Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: mleczny krem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: mleczny krem. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 sierpnia 2026

Witor's Harry Potter Chocolate Frogs Snack - Snack Cioccorane mleczna z kremem mlecznym i ciastkami kakaowymi

Odkąd dostałam te czekoladki od ojca, nie bardzo wiedziałam, co z nimi zrobić. Nie łudziłam się, że będą smaczne, więc było mi przykro, że dają logo HP na czymś takim. W dodatku żałowałam, że trafiły do mnie teraz, kiedy ogólnie nie lubię już takich słodyczy, a nie parę lat temu, kiedy cieszyły mnie takie klimaty i kiedy lubiłam ówczesną nowość, Milkę Oreo 100 g (2015), a która po paru latach (w 2018) się zepsuła.
Szkoda było mi poświęcać na ten twór dnia w domu, który mogłabym przeznaczyć na pyszną czekoladę degustacyjną. W góry? Właśnie że w górach czekolady nadziewane się nie sprawdzają. Uważam je za delikatne, boję się, że się rozcisną, latem popłyną. Jako że była zima, to ostatnie odpadało. I dlatego też zaczęłam rozważać, czy by nie zabrać tych czekoladek w góry. W końcu uznałam, że mogę zrobić wyjątek. Może nawet miałam się na trochę w nie wciągnąć sentymentalnie? Na jakiś krótszy szlak, nawet gdyby miały być porażką, nie powinno to być problemem. Stanęło na tym, że czekolada ruszyła ze mną w Beskid Sądecki, z Barcic przez Pod Garbem na Makowicę. Jako że to zalesiony szczyt bez widoków, opakowanie otworzyłam parędziesiąt metrów za szczytem, na polance, z której jakieś szczyty w oddali, za chmurami było widać.


Witor's Harry Potter Chocolate Frogs Snack - Snack Cioccorane to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao nadziewana mlecznym kremem z kakaowymi ciasteczkami, w formie małych batoników / czekoladek; na licencji Warner Bros.
Opakowanie zawiera 8 sztuk po 25g.

Po otwarciu rozszedł się nieprzyjemnie plastikowy i cukrowo słodki, a zarazem mocno mleczny zapach, który od razu kojarzył się z czekoladkami dla dzieci, w których pod przesłodzoną czekoladą kryje się równie przesłodzone nadzienie mleczne. Takie, w którym jest za dużo waniliny. Gdy wąchałam spód, mogłam z łatwością stwierdzić też obecność mleka w proszku. Kakaowe ciastka prawie się ukrywały. Czegoś można było się doszukać, skupiając się na wąchaniu spodu, a po przełamaniu ewidentnie lekko zaznaczały swoją obecność.

Oddzielnie pakowane w papierki czekoladki były o wiele cieńsze i szersze niż czekoladki Kinder Chocolate, ale zbliżonej długości.
Zdziwiła mnie skąpa ilość jasnej czekolady mlecznej na spodzie. Tam aż przebijało się mleczne nadzienie z ciasteczkami.
W dotyku czekoladki zdradzały tłustość, plastikowość i wydawały się delikatne. Miałam wrażenie, że zaraz zaczną topić się w palcach. Przy łamaniu nie trzaskały, gdyż były wręcz miękkawe. Mimo to sprawiały wrażenie nieco... kruchych?
Nadzienie stanowiło dość grubą warstwę względem bardzo cienkiej czekolady. Urozmaicały je małe, średnie i całkiem spore kawałki kakaowych ciastek. Jak potwierdziło się w trakcie jedzenia, dodano ich mało i to głównie w wypukłych żabach (tam osiadły średniej i sporej wielkości kawałki). Zdarzało się sporo kęsów bez nich lub z malutkimi ciasteczkami (wokół żabek).
W ustach czekolada rozpływała się niby sprawnie, ale jakby trochę ociągając się. Była mazista i trochę oleiście-kremowo tłusta. Miękła w zasadzie natychmiast i zaraz ujawniała wnętrze.
Krem rozpływał się spójnie z czekoladą. Miękł jeszcze bardziej i łatwiej od niej, wykazując też znacznie silniejszą, jeszcze bardziej oleista tłustość. Był idealnie gładki (nie licząc kawałków ciastek).
Tłustość trochę przełamywały kawałki ciastek, które wyłaniały się z czasem. Ciastka wystąpiły w formie małych i średnich kawałków. Dodano ich nie za wiele, raczej średnią ilość, miejscami zaś mało, dosłownie pojedyncze kawałeczki. Początkowo krótko były twarde i suche. Poniekąd nasiąkały i rozpuszczały się, ale całkiem sporo zostawało ich też na koniec.
Gryzione wcześniej były bardziej chrupiące, konkretne, ale nie bardzo twarde.
Ja wolałam zostawiać ciastka na koniec. Wtedy były nieco delikatniejsze, wciąż trochę rzężąco-chrupiące, ale zarazem pod naporem zębów rozchodzące się na ciasteczkowy pyłek.

W smaku czekolada najpierw uderzyła przede wszystkim plastikiem, a zaraz jeszcze cukrową, wysoką słodyczą. Wraz z plastikiem utworzyły dominujący, mocny, zgrany duet. Plastikowy motyw podkręcała pobrzmiewająca wanilina.

Po chwili ruszyło też wyraziste mleko, które prawie doścignęło słodki plastik. Musiało się jednak jakoś podzielić miejscem ze słodyczą i plastikową nutą, więc nie udało mu się z nimi wygrać. A one bardzo szybko w dodatku aż drapały w gardle.

Czekolada spróbowana osobno okazała się nie dość, że okrutnie przesłodzona, to też plastikowa w stopniu wręcz przerażającym, czyli to nadzienie tak podkreślało mleko.

Czasem kakaowe ciastka dość szybko zaznaczały swoją obecność lekką cierpkością.

Motyw mleka rozkręciło nadzienie. Wydawało się wręcz śmietankowe, mimo że zaraz i ono okazało się przesadnie, męcząco przesłodzone. Okazało się jeszcze bardziej niż czekolada wanilinowe, a jednak... trochę rozgoniło plastikowy wydźwięk. Przybrało wręcz uroczy wydźwięk, typowy dla czekoladek dla dzieci.

Nadzienie spróbowane osobno natychmiast zaczynało drapać w gardle, zasładzając zupełnie. Wtedy też wyraźnie czułam motyw słodzonego mleka skondensowanego z tubki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa krem również, jak czekolada, zaczął wydawać się coraz bardziej tani, ale nie jakoś tragicznie. Zahaczał bowiem także trochę o przecukrzone mleczko z tubki. Wtedy jednak ciastka odgrywały coraz ważniejszą rolę. Nie musiałam ich rozgryźć, by je poczuć. Wplotły delikatnie cierpki, trochę przypalony motyw.

