Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Heidi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Heidi. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 sierpnia 2024

Heidi Grand'Or Golden Almonds Dark ciemna 50 % z karmelizowanymi migdałami

Za kupno tej czekolady jestem na siebie zła. Kupiłam ją jakoś trochę bezmyślnie jak jednego dnia zajechałam ze znajomym po górach do Aldiego. Chciałam na szybko wziąć jakieś czekolady, bo u siebie obecnie w ogóle do Aldiego się nie wyprawiam, a tu skorzystałam z okazji. Ta mi się jakoś napatoczyła, a nie chciałam przedłużać. A przecież nie przepadam za karmelizowanymi dodatkami i w ogóle nie lubię marki Heidi. No, ale kupiło się, to i zmęczyć trzeba. Postanowiłam wziąć ją na krótką trasę na Luboń Wielki, na który wyruszyłam tego samego dnia po Mogielicy, czyli 30 marca. Z parkingu pod Lewiatanem w Rabce Zaryte poszłam w kierunku Perci Borkowskiego. Najpierw trochę przez pola i błoto, a potem kamienistą ścieżką - nietypową dla Beskidu. Na szlaku pojawiły się pojedyncze, umęczone osoby, które schodziły. Faktycznie, wspinaczka po rumowisku skalnym była dość wymagająca - bardzo cieszę się, że wchodziłam, bo zejście tamtędy mogłoby być problematyczne. Tym bardziej, że strasznie wiało. W końcu jednak doszłam do przecudownie wyglądającego schroniska, które niektórzy porównują do domku Baby Jagi, acz nie powiedziałabym, by i mnie się tak to kojarzyło (kurzych łapek brakowało!). Chwilę tam spędziłam i zeszłam niebieskim, leśnym i już spokojniejszym szlakiem niebieskim do Rabki Zaryte.

Heidi Grand'Or Golden Almonds Dark to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z całymi karmelizowanymi migdałami, które stanowią 23% całości.

Po otwarciu uderzył intensywny zapach bardzo słodkiej, acz niewątpliwie ciemnej czekolady. Słodycz połączyła ogrom cukru i mnóstwo aromatu waniliowego, co wyszło aż ciężko i trochę mdląco. Cierpkość kakao miała mocno palony charakter, acz bardzo wysoka nie była. Na siłę chyba można się w niej doszukać sugestii kakaowej kawy. Migdały z kolei były trochę wycofane. Czuć w niech przesadne przeprażenie, a także dosłownie leciuteńkie echo słodkiego karmelu.

Tabliczka wyglądała ciekawie - na spodzie wystawały do połowy wtopione w nią całe, pozbawione skórek migdały, pokryte cienką warstwą karmelu. Z zaskoczeniem odkryłam, że w dotyku sugerował lekką lepkość. Nie kleił się jeszcze do rąk, ale wydawało się, że zaraz zacznie. Już na oko wydało mi się, że migdałów poskąpiono.
Czekolada była twarda, przy łamaniu czy odgryzaniu kawałka chrupko i dość głośno trzaskała. Migdały dobrze się jej trzymały. Z ciekawości próbowałam ze dwa oderwać, ale nie było to łatwe - udało mi się w przypadku jednego.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, mięknąc z łatwością. Okazała się bardzo mazista, średnio gęsta i plastyczna. Jej tłustość nie była wysoka, acz maślaność czuć. Chwilami wydawała mi się niegładka - nie jakaś konkretnie pylista czy coś, ale po prostu nie idealnie gładka. Migdały początkowo trochę stukały za sprawą karmelu o zęby, ale zostawiałam je, by pogryźć dopiero na koniec. Wypadały z czekolady mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa i walały się po ustach obok czekolady. Karmel dość szybko też się rozpuszczał. Wydawało się, że to raczej cienka warstwa - do struktury całości za wiele nie wniosła.
Gdy czekolada zniknęła w nieco wodnisty, choć wciąż z tłustawym echem, sposób, zaczęłam gryźć migdały.
Wówczas karmelu na nich już prawie nie było - zdarzyło się gdzieś odrobinkę. Były bardzo delikatne. Chrupiące, ale ani trochę nie twarde. Niektóre nawet dość miękkawe. Zdarzyło się, że nadgryzałam je już trochę wcześniej czy np. przegryzłam na pół odgryzając kawałek czekolady. Z karmelem też były właśnie delikatne i chrupiące. To bowiem karmel typu delikatnego - gdyby wystąpił w formie kawałków, pewnie byłyby lepko-skrzypiące. 
W trakcie jedzenia miałam problem, że wydawało mi się, iż jem czystą czekoladę, w której co jakiś czas trafia się migdał - zdecydowanie mogli dać ich więcej.

W smaku czekolada zagrzmiała cukrem, do którego dołączyła leciutka cierpkość. Nie mogła dogonić słodyczy, która cały czas nieubłaganie rosła. 
W kęsach z niektórymi migdałami karmel już na początku lekko zaznaczył swoją obecność. Z kolei kęsy bez migdałów zaskoczyły mnie, iż czekolada w ogóle nimi nie przesiąkła.

Do cierpkości dołączyła niska, acz znacząco palona gorzkość. Zrobiła lekką aluzję do kakaowej kawy. Oczywiście z mnóstwem cukru. Kęsy samej czekolady, bez migdałów, bardzo szybko zacukrzały. Drapanie w gardle następowało szybciej.

Słodycz nie miała żadnych skrupułów. Do cukru dołączyła wanilia. Zmieszała się z cukrem na równych prawach. Zdecydowanie przesadzono także z nią, bo wyłamał się jej "aromatowy" charakter i wyszła wręcz mdląco. Do słodyczy dołożył się też delikatny karmel z migdałów, który już na dobre zaczął się rozpuszczać.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pod naporem słodyczy gorzkawość jakby w ogóle wymiękła. Odnotowałam maślaność. To jednak, jak słabo palony był karmel, przypomniało bazie o paloności. Acz on przejawiała się bardziej jako lekka cierpkość niż gorzkość.

Ogólnie cukier i wanilia dominowały, drapiąc w gardle i męcząc. Nawet, gdy migdały podgryzałam już wcześniej. Mało tego - słodycz wtedy nawet smak migdałów nieco wystraszyła. 

Z czasem, acz nie zawsze, smak karmelu się nasilał. W przypadku niektórych migdałów bardziej, w przypadku innych słabiej. Dał się poznać jako delikatnie palony, ale palony na pewno. Pozostał słodko cukrowy. Mimo jednak tego niskiego palenia miał w sobie coś ze smażenia. 
Przy większej ilości karmelu, sama czekolada szła trochę w polewowym, tanio-margarynowatym kierunku. Może nie dotarła do niego, ale taniość wkradała się do kompozycji.

