan, nerkowce prażone) 70 %, koncentrat białka serwatkowego z mleka, miazga kakaowa 7,5 %, cukier trzcinowy, cynamon mielony 1,2 %, sól himalajska

sobota, 29 lipca 2023

Maslove Pekan 100 % Zmielony Pieczony

Po paru kremach, które okazały się porażkami wróciłam do tych znanych i uwielbianych, a potem zamówiłam trzy nieznanej dotąd marki, którą polecano mi już dawno. Chodzi o MasLove. Choć u mnie słowa "masło" i "miłość" w normalnym rozumieniu nigdy nie wystąpią obok, gdy chodzi o masła orzechowe (więc nie takie masła-masła)... no cóż, to wyjątek potwierdzający regułę.
Po zakupie nie pozwoliłam temu kremowi zbyt długo czekać w szafce. Raz - tak bardzo miałam ochotę na czysto orzechowy krem, że czułam, iż po prostu muszę zjeść jakiś 100%, a dwa... No, pekany. Byłam go bardzo, bardzo ciekawa. Nutura Masło orzechowe z orzechów włoskich, które to orzechy osobno kocham, był małym rozczarowaniem. Myślałam, że te orzechy pyszniej wyjdą w takiej formie. Może więc pasty to forma dobra jedynie dla łagodniejszych orzechów? Trochę podobne do włoskich pekany wydawały się chyba bardziej pasować. W dodatku gdy pomyślałam, że zrobiono go z orzechów pieczonych, a nie prażonych (nie przepadam za zbyt prażonymi nutami)... Aż ślinka kapała.

Maslove Pekan 100 % Zmielony Pieczony to naturalny krem z pieczonych i zmielonych orzechów pekan.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu uderzył zapach pieczonych orzechów pekan poganiany... słonymi precelkami. Myślę tu o małych chrupaczach, także sowicie wypieczonych. Czasem to one wybiegały na pierwszy plan. Same orzechy zdawały się słodkawo-maślane i zaskakująco charakterne.

Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju, a to, jak wyglądał z kawałkami orzechów nie nastawiało optymistycznie. Zlałam jakieś 1,5 łyżki, około połowę łyżki zaś wymieszałam. Okazało się, że słowo "krem" nie do końca pasuje... Otóż zawartość pojemnika odebrałam jako zlepek różnej wielkości kawałków pekanów - drobinek, kawałków i kawałów - w gładkawo-suchawej masie i oleju. Mimo zlania większości z wierzchu, pasta sama w sobie wydała mi się oleista, jakby olej się z niej wyciskał.
Cechowała ją gęstość i zwięzłość. Kleiła się, z łyżki skapywała wielkimi grudkami.
W trakcie jedzenia potwierdziła się oleista tłustość, a także ogólna masywność. Mimo wszystko jednak nie wyszło to ciężko. Nawet na samym dnie część, która wyglądała na bardziej suchawą, jedzona okazała się oleiście tłusta.
Uwagę od powyższych cech odciągały kawałki. Było ich mnóstwo - w zasadzie to z nich składał się ten krem. Baza zalepiała na chwilę, po czym rozpływała się tłusto w umiarkowanym tempie. Nie żałowała oleistości. Z niej w końcu wyłoniły się kawałki.
Kawałki gryzione okazały się chrupiące i w większości twardawe, z czasem też serwujące tłustość maślano-oleistą. Niektóre były bardziej miękkie i jakby niemal surowe, parę zaplątało się aż krucho-trzeszczących. Całościowo, gdy ich mieszaninę gryzłam, zawarła jednak w sobie pewien suchawy element - chyba za sprawą skórek. I one chyba wywołały na koniec lekkie ściągnięcie (?).

W smaku pierwsza dynamicznie rozeszła się wysoka słodycz, przywodząca na myśl jasny, delikatny nugat z orzechów pekan posłodzony miodem. Wydało mi się to niemal urocze, słodziutkie wręcz, i trochę nieśmiałe. 

Maślaność miała w tym swój udział, lecz dosłownie po paru sekundach do słodyczy dopłynął olej. Wprowadził wytrawniejszy akcent, a jednocześnie jakby rozbił smak pekanów.

Te jednak się nie dały i już po chwili rozbrzmiały zachwycająco, jakby podkręconym smakiem orzechów o nieco maślanym charakterze. To było 200% smaku orzechów pekan, po czym zaczęły robić drobne aluzje do charakterniejszych orzechów włoskich.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach odnotowałam lekką goryczkę i nawet cierpkość. Należała do orzechów pekan w skórkach, ale wciąż robiła drobne wybiegi także do orzechów włoskich. To dodatkowo podkreśliła jakby drzewna nutka...

Drzewna czy drewniana? Palonego drewna i lasu? Ogniska w lesie? Pieczona nuta wyłoniła się wraz z kawałkami. Zasugerowała mocno wypieczone, drobne precelki (ale bez soli), a potem...mignęła specyficzną, orzechową soczystością, która skojarzyła mi się z kwaskiem lasu iglastego.

Rozgryzane kawałki orzechów kontynuowały wyrazisty smak pekanów. No, niektóre jeszcze próbowały przypomnieć o precelkach. Były po prostu esencją samych siebie. Średnio mocno pieczone orzechy pekan o maślano-słodkawym smaku raz po raz usiłowały podkradać się pod orzechy włoskie. Goryczka skórek wydała mi się nieco smakowo sucha i cierpkawa. Parę wydała mi się jakby gorzko spalona.

Właśnie pewna orzechowa cierpkość i sucha goryczka skórek została w posmaku wraz z pieczono-precelkowym echem, towarzysząc maślano-oleistym, słodkawym niczym miodowy nugat pekanom.

Krem okazał się ogromnym rozczarowaniem, zwłaszcza ze względu na strukturę. Liczyłam na krem... wolę wersje gładkie od "crunchy", a ta mało że "crunchy"... to był w zasadzie zlepek kawałków do chrupania, nie krem. Wszechobecna oleistość i suchawy motyw w smaku, cierpkość płynąca ze skórek - nie grało mi to. Akcenty pieczonych precli mi nie pasowały, ale na szczęście nie było ich wiele, ani zbyt napastliwe nie wyszły tak całościowo. Jednocześnie lekka słodycz, wyrazisty smak orzechów pekan wyratowały to wszystko jakoś tam... cieszę się, że spróbowałam, ale gdybym wiedziała, jak to wyjdzie, nie kupiłabym.


ocena: 7/10
kupiłam: maslove.pl
cena: 25 zł za 200g
kaloryczność: 690 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 100 % pieczone orzechy pekan