Ogólnie kakaowe ciastka troch odciągały uwagę od cukrowości i tandety. Te jednak, choć przygłuszone, nie dawały o sobie zapomnieć.

Gdy z ciekawości raz czy drugi pogryzłam ciastka wcześniej, obok czekolady i kremu, nie wyszły szczególnie wyraźniej. Brakowało im siły przebicia, acz czuć ich kakaowo-przypalony smak.

Im jednak kremu i czekolady było mniej, ciastka wyłaniały się coraz bardziej, znaczyły coraz więcej i więcej. Rozbijały porażającą słodycz.

Gdy gryzłam ciastka, już trochę porozpuszczane, więc w zasadzie ciastka przechodzące w ciasteczkowy pyłek, na koniec okazały się bardziej wyraziste. One także były słodkie, nie jednak mocno. Dominowała w nich gorzkość kakao i przypalenia. Czasem przemykała mi w nich delikatna jakby słonawość. W ciemno powiedziałabym, że to nie Oreo, a coś bardziej... idącego w stronę oreowatych chrupek zbożowych?

Po zjedzeniu został posmak goryczkowatych, przypalonych ciastek z czarnym kakao oraz przesłodzenie w tanim stylu. Dusznego cukru i jakby mlecznie naaromatyzowanego plastiku. Czułam przesłodzenie w dużej mierze na poziomie gardła, w ustach trochę odpuściło dzięki ciastkom. Na ustach zaś czułam otłuszczenie.

Czekoladki były niskiej jakości, gdy chodzi o samą czekoladę i nadzienie. Plastikowa taniość i przecukrzenie wyszły tak, że w moim odczuciu bez sensu to jeść. Jedyne co, to ciastka okazały się przyjemnie i wyraźnie je czuć, acz też nie były idealne. Takie... jakby to były ciastka a'la Oreo zalatujące chrupkami zbożowymi. Plus, że nie miały problemy z przebiciem się przez bazę swym goryczkowatym, kakaowym smakiem. I tak jednak nie pomogło to w odbiorze. Ciastek było o wiele za mało - szkoda, że zatopiono je głównie po środku, w miejscu żabek i sporo kęsów było bez nich.

Zjadłam prawie jedną czekoladkę (w górach i trochę w domu) i to było moje maksimum. Zasłodziła i zatłuściła mnie kompletnie.

Mimo swej taniości, całość wyszła lepiej od Milki 100 g wersji od 2018 ze względu na wyraźnie wyczuwalne kakaowe ciastka a'la Oreo i mocno mleczny smak nadzienia, za czym pewnie stoi więcej mleka w składzie.
Niestety jej plastikowość i za mała ilość ciastek nie pozwoliły mi na wystawienie wyższej oceny. W zasadzie to przeciętne słodycze, ale uznałam, że muszę tę - powiedzmy czekoladę w formie czekoladek - jakoś wyróżnić, że jest lepsza od Milki. Myślę więc, że u fanów Milki Oreo ma większe szanse niż u mnie. Mnie trochę trudno to ocenić, bo zwyczajnie nie jestem grupą docelową. Obecnie nie lubię słodkich nadziewańców, a czekoladki dla dzieci tym bardziej mnie nie kręcą.

Resztę oddałam Mamie. Jej czekoladki bardzo smakowały. Dawno temu w 2015, jak ja, lubiła Milkę Oreo. O dziś prezentowanej powiedziała: "Taka zwykła, bardzo smaczna czekolada. Mocno mleczna, dużo jeszcze bardziej mlecznego nadzienia, a ciastka czuć wyraźnie. Mnie nie przeszkadzało, że nie dodano ich więcej, bo nie lubię Oreo, a te to powiedziałabym, że właśnie Oreo. Czekoladki słodkie, zwykłe, ale ja nie powiedziałabym, że jakieś tanie czy plastikowe. Ja bym im dała więcej niż 6".


ocena: 6/10
kupiłam: ojciec kupił w Dealz
cena: 12 zł (za 200g; jak wyżej, ale sprawdziłam)
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcze roślinne (olej kokosowy, olej z palmy kernel, palmowy w zmiennych proporcjach), odtłuszczone mleko w proszku 10%, tłuszcz kakaowy, kawałki ciastek 8,4% (mąka ryżowa, cukier, skrobia kukurydziana, olej palmowy, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu w proszku 0,9%: kakao, regulator kwasowości węglany sodu, węglany potasu; syrop glukozowy, sól, substancja zagęszczająca: guma guar; substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromaty), pełne mleko w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, miazga kakaowa, serwatka z mleka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; aromaty

poniedziałek, 26 stycznia 2026

VC (Viral Concept) Dubai Style Filled with Pistachio & Kadayif biała z kremem pistacjowym i ciastem kadayif / kataifi

W Dniu Matki ojciec wysłał mi zdjęcie dziś przedstawianej czekolady, bo jego Partnerka dostała ją w prezencie i pomyśleli o mnie, czy będę chciała spróbować, to by nie otwierali, poczekali, aż zrobię zdjęcia i wezmę, ile chcę. Zrobiło mi się niezwykle miło, mimo że jestem bardzo sceptyczna do wszystkiego, co płynące na fali mody na dubajskie czekolady. A do tego trzyma mnie zniesmaczenie Germiyan Angel Hair Chocolate. A jednak... jedzona przeze mnie "dubajska" - Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache -  nie była taka typowa, bo z ciemną czekoladą. A typ zakłada, że ma być chyba mleczna lub biała. Faktycznie, ciemna była trochę za ciężka. Może więc warto spróbować jej takiej... bardziej typowej?

VC (Viral Concept) Dubai Style Filled with Pistachio & Kadayif to czekolada biała barwiona z nadzieniem pistacjowym z kawałkami pistacji oraz ciastem kadayif / kataifi; "dubajska".

Po otwarciu poczułam delikatny, nieprzesłodzony zapach jakby smażono-karmelizowanych - ale nie zupełnie na słodko? - ciastek i wafelków. Pomyślałam o  tłustych feuilletine, ale nie za bardzo cukrowych, a kierujących się w wytrawniejszą stronę. Czułam też pudrowo słodką, truskawkową nutę leciutko truskawkowych lodów mlecznych (bardziej gelato). W mocno palonych, niesłodkich waflach. Przewinęły się jeszcze duszne pianki marshmallow truskawkowe i słodkie chrupki kukurydziane o smaku truskawkowym (np. Flipsy). Po przełamaniu do wszystkich tych ciastkowo-waflowych nut doszła jeszcze orzechowość - może i pistacje? Acz w ciemno trudno byłoby je uchwycić.