Końcowo, po tym, jak karmel w dużej mierze się rozpuścił, czekolada wciąż męczyła słodyczą, ale i cierpkie, proste i palone kakao (poprzez kontrast do mało palonego karmelu?) wspięło się na wyżyny (Himalaje to jednak nie były).

Gryzione migdały okazały się mocno przeprażone. Niektóre były tak przeprażone, że szły w złudne słonawość i gorzkawość. Niektóre miały jeszcze karmelowawe echo. Część była tak przeprażona, że przeprażenie, aż jakby smażenina, wychodziła przed samą migdałowość, reszta była zwyczajnie przesadnie przeprażona.

Po zjedzeniu został posmak cierpkiego kakao i ogólne przesłodzenie, w którym szalał i cukier, i aromat waniliowy, a także motyw przeprażonych migdałów. Czułam drapanie w gardle i jakiś taki tani akcent. Trudno było go przypisać do czegoś konkretnego, nie był wysoki, ale wyczuwalny.

Czekolada w zasadzie nie zaskoczyła mnie niską jakością. Acz nie spodziewałam się tego, na co trafiłam gdy chodzi o migdały. Forma tabliczki interesująca - może się podobać lub nie, ale była niecodzienna. To, że warstwa karmelu wydaje się cienka na plus, ale nie był to karmel marzeń. Najgorszy też nie był - powiedzmy, bardzo przeciętny. Było go niewiele i nie był mocno palony, a słodki. Liczyłam, że same migdały będą atutem tabliczki. Nie były. Poskąpiono ich i dodano mocno przeprażone, niezbyt smaczne. Wydaje mi się, że najpierw mocno je uprażyli, a potem jeszcze skarmelizowali. Czekolada wyszła z kolei do bólu za słodko, aż męcząco. W górach jakoś się to sprawdziło, ale tylko dlatego, że było. Znając efekt ani bym nie kupiła, ani nikomu jej nie poleciła. W pierwszej chwili wystawiłam jej 4, ale uznałam, że w zasadzie za ciekawy pomysł na formę migdałów, może i należy jej się coś nieco więcej. Acz czy ja wiem, czy to taka przeciętniaczka? Na pewno nie w tej cenie, bo efekt to przeciętna tabliczka za 3-4 zł, a mając do dyspozycji prawie dwa razy więcej, da się znaleźć coś lepszego czy nawet lepiej trochę dołożyć i mieć coś o wiele lepszego.


ocena: 4,5/10
kupiłam: Aldi
cena: 6,49 zł
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, całe karmelizowane migdały 23% (całe migdały 20%, cukier, emulgator: lecytyny zawierające soję), tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyny zawierające soję; naturalny aromat waniliowy

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Heidi Dark Intense 75 % ciemna

Czasami tylko usiąść i płakać. Ok, paskudne czekolady, które kupujemy "pod Mamę" raczej jej smakują, ja więc mogę sobie spróbować i popsioczyć na blogu albo mogę tego nie zrobić. Paskudniki, których nie da się zjeść oddajemy do tzw. utylizacji, czyli dla taty. Co jednak zrobić z potencjalną paskudą, której Mama nie chciałaby tknąć (bo ciemna), a którą właśnie od niego dostałam? Obrałam parszywą taktykę, a mianowicie: postanowiłam, że otworzę ją w dniu, w którym ma przyjechać, wyleję na nią wiadro pomyj, usłyszę komentarz w stylu "przecież to tylko czekolada" i pogonię: "zabieraj ją ode mnie". Tak, żeby tata sobie zapamiętał, że Heidi dostawał nie dlatego, że je lubię, a dlatego, że to potwory, których nie chcę jeść. Z Baronem coś podobnego podziałało... prawie. Bo akurat tata i jego rodziną lubią czekolady od Millano. No, ale zapamiętał, że ja nie. Życie jednak zaskakuje...

Heidi Dark Intense 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao.
Tabliczka ma 80g.

Gdy tylko zrobiłam wdech nad tabliczką, do głowy przyszło mi palone drewno posmarowane margaryno-masłem. Tłuszczowo-palony zapach był mdlący, słodycz pobrzmiewała ostrożnie i mimo że żadna taniość / tandeta mnie nie napastowała, nie doszukałam się tu niczego apetycznego.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała głośno i sucho. Przypominała twardą, skorupkową polewę, ale nie kamień.
W ustach rozpływała się z lekkim oporem, bardzo powoli.  Długo trwało, nim się zdecydowała, a gdy już zaczęła, starała się zachować postać zwartej, tłustej grudki. Tłustej i suchej, niczym stary krem z wafelka. Właśnie też... wydała mi się dziwnie chrupko-stetryczała, nieprzyjemnie mięknąca... Niby mięknąca, ale nie całkiem. Dziwna, nieprzyjemna i tyle.

Na pojawienie się smaku czekałam długo. Nawet jak już coś czułam, ta tabliczka miała raczej tylko nibysmak niż smak. Jakby się bała smakować czymkolwiek.

W smaku od zrobienia kęsa zaskoczyła mnie cukrowo-karmelkowym smakiem. Cukier szybko zajął miejsce na podium, po czym... schował się. Oczami wyobraźni zobaczyłam słodkie, posklejane, tanie ciemne karmelki... I karmelki maślane i nadziewane... Ale jakieś ciemne? Karmelki suchokakaowe?

Po ustach rozszedł się mocno maślany smak. Było to... po prostu masło jak i "masło z zaleciałością orzecha" (myślę tak o smaku tłuszczu kakaowego). To pierwsze w ogóle skojarzyło mi się z tworami z masłem i margaryną... znów do głowy przyszły mi stare wafelki. Wafelki i drewno... Smakowa suchość nie była specjalnie gorzka... gorzkawa... Może trochę?

Palony posmak wzrósł w połowie. Wróciła z nim zgaszona słodycz, a on... skojarzył mi się z połączeniem kawowej pianki i "smakiem zapachu kawy rozpuszczalnej". To było pyliste i zgłuszone  nie umiem tego opisać.

Lekka słodycz i smak tłuszczu wraz z dziwnie palonym motywem kończył to wszystko. Dosłownie w chwili znikania kęsa, pojawiała się spalenizna.

W posmaku została paloność, lekka spalenizna i... jakby stetryczały wafel, drewno. Nawet nie próchno, bo znaczący była nuta masła różnego rodzaju (w tym maślanych karmelków), ale do przyjemnych nie należał.