Gruba tabliczka była ciężka i konkretnie-delikatna. Choć wyglądała na plastikowo-masywną, ani trochę nie była twarda. Gruba warstwa czekolady łamała się miękko, prawie rwała, a wnętrze zdecydowanie się rwało i wręcz ciągnęło. Nitki ciasta kataifi trochę się kruszyły i sypały wokół. Kiedy robiłam kęsa, czekolada wgniatała się w nadzienie, a zielonkawy krem mocno się spod niej wyciskał. 
Ciasto kataifi okazało się warstwą otuloną z obu stron kremem pistacjowym, w którym widać parę drobinek pistacji. Zatopiono w nim bowiem malusieńkie i małe kawałki oraz trochę wręcz kropeczek.
Acz bardzo, bardzo trudno wygrzebać sam krem, bo nitki ciastka bardzo się w niego wmieszało. 
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko. Była gęsta i tłusta w maślano-śmietankowy sposób, a także lepka. Zmieniała się gęsty, bagienkowaty krem. Ani śladu plastikowości czy ulepkowości. 
Nadzienia szybko wyłaniały się spod niej.
Rzadsze pistacjowe wykazywało plastyczną miękkość i oleistość. Rozpuszczało się dość szybko i zaraz znikało. Wyszło raczej gładko, choć i pylistość w nim poczułam. Urozmaicały je kawałki pistacji. Były małe i średnie, mieszały się w jedno z ciastem.
Ciasto kataifi dodało chrzęstu i konkretu. Było twardawe i nie rozpuszczało się. Starałam się gryźć je bokami, tak, by nie gryźć czekolady i kremu. Wówczas twardo, czasem wręcz kamiennie chrupało. Pistacje plątały się wśród nitek, odróżniając się od nich miękkością.
Całość zostawiała mocno otłuszczone usta.

W smaku czekolada przywitała się wysoką słodyczą i mocno mlecznym smakiem. Słodycz rosła dość szybko, dając się poznać jako trochę cukrowa. Mleko nie dało mu się jednak zagłuszyć. Było pełne i po chwili wzbogaciło się o śmietankę, a także... echo mleka truskawkowego. W tle przewinęła się nuta lodów śmietankowych, leciutko pobrzmiewających truskawkami.
Czekolada spróbowana osobno okazała się nieprzesiąknięta nadzieniem, lekko truskawkowa i szybko zasładzająca w cukrowy sposób. Nadzienie trochę tonowało jej słodycz.

Słodycz rosła, a ja pomyślałam jeszcze o piankach marshmallow lekko truskawkowych i... truskawkowych chrupkach kukurydzianych (dokładniej Flipsach)? Nadzienie po chwili zaczęło dołączać do czekolady, nie zagłuszając jej. Do samego końca miała sporo do powiedzenia.

Krem pistacjowy kontynuował mleczno-śmietankowy wątek. On jednak trochę rozbił tę mocną mleczność bardziej oleiście-nijakim, wręcz trochę wodnistym smakiem. Był średnio słodki, jednak wyraźnie czuć jego cukrową naturą. Znacząco dosładzała go czekolada, pod którą chwilami zdawał się podpinać. Pistacje delikatnie z niego pobrzmiewały. Wyszły naturalnie, ale bardzo stłamszono. Do tego stopnia, że można by zapomnieć, że tam są.
Gdy spróbowałam kremu osobno, był średnio słodki, mleczno-oleisty i mało pistacjowy, że aż trzeba się tego smaku doszukiwać.
Wyłaniające się pistacje leciuteńko podkręcały pistacjowość, ale w całokształcie nie były najlepiej wyczuwalne. Ogólnie krem szybko się zatracał w duecie czekolady i ciasta.

Ciasto kataifi po chwili bardzo podkręcało skojarzenie z truskawkowymi chrupkami kukurydzianymi, a po chwili ogólnie z chrupkami. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nawet niegryzione umacniało się i trochę rozganiało smak kremu i czekolady. Niegryzione jednak nie było zbyt wyraziste.

Kremu i czekolady jednak robiło się szybko coraz mniej i trudno powstrzymać się od gryzienia.
Ciasto gryzione, czy to obok czekolady razem z kremem, czy już bliżej końca, jak te prawie znikały wyszło jak niesłodkie, wytrawniejsze wafle duńskie do lodów. Z dziwnie wyciętą cukrowością. Gdy spróbowałam go osobno, wyszło niczym wytrawno-neutralna, mocno przypieczono-wysmażona wersja wafelków feuilletine. Było to trochę ciastowe, ale w sposób neutralny.
Gryzione wcześniej pistacje gubiły się w cieście i cukrowości.

To krem i czekolada dodawały całości słodyczy. Kontrast ten wyszedł dziwnie. Mdłość oleju, cukrowość i pudrowe truskawkowe echo czekolady kontrastowo splatały się i kłóciły ze sobą. Końcowo, mimo że smak był w sumie też wytrawny, cukrowość trochę drapała w gardle. Truskawkowe echo prawie zniknęło, a do końca pobrzmiewająca czekolada poszła bardziej w cukrowo-śmietankowym kierunku. Jej smak wyraźnie długo się utrzymywał.

Ciasto gryzione na koniec smakowało bardziej wytrawnym, przesmażono-wypieczonym wafelkiem i robiło drobne aluzje do przypalonej skórki chleba. Na koniec, gdy zostało same, kojarzyło mi się jeszcze z przypalonymi orzechami i niesłonymi paluszkami pszennymi.
Gryzione na koniec pistacje wyszły trochę pistacjowo, ale łagodnie. Łatwo, by zgubiły się wśród ciasta, ale tu już wyraźniej się wyłaniały.

Po zjedzeniu został posmak wytrawnych, wysmażono-wypieczonych waflo-chrupek (?) oraz cukrowość aż drapiąca w gardle. Czułam też nutę oleju i nijakość, mdłość, dziwnie mieszającą się z pudrowo truskawkowym, z kolei słodziusim echem.