Całość była męcząca, dziwna i mdląca. Jak stare drewno, stare karmelki, stare wafelki... Jakby... spalili kakao, przesuszyli je zupełnie pozbawiając smaku. Może nie przesłodzili, ale wyeksponował się tłuszcz, który według mnie z tak paloną nijakością wychodzi po prostu mdląco. Nigdy nie jadłam kukułek, ale wygooglowałam je i... ta tabliczka mogłaby być takim cukierkiem: kiepską kukułką bez alkoholu.
Zjadłam tego raptem 1 i trochę kostki, ale nie wiem, czy po większej ilości umiałabym lepiej ją opisać... Miała taki dziwny klimat, że po prostu zupełnie nie miałam ochoty brać jej więcej do ust, mimo że nie była straszna. Po prostu było w niej coś dziwnego.


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier, kakao w proszku, lecytyna sojowa, aromat wanilii

sobota, 14 marca 2020

Heidi WinterVenture Crunchy Almonds mleczna z karmelizowanymi migdałami, płatkami słodowymi i kardamonem

Lubię prostotę i niemal spartańskie wnętrza, ale jednocześnie jestem typem zbieraczki i zagracam się... czym tylko mogę. W tym opakowaniami po czekoladach - kolekcjonuję te po zjedzonych. W głowie mam taką blokadę, że koniecznie muszą to być opakowania "wiem po czym", czyli takich, których chociaż trochę spróbowałam. I z tą miałam problem, bo dostałam ją od taty, który dostał ode mnie tyle Heidi-odrzutów, że chyba zapamiętał tę markę jako "dobrą na prezenty", mimo że nie ukrywałam, że oddaję, bo mi nie smakują. Mogłam oddać Mamie nie otwierając (ale nie lubi kardamonu, więc tym razem nie była przekonana, mimo że zawsze pozytywnie odnosi się do Heidi, czego ja nie rozumiem), mogłam pogonić tatę, ale... chciałam kartonik, bo ładny. A i w sumie, takiego zestawienia dodatków to jeszcze nie widziałam. O jednym z nich w ogóle dowiedziałam się przy otwarciu - że chrupiące płatki słodowe?! Że co...? Oj, byłam sceptyczna i niechętna, ale cóż. Dla wyższych celów: dla recenzji, dla opakowania, dla Waszej uciechy, zrobiłam z siebie królika doświadczalnego.

Heidi WinterVenture Crunchy Almonds to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z karmelizowanymi migdałami, chrupiącymi płatkami słodowymi i kardamonem (a dokładniej, wg producenta: "naturalnym aromatem Kardamonu").

Gdy tylko zbliżałam się do tabliczki, zadrapało mnie w nosie od cukru i przypraw korzennych. Jedno i drugie tonęło w mleku, co i tak dało tandetny efekt. Było bowiem przerysowane i tanie. Mimo że ewidentnie czuć ostro-gorzki kardamon kojarzący się z pieprzem, doszukałam się sztuczności a'la cola.

Tabliczka w dotyku wydała mi się suchym ulepkiem. Lekko trzaskała przy łamaniu, ale raczej dzięki dodatkom. Tych było sporo, można powiedzieć - dosłownie - że tabliczkę nimi najeżono.
W ustach rozpływała się opornie. Zwlekała, po czym powoli i wodniście znikała, stając się grudą do złudzenia przypominającą plastelinę. Dlatego też mnogość dodatków wyszła tu jako plus - tabliczka to i tak okropny ulepek.
Dodatków dodano mniej więcej po równo, acz miałam wrażenie, że migdałów nieco mniej.
Migdały - chrupiące i przypominające świeże, bez skórek, karmelizowane minimalnie - to kawałki wielkości średniej i dość sporej (jak na tak cienką tabliczkę). Bardzo pozytywny element!
Z kolei kawałki słodowe... to zarówno spore sztuki, jak i drobinki, do złudzenia przypominające skrzypiący i okropnie przyklejający się, chrupiący cukro-karmel. Minimalnie mniej irytująca wersja tworu (nugatu) z Toblerone. Nie rozpuszczał się zbyt chętnie, drapał i irytował, zostając na koniec.

W smaku czekolada od początku powalała cukrem, któremu towarzyszyła dziwna, naperfumowano-naaromatyzowana korzenność. Sztuczna i tandetna.

W cukrowości odnalazło się też mleko, ale tabliczka jawiła mi się jako plastikowa, zrobiona głównie z cukru i doprawiona coraz mocniejszą nutą. Korzenność szybko zaczęła robić się coraz bardziej wyrazista, ostrawo-gorzka i niemal pieprzna. Kardamon czułam, ale nie był czystym, prawdziwym kardamonem, a takim przytępionym i zarazem sztucznie podrasowanym. Co więcej, pobrzmiewał obok cukrowości, nie przełamał jej.

Bliżej dodatków nakręcała się cukrowość, choć chyba w bardziej karmelowo-korzennym kontekście. Migdały zacnie się w to wpisały. Im w smaku nie mam nic do zarzucenia: lekko podprażone i wyraziste. Nawet nie wydały mi się za mocno karmelizowane (albo zjadłam za mało). Smaczne, ale w złym otoczeniu gubiły się.

Drugi dodatek wpisał się w sztuczność i goryczkę. Kojarzył mi się z tandetnym, kawowym karmelem. Cukrowo-sztuczny, przy rozgryzaniu bardziej słodowo-kakaowy, ale nadal sztuczny i cukrowo słodki. Zagłuszał kardamon i uwypuklał plastikowy akcent.

Pod koniec wszystko i tak tłamsił cukier i tandetny posmak.

W posmaku po przełknięciu pozostał jednak niemal pieprzny kardamon, odległe wspomnienie migdałów i ten dziwny... nieokreślony sztucznie-kawowy, karmelowy chrupacz. Cukrowość wypalająca usta i gardło nie dopuściła do przejrzystości.