Dziś przedstawiana tabliczka była bardzo uboga w pistacjowy smak, za to słodka i śmietankowa. Niestety też trochę oleista. Biała, śmietankowa i nieprzesłodzona, ale słodka wyraźnie czekolada na równych prawach rozbrzmiewała z ciastem, które... kompletnie mi nie pasowało. Wytrawnie-smażone i dziwne. Struktura bardzo nie w moim guście: za miękko, za rozlazło, za tłusto.
Ta tabliczka wydaje się jednak w miarę porządnie zrobioną dubajską czekoladą, bez taniości i tandety. Okazała się więc pozytywnym zaskoczeniem, bo nastawiłam się na paskudztwo, a była w zasadzie... całkiem w porządku jak na to, czym miała być. Gdyby pistacje były w niej wyraźniejsze, mogłaby i 6 zdobyć. A jako że 1 z dwóch warunkujących dubajkość rzeczy uciekła, no to jest średnio. Acz nie obrzydliwie. Jestem pod wrażeniem, że takie składniki mnie nie obrzydziły.

Gdy tak pomyślałam o Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache, to muszę przyznać, że biała czekolada mniej przytłacza tego typu nadzienia i bardziej pasuje. Z kolei gdy pomyślałam o Germiyan Angel Hair Chocolate, echo truskawek dziś przedstawianej zostało o wiele lepiej zrobione, bo ze względu na delikatność, nie raziło sztucznością.

Otrzymałam jeden pasek, ale zjadłam ledwo pół i drugie oddałam Mamie. Jej opinia: "Jestem pozytywnie zaskoczona. Jak na coś takiego... nastawiłam się na coś złego, a ona nawet niezła była. Nie niesmaczna. Do tego nadzienia jednak chyba bardziej mleczna by pasowała i wtedy byłaby ok. Tak słodko, pistacji nie czuć, ale jakoś to wyszło... nieobrzydliwie, o wiele lepiej niż ta z anielskimi włosami*".
*Mama miała na myśli Germiyan Angel Hair Chocolate.


ocena: 5/10
kupiłam: poczęstowałam się (ale czekolada kupiona w Żabce - widziałam w gazetce)
cena: - (jak wyżej: cena to 19,99 zł)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada biała (50%: cukier, tłuszcz kakaowy 24,6%, pełne mleko w proszku 14%, demineralizowana serwatka w proszku,, laktoza, koncentraty roślinne: krokosz barwierski, rzodkiewka; lecytyna słonecznikowa), kremowe nadzienie pistacjowe (37,5%: cukier, pistacje 29,5%, oleje roślinne: słonecznikowy i bawełniany; odtłuszczone mleko w proszku, demineralizowana serwatka w proszku, lecytyna sojowa, aromat, sól, barwniki: E141, E100), ciasto kataifi / kadayif (12,5%: mąka pszenna, olej słonecznikowy, sól)

poniedziałek, 24 listopada 2025

E. Wedel Tymbark Czekolada Mleczna Jabłko Mięta mleczna z nadzieniem miętowym i jabłkowym

Od lat mam słabość do połączenia jabłka i mięty, inspirowanego właśnie smakiem napoju Tymbark. Kiedyś jeszcze raz na jakiś czas, w dzieciństwie, gdy Mama go kupowała do picia, pijałam, choć nigdy smakowe picie nie było moją bajką. Po latach za nic mi nie wchodzi, jednak to, że wariant mi się podoba, nie uległo zmianie. Nie raz robiłam sobie też jogurt z jabłkiem i miętą, inspirując się tym napojem. Stąd i czekolada, gdy ojciec powiedział, że jak chcę, może mi kupić, w zasadzie zainteresowała mnie na tyle, że uznałam, iż przygarnę, by spróbować.


E. Wedel Tymbark Czekolada Mleczna Jabłko Mięta to czekolada mleczna o zawartości 29% kakao z mlecznym nadzieniem miętowym (30 %) i nadzieniem jabłkowym (20 %); edycja limitowana.

Na ciekawy pomysł wpadli twórcy opakowania: wewnątrz nadrukowany był kapsel z napisem, nawiązujący oczywiście do słynnych tymbarkowych kapsli.

Po otwarciu poczułam średnio intensywny zapach cukrowej, mocno mlecznej czekolady, zestawionej z landrynkowymi jabłkami, częściowo wpisanymi w przecierowo-szarlotkową konwencję. Do głowy przyszło mi nadzienie jabłkowe, mające oddawać szarlotkę oraz cząstki jabłkowe (nie jabłko suszone). Jabłko cechowała kwaśność, ale i w słodycz się wpisywało. Sztuczność zawisła jako groźba - nie była jednoznaczna, chowała się w tle. Gdy się skupić i na pewno przy podziale i w trakcie jedzenia, dało się wychwycić odrobinę olejku miętowego. Wszystko to we wręcz duszno słodkich, cukierkowo-cukrowych realiach. Nic tu do niczego nie pasowało.

Czekolada była w dotyku tłusta i ulepkowata. Rwała się zamiast łamać; wykazując kruchość. Nic sobie nie robiła z linii podziału. Wydawała się zbyt delikatna i skora do rozwalania się.
Tabliczkę wypełniały dwa nadzienia: tłusto-proszkowe, bardziej kremowe białawe, idące przez całość na dole oraz żelowate w wierzchu każdej kostki. To ciągnęło się i bardzo lepiło, wyglądało na trochę przecierowe.
Gdy robiłam kęsa, gruba czekolada wgniatała się w nadzienia. Wierzchy kostek pękały i odrywały się od bazy kostek - strasznie to wszystko niezgrane i niekomfortowe do jedzenia. 
W ustach czekolada rozpływała się szybko i miękko. Była tłusta i proszkowa, a mięknąc przybierała postać gęstawego ulepka. Nadzienia to podchwyciły, przez co całość przeistaczała się w miękką, tłustą i bezkształtną masę.
Kostki szybko pękały, a nadzienia wyłaniały się. Jabłkowo-żelowate, jako te rzadsze, wypływało szybciej. Wykazywało niegładką prawie przecierowość, jednak nie był to przecier. Przypominało raczej przecier z galaretki z mikroskopijnymi grudkami galaretkowymi. Kleiło się i rozpuszczało wodniście. Dolne (miętowe?) podpinało się pod czekoladę. Okazało się jeszcze tłustsze od czekolady w sposób mazisto-oleisty i jeszcze bardziej proszkowe. Co jakiś czas, w każdym kęsie, trafiały się w nim punkciki proszku (widoczny na zdjęciu nr 4), trochę innego od bazowej proszkowości mleka - były bardziej... sucho-trzeszcząco-lepkawe.
Całość zostawiała nieprzyjemne wrażenie otłuszczonych ust.

W smaku czekolada przywitała się cukrem, który po chwili okazał się lekko doprawiony waniliną. Dołączyło jednak też sporo mleka. Czuć pełne mleko w proszku, jednak słodycz tak się nasilała, że to ona zajęła pierwszy, drugi, a nawet trzeci plan. Sprawiła, że czekolada wyszła dość plastikowo i szybko zasładzała.

Czekolada miejscami wydawała się lekko przesiąknięta nadzieniami, zwłaszcza tam, gdzie stykała się z żelem. A nadzienia nie czekały długo na swoją kolej. Odzywały się niemal równocześnie, wyskakując przed czekoladę.

Na moment żel jabłkowy zajął pierwszy plan, po czym zmieszał się z dolnym kremem.

Żel jabłkowy smakował... właśnie żelem jabłkowym. Był słodki i kwaskawy, oddający cukierkowo-landrynkowe jabłko, które aspiruje do przecieru, ale przecierem nie jest. Pojawiła się w nim sztuczność, ale nie rażąca. Mieszając się z czekoladą mleczną, raz czy drugi zrobiło aluzję do nadzienia szarlotkowego.

Dolny krem wchodził poprzez słodko-tłuszczowy, trochę mleczny motyw, by nagle - po paru chwilach - zaskoczyć kwaśnością. Bazowo był słodki i mdławy, jednak wystąpiły w nim intensywne wystrzały. W nim też pojawiło się coś niby jabłkowego, ale nie jabłkowego, a po chwili motyw goryczkowatego olejku miętowego. W pierwszej chwili nie był oczywisty, bo zgrywał się z kwasem, wraz z którym potem rósł. Nagle było aż zaskakująco kwaśno. Czułam jakby kwasowaty aromat miętowy, sztuczną miętę, co rozchodziło się punktowo. Dolny krem miał w sobie coś z napoju Tymbark jabłko&mięta, ale nie smakował naturalnymi ani miętą, ani jabłkiem.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nadzienie górne jabłkowe i dolne (miętowe), połączyły się w harmonii. Pomogły sobie. Żel wydawał się bardziej przecierowy, a dolne... nie było już tak nieadekwatnie kwaśne. Pojawiało się ochłodzenie, jakby pić miętowy, schłodzony napój. Sztuczna miętowość nasilała się, aż w końcu zaczęła dominować, aż gryząc w język.

Przesłodzona, wanilinowa czekolada mleczna trwała jakby obok, w oddali. Sprawiała wrażenie za ciężkiej i nie na miejscu. Jej mleczność nie umiała się w tym wszystkim odnaleźć. A jednak gdy nadzienia zniknęły, czyli raczej gdy gryzłam brzegowy fragment, dobrze czuć właśnie ją. Wraz z kilogramem cukru. Dziwny, nieokreślony kwasek jaki pobrzmiewał, jeszcze bardziej ją spłycił.

Po zjedzeniu został posmak sztucznego aromatu miętowego i kwasek... kwasek jakby właśnie nieudanego aromatu miętowego i kwasek przecieru jabłkowego. Czułam przy nim cukierkowość, wtapiającą się w ogólne przecukrzenie.

Czekolada mi nie pasowała. Dolne nadzienie wyszło aż niepokojąco - smakowało trochę sztucznie kwaśną miętą? Było dziwne, nie szczególnie miętowe, ale z nutą mięty... Tymbarkowo? Ewentualnie karykaturalnie, bo zupełnie nie pasowało to do mlecznej czekolady. Żel jabłkowy wyszedł w porządku, choć też trochę cukierkowo. Tabliczkę uważam za dziwną - może jako limitka-eksperyment i może być. Nie była bowiem obrzydliwa czy skrajnie tragiczna; po prostu nieprzyjemnie dziwna, ale bez traumy. Bardzo nie podoba mi się niepodzielna forma, skora do rozwalania się i łamania nie po liniach.
Po trochę więcej niż kostce darowałam sobie.

Spróbowałam gryza po schłodzeniu i w zasadzie nie wyszło to jakoś szczególnie inaczej, a trochę mniej słodko i twardo przez chłód - ale każda czekolada zachowałaby się tak samo.

Mama trochę spróbowała i powiedziała: "Bardzo kiepska ta czekolada. Jakbym jadła pastę do zębów z czymś kwaśnym. Najpierw sztuczna, miętowa pasta, a potem sztuczna, dziwna jakby kwaśna mięta. No jak mogli taki smak tak zepsuć... W ogóle gdzie im kwaśność do mięty?!. Po trochę darowałam sobie. Jak bym miała oceniać to góra 4 łaskawe, ale nie... Chyba nie zasłużyła. Raczej 3?".


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 492 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna 50% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, emulgatory: lecytyny sojowe i E 476; aromat), cukier, tłuszcz palmowy, zagęszczony przecier jabłkowy 7%, mleko pełne w proszku, serwatka w proszku, roztwór cukru inwertowanego, substancja utrzymująca wilgoć: glicerol; regulator kwasowości: kwas cytrynowy; aromaty, naturalny aromat miętowy, emulgator: lecytyny sojowe

środa, 30 lipca 2025

Witor's Wizarding World Harry Potter Cappello Parlante mleczna z nadzieniem mlecznym i strzelającymi cukierkami

Kolejny produkt, z którego z jednej strony się ucieszyłam (zawsze miło jest dostać coś z Harry'ego Pottera!), a który z drugiej mnie smuci. Zawsze mam żal do producentów, że firmują Potterem tak przeważnie kiepskie słodycze. Po białej z cukierkami Witor's Wizarding World Harry Potter Corvonero La Magia dei Cristalli Frizzanti i mlecznej z popcornem Witor's Wizarding World Harry Potter Grifondoro L'Incantesimo dei Pop Corn Caramellati obstawiałam, że i ta najlepsza nie będzie. Widziała mi się jako ich połączenie, wzbogacone o wątpliwy krem. W dodatku gramaturą przewyższało to wspomniane tabliczki i to razem wzięte!
Tak swoją drogą... gdyby to było dobre, to publikacja recenzji byłaby miłym przedurodzinowym prezentem dla Harry'ego - aż szkoda, że nie pomyślałam wcześniej i dzień się nie wstrzymałam. Acz jak dobre by to nie było, Hagridowego tortu raczej nie przebiłoby.


Witor's Wizarding World Harry Potter Cappello Parlante to mleczna czekolada nadziewana (60%) mlecznym kremem ze strzelającymi cukierkami w formie małych batoników / czekoladek; na licencji Warner Bros.
Opakowanie zawiera 16 sztuk po 12,5g.