Całość była do bólu tania, plastikowo-ulepkowata i tandetna. Może i z pomysłem, ale jakimś dziwnym, bo tak nawet teoretycznie, dodatki mi do siebie nie pasowały. Dobre migdały to chyba jedyny plus, ale i tak nie przełożyły się na zjadliwość całości (po gryzie nie chciałam mieć z tym do czynienia; drugi zrobiłam, na potrzeby recenzji, brr). Pseudokardamon był dziwny, słodo-karmel też - nie wiadomo co, a jego struktura strasznie irytowała. Czekoladowa baza to dziadostwo w każdym milimetrze. Mamie też nie smakowała ("jak tylko poczułam tę przyprawę, nie chciałam się nad tym nawet zastanawiać, ale całościowo tak mi się jakoś z wafelkiem kojarzyła"), więc oddałyśmy Tacie. Ten to pochrupał, pochrupał i był zadowolony, bo "słodko i chrupiąco".


ocena: 2/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 537 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, karmelizowane migdały 7,7 % (migdały 89%, cukier), chrupiące płatki słodowe 4,4% (ekstrakt słodu jęczmiennego, cukier, fruktoza, odtłuszczone kakao w proszku, pełne mleko w proszku, sól, aromat), odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, naturalne aromaty (wanilii, kardamonu 0,02%)

sobota, 21 grudnia 2019

Heidi WinterVenture Gingerbread mleczna z przyprawami piernikowymi i ciastkami

Z Heidi dziwna sprawa. Nie cierpię tej marki, nie mam zamiaru kupić żadnego jej produktu więcej, co sobie postanowiłam już dość dawno. Kiedyś trafiłam akurat na trzy naprawdę smaczne i gdy tylko po przeprowadzce miałam okazję kupić inne, zrobiłam to. Co otworzyłam, okazywała się okropna, więc konsekwentnie trafiały do rodziców. Mamie Heidi się spodobała ("bo takie ciekawe, inne"), a tata... "Aby słodko". Niestety zapamiętał sobie, że skoro zawsze dostaje ode mnie jakieś Heidi, muszę je lubić i uważać za dobre. Około rok wcześniej obdarował mnie tak ciemnymi Luximo (bo ja przecież lubię takie z różnych krajów), tak tym razem wpadły mi Heidi... Idzie się załamać (żeby było śmieszniej, jest to czekolada z zeszłego roku, otwarta jakoś na przełomie lata i jesieni 2019, więc nie wiem, jak ma się do tego, co jest w sklepach; w tym roku na szczęście żadnych baboli od taty nie będzie). Miałam nawet nie otwierać, a oddać Mamie, ale że opakowanie ładne, a ja zbieram opakowania tylko tych czekolad, które sama jadłam, powtarzając sobie, że to właśnie zimowe (WinterVenture Apple & Cinnamon i WinterVenture Orange & Cinnamon) były dwie z trzech smacznych wspomnianych.

Heidi WinterVenture Gingerbread to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z herbatnikami i przyprawami do piernika ("i smakiem piernika" - wg producenta).

Rozerwawszy sreberko, uniosłam brwi nie wierząc w to, co poczułam. Trafiłam bowiem na pikanterię pieprzu i cały bukiet innych ostrych, korzennych przypraw, wraz z cynamonem... Przez moment wystraszyłam się, że odbije w kierunku coli, ale im dłużej wąchałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że przyprawy piernikowe pachną tu ładnie. Coś plastikowo-sztucznawego należało raczej do cukrowo-mlecznej czekolady, która była jedynie tłem.

W dotyku tabliczka wydała mi się sucho-tłustym, plastelinowym ulepkiem, a przy łamaniu krucho pykała jedynie za sprawą dodatków. Było w niej bowiem sporo większych i średnich kawałków ciastek o, na oko, twardej strukturze.
W ustach czekolada rozpływała się szybko, kremowo i trochę wodniście. Wydała mi się odpowiednio tłustawa, z lekko proszkowym motywem, pojawiającym się bliżej końca.
Ciasteczka początkowo wykazały się chrupkością, gdyż były świeże i nieźle wypieczone. Okazały się lekkie, mimo że tłustawe. Nasiąkały i miękły, acz rozpływały się dopiero na koniec.

Zanim jeszcze na dobre się wgryzłam w kostkę, poczułam cukier gnany przyprawami korzennymi o wyraźnej ostrości.
Słodycz rosła szybko i jakby miała się nigdy nie zatrzymać. Łaskawie dopuściła do siebie całkiem przyjemny smak mleka i maślaność. Nie zdołały jej osłabić, ale odrobinkę odciągały uwagę od czystej cukrowości.

Przyprawy rozwijały się obok słodyczy, nie łagodziły jej. Mniej więcej w połowie przecinały ją tak, że po prostu czułam ich ostry smak na tle szalejącego cukru. Dotarła do mnie dosadna, spora ilość ostro-gorzkawego pieprzu, ale i więcej właśnie gorzkawych przypraw. Gałka muszkatołowa? Kardamon? Na pewno coś rozgrzewającego. Też bardziej słodko-pikantnego... Imbir i cynamon - miałam wrażenie, że to je głównie czułam, gdy zaczęły wyłaniać się kawałki ciastek.

Ciastka na pewno nie były korzenne, a po prostu herbatnikowe. Delikatne i słodkawe, pozostawiające tłuszczowy posmak. Mieszając się z czekoladą, podkreślały jej mleczność. Z kolei im, połączenie nadało wydźwięku ciastek maślanych. Rozgryzane na koniec i tak jednak nie zneutralizowały słodyczy.

W posmaku pozostały przyprawy korzenne: ostre i gorzkawe, ale także specyficznie słodkie. Bardzo wyraziste, w towarzystwie delikatnych herbatników i mleka. Wszystko to obok przecukrzenia i drapania w gardle, utrzymujących się w zasadzie już od początku. Po zjedzeniu kawałka było to tylko oczywiście zwielokrotnione.

Chciałoby się powiedzieć, że ta czekolada była niczym słodziutkie mleko z przyprawami piernikowymi oraz herbatniki w nim maczane, ale trzeba by zmienić kolejność i proporcje. To cukier zawilgocony mlekiem z dosypanymi przyprawami oraz herbatnikami.
Spodobało mi się to, że zamiast np. pchać ciastka korzenne (które zazwyczaj wychodzą jak kamienie o smaku kartonu), dodali herbatniki swoją drogą, przyprawy swoją. Potencjał duży, ale... ale cukier. Dużo cukru. Szkoda tej pikanterii... Po raptem kostce dosłownie przytkało mnie od cukru. Napisałabym, że "nie miałam ochoty na więcej", ale właśnie... w sumie miałam, tylko że przez cukier nie dałam rady i reszta poszła do Mamy. Smutne. Jej smakowała, bo uznała, że przyjemnie korzenne i wyjątkowo dobre ciastka.