Po otwarciu poczułam przesłodzony w cukrowy sposób zapach mocno mlecznych czekoladek o plastikowych zapędach. Z zamkniętymi oczami dało się powiedzieć, że to nadziewane mlecznym kremem czekoladki dla dzieci. Miały echo podobne do czekoladek Kinder, a więc też uroczy ton, ale bez tak wyraźnej waniliny. Tej odnotowałam jedynie sugestię. Wszystko to jednak przełożyło się na ciężkawe drapanie.

Czekoladki nie zachęcały bladym, wręcz wypłowiało-szarawym kolorem.
W dotyku wydały mi się tłuste i plastikowe, a także delikatne. Wydawało się, że bardzo spieszy im się, by zacząć rozpuszczać się już w dłoniach (ale na szczęście nie robiły tego) i trochę dłonie otłuszczały.
Przy łamaniu wyszła na jaw pewna kruchość, mimo że były miękkie. Raz trzy dwa usłyszałam coś a'la trzask, ale przypisałabym to cukierkom ze środka. 
Miękka czekolada skrywała sporo miękko-plastycznego, tłustego kremu, który wydawał się dość zbity i średnio wypełniony strzelającymi cukierkami. Czekoladę dało się spiłować nożem - zwijała się wtedy w rulonik.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo w szybko-średnim tempie. Była tłusto-kremowa i gładka. Po chwili miękła i ujawniła wnętrze. 
Krem rozpływał się zgranie z czekoladą, jawiąc się jako bardzo tłusty i mazisty. Miękł coraz bardziej, wykazując oleistość. Od tego jednak odciągały uwagę kawałki cukierków o różnych kształtach i wielkości.
Kiedy czekolada i krem stawały się miękką, oleistą zawiesiną, cukierki nie ujawniały się z musowaniem. Dopiero gdy czekolada i krem prawie zniknęły, efekt ten zaczynał być do odnotowania. Gdy został sam cukierek / cukierki, z każdą chwilą musowanie nasilało się i przechodziło w strzelanie, a następnie wręcz napastliwie bombardowanie. Cukierki zostawały na koniec, nie rozpuszczały się wraz z resztą. Wykazywały też lepką miękkość.
Z ciekawości pogryzłam ze dwa czy trzy cukierki. Czy to wcześniej, obok wszystkiego, czy na koniec, były trzeszcząco-miękkie i kleiły się do zębów.

W smaku czekolada rozpoczęła od roztoczenia cukrowej słodyczy, która nierozerwalnie wiązała się z plastikiem. Zaraz dołożyła też wyraziste mleko, które nie dawało się zagłuszyć, ale nie ukryło też ogólnej plastikowości.
Czekolada spróbowana osobno jawiła się jako plastikowa do bólu - połączenie z wnętrzem pomogło jej w uzyskaniu bardziej mlecznego wydźwięku.

Za silną mleczność odpowiadało nadzienie. Miało w sobie coś nawet ze śmietanki, ale niestety wydawało się stworzone głównie z cukru. Podwyższyło słodycz całości, kierując jej wydźwięk na uroczy - właśnie adekwatny do czekoladek z mlecznym kremem dla dzieci, ale okrutnie cukrowych.
Spróbowane osobno, drapało i zasładzało w sekundę!

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa krem szedł w tanim kierunku, ale tragedii nie było. Bliżej końca trochę podkręcała to pobrzmiewająca nutka sztucznych, landrynkowych wieloowocowych cukierków. Wtedy też  także czekolada zaczęła wydawać się bardziej plastikowa.

Słodycz rosła bez zahamowań, a mleko próbowało dotrzymać jej kroku, ale zza tony cukru dotarły do mnie też drobne aluzje do waniliny i margaryny, a drapanie słodyczy w gardle męczyło.

Kiedy w ustach zostawały cukierki (w przypadku większości kęsów), na przód wychodził właśnie ich smak: delikatny i bardzo słodki, niezacukrzający jednak. Były cukrowe, z landrynkową naleciałością.

Po zjedzeniu został posmak cukru, mleczność z plastikowym echem i sztuczny, landrynkowy, niedookreślony motyw. Słodycz aż drapała w gardle.

Czekoladki wyszły spodziewanie za słodko, cukrowo do potęgi, ale całkiem przykładnie mocno mlecznie. To jednak im nie pomogło, bo miały nieprzyjemnie plastikowy charakter. Gdy mam oceniać samą czekoladę i nadzienie, wyszły poniżej przeciętnie, trochę gorzej czekoladek Kinder, które obecnie też nie jawią się jako coś wartego uwagi. Gdy dodać do tego te landrynkowe strzelające cukierki... ot, może to i frajda dla dzieciaków, ale w moim odczuciu to dodatek niepasujący; zostawało to-to na koniec kompletnie bez sensu, z wrażeniem, że coś dorzucili bez zastanowienia się (gdyby jeszcze rozpływały się wraz z resztą, może lepiej by wyszło). A jednocześnie to nie tylko one zawiniły, że całość nie zachęca. Sama czekolada mleczna wydawała mi się gorsza niż w Witor's Wizarding World Harry Potter Grifondoro L'Incantesimo dei Pop Corn Caramellati. O dziwo, jak na potterowe gadżety, cena nie powala, więc jest i plus.

Zjadłam trochę więcej niż pół jednej i miałam kompletnie dość. Resztę oddałam Mamie. Jadła parę dni, dojadając do swoich słodyczy, gdy ją nachodziło na coś bardziej słodkiego. Opisała je: "Nie są niesmaczne, dobre też nie, ale takie do zjedzenia jak się czegoś słodkiego chce. Takie no takie typu Kinder, ot, mleczne... Zwykłe, tylko mi w nich te cukierki przeszkadzały, bo zostawały bez sensu na koniec i niespecjalnie strzelały, a tylko okropnie zęby poobklejały".


ocena: 3/10
kupiłam: ojciec kupił w Dealz
cena: 9 zł (za 200g; jak wyżej, ale sprawdziłam)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 40% czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, emulgator: lecytyna sojowa; aromat), cukier, tłuszcze roślinne (kokosowy, z ziaren palmowych), mleko odtłuszczone w proszku 10,9%, strzelające cukierki 4% (cukier, syrop glukozowy, tłuszcz kakaowy, laktoza, regulator kwasowości: kwas jabłkowy; barwniki: E141, E160c, E120; dwutlenek węgla), masło bezwodne w proszku, serwatka z mleka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; aromaty

czwartek, 15 sierpnia 2019

Scholetta Winter Schokolade a'la Vanillekipferl mleczna z nadzieniem waniliowo-mlecznym z ciasteczkami maślanymi

Strasznie podoba mi się moje wyobrażenie o ślicznych ciasteczko-rogalikach waniliowo-migdałowych vanillekipferl, ale przy rozczarowującej Chateau Winter Kipferl uznałam, że nie dość, że nie da się chyba wtłoczyć tego do czekolady, to jeszcze w rzeczywistości pewnie nawet takich tradycyjnych ciastek bym nie polubiła. A to, że mi motyw księżyca itd. się podoba, to... no cóż. Po dwóch smacznych Scholettach (a'la Spekulatius i Orangen Creme) uznałam, że jednak może i dla tego smaku jest nadzieja.

Scholetta Winter Schokolade a'la Vanillekipferl to "mleczna czekolada zawierająca 30 % kakao nadziewana kremem mlecznym (32%) o smaku ciasteczek waniliowych z kawałkami herbatników maślanych (3,7%)"; powiedziałabym, że po prostu z waniliowym kremem mlecznym... Stylizowana na waniliowe ciastka Vanillekipferl.

Już przy otwieraniu poraził mnie intensywny i jednoznaczny zapach waniliowego, a właściwie wanilinowatego, serka homogenizowanego. Taki śmietankowo-mleczny aromat o homogenizowanym, może też budyniowym wydźwięku z niemal cukrową słodyczą miał swój urok, muszę przyznać, mimo że zupełnie nie w moim guście.

Lśniąca tabliczka wydała mi się konkretna, co potwierdziły trzaski przy łamaniu.
Gdy jednak do zdjęć spróbowałam nadgryźć czy przekroić kostkę, zdziwiłam się. Pod twardą czekoladą kryło się bardzo miękko-maziste nadzienie.
O ile czekolada rozpływała się w tłusty, ale cudnie gęsto-śmietankowo-maślany, kremowy, odrobinę tylko proszkowy sposób, tak środek... Był tłusty w negatywnym sensie. Miękki i przypominający ciepłą plastelinę, upuszczał trochę oleistej rzadkości i proszkowego efektu, pojawiającego się bliżej końca.
Całość szybko miękła, powoli, acz chętnie zalepiając usta i odsłaniając kawałki ciastek.
Dodatków było sporo. Wydały mi się stwardniałe. Chrupały jak to konkretne, naturalnie suche, ale jakby zawilgocone-utwardzone, tłusto-pszeniczne ciastka.

Czekolada roztaczała błogi, głęboko mleczny smak. Pełne mleko, niemal śmietanka, mieszkało się z czekoladową maślanością, łagodnością i silną słodyczą wanilii. Niestety, szybko zahaczyła o sztuczny aromat waniliowy (przesiąkła nadzieniem?), co skutecznie zepsuło cały efekt. Wszystko to nakręcało się wzajemnie, a nutka kakao jakby wystraszyła się.

Mleko i śmietanka nasilały się wraz z odsłanianiem się nadzienia. Sprawiło niestety, że i słodycz wzrosła do przesady, w dużej mierze za sprawą cukru i poczucia tandety. Wanilia zaczęła robić się coraz bardziej "o smaku", waniliowata, jakaś sztuczno wanilinowa (mimo że skład na to nie wskazuje). Poczułam smak z zapachu, a więc serek homogenizowany lub waniliowy budyń z torebki. Chemiczny aromat waniliowy w pełnej okazałości w pewnym momencie stał się smakiem głównym. Pobrzmiewała w tym wszystkim sztuczność i olej palmowy (wydaje mi się, że to on nadał wanilii tak sztucznego wydźwięku). Smak taniochy jak się wkradł, tak pozostał do końca. Przecukrzony, waniliowy serek homo / budyń zasładzał, drapiąc w gardle już po kostce.

Ciastka prawie nic nie wyniosły. Blade, niewyraziste, lekko tylko tłusto-pszeniczne. Nawet nie rozbiły słodyczy ani nic. Ot, dodatek nijaki do bólu.

Pod koniec waniliowa słodycz o przesadzonym wydźwięku wymieszała się z mdławą i zarazem słodką śmietanką, jak również ze słodką czekoladą, co wyszło zabójczo cukrowo.

To właśnie poczucie zbyt silnej, sztucznej słodyczy waniliowego budyniu czy serka homogenizowanego zostało w posmaku wraz z mleczną czekoladą i nijaką ciastkowością, a także oleistością na ustach i palcach. Miałam też wrażenie, że aromatu wanilii to się tak szybko (z ust, rąk i nawet chusteczki do nosa!), nie pozbędę.

Całość wyszła może i ciekawie, ale tanio-ciekawie. Jednoznaczny smak waniliowego budyniu / serka i mocno mleczna, nie mocno cukrowa czekolada byłyby cudowne, gdyby nie nawaliła jakość przejawiająca się we wszelkich nieprzyjemnych posmakach i za silnej tłustości. Wadą okazały się też kiepskie ciastka. Rozumiem jednak, że to smak "a'la ciasteczka waniliowe", więc jakieś musieli dać (szkoda, że nie lepsze).
Wanilia z aromatu bardzo mnie razi, zwłaszcza w tym połączeniu (nie wiem, coś tu musiało być, co się bardzo gryzło), acz uwierzę, że czekolada znajdzie wielbicieli. Ja, z racji przesłodzenia i tego, że to kompletnie nie moja bajka, odpadłam po niecałych dwóch kostkach, resztę oddając Mamie. Nadzienie jej smakowało. Przyznała, że zajeżdżało "waniliowatością", jednak przypomniała mi, że przecież ona lubi wszelkie serki waniliowe, np. Danio, dodając: "wiesz, ja do tego jestem przyzwyczajona". Podobały jej się też "te takie fajne chrupiące w środku" (mimo że jak usłyszała, że to ciastka, to się zdziwiła").