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 526 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, ciastka 8,8% (mąka pszenna, cukier, olej palmowy, syrop glukozowy, skrobia kukurydziana, słodka serwatka, lecytyna sojowa, substancje spulchniające: wodorowęglan amonu i wodorowęglan sodu; sól, aromaty: wanilii, masła), odtłuszczone mleko w proszku, mieszanka przypraw do piernika 0,5%, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii

wtorek, 9 lipca 2019

Heidi Florentine Coconut mleczna z chrupiącą warstwą karmelizowanych migdałów i płatków kokosowych

Z Heidi było podobnie jak z Wedlem, o czym pisałam przy Cookie Kokosowa. Pochopne decyzje. Taak, kiedyś i tej marce udało się zrobić smaczne czekolady, ale proporcje smacznych do niesmacznych porażają. Mój problem nie był jednak duży, ponieważ, Mama z chęcią wszystkie przygarniała (w sumie gdyby nie świadomość, że tak będzie, tylu smaków byśmy nie kupiły). Heidi jej się spodobała jako "nieodkryta, słodziutka nowość" (wcześniej nie słyszała nawet o tej marce). O ile linia Florentine jest zupełnie nie moja, tak Mama uwielbia takie "ciastkowate" rzeczy. Na logikę, wiórki w karmelizowanej masie... mogły wyjść naprawdę zacnie. Widziałam tylko jedną przeszkodę: to Heidi. Wspomniany Wedel i dzisiejsza bohaterka skłoniły mnie do urządzenia sobie "dnia złych czekolad", podczas którego popróbowałam części potencjalnie tragicznych posiadanych, które Mamę mogły jak najbardziej zadowolić.
Tabliczka próbowała zyskać moją sympatią taką oto historyjką znalezioną na stronie internetowej: Nazwę „kokos” nadali portugalscy żeglarze w XVI wieku, ponieważ trzy dziurki w skorupie kokosa przypominają ludzką twarz. „Coco” oznacza „uśmiechniętą twarz”.

Heidi Florentine Coconut to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z chrupiącą warstwą karmelizowanych migdałów i płatków kokosowych.

Po rozerwaniu sreberka poczułam zaskakująco smakowitą mieszankę aromatu kokosowego z odrobiną naturalnego kokosa, wkomponowanych niestety w cukrową czekoladę z motywem mleka w proszku. Zbliżając nos do spodu z warstwą karmelizowaną, czułam nijaką cukrowość trochę bardziej karmelową, ale nie więcej kokosa. Zalatywało mi to smażeniem. Całość była w sumie średnia, choć nie zachęcająca.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała ze względu na twardą, zwartą warstwę, która również się łamała, nie krusząc się i nie rozpadając. Oddzielenie jej od czekolady wydaje się niemożliwe, acz na kawałeczku (przy pomocy noża) mi się udało.
W dotyku czekolada wydała mi się ulepkowato-proszkowa.
W ustach tylko się to potwierdziło, acz do proszkowości i ulepkowatości doszła jeszcze rzadkawość. Rozpuszczała się jednak w miarę przystępnie. Mimo to, konsystencję uważam za okropną.
Warstwy karmelizowanej również. Strasznie twarda i chrupiąca, jak również oblepiająca zęby. (Mama porównała to do bardzo twardych sezamków - chyba racja.) Mało w tym migdałów, wydaje się, że prawie wcale. O wiele więcej dodano płatków kokosowych. Karmel trochę się rozpuszczał, uwalniał dodatki, ale i one były stwardniałe, skamieniałe, a więc bez wyrazu. Przeżuwane bardzo długo płatki kokosa może łaskawie w końcu podrzuciły namiastkę soczystości.

W smaku... czekolada mnie wystraszyła. To najgorszy, tani wyrób czekoladopodobny, w którym cukier stanowi bazę. Zaraz za nim plącze się mleko w proszku i kakałkowy smak kojarzący się z najgorszą taniochą. Czuć jakiś aromat, ale nie powiedziałabym, że czekolada przesiąkła kokosem.

Na zasadzie kontrastu warstwa karmelizowana przedstawiła się już minimalnie lepiej (minimalnie mniej tragicznie?). To przede wszystkim cukier i taniokarmelowy posmak, jednak gdy zaczęłam to bardziej wysysać i podgryzać, uwolnił się smak dodatków. Kokos w bardziej orzechowej konwencji podbił niewyraziste migdały. Czuć aromat kokosowy, ale i naturalne płatki kokosowe. Długo przeżuwane, wyszły na pierwszy plan. Jednak wraz z orzechowością dodatków, rosła też cukrowość nibykarmelu, przy którym plątały się nuty smażenia (a przynajmniej tak mi się kojarzące).

Po wszystkim pozostało zacukrzenie i posmak tandety, taniochy. Aromat kokosowy w tym przypadku akurat jeszcze można zaliczyć jako plus, bo wiązał się z orzechowawym akcentem(migdałowym? gdybym nie wiedziała, pewnie bym ich nie nazwała), jednak... niestety, było to wrzucone w nieumiejętne karmelizowanie.
A i myślałam, że aromatu kokosowego z dłoni to się chyba nigdy nie pozbędę.

Ta czekolada była zła. Z pomysłem, owszem, ale... Po połowie kostki odpadłam. Co z tego, że pomysł może i fajny, jak wykonanie takie, że nie da się jeść? Przede wszystkim tak podłej czekolady dawno nie jadłam, a dodatek... nieumiejętnie skarmelizowane - to pewne. Zacznę od tego, że w ogóle głupie wydaje mi się przyklejenie całej takiej warstwy do tabliczki. Podobała mi się forma kokosa - płatki, a i aromat nie wyszedł źle, jednak... tak to utwardzili, że szkoda słów. Migdały pochowały się (ze wstydu? - patrzcie lepiej na ich skład: 2 % migdałów w "migdałach" haha), więc oprócz "chcę napisać recenzję" nic mnie nie motywowało, by zrobić kolejny kęs. Może zjeść się da, ale po prostu nie ma po co.
W kawowej przynajmniej kawa odwracała uwagę od smaku taniochy czekolady.

Resztę oddałam Mamie. Jej posmakowała, bo: "Sama czekolada taka słodka, typowa mleczna. Właśnie taka typowa! A tę warstwę wolałabym zjeść oddzielnie, jak sezamki." Warto zauważyć, że "typowa mleczna" u niej to ogromny plus, bo ona właśnie takie typowe, zasładzające czekolady mleczne uwielbia (najlepiej jeszcze z tłustym kremem).


ocena: 3/10
kupiłam: Carrefour
cena: 7,25 zł (za 100g)
kaloryczność: 507 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, karmelizowane migdały 26% (cukier, syrop glukozowy, płatki migdałowe 2%, kwaśna śmietana, tłuszcze mleczny), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, kokosowe płatki 3,5% (kokos 99,99%, dwutlenek siarki), odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa; aromaty (waniliowy, kokosowy)

czwartek, 18 kwietnia 2019

Heidi Colors of Summer Coconut mleczna z wiórkami kokosowymi i biała

Lubię połączenie kokosa i czekolady tak ogółem. Kokos widzę jako dodatek na tyle "czekoladouniwersalny", że pasuje do każdej. Przy zakupie tabliczek Heidi z linii Colors of Summer, nawet nie przeczytałam, czym właściwie ta jest, bo o wiele bardziej ciekawiła mnie pomarańczowa. Kokos... po prostu nie mógł być zły w połączeniu mlecznej i białej. Dopiero w dniu sesji zdjęciowej doczytałam, że to nie wyjątkowo kokosowa czekolada (np. mleczna z wiórkami i biała kokosowa), a po prostu właśnie mleczna z wiórkami i biała. Czysta biała od Heidi tak średnio mi się widziała, ale... nawet po wielu babolach tej marki liczyłam, że kokos jakoś sobie poradzi. I wciąż, po przekokosowanej Katy, liczyłam na dobrą kokosową czekoladę. Taak, w przypadku tej już wiedziałam, że na za dużą ilość wiórków narzekać nie będę.