Bardziej niż Chateau Winter Kipferl przypominała Milka a'la Vanille Pudding. Była chyba jednak jeszcze bardziej cukrowa, bo aż się nie dało jeść, ale za to zdecydowanie wyraźniej waniliowo serkowo-budyniowa. Jakość bardziej podoba mi się Scholetty (mimo że też nie najwyższa), ale cukier... tu jednak no nie wiem, też mam problem z porównaniem przez ogromną różnicę w czasie.


ocena: 6/10
kupiłam: Aldi
cena: 2,79 zł
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, mleko pełne w proszku, tłuszcz kakaowy, tłuszcz palmowy, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku, mąka pszenna, śmietanka w proszku, masło 0,6%, laktoza, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy 0,2%, miazga z orzechów laskowych, skrobia pszenna, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, ekstrakt wanilii 0,1%, sól, substancje spulchniające (węglany amonu, węglany sodu)

wtorek, 4 czerwca 2019

Chateau Winter Kipferl mleczna z kremem mlecznym z waniliowymi ciasteczkami

Pewnego weekendu chodziła za mną jakaś zimowa nadziewana czekolada. Wszystkie jednak z jakiegoś tam powodu odrzucałam: nie pomarańczowa Scholetta czy Ambiente, bo ostatnio i tak skumulowało mi się trochę pomarańczowych (Cachet z Biedry tylko co zjedzony, a na dniach miałam otwierać J.D. Gross 56% z pomarańczą i migdałami), a nie chciałam mieć przesytu w dniu otwarcia Grossa; Scholetta cynamonowa? Nie, za blisko a'la Spekulatius. Wielkie granatowe opakowania czekoladek-batoników za to jakoś mi tak dużo miejsca zajmowały, ale... migdały? Miałam ochotę na nadzienie! Jako że niedawno strasznie rozczarowałam się jednym mlecznym nadzieniem, nagle naszło mnie na dobrze zrobione nadzienie mleczne, więc sięgnęłam po smak, który kiedyś chciałam zdobyć w wykonaniu Ritter Sport, ale mi się nie udało. Dopiero przy otwarciu uzmysłowiłam sobie, że to też, jak okropne zaskoczenie Ce'Real, Chateau. Oj, wiele ryzykowałam!
Zanim jednak do recenzji, pozwolę sobie napisać czym są kipferl (spokojnie, też nigdy ich nie jadłam, ale google mi pomogło) - to austriackie tradycyjne bożonarodzeniowe waniliowo-maślane ciasteczka z migdałami wewnątrz, posypane cukrem pudrem o wyglądzie rogalików. Ma to być kształt półksiężyca (symbolu państwa tureckiego), bo ponoć powstały w czasach bitwy pod Wiedniem w 1683. Oznaczały "pożarcie" wrogiej armii.

Chateau Winter Kipferl to mleczna czekolada o zawartości 32% kakao z nadzieniem mleczno-śmietankowym (38%) z kawałkami ciastek waniliowych (6,8%); w formie batoników.
Opakowanie zawiera 11 szt. (po ok. 18,2g), czyli 200g.
Edycja limitowana, która pojawiła się w Aldi w listopadzie 2018 r.

Po otwarciu poczułam bardzo słodki, ale przyjemny zapach jednoznacznie kojarzący się z mlekiem waniliowym. Osnuty delikatną, niemal uroczą czekoladą wydawał się taki... wręcz od słodyczy zagęszczony. Wanilia... była nie tylko ta naturalna, prawdziwa, ale też taka... mleczna.

Czekoladki przy łamaniu pykały. Warstwa czekolady była gruba, a zwarte nadzienie kryło sporo całkiem dużych kawałków.
W ustach czekolada rozpływała się powoli bagienkowiejąc i zalepiając, przeistaczając się w tłusty, aksamitny krem. Także wnętrze okazało się tłustym, gładkim kremem, bardzo z czekoladą spójnym. Nie było w tym proszkowości. Wydał mi się nieco rzadszy od czekolady w mleczno-oleistym kontekście.
Zmienną wprowadził chrupiący dodatek ciasteczek. Mimo lekkiej tłustości, do końca zachowywały trzeszcząco-skrzypiącą chrupkość, nie rozpływały się. Mimo twardawości, zaskoczyły mnie tym, jak lekkie się okazały. Takie urozmaicenie w sumie wyszło dobrze, ale miałam wrażenie, że skrzypią trochę nazbyt kojarząc się z cukrem.

W smaku czekolada okazała się uroczo-słodka, głęboko mleczna. Sama w sobie wydała mi się lekko waniliowa, o ciepłym wydźwięku.

Mleczność podbiło nadzienie, ale na jego mleczno-śmietankowej fali wypłynęła także słodycz. Miała waniliowy wydźwięk niczym jakieś waniliowe mleko, coś sowicie dosłodzonego, ale wciąż wyraziście pełnomlecznego, wręcz śmietankowego (bo podkreślonego czekoladą). Po paru chwilach wyłoniła się też mdła nuta margaryny.

Słodycz podbił, ale i trochę zmienił, dodatek. Podkreślił smak czekolady nutą pszenicznych ciastek i jakby olejku do wypieków (migdałowego?). Przy ciasteczkach zrobiło się jeszcze bardziej "waniliowato" (bo nie po prostu waniliowo) i maślanie. Wpisały się w margarynowość / oleistość.

Końcówka była kumulacją różnorakiej, ale smakowitej słodyczy zestawionej z mleczno-oleistym smakiem. Cudna czekolada to otulała, a waniliowo-oleiste ciastka z jakimś sztucznym posmakiem pobrzmiewały zaraz za nią.

Po dwóch batonikach na ustach czułam tłuszcz i nieprzyjemny posmak: oleju w sensie margaryny, jak również olejku... co prawda wpisanych w smakowitą czekoladę i mleko waniliowe, z ciepło-pieczonym klimatem, ale miałam dość. Nie mogę wprawdzie powiedzieć, by batoniki były niesmaczne... one po prostu były typowo "ot, można zjeść (w domyśle: ale nie trzeba)", bez "tego czegoś". Owszem, przyjemnie czuć wanilię, ale tu nie było niczego nadzwyczajnego - ot, jakby z ciasteczkami, w dodatku tłusto.

Było mi smutno, że to druga czekolada Chateau, która mnie zawiodła w ciągu sąsiednich dni, więc zagryzłam ją Chateau Weisse Kokos. Ta nadal była boska, więc uznałam, że ot, może tak trafiłam, a np. cała reszta posiadanych jest ok.
A poza tym... te batoniki i tak były o wiele pyszniejsze i urocze od Kinder Chocolate.


ocena: 6/10
kupiłam: Aldi
cena: 6,99 zł (za 200g)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, maślanka w proszku, laktoza, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii), tłuszcze roślinne (palmowy, shea), cukier, pełne mleko w proszku 10,4%, produkt z serwatki, mąka pszenna, tłuszcz mleczny, skrobia pszenna, lecytyna sojowa, aromaty, syrop glukozowo-fruktozowy, odtłuszczone mleko w proszku, sól, substancje spulchniające (wodorowęglan sodu, wodorowęglan amonu), wyciąg z wanilii burbońskiej