Heidi Colors of Summer Coconut to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao z wiórkami kokosowymi i biała.

Sceptycznie rozerwałam sreberko, by zastygnąć w bezruchu i wytrzeszczyć oczy. Do mojego nosa dotarł powalająco smakowity, kokosowy zapach. Cechowała go leciutka sztucznawość i silna słodycz, niemal słodziuteńkość, bo wtłoczona w śmietankowo-mleczną toń.

Tabliczka wyglądała całkiem ładnie, choć kolor mlecznej wydał mi się ulepkowaty. Ogół w dotyku sprawiał wrażenie proszkowego, a zarazem znacząco tłustego, jakby miało się to zaraz zacząć rozpuszczać.
Mimo to, łamała się pykając. Nie robiła tego jednak równo po podziale na kostki, a tak, jak zachodziły na siebie "esy floresy" (według mnie mogły być bardziej pociągnięte i wykręcone).

Czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, łatwo. Biała natychmiast miękła, przeistaczając się w zwartą, maślaną grudkę z lekkim, proszkowym efektem. Mleczna miękła wolniej i była znacznie gładsza. Rozpuszczała się strasznie wodniście. Wiórków było tak mało, że nie przeszkadzały jej w tym. Ich dodatek wyszedł nijako, bo były okropnie przemielone - a szkoda, bo oprócz tego wydawały się przystępnie chrupiąco-trzeszczące, prażone.

Biała czekolada w smaku od pierwszej chwili smakowała jak mieszanina masła i cukru, przy których po paru chwilach rozwinęło się też mleko w proszku. Cukrowość błyskawicznie zaczynała aż drapać w gardle. Mniej więcej w połowie odnotowałam w niej niemal nieuchwytną kokosową nutę, która podkreśliła mleczność.

Mleczna czekolada już w trakcie robienia kęsa przytłoczyła mnie smakiem "taniochy". Jakbym jadła jakąś najtańszą figurkę / wyrób czekoladopodobny. Słodycz najpierw wydała się w miarę niska, potem nagle drastycznie wzrosła. Tani, kakałkowy smak najpierw kojarzył mi się z polewą, a gdy rozwinęła się maślaność i mleko, bardziej z jakąś budżetową masą do ciasta. Polewowemu kakao na ratunek pospieszyła jednak kokosowa nuta. Ewidentnie aromat, ale całkiem smakowity. Gdy zaczęły wyłaniać się wiórki, nadeszło kokosowe wsparcie. Smak kokosa trochę pomógł czekoladzie, ale niestety było go za mało w stosunku do cukru i masła, by mógł przeprowadzić rewolucję.

W przypadku miejsc, gdzie czekolady się wymieszały, wyszło chyba najlepiej. Było to straszliwie cukrowe, ale biała czekolada dodatkowo zwracała uwagę na kokosową nutę i mlecznoczekoladowość. W połączeniu wyszło mniej tanio, ale gdy kawałek rozpływał się już jakiś czas, umykała kokosowość wiórków (bo i mało ich było w stosunku do tłustej masy).

Po wszystkim zostało przesłodzenie i posmak kokosa - raczej sztucznego, niż naturalnego, ale on był jeszcze do przyjęcia. Sama czekoladowość jakoś nikła w cukrowości.

Całość wyszła tanio, tandetnie. O dziwo sztuczność kokosa wyszła tu przyjemnie (bo delikatnie?), ale tabliczce brakowało takiego wyrazistszego kokosowego smaku. Pobrzmiewał w tle... A cała cukrowość i maślaność czekolad po prostu za bardzo przytłaczały. Biała wyszła cukrowo-maślanie ciężka, a mleczna nijako-polewowa.
Nie podobała mi się też struktura - miękkie to i wodniście-tłuste, wiórki zniszczone. Takie to wszystko "żadne" wyszło. Można bezrefleksyjnie zjeść i nie umrzeć, ale mnie ta cukrowość i nicość przybiły, że po dwóch kostkach podziękowałam.
Ile ja bym dała za to, żeby czekolada smakowała tak, jak pachniała...

Resztę czekolady oddałam Mamie. Według niej "może być", te 8 kostek "a zjadłam, tak do kabaretu". Stwierdziła, że trochę mało kokosowa, ale najbardziej przeszkadzała jej "konsystencja figurek czekoladopodobnych". Dodała, że "nawet smak się trochę z nimi kojarzył". I pomyśleć, że swoich wniosków wcześniej z nią nie konsultowałam!


ocena: 4/10
kupiłam: Carrefour
cena: 5,49 zł (za 80g)
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, wiórki kokosowe 0,9%, lecytyna sojowa, naturalne aromaty (kokosowy, waniliowy)

wtorek, 19 marca 2019

Heidi Florentine Coffee mleczna z chrupiącą warstwą karmelizowanych migdałów i kawą

Jakiś czas po smakowitej Terravicie CocoaCara 77 % Coffee & Cardamon przyszedł czas na inną kawową propozycję. Tej jednak się obawiałam, bo już mniejsza, że nie przepadam za Heidi... Przerażała mnie jej forma. Kawa, migdały i karmel brzmią świetnie, ale... Heidi Florentine to tabliczki dość specyficzne, bo stylizowane na włoskie ciastka florentynki, a więc karmelowo-migdałowe zlepki pokryte z jednej strony czekoladą. Kiedyś miałam już Heidi Florentine, ale popatrzyłam, popatrzyłam i wystraszyłam się, że to za mało czekoladowe, a za bardzo ciastko-chrupaczowe (może kamienno twarde?) i oddałam Mamie. Nowościom (bo od razu kupiłam też kokosową) postanowiłam jednak sprostać, przeznaczając na przerwy między wykładami i zajęciami.

Heidi Florentine Coffee to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z chrupiącą warstwą karmelizowanych migdałów i kawą; stylizowaną na florentynki.

Po otwarciu poczułam złożony zapach. Z jednej strony stały wyraziste, zdecydowanie dominujące ziarna kawy, karmel i migdały karmelizowane do tego stopnia, że aż palono-słonawe. Przejawiała się w tym palono-krówkowa nuta, co wyszło smakowicie. Było słodko i charakternie, lecz z drugiej strony czułam sztuczność i cukierkowo-słodką tanią czekoladę.

Tabliczka była konkretna, łamała się wydając "chrupiący trzask", jak przy łamaniu twardych ciastek-zlepków. Łamała się łatwo, w sensie, że normalnie po podziale kostek - nie kruszyła się z racji tego, że mocno się jej trzymająca florentynkowa warstwa była dość lepiąca.
W ustach czekolada okazała się chropowato-proszkowa. Rozpływała się dość szybko, ale jakby plastelinowo opornie. Zatopiono w niej chrupiące drobinki zmielonej kawy, a na jej spodzie wtopiono warstwę twardo-chrupiących, mocno uprażonych (tak mocno, że aż nie da się powiedzieć czy świeże, czy kilkuletnie) płatków migdałowych zlepionych karmelem o konsystencji stałej, chrupiąco-klejącej, ale nie bardzo twardej, ani też nie miękko-lepiącej straszliwie. Rozpływał się, ale ta warstwa została ewidentnie stworzona do chrupania. Całość jednak wyszła twardo jak... jak typowe włoskie ciastka?
Wcześniej myślałam, że drobinki kawy znajdę również między migdałami, ale nie - kawę wmieszano jedynie w czekoladę.

Sama czekolada przywitała przesadnie naaromatyzowaną, plastikowo-sztuczną słodyczą wymieszaną z mlekiem. Cukrowa i tandetna - jako taka była wyczuwalna cały czas, choć szybko odchodziła na tyły.

Docierała do niej smakowita goryczka kawy. Najpierw była delikatna, za to chwilami przy rozgryzaniu drobinek znacząca. Przełamywała smak taniej czekolady. Po paru chwilach od zrobienia kęsa na prowadzenie wyszedł palony karmel i prażono-karmelizowane migdały.

Karmel bazował na cukrze, wyszedł... po prostu definicyjnie. Czułam palony cukier. Chwilami podkradało się to pod karmelową krówkę. Migdały wraz z karmelowym smakiem do całości dodawały gorzkawość taką aż nieco przypaloną, co wyszło pozytywnie. Gdy zaczęłam rozgryzać migdały, wydawało mi się, że oprócz swojego wyrazistego smaku, wniosły lekko "smażoną nutę". Smak samych migdałów stał jakby na równi z ich prażenio-karmelizowanio-smażeniem. Tutaj doszukałam się niezbyt przyjemnego posmak trudnego do określenia - smaku sztucznego tłuszczu?

Ta palona gorzkość łączyła się z goryczką kawy. Bliżej końca chrupacze dominowały, ulepkowato-sztuczna cukrowość czekolady tylko pobrzmiewała w tle, ale podkreśliła też sztucznie słodki posmak w migdałowej warstwie. Przy brzegowych kęsach kawa pokazała się od strony czysto ziarnistej i połączyła się że smażeniem  karmelem i migdałami. Tam, gdzie czekolada pokrywała migdały tylko z wierzchu, kawa odgrywała o wiele mniejszą rolę.

W posmaku pozostały ziarna kawy, karmelizowane migdały i poczucie przecukrzenia z silnym posmakiem przearomatyzowania.

Całość wyszła "niby nie źle", przy czym ważna jest pisownia, a "niby" to słowo klucz. Otóż to tabliczka z pomysłem - gorzka, ale nie wstrętnie tanio-gorzka kawa genialnie pasuje w subtelnej ilości jako przełamanie migdałowo-karmelowej słodyczy, choć gdy trafi się kęs, gdzie migdały są po całości, kawa gdzieś znika. Z kolei tam, gdzie jest więcej czekolady, wyraźnie czuć jej nieprzyjemny smak. Wcześniej byłam pewna, że kawałeczki ziaren kawy będą wtopione w karmel wraz z migdałami, a nie tylko w warstwę czekolady. Takie rozwiązanie byłoby o wiele lepsze!
Chrupiąca warstwa prezentowała się prawie nieźle - mniej więcej tak wyobrażam sobie florentynki. Migdałowo-karmelowe i cukrowe do potęgi - dobrze, że mocno palone, ale... Niestety, jakość leży. Prażona część zalatywała mi smażeniem (co mi ją nieźle obrzydziło, ale ja strasznie nie lubię smażonych rzeczy, więc jestem wyjątkowo czuła), a plastelinowa czekolada po prostu waliła aromatem. No i co najważniejsze: na taki smakowy plastik dawno nie trafiłam.

Niby pewnie można więc zjeść... Bo takie złe to nie było, ale... mój tok myślenia to: po co jeść coś, co nie jest dobre? Może z pomysłem, ale... Nuty smażenia, plastikowo-plastelinowość tak mnie odrzucały, że zjedzenie kostki na raz sprawiło mi problem. Jestem przyzwyczajona do pożerania tabliczki na raz, ale tej dałam radę zjeść tylko niecałe dwie kostki i to w dwóch podejściach. Mama na te obrzydzające mnie czynniki nawet nie zwróciła uwagi, a czekoladę uznała za bardzo smaczną i ciekawą (ona np. lubi smażone rzeczy, a tu mocnego smażenia nie czuła).


 ocena: 5/10
kupiłam: Carrefour
cena: 7,25 zł (za 100g)
kaloryczność: 510 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, karmelizowane migdały 30% (cukier, płatki migdałowe 27%, syrop glukozowy, kwaśna śmietana, tłuszcze mleka), tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, kawa mielona 1%, lecytyna sojowa, aromaty (espresso, waniliowy)

sobota, 19 stycznia 2019

Heidi Colors of Summer Orange & Mint ciemna 50 % z miętą i pomarańczą oraz biała ze słodką papryką

Heidi postrzegam jako przeciętniaka, który próbuje udawać ekskluzywną markę. Niektóre połączenia smakowe wydają mi się naprawdę ciekawe, więc choć wykonanie / jakość pozostają wątpliwe, zdarza mi się na nie skusić. Planując zjedzenie dzisiaj przedstawianej przypomniałam sobie Dark Mint & Lemon i przyszło mi do głowy, że takich połączeń z miętą, które robi Heidi jeszcze nie widziałam. To już plus, ale... w końcu naszły mnie obawy, jak to będzie smakowało. Obawy obawami, ale prawda jest taka, że i tak bym tę tabliczkę kupiła, bo wydała mi się za dziwna / niecodzienna, by ją ominąć. A myślałam, że to po prostu ciemna z miętą zestawiona z białą z pomarańczą... Jakież było moje zdziwienie, gdy wczytałam się w jej opis w dniu sesji zdjęciowej.

Heidi Colors of Summer Orange & Mint to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z miętą i pomarańczą oraz biała czekolada ze słodką papryką. 
(Osobiście dodałabym jeszcze, że ciemna z "suszoną miętą i sproszkowaną liofilizowaną pomarańczą", a biała z aromatami, ale to tylko na podstawie wrażeń smakowych.)

Podczas rozrywania sreberka, zaatakował mnie zapach miętówek (twardych cukierków), do którego zaraz dołączyła cukrowość ciemnej czekolady. Wzięłam wdech, by poczuć także goryczkowate połączenie aromatu pomarańczowego i suchego kakao, co wyszło zaskakująco nieźle. Nachylając się nad tabliczką poczułam także nazbyt ciężki, maślany zapach białej czekolady i jakby sugestię nieostrego chili.

Czekolada wyglądała całkiem oryginalnie, ale ja bym bardziej zmieszała kolory, bo zachodziły na siebie nielicznymi zawijaskami w niewielu miejscach. Ja bardziej bym te zawijaski pociągnęła i  w niektórych kostkach wykręciła.
W dotyku tabliczka wydała mi się sucho-tłusta, łamała się z lekkim pyknięciem, w przekroju ciemnej części ujawniając zielone drobiażdżki. 
W przypadku pomarańczowej części przy robieniu kęsa była jeszcze twardawo-zwarta, ale szybko się to zmieniało, a z kolei w przypadku ciemnej - bezsprzecznie kamienno twarda i trzaskająca.

Pomarańczowa w ustach rozpływała się tłusto-kremowo, natychmiast mięknąc i stając się plastyczną grudką, a za chwilę zalepiając usta. Była bardzo tłusta i strasznie proszkowa, przy czym poczucie proszkowości wzmacniała obecność bardzo przemielonych (ale jednak) drobinek. Rozpuszczała się szybko.
Ciemna rozpływała się wolniej i nieco mniej tłusto, sprawiając wrażenie gładkiej (jako czekolada), ale z sucho-trzeszczącymi kawałkami mięty.

Od pierwszych sekund w części koloru pomarańczowego czułam cukrową słodycz. Zadrapała w gardle, a w ustach, ku mojemu zaskoczeniu, pojawił się chłodzący efekt sztucznej mięty. W słodyczy pojawił się sztuczny motyw przywodzący na myśl gumę rozpuszczalną o smaku słodkiej pomarańczy.
Słodycz rosła, w pewnym stopniu była miętowa, a tak to raczej "chłodno-cukrowa"  Wraz z rozpływaniem się pojawiało się też mdłe mleko i maślaność, zwracające uwagę na słodko "owocowawy" aspekt trudny do określenia. Tonął w cukrze, który mieszał się z coraz odważniejszym smakiem maślanej białej czekolady. Po tym zostawał posmak białej czekolady, coś "słodko-owocowawego", ale ... wreszcie i prawie niewyczuwalną słodką paprykę udało mi się uchwycić.

Gdy zrobiłam kęs ciemnej części, od razu poczułam za silną słodycz ciemnoczekoladową, ale także lekką gorzkawość. Zaraz za nią jeszcze więcej słodyczy - nieco chłodzącej i naaromatyzowanej. Mięta odezwała się wyraźnie, ale nienachalnie. Nie chłodziła tak mocno.
Gorzkawość kakao rozniosła znacząco palony smak, który miał dość suchy wydźwięk, nakręcany przez wyłaniające się miętowe suszki. Gdy się za nie zabierałam, przebijała się ziołowa goryczka.
Pomarańcza wyłoniła się pod koniec, i to bardzo nieśmiało. Miałam wrażenie, że dodała lekkiej, soczystej gorzkawości tego owocu.
Po tej części pozostawał chłód wywołany przez miętę, a także posmak palono-ciemno-czekoladowy z przesadzoną cukrowością i delikatną nutą pomarańczy.

Miejscami części mieszały się, co wyszło ciekawie. Przy dominacji ciemnego koloru, wchodził słodko-mleczny smak, uwydatniający pomarańcze. Kawałek wydawał się bardziej maślany, a mięta tylko pobrzmiewała w tle.
Przy dominacji koloru pomarańczowego, wytrawniejszy element wnoszone przez kakao wydawał się zbawienny. Nakreślał smak pomarańczowy i pod koniec wydobywał "pomarańczową" paprykę. Nadawał mięcie naturalności.

Kiedy tak gryzłam a to trochę tego, a to tego, mieszałam, doszłam do wniosku, że to w sumie zgrana tabliczka. Nie było w niej skrajności, szokującego kontrastu. Obie były przecukrzone i maślane. W obu czułam również i miętę, i pomarańczę. Ciemna wyszła naturalniej, bo w niej wyraźnie zagrała suszona mięta, a i soczysta pomarańcza zabrzmiała z oddali (tylko dlaczego jej aż tak poskąpili?!). Biała okazała się jakby zrobiona z cukru, mdła, sztucznie mdło-prawiepomarańczowo i bardzo chłodząca w sztuczny sposób, a nawet nie jakoś wyraźnie miętowa.

W białą chyba władowali większość aromatów, zaś do ciemnej... Pożałowali pomarańczy. A szkoda, bo jej większa ilość (sproszkowanej) mogła by dać naprawdę smaczny i ciekawy efekt.

Niestety wyszło strasznie słodko, za ciężko i w sumie zadowalająco tylko w połowie. Jakby biała część była tylko "aby ładnie wyglądało". Smakowi całości chyba pomogło by nawet to, gdyby np. kolor pomarańczowy stanowił ogromną mniejszość.
Szkoda, bo czuć po niej, że mogłaby być czymś smacznym. W obecnej formie? Nie.
Części ciemnej dałabym 6, samej białej 4, miejscom mieszanym chyba też 6. Całość... Z pomysłem, a jednak przeciętna.

Tak sobie pomyślałam w odniesieniu do jedzonej dzień wcześniej Moser: Moser to takie pozytywne zasłodzenie, a ta Heidi to dobry przykład tworu przecukrzonego.


ocena: 5/10
kupiłam: Carrefour
cena: 5,49 zł (za 80g)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w porszku, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, słodka papryka 0,5%, sproszkowane liofilizowane pomarańcze 0,5%, mielona mięta 0,25%, naturalne aromaty (miętowy, pomarańczowy, waniliowy)